W starożytności talentem nazywano jednostkę wagi, której dzisiejszym odpowiednikiem jest 32,2 kg złota lub 41,2 kg srebra. Była to więc ogromna materialna wartość. Zapewne z tego powodu zaczerpnięto tę nazwę dla cech, które zawierają się w dzisiejszym słowie talent, a są to wrodzone predyspozycje przejawiające się ponadprzeciętnym stopniem sprawności w danej dziedzinie lub zdolnością do szybkiego uczenia się jej. Jednak w ewangelicznej przypowieści, talent ma o wiele szersze znaczenie. Bóg nie stwarza nikogo jako człowieka drugiej czy trzeciej kategorii. Wszystkich nas obdarzył jakimiś umiejętnościami i pasjami, które są dobre. Nie ma ludzi bez talentów, podobnie jak nie ma ludzi niekochanych przez Boga. Każdy z nas otrzymuje talent, co potwierdzają także badania naukowe. Naukowcy ze Stanów Zjednoczonych, z najstarszego instytutu badania opinii społecznej na świecie, zwanego Instytutem Gallupa, po 25 latach badań stworzyli teorię 34 talentów, według której każda osoba ma pięć dominujących talentów, a ich rozpoznanie stanowi podstawę do zrozumienia siebie i swoich naturalnych predyspozycji. Opracowano nawet test do rozpoznania talentu, który jest świetnym narzędziem w odkrywaniu swoich mocnych stron i wyborze odpowiedniego zawodu, co daje poczucie radosnego i owocnego spełniania się w realizacji swojego powołania.

Amerykański pisarz Henry David Thoreau, w jednym ze swoich opowiadań pisze o odpowiedzialności za talent. W jednym z nich pisze o królu – ojcu trzech synów, z których każdy miał inny talent. Pierwszy miał talent do ogrodnictwa. Drugi do hodowli owiec. Trzeci był uzdolniony muzycznie. Pewnego dnia król udał się w daleką podróż. Przed wyjazdem zwołał synów i zlecił im troskę nad swoim królestwem. Przez pewien czas wszystko układało się dobrze. Aż przyszła bardzo sroga zima. Ludzie zaczęli marznąć, bo zabrakło drzewa na opał. Najstarszy syn stanął przed trudną decyzją. Czy pozwolić ludziom, aby niektóre z jego ukochanych drzew wyciąć na opał, czy też nie. W końcu ulitował się nad nimi i pozwolił na wycięcie. Drugi syn stanął również przed trudną decyzją. Ludzie zaczęli cierpieć głód. Jak temu zaradzić? Czy pozwolić na zabicie niektórych z jego ukochanych owieczek. Kiedy jednak zobaczył dzieci płaczące z głodu, pozwolił na zabicie owiec. Ludzie mieli opał i pożywienie, ale sroga zima coraz bardziej dawała się we znaki. Popadali w smutek, depresję i melancholię. Nie było komu ich pocieszyć. Zwrócili się do trzeciego syna, aby zagrał im na skrzypcach, ale on odmówił. Atmosfera stawała coraz trudniejsza, wielu mieszkańców opuściło królestwo.

Po pewnym czasie do kraju powrócił król. Zasmucił się bardzo, gdy zobaczył, że jego królestwo opustoszało, a ci którzy zostali są smutni. Wezwał synów, aby opowiedzieli co się wydarzyło. Pierwszy syn powiedział: „Ojcze, mam nadzieję, że nie będziesz się na mnie gniewał, ale zima była bardzo mroźna, więc pozwoliłem ludziom wyciąć niektóre drzewa owocowe na opał”. Drugi syn mówił podobnie: „Ojcze, mam nadzieję, że nie będziesz się na mnie gniewał. Ludzie nie mieli pożywienia, dlatego zdecydowałem się na zabicie pewnej liczby owiec”. Ojciec nie tylko się nie rozgniewał, ale objął ich i powiedział, że jest z nich dumny. Przyszedł także trzeci syn i trzymając w ręku skrzypce powiedział: „Ojcze, nie chciałem grać, ponieważ nie było cię tutaj, aby cieszyć się muzyką”. „No to” – powiedział król – „zagraj mi teraz, bo moje serce jest pełne smutku”. Syn podniósł skrzypce i ukłonił się i chciał zagrać, ale okazało się, że z braku ćwiczeń jego palce zesztywniały. Bez względu na to, jak bardzo się starał, nie był w stanie zagrać najprostszej melodii. Wtedy ojciec powiedział: „Mogłeś rozweselić ludzi muzyką, ale tego nie zrobiłeś. To z twojej winy opustoszało królestwo. Nie możesz teraz grać i to będzie twoja kara”.

Trzeci syn miał niby przekonywującą wymówkę, ale w rzeczywistości kierował się lenistwem, tchórzostwem i samolubstwem. To uniemożliwiło mu rozwinięcie i wykorzystanie talentu, w wyniku czego nie tylko on cierpiał, ale także wielu innych.

Można zmarnować talent w naszej zwyklej codzienności, można zmarnować życie, a nawet je stracić. I takich utracjuszy jest tysiące, niektórych może znamy osobiście, a niektórych z pierwszych stron gazet. River Phoenix rozpoczął przygodę z aktorstwem w wieku dziesięciu lat od udziału w reklamówkach, a później była nominacja do Oscara i Złotego Globu. 13 lat później zakończył karierę i życie przed klubem, po przedawkowaniu heroiny. Zaprzepaścił aktorski talent zasługujący na niejedną statuetkę Akademii. Kanadyjski aktor Corey Haimstał w wieku dziesięciu lat się idolem nastolatek za sprawą serialu „The Edison Twins”. Następnie zagrał w kultowych „Straconych chłopcach”. Jeden z najlepiej opłacanych młodych aktorów w Hollywood sięgnął po narkotyki będąc u szczytu sławy, co miało fatalny wpływ na jego dalszą karierę. W wieku 18 lat odbył pierwszy z kilkunastu odwyków. W sierpniu 2001 popadł w śpiączkę po przedawkowaniu środków odurzających. W marcu 2010 r. aktor zmarł z powodu komplikacji spowodowanych zapaleniem płuc. Inny aktor Jonathan Brandis, w wieku 17. lat każdego tygodnia dostawał średnio cztery tysiące listów od swoich fanów, głównie dziewcząt, a na plan zdjęciowy eskortowało go kilku ochroniarzy. Po tym, jak serial z jego udziałem zdieto z ekranu popadł w depresję, którą pogłębiało uzależnienie od alkoholu. W wieku 27 lat zmarł na skutek obrażeń spowodowanych próbą samobójczą. Taka lista zmarnowanych talentów jest bardzo długa i dotyka wszystkich, niezależnie od tego, czy są na pierwszych stronach gazet, czy prowadzą normalne, zwykłe życie.

Człowiek wychyla się swoimi pragnieniami poza granice doczesności, szukając wiecznego dopełnienia wszelkiego dobra jakie rozpoczęło się na ziemi. A zatem talenty jakie otrzymujemy od Boga i realizujemy w swoim życiu, to nie tylko sprawa doczesności, ale przede wszystkim wieczności. I o tym mówi Chrystus w przypowieści o talentach. W bożej perspektywie, każdy z nas otrzymuje jakiś talent, nie ważne jaki on jest, ważne jest co z nim zrobimy, czy go rozwiniemy i wykorzystamy. Talent noblisty może okazać się niczym w porównaniu z talentem matki, która całym sercem służy swojej rodzinie. Pochwałę takiej kobiety odnajdujemy w pierwszym czytaniu: „Jej wartość przewyższa perły. Serce małżonka jej ufa, na zyskach mu nie zbywa; nie czyni mu źle, ale dobrze przez wszystkie dni jego życia. O wełnę i len się stara, pracuje starannie rękami. Swe ręce wyciąga po kądziel, jej palce chwytają wrzeciono. Otwiera dłoń ubogiemu, do nędzarza wyciąga swe ręce”. Ilekroć słyszę ten fragment przed oczami staje mi obraz mojej mamy. Pamiętam ją z wełną i lnem w ręku. Widzę, jak siedzi przy kądzieli, a w jej ręku wartko wiruje wrzeciono. Pamiętam ją przy kuchni. Widzę, jak wstaje przed świtem i idzie do pracy, jak szyje dla mnie i mojego rodzeństwa ubrania, robi swetry i z miłością stroi nas do kościoła. Pięknie wykorzystany talent. Wierzę, że ten wykorzystany talent otworzył dla niej bramy królestwa bożego, o którym mówi Chrystus w dzisiejszej Ewangelii. I takie talenty zapewne są ważniejsze niż te, które odznaczamy Noblem (Kurier Plus 2017).