12 Sty

2 niedziela zwykła Rok B

 

ODKRYWANIE BOGA.

Jan stał wraz z dwoma swoimi uczniami i gdy zobaczył przechodzącego Jezusa, rzekł: „Oto Baranek Boży”. Dwaj uczniowie usłyszeli, jak mówił i poszli za Jezusem. Jezus zaś odwróciwszy się i ujrzawszy, że oni idą za Nim, rzekł do nich: „Czego szukacie?” Oni powiedzieli do Niego: „Rabbi, to znaczy: Nauczycielu, gdzie mieszkasz?” Odpowiedział im: „Chodźcie, a zobaczycie”. Poszli więc i zobaczyli, gdzie mieszka, i tego dnia pozostali u Niego. Było to około godziny dziesiątej. Jednym z dwóch, którzy to usłyszeli od Jana i poszli za Nim, był Andrzej, brat Szymona Piotra. Ten spotkał najpierw swego brata i rzekł do niego: „Znaleźliśmy Mesjasza”, to znaczy: Chrystusa. I przyprowadził go do Jezusa. A Jezus wejrzawszy na niego rzekł: „Ty jesteś Szymon, syn Jana, ty będziesz się nazywał Kefas”, to znaczy: Piotr (J 1,35-42).

Irving Haris w książce pt. „On mnie dotknął” opisał historie ludzi, którzy w swoim życiu w sposób nadzwyczajny doświadczyli obecności Boga. Jednym z nich jest pisarz i mówca Bruce Larson. W czasie II wojny światowej walczył w Europie. Po zakończeniu działań wojennych pozostał przez pewien czas w Niemczech. Mówiąc o swoim życiu w tych dniach tak napisał: „Czułem się jakbym pływał w morzu zgnilizny. Najgorszym było to, że czułem tę zgniliznę w swoim wnętrzu”. Poczucie pustki i obrzydzenia do świata zdominowało jego życie. Czas wojny spowodował zagubienie wiary w Boga. Pewnej nocy stojąc na warcie w zbombardowanym budynku Bruce zrzucił karabin z ramienia i oparł go o ceglany mur. Wyrzucił papierosa i padł na kolana. Następnie spojrzał w niebo, na którym zobaczył miliony gwiazd przeświecających przez ruiny zbombardowanego budynku. Po czym skierował ku niebu żarliwą modlitwę: „Panie, jeśli naprawdę jesteś tam i jeśli naprawdę troszczysz się o mnie, zstąp na ziemię i weź w opiekę moje życie.”

To był początek gruntownej przemiany wewnętrznej. W następnych tygodniach Bruce doświadczył cudu w życiu duchowym. Jego materialistyczne wartościowanie i cele zostały zastąpione duchowymi. Rozpoczął życie jako nowy człowiek. W czasie tej nocy, spędzonej w zbombardowanym budynku w Stuttgarcie Bruce spotkał Jezusa. Spotkał tak jak św. Andrzej Apostoł w dzisiejszej Ewangelii i podobnie jak św. Andrzej Apostoł zapytał: „Nauczycielu, gdzie mieszkasz?” A Jezus odpowiedział: „Chodź a zobaczysz”. Bruce poszedł za Nim.

Po powrocie do Stanów Zjednoczonych ta przemiana wewnętrzna zaczęła owocować, zmieniając jego odniesienie do bliźniego. O swoich przeżyciach, po latach tak pisze: „Z pierwszych miesięcy po moim powrocie pamiętam bardzo dokładnie moje spacery ulicami miasta. Czułem, że znam najważniejszy sekret życia- że Jezus Chrystus chce żyć w nas i z nami, chce dzielić z nami swoje życie…. „Kiedy wędrowałem ulicami miałem ochotę dzielić się z nieznajomymi moim sekretem. Polecałem Bogu w cichej modlitwie mijanych przechodniów, a były ich setki każdego dnia”. Bruce, podobnie jak św. Andrzej Apostoł chciał się dzielić z innymi prawdą, jaką odnalazł w Jezusie Chrystusie.

W różnych okolicznościach i na różnych drogach odkrywamy Boga. Odkrywamy, jeśli jesteśmy otwarci na działanie Jego łaski. A gdy to odkrycie doprowadzi nas do autentycznego spotkania z Nim, wtedy nic nas nie powstrzyma od pójścia za Nim. Bo w Nim jest pełnia życia. Ta pełnia domaga się dzielenia Dobrą Nowiną z innymi. I tak jak rybacy znad jeziora Galilejskiego stajemy się apostołami Chrystusa na miarę naszych czasów i naszych możliwości (z książki Ku wolności).

 

 

POWOŁANIE

Samuel spał w przybytku Pana, gdzie znajdowała się Arka Przymierza. Wtedy Pan zawołał Samuela, a ten odpowiedział: „Oto jestem”. Pobiegł do Helego mówiąc mu: „Oto jestem: przecież mnie wołałeś”. Heli odrzekł: „Nie wołałem cię, wróć i połóż się spać”. Położył się zatem spać. Lecz Pan powtórzył wołanie: „Samuelu!” Wstał Samuel i pobiegł do Helego mówiąc: „Oto jestem: przecież mnie wołałeś”. Odrzekł mu: „Nie wołałem cię, synu. Wróć i połóż się spać”. Samuel bowiem jeszcze nie znał Pana, a słowo Pana nie było mu jeszcze objawione. I znów Pan powtórzył po raz trzeci swe wołanie: „Samuelu!” Wstał więc i poszedł do Helego, mówiąc: „Oto jestem: przecież mnie wołałeś”. Heli spostrzegł się, że to Pan woła chłopca. Rzekł więc Heli do Samuela: „Idź spać. Gdyby jednak kto cię wołał, odpowiedz: «Mów, Panie, bo sługa Twój słucha»”. Odszedł Samuel i położył się spać na swoim miejscu. Przybył Pan i stanąwszy zawołał jak poprzednim razem: „Samuelu, Samuelu!” Samuel odpowiedział: „Mów, bo sługa Twój słucha” (1 Sm 3,3b-10.19).

Siostra Sheila ze Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia Wcielonego Słowa pracuje w hospicjum, gdzie przebywają ludzie nieuleczalnie chorzy. Mówi, że kocha swoją pracę. I rzeczywiście, gdy patrzymy na jej bezgraniczne zatroskanie o umierających, na jej poświęcenie jesteśmy pewni, że mówi prawdę. Jak odkryła swoje powołanie do tego Zgromadzenia i do takiej posługi? Mówi, że zrodziło się ono w młodości.

W wieku dwunastu lat, po raz pierwszy odczuła dosyć wyraźnie, że Ktoś ją woła do takiej posługi. A miało to miejsce w miejscowym szpitalu w Kerry, gdzie spędziła kilkanaście dni jako pacjentka. Obserwowała pilnie co się wokół niej dzieje. Miała czas na różnego rodzaju przemyślenia. W sali szpitalnej było dwunastu pacjentów. W kącie sali leżała na łóżku starsza kobieta. W ciągu dnia nie przyjmowała ona żadnych pokarmów i nikt też nie przychodził do niej z wizytą. Nocą, gdy przygasły światła i na sali zaległa głęboka cisza, dał się słyszeć słaby głos: „Sheila, Sheila, podejdź do mnie”.  Sheila wstawała i zatrzymywała się przy łóżku starszej kobiety, która uśmiechała się do niej i mówiła: „Wody, wody”. Sheila brała plastikowy kubek z wodą, zwilżała jej usta, poprawiała kołdrę i wracała swoje miejsce. Powtarzało się to dwa, trzy i więcej razy w ciągu nocy. Podobna sytuacja powtarzała się przez kolejne noce wspólnego przebywania w szpitalu. Sheila zadawała sobie pytanie: „Czyją jest ona babcią i dlaczego nikt jej nie odwiedza?”

Pewnego ranka Sheila podeszła, jak zwykle do łóżka starszej kobiety, aby sprawdzić co się dzieje. Była zaszokowana, gdy zobaczyła puste łóżko. Staruszka zmarła. W ciągu następnych dni nikt nawet nie wspomniał imienia zmarłej. Sheila tłumiła w sobie złość do pielęgniarek i lekarzy, którzy pracowali na tym oddziale. Powtarzała często sama do siebie: „Nikt nie powinien umierać sam, jak ta staruszka. Powinna mieć kogoś przy sobie w tych ostatnich minutach życia”.

Dwa lata później, zimnym lutowym popołudniem zmarł niespodziewanie ojciec Sheili. Jej pierwszą reakcją na tę tragiczną wiadomość była myśl: „Czy nie był on sam, gdy umierał na szpitalnym łóżku?” Później dowiedziała się, że umierał on w wielkim bólu, a przy nim nie było nikogo. Zrodziło się wtedy w Sheili pragnienie, aby być z umierającymi, nieść im pomoc i ulgę, aby nie czuli się samotni w tak bardzo trudnym momencie życia. Wybrała Zgromadzenie Sióstr Miłosierdzia Wcielonego Słowa i pracę w hospicjum. O swoim wyborze mówi tymi słowami: „Pobyt w hospicjum, mierzony kalendarzem jest krótki; trwa sześć miesięcy albo mniej. Lecz przebywanie razem z umierającymi, nawet tak krótko jest wielkim przywilejem. Gdy zatrzymuję się przy łóżku chorego, to tak jakbym stawała na świętej ziemi” (Flor McCarthy, SDB: New Sunday & Holy Day Liturgies).

Siostra Sheila jest pewna, że przez te okoliczności życia Chrystus powiedział do niej: Pójdź za mną. A ona się nie oparła. Poszła za Chrystusem. Na różne sposoby Bóg powołuje ludzi. W Starym Testamencie mamy wiele tego przykładów. Jednym z nich jest powołanie Samuela na proroka, który ma namaścić pierwszego króla izraelskiego.  W Księdze Samuela czytamy: „Samuel spał w przybytku Pana, gdzie znajdowała się Arka Przymierza. Wtedy Pan zawołał Samuela, a ten odpowiedział: Oto jestem. Pobiegł do Helego mówiąc mu: Oto jestem, przecież mnie wołałeś. Heli odrzekł: Nie wołałem cię wróć i połóż się spać”. Podobne wołanie powtórzyło się trzy razy. I wtedy Heli zrozumiał, że to Bóg woła młodego Samuela. Poradził mu, aby gdy usłyszy ponownie wołanie odpowiedział: „Mów Panie, bo sługa Twój słucha”. Wołanie powtórzyło się po raz czwarty. Samuel odpowiedział na Boże wołanie i stał się Bożym prorokiem, a moc Boża sprawiła, że Bóg „Nie pozwolił upaść żadnemu jego słowu na ziemię”. To znaczy, że słowa, proroctwa głoszone przez Samuela miały ogromną moc i znajdowały spełnienie w życiu.  W tym powołaniu Bóg posłużył się człowiekiem, który w pewnym sensie zdradził swoje powołanie. Kapłan Heli zasłużył na surowe Boże upomnienie, a nawet spadnie na niego niebawem kara, która spowoduje jego tragiczną śmierć. Heli okazywał się zbyt słaby i niezaradny wobec nadużyć popełnianych w kulcie przez swych synów, niegodnych kapłanów, mimo to z woli Boga, to on pomógł Samuelowi rozpoznać powołanie przez Boga.

Chrystus powołując swoich uczniów, którzy mają głosić Królestwo Boże czyni to często za pośrednictwem innych ludzi. Jan Chrzciciel widząc przechodzącego Chrystusa powiedział o Nim: „Oto Baranek Boży”. Dla słuchających go było to jednoznaczne ze wskazaniem, że Jezus jest Mesjaszem. Usłyszeli to dwaj uczniowie Jana i poszli za Jezusem. Ci z kolei stanęli na drodze powołania innych: „Jednym z, dwóch, którzy to usłyszeli od Jana i poszli za Nim, był Andrzej, brat Szymona Piotra. Ten najpierw spotkał swego brata i powiedział do niego: Znaleźliśmy Mesjasza- to znaczy Chrystusa”. Można powiedzieć, że normalną drogą powoływania nas przez Boga jest drugi człowiek. Z tego też powodu tak ważne jest nasze świadectwo wiary. Tak ważne jest świadectwo wierzących rodziców, których Bóg postawił na drodze powołania ich dzieci. To oni wskazują swoim dzieciom Chrystusa: „Oto jest Baranek Boży”. To zadanie spełnia każdy z nas odpowiednio do funkcji, jaką z woli bożej wypada nam pełnić w życiu ziemskim. Czasami Bóg powołuje bezpośrednio, tak jak to miało miejsce w przypadku św. Pawła. W drodze do Damaszku ogarnęła go wielka jasność i usłyszał głos: „Szawle, dlaczego mnie prześladujesz?” Zrozumiał, że to sam Chrystus go powołał. Był to punkt zwrotny w jego życiu. Z prześladowcy Chrystusa stał się Jego gorliwym uczniem, głosząc całemu światu Dobrą Nowinę o zbawieniu. Najczęściej jednak Bóg powołuje nas przez innych ludzi, ale konkretyzacja tego powołania dokonuje się poprzez otwarcie się na bezpośredni boże natchnienia.

Czytania biblijne z dzisiejszej niedzieli kierują naszą uwagę na powołanie, które w sposób szczególny ma się koncentrować na głoszeniu tajemnicy królestwa Bożego. Myślimy w tym wypadku o powołaniu kapłańskim i zakonnym. Nie jest to jednak ograniczenie powołania tylko do tego wymiaru. Każdy z nas ma na tej ziemi jakąś misję do spełnienia. Bóg nas powołuje, stawia przed nami różne zadanie. Od rzeczy jest zastanawianie się, które z tych powołań jest ważniejsze. Każde jest ważne. Świadomość bożego powołania jest bodźcem i źródłem mocy do tego, aby nasze czyny i słowa podobały się Bogu. Czyn i słowo, w których Bóg ma upodobanie są niezawodnym znakiem, że skutecznie głosimy i wprowadzamy w życie zasady Królestwa Bożego, że skutecznie i owocnie realizujemy swoje życiowe powołanie /Nie ma innej Ziemi Obiecanej/.

 

 

BÓG WOŁA                

Nazajutrz Jan znowu stał w tym samym miejscu wraz z dwoma uczniami i gdy zobaczył przechodzącego Jezusa, rzekł: „Oto Baranek Boży”. Dwaj uczniowie usłyszeli, jak mówił, i poszli za Jezusem. Jezus zaś odwróciwszy się i ujrzawszy, że oni idą za Nim, rzekł do nich: „Czego szukacie?” Oni powiedzieli do Niego: „Rabbi! – to znaczy; Nauczycielu- gdzie mieszkasz?” Odpowiedział im: „Chodźcie, a zobaczycie”. Poszli, więc i zobaczyli, gdzie mieszka, i tego dnia pozostali u Niego (J 1, 35-39).

Do wielu z nas wołanie Boga dotarło wcześniej niż mogliśmy je świadomie usłyszeć. W czasie chrztu świętego nasi rodzice i chrzestni odpowiedzieli za nas na to wołanie. To był dobry początek, aby pójść za Bogiem i odkryć Chrystusa, który mówi o sobie: „Ja jestem drogą i prawdą, i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej, jak tylko przeze Mnie”. Do zrozumienia i przyjęcia tej prawdy, do świadomej odpowiedzi na to wołanie dorastamy całe życie. Podobnie jak do odpowiedzi św. Piotra: „Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego. A myśmy uwierzyli i poznali, że Ty jesteś Świętym Boga”. Piotr wyznał swoją wiarę, gdy nauczanie Jezusa wydało się zbyt trudne. Jezus to widział i dlatego zapytał uczniów: „I wy chcecie odejść?” I wtedy padła odpowiedź św. Piotra.

Stajemy nieraz przed trudnymi prawdami wiary, rodzą się wątpliwości i wtedy Chrystus pyta nas: I ty chcesz odejść? Św. Izydor biskup poucza nas, co trzeba robić, aby pozostać przy Chrystusie: „Oczyszczamy się modlitwami, dokształcamy czytaniem; jedno i drugie jest dobre, jeśli można sobie na to pozwolić równocześnie; jeżeli nie, to lepiej modlić się, niż czytać.  Kto chce być zawsze z Bogiem, powinien często modlić się i czytać. Albowiem, kiedy modlimy się, rozmawiamy z samym Bogiem, kiedy natomiast czytamy, Bóg mówi z nami.  Wszelki postęp ma swój początek w czytaniu i rozważaniu. To, czego nie wiemy, poznajemy z lektury, to zaś, czego nauczyliśmy się, utrwalamy w pamięci przez rozważanie.  Czytanie ksiąg świętych przynosi podwójną korzyść: wyrabia zdolność umysłu do pojmowania oraz odwraca człowieka od marności światowych i prowadzi do umiłowania Boga. Im bardziej ktoś wnika w słowa Pisma św., tym głębsze zdobywa z nich zrozumienie, tak jak ziemia, która im lepiej jest uprawiana, tym obfitsze przynosi owoce”.

Jeśli chrześcijanin szuka Boga, poza rzeczywistością, którą wykreowała łaska chrztu św. to znaczy, że zabrakło w jego życiu albo modlitwy, albo pobożnej lektury świętych ksiąg. Dzisiaj wielu zagubionych chrześcijan szuka kontaktu z Bogiem, wewnętrznego spokoju w buddyzmie. Joga i buddyjski sposób medytacji przenikają do kręgów chrześcijańskich. Słynny trapista, myśliciel Tomasz Merton udał się na Daleki Wschód, aby studiować duchowość buddyjską, metodę modlitwy i rozmyślania. Ostatecznie, to czego szukał odnalazł w zakonie trapistów. W czasie studiów na Uniwersytecie Columbia, Merton zaprzyjaźnił się z indyjskim swamim (nauczycielem) Bramacharim. Odbył z nim wiele pasjonujących rozmów związanych z duchowością Wschodu i Zachodu. Kiedy Merton poprosił go, aby wskazał mu jakieś wartościowe książki dotyczące duchowości, ku swemu zdziwieniu Bramachari nie wskazał mu żadnego tekstu medytacyjnego czy mistycznego Wschodu, lecz Naśladowanie Chrystusa Tomasza a Kempis oraz Wyznania św. Augustyna. Dzięki zakonom Kościół katolicki wypracował wspaniałe metody życia wewnętrznego. Z utratą wiary ludzie Zachodu często tracą zaufanie do wszystkiego, co chrześcijańskie i stąd popularność buddyjskich guru na Zachodzie, zwłaszcza wśród młodzieży.

Tomasz był jedynakiem. Rodzice zadbali o wszystko. Posłali go do elitarnej szkoły, po ukończeniu której otrzymał dobrą pracę. W czasie nauki rodzice kupili mu sportowy samochód, ubierał się w markowe ciuchy, miał własne konto w banku. Niczego mu nie brakowało, a właściwe nie otrzymał tego co najważniejsze w życiu, wartości, które nadają najgłębszy sens naszej egzystencji. Porzucił pracę. Zaczął prowadzić hipisowski styl życia. Narkotyki, alkohol, seks były na porządku dziennym. Jednak nie odnalazł w tym wszystkim pokoju. Zaczął tego szukać w różnych sektach religijnych. Dzisiaj Tomasz należy do wspólnoty, której członkowie nie piją alkoholu, nie biorą narkotyków, nie palą papierosów, jedzą tylko jeden posiłek dziennie, śpią na cienkiej macie, noszą zgrzebne ubrania, nie mają pieniędzy i kosztownych rzeczy, nie oglądają telewizji i nie czytają gazet, modlą się i medytują jedenaście godzin dziennie. Tomasz należy do grupy buddyjskiej w Tajlandii. Odnalazł spokój duszy. Ale czy ten spokój duszy wystarczy? Nikt też nie wie jak długo zostanie w tej grupie.

Kolega Tomasza w czasie rozmowy ze swoim proboszczem powiedział: „Nie mogę zrozumieć, dlaczego młodzi ludzie, uciekając przed konsumpcyjną drapieżnością życia, przed ‘wyścigiem szczurów’, szukają samotności i wewnętrznego pokoju gdzieś na Dalekim Wschodzie, w praktykach buddyzmu, gdy tymczasem, to wszystko jest tak blisko nas. Wystarczy wejść do kościoła na chwilę modlitwy, medytacji, adoracji. Ogarnie cię wtedy nadzwyczajna, święta cisza. Pokój emanuje z każdego zakątka tej świętej budowli. Czuję wtedy obecność Chrystusa i Jego Matki. Nadzwyczajny spokój ogrania moją duszę, a serce chce śpiewać pieśń radości i uwielbienia. Odnajduję to wszystko, czego niektórzy moi rówieśnicy szukają bardzo daleko, w buddyjskich klasztorach. Jezus daje, to czego pragniemy. Apostołowie pytali Go, gdzie mieszka, a On im odpowiedział: ‘Chodźcie, a zobaczycie’ Poszli za nim i odnaleźli to czego szukali”.

Do każdego poszukującego Chrystus mówi: Chodźcie a zobaczysz, gdzie mieszkam. Z pewnością spokój świątyni jest odpowiednim miejscem spotkania z Chrystusem i odnalezienia tego, czego brakuje w zagonionym, konsumpcyjnym świecie. Jednak w tym spotkaniu miejsce nie jest najważniejsze, bo nawet w świątyni możemy rozminąć się z Chrystusem. Ważniejsze jest osobiste spotkanie nawet bez miejsca, które uważamy, że jest to dom Boga. W Ewangelii czytamy: „Gdy Jezus zobaczył tłum dokoła siebie, kazał odpłynąć na drugą stronę. Wtem przystąpił pewien uczony w Piśmie i rzekł do Niego: Nauczycielu, pójdę za Tobą, dokądkolwiek się udasz. Jezus mu odpowiedział: Lisy mają nory i ptaki powietrzne – gniazda, lecz Syn Człowieczy nie ma miejsca, gdzie by głowę mógł oprzeć”. Ważne są miejsca, które wytyczają materialną przestrzeń spotkania, ale ważniejsze jest spotkanie Chrystusa w naszej duszy i naszym sercu. Do Samuela Bóg wołał w świątyni, bo jest to ważne miejsce spotkania z Nim, ale nie najważniejsze. Św. Paweł w Liście do Koryntian wskazuje na nasze ciało jak miejsce spotkania z Bogiem: „Czyż nie wiecie, że ciało wasze jest przybytkiem Ducha Świętego, który w was jest, a którego macie od Boga, i że już nie należycie do samych siebie? Za wielką bowiem cenę zostaliście nabyci. Chwalcie więc Boga w waszym ciele!”. Aby to miejsce było godne spotkania nie może być skalane grzechem. Św. Paweł wymienia jeden z tych grzechów kalających nasze ciała: „ Strzeżcie się rozpusty; wszelki grzech popełniony przez człowieka jest na zewnątrz ciała; kto zaś grzeszy rozpustą, przeciwko własnemu ciału grzeszy” (z książki Bóg na drogach naszej codzienności).

 

 

WOŁANIE BOGA

Czyż nie wiecie, że wasze ciała są członkami Chrystusa? Ten zaś, kto się łączy z Panem, jest z Nim jednym duchem. Strzeżcie się rozpusty; wszelki grzech popełniony przez człowieka jest na zewnątrz ciała; kto zaś grzeszy rozpustą, przeciwko własnemu ciału grzeszy. Czyż nie wiecie, że ciało wasze jest przybytkiem Ducha Świętego, który w was jest, a którego macie od Boga, i że już nie należycie do samych siebie? Za wielką bowiem cenę zostaliście nabyci. Chwalcie więc Boga w waszym ciele! (1 Kor 6,14-15a.17-20).

Edward Stachura, polski poeta, pisarz, pieśniarz i wędrowiec napisał w jednym ze swoich wierszy: „Wędrówką jedną życie jest człowieka; Idzie wciąż, dalej wciąż. Dokąd? Skąd?” Życie człowieka to ciągła wędrówka i poszukiwanie. Może ona odbywać się w wymiarze zewnętrznym i wewnętrznym lub też w obydwu równocześnie. Wymiar wewnętrzny jest ważniejszy, gdyż jest szukaniem sensu życia i odpowiedzi na pytanie jakie zadał poeta: „Dokąd? Skąd?’. Gdy to odnajdziemy, to wtedy zewnętrzne drogi naszego wędrowania i poszukiwania stają się jaśniejsze i bardziej proste. Wielu z nas, żyjąc w Ameryce wyruszyło kiedyś w daleką podróż. Dawniej była to często podróż w jedną stronę, bez nadziei ponownego ujrzenia rodzinnych stron. Na bilet w jedną stronę przeznaczano nieraz cały swój majątek. Dzisiaj jest inaczej, ale i tak pierwsza nasza podróż do Ameryki to wielkie przeżycie. Prawie każdy przyjeżdżając tu miał pewne oczekiwania, każdy czegoś tutaj szukał. Z pewnością wiele naszych oczekiwań spełniło się na tej ziemi, ale nie uwolniło nas od dalszego poszukiwania i wyruszania w drogę, zarówno w wymiarze duchowym jak i materialnym.  Każdy z nas ma coś z Odyseusza, legendarnego króla Itaki, który po wojnie trojańskiej, wyniku splotu różnych okoliczności 10 lat tułał się po morzach i oceanach zanim dotarł do swojej ukochanej ojczyzny i żony Penelopy. Szukanie ojczyzny swego przeznaczenia wytycza szlaki naszego życia.

W Starym Testamencie naród wybrany po wyzwoleniu z niewoli egipskiej, udał się w daleką podróż w poszukiwaniu ziemi obiecanej. Pustynnymi bezdrożami Mojżesz prowadził lud do ziemi obiecanej przez Boga. Wcześniej jednak Mojżesz odbył wewnętrzną pielgrzymkę, która doprowadziła go do spotkania z Bogiem, w którym odnalazł odpowiedzi na pytanie skąd i dokąd prowadzi jego droga. Po spotkaniu Boga w krzaku gorejącym, Mojżesz nie miał wątpliwości, dokąd prowadzi go Bóg. Ta wiara dawała mu moc pokonywania różnych przeszkód w drodze do ziemi obiecanej, ziemi mlekiem i miodem płynącej. Ta ziemie stała się symbolem ojczyzny duchowej, gdzie człowiek spotyka swego Boga, w którym odnajduję pełnię sensu istnienia i pełnię szczęścia.  Naród wybrany z żywą wiarą oczekiwał przyjścia zapowiedzianego Mesjasza, który jest życiem, prawdą i prostą drogą prowadząca do tej ojczyzny. Wiedzieli o tym uczniowie Jana Chrzciciela, który wskazując na Jezusa powiedział: „Oto Baranek Boży”. I wtedy dwaj jego uczniowie poszli za Jezusem, a Jezus ich zapytał: „Czego szukacie?”. Ci zaś odpowiedzieli: „Nauczycielu- gdzie mieszkasz?” Po prostu chcieli być blisko Jezusa, mieszkać z Nim. W tej bliskości liczyli, że odnajdą to czego szukają. Chrystus powiedział: „Chodźcie, a zobaczycie”. I poszli. Jednym z nich był Andrzej Apostoł. Ten pierwszy wybór, Andrzej potwierdzał wiele razy w swoim życiem, aż do śmierci krzyżowej, która przyjął jako znak łaski bożej. Bowiem śmierć męczeńska otwierała dla niego bramy do ojczyzny, której człowiek szuka od zarania swego istnienia. Tą bramą jest Mesjasz, Jezus Chrystus. Dzisiaj kształt krzyża na jakim umierał św. Andrzej stoi jako znak drogowy przed przejazdami kolejowymi, ostrzegając przed kolizją z nadjeżdżającym pociągiem.  Zatrzymując się przed przejazdem kolejowym warto także pomyśleć o naszej podróży życiowej i niebezpieczeństwach jakie na niej nam grożą.

Szukanie Boga przez człowieka jest niejako odpowiedzią na wołanie Boga. Zanim wołanie Boga przyjęło konkretny kształt w Jezusie Chrystusie, o którym słyszeliśmy w Ewangelii zacytowanej na wstępie, Jego głos docierał do człowieka na różne sposoby. Bóg wołał człowieka przez naturę.  W IV wieku przed Chrystusem grecki filozof Arystoteles na tej drodze doszedł do poznania Boga. Na drodze rozumu doszedł do wniosku, że istnieje Boski Absolut, któremu przypisał następujące cechy: jest nieruchomy i niezmienny, nie złożony, nie materialny, jest rozumem, jest jeden, jest konieczny, jest doskonały. Na kartach Pisma św. wołanie Boga przybiera charakter osobowy. Bóg wzywa człowieka po imieniu. Możemy tam znaleźć wiele opisów powołania człowieka. Jeden z nich przedstawia pierwsze czytanie. Bóg powołuje w świątyni Samuela. Woła go po imieniu, jednak Samuel nie rozpoznaje tego głosu, myśli, że woła go kapłan Heli. Jakże często, gdy rozlega się głos Boga, człowiek jakby nie dowierza, że sam Bóg może go wołać. Skłonny jest do szukania wyjaśnień czysto naturalnych, ludzkich. Wielu ludzi nie może uwierzyć w wołanie Boga przez cuda. Szukają wyjaśnień czysto naturalnych.  A gdy ich nie znajdują, to odrzucają ich istnienie, albo aktem irracjonalnej wiary twierdzą, że nauka to kiedyś wyjaśni. Kapłan Heli zorientował się, że jest to wołanie Boga, dlatego poradził Samuelowi, aby gdy usłyszy ponowne wołanie, odpowiedział: ‘Mów, Panie, bo sługa Twój słucha”. Bóg mówił do Samuela a ten go słuchał.  „Słuchanie” w znaczeniu biblijnym to: słuchać, usłyszeć, zrozumieć, zgodzić się, potwierdzić, dać posłuch, uwierzyć, być posłusznym. Samuel wzrastał w takim słuchaniu a Bóg sprawił, że „Samuel dorastał, a Pan był z nim. Nie pozwolił upaść żadnemu jego słowu na ziemię”.

Bóg woła każdego z nas po imieniu. Woła nas przez piękno stworzonego świata, Pismo św., pobożną lekturę, liturgię kościoła, modlitwę, ludzi, wewnętrzne natchnienia jak i też różnego rodzaju wydarzenia w naszym życiu. Człowiek nieraz nie słyszy tego głosu. Najczęstszą przyczynę tej głuchoty ukazuje św. Paweł w liście do Koryntian z drugiego czytania na dzisiejszą niedzielę: „Strzeżcie się rozpusty; wszelki grzech popełniony przez człowieka jest na zewnątrz ciała; kto zaś grzeszy rozpustą, przeciwko własnemu ciału grzeszy. Czyż nie wiecie, że ciało wasze jest świątynią Ducha Świętego, który w was jest, a którego macie od Boga, i że już nie należycie do samych siebie?”  Dążenia naszego ciała są rozbieżne z dążeniami naszego ducha. I nieraz wołanie naszego ciała, rzeczy materialnych zagłusza wołania Boga w duszy. Ale i wtedy Bóg daje nieraz łaskę usłyszenia Jego głosu jak to miało miejące w życiu św. Małgorzaty z Kortony. Małgorzata, niepospolitej urody dziewczyna pochodziła z biednej rodziny. Jednym z jej adoratorów był bogaty kupiec. Perspektywa zostania wielką panią w bogatym domu i boku kochanego człowieka spowodowały, że w wieku szesnastu lat, zapominając o Bogu i dobrej sławie opuściła potajemnie dom rodzicielski i zamieszkała w domu kupca. Nie mogąc zostać jego żoną, ku zgorszeniu całej okolicy została jego kochanką. Taka sytuacja trwała 9 lat. Aż przyszedł dzień, który na zawsze odmienił życie młodej i pięknej kobiety. Owego dnia, zaniepokojona Małgorzata wyruszyła na poszukiwanie swego kochanka, gdy ten nie wracał z podróży w spodziewanym czasie. Niedaleko za miastem podbiegł do niej pies kupca, chwycił ją za spódnicę i wyjąc zaprowadził ją do sterty gałęzi, które usiłował rozgrzebać. Małgorzata zaczęła gorączkowo zrzucać gałęzie i wtedy ku swemu przerażeniu zobaczyła rozkładające się zwłoki swego kochanka. Przestrach, przerażenie i rozpacz wypełniły jej serce. Po tym tragicznym zdarzeniu,

Małgorzata rozdała ubogim wszystkie swoje kosztowności. Po czym wróciła do rodzinnego domu, rzuciła się ojcu na szyje i błagała o przebaczenie. Zadość czyniąc zgorszeniu jakie wywołała w swoim mieście, pewnej niedzieli uwiązała sobie sznur na szyi i uklęknąwszy w drzwiach kościelnych błagała przechodzących o wybaczenie. Rozpoczęła pokutne życie. Po ciężkim dniu, wieczorami biczowała się, a długie nocne godziny spędzała na modlitwie. Sypiała bardzo krótko i to na gołej podłodze. Praktykowała posty, jedząc niewiele chleba i jarzyn, pijąc tylko wodę. Po trzech latach otrzymała szaty zakonne. Po odbyciu generalnej spowiedzi, do której przygotowywała się przez cały tydzień, żal jej był tak szczery, że, jak mówi tradycja, płakała krwawymi łzami. Po dwudziestu czterech latach pokutniczego życia, 22 lutego 1297 roku Małgorzata odeszła po nagrodę do swego Pana. Grób świętej wkrótce zasłynął cudami, a kiedy go otworzono 400 lat później ciało jej było nienaruszone (z książki W poszukiwaniu mądrości życia).

 

 

ŚWIETY DOMINIK

Na drodze naszej wiary spotykamy wielu ludzi, za pośrednictwem, których poznajemy Boga i uczymy się Go kochać. Z pewnością niezastąpioną rolę w tym procesie odgrywają rodzice, którzy biorąc naszą nieporadną rączkę kreślili na naszych czołach pierwszy znak krzyża. Gdy dorastamy i poszerza się nasz horyzont pojmowania rzeczywistości pojawiają inni ludzie, którzy przez słowo i czyn przybliżają nam Boga. Jan Chrzciciel, wskazując na Jezusa publicznie wyznał: „Oto Baranek Boży” i to wystarczyło, aby pierwsi uczniowie odkryli w Jezusie Mesjasza i poszli za Nim. Patrząc na życie świętych widzimy jak przez czyn i słowo owocnie pociągają innych do Boga. Święty Dominik należy do grona największych głosicieli prawdy Chrystusowej

Święty przyszedł na świat około 1170 roku w rodowym zamku w hiszpańskim miasteczku Calaruega. Narodzenie świętego owiane jest legendą. Jego matka Joanna, będąc w stanie błogosławionym czuła, że nosi w łonie psa trzymającego zapaloną pochodnię, która rozpala cały świat. Stąd dominikanów nazwano później „Domini Canes”, Psami Pańskimi, niosącymi światu płomień prawdy chrystusowej. Zaś w chwili chrztu, matka chrzestna zobaczyła nad głową Dominika błyszczącą gwiazdę, co odebrano jako zapowiedź niezwykłej wiary, którą będzie jaśniał przyszły Święty.

Siedmioletni Dominik został oddany na wychowanie do swego wuja, gdzie uczył się łaciny i poznawał Biblię. Odwiedzał pobliski klasztor, co nie pozostało bez wpływu na późniejszy jego wybór drogi życiowej. W wieku piętnastu lat rozpoczął naukę w Palencji, znanym ośrodku szkolnictwa w Hiszpanii. Dominik studiował najpierw nauki świeckie a później przez cztery lata zgłębiał teologię. Po ukończeniu studiów pozostał kilka lat w Palencji, gdzie pełnił funkcję nauczyciela. W tym czasie zapanował w okolicy ogromny głód, tak że wielu biedaków zmarło. Poruszony tym nieszczęściem Dominik sprzedał wszystkie swoje księgi oraz osobiste rzeczy i uzyskane w ten sposób pieniądze rozdał ubogim, mówiąc: „Nie chcę studiować na martwych skórach, gdy ludzie umierają z głodu.”

W roku 1195 Dominik przyjął święcenia kapłańskie i wstąpił do Zgromadzenia Kanoników Regularnych przy katedrze w Osmie, wspólnoty założonej przez tamtejszego biskupa Diego. Życie w tej wspólnocie częściowo przypominało życie mnichów. Dominik spędzili tam kilka lat. W roku 1203, na prośbę króla Alfonsa biskup Diego z Dominikiem wyruszył z misją dyplomatyczno – matrymonialną do Danii. Po przekroczeniu Pirenejów zetknęli się z rzeczywistością, którą znali tylko z pogłosek. Wśród ludu szerzyły się błędne poglądy sekt, takich, jak waldensi i albigensi zwani katarami. Dominik wykorzystywał każdą okazję, aby głosić zdrową naukę. Jordan, następca Dominika opisuje taką sytuację: „Tejże nocy, którą spędzali w Tuluzie, Dominik mocno i żarliwie zaatakował oberżystę zajazdu, heretyka, mnożąc dyskusje i argumenty mające go przekonać. Heretyk nie zdołał się oprzeć mądrości i duchowi, które były tak bardzo widoczne: dzięki interwencji Ducha Bożego, Dominik przywiódł go do wiary”.

Po wypełnieniu dyplomatycznej misji biskup Diego i Dominik nie wrócili już do Hiszpanii, tylko udali się do Rzymu, aby prosić papieża Innocentego III o pozwolenie na opuszczenie Osmy i wyjazd misyjny do Kumanów, ludu żyjącego na krańcach Europy, o których usłyszeli w Danii. Papież uważał jednak, że bardziej są potrzebni jako misjonarze w południowej Francji i północnych Włoszech, gdzie szerzą swoje błędy katarzy. Dominik usłuchał papieża, ale myśl o misjach w dalekich krajach nie opuści go do końca życia. Do Pawła z Wenecji powiedział: „Bracie, gdy już wzmocnimy nasz zakon, pójdziemy do Kumanów, głosić im będziemy wiarę w Chrystusa i pozyskamy ich dla Pana”.

Dominik zdawał sobie sprawę, że jednym z powodów szerzenia się sekciarstwa jest niewłaściwy styl duszpasterstwa. Mnisi zamknięci w klasztorach nie wychodzili skutecznie do ludzi, niektórym biskupom zabrakło gorliwości lub byli zbyt uwikłani w sprawy światowe, zaś szeregowy kler prezentował bardzo niski poziom. Kościół w konfrontacji z sektami stosował nieskuteczną, administracyjną taktykę, grożąc książętom ekskomuniką i interdyktem za udzielanie pomocy heretykom. Cystersom jako swoim legatom Kościół dał pełną władzę sądzenia, karania winnego duchowieństwa, ekskomunikowania, zsyłania na wygnanie katarskich wielmożów i konfiskowania ich majątków. Diego i Dominik widzieli inny sposób na rozwiązanie tego problemu. Mówi o tym scena, jaka miał miejsce w czasie powrotnej drogi świętych mężów z Rzymu. Otóż zatrzymali się oni w Montpellier, gdzie dwunastu opatów z zakonu cystersów i kilku duchownych delegowanych przez Innocentego III radziło nad sposobem zwalczenia herezji albigensów. Diego przemówił wtedy tymi słowami: „Moi ojcowie, jeśli chcecie nawrócić ku prawdzie te zbłąkane umysły, zacznijcie od dania im dobrego przykładu. Porzućmy zbytek naszych orszaków i pieszo, ubodzy, jak nasz Zbawiciel, głośmy prawdziwą naukę Ewangelii”.

Dominik opuścił wygodny klasztor i jako ubogi mnich udał się do katarów z Ewangelią. Łaska Boża i rzetelna wiedza Dominika zaowocowały wieloma nawróceniami. Wśród pierwszych nawróconych były kobiety, które Dominik wraz z towarzyszami zgromadził w Prouille, dając początek pierwszemu klasztorowi mniszek dominikańskich. W roku 1207 biskup Osmy wrócił do swojej diecezji. Tam też wkrótce umierał. Cystersi, którzy towarzyszyli Dominikowi, zmęczeni trudami pracy ewangelizacyjnej wrócili do klasztoru i starych metod ewangelizacji. Dominik został sam. Nie załamał się jednak. Boso przemierzał wioski i głosił Słowo Boże. Po przybyciu do Tuluzy, tutejszy biskup Fulko wziął Dominika i kilku jego towarzyszy pod swoją opiekę. Zlecił im misje wędrownych kaznodziei w diecezji. W niedługim czasie Święty w towarzystwie biskupa Fulko udał się do Rzymu, aby prosić papieża o zatwierdzenie Zakonu Kaznodziejskiego.

Papież Innocenty III, powołując się na IV Sobór Laterański, zakazujący tworzenia nowych wspólnot, odmówił zatwierdzenia zakonu. Jak mówi tradycja, w czasie snu papież zobaczył chylącą się ku upadkowi Bazylikę Laterańską. Nie runęła ona jednak, bo podtrzymywał ją św. Dominik. Papież zrozumiał wymowę tej sennej wizji i zatwierdził nowy zakon. Nakazał Dominikowi powrót do Tuluzy, aby wraz z towarzyszami wybrał jedną z reguł zakonnych, już aprobowanych przez Kościół. Wybrano regułę św. Augustyna, którą Dominik już praktykował w Osmie. Zdecydowano się na nią, ponieważ była na tyle elastyczna, że pozwalała na wprowadzenie nowych ustaw mówiących o ubóstwie żebrzącym, studium, kaznodziejstwie. Dominik ponownie wybierał się do Rzymu, gdzie 22 grudnia 1216 roku papież Honoriusz III wydał bullę zatwierdzającą Zakon Dominikański. Po powrocie do Tuluzy, wbrew powszechnej opozycji Dominik posłał siedmiu braci do Paryża, czterech do Madrytu, dwóch do Prouille, dwóch zostało w Tuluzie. On z jednym bratem udał się do Rzymu.

Wspólnota zakonna bardzo szybko się rozrosła. Pojawiła się potrzeba prawnego uregulowania Konstytucji zakonnej. W maju 1220 roku, do Bolonii została zwołana I Kapituła Generalna pod przewodnictwem św. Dominika. Po jej zakończeniu i uchwaleniu Konstytucji, Dominik wyruszył w podróż misyjną. Rok później, w uroczystość Zesłania Ducha Świętego zakonnicy zgromadzili się ponownie w Bolonii na II Kapitule Zakonu. Dominik doznał wtedy objawienia, że godzina jego śmierci jest bliska. W rozmowie z przyjaciółmi powiedział: „Widzicie mnie obecnie w dobrym zdrowiu, a jednak jeszcze przed uroczystością Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, odejdę do Pana mego”. Wracając z Kapituły Dominik ciężko zachorował. Po przybyciu do Bolonii choroba czyniła wielkie postępy. Bez oznak jakiekolwiek skargi i niecierpliwości, ze spokojem i radością znosił ból i cierpienie. Do zgromadzonych braci mówił: „Oto moja spuścizna: miejcie miłość, zachowujcie pokorę, pielęgnujcie dobrowolne ubóstwo”. Po przyjęciu sakramentów powiedział do braci: „Nie płaczcie synowie ukochani, śmierć moja niech was nie trwoży! Z miejsca, do którego idę, będę wam bardziej użytecznym, niż byłem tutaj”. 6 sierpnia 1221 roku, Dominik oddając Bogu ostatnie tchnienie wzniósł ręce do góry i rzekł: „Ojcze Święty, wiesz, że z radością pełniłem Twoją wolę, a tych, których mi dałeś, zachowałem. Polecam ci ich: zachowaj ich, strzeż ich… ja idę już do Ciebie, Ojcze Niebieski!” (z książki Wypłynęli na głębię).

 

 

CZEGO SZUKASZ W KOŚCIELE?

Społeczny Instytut Wydawniczy ZNAK wydał w roku 2014 esej „Jezus ośmieszony. Esej apologetyczny i sceptyczny” wybitego polskiego filozofa Leszka Kołakowskiego. Esej był pisany w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku, ale dopiero teraz został odnaleziony w formie niedokończonej przez żonę filozofa Tamarę. Leszek Kołakowski był jednym z najbardziej znanych ideologów marksizmu, członkiem PZPR, współtwórcą warszawskiej szkoły historyków idei. W roku 1966 pozbawiono go katedry uniwersyteckiej i usunięto z PZPR za zbyt radykalną krytykę władz i odchodzenie od oficjalnego kanonu marksizmu. W roku 1968, za udział w Wydarzeniach Marcowych, odebrano mu prawo wykładania i publikowania, co zmusiło go do emigracji. Po opuszczeniu Polski wykładał m.in. w Yale University, University of New Heaven, Berkeley University, oraz Chicago University. Został także pierwszym laureatem nagrody im. Johna Klugego, przyznawanej przez Bibliotekę Kongresu Stanów Zjednoczonych. Nagroda nazywana amerykańskim Noblem i jest przyznawana za wybitne osiągnięcia w naukach humanistycznych. Na rok przed swoją śmiercią, na pytanie, czy jest chrześcijaninem powiedział: „W jakimś sensie ogólnym, którego jednak nie potrafię zdefiniować, tak. Jestem przywiązany do tradycji chrześcijańskiej, do wielkiej siły Ewangelii, Nowego Testamentu. Uważam to za fundament naszej kultury. Ale nie tylko. Mam poczucie, że dla mnie samego jest to bardzo ważne. A więc w jakimś luźnym sensie mógłbym się chwalić, że jestem chrześcijaninem”.

Leszek Kołakowski we wspomnianej książce daje odpowiedź na pytanie zadane w tytule tych rozważań: „Czego szukasz w Kościele?”: „Chrześcijaństwo nie ma ani obowiązku, ani prawa angażować się w jakąkolwiek sprawę tylko dlatego, że jest modna, i dlatego, że w przeciwnym razie ryzykuje, iż jeszcze bardziej ‘wyalienuje się’ z życia publicznego; nie ma ani obowiązku, ani prawa utożsamiać się z żadnym świeckim ruchem, nawet całkowicie godnym pochwały z moralnego punktu widzenia. Ma on obowiązek i prawo wspierać we wszystkich konfliktach to, co odpowiada moralnie jego wymogom, ale jeśli za każdym razem nie kładzie nacisku na nieabsolutny charakter wartości doczesnych, działa samobójczo i traci znaczenie, ponieważ jego obecność w świecie jest ważna o tyle, o ile jest obecnością Jezusa Chrystusa, to znaczy trwaniem ponadczasowego w czasowym. Nie jest też prawdą, że chrześcijaństwo traci siłę z powodu niewystarczającego zaangażowania w sprawy świeckie. Dlaczego Kościołowi miałoby zależeć na tym, by zachowywać w swym łonie tych, dla których jest on tylko narzędziem manipulacji i miałby służyć ich własnej sprawie – nawet godnej poparcia? Jeżeli to nie Boga i Jezusa szukają ludzie w Kościele, nie ma on do wypełnienia żadnego specjalnego zadania”.

Trudno się nie zgodzić z filozofem, że w Kościele trzeba szukać przede wszystkim Boga i Jezusa. Gdy odnajdziemy Boga, to odnajdziemy wszystko, co jest konieczne, aby zrealizować swoje życiowe powołanie. Na różne sposoby woła nas Bóg i na różne sposoby odpowiadamy na to wołanie. Z pewnością jednym z nich jest droga wspomnianego wyżej filozofa. Zaś pierwsze czytanie na dzisiejszą niedzielę mówi o powołaniu proroka Samula: „Przybył Pan i stanąwszy zawołał jak poprzednim razem: ‘Samuelu, Samuelu!’ Samuel odpowiedział: ‘Mów, bo sługa Twój słucha’. Samuel dorastał, a Pan był z nim. Nie pozwolił upaść żadnemu jego słowu na ziemię”. Wyrażenie „Nie pozwolił upaść żadnemu jego słowu…”, znaczy, że wszystkie proroctwa Samuela spełniły się. Proroctwa Samuela spełniły się, bo uważnie wsłuchiwał się w głos Boga. Słuchanie w znaczeniu biblijnym to coś więcej niż tylko słyszenie, oznacza „być posłusznym”. Gdy nie pozwolimy w naszym życiu na „marnowanie” słowa Bożego, to wtedy spełni się  dla nas najważniejsze proroctwo o Mesjaszu i naszym zbawieniu.

Ewangelia z niedzieli dzisiejszej mówi o powołaniu pierwszych uczniów, dla których, bardzo konkretnie zaczęły się spełniać proroctwa o zbawieniu: „Jan stał wraz z dwoma swoimi uczniami i gdy zobaczył przechodzącego Jezusa, rzekł: ‘Oto Baranek Boży’. Dwaj uczniowie usłyszeli, jak mówił, i poszli za Jezusem. Jezus zaś odwróciwszy się i ujrzawszy, że oni idą za Nim, rzekł do nich: ‘Czego szukacie?’ Oni powiedzieli do Niego: ‘Rabbi, to znaczy: Nauczycielu, gdzie mieszkasz?’ Odpowiedział im: ‘Chodźcie, a zobaczycie’. Poszli więc i zobaczyli, gdzie mieszka, i tego dnia pozostali u Niego”. Pozostać u Chrystusa, to napełnić się Chrystusem, tak że stajemy się z Nim jednym Ciałem, o czym pisze św. Paweł w Liście do Koryntian: „Czyż nie wiecie, że wasze ciała są członkami Chrystusa? Ten zaś, kto się łączy z Panem, jest z Nim jednym duchem”. Zaś w Liście do Kolosan św. Paweł mówi o Chrystusie: „On jest Głową Ciała- Kościoła”. Katechizm Kościoła Katolickiego mówi o tej jedności: „Wierzący, którzy odpowiadają na Słowo Boże i stają się członkami Ciała Chrystusa, zostają ściśle zjednoczeni z Chrystusem: W Ciele tym życie Chrystusowe rozlewa się na wierzących, którzy przez sakramenty jednoczą się w sposób tajemny i rzeczywisty z umęczonym i uwielbionym Chrystusem. Jest to szczególnie prawdziwe w odniesieniu do chrztu, przez który jednoczymy się ze śmiercią i zmartwychwstaniem Chrystusa oraz do Eucharystii, przez którą uczestnicząc w sposób rzeczywisty w Ciele Pańskim, wznosimy się do wspólnoty z Nim i nawzajem ze sobą”.

W wieku niemowlęcym nie byliśmy w stanie odpowiedzieć na pytanie Jezusa: Czego szukacie? ale nasi rodzice wiedzieli czego potrzebujemy najbardziej i czego przez całe życie szukamy, dlatego przynieśli nas do chrztu świętego, przez który zamieszkaliśmy niejako z Chrystusem. Św. Bernardyn ze Sienny tak pisze o tym zamieszkaniu: „Wszak wiara katolicka polega na poznaniu Jezusa Chrystusa i na uczestnictwie w Jego światłości. To On jest światłem duszy. On bramą życia i fundamentem wiecznego zbawienia. Konieczna jest wiara. Bez niej jesteś podobny do człowieka, który bez lampy przedziera się przez ciemności nocy lub kroczy bezmyślnie z zamkniętymi oczyma po krawędzi zawrotnej przepaści. Nawet najznakomitszy umysł nie zdoła pojąć tajemnic Bożych. Kto liczy na własne zdolności, powierza swe losy niewidomemu przewodnikowi, usiłuje zbudować dom bez fundamentów, chce przedostać się do domu przez dach zamiast wejść bramą. Właśnie Jezus jest fundamentem, światłem i bramą. On każdemu udziela światła wiary, bo pragnie ukazać błądzącym niezawodną drogę życia. Sam nazwał się drogą. Dzięki Chrystusowej światłości coraz mocniej jednoczymy się z Bogiem. Najpierw Go poszukujemy, następnie całkowicie Mu zawierzamy, wreszcie posiądziemy Go na wieki. Na tym właśnie fundamencie wznosi się Kościół, założony w imię Jezusa”.

Kościół, w pierwszym rzędzie jest miejscem szukania i odnajdywania Chrystusa, który czyni z naszego ciała swoją świątynię. W tej bliskości człowiek odnajduje najpiękniejszy kształt swojego życia i zbawienie. Nasze kościoły są szczególnym miejscem spotkania z Bogiem. Nieraz widzę w półmroku świątynnym ludzi zatopionych w modlitwie i wtedy mam prawie pewność, że oni szukają w Kościele Chrystusa. Inaczej, gdy patrzę na różnego rodzaju aktywistów parafialnych, których nie widzę na prywatnej modlitwie, prywatnej adoracji, tylko na różnych akacjach parafialnych, jak zabawa, opłatek, festiwale, pielgrzymki, przedstawienia, koncerty i tak dalej. I tu tylko jeden Bóg wie, czego oni szukają w Kościele (Kurier Plus, 2014r.).

 

 

CZEGO SZUKASZ?

Z powodu przedawkowania opioidów, czyli wydawanych na receptę syntetycznych środków przeciwbólowych oraz zażywania opiatów (narkotyków takich jak opium i jego pochodnych) w roku 2015 zmarło w USA ok. 52 tys. osób. Według patologa sądowego dr Thomasa Andrew kryzys opioidowy jest najgroźniejszą epidemią narkotykową w historii USA. W roku 2016 z powodu przedawkowania narkotyków zmarło już 64000. Jest to główna przyczyna zgonu wśród Amerykanów poniżej 50 lat. Dr Andrew pracował w New Hampshire, gdzie liczba zgonów z tej przyczyny jest najwyższa ze wszystkich stanów. Widząc rosnące w zatrważającym tempie statystki, stara się on na własne sposoby zapobiec temu. Po dwudziestu latach pracy jako główny lekarz sądowy w New Hampshire w zeszłym roku przeszedł na emeryturę. Jednak nadal zajmuje się tym problem, zwracając szczególną uwagę na jego wymiar duchowy. Robi wszystko, aby młodych ludzi uchronić przed zgubnymi skutkami nałogu. „Będąc świadkiem tysięcy nagłych, nieoczekiwanych zgonów nie mogłem powstrzymać się od refleksji o duchowym wymiarze tych wydarzeń zarówno dla zmarłych, jak i dla tych, którzy cierpią po stracie bliskich sobie osób” – mówi dr Andrew. Przeprowadził on 5800 sekcji zwłok osób, które zmarły z powodu narkotyków. Większość z nich „obudziła się w dniu swojej śmierci. Zmarli, nieświadomi faktu, że będzie to ich ostatni dzień na ziemi”. W kostnicy dr Andrew zrozumiał tragizm takiej śmierci i jej duchowy wymiar. Uświadomił sobie, że ci młodzi ludzie stanęli przed pytaniem: Czego od życia oczekują, czego szukają? I ktoś podsunął im fałszywą odpowiedź, oferując narkotyk jako środek na szczęśliwe życie. Doktor podkreśla, że wartości moralne są najskuteczniejszym sposobem walki z tym nałogiem: „Jeśli potrafimy zaszczepić młodym ludziom wartości moralne i etyczne, to wtedy będą w stanie odwrócić się od fałszywego przyjaciela, który przychodzi do nich z narkotykiem, podsuwając fałszywą odpowiedź na pytanie: Czego szukasz?”.

Często w naszym życiu stajemy przed powyższym pytaniem. Zadał je wcześniej Jezus swoim uczniom nad Jeziorem Galilejskim. Zadaje je także każdemu z nas. A nasza odpowiedz koncentruje się nieraz na sprawach materialnych, aby się jakoś dobrze urządzić, uwić sobie wygodne gniazdko. To gniazdko jest ważne, ale nie wystarcza człowiekowi. Doświadczyła tego 27-letnia Paulina, menedżer w firmie farmaceutycznej w Warszawie, która pisze na stronie internetowej: Mam wszystko. Zdrowie, pieniądze, przyjaciół. Jestem kobietą sukcesu, dzieckiem szczęścia, jak to mówią. Mam piękne mieszkanie na ostatnim piętrze apartamentowca – z balkonu, którego rozciąga się zapierający dech w piersiach widok. Mam też zasobny portfel – stać mnie i na SPA, i na podróże, i dobre auto. Jestem mężatką – mój mąż jest cudownym, mądrym człowiekiem. Jestem towarzyska i otwarta – otacza mnie wianuszek znajomych, z którymi często i chętnie spędzam czas. W pracy, która daje mi i pieniądze, i satysfakcję, radzę sobie świetnie. Lubię ją. Jestem zadbana, ubieram się w dobrych sklepach, zaopatruję się w delikatesach. Cieszę się życiem – mam wszystko. Tylko czasem, kiedy zwolnię, przybija mnie pustka – tak właśnie to czuję. Czegoś mi brak, tylko nie umiem znaleźć odpowiedzi, czego tak właściwie. Kiedy jestem przygnębiona, a zdarza się to dość często, mam poczucie, że moje życie jest puste, zmierzam donikąd, nie mam żadnego celu. O nic nie walczę, a moja gładka codzienność wydaje mi się być pozbawiona sensu. Choć powinnam i staram się ze wszystkich sił – nie czuję, żebym była szczęśliwa. Pogubiłam się? Oczywiście nikomu się do tego nie przyznam – przecież żyję jak pączek w maśle, a to zdecydowanie odbiera mi prawo do niezadowolenia. Kiszę więc w sobie ten ból istnienia.

Przed podobnym problemem stanęła niezwykle popularna siostra Emmanuelle, która naprawdę nazywa Marie Madeleine Cinquin. Swoją niezwykłą historię życia opisała w książce „Wyznania zakonnicy”. Pochodziła z bardzo zamożnej rodziny. Jej ojciec był dobrze prosperującym przedsiębiorcą. Gdy Marie miała zaledwie sześć lat ojciec utopił się w morzu podczas wakacji. Po śmierci ojca wychowanie dziewczynki spadło na barki matki, która zapewniła córce solidne wykształcenie oraz religijne wychowanie. Marie postanowiła wstąpić do klasztoru, poświęcić się Bogu. Emmanuelle, mówiła do młodych nędzarzy, którymi opiekowała się w Kairze: W waszym wieku byłam jak rwący potok. Jeden facet nie wystarczyłby mi z pewnością. Pragnęłam czegoś bardziej ekscytującego. Wybrałam więc Boga. Pewnego dnia, Emmanuelle wybrała się z grupą młodzieży na wycieczkę krajoznawczą na przedmieścia Kairu. Ogromna bieda, ludzkie nieszczęścia, jakie tam zobaczyła wstrząsnęły nią tak bardzo, że w wieku 62 lat postanowiła całkowicie zmienić swoje życie. Pisała: „Wyobraźcie sobie uliczkę tak zawaloną śmieciami, że nie ma gdzie postawić nogi, mieszkania w starych, podziurawionych kontenerach, czarne świnie, dzikie psy, wielkie i tłuste szczury, roje much i w samym środku tego śmietniska stado dzieci”. Opuściła klasztor i na obrzeżach Kairu, gdzie aż roiło się od złodziei, narkomanów, gwałcicieli i poszukiwanych przez policję morderców postanowiła założyła oazę nadziei dla tych wszystkich, którzy wylądowali na marginesie społecznym. Po pewnym czasie udało się jej zbudować szpital, zaangażować lekarzy i pielęgniarki, a także otworzyć szkołę, w której uczono najprostszych czynności i to zarówno dzieci, jak i dorosłych.

Paulina stanęła przed pytaniem: Czego szukasz? Zapewne, odpowiadając na to pytanie nie musiała wszystkiego zmienić w swoim życiu, wystarczyłoby przesączyć codzienność Ewangelią, która niesie przeslanie Miłości, która otwiera nasza ziemską egzystencję na wieczność. W tej perspektywie wszystko nabiera głębszego sensu. Siostra Emmanuelle odpowiedziała inaczej, zgodnie ze swoim powołaniem i odnalazła radość i sens życia w najpodlejszym miejscu na świecie. Odpowiedziała na pytanie Jezusa podobnie jak pierwsi apostołowie, którzy zapytali Jezusa: „Gdzie mieszkasz?” A Jezus im odpowiedział: „Chodźcie, a zobaczycie.” Poszli i zostali z Jezusem.

Apostołowie, którzy poszli za Jezusem odnaleźli w Nim Mesjasza, swoje zbawienie. W zasadzie pytanie Jezusa sprowadza się do jednej odpowiedzi – szukam zbawienia. Sługa Boży ks. Franciszek Blachnicki tak o tym pisał. „Każdy z nas – ja i Ty, i my wszyscy – nosimy w sobie pytanie: Jak dostąpić zbawienia? To jest najważniejsze, a może i jedyne, pytanie naszego życia. Zbawienie znaczy więc tyle, co życie wieczne, życie pełne, życie nie zagrożone śmiercią. Wszystko, co prowadzi do takiego życia, nadaje naszemu życiu sens, natomiast wszystko, co staje na drodze do takiego życia, co jest przeszkodą, to wszystko pozbawia życie sensu. Otóż z takiego pojęcia zbawienia w znaczeniu jakimś pełnym, ostatecznym, wynika, że zbawić człowieka może tylko Bóg, bo tylko Bóg jest źródłem życia. Człowiek nie ma w sobie źródła życia. Człowiek zawdzięcza swoje życie Bogu. Człowiek żyje dzięki Bogu. I dlatego tylko Bóg może wybawić człowieka od śmierci i dać mu życie po śmierci, dać mu życie wieczne, czyli zbawienie” (Kurier Plus, 2018).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *