7 Kwi

2 Niedziela Wielkanocna Rok B

 

 

DOTKNIĘCIE BOGA. 

Było to wieczorem owego pierwszego dnia tygodnia. Tam, gdzie przebywali uczniowie, drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami. Jezus wszedł, stanął pośrodku i rzekł do nich: „Pokój wam!”. A to powiedziawszy, pokazał im ręce i bok. Uradowali się zatem uczniowie, ujrzawszy Pana. A Jezus znowu rzekł do nich: „Pokój wam! Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam”. Po tych słowach tchnął na nich i powiedział im: „Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane”. Ale Tomasz, jeden z Dwunastu, zwany Didymos, nie był razem z nimi, kiedy przyszedł Jezus. Inni więc uczniowie mówili do niego: „Widzieliśmy Pana!”. Ale on rzekł do nich: „Jeżeli na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ i nie włożę palca mego w miejsce gwoździ, i nie włożę ręki mojej do boku Jego, nie uwierzę”. A po ośmiu dniach, kiedy uczniowie Jego byli znowu wewnątrz domu i Tomasz z nimi, Jezus przyszedł mimo drzwi zamkniętych, stanął pośrodku i rzekł: „Pokój wam!”. Następnie rzekł do Tomasza: „Podnieś tutaj swój palec i zobacz moje ręce. Podnieś rękę i włóż ją do mego boku, i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym”. Tomasz Mu odpowiedział: „Pan mój i Bóg mój!”.  Powiedział mu Jezus: „Uwierzyłeś, bo Mnie ujrzałeś; błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli”. I wiele innych znaków, których nie zapisano w tej księdze, uczynił Jezus wobec uczniów. Te zaś zapisano, abyście wierzyli, że Jezus jest Mesjaszem, Synem Bożym, i abyście wierząc, mieli życie w imię Jego (J 20,19-31).

W przeróżny sposób rodziła się wielkanocna wiara w Chrystusa zmartwychwstałego. Przez widzenia, spotkania, słowa, przeczucia, natchnienia, dotknięcia Chrystus rozniecał wiarę u swoich uczniów. Tak trudno było im uwierzyć w ten niebywały fakt zmartwychwstania. To tomaszowe żądanie namacalnego znaku potwierdzającego zmartwychwstanie drzemie w każdym z nas, bo któż nie chciałby doświadczyć w sposób fizyczny obecności Boga. I nie mieć już później żadnych wątpliwości. Ale najczęściej pozostaje nam poznanie Boga na drodze wiary. I jest to droga, która sprowadza na nas boże błogosławieństwo: „Błogosławieni, którzy nie widzieli a uwierzyli”.

Droga wiary nie jest jednak oderwana od rzeczywistości materialnej. Cały wszechświat związany jest z Bogiem, swym Stwórcą i ci, którzy zajmują się światem materialnym mają szansę odkrycia Boga. Najwybitniejszy fizyk doby współczesnej Albert Einstein powiedział: „Każdemu głębokiemu przyrodoznawcy musi być bliski pewien rodzaj uczuć religijnych, ponieważ nie jest w stanie wyobrazić sobie, aby te niezwykle związki, które napotyka, były przez niego po raz pierwszy pomyślane. W nieograniczonym wszechświecie objawia się rozum bezgranicznie przewyższający człowieka. Obiegowe wyobrażenie o mnie, że jestem ateistą, polega na dużym nieporozumieniu. Kto wyczytuje je z moich naukowych teorii, ten teorii tych wcale nie pojął. Niełatwo spotkać głębiej poszukujący umysł naukowy, któremu nie była by właściwa jakaś religijność”.

Przed rokiem ukazała się książka pt. „Fizyka nieśmiertelności. Nowoczesna kosmologia, Bóg i zmartwychwstanie”. Autor J. Tipler, jest profesorem fizyki na uniwersytecie w Tulane w Nowym Orleanie i znanym teoretykiem ogólnej teorii względności. W notatce o autorze czytamy, że profesor był ateistą, który sprawami religijnymi w ogóle się nie interesował. Jednak, gdy stworzył matematyczną formułę końca świata, doszedł do wniosku, że Bóg istnieje. Nadto, po latach pracy i teoretycznych, ściśle logicznych rozumowań doszedł do wniosku, że zmartwychwstanie jest nie tylko możliwe, ale wprost bardzo prawdopodobne i jest logiczną koniecznością wynikającą z nieśmiertelności duszy. Przedmowę autor kończy słowami: „Nadszedł czas, by uczeni przyjrzeli się bliżej hipotezie istnienia Boga, by wcielić w fizykę postulaty teologii i aby istnienie nieba stało się równie oczywiste jak istnienie elektronu.

Dennert w „Die Religion der Naurfeorsche” wylicza 300 najwybitniejszych przyrodników. Z tej liczby 242 to ludzie wierzący w Boga. Ateistów jest tylko 5. Powyższe dane przytoczyłem nie po to, aby „udowadniać” istnienie Boga, ale uświadomić fakt, że nauka nie tylko nie wyklucza religii, ale może do niej prowadzić. Zwróciłem uwagę na ten aspekt może, dlatego, że w czasach mojej edukacji za Polski Ludowej w szkołach wpajano nam ideologię Marksa i jemu podobnych filozofów, którzy uważali, że religia stoi w sprzeczności z nauką, i że wystarczy człowiekowi dać wykształcenie, aby ten stał się ateistą.

Powyższe drogi szukania, poznawania Boga są ważne, ale jednak najważniejszą pozostanie droga wiary, na której człowiek w sposób bardzo osobisty odkrywa w Chrystusie Boga i swego Zbawcę. Spotyka Go na kartach Ewangelii, w liturgii Kościoła, modlitwie, bożych przykazaniach, bliźnim. To na tej drodze Chrystus przychodzi do nas jako ktoś bardzo bliski i mówi jak do Tomasza: dotknij i zaufaj mi.

Cuda, które ciągle nam towarzyszą są szczególną szansą „dotknięcia” Boga. Do beatyfikacji czy kanonizacji wymagany jest cud potwierdzający świętość kandydata na ołtarze. A zatem każda beatyfikacja i kanonizacja jest ogłoszeniem cudu. W niedzielę Miłosierdzia Bożego papież ogłosił Siostrę Faustynę Kowalską świętą, przez którą Bóg objawił swoje miłosierdzie. Do kanonizacji potrzebny był cud. Jest nim cudowne uzdrowienie księdza Ronalda Pytela. Swoją opowieść o uzdrowieniu rozpoczyna on tymi słowami: „Nazywam się Ronald Pytel i jestem proboszczem w kościele Matki Bożej Różańcowej w Baltimore, w stanie Maryland. Jestem księdzem od 26 lat. Świecenia kapłańskie otrzymałem w rodzinnej parafii Matki Bożej Różańcowej. Wywodzę się z polskiej rodziny. Rodzice moi urodzili się w USA, ale dziadkowie przybyli z Polski”.

U ks. Ronalda lekarze stwierdzili nieuleczalne zmiany serca. Choroba uniemożliwiała mu podjęcie normalnych obowiązków duszpasterskich, ponadto dawano mu tylko kilka miesięcy życia. Ks. Ronald wszystkie swoje sprawy polecał Bożemu Miłosierdziu za wstawiennictwem siostry Faustyny. Minęło kilka miesięcy i ks. Ronald został, po raz kolejny poddany bardzo szczegółowym badaniom i konsultacjom, po czym dr Fuster stwierdził: „Po zbadaniu całej dokumentacji i po rozmowie z ks. Pytelem, jak również z jego współpracownikami, którzy go znali przed i po chorobie w 1995 r., przekonałem się, że nastąpiła natychmiastowa zmiana w objawach, jakie istniały przed Mszą o uzdrowienie i po jej zakończeniu. Całkowite zniknięcie objawów choroby nastąpiło w przeciągu następnych trzech dni. Zniknięcie wszystkich symptomów chorobowych ks. Ronalda Pytela po uzdrawiającej Mszy św. w dniu 5 października 1995 r., jest niewytłumaczalne z punktu widzenia nauk medycznych”.

Nauka może tylko tyle powiedzieć o podobnych zjawiskach, zaś wierzący i szukający Boga mają pewność, że jest to znak, poprzez który Bóg daję człowiekowi szczególną szansę doświadczenia Jego obecności (książki Ku wolności).

 

 

BŁOGOSŁAWIENI, KTÓRZY NIE WIDZIELI, A UWIERZYLI

Jeden duch i jedno serce ożywiały wszystkich wierzących. Żaden nie nazywał swoim tego, co posiadał, ale wszystko mieli wspólne. Apostołowie z wielką mocą świadczyli o zmartwychwstaniu Pana Jezusa, a wszyscy mieli wielką łaskę. Nikt z nich nie cierpiał niedostatku, bo właściciele pól albo domów sprzedawali je i przynosili pieniądze ze sprzedaży, i składali je u stóp apostołów. Każdemu też rozdzielano według potrzeby (Dz 4,32-35).

 Harry Secombe był cenionym piosenkarzem, aktorem komediowym i bardzo popularnym prezenterem rozgłośni radiowej BBC. Jego kariera została przerwana przez niespodziewany wylew krwi do mózgu, w efekcie którego został sparaliżowany. Telewizja nakręciła film o jego zmaganiach się z chorobą i powolnym powrocie do zdrowia. Zachowując poczucie humoru, Harry mówił wzruszonym głosem o swoich licznych trudnościach, problemach jakie niosła obezwładniająca go choroba. W ostatnim wywiadzie zapytano Harrego o wiarę w Boga, która zawsze zajmowała fundamentalne miejsce w jego życiu. W odpowiedzi, zacytował fragment Biblii, który zapamiętał z pierwszych lat dzieciństwa: „Ja wiem, że mój Zbawca żyje”. 12 kwietnia 2001 r., w niedługim czasie po tym wywiadzie Harry Secombe odszedł do Pana.

Prawda zawarta w zacytowanym przez Harrego fragmencie Biblii jest fundamentem wiary każdego chrześcijanina. Znamy wiele mądrych, pięknych i wzruszających nauk Chrystusa. Gdybyśmy starali się żyć według nich na pewno przeżylibyśmy pięknie i owocne nasze życie. Nawet dla tego powodu warto byłoby iść za Chrystusem. Chociaż zapewne u kresu naszych dni czulibyśmy jakiś niedosyt, oczekiwalibyśmy dopełnienia, ukoronowania życia według bożej miary. Te odczucia mają szansę spełnienia w fakcie zmartwychwstania Chrystusa. Zmartwychwstanie jest uwiarygodnieniem Jego nauki. A zatem jeśli pójdziemy drogą ewangelicznej prawdy, będziemy mieć udział w zmartwychwstaniu Chrystusa, przez które osiągniemy pełnię życia w wieczności.

Prawda, że Chrystus żyje miała istotne znaczenie dla apostołów. W czasie konania Jezusa na krzyżu Jego przeciwnicy byli pewni swego zwycięstwa. Robili sobie kpiny z Jego mocy: „Jeśli jesteś Synem Bożym, zstąp z krzyża a uwierzymy Ci”. Zapewne i uczniowie Chrystusa, ożywieni miłością do swego Mistrza także pragnęli jakiegoś znaku. Ale Chrystus nie zatrzymywał się w połowie drogi. On realizował swoją wizję triumfu i zwycięstwa. Zostaje na krzyżu aż do skonania. Wtedy, gdy wielu widziało Jego śmierć i było pewnych Jego klęski On ukazuje swoje zwycięstwo. To poczucie klęski w pewnym stopniu dotknęło także apostołów. Jednak w przeciwności do tych, którzy urągali Chrystusowi na krzyżu, oni zachowali miłość do Niego. I na tej drodze rozpoznawali Chrystusa i Jego znaki po zmartwychwstaniu.

Opis spotkania zmartwychwstałego Chrystusa ze swoimi uczniami rozpoczyna się tymi słowami: „Było to wieczorem pierwszego dnia tygodnia. Tam gdzie przebywali uczniowie, drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami. Jezus wszedł, stanął pośrodku i rzekł do nich: Pokój wam”. Możemy tylko w niedoskonały sposób wyobrazić sobie, co działo się wtedy w sercach apostołów. Zapewne pierwszy lęk i niedowierzanie zamieniły się w ogromną radość. Żałowali, że jeden z nich Tomasz nie widział Chrystusa, dlatego gdy tylko się pojawił zaczynają mu gorączkowo opowiadać, że widzieli Chrystusa, że On zmartwychwstał. Jednak zbolały Tomasz ma w pamięci obraz Chrystusa na krzyżu, który nie pasuje do tego, co opowiadają jego bracia. W swoim zwątpieniu mówi: „Jeżeli na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ i nie włożę palca mego w miejsce gwoździ, i ręki mojej nie włożę w bok Jego, nie uwierzę”. Chrystus ukazuje się ponownie, jakby specjalnie dla Tomasza i każe mu dotknąć swoich ran. To wystarczyło Tomaszowi, aby uwierzyć i wyznać: „Pan mój i Bóg mój”.  A wtedy Chrystus wypowiedział błogosławieństwo dla tych, którzy nie mieli i nie mają takiej szansy jak Tomasz, ale wierzą: „Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli”. Nie możemy spotkać Chrystusa tak jak Tomasz, ale na różne sposoby możemy doświadczać Jego obecności.

James C. Whittaker w książce „We Thought We Heard Angels Singing” opisuje swoje przeżycia z czasów II Wojny Światowej. W czasie wykonywania zadań bojowych ich samolot uległ wypadkowi nad Pacyfikiem. Ośmiu członków załogi uratowało się. Przez 21 dni dryfowali na trzech małych tratwach ratowniczych. Nie mieli ani żywności ani wody. Wewnętrzną moc przetrwania czerpali z modlitwy. Czytali Biblię i kierowali ku Bogu spontaniczne modlitwy. James był jedyną osobą niewierzącą w tym gronie. W szóstym dniu głód i pragnienie coraz bardziej dawały się im we znaki. Wieczorem modlili się żarliwie, żywiąc nadzieję, że na horyzoncie pojawi się jakiś statek lub samolot.  Jednak horyzont pozostał pusty, a tragiczna rzeczywistość jeszcze mocniej przypomniała im beznadziejną sytuację. Bezsilni spoglądali na pluskające w wodzie ryby. I nagle, ku ich zaskoczeniu dwie ryby wskoczyły do jednej z tratew. To był ich pierwszy posiłek od sześciu dni. Następnego dnia mężczyźni w czasie modlitwy prosili Boga o deszcz. W krótkim czasie po tym nadciągnęła burza, zalewając ich strugami wody.  Od tego momentu James C. Whittaker stał się wierzącym. W dziesiątym dniu wydarzyło się coś szczególnego. Po codziennych modlitwach głośno zaczęli wyznawać swoje grzechy. Było to wspaniałe wyznanie pokornej wiary w Boga. Trzynastego dnia James prowadził po raz pierwszy wieczorne modlitwy. Modlił się bardzo żarliwie, błagając o ponowny deszcz. I rzeczywiście, jakby na zawołanie, w niedługim czasie spadł rzęsisty deszcz. O tym wydarzeniu pisze w swojej książce: „Są pewne rzeczy, których nie możemy wyjaśnić prawami natury. Wiatr był przeciwny, a mimo to ściana deszczu zaczęła powoli przesuwać się w naszym kierunku. Ugasiliśmy nasze pragnienie oraz napełniliśmy wodą nasze pojemniki”. W 21 dniu dryfowania, rozbitkowie ujrzeli ląd. James chwycił za wiosła. Po ponad siedmiu godzinach dotarli do brzegu. Uklękli na plaży i dziękowali Bogu za ocalenie.

James odczytał te wydarzenia jako znaki Boże, dzięki którym Chrystus zagościł w jego życiu. Podobnie jak Tomasz, chociaż na innej drodze James spotkał Chrystusa i wyznał, że jest On jego Panem i Bogiem. Tomasz wyruszył w świat z radosną nowiną o zmartwychwstaniu Chrystusa. Jak mówi tradycja, dotarł do Indii, a także na tereny dzisiejszego Iraku. James także apostołował poprzez swoją książkę, w której opisał drogę swojej wiary, jak i też liczne podróże oraz wypowiedzi.

Każdy z nas ma szansę spotkania zmartwychwstałego Chrystusa. Przychodzi On do nas poprzez słowo, sakramenty, świadectwo wiary naszych bliźnich, wydarzenia i przeżycia jakie stają się naszym udziałem, a które rodzą przeczucia, że jest w tym palec Boży.

Na drogach wielkanocnego poszukiwania każdy ma szansę spotkania Zmartwychwstałego, który wskazuje na swoje rany i pozdrawia nas: „Pokój wam”. A jest to pokój zbudowany na mocnym fundamencie miłości, Miłości, która z krzyża kieruje słowa ku swym oprawcom: „Boże wybacz im bo nie wiedzą co czynią”. Takiego pokoju nie jest w stanie zmącić nawet śmierć, bo miłość przemienia ją w bramę naszego zbawienia (z książki Nie ma innej Ziemi Obiecanej).

 

 

ZAWIERZYĆ BOŻEMU MIŁOSIERDZIU

Najmilsi: Każdy, kto wierzy, że Jezus jest Mesjaszem, z Boga się narodził i każdy miłujący Tego, który dał życie, miłuje również tego, który życie od Niego otrzymał. Po tym poznajemy, że miłujemy dzieci Boże, gdy miłujemy Boga i wypełniamy Jego przykazania, albowiem miłość względem Boga polega na spełnianiu Jego przykazań, a przykazania Jego nie są ciężkie. Wszystko bowiem, co z Boga zrodzone, zwycięża świat, tym właśnie zwycięstwem, które zwyciężyło świat, jest nasza wiara. A kto zwycięża świat, jeśli nie ten, kto wierzy, że Jezus jest Synem Bożym? Jezus Chrystus jest Tym, który przyszedł przez wodę i krew, i Ducha, nie tylko w wodzie, lecz w wodzie i we krwi. Duch daje świadectwo: bo Duch jest prawdą (1 J 5,1-6).

Sześć lat temu, w wigilię Niedzieli Bożego Miłosierdzia nasze myśli, nasze uczucia zdążały na watykańskie wzgórze, które tego wieczoru stało się wzgórzem Golgoty. Umierał tam bowiem nasz ukochany papież Jan Paweł II. Trudno było sobie wyobrazić Kościół, świat, nasze osobiste życie bez jego obecności. Łzami i natarczywą modlitwa chcieliśmy go zatrzymać jak najdłużej, a ona sam mówił: „Pozwólcie mi odejść do domu Ojca”. Ks. Czesław Drążek był jednym z, wielu, którzy stali na wzgórzu Golgoty Jana Pawła II. Na łamach czasopisma „Miłujcie się” wspomina: „Doznałem szczególnej łaski, że mogłem być przy łóżku Ojca Świętego 2 kwietnia wraz z Jego najbliższymi. Wszedłem do pokoju Ojca Świętego, by się pożegnać. Ukląkłem przy Jego łóżku. Trwała modlitwa I Nieszporów Niedzieli Miłosierdzia Bożego. Czytania mówiły o pustym grobie i zmartwychwstaniu Chrystusa, powracało słowo ‘Alleluja’. Na koniec odmówiliśmy ‘Magnificat’ i ‘Salve Regina’. Ojciec Święty raz po raz obejmował nas swoim spojrzeniem. Widać było, że mimo cierpienia włączał się w naszą modlitwę. Z placu św. Piotra, gdzie gromadziły się tysiące wiernych, szczególnie młodzieży, dochodziły okrzyki: ‘Giovanni Paolo’ i ‘Viva ii Papa!’. Miałem wrażenie, że słyszał te słowa. Naprzeciw łóżka Ojca Świętego na ścianie wisiał obraz umęczonego Chrystusa związanego powrozami – Ecce Homo, w który wpatrywał się podczas choroby. W zasięgu gasnących oczu Papieża znajdował się także obraz Matki Boskiej Częstochowskiej. Na stoliku stała fotografia Jego rodziców”.

O godz. 21.37 nasze serca zamarły w bólu, wtedy to, bowiem po raz ostatni uderzyło serce papieża. Kardynał Dziwisz tak wspomina ten moment: „Widziałem jak na monitorze serce biło, w pewnym momencie się zatrzymało. Wtedy zatrzymał się chyba cały świat. To było trzecie zatrzymanie w jego życiu. Pierwsze – wybór na papieża; potem – zamach, który wstrząsnął całym światem; i wreszcie śmierć – bo choć świat się spodziewał tej śmierci, też się zatrzymał”. Sebastian Karczewski w książeczce „Nasz człowiek w niebie” przytacza wypowiedź ks. Konrada Krajewskiego, ceremoniarza papieskiego: „Kiedy umarł Ojciec Święty, chodziłem po korytarzach watykańskich, wypełniając nadal swoją funkcję ceremoniarza i płakałem. Chyba pierwszy raz w moim dorosłym życiu nie wstydziłem się łez. Ale były to łzy nad samym sobą: że nie jestem taki jak On, że nie jestem świętym kapłanem, że nie jestem całkowicie oddany Panu Bogu, że nie jestem po prostu Totus Tuus. To niesamowite. Miliony ludzi są przekonane, że znały Jana Pawła II z bliska, że znały Go osobiście. Kiedy cierpiał, odchodził, umierał, świat się zatrzymał, zapłakał, przyklęknął. I nie dziwię się temu. Bo Papież reprezentował Boga całym sobą. Dlatego ludzie tak bardzo się śpieszyli, aby się z Nim spotkać. Bo kto do Niego przychodził, spotykał Chrystusa. Oto tajemnica Jego świętości; całym sobą reprezentować Boga”.

O świętości Jana Pawła byliśmy wszyscy przekonani. I gdy minął ból fizycznego rozstania odczuwaliśmy coraz mocniej obecność Jana Pawła II w naszym życiu. Święci odchodzą do domu Ojca, aby jeszcze bardziej być z nami. Tak wielu modliło się za jego wstawiennictwem i tak wielu otrzymywało łaski z nieba. W tym także cuda uzdrowienia, które były potrzebne do oficjalnego ogłoszenia Sługi Bożego Jana Pawła II błogosławionym. Modliliśmy się zatem, aby jak najszybciej wyniesiono Jana Pawła II na ołtarze. Modlitwa została wysłuchana. Papież Benedykt XVI wyraził zgodę na ogłoszenie dekretu o uznaniu cudu za wstawiennictwem Jana Pawła II, co formalnie kończyło proces beatyfikacyjny papieża. Uroczystość wyniesienia Jana Pawła II na ołtarze przypadła w Niedzielę Miłosierdzia Bożego, święta ustanowionego przez papieża. W Komunikacie krakowskiej kurii metropolitarnej, gdzie Jan Paweł II był przez lata ordynariuszem czytamy: „Jesteśmy wdzięczni miłosiernemu Bogu za wysłuchanie modlitw, jakie płynęły z całego Kościoła, o dar wyniesienia na ołtarze wielkiego Sługi Sług Bożych, Pasterza całego Kościoła, tak drogiego nam Jana Pawła II. Dziękujemy Ojcu Świętemu Benedyktowi XVI za zamknięcie procesu beatyfikacyjnego, a także za wybranie na dzień beatyfikacji Niedzieli Miłosierdzia Bożego. Decyzję tę odczytujemy jako znak, który skłania nas do jeszcze większego otwarcia się na dar Bożego Miłosierdzia i jeszcze gorliwszego niesienia światu ognia miłosierdzia, do czego wzywał nas Jan Paweł II w czasie całego swojego pontyfikatu”.

Dzisiaj 1 maja radujemy się, że możemy oficjalnie mówić błogosławiony Jan Paweł II. Nasz osobiste przekonanie o świętości Jana Pawła II zostało potwierdzone autorytetem Kościoła. Możemy powiedzieć, że dzisiaj Kościół oficjalnie ogłosił spełnienie w życiu Jana Pawła II błogosławieństwa Jezusa z dzisiejszej niedzieli. Zmartwychwstały Jezus ukazał się apostołom, wśród których nie było Tomasza. Uradowani apostołowie mówili mu, że widzieli Pana, a on odpowiedział: „Jeżeli na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ i nie włożę palca mego w miejsce gwoździ, i nie włożę ręki mojej do boku Jego, nie uwierzę”. Po ośmiu dniach, gdy wszyscy apostołowie byli razem przyszedł do nich zmartwychwstały Chrystus i powiedział do Tomasza: „Podnieś tutaj swój palec i zobacz moje ręce. Podnieś rękę i włóż ją do mego boku, i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym”. Tomasz nie potrzebował już tego czynić. Padł na kolana i wyznał swoją wiarę. A Jezus powiedział do niego: „Uwierzyłeś, bo Mnie ujrzałeś; błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli”.

Wiara jest drogą prowadząca do nieba, do grona błogosławionych, inaczej zbawionych, szczęśliwych. Nie widzieliśmy Jezusa swymi zmysłami, tak jak Tomasz, ale wierzymy. Bóg powołuje spośród nas tytanów, których wiara jest mocna jak skała. Budzą oni i umacniają wiarę innych. Do takich tytanów wiary należy błogosławiony Jan Paweł II. Został wyniesiony na ołtarze, abyśmy lepiej dostrzegali jego wiarę oraz świętość i za jego wstawiennictwem prosili Boga o uświęcenie naszego życia. Błogosławiony przypomina i przybliża nam tajemnicę Bożego Miłosierdzia. Nawet gdybyśmy daleko odeszli od Boga, to mamy szansę powrotu, bo Bóg jest miłosierny. W naszych czasach Bóg objawił swoje miłosierdzie przez św. Faustynę Kowalską. A niezrównanym orędownikiem tych objawień był błogosławiony Jan Paweł II.

Zacytowany na wstępie fragment z Dziejów Apostolskich przypomina nam, że uświęcamy się i zdobywamy niebo we wspólnocie, we wspólnocie Kościoła. W życie tej wspólnoty ma być wkomponowana nasza wiara, nasza osobista relacja z Bogiem. Na zakończenie prośmy Boga o zapał wiary w życiu codziennym słowami poety Czesława Miłosza:

„Panie, czasami nic mi się nie chce i mam wszystkiego dość.

Kiedy dopada mnie znużenie, obojętność, zniechęcenie,

apatia, nuda lub „smutek tego świata” (2Kor 7,10)

nie zostawiaj mnie samego.

Poślij mi anioła, który mnie wyrwie z leniwego odrętwienia.

Jezu, który napracowałeś się dla naszego zbawienia,

proszę, oddal ode mnie wszelką duchową ociężałość.

Usuwaj z serca zgorzknienie, odnawiaj gorliwość w czynieniu tego,

co dobre, święte, pożyteczne.

Daj świeżość mojej modlitwie, zapał w pracy,

radość w służeniu Tobie i bliźnim.

Naucz mnie mądrze korzystać z daru czasu.

Niech budzi mnie anielskie wołanie

„zaraz dzień, jeszcze jeden, zrób co możesz” (z książki Bóg na drogach naszej codzienności).

 

 

JASNOŚĆ ZMARTWYCHWSTANIA

W okresie Wielkanocnym często odwołujemy się do symboliki światła. Światło pozwala więcej i dokładniej widzieć, lepiej poznawać rzeczywistość. Światło wpływa także na nasze samopoczucie. Z reguły jesteśmy radośniejsi, nastawieni bardziej optymistycznie do życia w piękny słoneczny dzień niż szary i pochmurny. Światło może czasami przykro zaskakiwać. Ale jest to nieraz potrzebne, abyśmy się ocknęli i zobaczyli rzeczywistość taką jaką ona jest naprawdę. A to z kolei może stać się początkiem zastanowienia się i przemiany życia. Spójrzmy na ten problem z humorystycznej perspektywy. Do gabinetu okulistycznego weszła wzburzona kobieta, mówiąc z pretensją do doktora: „Wczoraj w czasie operacji ktoś mi ukradł perukę”. Zdziwiony lekarz uspokajając ją odpowiedział: „Chce zapewnić panią, że nikt z naszego personelu nie mógł tego uczynić. Dlaczego pani sądzi, że skradziono ją właśnie tutaj?”. Wzburzona pacjentka odpowiada: „Po operacji zauważyłam, że peruka na mojej głowie wygląda okropnie, jest stara i zniszczona”. Lekarz z wyrozumiałością spojrzał na nią i powiedział: „Droga Pani, sądzę, że to jest znak udanej operacji na kataraktę”. W podobnym stylu wypowiada się wybitna polska artystka Hanka Bielicka w jednym ze swych programów kabaretowych, opowiadając raczej wymyśloną niż prawdziwą historię ze swego życia. Otóż znalazła się w szpitalu, gdzie przeszła operacje na kataraktę. Po kilku dniach zdjęto z jej oczu bandaże. Bielicka spojrzała w lustro i to co zobaczyła przeraziło ją. Woła doktora i mówi: „Operacja na oczy udała się, świetnie widzę, ale coście zrobili z moją twarzą i rękami. Skąd te plamy na rękach i na twarzy, zmarszczki, worki pod oczami i obwisły podbródek?

Wielkanocne światło, które rozbłysło w pustym grobie Jezusa w Jerozolimie zaskoczyło apostołów i ciągle zaskakuje tych, którzy stają w obliczu tej tajemnicy.  W tym świetle dostrzegamy niewyobrażalny, wieczny wymiar naszego życia. Dostrzegamy także jego duchowe i moralne mankamenty, które pozbawiają nas możliwości pełnego uczestnictwa w cudownej rzeczywistości zmartwychwstania. Parafrazując wyżej wspomnianą artystkę możemy powiedzieć, że w wielkanocnym świetle dostrzegamy w naszej duszy plamy i zmarszczki grzechu oraz worki nałogów. I to spostrzeżenie winno stać się wezwaniem do przemiany. Liturgia Wielkiej Soboty w pięknym i wymownym obrzędzie poświęcenia i zapalenia paschału wprowadza nas w tajemnicę tego nadzwyczajnego światła. Do kościoła pogrążonego w głębokiej ciemności kapłan wnosi zapalony paschał, którego nikły płomyk  rozdziera ciemność świątyni. Wszystko zaczyna drgać radosnymi refleksami światła. Wierni zapalają od paschału swoje świece. Niezwykłe światło ogarnia wszystkich. Kapłan wysoko podnosi paschał i śpiewa: „Światło Chrystusa”. Te słowa mówią skąd ta niezwykłość tego światła. Jest światło ducha, światło, która nigdy nie gaśnie, jest to światło zmartwychwstania.  Jest to zmartwychwstały Chrystus. To światło ogarnęło pierwszych uczniów, którzy przybyli do pustego grobu Jezusa i stało się źródłem nieogarnionej radości. Przez kolejne niedziele wielkanocnego okresu będziemy świadkami tego światła, które ogarniając świat przenikało i przemieniało serca uczniów Pańskich. Apostołowie po przez kolejne spotkania z Chrystusem zmartwychwstałym odkrywają coraz to nowe wymiary światłości wielkanocnej.

Ewangelia z drugiej Niedzieli Wielkanocnej, zwanej Niedzielą Miłosierdzia Bożego prowadzi nas do domu, gdzie byli zgromadzeni uczniowie Jezusa. Wieczorem w dzień zmartwychwstania Jezus stanął przed nimi i pozdrowił ich słowami: „Pokój wam”. Po czym powiedział do nich: „Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane”. Radość spotkania z Chrystusem zmartwychwstałym ominęła św. Tomasza, który był w tym czasie poza domem. Nie był w stanie uwierzyć w opowieści pozostałych apostołów o spotkaniu ze zmartwychwstałym Jezusem. Uparcie powtarzał: „Jeżeli na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ i nie włożę palca mego w miejsce gwoździ, i nie włożę ręki mojej do boku Jego, nie uwierzę”. Osiem dni później, Chrystus ponownie odwiedził swoich uczniów. Tym razem był także Tomasz. Jezus skierował do niego słowa: „Podnieś tutaj swój palec i zobacz moje ręce. Podnieś rękę i włóż ją do mego boku, i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym”. Tomasz nie potrzebował dotykać ran Chrystusowych. Z wielkim przejęciem wyznał wiarę: „Pan mój i Bóg mój!”. Teraz i dla niego poczucie klęski zamieniło się w Chrystusie zmartwychwstałym w triumf zwycięstwa. Jezus pokonał śmierć i żyje!

Chrystus przychodzi do swoich uczniów z orędziem pokoju. W Biblii pokój znaczy posiadanie wszystkiego co jest potrzebne do pełnego i szczęśliwego życia. Pokój boży rodzi się ze świadomości, że jesteśmy w rękach miłującego Boga. Tego pokoju nie są w stanie zburzyć różne życiowe przeciwności. Nawet w obliczu śmierci, mając głęboką wiarę i poczucie bożej obecności możemy ze spokojem zdążać ku swemu ostatecznemu przeznaczeniu. Takiego pokoju świat dać nie może. Boży pokój rodzi miłość, która przemienia ludzi i świat. W pierwszym czytaniu z Dziejów Apostolskich słyszymy słowa o życiu pierwszych uczniów Chrystusa: „Jeden duch i jedno serce ożywiały wszystkich wierzących. Żaden nie nazywał swoim tego, co posiadał, ale wszystko mieli wspólne. Apostołowie z wielką mocą świadczyli o zmartwychwstaniu Pana Jezusa, a wszyscy oni mieli wielką łaskę. Nikt z nich nie cierpiał niedostatku, bo właściciele pól albo domów sprzedawali je i przynosili pieniądze /uzyskane/ ze sprzedaży, i składali je u stóp Apostołów. Każdemu też rozdzielano według potrzeby”.

Na przyjęcie tego pokoju trzeba być przygotowanym. Konieczne jest oczyszczenie serca, dlatego Jezus daje apostołom władzę odpuszczania grzechów: „Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane”.  Odpuszczenie grzechów jest znakiem wielkiego Bożego miłosierdzia. Prawie dwa tysiące lat po otrzymaniu przez apostołów władzy odpuszczania grzechów, Jezus przypomniał światu o Bożym Miłosierdziu przez św. Faustynę Kowalską, mówiąc do niej: „Córko Moja, mów całemu światu o niepojętym Miłosierdziu Moim. Pragnę, aby Święto Miłosierdzia było ucieczką i schronieniem dla wszystkich dusz, a szczególnie dla biednych grzeszników. W dniu tym otwarte są wnętrzności Mojego Miłosierdzia. Wylewam całe morze łask na dusze, które zbliżą się do źródła Mojego Miłosierdzia. Która dusza przystąpi do spowiedzi i Komunii św. dostąpi zupełnego odpuszczenia win i kar. W dniu tym otwarte są wszystkie źródła Boże, z których płyną łaski. Niech się nie lęka zbliżyć do Mnie żadna dusza, chociażby grzechy jej były jak szkarłat. Miłosierdzie Moje jest tak wielkie, że przez całą wieczność nie zgłębi go żaden umysł ani ludzki, ani anielski (…). Pragnę, aby pierwsza Niedziela po Wielkanocy była Świętem Miłosierdzia. Proś mojego wiernego sługę, żeby w tym dniu powiedział całemu światu o tym Moim wielkim Miłosierdziu. Kto w tym dniu przystąpi do Źródła Życia, ten dostąpi zupełnego odpuszczenia win i kar. Nie znajdzie ludzkość uspokojenia, dopóki nie zwróci się z ufnością do Mojego Miłosierdzia”.

Wielkim orędownikiem Bożego Miłosierdzia był Sługa Boży Jan Paweł II, który ogłosił pierwszą Niedzielę po Wielkanocy Niedzielą Miłosierdzia Bożego i zawierzył cały świat t Bożemu Miłosierdziu słowami: „Boże, Ojcze miłosierny, który objawiłeś swoją miłość w Twoim Synu Jezusie Chrystusie, i wylałeś ją na nas w Duchu Świętym, Pocieszycielu, Tobie zawierzamy dziś losy świata i każdego człowieka. Pochyl się nad nami grzesznymi, ulecz naszą słabość, przezwycięż wszelkie zło, pozwól wszystkim mieszkańcom ziemi doświadczyć Twojego miłosierdzia, aby w Tobie, trójjedyny Boże, zawsze odnajdywali źródło nadziei.” (z książki W poszukiwaniu mądrości życia).

 

 

BŁOGOSŁAWIONY KS. MICHAŁ SPOĆKO

W pierwszą niedzielę po Wielkanocy w tzw. Niedzielę Białą Kościół obchodzi święto Miłosierdzia Bożego. Tajemnica Bożego Miłosierdzia w ostatnich czasach została przypomniana w objawieniach siostry Faustyny Kowalskiej. Do niej to, w roku 1931 Chrystus skierował słowa: „Miłosierdzie Moje jest tak wielkie, że przez całą wieczność nie zgłębi go żaden umysł ani ludzki, ani anielski. Wszystko, co istnieje, wyszło z wnętrzności Mego Miłosierdzia. Każda dusza rozważać będzie przez całą wieczność Miłość i Miłosierdzie Moje. Święto Miłosierdzia wyszło z Moich wnętrzności. Pragnę, aby było uroczyście obchodzone w pierwszą niedzielę po Wielkanocy”. Droga do publicznego uznania objawień była długa i trudna. Dopiero papież Jan Paweł II kanonizował siostrę Faustynę i ogłosił w roku 2000 święto Miłosierdzia Bożego, które ma być obchodzone w pierwszą niedziele po Wielkanocy. Wielką rolę w szerzeniu tego kultu odegrał spowiednik św. Faustyny, sługa boży ks. Michał Sopoćko, nazwany apostołem Bożego Miłosierdzia.

Michał Sopoćko urodził się 1 listopada 1888 roku w Juszewszczyźnie. Od najwcześniejszych lat życia wzrastał w atmosferze szczerej religijności i jak sam napisał wtedy to zrodziła się w nim myśl o kapłaństwie. Michał po ukończeniu szkoły w Oszmianie, jesienią roku 1910 wstąpił do Seminarium Duchownego w Wilnie. Pochodził on z niezbyt zamożnej rodziny, stąd też dzięki pomocy rektora, który zauważył walory duchowe i intelektualne kandydata do kapłaństwa mógł kontynuować studia seminaryjne. Michał był wyróżniającym się klerykiem, świadczy o tym udzielenie mu święceń subdiakonatu i diakonatu rok wcześniej niż to zwykle praktykowano. Po ukończeniu czwartego roku studiów, 15 czerwca 1914 roku Michał otrzymał święcenia kapłańskie z rąk biskupa Franciszka Karewicza.

Jako wikariusz został posłany do parafii Taboryszki. Latem 1915 roku, przez tę miejscowość przechodził front niemiecko- rosyjski. Ks. Michał nie zważając na zagrożenie życia sprawował Mszę św. nabożeństwa, objeżdżał furmanką parafię spiesząc swoim parafianom z różnoraką pomocą. Na prośbę kapelana niemieckiego pełnił także posługę duszpasterską, w stacjonującej w pobliżu niemieckiej jednostce wojskowej. Oprócz duszpasterstwa ks. Michał prowadził także działalność oświatową. Między innymi zakładał po wioskach polskie szkoły. Okupacyjne władze niemieckie były na początku tolerancyjne wobec tej działalności. Później jednak uznały ją za szkodliwą zaczęły utrudniać działalność i prześladować ks. Michała tak, że rozważał on możliwość opuszczenia Taboryszek.

We wrześniu 1918 roku ks. Michał, żegnany z wielkim żalem przez parafian opuścił Taboryszki i udał do Warszawy na studia. Z powodu choroby musiał przeleżeć kilka tygodni w szpitalu, i gdy w styczniu 1919 roku zgłosił się na uniwersytet okazało się, że jest zamknięty z powodu wojny na wschodzie. W tej sytuacji ks. Michał poprosił biskupa polowego Wojska Polskiego Stanisława Galli o przyjęcie do wojska jako kapelana i wysłanie na front. Otrzymał przydział do Wileńskiego Pułku Strzelców Białoruskiej Dywizji. Młody kapelan pełnił odważnie i wzorowo swoją służbę. Osłabiony jednak trudami wojennymi zachorował na tyfus plamisty. Po rekonwalescencji biskup polowy udzielił mu urlopu zdrowotnego, a komisja lekarska skierowała go do Sanatorium Czerwonego Krzyża w Zakopanem. Po powrocie we wrześniu 1919 roku ks. Michał został mianowany kapelanem w Obozie Szkoleniowym na Powązkach. Jego wykłady religijno- patriotyczne zostały wysoko ocenione przez przełożonych. Ministerstwo Wojny wydało je drukiem, zobowiązując oficerów do zapoznania z nimi rekrutów we wszystkich oddziałach. Gdy w październiku 1919 roku Uniwersytet Warszawski wznowił działalność, ks. Michał zapisał się na studia, dzieląc naukę z posługę duszpasterską w wojsku. Latem 1920 roku ks. Michał, wracając ze szpitala został napadnięty przez polskich komunistów. Po tym wydarzeniu, z rozkazu samego marszałka Józefa Piłsudskiego przydzielono kapelanowi samochód i ordynansa, aby mógł bezpiecznie pełnić posługę duszpasterską.

Biskup wileński Jerzy Matulewicz, widząc wspaniałe osiągnięcia w pracy i nauce ks. Michała chciał go pozyskać dla swojej diecezji, powierzając mu na początek zorganizowanie duszpasterstwa młodzieży pozaszkolnej. Ks. Michał zgodził się, ale Kuria polowa odmówiła. Dopiero po osobistej interwencji biskupa Matulewicza, jesienią 1924 roku biskup polowy wyraził zgodę na przeniesienie ks. Michała do pracy na Wileńszczyźnie, gdzie został kierownikiem Rejonowego Duszpasterstwa wojskowego. Pełnił tam posługę duszpasterską do roku 1929. Jako kapelan wojskowy pracował także w kurii wileńskiej. W 1927 roku został mianowany ojcem duchownym w wileńskim Seminarium. Rok później otrzymał stanowisko zastępcy profesora na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie oraz wykładowcy w Seminarium Duchownym. Jeden z kleryków tak wspomina ks. Michała: „W pamięci mojej z okresu pobytu w Seminarium Duchownym w Wilnie ks. profesor Sopoćko pozostał jako staranny, dobry wykładowca i gorliwy kapłan, stale usiłujący nas, swoich uczniów umysłowo wzbogacić, a duchowo pobudzić do postępu w doskonałości”.

Ks. Michał Sopoćko jako spowiednik żeńskich zgromadzeń zakonnych poznał w Wilnie siostrę Faustynę Kowalską, która od 1933 roku przebywała w tym mieście. W swoim dzienniku ks. Michał zapisał: „Poznałem siostrę Faustynę w roku 1933, która od razu powiedziała, że zna mię od dawna i że mam być jej kierownikiem oraz ogłosić światu o miłosierdziu Bożym”. Zaś siostra Faustyna o tym pierwszym spotkaniu napisała: „Nadszedł tydzień spowiedzi i ku mojej radości ujrzałam tego kapłana, którego już znałam wpierw, nim przyjechałam do Wilna. Znałam go w widzeniu. Wtem usłyszałam w duszy te słowa: Oto wierny sługa mój, on ci dopomoże spełnić wolę moją tu na ziemi”.

Ks. Sopoćko bardzo wnikliwie ocenił zachowanie i objawienia siostry Faustyny i zainspirowany tymi objawieniami oddał się całkowicie szerzeniu kultu Miłosierdzia Bożego. Opublikował szereg dzieł o Miłosierdziu Bożym, zabiegał o ustanowienie święta, przyczynił się do namalowania pierwszego obrazu Jezusa Miłosiernego, współtworzył Zgromadzenie Zakonne Sióstr Jezusa Miłosiernego. 10 sierpnia 1936 roku pisał do siostry Faustyny: „Wola Boża spełni się w całej rozciągłości i żadne potęgi świata, ani duchów ciemności nie zdołają planów Bożych pokrzyżować. Tylko w pełnieniu woli Bożej należy zachować wielki spokój i cierpliwość zwalczając pośpiech i gorączkę… Trzeba wprzód przygotować grunt… a wówczas ustanowienie tego święta będzie tylko sprawą czasu. W tym właśnie celu wydałem książeczkę „Miłosierdzie Boże”.

W czasie okupacji niemieckiej, ostrzeżony przed aresztowaniem, w przebraniu zakonnicy ks. Sopoćko wyjechał z Wilna na wozie z sianem i przez ponad dwa lata ukrywał się w Czarnym Borze. Tu rozpoczął pisanie swego największego traktatu: „Miłosierdzie Boże w dziełach Jego”. W 1944 roku po otwarciu Seminarium Duchownego w Wilnie prowadził w nim wykłady aż do jego zamknięcia w roku 1945 przez bolszewików. Ks. Michał Sopocko duszpasterzował także w parafii św. Jana; katechizował, organizował potajemnie kurs katechetyczny. Zagrożony aresztowaniem za tę działalność wyjechał w 1947 roku do Białegostoku, gdzie podjął wykłady w tamtejszym Seminarium Duchownym. Udzielając się duszpastersko w diecezji, niezmordowanie głosił tajemnicę Bożego Miłosierdzia. Boleśnie, ale z pełnym oddaniem się woli Bożej przeżył opublikowanie 6 marca 1959 roku Notyfikacji Kongregacji Świętego Oficjum nakazującej powstrzymanie się od rozszerzania obrazów i pism, które przedstawiają nabożeństwo do Miłosierdzia Bożego w formach propagowanych przez siostrę Faustynę. Jeden z postulatów dekretu był skierowany do Księdza Prymasa, zobowiązujący ks. Michała do zaprzestania propagowania objawień siostry Faustyny. Wraz z napomnieniem Prymas miał według własnego uznania nałożyć karę. Ks. Prymas Stefan Wyszyński przeczytał osobiście tekst napomnienia z Rzymu. Ks. Sopoćko po wysłuchaniu powiedział, że czeka na wyznaczenie kary. A Prymas miał wtedy odpowiedzieć, że już samo wysłuchanie pisma było dostateczną karą.

W 1962 roku ks. Sopoćko przeszedł na emeryturę, pracując dalej duszpastersko w kaplicy przy domu zakonnym Sióstr Misjonarek św. Rodziny. Prawie do końca swego życia angażował się w życie diecezji, pracował naukowo, pisał. Nie doczekał się jednak publicznego uznania przez Kościół objawień siostry Faustyny, które były treścią życia Apostoła Bożego Miłosierdzia. Zmarł w Białymstoku 15 lutego 1975 roku, w dniu wspomnienia św. Faustyna, zakonnego patrona siostry Faustyny Kowalskiej.

 

 

BŁOGOSŁAWIENI, KTÓRZY UWIERZYLI

Ks. Franciszek Gałdys ze zgromadzenia Chrystusowców prowadził w tym roku rekolekcje wielkopostne w parafii Matki Bożej Częstochowskiej w Dolnym Brooklynie. Przez długie lata pracował w parafii Subotniki na Białorusi. W czasie rekolekcji dzielił się swoimi przeżyciami związanym z pracą duszpasterską na Białorusi. Za czasów Związku Radzieckiego parafia Subotniki nie miała swojego księdza. Parafianie jednak nie zrezygnowali z niedzielnych spotkań w kościele i „odprawiali Mszę św.” bez kapłana. Zapalano świece, na ołtarzu wykładano ornat i śpiewano pieśni, prowadzono modlitwy, czytano Pismo św. Wielkim wydarzeniem dla tej wspólnoty było przybycie kapłana, który pozostał tam na stałe. Nie był to jednak koniec prześladowania katolików. Przed niedzielną Mszą św., przy wejściu do świątyni stali nauczyciele, którzy nie wpuszczali dzieci do świątyni. Komunistyczne władze dały za wygrane ze starszym pokoleniem, które mimo tak okrutnych prześladowań trwało wiernie przy Chrystusie, ale nie odpuściły dzieciom i młodzieży. Komuniści uważali, że uda się wyrwać wiarę z serc dzieci i wychować na modłę komunistycznych komsomolców. Temu miała służyć niedzielna akcja nauczycieli niewpuszczania dzieci na Mszę św. 

Do kościoła było jednak drugie dyskretne wejście obok plebani. Niektórzy rodzice i ich dzieci korzystali z niego. Stąd też nauczyciele wchodzili do kościoła w czasie Mszy św. i starali się wyłuskać i zapamiętać dzieci uczestniczące obecne w świątyni. Następnego dnia w szkole zwoływano wszystkich uczniów na apel. Dzieci ustawiały się w okrąg. Nauczyciel wywoływał wtedy uczniów, którzy byli w kościele i stawiał ich w środku okręgu. I zaczynało się wtedy wymyślanie, wyszydzanie dzieci uczęszczających do kościoła i ich rodziców. Wymyślano im od ciemniaków, zacofańców, nie przebierając w obrzydliwych epitetach. Na koniec padała komenda: „A teraz plujemy”. Wszystkie dzieci w okręgu pluły na znieważone i zawstydzone dzieci, które uczestniczyły we Mszy św.. Po ceremonii oplucia, dzieci wracały do klas, gdzie odbywały się normalne zajęcia. Mimo takiego poniżenia i szykan, tak barbarzyńskiego postepowania nie brakowało dzieci, które potajemnie uczestniczyły z rodzicami we Mszy św. Można podziwiać tak ogromną i silną wiarę zarówno dzieci jak i ich rodziców. To do nich odnoszą się słowa z dzisiejszej Ewangelii: „błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli”. Błogosławieni znaczy szczęśliwi. Nie chodzi tu jednak o szczęście przelotne, które szybko mija jak rosa poranna. Jest tu mowa o szczęściu, które mimo ulotności świata trwa. Takie szczęście mogą zdobyć tylko ci, którzy przez wiarę zakotwiczą się Chrystusie zmartwychwstałym.

Okres Wielkanocny jest czasem umacniania wiary w Chrystusa zmartwychwstałego. W liturgii mszalnej tego okresu często wracamy niejako do pierwszej Wielkanocy, która trwała od zmartwychwstania Chrystusa do Jego wstąpienia do nieba. Był to szczególnie ważny czas dla apostołów i uczniów Chrystusa. Byli oni świadkami śmierci Chrystusa na krzyżu, wobec tej okrutnej rzeczywistości nawet słowa zapowiadające zmartwychwstanie i poparte cudami niewiele znaczyły. Śmierć zbiła także nadzieję i wiarę uczniów Chrystusa. Nawet pusty grób, zapieczętowany i strzeżony przez straż nie przekonał wszystkich uczniów Jezusa. A Chrystus dawał coraz to nowe dowody o swoim zmartwychwstaniu. Ukazywał się wielokrotnie zdumionym apostołom, a gdy oni pewnego razu myśleli, że to duch, to Chrystus poprosił o chleb i rybę i spożywał. Jeden z apostołów Tomasz nie uwierzył swoim współtowarzyszom, którzy z radością mówili, że widzieli zmartwychwstałego Pana. Oczekiwał on fizycznego dowodu. Chciał dotknąć ran Jezusa. W Ewangelii na dzisiejszą niedzielę, która z ustanowienia św. Jana Pawła II jest obchodzona jako Niedziela Miłosierdzia Bożego słyszymy słowa: „A po ośmiu dniach, kiedy uczniowie Jego byli znowu wewnątrz domu i Tomasz z nimi, Jezus przyszedł mimo drzwi zamkniętych, stanął pośrodku i rzekł: ‘Pokój wam! Następnie rzekł do Tomasza: ‘Podnieś tutaj swój palec i zobacz moje ręce. Podnieś rękę i włóż ją do mego boku, i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym’. Tomasz Mu odpowiedział: ‘Pan mój i Bóg mój!’. Powiedział mu Jezus: ‘Uwierzyłeś, bo Mnie ujrzałeś; błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli’”.

Z pewnością w każdym z nas drzemie gdzieś tam głęboko pragnienie, aby doświadczyć zmartwychwstania Chrystusa, jak św. Tomasz. Apostoł nie musiał dotykać ran Chrystusowych, aby uwierzyć. Nam również nie jest potrzebne dotknięcie ran Chrystusowych, aby doświadczyć Jego obecności. Z pewnością mamy inne doświadczenia bliskości Chrystusa i one są u źródła naszej wiary w zmartwychwstanie. I do nas odnoszą się słowa Chrystusa skierowane do św. Tomasza: „błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli”. Szczęśliwy jest ten, kto wykorzystuje tak liczne znaki świadczące o zmartwychwstaniu Chrystusa w umacnianiu swojej wiary, która jest źródłem najgłębszej radości i pokoju. Papież Franciszek w homilii z 24 marca 2013 roku powiedział: „Nasza radość pochodzi nie z posiadania wielu rzeczy, ale ze spotkania pewnej Osoby: Jezusa, z tego, że wiemy, iż będąc z Nim, nigdy nie jesteśmy sami, nawet w chwilach trudnych, nawet kiedy na drodze życia napotykamy problemy czy trudności, które wydają się nie do pokonania, a jest ich tak wiele! Towarzyszymy, idziemy za Jezusem, ale przede wszystkim wiemy, że to On nam towarzyszy i bierze nas na swe ramiona: na tym polega nasza radość, nadzieja, którą winniśmy wnosić w nasz świat. Nieśmy wszystkim radość wiary!”

Na naszej drodze wzrastania w wierze spotykamy także materialne znaki zmartwychwstania Pańskiego. Jednym z nich jest Całun Turyński, płótno, w które był owinięty Jezus przed złożeniem do grobu. W cudowny sposób odbiła się na nim postać ukrzyżowanego Jezusa. Nauka do tej pory nie jest w stanie do końca wyjaśnić, jak powstał ten wizerunek i w miarę doskonalenia swoich narzędzi badawczych powraca do tej sprawy. Przed ostatnią Wielkanocą wypowiadał się na ten temat profesor Idzi Panic, historyk, autor książki „Tajemnice Całunu”. Powiedział między innymi: „Według mnie to autentyk, świadek Zmartwychwstania. Mnie jako historykowi wolno tak napisać. Badania przy użyciu aparatury do badań kosmicznych wykazały, że obraz jest trójwymiarowy.  Mimo, że wizerunek ma zaledwie 40 mikronów grubości, więc jest zaledwie muśnięciem, to jednak ma charakter trójwymiarowy: nie da się tego uzyskać przed wynalezieniem komputerów. Nikt nie jest w stanie osiągnąć zależności matematycznej odległości płótna od ciała, a takie zjawisko wystąpiło na całunie. Żadne zjawisko przyrodnicze ani żaden artysta nie są w stanie uzyskać takiego efektu. To jest możliwe tylko przy użyciu aparatów czy kamer cyfrowych. A takie urządzenia nie były dostępnych w tamtych czasach. Na twarzy człowieka z płótna, pomimo ogromnego cierpienia, nie widać złości. – Dla mnie to jest najbardziej szokujące” (Kurier Plus 2014).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *