28 Kwi

5 niedziela wielkanocna Rok B

 

TRWANIE W CHRYSTUSIE.

Jezus powiedział do swoich uczniów: „Ja jestem prawdziwym krzewem winnym, a Ojciec mój jest tym, który uprawia. Każdą latorośl, która we Mnie nie przynosi owocu, odcina, a każdą, która przynosi owoc, oczyszcza, aby przynosiła owoc obfitszy. Wy już jesteście czyści dzięki słowu, które wypowiedziałem do was. Trwajcie we Mnie, a Ja w was trwać będę. Podobnie jak latorośl nie może przynosić owocu sama z siebie, o ile nie trwa w winnym krzewie, tak samo i wy, jeżeli we Mnie trwać nie będziecie. Ja jestem krzewem winnym, wy – latoroślami. Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity, ponieważ beze Mnie nic nie możecie uczynić.  Ten, kto we Mnie nie trwa, zostanie wyrzucony jak winna latorośl i uschnie. I zbiera się ją, i wrzuca do ognia, i płonie. Jeżeli we Mnie trwać będziecie, a słowa moje w was, poprosicie, o cokolwiek chcecie, a to wam się spełni. Ojciec mój przez to dozna chwały, że owoc obfity przyniesiecie i staniecie się moimi uczniami” (15,1-8).

Przerzucam kartki dwumiesięcznika „Miłujcie się” i zatrzymuje wzrok na fotografii kobiety z uśmiechem na twarzy. Wygląda na szczęśliwą. Cóż w tym nadzwyczajnego? Szczęśliwe dziewczyny uśmiechają się do nas prawie ze wszystkich okładek kolorowych magazynów. Nie dziwi nas to, mają urodę, sławę pieniądze i przyjaciół, mają, zatem powody do zadowolenia. Nie jest to trwały fundament szczęścia, ale na dziś wystarczy, aby uśmiechać się do życia. Kobieta z fotografii, na którą zwróciłem uwagę nie ma rąk ani nóg. Skąd, wobec tego bierze się ten uśmiech szczęścia? Odpowiedź na to pytanie odnajdziemy w długim wywiadzie, jakiego udzieliła dla wspomnianego dwumiesięcznika.

W wieku 15 lat Maria Wiktoria zachorowała na chorobę zwaną Poliatrite nudosa, która doprowadziła do amputacji rąk i nóg. O tych trudnych chwilach tak mówi: „Każdą amputację przeżywałam bardzo boleśnie. Nikt nie jest w stanie pojąć mojego bezdennego cierpienia po stracie obu rąk, obu nóg… To może zrozumieć tylko ten, kto przeszedł tę samą tragedię. Nieraz skarżyłam się Jezusowi mówiąc: Panie Jezu ja teraz już nie mogę Ciebie uważać za przyjaciela, skoro dopuściłeś na mnie takie nieszczęście. W czym Ci zawiniłam, Jezu? Pragnę już umrzeć. Jeśli nie chcesz mnie zabrać z tego świata, to daj mi siłę do dźwigania tego krzyża. Modliłam się coraz żarliwiej i czułam, jak każdego dnia wstępowało we mnie ukojenie i siła do znoszenia mojego kalectwa. Kiedy pod wpływem modlitwy ożywiała się moja wiara i miłość ku Bogu, zaczęłam nawet odczuwać radość? (…) Proszę gorąco Boga o to, abym mogła swoim słowem, swoim uśmiechem i przykładem własnego życia złagodzić smutek i ból tych wszystkich, którzy szukają u mnie pomocy duchowej. Mówię do nich: Pamiętajcie, moi przyjaciele, że bohaterami nie są tylko ci, którzy w czasie wojny zabili wielu nieprzyjaciół, ale także ci, którzy potrafią panować nad sobą, znosić cierpliwie wszelkie przeciwności i ze spokojem dźwigać swój krzyż. Teraz żyję w ustawicznej obecności Boga. Często z Nim rozmawiam bardzo serdecznie i przedstawiam Mu sprawy świata. W ciszy mojego pokoiku wsłuchuję się w Jego głos i otwieram moje serce na Jego działanie. Jest to wspaniale doświadczenie duchowe, które przynosi mi wiele radości i koi wszelki ból”.

Głęboka i autentyczna więź z Chrystusem jest źródłem optymizmu i radości Marii Wiktorii w sytuacji, po ludzku sądząc beznadziejnej. Ewangeliczna przypowieść o winnym krzewie mówi o tej więzi. Winny krzew każdego roku wypuszcza latorośle, na których dojrzewają winogrona. Latorośl owocuje dzięki zakotwiczeniu w winnym krzewie, z którego czerpie soki. W oderwaniu od winnego krzewu nie wyda owocu, uschnie. Przez chrzest zostaliśmy wszczepieni w Chrystusa. Jest to dobry początek, ale to nie wystarcza do owocowania. Konieczny jest aktywne trwanie w Chrystusie, które polega na zachowywaniu bożych przykazań, a szczególnie tego najważniejszego, przykazania miłości. Zachowywanie ich sprawia, że moc boża spływa na nas i możemy rodzić owoce, które stają się źródłem radości i poczucia sensu życia bez względu na niesprzyjające warunki zewnętrzne. Jednak zasadniczym owocem naszego życia ma być błogosławiona wieczność z Bogiem. Ten owoc możemy wydać dzięki trwaniu w Chrystusie. Bez tego, nawet wtedy, gdy inni uważają nas za chrześcijan, jesteśmy tylko bezowocną, uschłą latoroślą, która gdy przyjdzie czas będzie zebrana i wyrzucona.

Przypowieść o winnym krzewie mówi także o przycinaniu winnego krzewu, wygląda to na bolesny zabieg, ale jest on konieczny, aby winny krzew wydał dorodny owoc. Trwanie w Chrystusie wymaga nieraz samozaparcia, poświecenia i jest ono nieraz konieczne byśmy mogli, w Chrystusie wydać obfity owoc i nim się radować w wieczności (z książki Ku wolności).

 

 

MIŁOŚĆ WYRAŻANA W CZYNIE

Kiedy Szaweł przybył do Jerozolimy, próbował przyłączyć się do uczniów, lecz wszyscy bali się go, nie wierząc, że jest uczniem. Dopiero Barnaba przygarnął go i zaprowadził do apostołów, i opowiedział im, jak w drodze Szaweł ujrzał Pana, który przemówił do niego, i z jaką siłą przekonania przemawiał w Damaszku w imię Jezusa. Dzięki temu przebywał z nimi w Jerozolimie. Przemawiał też i rozprawiał z hellenistami, którzy usiłowali go zgładzić. Bracia jednak dowiedzieli się o tym, odprowadzili go do Cezarei i wysłali do Tarsu. A Kościół cieszył się pokojem w całej Judei, Galilei i Samarii. Rozwijał się i żył bogobojnie, i napełniał się pociechą Ducha Świętego (Dz 9,26-31).

Jakość wina zależy przede wszystkim od winogron, z których zostało wyprodukowane. Zaś o jakości winogron decyduje gleba, warunków klimatyczne, nasłonecznienie. Oczywiście, nie można tutaj zapomnieć o wieku dojrzewania wina. Wina francuskie i włoskie mają już swoją renomę. Mniej znane, ale nie mniej dobre jest wino produkowane w miejscowości Lincoln w Wielkiej Brytanii. Wspominam winnice tej miejscowości, gdyż ich udokumentowana historia może być użyteczna w przybliżeniu przypowieści ewangelicznej o winnym krzewie. Podania mówią, że ponad dwa tysiące lat temu rzymscy osadnicy, którzy przybyli do Wielkiej Brytanii przywieźli ze sobą sadzonki winogron. Założyli winnice i zaczęli produkować wino. I tak jest do tej pory. Uszlachetniane winne krzewy nadal wydają owoce. Mniej więcej,  w czasie zakładania tych winnic Chrystus mówił o sobie, że jest winnym krzewem, a my latoroślami, które dzięki zakotwiczeniu w winnym krzewie mogą owocować. Jest to historia, która wydarzyła się kiedyś, ale ciągle trwa, żyje i owocuje. Już od dwóch tysięcy lat Chrystus jest źródłem mocy, życia i zbawienie dla tych którzy w nim trwają.

Dla pełniejszego zrozumienia tej przypowieści trzeba uwzględnić kontekst czasowy jej powstania. Jezus opowiedział ją w niedługim czasie przed swoją męką, może po spożyciu ostatniej wieczerzy, a może w drodze do Ogrodu Getsemanii. Zapadła noc, która stawała się symbolem nocy duchowej. Chrystus wiedział o czekającej Go męce, zaś apostołowie przeczuwali ją. Ta noc była zwiastunem końca pięknej Odysei apostołów przy boku Chrystusa. Będzie to noc, kiedy apostołowie rozproszą się, a ich przywódca Piotr wyprze się swego Mistrza. W tym kontekście Chrystus mówi o jedności i trwaniu w Nim, które uratuje piękno przeżyć i nadzieję jaką pokładali w Mesjaszu. Czas rozstania był najodpowiedniejszym momentem, aby o tym mówić. W nadchodzących godzinach apostołowie doświadczą swojej słabości, ale w ich sercach będzie brzmieć przypowieść o winnym krzewie. O tym, że ich ocalenie jest w ścisłej łączności z Chrystusem. Gdy będą trwać w Nim, jak latorośle w winnym krzewie, to nie tylko przetrwają, ale wydadzą owoc obfity.

Szukajmy dalej analogii między winnym krzewom a naszym trwaniem w Chrystusie. Winny krzew do wydania obfitego owocu potrzebuje bogatej, zasobnej gleby i wiele słońca. Chrystus jest źródłem nieogarnionego bogactwa duchowego, jest także potężnym światłem, którego jasność sięga granic wieczności. Kto w Nim trwa, nigdy pragnąć nie będzie i nigdy nie ogarnie go bezgraniczna ciemność. Chrystus jest winnym krzewem a my latoroślami, jednorocznymi pędami, które mogą owocować dzięki trwaniu w winnym krzewie, z którego czerpią życiodajne soki. Winny krzew winien być przycinany, aby mógł wydać dorodne, dobre owoce. Używając przenośni ludzkich odczuć możemy powiedzieć, że jest to czynność bolesna, ale ten ból cieszy później dorodnym owocem. Trwanie w Chrystusie wymaga nieraz pewnych wyrzeczeń, które są konieczne do wydanie jeszcze doskonalszego owocu.  Chrystus wyrazi tę prawdę w słowach: kto nie bierze swego krzyża, a idzie za Mną nie jest minie godzien.

James Dobson w książce pt. „When God doesn’t make sens” przytacza przepiękną, autentyczną opowieść o trwaniu w Chrystusie- winnym krzewie. Oto jej treść: „Był on pokornym pastorem kościoła baptystów w niewielkim mieście. Przekroczył już sześćdziesiąty rok życia. Przez całe dorosłe życia pełnił posługę duszpasterską. Jego głęboka miłość do Chrystusa emanowała ze wszystkiego, co czynił i co mówił. Pewnego razu, w czasie wizyty u lekarza, on i jego żona usłyszeli diagnozę, że pozostało mu tylko kilka miesięcy życia. Słysząc to nie popadli w panikę, tylko ze spokojem poprosili lekarza o szczegółowe informacje. Kiedy lekarz wyjaśnił im na czym będzie polegać leczenie i czego mogą się spodziewać, bardzo grzecznie podziękowali mu za troskę i odeszli. Następnie wsiedli do swego starego samochodu, gdzie w wielkim skupieniu, z pochylonymi głowami powierzyli Bogu, kolejny raz całe swoje życie i czekające ich przejścia związane z chorobą.

W mijających miesiącach pastor zachowywał wielką pogodę ducha i spokój. Nigdy nie mówił o swojej chorobie. Głęboko wierzył, że całe jego życie jest w rękach dobrego Boga. I tej wiary nic nie mogło zburzyć czy zachwiać. Wzruszająca była jego ostatnia posługa w kościele. W porannym kazaniu powiedział otwarcie o zbliżającej się śmierci. Nigdy nie zapomnę jego ostatnich słów, które głęboko zapadły do mojego serca. To były moje najlepsze rekolekcje. Mówił on: Niektórzy z was pytali mnie, czy nie mam żalu do Boga, że dotknął mnie taką chorobą. Muszę powiedzieć uczciwie, że w moim sercu nie było niczego poza miłością do Boga. On nie uczynił tego dla mnie. Żyjemy w grzesznym świecie, gdzie choroba, śmierć są przekleństwem, które człowiek ściągnął sam na siebie. Idę do lepszego miejsca, gdzie nie będzie więcej już łez, cierpienia, bólu serca. Dlatego nie współczujcie mi. Ponad to nasz Pan cierpiał i umarł za nasze grzechy. Dlaczego ja nie miałbym mieć udziału w Jego cierpieniu? Następnie, załamującym się głosem zaczął śpiewać. Płakałem, słuchając, jak śpiewał o swojej miłości do Jezusa. Jego głos brzmiał słabo, na twarzy widać było piętno choroby. Ale jego świadectwo wiary brzmiało tak mocno jak nigdy dotąd. Poranne kazanie było ostatnim jego słowem jakie słyszałem. Kilka dni później odszedł do wieczności, gdzie spotkał Pana, któremu całe życie służył. Ten bezimienny pastor i jego żona mają szczególne miejsce wśród moich duchowych bohaterów”.

Przez chrzest święty zostaliśmy wszczepieni w Chrystusa, i aby wydać zbawienny owoc musimy w Nim trwać, jak latorośle w winnym krzewie. W Nim jest źródło naszej mocy. Tak jak młode pąki, aby przemieniły się w piękny kwiat, a później wydały owoc muszą mocno tkwić w drzewie, tak my musimy mocno zakotwiczyć się w Chrystusie, aby zakwitnąć pełnią człowieczeństwa i wydać owoc wieczności. Jezus ciągle przypomina nam i zachęca do ścisłej jedności z Nim. Dokonuje się to przez modlitwę, życie sakramentalne i zachowanie Jego przykazań. Mówi o tym św. Jan Apostoł: „Przykazanie zaś Jego jest takie, abyście wierzyli w imię Jezusa Chrystusa, Jego Syna, i miłowali się wzajemnie tak, jak nam nakazał. Kto wypełnia Jego przykazania, trwa w Bogu, a Bóg w nim; a to, że trwa On w nas , poznajemy po Duchu, którego nam dał”. Tym co najmocniej wszczepia nas w Chrystusa jest miłość do Niego i miłość między nami. Ta miłość wyraża się nie tyle w słowie, co w czynie, który jest wypełnieniem bożych przykazań (z książki Nie ma innej Ziemi Obiecane).

 

 

TRWAĆ W WINNYM KRZEWIE

Dzieci, nie miłujmy słowem i językiem, ale czynem i prawdą. Po tym poznamy, że jesteśmy z prawdy, i uspokoimy przed Nim nasze serce. Bo jeśli nasze serce oskarża nas, to przecież Bóg jest większy od naszego serca i zna wszystko. Umiłowani, jeśli serce nas nie oskarża, mamy ufność wobec Boga, i o co prosić będziemy, otrzymamy od Niego, ponieważ zachowujemy Jego przykazania i czynimy to, co się Jemu podoba. Przykazanie Jego zaś jest takie, abyśmy wierzyli w imię Jezusa Chrystusa, Jego Syna, i miłowali się wzajemnie tak, jak nam nakazał. Kto wypełnia Jego przykazania, trwa w Bogu, a Bóg w nim; a to, że trwa On w nas, poznajemy po Duchu, którego nam dał (1 J 3,18-24)

Wystarczy wpisać nazwisko Ania Golędzinowska na jakiekolwiek wyszukiwarce internetowej, aby zobaczyć setki zdjęć pięknej modelki. Nie mniej znajdziemy artykułów i wywiadów z Anią, które przybliżają piękno innego rodzaju. Większość z nich ukazuje ważny odcinek drogi życiowej, który Ania Golędzinowska opisała w książce „Ocalona z piekła”. W tej fascynującej historii chcę zwrócić uwagę na kilka elementów, które mogą być w pewnych aspektach ilustracją do czytań biblijnych na dzisiejszą niedzielę. W przybliżeniu tej historii skorzystam z wywiadu, jaki przeprowadziła Ewelina Konior dla Wirtualnej Polski.

Pieklą doświadczyła już w dzieciństwie. Tak wspomina swego ojca: „Zanim poznał moją mamę, miał inną żonę i syna. Rodzice, ja i moja młodsza siostra mieszkaliśmy razem na warszawskich Bielanach. Ojciec bardzo długo pił, w końcu odszedł z domu i zmarł, gdy miałam 10 lat. To był wypadek – pośliznął się na oblodzonych schodach sklepu, do którego szedł po wódkę”. Wspomnienia o mamie też nie są łatwiejsze: „Po śmierci ojca wpadła w depresję i bardzo bała się tego, że zostanie sama z dziećmi, dlatego przyprowadzała co jakiś czas nowego „wujka”. Jeden z nich mnie molestował”. Sytuacja rodzinna rzutowała na szkołę, która tak wspomina: „W szkole zadawałam się z tymi najgorszymi, paliłam z nimi papierosy, brałam narkotyki, piłam alkohol, szwendałam się po nocach. Szukałam miłości, jak oni wszyscy. Chciałam stłumić smutek i zapomnieć o nieszczęściach i o tym, że jestem gorsza”.

Jako nastolatka Ania zaczęła pracować jako modelka. W wieku 16 lat zaproponowano jej wyjazd do Włoch, gdzie miała pracować jako modelka. Wspomina: „Wydawało mi się, że chwyciłam byka za rogi, że wreszcie wszystko się zmieni. No i zmieniło się… Po wyjeździe niestety okazało się, że nie trafiłam do Mediolanu, do wymarzonej agencji mody, a wylądowałam w jakimś garażu pod Turynem, gdzie miałam pracować jako prostytutka. Nic o tym nie wiedziałam”. Udało się jej uciec z tego miejsca i zacząć normalną pracę. Jednak: „Przez cały czas marzyłam jednak o wyjeździe do Mediolanu. Wysłałam moje portfolio i dostałam pracę w jednej z agencji modelek. Znów myślałam, że wreszcie los się odwrócił, ale jak się okazało, wpadłam z deszczu pod rynnę. Bo owszem, zrobiłam karierę, zaczęłam żyć w luksusie, zostałam gwiazdą, ale wszystko to za cenę narkotyków, alkoholu i fałszywego życia”. Należała do najbardziej wziętych modelek, była narzeczoną krewniaka premiera Włoch Berlusconiego. Jednak, jak pisze: „To wszystko było na pokaz, fałszywe, pełne zdrad i braku uczucia. Wszystko po to, żeby pokazać się na okładkach gazet. Gdy po paru latach życia w takim środowisku, wśród tych wszystkich pustych ludzi, zobaczyłam, że nie mam osoby, z którą mogłabym założyć rodzinę, której mogłabym zaufać, powiedziałam sobie głośno, że nie chcę tak żyć. Miałam dosyć”.

Zaczęła szukać czegoś innego: „Poznałam człowieka, który był bardzo wierzący i namówił mnie do wyjazdu do Medjugorie. To nie było tak, że pojechałam tam i wróciłam już odmieniona. To wszystko trwało jakiś czas, ale na pewno coś we mnie pękło. „Zrezygnowałam z tego wcześniejszego życia nie dlatego, że coś mi się nie powiodło, ale dlatego, że znalazłam coś innego, lepszego. Jak ktoś idzie do zakonu, to dlatego, że kogoś znalazł, że znalazł prawdziwą miłość, której każdy potrzebuje, ale często wstydzi się do tego przyznać. Nie ma odwagi się na to otworzyć. O wiele łatwiej jest iść za tym co jest złe niż za tym, co dobre”. Odnalazła Chrystusa, który wyrwał ją z piekła i ukazał drogę pięknej miłości.

Pierwsze czytanie z Dziejów Apostolskich, trochę w innej formie i sytuacji przedstawia odlezienie Chrystusa. Szaweł, późniejszy św. Paweł, inteligentny i gorliwy faryzeusz dbał o czystość swojej religii. Ta gorliwość popchnęła go do prześladowania chrześcijan. Jechał do Damaszu, aby uwięzić chrześcijan. W drodze ogarnęła go niezwykła światłość, która zwaliła go z konia. Usłyszał wtedy głos Jezusa: „Szawle, Szawle, dlaczego Mnie prześladujesz?”  I to był początek nawrócenia. Z prześladowcy stal się gorliwym głosicielem Ewangelii. Fragment z Dziejów Apostolskich mówi o nieufności uczniów Chrystusa do św. Pawła. Bóg jednak postawił na jego drodze św. Barnabę, którego orędownictwo pozwoliło Pawłowi wejść do wspólnoty apostolskiej w Jerozolimie, skąd został wysłany do głoszenia Ewangelii nie tylko żydom, ale przed wszystkim poganom. Stał jednym z największych głosicieli Ewangelii. Sekret tak owocnej działalności apostolskiej odnajdujemy w słowach jego listu do Galatów: „Teraz zaś już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus”. Źródłem jego mocy było ścisłe zjednoczenie z Chrystusem, życie Chrystusem, Jego nauką. I o tym mówi Chrystus w Ewangelii na dzisiejszą niedzielę: „Ja jestem krzewem winnym, wy – latoroślami. Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity, ponieważ beze Mnie nic nie możecie uczynić. Ten, kto we Mnie nie trwa, zostanie wyrzucony jak winna latorośl i uschnie. I zbiera się ją, i wrzuca do ognia, i płonie”.

Każdy z nas chciałby jak najowocniej przeżyć swoje życie. O owocności życia nie decyduje ilość zdobytych bogactw materialnych. Można przytoczyć dziesiątki bankrutów życiowych, którzy odchodzili zostawiając miliny dolarów. O owocności życia nie świadczy zdobycie władzy. Znamy ludzi przeklętych, którzy sprawowali najwyższą władze. O owocności życia nie świadczy sława. Iluż to sławnych ludzi zniknęło w przepaści zapomnienia, kończąc swoje życie w oparach alkoholu, narkotyków i rozpusty. Prawdziwy, wieczny owoc możemy wydać, gdy będziemy zakotwiczeni w Chrystusie, jak gałązki winorośli tkwią w pniu winnego krzewu. Mogą one owocować, gdy czerpią soki w winnego krzewu. W przeciwnym wypadku, nie tylko nie wydadzą owocu, ale uschną, a wtedy zbiera się je i wrzuca do ognia i płoną. Ten płomień może być alegorią ognia, piekielnego, z którego może ocalić nas Chrystus, tak jak mówi tytuł książki wspomnianej na wstępie. Św. Jan w drugim czytaniu mówi o najważniejszym elemencie, który wszczepia nas w Chrystusa: „Przykazanie Jego zaś jest takie, abyśmy wierzyli w imię Jezusa Chrystusa, Jego Syna, i miłowali się wzajemnie tak, jak nam nakazał. Kto wypełnia Jego przykazania, trwa w Bogu, a Bóg w nim”.  A to miłowanie to coś więcej niż słowa. Św. Jan mówi: „Dzieci, nie miłujmy słowem i językiem, ale czynem i prawdą”.

Na drodze miłości i zachowania przykazań coraz ściślej jednoczymy się z Bogiem. Więcej czerpiemy z Niego „soków”, a tym samym owoc naszego życia jest obfitszy. Autentyczna więź z Bogiem zbliża także ludzi między sobą. Św. Doroteusz z Gazy, mnich i pisarz chrześcijański, żyjący na przełomie VI i VII ujął tę prawdę w obrazie duchowego koła. Zaznaczmy jeden punkt, który będzie symbolizował Boga, wokół tego punktu narysujmy cyrklem okrąg. Na okręgu zaznaczmy punkty, które będą symbolizować nas i innych ludzi. Następnie te punkty połączmy prostą kreską z środkowym punktem i wtedy zauważymy, że miarę zbliżania się do Boga zbliżamy się także do siebie. I to jest oznaką autentycznej wiary. Jeśli nasza wiara w Boga nie przybliża nas to bliźniego, to znaczy, że jest ona fałszywa. (z książki Bóg na drodze naszej codzienności).

 

 

OWOCNE ŻYCIE

Dorodne owoce na drzewach radują nasze oczy i stają się inspirującym obrazem życia ludzkiego, które wydaje piękne owoce. Nie ma prawdziwego szczęścia bez poczucia owocnie przeżywanych dni.  Mimo, że wszyscy pragną szczęścia, to jednak nie ma całkowitej zgodności co do pojęcia owocnego życia. Dla ludzi upatrujących szczęścia w powodzeniu materialnym nie do pojęcia jest poczucie szczęścia człowieka przykutego do wózka inwalidzkiego. A z doświadczenia wiemy, że tacy ludzie też mogą być szczęśliwi. Mają nieraz więcej wewnętrznego pokoju i radości niż zestresowani milionerzy śledzący giełdowe wahania.  Owocności życia człowieka nie można ograniczyć do sfery materialnej, doczesnej. Takie ograniczenie sprawia, że człowiek wcześniej czy później może odczuć wewnętrzną  pustkę. Zredukowanie owocowania tylko do sfery materialnej, doczesnej sprawia, że jest tak wielu ludzi sfrustrowanych, zawiedzionych. Bo w rzeczy samej, te wartości nie zaspokoją pragnień człowieka, sięgających wieczności.

Kilka dni temu wróciłem z Polski. Spotkałem tam wielu ludzi niezadowolonych, ciągle utyskujących na braki materialne, nieuprzejmych i skłóconych ze sobą. Oczywiście można zobaczyć przypadki ewidentnej biedy materialnej, ale to wcale nie znaczy, że ci ludzie narzekają i czują się nieszczęśliwi. Utyskują najczęściej ci, którzy stosunkowo materialnie żyją nieźle, tylko że swoje życie skoncentrowali i ukierunkowali na owocowanie materialne, zaniedbując przy tym owocowanie w sferze ducha. Są nieraz tak skontrowani na tych wartościach, że nie potrafią się cieszyć wspanialszym owocem, jakim jest kochająca się rodzina. Nierzadkie są przypadki, kiedy to chciwość materialna doprowadziła do nienawiści i skłócenia rodziny. Z głową pełną tych niewesołych opowieści wsiadałem do samolotu, licząc na relaksującą lekturę książek, które zabrałam na podróż. Jednak zamiast tej lektury wysłuchiwałem dalszego ciągu smutnych historii z Polski. Usiadła bowiem obok mnie kobieta, która leciała do pracy „na domku”. Był to jej już trzeci wyjazd do Ameryki. Leciała tu jak na ścięcie, jedyny promyk radości, to świadomość, że za sześć miesięcy wróci z pieniędzmi do Polski. Pomyślałem wtedy, jakie to błogosławieństwo, że na lotnisku w Nowym Jorku najczęściej dają wizy tylko na sześć miesięcy. Potoku jej opowieści o rodzinnych biedach nie przerwała moja chwilowa drzemka, czy też lektura książki. Została ona niejako zmuszona przez swoją rodzinę do wyjazdu na roboty. Dzieciom i wnukom ciągle czegoś brakowało, ciągle mieli za mało pieniędzy i tymi informacjami o „biedzie” bombardowali swoją mamę i babcię. Posądzenia o niesprawiedliwy podział pieniędzy zarobionych przez tę kobietę skłóciły rodzinę. Aż w końcu nie wytrzymała i zdecydowała się na wyjazd do Ameryki, aby trochę zarobić i wesprzeć rodzinę. Z rozgoryczeniem powiedziała: „Zostawiłam im ostatnie 250 zł i wyjechałam”. Zabrała ze sobą rodzinne zdjęcia, na których widać pięknie ubrane dzieci i wnuki, wspaniale urządzone mieszkania i niezłe samochody.

Słuchając tych opowieści odnosiłem wrażenie, że w życiu tych ludzi zabrakło owocu duchowego, o którym pisze św. Jan w pierwszym czytaniu na dzisiejszą niedzielę: „Dzieci, nie miłujmy słowem i językiem, ale czynem i prawdą! Po tym poznamy, że jesteśmy z prawdy, i uspokoimy przed Nim nasze serce”. Zapomniano niejako o Chrystusie, który daje moc najpiękniejszego owocowania miłości niezależnie od warunków materialnych. W Ewangelii zacytowanej na wstępie słyszymy słowa Chrystusa: „beze Mnie nic uczynić nie możecie”. Z Chrystusem łatwiej poukładać wszystkie życiowe sprawy. W Jego mocy możemy oprzeć się zdominowaniu naszego życia przez wartości materialne kosztem wartości duchowych, relacji międzyludzkich i miłości rodzinnej.  On poprowadzi nas do wydania najważniejszego owocu naszego życia jakim jest zbawienie. Moc wydania tego owocu życia odjedziemy w bliskiej łączności z Chrystusem, której obrazem jest winny krzew i latorośle.

W nawiązaniu do tej przypowieści możemy powiedzieć, że każda roślina wydaje właściwy sobie owoc, który w zasadzie ukierunkowany jest na przedłużenie gatunku. Roślina spełnia się, jeśli tak można powiedzieć, gdy z jej owocu wyrośnie nowa roślina.  Jednak natura w swej hojności sprawia, że owoc niektórych roślin nie tylko podtrzymuje gatunek, ale dostarcza pokarmu dla innych bożych stworzeń. I właśnie z tej perspektywy oceniamy najczęściej użyteczność roślin. Czasami trzeba czekać aż do momentu wydania owocu, aby przekonać się o wartości danej rośliny. Popatrzmy na jabłoń. Jedna zachwyca piękną koroną, cudownymi kwiatami, a gdy doczekamy się czasu owocowania, to znajdujemy na niej małe dzikie, kwaśne jabłka. I wtedy dopiero poznajemy wartość tego drzewa. Inna zaś jabłoń niepozorna z wyglądu, mniej ukwiecona, w okresie owocowania zachwyca soczystymi i przepysznymi jabłkami. Podobnie jest z człowiekiem, z tym tylko, że człowiek jest niejako skazany na wydanie dobrego owocu, gdy trwa w Chrystusie. Bowiem Jezus jest winnym krzewem, w którym płyną ożywcze soki wiecznego życia. Jest najwyższa prawdą, najdoskonalszą miłością, pełnią wszystkiego. W przedziwnej bożej ekonomii zbawienia Bóg pragnie byśmy jak gałązki latorośli sycąc się ożywczym sokiem winnego krzewu, Jezusa Chrystusa wydali owoc spełnionego życia w wieczności. Warunkiem wydania godnego owocu życia jest trwanie w Chrystusie. Przez to trwanie wydamy owoc, który daje poczucie wiecznego szczęścia.

 Ks. Franciszek Blachnicki, twórca ruchu oazowego daje takie rady co do trwania w Chrystusie: Być pewnym, że Chrystus jest moim Panem i Zbawicielem, że jest w moim życiu, żyje we mnie, a ja w Nim. Upewnić się, że wszystkie moje grzechy są uznane i wyznane przed Bogiem w wierze w przebaczającą moc krwi Chrystusa wylanej na krzyżu. Upewnić się, że prowadzę życie w Duchu, że Chrystus zasiada na tronie mojego serca, a moje „ja” jest Mu poddane. Dzielić się przy każdej okazji w prosty sposób swoją wiarą w Chrystusa z innymi. Modlić się. Iść, tzn. wziąć inicjatywę w swoje ręce. Iść w miłości, w przekonaniu, że jestem narzędziem miłości Boga. Rozmawiać o Jezusie. Pozostawić Bogu rezultaty i Jemu przypisywać owoce. Czasami jednak jest potrzebne mocne potrząśnięcie naszym życiem, jak to było w przypadku św. Pawła, o którym słyszymy w pierwszym czytaniu, aby się ocknąć i przylgnąć do Chrystusa.  Św. Paweł ziejąc nienawiścią do chrześcijan zdążał do Damaszku, aby ich prześladować. Nagle został zrzucony z konia, ogarnęła go oślepiająca światłość i usłyszał głos Chrystusa: „Szawle, Szawle czemu mnie przesiadujesz?” To był moment jego nawrócenia i innego, zbawiającego owocowania. Tak ściśle zjednoczył się z Chrystusem, że mógł powiedzieć: „Z Chrystusem jestem ukrzyżowany; żyję więc już nie ja, ale żyje we mnie Chrystus; a obecne życie moje w ciele jest życiem w wierze w Syna Bożego, który mnie umiłował i wydał samego siebie za mnie”. Dzięki temu zjednoczeniu, gdy przyszedł czas wydania ostatecznego owocu życia mógł ze spokojem i radością wyznać: „W dobrych zawodach uczestniczyłem, bieg ukończyłem i wiary ustrzegłem…a na koniec otrzymam wieniec sprawiedliwości”.

Oby każdy z nas, gdy przyjdzie czas wydania owocu zbawczej wieczności mógł powtórzyć słowa św. Pawła o ukończonym biegu uwieńczonym owocem zbawienia. (z książki W poszukiwaniu mądrości życia)

 

 

BRAT ROGER

Chrystus zapowiadając swoją mękę mówi o sprawach najważniejszych. Prosi swego Ojca, aby Jego uczniowie zachowali jedność. Jest ona konieczna, aby dzieło zbawienia mogło się rozwijać i owocować. Spory i kłótnie mogą wszystko pogrzebać. Chrystus wskazuje na swoją jedność z Ojcem, która ma być dla nas wzorem i źródłem mocy budowania jedności między nami. Jeśli zachowamy autentyczną jedności z Bogiem, z Chrystusem, możemy być pewni, że tej jedności nie zabraknie między nami, uczniami Chrystusa. Najczęściej, do rozłamu prowadzili ci, którzy utracili autentyczną więź z Bogiem i swoje własne ambicje postawili na pierwszym miejscu. Brak jedności stawał się źródłem krwawych wojen religijnych. Dzięki Bogu, ten okres mamy za sobą. Dzisiaj zwycięża ekumenizm, ruch na rzecz jedności całego Kościoła Chrystusowego. Przewodzą w tym ludzie, którzy na serio potraktowali modlitwę Jezusa o jedność. Są oni w różnych kościołach. Wielu z nich możemy spotkać w kościele katolickim. Nie brakuje ich także w kościele protestanckim. Do tych ostatnich należy brat Roger. Założona przez niego wspólnota wiary wskazuje, że szczere szukanie Boga, autentyczna wiara nie dzielą ludzi, ale ich łączą. Kardynał Józef Glemp powiedział o nim: „Był człowiekiem o niezwykłej pokorze, pobożności maryjnej i eucharystycznej. Wiem, że głęboko wierzył w obecność Chrystusa w Komunii św., jeszcze Jan XXIII zezwolił mu na przyjmowanie Eucharystii, mimo, że nie był on katolikiem. Eucharystia była dla niego wejściem w Chrystusa, miał wielki charyzmat jednania”. Brat Roger powiedział kiedyś Janowi Pawłowi II, że zastanawia się nad przejściem na katolicyzm, usłyszał wtedy: „Zostań, gdzie jesteś”.

Roger Luis Schutz-Marsauche urodził się 15 maja 1915 roku w Szwajcarii, w rodzinie protestanckiego pastora. Wychowywał się w atmosferze szczerej religijności. A swoją ekumeniczną postawę, jak sam pisze, w dużej mierze zawdzięcza swej babci i matce. Tak je wspomina: „Myślę, że wiele mam tu do zawdzięczenia mojej babce i mojej matce, które były Francuzkami. Babcia już podczas pierwszej wojny światowej była wdową. Mieszkała na północy Francji, niedaleko linii frontu. Dwie bomby spadły na jej dom. Nie ulękła się jednak zagrożenia – została i przyjmowała uciekinierów wojennych. Pewnego dnia, gdy zbliżali się już Niemcy, oficerowie francuscy przyszli do mojej babci i powiedzieli jej, że musi wsiadać do pociągu i uciekać. W bydlęcym wagonie dojechała do Paryża. Dużo potem myślała nad okrucieństwami wojny. Pytała samą siebie: Jak to się dzieje, że chrześcijanie zabijają się nawzajem? I doszła do jednego wniosku: Trzeba się pojednać. Jeśli wierzymy w Boga – pojednajmy się”. W książce „Bóg jest tylko miłością” brat Roger pisze: „W tym miejscu chciałbym wspomnieć, iż moja babcia ze strony matki intuicyjnie odkryła rodzaj klucza do powołania ekumenicznego, i to ona pokazała mi, jak należy je realizować. Poruszony świadectwem jej życia, naśladując ją, gdy sam jeszcze byłem bardzo młody, odnalazłem moją własną tożsamość chrześcijańską. Pojednałem w sobie źródła mojej wiary z tajemnicą wiary katolickiej, nie zrywając przy tym więzi z kimkolwiek.”

W czasie drugiej wojny światowej do neutralnej Szwajcarii napływali liczni uchodźcy. To stało się dla Rogera bodźcem działania na rzecz pokoju i pojednania. W wieku 25 lat opuścił względnie spokojną Szwajcarię i udał się do opanowanej wojną Francji, aby tam zrealizować pomysł założenia wspólnoty, w której pojednanie pomiędzy chrześcijanami stałoby się treścią codziennego życia. W czasie, gdy Roger szukał odpowiedniego miejsca dla tej wspólnoty, właścicielka podupadłej własności w Taize kończyła nowennę w intencji szczęśliwego sprzedania swojej posiadłości. Po powrocie z kościoła do domu czekał na nią telegram informujący o człowieku, który chce kupić jej posiadłość. Był nim brat Roger. Z dala od zgiełku świata, w bliskości Boga brat Roger umacniał się w wierze. A ta wiara otwierała go na potrzeby bliźniego. Sam cierpiąc niedostatki wspierał duchowo i materialnie potrzebujących. Narażając się na represje hitlerowskie ukrywał uchodźców, zwłaszcza Żydów, którzy wydostawszy się z okupowanej strefy szukali schronienia w domu brata Rogera.

Po wojnie przyłączyli się do brata Rogera inni. Na strychu urządzono oratorium. Jednak było to pomieszczenie zbyt małe dla rozrastającej się wspólnoty. W tej sytuacji brat Roger zwrócił się do władz kościoła katolickiego o pozwolenie na modlitwę w miejscowym kościele. W uroczystość Zesłanie Ducha Świętego 1948 roku kościół w Taize został oddany braciom jako miejsce modlitwy. Zezwolenie, na mocy, którego w katolickim kościele może modlić się niekatolicka wspólnota podpisał sam nuncjusz apostolski w Paryżu, arcybiskup Angelo Giuseppe Roncalli, późniejszy Ojciec Święty Jan XXIII. Rok później, w niedzielę wielkanocną siedmiu pierwszych braci złożyło śluby: celibatu, wspólnoty dóbr i uznania posługi przeora. W roku 1952 przeor, brat Roger napisał dla wspólnoty regułę życia, zwaną „Regułą Taize”. Członkowie wspólnoty nie przyjmują żadnych ofiar, lecz utrzymuje się z pracy rąk swoich członków. Trzy razy dziennie gromadzą się na wspólną modlitwę. Tak realizują jedno ze wskazań reguły Taize: „Niech w twoim rozkładzie dnia pracę i odpoczynek ożywia słowo Boże.

Początkowo do wspólnoty w Taizé należeli tylko protestanci. Pod koniec lat sześćdziesiątych zaczęli przyłączać się katolicy. Obecnie stanowią oni większość we wspólnocie, która skupia braci z dwudziestu narodowości. Małe wspólnoty braci z Taizé, zwane „fraterniami”, znajdują się też obecnie w najuboższych regionach Azji i Afryki, Ameryki Południowej i Północnej. Wspólnota z Taizé jest znakiem pojednania między podzielonymi chrześcijanami i dąży do tego, aby chrześcijanie stali się zaczynem pojednania między ludźmi, zaufania i pokoju między narodami. Wspólnota jest otwarta dla wszystkich. A tym, którzy tu przyjeżdżają proponuje pracę formacyjną, polegającą na spotkaniach, modlitwie, skupieniu i pracy. Celem tej formacji jest pogłębianie osobistej więzi z Chrystusem, która jest źródłem jedności między Jego wyznawcami, jak i też jedności między ludźmi niezależnie od wyznawanej religii. Przez całe lato, z ponad 75 państw przybywa do Taize tysiące młodych ludzi. Od 1978 r. organizowane są międzynarodowe spotkania, które odbywają się w różnych miastach całego świata. Na każde z tych Spotkań brat Roger przygotowywał specjalny list, tłumaczony na ponad pięćdziesiąt języków. List ten był rozważany przez młodych ludzi w ciągu całego roku w domu, we wspólnotach i podczas spotkań w Taizé.

5 października 1986 roku Ojciec Święty Jan Paweł II odwiedził wspólnotę w Taize. Po wspólnej modlitwie skierował do braci te słowa: „Drodzy bracia, w tej wręcz rodzinnej bliskości naszego krótkiego spotkania, chciałbym wam wyrazić moje uczucia i zaufanie tymi prostymi słowami, którymi papież Jan XXIII, tak bardzo was kochający, pozdrowił kiedyś brata Rogera: ‘Ach, Taizé, ta mała wiosna!’.  Moim życzeniem jest, aby Pan zachował was jako rozkwitającą wiosnę i niech was zachowa małymi w ewangelicznej radości i przejrzystości miłości braterskiej (…). Nie zapominam o tym, że wasza wspólnota w swym szczególnym, oryginalnym, a nawet w pewnym sensie prowizorycznym powołaniu może wzbudzać zdziwienie, spotykać się z niezrozumieniem i podejrzliwością. Ale dzięki waszej pasji, z jaką szukacie pojednania wszystkich chrześcijan w pełnej komunii, dzięki waszej miłości do Kościoła będziecie nadal, jestem tego pewien, gotowi przyjmować wolę Pana”.

Wspólnota z Taizé liczy ponad stu braci, katolików i protestantów, pochodzących z ponad dwudziestu pięciu krajów. Fakt istnienia tej wspólnoty jest już znakiem pojednania pomiędzy podzielonymi chrześcijanami. A jest to znak pulsujący życiem i światłem, które rozświetla mroki rozdartego wewnętrznie człowieka, jak i też mroki zła wynikające z niespełnienia modlitwy Chrystusa, abyśmy wszyscy stanowili jedno. Dzisiaj wspólnota nadal zaznacza owocnie swoją obecność w świecie, mimo, że zabrakło jej charyzmatycznego założyciela. 16 sierpnia 2005 roku 90- letni Roger w czasie wspólnej modlitwy został zaatakowany nożem przez szaleńca i zmarł wskutek odniesionych ran (z książki Wypłynęli na głębię).

 

 

ZOSTAWCIE GŁUPSTWA GŁUPCOM

Do pisania tych rozważań zabrałem się po ślubie i na poły góralskim weselu moich przyjaciół. Edward, tata pana młodego bardzo ceni swego rodaka, nieżyjącego już wybitego filozofa, pisarza ks. Józefa Tischnera, który często odwoływał się do góralskiej mądrości. W swojej książce „Historia filozofii po góralsku” napisał: „Góralska teoria poznania mówi, że są trzy prawdy: świenta prawda, tys prowda i gówno prowda”. Ale że nie o prawdzie chcę pisać, tylko o tym co w naszym życiu jest najważniejsze, stąd też na użytek tych rozważań sparafrazuję powiedzenie ks. Tischnera: „W naszym życiu są sprawy, wartości najważniejsze, ważne i gówno ważne”. Te ostanie możemy nazwać głupstwami. Aby odkryć w naszym życiu najważniejszą wartość, musimy się zatrzymać, pomyśleć, skoncentrować się na jednej sprawie, co mój tata ujmował w słowach: „Nie możesz równocześnie trzymać trzech srok za ogon”. To trzymanie „trzymanie trzech srok” przybiera nieraz formę aktywności bankietowej. Biega taki delikwent z bankietu na bankiet, a po drodze gubi coś najważniejszego, tak jak w poniższej anegdocie. Pewien mężczyzna w poczuciu obowiązku zaliczał nawet kilka bankietów i imprez w ciągu dnia. Czasami wpadał na chwilkę na jedną imprezę i biegł na następną. Pewnego razu usiadł w kącie i nerwowo wertował kalendarzyk. „Sprawdza pan, jakie jest następne spotkanie?”- zagadnął przypadkowy uczestnik. „Nie. Sprawdzam, gdzie ja właściwie jestem teraz”- odpowiedział bankietowy aktywista. Poza bankietami spotykamy także ludzi zapędzonych, którzy uważają, że są bardzo zajęci, a patrzący z boku mówią o nich, że latają jak pies za własnym ogonem. 

Portal internetowy Adonai. pl ogłosił konkurs na temat „Czym jest dla ciebie miłość?”. Aby odpowiedzieć na to pytanie trzeba usiąść i pomyśleć, a wtedy możemy odkryć w całej pełni, to co w naszym życiu jest najważniejsze.  Anna Rusinek w odpowiedzi napisała między innymi: „Miłość jest dla mnie najważniejszą wartością w życiu. Bez niej nic nie ma sensu. Można mieć pieniądze, karierę, jeździć najdroższymi samochodami, zwiedzać cały świat, ale co z tego, skoro nie możemy tego nikomu podarować, przeżywać tego razem z kimś, dzielić się swoimi wrażeniami i odczuciami. Możemy mieć niemal wszystko, ale tak naprawdę okazuje się, że bez miłości nie mamy niczego. Jeśli nie zapełnimy ogromnej dziury w naszym sercu, która zarezerwowana jest wyłącznie dla miłości nigdy nie będziemy szczęśliwi. Bóg stworzył człowieka w taki sposób, że niejako uzależnił go od miłości. Bez niej czujemy się samotni, nie wiemy, po co naprawdę żyjemy. Miłość to nasza pasja, wszystko, co lubimy robić, czemu się poświęcamy. Istnieje zatem wiele rodzajów miłości. Najważniejsza jest miłość do Boga – który nas stworzył, nigdy nie opuścił, pozwolił na mękę i śmierć własnego Syna, aby umożliwić nam szczęście wieczne”.

Z pewnością większość z nas podpisałby się pod wypowiedzią tej młodej dziewczyny. A szczególnie Ci, których mistrzem jest Chrystus. Ukochany Jego uczeń św. Jan Ewangelista zwany Apostołem Miłości w zacytowanym na wstępie Liście mówi o miłości Boga i bliźniego, miłości, która spełnia się poprzez czyn. Cała Ewangelia spisana przez św. Jana wyakcentowuję miłość. Bóg jest ogromnym strumieniem miłości i zaprasza nas abyśmy zanurzyli się w Jego nurcie. I to jest najbardziej skuteczny sposób poznania Boga i wejście w komunię z Nim. Św. Jan napisał: „Umiłowani, miłujmy się wzajemnie, ponieważ miłość jest z Boga, a każdy, kto miłuje, narodził się z Boga i zna Boga. Kto nie miłuje, nie zna Boga, bo Bóg jest miłością”. Miłość prowadzi do poznania Boga, który jest najważniejszą wartością naszego życia. Jeśli inne sprawy przesłaniają nam Boga i miłość, to te inne sprawy są głupstwami a my głupcami. Św. Jan przypomina nam, że wiara, miłość mają przybierać konkretną formę czynu: „Dzieci, nie miłujmy słowem i językiem, ale czynem i prawdą”. A czyn jest wypełnieniem bożych przykazań w tym najważniejszego przykazania miłości: „Kto wypełnia Jego przykazania, trwa w Bogu, a Bóg w nim”. Trwanie w nurcie miłości Bożej staje się źródłem owocnego życia. W Ewangelii na dzisiejszą niedzielę słyszymy słowa Chrystusa: „Ja jestem krzewem winnym, wy – latoroślami. Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity, ponieważ beze Mnie nic nie możecie uczynić”.

Tę najważniejszą wartość życia poznała przez miłość Kayla Mueller, porwana i brutalnie zmordowana przez członków Państwa Islamskiego. Kayla Mueller była wolontariuszką, pomagającą uchodźcom na Bliskim Wschodzie. W ręce islamistów wpadła 4 sierpnia 2013 roku w syryjskim Aleppo i od tamtego czasu pozostawała w niewoli. W lutym 2015 została zamordowana przez islamistów. W oświadczeniu rodziny czytaliśmy: „Ze złamanym sercem przyjęliśmy potwierdzenie wiadomości, że Kayla Jean Mueller straciła życie. Poświęciła całe swoje młode życie ludziom, którzy potrzebują wolności, sprawiedliwości i pokoju”. Kayla była młodą i piękną dziewczyną, otwartą na ludzką nędzę. Odważnie spieszyła z pomocą potrzebującym. Po ukończeniu Uniwersytet Północnej Arizony, Kayla pracowała z grupami pomocy humanitarnej w północnych Indiach, Izraelu i Palestynie. W roku 2011 wróciła do domu w Arizonie i pracowała w klinice jako woluntariuszka wśród chorych na AIDS, a nocami w schronisku dla kobiet . Po roku wyjechała do Syrii, gdzie pracowała w obozach dla dzieci. W jednym z wywiadów powiedziała: „Tak długo, jak żyję, nie zgodzę, aby cierpienie było traktowane jako coś normalnego, co trzeba zaakceptować. Musimy spieszyć z pomocą cierpiącym, aby tego cierpienia było jak najmniej”. Jej znajomi często powtarzali, że Kayla zrobiła więcej w swoim 26 letnim życiu niż inni przez całe długie życie. Kayla czerpała siłę w swojej pięknej pracy z głębokiej wiary w Boga. W roku 2011 napisała do ojca: „Odnalazłam Boga w oczach cierpiących. Tak mi się Bóg objawił i na tej drodze będę Go zawsze szukać. Jedni znajdują Go w kościele, inni w pięknie natury. Jeszcze inni znajdują Boga w miłości. Ja znalazłam Go w cierpieniu. I wiem, że Bóg chce moich rąk, aby posłużyć się nimi, niosąc ulgę cierpiącym”. W innym liście do rodziców pisała: „Bóg ukazał mi światło wśród ciemności. Nauczyłam się, że nawet w więzieniu można być wolnym. Zrozumiałam, że w każdej sytuacji możemy dostrzec dobro, wystarczy je nieraz tylko zauważyć”.

Kayla odkryła najważniejszą wartość życia. Wszystko w naszym życiu jest ważne, ale to wszystko staje się głupstwem, gdy przeslania i zajmuje miejsce tego najważniejszego, a człowiek, staje się po prostu głupcem, który walczy o głupstwa. Z praktyki duszpasterskiej wiem, że ta walka o głupstwa może rozgrywać się nawet przy ołtarzu. Ot chociażby przyjmowanie Komunii św. Mamy pewne normy podane przez Stolicę Apostolską, zawarte w prawie liturgicznym odnośnie przyjmowania Komunii św. I te normy nas obowiązują. A nieraz byłem nieraz świadkiem sporu, który przybierał dosyć ostre formy; czy przyjmujemy Komunię na rękę, czy do ust, czy na kalecząco, czy na stojąco i tak dalej. Te spory stają się głupstwem, gdy przesłaniają prawdę, że Bóg patrzy w nasze serce i szuka w nim najważniejszych wartości; wiary i miłości (Kurier Plus, 2014).

 

 

ZAKORZENIANIE W PRAWDZIWEJ MILOSCI

Miłość w naszym życiu przybiera wiele form. A jedna z nich staje się fundamentem małżeństwa i rodziny. Nad tą miłością spoczywa Boże błogosławieństwo w naturalnej lub sakramentalnej formie. O takiej miłości powstaje wiele piosenek czy wierszy. Ona najintensywniej porusza nasze uczucia. Intensywność uczuć może potęgować miłość, ale też niekontrolowana może stanowić jej zagrożenie. Na stronie internetowej polki.pl matka zatroskana o los córki pisze: „Moja córka (33 lata) nie może stworzyć stałego związku z partnerem. Zawsze zakochuje się ‘na zabój’, mówi, że to ten jedyny, poświęca mu niemalże każdą chwilę. Ale nawet gdy widzę, że mężczyzna ją bardzo kocha, to z czasem rozstają się. Nie wiedziałam, dlaczego. Ostatnio przeprowadziłam poważną rozmowę z córką, która podzieliła się ze mną swoimi obawami. Ona jest zdania, że za bardzo kocha i jest za bardzo zaborcza wobec swojego partnera. Gdy zaczęłam o tym czytać w Internecie, doszłam do wniosku, że ma rację. Miewała stany euforii, gdy była z mężczyzną i ‘depresyjne’ doły, gdy wyjeżdżał choćby na kilka dni… Za bardzo była oddana każdemu związkowi. Musi zmienić swoje postępowanie, jeśli chce stworzyć zdrowy związek oparty na partnerstwie, wzajemnym zaufaniu, ale nie na zaborczej miłości. Czy może zmianę swojego zachowania wypracować z terapeutą?” Ten problem może dotyczyć także mężczyzn.

Sławomir Wolniak, lekarz psychiatra odpowiada: „Gdy miłość do partnera przesłania całe życie, nie wzbogaca naszego życia, tylko staje się celem samym w sobie, to nie ma miejsca na zdrową relację. A skąd bierze się zaborczość wobec partnera? Zazwyczaj z lęku przed utratą ukochanego, przed tym, że straci zainteresowanie nami. Podświadomie dążymy do tego, by w każdej chwili mieć go ‘na wyciągnięcie ręki’. A jego chęć spędzenia np. wieczoru z kolegami odbieramy jako chęć odcięcia się od nas. Wydaje nam się, że robimy wszystko, co jeszcze bardziej wzmocni nasze relacje z partnerem, ale to niestety przynosi odwrotny skutek. Trzeba jednak pamiętać, że budowane w taki sposób relacje nie mają większych szans na przetrwanie. W takiej miłości brakuje zaufania, wzajemnego szacunku, a nawet partnerstwa. Osoba chora z miłości potrafi śledzić swojego partnera, zadręczać telefonami, prześladować, co ma swoje źródło w niespełnionych potrzebach. Takie obsesyjne uzależnienie się od drugiej osoby, przywiązanie się do niej, osaczenie jej sobą nie pozwala na prowadzenie normalnego życia, w którym jest miejsce na miłość, pracę, przyjaźń, czy chociażby hobby. To nic innego jak odcięcie siebie i próba odizolowania partnera od świata zewnętrznego. A takie zachowanie powoduje jedynie nieszczęście i poczucie ogromnego dyskomfortu”.

Zapewne rady psychologa są bardzo pomocne, ale kierując się zdrowym rozsądkiem sięgnąć do nauki o miłości, nauki, która sprawdza się już od dwóch tysięcy lat, osadzając ją na mocnym fundamencie miłości sięgającej wieczności i nieba. Ta miłość przemienia ludzi w świętych. Pięknie pisze o niej św. Pawła w liście do Koryntian: „Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie jest bezwstydna, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego; nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą. Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma. Miłość nigdy nie ustaje.”. Są to jedne z najpiękniejszych słów o miłości. Możemy je powtarzać, cytować i śpiewać, aż do znużenia. I nic się może nie wydarzyć w naszym życiu, gdy usłuchamy słów z Listu św. Jana: „Dzieci, nie miłujmy słowem i językiem, ale czynem i prawdą. Po tym poznamy, że jesteśmy z prawdy, i uspokoimy przed Nim nasze serca. A jeśli serce oskarża nas, to przecież Bóg jest większy niż nasze serca i zna wszystko. Umiłowani, jeśli serce nas nie oskarża, to mamy ufność w Bogu, a o co prosić będziemy, otrzymamy od Niego, ponieważ zachowujemy Jego przykazania i czynimy to, co się Jemu podoba. Przykazanie zaś Jego jest takie, abyśmy wierzyli w imię Jego Syna, Jezusa Chrystusa i miłowali się wzajemnie tak, jak nam nakazał”.

Aby być zdolnym do tak pięknej i wymagającej miłości musimy być wkorzenieni w źródle najdoskonalszej miłości. W Ewangelii na dzisiejszą niedzielę Chrystus wskazuje to źródło: „Trwajcie we Mnie, a Ja w was. Podobnie jak latorośl nie może przynosić owocu sama z siebie-, jeśli nie trwa w winnym krzewie- tak samo i wy, jeżeli we Mnie trwać nie będziecie. Ja jestem krzewem winnym, wy- latoroślami. Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity, ponieważ beze mnie nic uczynić nie możecie”. W czasie kanonizacji św. Urszuli Ledóchowskiej św. Jan Paweł II na przykładzie świętej wskazuje w jaki sposób trwamy w Chrystusie, wkorzeniamy się w najdoskonalsza miłość: „Św. Urszula Ledóchowska przez całe swe życie wiernie i z miłością wpatrywała się w oblicze Chrystusa, swego Oblubieńca. W sposób szczególny jednoczyła się z Chrystusem konającym na Krzyżu. To zjednoczenie napełniało ją niezwykłą gorliwością w dziele głoszenia słowem i czynem Dobrej Nowiny o miłości Boga. Niosła ją przede wszystkim dzieciom i młodzieży, ale także osobom znajdującym się w potrzebie, ubogim, opuszczonym, samotnym. Do nich wszystkich mówiła językiem miłości popartej czynem. Z przesłaniem Bożej miłości przemierzyła Rosję, kraje skandynawskie, Francję i Włochy. Była w swoich czasach apostołką nowej ewangelizacji, dając swym życiem i działaniem dowód, że miłość ewangeliczna jest zawsze aktualna, twórcza i skuteczna. I ona czerpała natchnienie i siły do wielkiego dzieła apostolstwa z umiłowania Eucharystii. Pisała: ‘Mam miłować bliźnich jak Jezus mnie umiłował. Bierzcie i jedzcie me siły, bo one są do waszej dyspozycji (…). Bierzcie i jedzcie moje zdolności, moją umiejętność (…), me serce — niech swą miłością rozgrzewa i rozjaśnia życie wasze (…). Bierzcie i jedzcie mój czas — niech on będzie do waszej dyspozycji. Jam wasza, jak Jezus jest mój’. Czy w tych słowach nie brzmi echo oddania, z jakim Chrystus w Wieczerniku ofiarował samego siebie uczniom wszystkich czasów?”

Zakorzenieni w tej najpełniejszej Miłości, możemy być pewni, że Ona pogłębi oraz ubogaci i stanie się drogą prowadzącą do zbawienia. Jeśli zabraknie takiego zakotwiczenia, wtedy mogą się spełnić słowa Chrystusa z dzisiejszej Ewangelii: „Ten, kto nie trwa we Mnie, zostanie wyrzucony jak winna latorośl i uschnie. Potem ją zbierają i wrzucają w ogień, i płonie” (Kurier Plus, 2018).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *