14 Kwi

3 niedziela wielkanocna Rok B

 

 

POKÓJ WAM.

Uczniowie opowiadali, co ich spotkało w drodze i jak poznali Jezusa przy łamaniu chleba. A gdy rozmawiali o tym, On sam stanął pośród nich i rzekł do nich: „Pokój wam”. Zatrwożonym i wylękłym zdawało się, że widzą ducha. Lecz On rzekł do nich: „Czemu jesteście zmieszani i dlaczego wątpliwości budzą się w waszych sercach? Popatrzcie na moje ręce i nogi: to Ja jestem. Dotknijcie się Mnie i przekonajcie: duch nie ma ciała ani kości, jak widzicie, że Ja mam”. Przy tych słowach pokazał im swoje ręce i nogi.  Lecz gdy oni z radości jeszcze nie wierzyli i pełni byli zdumienia, rzekł do nich: „Macie tu coś do jedzenia?” Oni podali Mu kawałek pieczonej ryby. Wziął i jadł wobec nich. Potem rzekł do nich: „To właśnie znaczyły słowa, które mówiłem do was, gdy byłem jeszcze z wami: Musi się wypełnić wszystko, co napisane jest o Mnie w Prawie Mojżesza, u Proroków i w Psalmach”. Wtedy oświecił ich umysł, aby rozumieli Pisma. I rzekł do nich: „Tak jest napisane: Mesjasz będzie cierpiał i trzeciego dnia zmartwychwstanie; w imię Jego głoszone będzie nawrócenie i odpuszczenie grzechów wszystkim narodom, począwszy od Jerozolimy. Wy jesteście świadkami tego” (Łk 24,35-48).

Ze ściśniętym sercem wszedłem do kaplicy szpitalnej. Śmiertelna cisza. Położyłem swoją dłoń na jej splecionych rękach. A krople łez jak paciorki różańca, którym oplecione były jej ręce spadały na ziemię. Czas się zatrzymał. Przez następne dwa dni często wpatrywałem się w te ręce, a tuż przed zamknięciem wieka trumny ucałowałem je najserdeczniej jak tylko mogłem. Były to ręce mojej mamy. Na tych rękach widać było ślady ciężkiej pracy. I to czyniło je najpiękniejszymi w świecie. Z każdego zniekształcenia emanowała miłość. Patrząc na nie widziałem jej poświecenie, zapracowanie, aby niczego nam nie brakowało. Te opadające ze zmęczenia ręce miały jeszcze siłę, aby nas przygarnąć, przytulić, kreślić znak krzyża na naszych czołach. Te ręce mówiły o najcudowniejszych wartościach, jakie zawierają się w słowie „matka”. Takie ręce nigdy nie umierają, miłość, jaką niosą dosięga najdoskonalszej Miłości- Chrystusa, w którym jest życie i zmartwychwstanie.

Trzecia niedziela wielkanocna prowadzi nas drogami tajemnicy zmartwychwstania Chrystusa. Niektórzy z apostołów spotkali wcześniej Chrystusa zmartwychwstałego. A teraz siedzą wszyscy razem w Wieczerniku i dzielą się swoimi przeżyciami, aż tu nagle staje przed nimi Chrystus i pozdrawia ich słowami: „Pokój wam”. Przerażeni, nie dowierzają. Chrystus musi im udowadniać, że nie jakąś zjawą, tylko tym samym Chrystusem, który został ukrzyżowany. Pokazuje im ręce i nogi, gdzie widać ślady gwoździ. Następnie spożywa rybę, aby nie mieli już żadnych wątpliwości, co do Jego zmartwychwstania. Ręce, na które patrzą Apostołowie są nie tylko dowodem realności Jezusa, ale mają także inną wymowę. Widać na nich ślady męki, którą Jezus podjął z miłości dla naszego zbawienia. Te ręce są znakiem ogromnej miłości. Wyciągały się, aby karmić głodnych, uzdrawiać chorych, wskrzeszać umarłych, uwalniać z grzechów. Wpatrywanie się w te ręce uświadamia nam bezgraniczną miłość Boga i Jego potęgę, mocą, której zwycięża śmierć i zmartwychwstaje.

W czasie ostatniej jubileuszowej pielgrzymki mieliśmy łaskę stanąć w tym miejscu gdzie wydarzyło się to, o czym mówi zacytowany na wstępie fragment Ewangelii. Tym miejscem jest Wieczernik. Jest on uznawany przez całe chrześcijaństwo za matkę wszystkich kościołów. W tej sali na górze miała miejsce Ostatnia Wieczerza- ustanowienie sakramentu eucharystii i kapłaństwa, to tutaj Jezus słowami: „Weźmijcie Ducha świętego, komu grzechy odpuścicie, są mu odpuszczone, komu zatrzymacie, są zatrzymane” ustanowił sakrament pojednania. W Wieczerniku Jezus zesłał na Apostołów i uczniów Ducha Świętego w dniu Pięćdziesiątnicy. Apostołowie napełnieni mocą tego Ducha wychodzą na zewnątrz i zaczynają odważnie głosić Chrystusa zmartwychwstałego. Tu rodził się Kościół. Było to miejsce spotkań i modlitwy pierwszych chrześcijan.

Biskup Epifaniusz w IV wieku pisze, że cesarz Hadrian zastał w zburzonej przez Tytusa w 70 r. Jerozolimie kilka ocalałych domów, w tym „Dom Boży”, w którym Apostołowie oczekiwali zesłania Ducha Świętego. Po usunięciu krzyżowców z Jerozolimy miejsce to przejęli muzułmanie. W roku 1333 król Neapolu Filip Hiszpański wykupił to miejsce od i przekazał Franciszkanom, którzy odnowili Wieczernik i w takim stanie jest do dzisiaj. Ze względu na symboliczny grób Dawida, którego muzułmanie czczą jako proroka i legendy o skarbach tam ukrytych miejsce to zostało odebrane Franciszkanom. Do roku 1948 muzułmanie mieli wyłączną kontrolę nad Wieczernikiem, do którego wpuszczali chrześcijan za wysoką opłatą. Od 1948 roku Wieczernik należy do władz izraelskich. To święte miejsce nadal jest niedostępne dla kultu chrześcijańskiego, można je tylko zwiedzać. To najświętsze miejsce dla chrześcijan jest w opłakanym stanie. Żal patrzeć na jego profanację.

Niepozornym wejściem wchodzimy na dziedziniec, który należy do szkoły talmudycznej, dalej schody prowadzą do sali na górze, czyli właściwego Wieczernika. Zaniedbane, brudne ściany, muzułmańska modlitewna nisza w ścianie i kot przy miseczce z mlekiem, to pierwszy obraz, jaki utrwalił mi się w pamięci po wejściu do Wieczernika. W miejscu ustanowienia Mszy św. nie wolno jej sprawować. Dla papieża w czasie ostatniej pielgrzymki uczyniono wyjątek. Myślą i sercem przedzieramy się przez tę nieprzyjazną scenerię i docieramy do świętych zdarzeń, które tu miały miejsce. Rodzi się głębokie wzruszenie, a pieśń eucharystyczna, pieśń dziękczynienia i chwały, którą śpiewamy przedziera się przez odrapane mury, ludzki zgiełk i dociera do bożego tronu (z książki Ku wolności).

 

 

DROGA DUCHOWEGO PIĘKNA

Piotr powiedział do ludu: „Bóg naszych ojców, Bóg Abrahama, Izaaka i Jakuba, wsławił Sługę swego, Jezusa, wy jednak wydaliście Go i zaparliście się Go przed Piłatem, gdy postanowił Go uwolnić. Zaparliście się świętego i sprawiedliwego, a wyprosiliście ułaskawienie dla zabójcy. Zabiliście Dawcę życia, ale Bóg wskrzesił Go z martwych, czego my jesteśmy świadkami. Lecz teraz wiem, bracia, że działaliście w nieświadomości, tak samo jak przełożeni wasi. A Bóg w ten sposób spełnił to, co zapowiedział przez usta wszystkich proroków, że Jego Mesjasz będzie cierpiał. Pokutujcie więc i nawróćcie się, aby grzechy wasze zostały zgładzone” (Dz 3,13-15.17-19).

Z wielkim upodobaniem zachodzę do księgarni i zatrzymuję się wśród książek przeznaczonych dla najmłodszych dzieci. Przerzucam kolorowe kartki i przypominam sobie z najmłodszych lat przepiękny świat bajkowej wyobraźni. Spotykam tam kopciuszka, dla którego spełniają się królewskie sny i wiedźmę, która ponosi zasłużoną karę. Jest to niesamowity świat, w którym rośliny, zwierzęta i wszystko co stworzone mówi ludzkim głosem. Cały wszechświat jest taki ludzki i bliski. Pośród tej rozmownej rzeczywistości spotkałem gadającą filiżankę do kawy.

Do sklepu wchodzą dziadkowie i szukają prezentu urodzinowego dla swego wnuka. „Popatrz jaka piękna filiżanka” – mówi babcia. Dziadek bierze do rąk filiżankę i mówi: „Masz rację, to jest arcydzieło”. W tym momencie odzywa się filiżanka: „Dziękuję za komplement, ale ja nie zawsze byłam taka piękna”. Zaskoczeni dziadkowie pytają: „Co to znaczy, nie zawsze byłam taka piękna?” Filiżanka śpieszy z wyjaśnieniem: Na początku byłam wstrętnym kawałkiem mokrej gliny. Ale pewnego dnia jeden człowiek brudnymi rękami rzucił mnie na koło i zaczął kręcić. Poczułam zawroty głowy, wszystko zaczęło wirować. Krzyczę: „Zatrzymaj się”. A on odpowiada: „Jeszcze nie”. Następnie zaczął mnie szturchać, popychać tak, że cała poczułam się obolała. „Przestań” wołam jeszcze głośniej. On odpowiada: „Jeszcze nie”. Przestał w końcu, ale tylko po to aby mnie poddać jeszcze większym torturom. Włożył mnie do rozpalonego pieca. Czuję, że nie wytrzymam tego żaru i wołam na całe gardło: „Dosyć, nie wytrzymam więcej”. A on ze spokojem mówi: „Jeszcze nie”. W końcu odetchnęłam z ulgą; wyciągnął mnie z pieca. Nie długo cieszyłam się błogim spokojem. Zaczął mnie malować jakimiś żrącymi farbami. Poczułam duszności i ostatkiem sił wołam: „Dosyć”, a on odpowiada swym niezmiennym powiedzeniem: „Jeszcze nie”. Ale to co było na końcu jest nie do opowiedzenia. Włożył mnie do jeszcze bardziej rozpalonego pieca. Nie miałam sił wypowiedzieć słowa tylko wzniosłam błagalnie oczy i wtedy wyczytałam w jego oczach zdecydowane: „Jeszcze nie”. Nie wiem po jakim czasie ocknęłam się z omdlenia. Pamiętam ten moment, jak młoda kobieta wzięła mnie i postawiła przed lustrem. Byłam zaskoczona. Nie mogłam uwierzyć, że jestem tak piękna. Krzyczałam z radości. Wtedy zrozumiałam, że ból był czasowy i przeminął a piękno zostało.

Ewangelia zacytowana na wstępie mówi o tej prawdzie, która zrealizowała się nie w bajce, ale w konkretnym życiu. „Mesjasz musiał wycierpieć”, aby ukazać w swoim zmartwychwstaniu piękno miłości Boga do człowieka. Przez cierpienie i śmierć Chrystus nas zbawił. Idąc z Nim poprzez cierpienie i śmierć zdobywamy piękno, które nigdy nie przeminie.W roku 1954 zmarł w wieku 86 lat wielki francuski malarz Henri Matisse. W ostatnim roku życia z trudem mógł utrzymać pędzel w zdeformowanych przez reumatyzm rękach. Pokonując, jednak ogromne cierpienie ciągle malował. Jego przyjaciele patrząc na to zmaganie pytali go dlaczego nie zostawi malowania. Matisse odpowiadał: „Ból minie, ale piękno zostanie”. Dzisiaj w galeriach możemy podziwiać malarstwo tego artysty. Miał rację; ból przeminął a piękno zostało. Mimo, że to piękno jest tak urzekające to ma ono także swoje granice czasowe, zapewne kiedyś również przeminie.

Ewangelia mówi o pięknie człowieka, który modelowany przez cierpienie i włączony w tajemnicę śmierci i zmartwychwstania Chrystusa staje się pięknem nieprzemijającym (z książki Ku wolności).

 

 

TO JA JESTEM

Najmilsi: Dzieci moje, piszę wam to dlatego, żebyście nie grzeszyli. Jeśliby nawet ktoś zgrzeszył, mamy Rzecznika wobec Ojca — Jezusa Chrystusa sprawiedliwego. On bowiem jest ofiarą przebłagalną za nasze grzechy, i nie tylko za nasze, lecz również za grzechy całego świata. Po tym zaś poznajemy, że Go znamy, jeżeli zachowujemy Jego przykazania. Kto mówi: „Znam Go”, a nie zachowuje Jego przykazań, ten jest kłamcą i nie ma w nim prawdy. Kto zaś zachowuje Jego naukę, w tym naprawdę miłość Boża jest doskonała (1 J 2,1-5a).

Poprzez kolejne niedziele wielkanocne wsłuchujemy się we fragmenty Ewangelii o zmartwychwstaniu Chrystusa. Ukazują one przeżycia apostołów od momentu, gdy po raz pierwszy dotarła do nich wieść o zmartwychwstaniu. Ci, którzy słyszeli o tym niebywałym wydarzeniu, pragnęli na własne oczy zobaczyć Chrystusa, a ci, którzy już doświadczyli tej łaski, z ogromną radością wyczekiwali ponownego spotkania i nowych wieści o Jezusie. Chrystus wychodzi naprzeciw tym oczekiwaniom. Ukazuje się swoim uczniom w różnych sytuacjach i na różne sposoby. Ileż uroku, radości i nadziei zawiera w sobie scena z zacytowanego na wstępie fragmentu Ewangelii. W drodze do Emaus, dwaj strapieni uczniowie spotkali wędrowca, który pyta ich powód smutku. Jednym tchem opowiedzieli o tym, co się stało z Jezusem z Nazaretu. A wtedy Nieznajomy zaczyna im cytować fragmenty Pisma św. odnoszące się do Mesjasza. Wykazuje im, że Mesjasz musiał cierpieć i umrzeć na krzyżu, ale trzeciego dnia zmartwychwstanie. Apostołowie są urzeczeni słowami Nieznajomego. Proszą Go zatem usilnie, aby został z nimi na kolację, bo dzień ma się ku wieczorowi. Został z nimi. A gdy zasiedli do stołu, wtedy poznali Go przy łamaniu chleba. To był zmartwychwstały Chrystus.

W tym momencie życie dwóch uczniów uległo diametralnej przemianie. W ich sercach na stałe zagości radość i pokój. Wracają pospiesznie do Jerozolimy, aby podzielić się tą wieścią z innymi. Wszyscy słuchają, jak to Jezus dołączył się do apostołów w drodze do Eamus. W czasie tej opowieści nagle staje przed nim Chrystus. Pierwsza reakcja, to przerażenie i lęk. Ewangelia mówi, że apostołowie myśleli, że to duch. Łatwiej było im uwierzyć w obecność ducha aniżeli w zmartwychwstałego Chrystusa. A wtedy Chrystus zwraca ich uwagę na swoje ręce i nogi, na których wsiadać było ślady męki. Zapewne chodziło tu nie tylko o odwołanie się do zewnętrznych znaków, potwierdzających autentyczność Chrystusa ukrzyżowanego. Te rany przypominały apostołom miłość Chrystusa w imię, której wziął krzyż na swe ramiona. Takie znaki mają swoja wymowę.

Gdy myślę o tych znakach, wspominam pogrzeby moich rodziców. Przez długie godziny trwałem w modlitewnej zadumie przy ich trumnach. Był to czas wspomnień, przemyśleń. Wracały najpiękniejsze obrazy z naszego wspólnego życia. Były one przesycone ogromną rodzicielską miłością. Wpatrywałem się w spracowane ręce rodziców. Widać było na nich ślady ciężkiej pracy i blizny po ranach, jakie zadawał im trud zmagania się z życiem. Pracowali bardzo ciężko od świtu do nocy w gospodarstwie rolnym, nie było czasu na pielęgnację rąk. Te ręce zniszczone pracą pozostaną dla mnie najpiękniejszymi na świecie, a to dlatego, że są one uosobieniem i znakiem bezgranicznej miłości, która jest gotowa wszystko oddać dla swego dziecka. To miłość przydała im niepowtarzalnego piękna.

Czy Chrystus nie chciał powiedzieć tego samego swoim uczniom, gdy wskazuje na swoje rany i mówi: „Popatrzcie na moje ręce i nogi: to Ja jestem”. Mimo tak przekonywujących znaków apostołom trudno jest uwierzyć, że widzą zmartwychwstałego Chrystusa, dlatego każe im On, aby Go dotknęli. Następnie prosi o coś do zjedzenia. Podają mu chleb i rybę. Jezus spożywa. Nie mieli już teraz żadnych wątpliwości. Narodziło się w nich nowe życie. Wróciła radość. Zmartwychwstały Chrystus stał się dla nich źródłem mocy zwycięstwa dobra nad złem, miłości nad nienawiścią, życia nad śmiercią. W naszym życiu to zwycięstwo przybiera różne formy.

Teresa Pirola w książce pt. „100 Inspiring Stories” przytacza opowieść Claire zatytułowaną „Lunch”, którą zaczyna się tymi słowami: Minęło już sześć lat od czasu zerwania zaręczyn przez Helenę. Miesiąc przed planowanym ślubem dowiedziała się, że jej narzeczony ma romans z jej najlepszą przyjaciółką. Prawie dokładnie sześć lat później siedziałyśmy w restauracji, wspominając te trudne dni w życiu Heleny. Mieszkałam w innym mieście- jako przyjaciółka rodziny Heleny, słyszałam o jej bolesnych przejściach, ale nigdy nie rozmawiałam z nią o tym.

Muszę przyznać, że lękałam się trochę tego spotkania. Wyobrażałam sobie, że spotkam zgorzkniałą, załamaną życiem kobietę. Lecz to zobaczyłam zaskoczyło mnie. Przed mną siedziała pełna entuzjazmu życiowego, szczęśliwa kobieta, która z nieukrywanym apetytem spożywała znakomicie przygotowany makaron. Byłam zdumiona, gdy Helena z pogodą ducha i optymizmem opowiadała mi o swoim życiu. Mówiła o bólu i cierpieniu pierwszych miesięcy po zdradzie. Niektórzy mówili, że wyglądała jak żywy trup. Po dwóch latach wewnętrznych zmagań powrócił entuzjazm, radość i chęć życia. Te przeżycia stały się źródłem wewnętrznej mocy i mądrości życia. „Prawdę mówiąc, jestem zadowolona z tego co mnie spotkało” – powiedziała mi- „Rozumiem o wiele bardziej samą siebie, życie… i częściej rozmawiam teraz z Bogiem”. Rozgoryczenie, złość i nienawiść z dnia na dzień stawały się słabsze. Powoli przychodziło uzdrowienie.

Helena uświadomiła sobie wtedy, że w oczach bożych ma niepowtarzalną wartość, jest kimś bardzo ważnym, a to z kolei dało jej poczucie własnej wartości. Dzięki ożywieniu relacji z Bogiem dokonała się w niej głęboka przemiana; miłość zwyciężyła nienawiść, optymizm zwyciężył rozgoryczenie, jednym zdaniem zwyciężyło w niej życie. Nie nosi w sercu urazu do byłego narzeczonego i byłej najlepszej przyjaciółki. Życzy im jak najlepiej. „Szukam przyjaźni opartej na głębokim zaufaniu” – mówi Helena. Słuchając jej byłam zbudowana. Nauczyłam się wiele w czasie tego lunchu. Byłam szczęśliwa i poruszona jej duchową podróżą ku zwycięstwu. Unikając najgorszego scenariusza wydarzeń Helena odniosła zwycięstwo. Nikomu bym nie życzyła takich tragicznych przeżyć. Ale w pewnym sensie byłam zadowolona, że to się wydarzyło.

W życiu Heleny dokonało się coś, co możemy nazwać zmartwychwstaniem do nowego życia. Wiązało się to z ogromnym cierpieniem, zmaganiem się ze sobą, z negatywnymi uczuciami jakie się rodzą w takiej sytuacji. W mocy Chrystusa zmartwychwstałego odniosła zwycięstwo. Zwyciężyła w niej miłość nad nienawiścią, dobra nad złem, nadzienia nad zwątpieniem, radość nad pesymizmem. Każdy kto autentycznie spotka Chrystusa i zawierzy Mu będzie miał udział w tym zwycięstwie. Drobne życiowe zwycięstwa sumują się na ostateczne zwycięstwo, gdy człowiek staje w obliczu śmierci.

Tajemnice Wielkanocne nie usuwają bólu i lęku, ale wprowadzają nowy element do naszego życia. Daje on zrozumienie naszego cierpienia i zapala w nas nadzieję. Wszystko staje się inne ponieważ Chrystus żyje i przychodzi do nas ze słowami pokoju, tak, jak kiedyś przyszedł do apostołów. Kiedy przechodzimy trudne koleje losu, pokusy różnego rodzaju może zaczerpnąć odwagi z historii apostołów, którzy zwątpili, załamali się w czasie męki Chrystusa. A później życie ich odmieniło się, gdy spotkali i uwierzyli w Chrystusa zmartwychwstałego. Chrystus daje nam pewność zwycięstwa życia nad śmiercią (z książki Nie ma innej Ziemi Obiecanej).

 

 

„WY JESTEŚCIE ŚWIADKAMI TEGO”

Drugiego marca 2011 roku w Islamabadzie, stolicy Pakistanu, został zamordowany minister ds. mniejszości religijnych, czterdziestotrzyletni Shahbaz Bhatti, jedyny katolik w rządzie pakistańskim. W Książce Antonio Socci „Wojna przeciw Jezusowi” czytamy jego słowa: „Nazywam się Shahbaz Bhatti. Urodziłem się w rodzinie katolickiej. Mój ojciec, emerytowany nauczyciel i moja matka, gospodyni domowa, wychowali mnie zgodnie z wartościami chrześcijańskimi i nauczaniem zawartym w Biblii, co miało wpływ na moje dzieciństwo. Od dziecka chodziłem do kościoła i znajdowałem wiele inspiracji w nauczaniu, w ofierze i w ukrzyżowaniu Jezusa. To miłość Jezusa poprowadziła mnie do ofiarowania pomocy Kościołowi. Straszne warunki, w jakich znajdowali się chrześcijanie w Pakistanie, wstrząsnęły mną. Pamiętam Wielki Piątek, gdy miałem zaledwie trzynaście lat: słuchałem kazania o ofierze Jezusa dla naszego odkupienia i zbawienia świata. Postanowiłem odpowiedzieć na tę Jego miłość, ofiarując miłość naszym braciom i siostrom, służąc chrześcijanom, zwłaszcza ubogim, biednym i prześladowanym, którzy mieszkają w tym islamskim kraju. Moja wiara czyni mnie szczęśliwym. Nie chcę popularności, nie chcę władzy. Pragnę tylko miejsca u stóp Jezusa. Chcę, aby moje życie, mój charakter, moje czyny przemawiały za mnie i mówiły, że idę w ślad za Jezusem Chrystusem. To pragnienie jest we mnie tak silne, że uważałbym się za uprzywilejowanego, gdyby, przez wzgląd na mój żarliwy wysiłek niesienia pomocy potrzebującym, ubogim i prześladowanym chrześcijanom w Pakistanie, Jezus zechciał przyjąć ofiarę z mego życia. Chcę żyć dla Chrystusa i dla Niego umrzeć. Nie czuję strachu. Wiele razy ekstremiści chcieli mnie zabić, uwięzić, grozili mi, prześladowali i terroryzowali moją rodzinę. Chcę powiedzieć, że póki żyć będę, póki starczy tchu, będę służył Jezusowi i tej biednej, cierpiącej ludzkości, chrześcijanom, potrzebującym i ubogim”.

W Ewangelii na dzisiejszą niedzielę wsłuchujemy się w opis kolejnej chrystofanii, to znaczy ukazania się Chrystusa zmartwychwstałego. Podekscytowani apostołowie rozmawiali o różnych pogłoskach, jakie krążyły na temat Chrystusa. Niektórzy mówili, że widzieli Go zmartwychwstałego. Dla niektórych było to zbyt piękne, aby mogło być prawdziwe. Dlatego, gdy zmartwychwstały stanął między nimi zatrwożyli się i myśleli, że to duch. A wtedy Jezus powiedział do nich: „Czemu jesteście zmieszani i dlaczego wątpliwości budzą się w waszych sercach? Popatrzcie na moje ręce i nogi: to Ja jestem. Dotknijcie się Mnie i przekonajcie: duch nie ma ciała ani kości, jak widzicie, że Ja mam”. Następnie poprosił o chleb i rybę i spożywając je przekonywał ich, że nie jest duchem.  A gdy już nie mieli wątpliwości, że On zmartwychwstał, Chrystus powiedział do nich: „Tak jest napisane: Mesjasz będzie cierpiał i trzeciego dnia zmartwychwstanie; w imię Jego głoszone będzie nawrócenie i odpuszczenie grzechów wszystkim narodom, począwszy od Jerozolimy. Wy jesteście świadkami tego”. Zacytowany fragment z Dziejów Apostolskich mówi o odważnym świadczeniu św. Piotra o Chrystusowej. Głosi to, co widział, czego doświadczył. Opowiada o życiu, męce i zmartwychwstaniu Chrystusa. Używa bardzo ostrych słów wobec swoich słuchaczy: „Zaparliście się świętego i sprawiedliwego, a wyprosiliście ułaskawienie dla zabójcy. Zabiliście Dawcę życia, ale Bóg wskrzesił Go z martwych, czego my jesteśmy świadkami”. Świadectwo św. Piotra, jak i innych apostołów, z wyjątkiem św. Jana przypieczętowanie będzie męczeńską śmiercią. Dawanie świadectwa o Chrystusie również i dzisiaj wymaga odwagi, a nieraz ofiary krwi, jak to miało miejsce w życiu Shahbaz Bhatti. Najczęściej jednak nasze świadectwo o Chrystusie przybiera formę wierności Jego przykazaniom.

 Aby wiarygodnie świadczyć o Chrystusie trzeba Go poznać i zawierzyć Mu całe swoje życie. Możemy pytać, co to znaczy poznać Chrystusa? Odpowiedź na to pytanie daje św. Jan w drugim czytaniu: „Po tym zaś poznajemy, że Go znamy, jeżeli zachowujemy Jego przykazania. Kto mówi: ‘Znam Go’, a nie zachowuje Jego przykazań, ten jest kłamcą i nie ma w nim prawdy. Kto zaś zachowuje Jego naukę, w tym naprawdę miłość Boża jest doskonała”. Poznanie Chrystusa to coś więcej niż tylko wiedza o Nim. Ateista może mieć ogromną wiedzę o Chrystusie, ale z tego nic nie wynika. Może wykorzystać tę wiedzę w walce z Chrystusem i Jego Kościołem. Taki człowiek, szczycący się wiedzą o Chrystusie według św. Jana jest kłamcą, bo gdyby naprawdę poznał, kim jest Chrystus, to musiałby wyznać, że On jest jego Panem i Zbawcą. Jeśli ktoś naprawdę pozna Chrystusa, to wie, że On jest jedyną sensowną perspektywą życia, które przez śmierć nie kończy się, ale zmienia, jak mówią katolickie obrzędy pogrzebowe. Ta świadomość wpływa na kształt naszej codzienności. Dla ilustracji można pokusić się na pewne porównanie. Pamiętam z czasów Polski Ludowej, jak do gminy czy powiatu przyjeżdżał wysoko postawiony urzędnik lub partyjniak, wtedy wszyscy stawali na baczność, wszystko było w idealnym porządku, solidnie wykonywano swoją pracę. Malowano nawet trawniki, aby wyglądały świeżo. Od ludzi posiadających władzę tak wiele zależało. Podwładni wiedzieli, że jeden grymas szefa mógł zadecydować o całym ich życiu.

Władza ludzi, nawet najwyżej stojących w hierarchii społecznej szybko mija, a sami władcy staja się szczyptą bezużytecznego popiołu. Porównywanie ich władzy z majestatem Chrystusa wydaje się nie na miejscu, ale nieraz jest to potrzebne, abyśmy mogli dostrzec najistotniejsze sprawy w naszym życiu. Chrystus jest Panem doczesności i wieczności.  Świadomość majestatu i bliskości Boga oraz miłość ma niejako naturalne przełożenie w naszym codziennym postepowaniu. Staramy się żyć według Jego przykazań, bo na tej drodze zachowania osiągamy pełnię życia w doczesności i wieczności. Jeśli jesteśmy tego świadomi, to staramy się żyć według przykazań bożych i tak stajemy się wiarygodnymi świadkami zmartwychwstałego Chrystusa. Jeśli pobłądźmy na drodze przykazań, to Bóg ogarnia nas swoją miłością, która przybiera formę Bożego miłosierdzia. W sposób szczególny to Boże miłosierdzie przejawia się w sakramencie pojednania.  W Ewangelii na Niedzielę Miłosierdzia Bożego słyszymy słowa: „W imię Jego głoszone będzie nawrócenie i odpuszczenie grzechów wszystkim narodom”.

Bardzo ciekawe spojrzenie na sakrament odpuszczenia grzechów prezentuje w książce „Człowiek i jego pytania” nawrócony na katolicyzm  Andre Frossard, syn sekretarza generalnego Francuskiej Partii Komunistycznej: „To prawda, że pojęcie grzechu nie ma sensu dla człowieka niewierzącego. Dlatego zwrócimy się tu tylko do chrześcijan, aby im przypomnieć, że pozbywając się poczucia grzechu i rezygnując z przebaczenia, tracą dwie wartości duchowe o nieprawdopodob­nym bogactwie, którego nic nie potrafi za­stąpić. Trzeba dodać, że chociaż w historii przebaczenie przychodzi po grzechu, to dla dusz wrażliwych na mistykę jest rzeczą jasną, że w porządku ustanowionym przez Boga grzech został dopuszczony jedynie ze wzglę­du na przebaczenie, będące inną postacią nieprzebranego miłosierdzia” (z książki Bóg na drogach naszej codzienności).

 

 

BÓG PRZYCHODZI DO NAS 

Bóg ciągle i na różne sposoby przychodzi do nas. Posłał także swojego Syna, abyśmy w rzeczywistości ziemskiej najpełniej mogli Go spotkać. Spotkania te są bardzo ważne, ponieważ umacniają wiarę, w której jest nasze zmartwychwstanie i życie. Potrzebujemy ciągle takich spotkań, ponieważ zbyt mocno jesteśmy zakotwiczeni w rzeczywistości materialnej, która może nas tak pochłonąć, że nie zostawi w naszej duszy miejsca na rzeczywistość duchową i Boga. Autentyczne spotkanie z Bogiem umacnia w nas duchowe wartości i czyni nas dziećmi bożymi, które mają mądrość i moc wprzęgania rzeczywistości materialnej w służbę miłości Boga i bliźniego. Takich umacniających spotkań z Chrystusem zmartwychwstałym potrzebowali apostołowie. Chociaż wydawałoby się, że nie było to konieczne.  Widzieli już raz Chrystusa zmartwychwstałego. Rozmawiali z Nim, mogli Go dotykać. Pamiętali Jego liczne cuda. Mimo to na dnie ich duszy drzemało niedowiarstwo. Dlatego Chrystus po raz kolejny staje przed nimi, aby ich umocnić w wierze i napełnić ich serca radością i weselem. Czytania biblijne w kolejne Niedziele Wielkanocne ukazują nam coraz to nowy kształt spotkań z Chrystusem zmartwychwstałym.

Niejeden z nas oddałby wiele, aby jak apostołowie spotkać Chrystusa. Wydaje się, że wtedy nasza wiara stałaby się jasna i prosta. Może i tak, ale niekoniecznie. Przecież miliony ludzi nie doświadczając tego typu spotkań mają wiarę prostą i jasną i tak mocną, że nic jej nie może zachwiać. Ich wiara rodziła się także na drodze autentycznych i rzeczywistych spotkań z Chrystusem. Chrystus jest obecny wśród nas, trzeba tylko chcieć i umieć odczytywać znaki Jego obecności. Byłem nieco zaskoczony, gdy ktoś mi powiedział, że w katastrofie samolotu z 22 marca 2009 roku w Montanie, na północy USA, w której zginęło 14 osób widzi palec boży, znak z nieba. Nie chodzi tu tylko o znak wzywający do gotowości na ostateczne spotkanie z Bogiem w każdej chwili naszego życia. Mój rozmówca widział w tym karę bożą. Pamiętając szczególnie o ostatniej niedzieli, Niedzieli Miłosierdzia Bożego, nie ośmieliłbym się spojrzeć na tę tragedię w ten sposób. Bóg nie chce śmierci grzesznika, ale żeby się nawrócił i żył. Jednak pewne szczegóły i okoliczności tej tragedii podane przez serwis Fronda.pl mogą dla niektórych stać się znakiem z nieba. Do tragedii doszło na katolickim cmentarzu św. Krzyża, niedaleko Grobu Nienarodzonego Dziecka. Samolot należał do właściciela największej sieci klinik aborcyjnych w Stanach Zjednoczonych. W katastrofie zginęły jego dzieci i wnuki. Irving Moore ‚Bud’ Feldkamp III prowadząc tę działalność dorobił się ogromnego majątku.  W należących do niego siedemnastu klinikach w samej Kalifornii zgłaszało się więcej kobiet niż we wszystkich pozostałych klinikach w stanie. Pomijając problem, kary, bo nie nam jest o tym sądzić, to czy jednak nie mają racji ci, którzy odczytują to wydarzenie jako znak Boga wzywającego do poszanowania życia od chwili poczęcia aż do ostatniego tchnienia?

Zacytowany na wstępie fragment Ewangelii przedstawia kolejne spotkanie apostołów ze zmartwychwstałym Chrystusem. Dwaj apostołowie wrócili z Emaus i z wielkim przejęciem opowiadali o spotkaniu z Chrystusem zmartwychwstałym. Wydaje się dziwne, że nie rozpoznali Chrystusa, z którym tak wiele spędzili czasu. Może powodem tego było uwielbione ciało Jezusa. Jednak bardziej prawdopodobne wydaje się, że to nierozpoznanie było zamierzone przez Chrystusa. Każde Jego słowo, każdy czyn, to nieustająca katecheza, która miała przybliżyć człowieka do Boga. Również i w tym zdarzeniu możemy się dopatrywać pewnej nauki dla nas.  Chrystus jakby chciał powiedzieć nie szukajcie Mnie w ziemskim kształcie, ale w znakach, które wam zostawiam. Znak Jego ziemskiego ciała był potrzebny na pewnym etapie historii zbawienia. Nie bez powodu Chrystus wybrał rozpoznawczy znak, znak łamania chleba. Dwaj uczniowie, którzy wrócili z Emaus mieli w pamięci bardzo żywy obraz Ostatniej Wieczerzy, kiedy Chrystus łamał chleb i dawał do spożywania. Pamiętając to, do końca nie rozumieli słów Chrystusa: „Bierzcie i jedzcie, to jest Ciało moje”. Dopiero teraz, gdy przekonali się, że Jezus zmartwychwstał, te słowa nabrały dla nich konkretnej mocy urzeczywistniana. Ten znak bożej obecności został tak mocno podkreślony, bo jest to najbardziej wymowny znak spotkania z Chrystusem dla wszystkich Jego uczniów po wieczne czasy. Chodzi tu o znak Mszy św., którą w pierwszych wiekach chrześcijaństwa nazywano łamaniem chleba. Poprzez zewnętrzne formy, Msza św. staje się znakiem realnej obecności Jezusa pod eucharystycznymi postaciami chleba i wina. Te zewnętrzne znaki są zaproszeniem do wejścia przez wiarę w realny kontakt z samym Jezusem Chrystusem, który jaki kiedyś do apostołów, tak dzisiaj do nas mówi: „Popatrzcie na moje ręce i nogi: to Ja jestem”.

Jednak nieraz łatwiej nam uwierzyć w ducha niż realną obecność zmartwychwstałego Chrystusa. Apostołowie w pierwszej chwili, gdy ujrzeli Jezusa myśleli, że to duch. Można spotkać ludzi, którzy dają łatwy posłuch opowieściom o duchach, a którym trudniej jest uwierzyć w realną obecność Jezusa w Eucharystii. Nieraz cielesność Jezusa stawała się dla niektórych przeszkodą na drodze wiary, że „Słowo stało się ciałem i zamieszkało miedzy nami”. W pierwszych wiekach na tym tle powstało kilka herezji. Jedną z nich był doketyzm, który kwestionował wcielenie Syna Bożego i zbawienie ludzkości przez mękę, śmierć i zmartwychwstanie. Jezus był tylko pozornie człowiekiem. Nie miał rzeczywistego ciała ludzkiego, ale jedynie eteryczne ciało niebiańskie. A zatem pozorne było cierpienie, śmierć i zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa. Po tej herezji zostało tylko wspomnienie. Nie wytrzymała ona konfrontacji z rzeczywistością, o której mówi dzisiejsza Ewangelia. Chrystus bardzo dobitnie mówi o swoim ciele: „Popatrzcie na moje ręce i nogi: to Ja jestem. Dotknijcie Mnie i przekonacie się: duch nie ma ciała ani kości, jak widzicie, że Ja mam”. Gdy Jezus zobaczył, że to do końca nie przekonuje apostołów zapytał ich: „Macie tu coś do jedzenia?”  Podano mu kawałek pieczonej ryby, którą Jezus spożył. To wystarczyło apostołom, aby uwierzyć, że Jezus zmartwychwstał i to zmartwychwstał w swoim ciele. Wprawdzie uwielbione ciało Jezusa podlegało innym prawom, bo na przykład wszedł do pokoju mimo drzwi zamkniętych, jednak to wystarczyło apostołom, aby uwierzyć, że jest to ten sam Jezus, z którym dzielili radości i cierpienia przez ostatnie trzy lata. A zatem Jezus jest Bogiem, który w całej pełni doświadczył człowieczego losu. Jest jedyną i niepowtarzalną szansą człowieka umocnienia wspólnoty z Bogiem.  To zbliżenie jest potrzebne nie tyle Bogu, co nam ludziom.  W Chrystusie możemy zaprzyjaźnić się z Bogiem tak po ludzku, a wędrując z Nim przez życie rozpoznać Boga, w którym jest nasze zmartwychwstanie.

Tak wiele towarzyszy nam znaków bożej obecności. Możemy zapytać: Czy rozpoznałem Chrystusa poprzez te znaki? A jeśli tak, to po czym to poznać?  Odpowiedź na to ostatnie pytanie daje św. Jan Apostoł w drugim czytaniu na dzisiejszą niedzielę: „Po tym zaś poznajemy, że Go znamy, jeżeli zachowujemy Jego przykazania. Kto mówi: Znam Go, a nie zachowuje Jego przykazań, ten jest kłamcą i nie ma w nim prawdy. Kto zaś zachowuje Jego naukę, w tym naprawdę miłość Boża jest doskonała”.

Jak widzimy bardzo ważnym znakiem obecności bożej w świecie jest miłość. A zatem szukajmy Jezusa zmartwychwstałego w licznych znakach, a gdy Go rozpoznamy i autentycznie uwierzymy, to nasze serce wypełni nie tylko nadzieja zmartwychwstania, ale także najbardziej uszczęśliwiające uczucie jakie daje prawdziwa i wieczna miłość (z książki W poszukiwaniu mądrości życia).

 

 

ŚWIĘTY KLEMENS HOFBAUER

Śmierć Jezusa napełniła serca Jego uczniów lękiem i niepokojem, dlatego pierwszymi słowami, jakie zmartwychwstały Chrystus skierował do uczniów były słowa pokoju: „Pokój wam”. W tej sytuacji słowa nie były tak ważne, bo sama obecność Chrystusa stawała się źródłem pokoju, i to tak głębokiego, że znikał nawet lęk przed śmiercią. Podobnie, obecność Chrystusa w naszym życiu usuwa lęk i napełnia nas najgłębszym pokojem. Chrystus, dając apostołom pokój, chce, aby przekazywali go całemu światu. Szczególnymi głosicielami pokoju Chrystusowego są święci. Skutecznie wnoszą pokój do rodziny ludzkiej, ponieważ sami są nim napełnieni. Święty Klemens Hofbauer należy do wytrwałych głosicieli pokoju. Żyjąc w burzliwych czasach, doświadczając wielu zewnętrznych niedogodności zachował pokój Chrystusowy i obdarzał nim swoich bliźnich. Do swoich braci zakonnych pisał, że szuka „trwałego miejsca, gdzie będzie mógł zgromadzić przy jednym stole ludzi z różnych narodów: Francuzów, Niemców, Polaków i wysyłać ich do pracy na cały świat”. Swoją osobą i pracą łączył trzy narody: czeski, polski i austriacki.

Święty Klemens Maria Hofbauer przyszedł na świat w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia roku 1751. Rodzina Hofbauerów, licząca dwanaścioro dzieci zamieszkiwała we wsi Tasowice na Morawach. Ojciec Klemensa, z zawodu czeladnik masarski był rodowitym czechem, który po przybyciu z Budziejowic do Tasowic zmienił nazwisko Dworzak na odpowiednik niemiecki Hofbauer . Na chrzcie nadano Świętemu imię Jan. Jako pięcioletni chłopiec, Jan doświadczył okrucieństwa 7- letniej wojny pomiędzy Austrią i Prusami. Z cierpieniem i śmiercią zetknął się także we własnym domu. Gdy miał niespełna 7 lat stracił ojca. Patrzył także na śmierć swojego rodzeństwa. A zmarło ich sześcioro. Jan od najwcześniejszych lat dzieciństwa ciężko pracował, uczęszczając równocześnie do szkoły, która nie była obowiązkowa. Był ministrantem i zapewne wtedy zrodziło się w nim pragnienie kapłaństwa. Aby zrealizować je pobierał lekcje łaciny u starszego kapłana. Po jego śmierci, Jan podjął pracę w przyklasztornej piekarni u norbertanów w Klosterbrück.

Ze względu na ubóstwo materialne Jan nie był w stanie podjąć nauki przygotowującej go do stanu kapłańskiego, postanowił, zatem służyć Bogu inaczej. Został pielgrzymem, zakonnikiem- pustelnikiem. W roku 1771 wyruszył w podróż do Włoch, dotarł do Tivoli, gdzie został mnichem w sanktuarium Matki Bożej z Quintiliolo. Wraz z habitem otrzymał imię Klemens Maria. Jednak mniszy styl życia był nie dla niego. Upewniły go w tym słowa Jezusa, jakie usłyszał w swej duszy na modlitwie u stóp Matki Bożej. Chrystusa wezwał go, aby podjął życie bardziej aktywne. Powrócił, zatem do norbertanów w Klosterbrück. Pracował dalej jako piekarz. Uczył się łaciny i studiował filozofię. Nie mógł jednak kontynuować studiów przygotowujących do kapłaństwa u norbertanów, gdyż cesarz nie zezwolił temu zgromadzeniu na przyjmowanie nowicjuszy. Klemens wrócił do domu i przez dwa lata żył jako pustelnik w Muehlfraun, zachowując surowe posty, pokuty i spędzając długie godziny na modlitwie. Za namową matki opuścił pustelnię i podjął pracę piekarza, tym razem w Wiedniu. Tu spotkał dwie panie, dzięki którym mógł podjąć studia na Uniwersytecie Wiedeńskim, przygotowujące do kapłaństwa. W tym czasie, w roku 1784 wraz ze swoim kolegą Tadeuszem Hueblem udał się do Rzymu i tam postanowili wstąpić do Zgromadzenia Najświętszego Odkupiciela zwanego redemptorystami. Po odbyciu nowicjatu, 19 marca 1875 roku złożył śluby zakonne i dziesięć dni później, jako pierwszy niemieckojęzyczny redemptorysta przyjął święcenia kapłańskie. Wkrótce zakon wysłał go na północ do swojej ojczyzny, by tam zakładał nowe klasztory.

Sytuacja w Austrii nie sprzyjała zakładaniu nowych klasztorów, ponieważ cesarz zamknął ponad 1000 już istniejących, a o nowych nie było mowy. Wobec tego Klemens wraz ze swoim towarzyszem wyruszył do Warszawy. Do celu dotarli bez grosza, bo ostatnie trzy srebrne monety Klemens oddał żebrakowi, którego spotkał po drodze. W Warszawie powierzono im posługę duszpasterską niemieckojęzycznym mieszkańcom Warszawy przy kościele św. Benona. W niedługim czasie kapłani opanowali język polski i służyli Polakom. Redemptoryści oprócz bardzo aktywnej i skutecznej pracy duszpasterskiej prowadzili także działalność charytatywną. Klemens zbierał na ulicach Warszawy bezdomnych chłopców, karmił ich, uczył zawodu i zasad wiary. Otworzył dla nich Sierociniec Dzieciątka Jezus oraz szkołę. Zaopiekował się także młodymi dziewczętami, otwierając dla nich szkołę z internatem. Pomagał także prostytutkom w powrocie do normalnego życia. Był założycielem kilku bractw, drukarni oraz wydawnictwa książek religijnych i szkolnych. Aby zdobyć środki na utrzymanie tak licznych dzieł, Klemens szukał sponsorów, jak i też żebrał. Pewnego razu prosił bogatego człowieka o ofiarę, ten jednak zdenerwowany uderzył kapłana w twarz. Na co Święty odpowiedział: „To dla mnie, a co dla moich sierot?”

Wkrótce Kościół św. Benona stał się wzorowym ośrodkiem duszpasterskim, a przełożony generalny redemptorystów mianował Świętego wikariuszem generalnym na tereny północne. W dziejach Polski i Warszawy był to trudny czas wojen, zależności i rozbiorów. Gdy w czasie powstania kościuszkowskiego walki zbliżały się do Warszawy, Klemens z towarzyszami nawoływał do pokoju. Przez niektórych było to źle odebrane. Nazwano redemptorystów zdrajcami i zabroniono pasterzom innych parafii zapraszania ich do głoszenia misji. Po upadku powstania i trzecim rozbiorze Polski, Warszawa znalazła się pod okupacją Prus, zaczęły się prześladowania. Klemens słał memoriały do króla Fryderyka II, stając w obronie prześladowanych jak i też dzieł, które prowadzili. Między innymi bronił przed zamknięciem szkoły, argumentując, że uczęszczają do niej ubogie dzieci, że wiele wśród nich, to bezdomne sieroty, które bezpłatnie korzystają z internatu. Na nic zdały się te wysiłki. Szkołę zamknięto. W tych trudnych warunkach redemptoryści działali w Warszawie do 9 czerwca 1808 roku, kiedy to Napoleon nakazał zamknąć redemptorystów w twierdzy kostrzyńskiej nad Odrą. Po czterech tygodniach zwolniono ich i nakazano powrót ojczystych krajów.

We wrześniu 1808 roku Klemens wrócił do Wiednia. Pracował jako kapelan w szpitalu dla żołnierzy. Następnie arcybiskup powierzył mu opiekę nad małym włoskim kościołem w Wiedniu. Cztery lata później został wyznaczony na kapelana sióstr Urszulanek. Święty zasłynął jako wspaniały kaznodzieja i dobry spowiednik. Szczególnie studenci licznie przychodzili do jego domu, gdzie mogli porozmawiać, zasięgnąć rady a nawet zjeść. Klemens cieszył się ogromnym autorytetem wśród intelektualistów. Wielu z nich bogatych i uzdolnionych artystycznie sprowadził na łono kościoła. Ale i tutaj Klemens był atakowany. Na krótki czas zabroniono mu głoszenia kazań. Zagrożono wydaleniem z kraju. Nakaz wydalenia musiał być podpisany przez cesarza austriackiego Franciszka. Cesarz w tym czasie był w Rzymie, gdzie złożył wizytę papieżowi Piusowi VII. Papież powiedział wtedy, jak bardzo ceni wspaniałą pracę Klemensa. I tym sposobem zamiast dekretu opuszczenia kraju, Klemens został przyjęty przez cesarza, który zezwolił na powstanie placówki redemptorystów w Austrii. Święty nie mógł cieszyć jej rozwojem, gdyż zmarł w opinii świętości 15 marca 1820 roku (z książki Wypłynęli na głębię).

 

 

ZAŚWIADCZYĆ O ZMARTWYCHWSTANIU

W czasie pisania tych rozważań moje myśli biegną na galilejskie zielone wzgórza ukwiecone barwnymi kwiatami, nad Jezioro Galilejskie, które odbija więcej niż tylko błękit nieba, na Górę Oliwną, gdzie wyciśnięte w skale stopy Chrystusa wskazują drogę do nieba, do pustego Grobu Jezusa, który wcale nie jest pusty, wylewa się z niego na cały świat spełniona nadzieja wiecznego szczęścia, do Emaus, gdzie pośród kwitnących drzew migdałowych rozpoznajemy Chrystusa przy łamaniu chleba, do Wieczernika na wzgórzu Syjońskim, gdzie stanął Chrystus po swoim zmartwychwstaniu i obdarzył apostołów pokojem, a Duch Święty napełnił ich swoimi darami. Wszystkie te miejsca mówią o ludzkim otarciu się o śmierć i zwycięstwie nad nią w mocy Chrystusa. W tych powrotach pomagają mi pielgrzymi, z którymi przygotowywałem się do wyjazdu na pielgrzymkę, wiedząc, że tylko duchowo będę z nimi pielgrzymował. Ale to nie umniejsza mojej radości, która towarzyszy pielgrzymom w tej świętej drodze i dotknięciu świętych miejsc, które mówią o zwycięskim starciu życia nad śmiercią. Te dotknięcia bardziej przemieniają człowieka niż dziesiątki wysłuchanych kazań i moich kurierowych refleksji. Mogą to potwierdzić pielgrzymi, którzy w tę niedzielę wracają z Ziemi Świętej do Nowego Jorku. Witamy w domu.

Do tych miejsc przenosi nas Ewangelia na dzisiejszą niedzielę: „Uczniowie opowiadali, co ich spotkało w drodze, i jak poznali Jezusa przy łamaniu chleba. A gdy rozmawiali o tym, On sam stanął pośród nich i rzekł do nich: ‘Pokój wam’. Zatrwożonym i wylękłym zdawało się, że widzą ducha”. Apostołom trudno było uwierzyć w zmartwychwstanie Chrystusa dlatego mówi On do nich: „Czemu jesteście zmieszani i dlaczego wątpliwości budzą się w waszych sercach? Popatrzcie na moje ręce i nogi: to Ja jestem. Dotknijcie się Mnie i przekonajcie: duch nie ma ciała ani kości, jak widzicie, że Ja mam”. Radość i niedowierzanie ogarnęły uczniów. Łatwiej było im uwierzyć, że to duch pojawił się wśród nich, niż zmartwychwstały Chrystus. Aby ich upewnić, co do swego zmartwychwstania Chrystus prosi o chleb, o rybę i spożywa. A potem wyjaśnia im proroctwa o swojej śmierci i zmartwychwstaniu, które się w Nim wypełniły. A gdy już apostołowie nie mieli wątpliwości, co do zmartwychwstania, Chrystus powiedział do nich: „Wy jesteście świadkami tego”. Świadkami zwycięstwa życia nad śmiercią. W pierwszym czytaniu z Dziejów Apostolskich św. Piotr staje jako świadek zmartwychwstania i mówi: „Bóg naszych ojców, Bóg Abrahama, Izaaka i Jakuba, wsławił Sługę swego, Jezusa, wy jednak wydaliście Go i zaparliście się Go przed Piłatem, gdy postanowił Go uwolnić. Zaparliście się świętego i sprawiedliwego, a wyprosiliście ułaskawienie dla zabójcy. Zabiliście Dawcę życia, ale Bóg wskrzesił Go z martwych, czego my jesteśmy świadkami”. Swoje świadectwo był gotowy przypieczętować własną krwią. Stanie się to wiele lat później, kiedy w Rzymie przed śmiercią będzie prosił, aby ukrzyżowano go głową do dołu, bo nie jest godzien umierać tak jak Chrystus.

Nasze świadectwo słowa jest ważne, ale może budzić wątpliwości, bo tak do końca nie wiemy, co człowiek kryje za swoimi słowami. Popatrzmy na dzisiejszego satrapę Putina i jego agresywna politykę. Prawie każde jego słowo to kłamstwo. Zapewnia cały świat, że ruskich wojsk nie ma na Ukrainie. A wszyscy je widzą, nazywając ich „zielonymi ludzikami”. Świadectwo takiego kłamcy nie najmniejszego znaczenia dla ludzi, którzy nie dali się otumanić jego propagandą. Jego słowu nikt nie wierzy, poza grupą jakiś naiwniaków i nacjonalistycznych fanatyków. Takie świadectwo jest antyświadectwem. Takie wzorce można przenieść w życie wiary. Mogą być piękne słowa, podniosłe uroczystości, ale jeżeli za tym nie kryje się świadectwo życia, to wszystko na nic się zda. Stajemy się fałszywymi świadkami zmartwychwstania Jezusa.

W niewielkiej miejscowości na zachodzie Stanów Zjednoczonych kilka tygodni przed wielkanocnymi świętami rodzice stracili w tragicznym wypadku dwójkę dzieci. Ocalał tylko najstarszy syn. Małżonkowie byli aktywnymi członkami miejscowej wspólnoty parafialnej. Na pogrzebie zgromadziła się prawie cała wspólnota parafialna. Zdruzgotani małżonkowie uczestniczyli w pogrzebie swoich dzieci z wewnętrznym pokojem, który zauważyli uczestnicy pogrzebu. To nie była rozpacz, ale ból, w którym jest miejsce na nadzieję. Katechezy w tej parafii, które prowadzili wspomniani małżonkowie obywały się w niedziele po Mszy św. Proboszcz zaproponował małżonkom zastępstwo w katechezie. Małżonkowie odpowiedzieli, że właśnie w dzień zmartwychwstania Chrystusa chcieliby podzielić się swoją wiarą w zmartwychwstanie. Katecheza była wyjątkowa, również i z tego względu, że jej uczestniczy wiedzieli, jaką tragedię dźwigają małżonkowie. Katecheci mówi z ogromnym przekonaniem o zmartwychwstaniu Chrystusa, które daje nam pewność, że i my zmartwychwstaniemy. Po skończonej katechezie, w drodze powrotnej dwunastoletni syn powiedział do ojca: „Tato, to małżeństwo musi wierzyć we wszystko o czym mówi historia wielkanocna”. „Oczywiście, że wierzy. Wszyscy chrześcijanie wierzą” – powiedział ojciec.  „Ale nie tak, jak oni” – podsumował syn.

Prawdziwe świadectwo wiary od fałszywego potrafi odróżnić nawet dziecko.

Inne świadectwo wiary znajdziemy w wywiadzie Doroty Choteckiej, matki, żony, aktorki dla Interii. pl. Wielka zmiana w jej życiu miała miejsce w styczniu 2003 roku. Po wypadku samochodowym życiowy partner aktorki, Radosław Pazura, trafił w stanie krytycznym do warszawskiego szpitala. Ktoś powiedział: „Jego godziny są policzone”. Aktorka wspomina: „Usiadłam w kącie i modliłam się o cudowne uzdrowienie. Tylko tyle mogłam zrobić. Dla niego. Dla siebie”. Kolejne dni spędziła przy łóżku ukochanego. Lekarze nie dawali dużej nadziei, że będzie zdrowy. Uświadomiła sobie wtedy, że bez Radosława nie może być szczęśliwa.  Zaczęła zastanawiać się, dlaczego jeszcze się nie pobrali? Byli ze sobą ponad 10 lat, razem mieszkali. „Zrozumiałam, że błądziliśmy. Nasze życie zaczęło kręcić się wokół spraw zawodowych i zarabiania pieniędzy – wspomina aktorka w wywiadzie. To była ślepa uliczka. Ale po wypadku przewartościowałam wszystko. Świat zewnętrzny przestał istnieć. Zrezygnowałam ze wszystkich propozycji zawodowych, do których przygotowywałam się od miesięcy. Wróciłam do pracy dopiero po trzech. Dnie i noce spędzałam przy Radku” – mówi Dorota. Po wyzdrowieniu Radosław zaświadczył o swojej wierze: „My wszyscy wierzymy w Boga i nie wstydzimy się Pana Jezusa. Ale myślę, że jest jeden problem, polegający na tym, że czasami możemy o nim zapomnieć. Wydaje mi się, że to jest sedno sprawy. Tak jest teraz świat skonstruowany, że niestety są sytuacje, kiedy najnormalniej w świecie o nim zapominamy. I myślę, że to jest ważne, nawet kiedy o nim zapomnieliśmy, żeby sobie o nim przypomnieć. Życzę wszystkim, żeby był w życiu każdego z Was taki moment, kiedy możecie zauważyć, że on jest i on jest najważniejszy…”.

Św. Jan w zacytowanym na wstępie liście mówi po czym poznajemy prawdziwego świadka Chrystusa: „Po tym zaś poznajemy, że Go znamy, jeżeli zachowujemy Jego przykazania. Kto mówi: ‘Znam Go’, a nie zachowuje Jego przykazań, ten jest kłamcą i nie ma w nim prawdy. Kto zaś zachowuje Jego naukę, w tym naprawdę miłość Boża jest doskonała” (Kurier Plus, 2014).

 

 

MIŁOŚĆ SILNIEJSZA NIŻ ŚMIERĆ

Ida Nowakowska, aktorka, tancerka i jurorka popularnego telewizyjnego show You Can Dance powiedziała: „Wiara, to najlepsza rzecz jaka w życiu mi się zdarzyła, i chcę się nią dzielić”. Katarzyna Olubińska w książce „Bóg w wielkim mieście” zamieściła z nią wywiad, który zatytułowała „Bóg, który napełnia pokojem”. W wywiadzie Ida mówi, że w tym zamęcie świata odnajduje w Bogu oparcie i najgłębszy wewnętrzny pokój, którego nie mogą zburzyć żadne doświadczenia życiowe. W Bogu odnalazła pokój w bardzo dramatycznym momencie swojego życia jakim była śmierć ukochanego ojca. Tak wspomina ten czas: „Od śmierci mojego taty minęły już dwa lata, dziś mam przede wszystkim pokój w sercu, Musiałam zrozumieć, że śmierć jest nieodłączną częścią życia, ale nie oznacza to, że Bóg nie jest dobry. Dotarło do mnie, że naprawdę wszyscy odejdziemy. Zrozumiałam, że moja kariera, moje działanie nie są najważniejsze. Nabrałam dystansu. Wydoroślałam. Tata był pisarzem, poświęcił się swojej sztuce – i co? To ja zasypiam dziś, pamiętając o nim, a nie jego czytelnicy. Był geniuszem, jego książki są fantastyczne, na pewnym etapie historii Polski były bardzo ważne. Tata za swoje ideały trafiał do więzienia, poświęcił się im, za swoją działalność dostał potem odznaczenia od państwa. Naprawdę jestem z niego dumna. Marek Nowakowski – to imię i nazwisko, które na zawsze zostanie na kartach historii Polski. Miał kolegów, ludzi, którzy go szanowali i podziwiali, ale jestem pewna, że oni nie zasypiają dziś, myśląc o nim, tak jak to robię ja. Bo ja byłam jego rodziną i ja go nadal kocham. Odkryłam, że miłość jest silniejsza niż śmierć”. Ludzka miłość zakotwiczona w Chrystusie jest realnie mocniejsza aniżeli śmierć. Niejako namacalnie doświadczyli tego uczniowie Jezusa, szczególnie w dniach po Jego zmartwychwstaniu.

Wraz ze śmiercią Jezusa na krzyżu skończył się, jak myśleli Jego uczniowie najpiękniejszy okres w ich życiu. Przy Chrystusie spełniał się najpiękniejszy sen o wieczności i dotykalnej bliskości Boga. Wierzyli Chrystusowi i z radością szli za nim. Prawie codziennie doświadczali cudownego dotknięcia Boga. Jego słowa były balsamem dla ich serc, a były to słowa pełne mocy, które sprawiały, że umarli wychodzili z grobów, chorzy wracali do domu zdrowi, wzburzone jezioro stawało się spokojne. A w tym wszystkim wyczuwało się ogromną miłość Boga. To wszystko sprawiało, że uczniowie czuli się przy Chrystusie bezpiecznie, mieli wewnętrzny pokój. On był ich oparciem i źródłem pokoju nawet w obliczu śmierci. Wszystko jednak legło w gruzach, gdy Chrystus skonał na kalwaryjskim wzgórzu. Umarła Miłość, która wydawała się być silniejsza aniżeli śmierć. W ich sercach miejsce pokoju zajęły lęk i trwoga. Niektórzy z nich, zatrwożeni zamknęli się w Wieczerniku, inni zaś chcieli być jak najdalej od miejsca tragedii, od Golgoty.

Po tych traumatycznych przejściach zaczęła się rodzić radosna wielkanocna nadzieja. Rodziła się w niedowierzaniu. Do Wieczernika wrócili uczniowie, którzy spotkali zmartwychwstałego Chrystusa w drodze do Emaus i rozpoznali Go przy łamaniu chleba. „A gdy rozmawiali o tym, On sam stanął pośród nich i rzekł do nich: ‘Pokój wam!”. Widząc ich niedowiarstwo, Chrystus mówi: „Czemu jesteście zmieszani i dlaczego wątpliwości budzą się w waszych sercach? Popatrzcie na moje ręce i nogi: to Ja jestem. Dotknijcie Mnie i przekonajcie się: duch nie ma ciała ani kości, jak widzicie, że Ja mam”. Radowali się, ale ciągle nie dowierzali, myśleli, że to duch, dlatego Chrystus ich pyta: „Macie tu coś do jedzenia?”. Podali rybę, którą spożył. Następnie, tak jak uczniom w drodze do Emaus wyjaśnia Pisma, które mówią, że to wszystko musiało się stać. Miłość musiała przejść przez krzyż i grób, aby pokazać, że jest silniejsza aniżeli śmierć: „Tak jest napisane: Mesjasz będzie cierpiał i trzeciego dnia zmartwychwstanie; w imię Jego głoszone będzie nawrócenie i odpuszczenie grzechów wszystkim narodom, począwszy od Jeruzalem. Wy jesteście świadkami tego”. Z tej Miłości silniejszej aniżeli śmierć rodziły się wiara, nadzieja i pokój silniejszy aniżeli śmierć. Ten pokój rodził się także ze świadomości, że jest to Miłość wybaczająca. Prawie wszyscy opuścili Jezusa, zaparli się Go, gdy On umierał na krzyżu. Chrystus im wybaczył, otwierając im serca na najgłębszy pokój. Dzięki temu w najtrudniejszych momentach życia, uczniowie Jezusa zachowali ogromny spokój i radość. Anonimowy autor świadek śmierci pierwszych męczenników pisał: „Szli pełni radości, z twarzami jaśniejącymi chwałą i pięknem. (…) Roztaczali wokół siebie tak miłą woń Chrystusową, że wielu pytało, czy nie użyli pachnideł”.

Do szczęścia potrzebujemy wielu rzeczy, ale pokój jest nieodzowną wartością do jego osiągnięcia. Dzisiaj tego pokoju brakuje w świecie i w nas samych, jak to śpiewamy w jednej z piosenek religijnych: „Ciągły niepokój na świecie, / wojny i wojny bez końca; / Jakże niepewna jest ziemia, / jękiem i gniewem drgająca. /Ciągły niepokój w człowieku, / ucieczka w hałas, zabawy; / szukamy wciąż nowych wrażeń, /a w głębi ciszy pragniemy”. W głębi duszy pragniemy pokoju, który przynosi Chrystus, jak mówi refren tej piosenki: „Pokój zostawiam wam, pokój Mój daję wam; / nie tak, jak daje dzisiaj świat, /powiedział do nas Pan”. Jest to pokój, którym obdarował Chrystus pierwszych swoich uczniów.

Tak jak wtedy tak i teraz przychodzi do nas Chrystus i mówi: „Pokój wam!”. W tym przesłaniu jest wybaczenie oczyszczające nasze serce, które czyni je gotowymi na przyjęcie prawdziwego pokoju. Papież Franciszek przypomina, że nieodzownym elementem takiego pokoju jest wybaczenie: „W istocie wobec Boga wszyscy jesteśmy grzesznikami, potrzebującymi przebaczenia. Jezus nam powiedział byśmy nie osądzali. Upomnienie braterskie jest kwestią miłości i jedności, która musi panować we wspólnocie chrześcijańskiej, jest wzajemną posługą, którą możemy i musimy wypełniać nawzajem wobec siebie. Jest to możliwe i skuteczne tylko wtedy, jeśli każdy uzna siebie za grzesznika i osobę potrzebującą przebaczenia Pana. Ta sama świadomość, która sprawia, że rozpoznaję błąd drugiego, jeszcze wcześniej przypomina mi, że ja sam zbłądziłem i wiele razy błądzę”.

Zaś święty Jan Paweł II z wysokości nieba przypomina nam: „Z głębokim przekonaniem pragnę zatem zwrócić się do wszystkich z apelem, aby dążyli do pokoju drogami przebaczenia. Zdaję sobie w pełni sprawę, jak bardzo przebaczenie może się wydawać sprzeczne z ludzką logiką, bo ona często kieruje się zasadą rywalizacji i odwetu. Przebaczenie natomiast czerpie natchnienie z logiki miłości – tej miłości, którą Bóg darzy każdego człowieka, każdy lud i naród, całą ludzką rodzinę. Jeśli jednak Kościół ma odwagę głosić zasadę, która ludzkim umysłom mogłaby się wydawać nierozumna, to dlatego że pokłada niezachwianą ufność w nieskończonej miłości Bożej. Jak zaświadcza Pismo Święte, Bóg jest bogaty w miłosierdzie i nie przestaje przebaczać tym, którzy do Niego powracają. Boże przebaczenie staje się w naszych sercach niewyczerpalnym źródłem przebaczenia także w naszych wzajemnych relacjach i pomaga nam przeżywać je w duchu prawdziwego braterstwa” (Kurier Plus, 2028 r.).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *