5 Maj

6 niedziela wielkanocna Rok B

 

 

ABY RADOŚĆ NASZA BYŁA PEŁNA.

Jezus powiedział do swoich uczniów: „Jak Mnie umiłował Ojciec, tak i Ja was umiłowałem. Wytrwajcie w miłości mojej! Jeśli będziecie zachowywać moje przykazania, będziecie trwać w miłości mojej, tak jak Ja zachowałem przykazania Ojca mego i trwam w Jego miłości. To wam powiedziałem, aby radość moja w was była i aby radość wasza była pełna. To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem. Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich. Wy jesteście przyjaciółmi moimi, jeżeli czynicie to, co wam przykazuję. Już was nie nazywani sługami, bo sługa nie wie, co czyni pan jego, ale nazwałem was przyjaciółmi, albowiem oznajmiłem wam wszystko, co usłyszałem od Ojca mego. Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem i przeznaczyłem was na to, abyście szli i owoc przynosili i by owoc wasz trwał, aby wszystko dał wam Ojciec, o cokolwiek Go prosicie w imię moje. To wam przykazuję, abyście się wzajemnie miło wali” (J 15,9-17).

Przed laty ukazały się wspomnienia jednego z polityków, który w roku 1901 brał udział w uroczystości koronacyjnej króla Anglii Edwarda VI. Było to jedno z ważniejszych wydarzeń w skali światowej, w których uczestniczył ten polityk. Ale najbardziej, jak pisze wryła się w jego pamięć scena, jakiej był świadkiem wracając, późną nocą z balu koronacyjnego króla Edwarda VI. Była to bardzo zimna noc. Przechodząc obok pustego domu zauważył w bramie dwoje dzieci, dwunastoletniego chłopca i jego czteroletnią siostrę. Chłopiec zdjął swoją marynarkę i włożył ją na ramiona siostry, a swoją wełnianą czapką owinął jej nogi.

Nie koronacyjne bale, nie spotkania władców tego świata, nie sceny z życia bogaczy i gwiazd filmowych, ale ta dwójka małych dzieci stała się godna szczególnego zapamiętania. Bo od nich emanuje najprawdziwsza miłość, ofiarna i bezinteresowna. Gdy zabraknie takiej miłości świat staje się dziką dżunglą, w której żyje zdziczały człowiek. Dzikim barbarzyńcą jest nie ten, kto nie umie zachować się w towarzystwie, nie ten, kto nie zna Chopina czy Mickiewicza, ale ten, kto nie ma w sobie miłości. Jeden z myślicieli powiedział; „Jeśli nie kochasz ludzi nie zajmuj się nimi, lecz sobą”. Nie mając miłości możemy tylko wyrządzać krzywdę człowiekowi. Szczególnie odnosi się to do ludzi, którzy pragną władzy i stanowisk.

Miłość nie tylko czyni świat piękniejszym, ale jest nieodzownym warunkiem pełniejszego poznania Boga i zbawienia człowieka. Młody człowiek, wątpiący w istnienie Boga przyszedł do świątobliwego mnicha i zapytał:

„-Czy wierzysz w Boga?

-Oczywiście – odpowiada mnich

-Jakie masz dowody na to, że Bóg istnieje?

-Wierzę, bo Go znam. Codziennie doświadczam Jego obecności”.

-Jak jest to możliwe?

-Kiedy kochamy, wtedy doświadczamy istnienia Boga, a wątpliwości znikają jak poranna mgła, gdy wstaje słońce. Staraj się kochać swoich sąsiadów. Jeśli będziesz ich kochał coraz bardziej, tym samym wzrastać będzie twoja pewność istnienia Boga i duszy nieśmiertelnej. To możesz sprawdzić i przekonać się, że jest to słuszna droga”.

Podobnie wypowiada się Van Gogh: „Najlepszym sposobem poznania Boga jest miłość. Kochaj przyjaciela, żonę, kochaj każdego a odkryjesz pewną drogę poznania Boga”.

Bóg jest najdoskonalszą miłością, źródłem miłości. A zatem, jeśli idziemy drogą miłości docieramy do jej źródła, docieramy do samego Boga. W naszych poszukiwaniach pełniejszego kształtu miłości najważniejsze jest to, że sam Bóg, w Jezusie Chrystusie wychodzi nam naprzeciw. To w Nim miłość przybrała najdoskonalszy kształt. „Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy kto życie oddaje swoje za przyjaciół swoich”. Bóg mógł wybrać inny sposób ukazania swojej ogromnej miłości do człowieka, wybrał jednak ten, który najbardziej przemawia w naszej ziemskiej rzeczywistości; oddał na krzyżu za nas swoje życie. Przez zachowanie bożych przykazań trwamy w tej zbawiającej miłości. „Jeśli będziecie zachowywać moje przykazania, będziecie trwać w miłości mojej.” Zachowanie przykazań chroni przed nazywaniem prawdziwą miłością tego, co nie ma nic wspólnego z nią.

26 maja, w Polsce wypada Dzień Matki, dlatego chcę zakończyć to rozważanie przykładem miłości matczynej, która jest tak bliska miłości, jaką Bóg nas obdarzył. W południowej Walii młoda kobieta z niemowlęciem na ręku udała się w długą drogę do swoich znajomych. Nagle zaskoczyła ją burza śnieżna. W tumanach śniegu zagubiła drogę i nie dotarła do celu. Następnego dnia rozpoczęto poszukiwania. Znaleziono ją zamarzniętą w zaspie śnieżnej. W trakcie odkopywania wszyscy byli zaskoczeni tym, że była ona ubrana tylko w koszulę. Później zagadka została wyjaśniona. Matka zdjęła swoje wierzchnie ubranie i owinęła nim niemowlę. Dzięki temu chłopiec ocalał, a był nim jeden z wybitniejszych premierów Wielkiej Brytanii, LLoyd George (z książki Ku wolności).

 

 

JESTEŚCIE PRZYJACIÓŁMI MOIMI

Kiedy Piotr wchodził, Korneliusz wyszedł mu na spotkanie, padł mu do nóg i oddał mu pokłon. Piotr podniósł go ze słowami: „Wstań, ja też jestem człowiekiem”. Wtedy Piotr przemówił: „Przekonuję się, że Bóg naprawdę nie ma względu na osoby. Ale w każdym narodzie miły jest Mu ten, kto się Go boi i postępuje sprawiedliwie”. Kiedy Piotr jeszcze mówił o tym, Duch Święty zstąpił na wszystkich, którzy słuchali nauki. I zdumieli się wierni pochodzenia żydowskiego, którzy przybyli z Piotrem, że dar Ducha Świętego wylany został także na pogan. Słyszeli bowiem, że mówią językami i wielbią Boga. Wtedy odezwał się Piotr: „Któż może odmówić chrztu tym, którzy otrzymali Ducha Świętego tak samo jak my?” I rozkazał ochrzcić ich w imię Jezusa Chrystusa /Dz 10,25-26.34-35.44-48/.

 Alojzy Feliński w jednym ze swoich utworów pisze:

„O przyjaźni, miłości! Nie ma was na świecie !

Wy, lube sny mej duszy, na zawsze nikniecie !

Wszystko mię prześladuje, zdradza, nienawidzi,

I niebo mię opuszcza, i świat mną się brzydzi.

Śmierci, śmierci! ty moich ulituj się jęczeń,

Wyrwij mnie z tej bezdennej przepaści”.

Tak pisał poeta w dziewiętnastym wieku. W obecnej dobie słyszymy także podobne głosy i to szczególnie w społeczeństwach, które cieszą się dobrobytem materialnym. W tych krajach spotyka się najwięcej ludzi osamotnionych, którzy często szukają rozwiązania swoich problemów w narkotykach i samobójczej śmierci. Związki prawdziwej przyjaźni i miłości zastępowane są doraźnymi układami na zasadzie wzajemnej korzyści natury materialnej lub uczuciowej, bez jakichkolwiek głębszych zobowiązań i odpowiedzialności za drugiego człowieka. A to nie ma nic wspólnego z prawdziwą przyjaźnią czy miłością, które nadają najpełniejszą treść naszemu życiu. W budowaniu takiej przyjaźni nie można wykluczyć wyrzeczeń i cierpień dla kochanej osoby, bo właśnie one są bardzo często miernikiem prawdziwej miłości. Ludwik Kondratowicz ujął te prawdę w poetyckich strofach:

„Och, dla miłości i dla przyjaźni

Nie korca soli, nie beczki chleba,

Ale cierpienia na próbę potrzeba”.

Jeśli ktoś zawierzy prawdziwej miłości, wtedy otwierają się przed nim bramy piękna materialnego i duchowego, które stają się źródłem ogromnej radości. Mówią o tym słowa piosenki z filmu „The Music Man”.  Profesor Hill prowadził beztroskie życie, korzystał z przyjemności życia, nie biorąc żadnej odpowiedzialności za ludzi, z którymi chwilowo się wiązał. Przyszedł jednak moment, kiedy odczuł, że mijające dni, zdarzenia pozostawiają po sobie pustkę. I wtedy zdecydował się na prawdziwą miłość, która na pierwszym miejscu stawia dobro kochanej osoby. Od tego momentu cały świat stał się dla niego inny. Napełniony radością śpiewa o niebie usianym tysiącami gwiazd, o ptakach cudownie śpiewających rankiem i wieczorem. Wcześniej tego nie widział, nie potrafił się tym cieszyć. Dopiero, gdy prawdziwie pokochał dostrzegł naokoło siebie tyle piękna. Zasmakował, czym jest prawdziwe szczęście.

Takie historie zdarzają się nie tylko w piosenkach, ale także w życiu i one najbardziej wzruszają. Oto jedna z nich opowiedziana przez pielęgniarkę Zofię. Pewnego dnia przywieziono do szpitala Franciszka, osiemdziesięcioletniego mężczyznę po wylewie krwi do mózgu. Następnego dnia, do tego samego szpitala trafiła jego żona z chorobą serca. Sparaliżowany mężczyzna słyszał wszystko, ale nie mógł mówić. Cały czas był przykuty do łóżka. Żona mogła się poruszać na wózku inwalidzkim. Każdego dnia prosiła pielęgniarkę, aby zawiozła ją do męża. Windą zjeżdżały kilka pięter niżej. Staruszka siedząc na wózku inwalidzkim zatrzymywała się koło męża. Z czułością patrzyła na niego. Mówiła o miłości, wspominała najpiękniejsze chwile wspólnego życia. Gładziła dłonią jego włosy. Twarz Franciszka wypogadzała się, pojawiał się uśmiech, próbował coś mówić. Trzymając się za ręce, trwali tak przy sobie cały dzień. Wzruszona pielęgniarka mówi, że wyglądali na bardzo szczęśliwych.

Ewangelia mówi o miłości i przyjaźni międzyludzkiej, która swoje piękno i moc odnajduje w miłości samego Boga. Na wstępie słyszeliśmy słowa Chrystusa: „Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich. Wy jesteście przyjaciółmi moimi”. Ta zbawcza przyjaźń otwiera nas na wieczność i nieskończoność. Znakiem miłości Boga do człowieka jest nie tylko słowo, ale przede wszystkim czyn. Mówi o tym św. Jan Apostoł: „W tym objawiła się miłość Boga ku nam, że zesłał Syna swego Jednorodzonego na świat, abyśmy życie mieli dzięki Niemu. W tym przejawia się miłość, że nie my umiłowaliśmy Boga, ale że On nas sam umiłował i posłał Syna swojego jako ofiarę przebłagalną za nasze grzechy”. Odpowiedzią na taką miłość jest nasza miłość Boga i bliźniego.

Ks. Joseph Donders tak pisze o swojej przyjaźni z Bogiem: „Pochodzę z wielodzietnej rodziny. Jestem pewien, że moja matka kocha mnie podobnie jak mój ojciec, moje siostry i moi bracia kochają mnie także. Nie byliśmy bogaci, wystarczało nam tylko na zaspokojenie podstawowych potrzeb. Znaczną część naszego budżetu pochłaniały opłaty za szkołę. Ojciec pracował cały dzień, podobnie matka. Nie mieli zbyt wiele czasu na rozmowy ze sobą, byli zajęci pracą. Zaakceptowałem swoją sytuację, jak i też swój wygląd, chociaż, gdy patrzyłem w lustro do końca nie byłem zadowolony z tego co widziałem. Obraz był zbyt szary i płaski. Wszystko odmieniło, gdy spotkałem Chrystusa. Widziałem, jak patrzył na mnie i byłem ciekawy, co myśli o mnie. A On powiedział: Wyglądasz wspaniale. Po czym dodał: Czy mógłbym być twoim przyjacielem? Znaczysz dla Mnie bardzo wiele. Zawsze myślę o tobie. Spojrzałem wtedy na siebie innymi oczyma. Wszystko dookoła, słońce i księżyc, kwiaty i ptaki, woda i powietrze nabrały niezwykłych kolorów radości. Byłem kochany i sam kochałem. Mogłem tańczyć z radości dzień i noc” (Pastoral Life, maj 2003 r.).

Do tych, którzy przyjęli miłość Chrystusa, kieruje On słowa: „To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem”. Ostateczną miarą miłości jest oddanie życia za bliźniego. Można wymieniać miliony chrześcijan, którzy dorastali do tej miary. Należą do nich Siostry Rodziny Maryi, które w czasie okupacji, z narażeniem własnego życia uratowały ponad 500 żydowskich dzieci z getta warszawskiego, a także Siostry Szarytki z Powązek, które zostały w roku 1941 oblane przez Niemców benzyną i żywcem spalone za ukrywanie żydowskich dzieci. Należy do nich także Irena Sendlerowa, przebywająca obecnie w warszawskim domu prowadzonym przez zakonników bonifratrów. W czasie okupacji, narażając własne życie uratowała z getta warszawskiego ponad 2,5 tysiąca dzieci żydowskich. Za tę działalność została aresztowana i osadzona na Pawiaku. Po trzech miesiącach koszmaru więziennego, w lutym 1944 r. usłyszała od Niemców: „Jutro będziesz rozstrzelana”. W drodze na egzekucję została uratowana przez partyzantów.

Lista aktów takiej miłości jest tak długa, że tylko jeden Bóg w swojej nieskończoności może je ocalić od zapomnienia. Są tam odnotowane także nasze najdrobniejsze odruchy przyjaźni i miłości, które przemieniają nas i świat na miarę bożą i zasługują na nagrodę samego Boga (z książki Nie ma innej Ziemi Obiecanej).

 

 

PRAWDZIWY CZŁOWIEK

Umiłowani, miłujmy się wzajemnie, ponieważ miłość jest z Boga, a każdy, kto miłuje, narodził się z Boga i zna Boga. Kto nie miłuje, nie zna Boga, bo Bóg jest miłością. W tym objawiła się miłość Boga ku nam, że zesłał Syna swego  Jednorodzonego na świat, abyśmy życie mieli dzięki Niemu. W tym przejawia się miłość, że nie my umiłowaliśmy Boga, ale że On sam nas umiłował i posłał Syna swojego jako ofiarę przebłagalną za nasze grzechy (1 J 4,7-10).

Zespół „Zero” w piosence „Gdy zagaśnie słońce” śpiewa: „Złe wiadomości, notoryczne zabijanie, tyle złości, / Miłości nie ma już wcale, są porwania na szeroką skalę, / A nocą na ulicy rozlewa się krew. / Morale, pojęcie wypaczone. Każdy przechodzi na wygodną stronę. / O co chodzi? Tutaj o nic nie chodzi, lecz ludzi prawdziwych jakby mniej… / Przyjaciel sprzedaje swojego przyjaciela! I nikt właściwie na to wpływu nie ma… / Rodzice wyrzekają się swoich dzieci, bo gdzieś tam pojawia się nagle ktoś trzeci. / Do śmieci! Fatalnego pokroju, a ty pragniesz tylko świętego spokoju. / O co chodzi? Tutaj o nic nie chodzi, lecz ludzi prawdziwych jakby coraz mniej…”.

Uważnie obserwując życie, trudno się nie zgodzić ze słowami piosenki, że prawdziwych ludzi jest coraz mniej. Tak postawiony problem rodzi pytanie: Co to znaczy być prawdziwym człowiekiem? Odpowiedzi poszukamy w czytaniach biblijnych na dzisiejszą niedzielę, w których jak refren przewija się motyw miłości. A zatem nim zgłębimy ten temat, już na wstępie możemy powiedzieć, że to miłość jest miarą prawdziwości człowieka. Zaś miarą tej miłości jest sam Bóg i Jego przykazania. Św. Jan w zacytowanym na wstępie czytaniu pisze: „Bóg jest miłością”. A Chrystus w dzisiejszej Ewangelii mówi, jaki kształt przybiera prawdziwa miłość: „Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich”. Krzyż Chrystusa na Golgocie uwiarygodnił te słowa.

Dzisiaj tak wiele słyszymy słów o miłości i można się cieszyć, że tak wiele się o niej mówi. Jednak w rzeczywistości nie ma powodów do radości, bo często są to tylko słowa, co gorsze, są to słowa o fałszywej miłości. Panuje w tym względzie ogromny zamęt.  W ostatnich dniach głośna była sprawa agentów służby ochrony rządu USA, którzy przygotowywali w Kolumbii wizytę prezydenta Baracka Obamy. Sprawa stała się głośna za sprawą prostytutek kolumbijskich, z usług, których korzystali agenci. Główny problem widziano w tym, że agenci mogli zdradzić prostytutkom pewne sekrety, zagrażające bezpieczeństwu prezydenta i interesom Stanów Zjednoczonych. Z pewnością takie niebezpieczeństwo było realne. Uważam jednak, że ważniejszy problem rozgrywa się na płaszczyźnie moralnej, bo przecież tam podejmowane są decyzje, które decydują o tym, kim jest człowiek, czy jest społecznie chory czy zdrowy, a od tego zależy kondycja całego społeczeństwa. Załóżmy, że wspomniany agent, który wspominając swoje łajdactwa mówi „kochałem się prostytutką” (I made love…) wraca do rodziny ściska żonę i dzieci i wyznaje „kocham was”. Jakie kompletne pomieszanie językowych pojęć. W tej pierwszej sytuacji słowo miłość (love) jest profanacją prawdziwej miłości. To nie jest prawdziwy człowiek, tylko łajdak.

Cyceron, rzymski filozof, polityk, prawnik, mówca podaje taką definicję człowieka: „Człowiek jest to zwierzę przewidujące, roztropne wielorakie, bystre, pamiętające, pełne rozumu i pomysłu”. Po części możemy się zgodzić z tą definicją; człowiek może zachowywać się jak zwierzę, ale różnie bywa z przewidywaniem, bystrością, rozumem. W tej definicji zabrakło najistotniejszego elementu konstytuującego ludzką osobowość. Człowiek to istota zdolna do prawdziwej miłości, której granice wyznacza Bóg, a w zasadzie jest to miłość bez granic, tak jak i Bóg nie ma żadnych ograniczeń. Bóg jest prawdziwą miłością. Człowiek odrzucając Boga odrzuca prawdziwą miłość. Odrzuca szansę stania się prawdziwym człowiekiem. Pismo św. mówi: „Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył: stworzył mężczyznę i niewiastę”. Realizujemy w sobie ten obraz na drodze miłości prawdziwej, której wzór pozostawił nam Chrystus. Jest to miłość ofiarna, posunięta aż do miłowania nieprzyjaciół.  Człowiek, który nie przekracza egoizmu miłością ofiarną zatrzymuje się w rozwoju. Jest niejako zwierzęciem z definicji Cycerona.  Dla ilustracji przytoczę wydarzenie z mojego dzieciństwa. W naszym domu był pies, którego potajemnie podkarmiałem. Czasami mama wysyłała mnie do spiżarni po kawałek słoniny lub mięsa. Zazwyczaj brałem dwa kawałki, jeden do kuchni drugi rzucałem psu. Z tego powodu zyskałem psią miłość. Pewnego razu dałem mu za dużo mięsa i chciałem zabrać tą nadwyżkę. Nie zdążyłem nawet dostatecznie wyciągnąć ręki, gdy usłyszałem wściekle warknięcie i poczułem zęby wbite w rękę. Taka to jest ta psia miłość. Może wystarczy dla psa, ale nie dla człowieka. Człowiek powinien wyrastać z takiej egoistycznej „miłości”, bo inaczej pozostanie rozumnym, bystrym, przewidującym, ale tylko zwierzęciem, z bałakającą w nim duszą nieśmiertelną.

Kontynuując temat o miłości możemy przytoczyć wiele przykładów, kiedy to człowiek w swojej zarozumiałości i pysze odrzuca Boga, który jest miarą prawdziwej miłości. Przez to, jak śpiewa wspominany na wstępie zespół „Zero” prawdziwych ludzi jest jakby mniej. Spróbuj zbudować dom nie mając prawdziwej miary lub fałszywą. A w przypadku człowieka chodzi o coś więcej niż wybudowanie domu.  Pycha i zarozumiałość odrzucająca Boga zdąża ku katastrofie. Możemy tu użyć ilustracji Tytanika, największego i najbardziej luksusowego statku w swoim czasie, który zatonął 15 kwietnia 1912. Zginęło wtedy 1563 ofiar. Oczywiście nie przytaczam tej historii, jako przykładu ukaranej pychy niektórych ludzi, ale jako ilustracje, że w naszym życiu społecznym osobistym pycha, zarozumiałość odrzucająca Boga może prowadzić do tragedii.

W maju 1914 roku na łamach amerykańskiego miesięcznika „Franciscan Herald” przedrukowanego w całości przez „Polonia Christiana” ukazał się ciekawy artykuł, mówiący o pysze niektórych ludzi, którzy z dumą patrzyli na imponujący statek. Pośród setek zatrudnionych przy budowie statku byli także ludzie wrogo ustosunkowani do religii. Niektórzy z nich wypisywali bluźnierstwa na jego burtach. Rzucali Bogu wyzwania typu: „Sam Chrystus nie zdoła go zatopić”. Podczas malowania statku bluźniercze napisy zostały zamalowane, ale mimo to były widoczne. Jeden z oficerów załogi Titanica ujrzawszy je, napisał w liście do rodziców: „Jestem przekonany, że ten statek nigdy nie dopłynie do Ameryki z powodu szokujących bluźnierstw wypisanych na jego kadłubie”.  List ten można oglądać w muzeum. W reklamach pisano, że jest to niezatapialny statek. Jedna z pasażerek, Margaret Devaney wyznała: „Wybrałam Titanica, bo słyszałam o nim, że jest niezatapialny”. Inny pasażer, Thomson Beattie tak pisał w liście do domu: „Zmieniliśmy statek i przypłyniemy innym – nowym i niezatapialnym”. Specjalista w swej dziedzinie, kapitan Edward J. Smith napisał: „Nie potrafię sobie wyobrazić warunków, które mogłyby spowodować zatonięcie tego statku ani żadnego rzeczywiście poważnego wypadku, jaki mógłby mu się przytrafić. Współczesne budownictwo okrętowe ma już tego rodzaju problemy daleko za sobą”. Chłopiec okrętowy z Titanica, zapytany 10 kwietnia 1912 roku w porcie Southampton, czy statek jest rzeczywiście niezatapialny, odpowiedział: „Tak jest, proszę pani. Nawet Bóg nie dałby rady go zatopić”.

Taka pycha zamyka człowieka na Boga, Jego miłość i pozbawia szansy stania się prawdziwym człowiekiem. Na zakończenie posłuchajmy słów Chrystusa, który mówi, co to znaczy trwać w miłości Bożej: „Wytrwajcie w miłości mojej! Jeśli będziecie zachowywać moje przykazania, będziecie trwać w miłości mojej, tak jak Ja zachowałem przykazania Ojca mego i trwam w Jego miłości” (z książki Bóg na drogach naszej codzienności).

 

 

TRWAJCIE W MIŁOŚCI

Kilkanaście lat temu przyjechałem do Stanów Zjednoczonych i tu usłyszałem o  „nieznanym” mi w Polsce grzechu, który był wyznawany w formie: „kochaliśmy się”. W pierwszej chwili pomyślałem, od kiedy to kochanie jest grzechem. Miłować, kochać drugiego człowieka, to raczej cnota a nie grzech. A jednak w tym wyznaniu chodziło o grzech a nie o cnotę. Prawdopodobnie przyczyną tego słownego zamieszania było dosłowne tłumaczenie z angielskiego „ We made love”, co znaczy „kochaliśmy  się”. W języku angielskim tym wyrażeniem określa się relacje natury seksualnej. Według Pisma św. i nauczania Kościoła, te relacje tylko w związku małżeńskim mogą być odpowiedzialnie wprzęgnięte w służbę miłości i przyczyniają się umacniania więzi małżeńskich i rodzinnych. Relacje tego typu w związkach pozamałżeńskich są przekroczeniem bożych przykazań. W zacytowanej na wstępie Ewangelii Chrystus mówi: „Jeśli będziecie zachowywać moje przykazania, będziecie trwać w miłości mojej”. A zatem nie ma prawdziwej miłości, tam, gdzie człowiek łamie boże przykazania. Sprawdzianem prawdziwej miłości jest zachowanie bożych przykazań. One chronią np. przed nazywaniem miłością, tego co według bożych przykazań i nauczania Kościoła jest zdradą małżeńską, cudzołóstwem. Grzech pozostaje grzechem, chociaż byśmy go tak pięknie nazwali: „kochaliśmy się”.

Możemy zatem powiedzieć, że miłość człowieka, który w bliskości Boga odczytuje Jego przykazania jest doskonalsza, piękniejsza, pewniejsza, stabilniejsza. Co więcej, taka miłość jest znakiem poznania prawdziwego Boga i Jego obecności w naszym życiu. Św. Jan w drugim czytaniu na dzisiejszą niedzielę ujmuje tę prawdę tymi słowami: „Umiłowani, miłujmy się wzajemnie, ponieważ miłość jest z Boga, a każdy, kto miłuje, narodził się z Boga i zna Boga. Kto nie miłuje, nie zna Boga, bo Bóg jest miłością. W tym objawiła się miłość Boga ku nam, że zesłał Syna swego Jednorodzonego na świat, abyśmy życie mieli dzięki Niemu”.  W blaskach bożej mądrości człowiek odkrywa najgłębszą istotę miłości i wyraża ją w pouczających i mądrych sentencjach.  A zatem wsłuchamy kilku z nich: „Bywają wielkie zbrodnie na świecie, ale chyba największą jest zabić miłość” (Mikołaj Gogol).  „Wszystko, o co zabiegamy i o co się kłócimy, jest marnością. Zabiegać powinniśmy jedynie o miłość” (Simone Weil). „Prawdziwa miłość zaczyna się wtedy, gdy niczego w zamian nie oczekujesz” (Monteskiusz). „Miłość daje, ale niczego nie żąda” (Joseph Conrad). „Możesz kochać twoją matkę z całego serca i twoją żonę, i twoje dzieci. Zdumiewające jest to, że dając całe swe serce jednej osobie, nie musisz przez to dawać mniej innej. Wręcz przeciwnie, każda z nich otrzymuje więcej. Bo jeśli kochasz tylko swojego przyjaciela i nikogo więcej, siłą rzeczy ofiarujesz mu serce dość ubogie. Zyskałby, gdybyś ofiarował serce także innym” (Emil Cioran). „Prawdziwa miłość nie wyczerpuje się nigdy. Im więcej dajesz, tym więcej ci jej zostaje” (Antoine de Saint-Exupéry).  Podobne wypowiedzi można by cytować prawie w nieskończoność. Są one potrzebne, ale musimy pamiętać, że Bóg oczekują od nas miłości wyrażonej w czynach. Z takiej miłości będziemy sądzeni. Pamiętamy słowa Chrystusa: „Pójdźcie, błogosławieni Ojca mojego, weźcie w posiadanie królestwo, przygotowane wam od założenia świata! Bo byłem głodny, a daliście Mi jeść; byłem spragniony, a daliście Mi pić; byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie; byłem nagi, a przyodzialiście Mnie; byłem chory, a odwiedziliście Mnie; byłem w więzieniu, a przyszliście do Mnie”.

Łacińskie przysłowie mówi, że słowa pouczają, a czyny pociągają. Dlatego szukając inspiracji i mocy w miłości warto przypominać sobie ludzi, którzy słowa o ofiarnej miłości skutecznie przekuwali w czyn.  Oto jeden z takich przykładów. Mabel Florence Walker urodziła się pod koniec dziewiętnastego wieku w Anglii. Młodej dziewczynie imponowała Florence Nightingale, która całe swoje życie poświęciła jako pielęgniarka chorym i cierpiącym.  Mabel postanowiła także zostać pielęgniarką, aby spieszyć z pomocą żołnierzom rannym w czasie Pierwszej Wojny Światowej. Rodzina kategorycznie sprzeciwiła się tej decyzji, uważając, że córka powinna wyjść za mąż i zająć się wychowaniem dzieci i prowadzeniem domu. Mabel w swojej decyzji pozostała nieugięta. Uciekła z domu w jednym ubraniu, z niewielką sumę pieniędzy. Udała się do Londynu, gdzie w szpitalu zaczęła się przygotowywać do zawodu pielęgniarki. Mimo wielogodzinnej pracy i rygorów szpitalnych Mabel, jak sama wyznała, nie była nigdy tak szczęśliwa jak wtedy. Ze szczególnym poświęceniem zajmowała się rannymi żołnierzami wracającymi z frontu we Francji. Wielu z nich umierało w ogromnych cierpieniach, inni wracali powoli do zdrowia jako kalecy. Pośród tego bezmiaru cierpienia, Mabel jak anioł miłości niosła żołnierzom ulgę w cierpieniu. Wśród setek rannych żołnierzy, jeden z nich imieniem Will zwracał na siebie szczególną uwagę. Wszyscy w szpitalu odnosili się do niego z wielkim szacunkiem, ale nie dlatego, że był wysokiej rangi oficerem, ale z powodu bohaterskiego czynu, który dyktowała mu miłość bliźniego. Był gotowy oddać swoje życie, gdy wracał na pole bitwy, aby ratować rannego kolegę. Uratował go, ale sam został ciężko ranny, tak że do końca życia pozostał kaleką.  Mabel z wielkim poświęceniem pielęgnowała owego żołnierza. Jakże wielkie było zaskoczenie, gdy po kilku tygodniach od pierwszego spotkania Mabel i Willi oznajmili, że zamierzają się pobrać. Znajomym i przyjaciołom trudno było zrozumieć, decyzję Mabel, która będzie musiała zrezygnować z pracy w szpitalu, aby się opiekować mężem, który nigdy nie będzie na tyle sprawny, aby żyć samodzielnie.  Narzeczeni jednak wiedzieli, że prawdziwa miłość wymaga ofiary. I tylko taka miłość może dać człowiekowi prawdziwe szczęście. Oboje doświadczyli tego w swoim życiu; Mabel, gdy opuszczała wygodny dom rodzinny i Will, gdy pośród rozrywających się pocisków szedł, aby ratować rannego kolegę. Mając takie doświadczenie nie mieli wątpliwości, że będą szczęśliwi w małżeństwie. Ofiarna miłość będzie źródłem prawdziwego szczęścia.

Takie i tym podobne przykłady miłości są inspirujące i pociągające, ale przykład Jezusa jest nieskończenie czymś więcej. Chrystus z miłości do nas nie tylko oddał swoje życie na krzyżu, ale daje nam realną moc miłości heroicznej posuniętej aż do miłowania naszych nieprzyjaciół. Warunkiem otrzymania tej łaski jest trwanie w Chrystusie, które wyraża się zachowaniem jego przykazań.  To trwanie staje się źródłem radości: „To wam powiedziałem, aby radość moja w was była i aby radość wasza była pełna”. Tak często brakuje nam pełni radości, która wypełniła by całą naszą istotę. Doświadczamy radości niepełnej, powierzchownej, która umiera w nas gdy cichnie krzykliwa muzyka, alkohol wyparowuje z głowy, milkną kabaretowe żarty  a wystrzałowe towarzystwo wraca do domu. Radość, o której mówi Jezus jest pełna i doskonała i jest owocem serca, w którym przez miłość jest obecny sam Bóg. Tej miłości możemy być pewni, bo Bóg pierwszy nas umiłował, to On pierwszy wyciągnął do nas kochającą dłoń. Potwierdził tę miłość najbardziej przekonywującym dowodem jakim jest krzyż na Golgocie. „W tym przejawia się miłość, że nie my umiłowaliśmy Boga, ale że On sam nas umiłował i posłał Syna swojego jako ofiarę przebłagalną za nasze grzechy”. Zaufanie takiej miłości daje poczucie bezpieczeństwa i wewnętrznego pokoju. Jak małe dziecko jesteśmy w ręku kochającego Ojca.  Aby lepiej zrozumieć tę prawdę wspomnijmy chwile, gdy wtuleni w ramiona ojca czuliśmy bezpieczeństwo i pokój, radość i szczęście, które uchylały przed nami skrawek nieba na ziemi (z książki W poszukiwaniu mądrości życia).

 

 

ŚWIĘTY GABRIEL

Szukamy radości na różnych drogach i na różne sposoby. Nieraz w tych poszukiwaniach błądzimy. Iluż to ludzi uległo złudnej radości, którą niesie narkotyk, alkohol, przyjemności nieliczące się z Bogiem i bliźnimi, władza lub pieniądze zdobyte za wszelką cenę. Słowa o radości możemy znaleźć w Piśmie świętym. Chrystus w zacytowanym na wstępie fragmencie Ewangelii mówi: „aby radość wasza była pełna”. Na pełnię radości składa się nie tylko intensywność jej przeżywania, ale przede wszystkim jej trwałość. Prawie na każdej radości kładzie się cieniem świadomość, że jutro już jej nie będzie. Biblia mówi o radości, która trwa wiecznie. Chrystus zaś ukazuje źródło takiej radości, a jest nim zachowanie Jego przykazań i trwanie w Jego miłości. Życie świętych jest wymownym przykładem takiej radości, której nie są w stanie zburzyć różnego rodzaju przeciwności życiowe. Tę prawdę wyraża francuskie przysłowie, że smutny święty, to żaden święty. Popatrzmy jak święty Franciszek, który bardziej znany jest pod imieniem zakonnym Gabriel od Matki Bożej Bolesnej budował swój wewnętrzny pokój i radość na chrystusowym fundamencie. Święty potrafił łączyć radość życia z umartwieniem i pokutą. Włosi nazywają Gabriela świętym uśmiechu.

Franciszek Possenti przyszedł na świat 1 marca 1838 roku w Asyżu. Na chrzcie otrzymał imię swego słynnego ziomka, który urodził się w tym mieście kilkaset lat wcześniej. Ojciec Świętego był gubernatorem tego miasta i okolic z ramienia Stolicy Apostolskiej. Jako urzędnik często zmieniał miejsca zamieszkania, aż w roku 1856 osiadł na stałe w Spoleto, pracując jako doradca prawny przy Delegaturze Apostolskiej. Matka Franciszka zmarła, gdy miał on 4 lata. W pamięci chłopca zostało mgliste wspomnienie mamy, realny zaś był ból braku matczynej miłości. Wychowaniem dzieci zajął się ojciec. Franciszek pierwsze nauki pobierał u Braci Szkół Chrześcijańskich w Spoleto. A gdy miał 12 lat został posłany do Kolegium Jezuitów. Należał do najlepszych uczniów. Nauczyciele lubili go i byli z niego dumni.

Franciszek wyrósł na bardzo przystojnego młodzieńca. Był błyskotliwy, dowcipny, ochotny do zabawy, świetnie tańczył. Był mile widziany w najznakomitszych domach. Pełnymi garściami czerpał z uroków życia. Mimo, że to wszystko mieściło się granicach norm moralnych, to jednak o tym życiu po latach powie, że było ono płytkie i bezmyślne i bardzo żałował, że zmarnował tyle czasu i możliwości. Mówił: „Jak mogłem być tak zaślepiony? Jak mogłem marnować czas?” Jego brat Henryk powiedział o nim: „Chociaż Franek lubił błyszczeć w towarzystwie, to jednak zawsze zachowywał tę skromność i umiar, których nauczył się od naszych rodziców”. A jego siostra Teresa dodaje: „Od najmłodszych lat szkolnych przejawiał szczególne nabożeństwo do Matki Bożej. Nigdy nie opuścił różańca, który wszyscy w domu odmawialiśmy co wieczór”.

Święty obdarzony tyloma walorami wewnętrznymi i zewnętrznymi na różne sposoby był kuszony przez świat. Jednak coraz częściej i mocniej odzywał się w nim głos, że droga, którą idzie jest ryzykowna. Coraz mocnej odczuwał w sobie powołanie zakonne. W ten okres wpisuje się tragiczne wydarzenie. Otóż, w roku 1855 w Spoleto wybuchła epidemia cholery. Jedną z pierwszych ofiar tej epidemii była jego 26 letnia siostra Maria Ludwika. To ona po śmierci matki była dla małego Franciszka wsparciem, w niej odnajdywał i doświadczał miłości matczynej. A teraz wiedział, że najserdeczniejsza miłość, jaka ich oboje dotąd łączyła, minęła bezpowrotnie. Przytłoczony bólem długo klęczał przy trumnie siostry, po czym wrócił do swojego pokoju i padł na kolana przed ołtarzykiem, który sam wcześniej urządził. I tam przed figurką Matki Bożej trzymającej na rękach martwe ciało swego Syna, błagał: „Matko jedyna nie odstępuj ode mnie. Pomóż! Nie pozostał mi już nikt, prócz Ciebie. Wskaż mi drogę; powiedz, co mam czynić!”. I wtedy, jakby w odpowiedzi powróciły do niego słowa św. Jana: „Napisałem do was, młodzi, że jesteście mocni… Nie miłujcie świata ani tego, co jest na świecie”.

W czasie epidemii tłumy wiernych dniem i nocą trwały w katedrze na modlitwie przed cudownym obrazem Matki Bożej. Gdy epidemia ustala, wierni szli w radosnej procesji ulicami miasta, niosąc cudowny obraz Matki Bożej. Franciszek padł na kolana przed obrazem i błagał Matkę Bożą o macierzyńską pomoc i opiekę. I nagle doznał olśnienia. Maryja z obrazu zwróciła na niego oczy pełne litości i współczucia, a w duszy usłyszał jej głos: „Franciszku, co tu jeszcze robisz? Twoje miejsce jest w klasztorze!”. Franciszek wybuchł radosnym płaczem. Za miłość matczyną i matczyne wskazanie drogi życia. Jednak ojciec Świętego, Sante Possenti, chociaż był człowiekiem głęboko religijnym, nie widział syna w zakonie. Bardzo delikatnie starał się odwieść go od tej decyzji. Upatrzył nawet dla niego kandydatkę na żonę. Była nią przyjaciółka zmarłej siostry Świętego, która było blisko Franciszka w jego najtrudniejszym momentach życia, i wtedy zawiązała się między nimi nić sympatii. Z pewnością to piękne uczucie, było zagrożeniem dla powołania zakonnego. Franciszek powie później, że gdyby jeden dzień dłużej pozostał na świecie, to mógłby rozminąć się ze swoim powołaniem.

Franciszek nie rozstawał się z myślą wstąpienia do zakonu. Pewnego wieczoru, po wspólnej modlitwie różańcowej, ze łzami w oczach poprosił ojca o pozwolenie na wstąpienie do zakonu: „Ojcze nie wstanę z tego miejsca, dopóki mi ojciec nie udzieli błogosławieństwa. Nie wyjdę z tego pokoju, dopóki nie otrzymam pozwolenia!”. Ojciec odmówił, dodając jednak, że gdy przyjdzie czas udzieli takiego pozwolenia i błogosławieństwa. Liczył, że zwłoka może odmienić zamysły syna. Gdy się jednak przekonał, że syn niezmiennie trwa w swym postanowieniu, dał za wygraną. W roku 1856 Franciszek z licznymi wyróżnieniami i nagrodami ukończył Kolegium Jezuickie. Wspominając zakończenie roku, jeden z kolegów Franciszka tak napisał o nim: „Umyślnie tego wieczoru tak się popisywał i olśniewał i umyślnie tak się wystroił według ostatniej mody, aby pokazać obecnym, z jakim gestem odrzuca wszystko”.

Niebawem, po zakończeniu roku, w towarzystwie starszego brata, dominikanina, o. Alojzego, Franciszek wyjechał do domu nowicjatu Pasjonistów w Morrovalle. Z klasztoru pisał do ojca: „Nadszedł nareszcie upragniony dzień. Długi czas Bóg wszechmocny czekał na mnie, a ja, niewdzięcznik, pozostawałem głuchy na jego wołanie, bawiłem się i dalej obrażałem Go w świecie. Jednak nieskończone miłosierdzie Boże obróciło wszystko ku dobremu. Dziś, w święto Najświętszej Maryi Panny Bolesnej, naszej Matki i Orędowniczki, zostałem ku memu nieopisanemu szczęściu przyobleczony w habit zakonny, przybierając imię Gabriela od Matki Boskiej Bolesnej”. Gabriel wypłynął na głębokie wody życia duchowego, modlitwy, zawierzenia Bogu i Matce Bożej, praktyk pokutnych i surowej ascezy. Była to asceza, przez którą promieniowała radość. W życiorysie św. Gabriela wydanym przez Księży Jezuitów czytamy: „Istnieje pewien zimny, surowy ascetyzm, obdarty z humanizmu, ale tacy asceci nie bywają prawie nigdy kanonizowani. Istnieje natomiast inny ascetyzm, posuwający się nieraz nawet do skrajnych ostrości, ale prześwietlony, rozpromieniony, porywający bogactwem ludzkiej osobowości, która urzeka”.

Gabriel zachowywał radość i pogodę ducha, nawet wtedy, gdy gruźlica wyniszczyła jego organizm. Lekarz nie ukrywając podziwu i wzruszenia powiedział: „Cóż to za wspaniały zakonnik! Żeby tak cierpliwie znosić tyle bólu!”. Inny świadek dodał: „Gabriel z takim powodzeniem pokonywał ból i niewygody, że uśmiech nigdy nie schodził z jego twarzy, która wręcz promieniała radością”. Rozpoczęła się agonia. Święty przyjął wiatyk. Cały czas trzymał w rękach obrazek Jezusa Ukrzyżowanego z postacią Matki Bolesnej. Nagle przycisnął mocno obrazek do serca i wznosząc oczy do nieba powiedział: „Matko najmilsza! Błagam, pośpiesz się, przyjdź!”. Po czym otworzył szeroko oczy i z uśmiechem wpatrywał się w jakiś punkt, po lewej stronie łóżka. Świadkowie mówią, że bił od niego blask takiej radości, jak gdyby rozchodziły się od niego promienie jakiegoś nieziemskiego światła, które w nim nagle zapłonęło. Jeszcze raz, trzymając mocno obrazek w rękach podniósł się i opadł na poduszki, oddając Bogu swego ducha. Był to czwartek, 27 lutego 1862 roku, dwa dni przed jego 24 urodzinami (z książki Wypłynęli na głębię).

 

 

W MIŁOŚCI PRAWDZIWEGO BOGA

Na różne sposoby Bóg daje się nam poznać. Święty Paweł kierując swoje słowa do pogańskich Rzymian mówił: „To bowiem, co o Bogu można poznać, jawne jest wśród nich, gdyż Bóg im to ujawnił. Albowiem od stworzenia świata niewidzialne Jego przymioty – wiekuista Jego potęga oraz bóstwo – stają się widzialne dla umysłu przez Jego dzieła”. A zatem przez dzieła stworzenia możemy poznać ich Stwórcę. Św. Augustyn ujmuje te prawdę innymi słowami: „Zapytaj piękno ziemi, morza, powietrza, które rozprzestrzenia się i rozprasza; zapytaj piękno nieba… zapytaj wszystko, co istnieje. Wszystko odpowie ci: Spójrz i zauważ, jakie to piękne. Piękno tego, co istnieje, jest jakby wyznaniem. Kto uczynił całe to piękno poddane zmianom, jeśli nie Piękny, nie podlegający żadnej zmianie?” Bóg wyposażył człowieka w zdolność poznania swego Stwórcy. W Katechizmie Kościoła Katolickiego czytamy: „Człowiek: zadaje sobie pytanie o istnienie Boga swoją otwartością na prawdę i piękno, swoim zmysłem moralnym, swoją wolnością i głosem sumienia, swoim dążeniem do nieskończoności i szczęścia. W tej wielorakiej otwartości dostrzega znaki swojej duchowej duszy. ‘Zalążek wieczności, który w sobie nosi, nie może być sprowadzany do samej tylko materii’ – jego dusza może mieć początek tylko w Bogu. Święta Matka Kościół utrzymuje i naucza, że naturalnym światłem rozumu ludzkiego można z rzeczy stworzonych w sposób pewny poznać Boga, początek i cel wszystkich rzeczy. Bez tej zdolności człowiek nie mógłby przyjąć Objawienia Bożego. Człowiek posiada tę zdolność, ponieważ jest stworzony ‘na obraz Boży’”. Nasze możliwości naturalne poznania Boga są ograniczone. W Katechizmie czytamy: „Z tego powodu człowiek potrzebuje światła Objawienia Bożego nie tylko wtedy, gdy chodzi o to, co przekracza możliwości jego zrozumienia, lecz także, ‘by nawet prawdy religijne i moralne, które same przez się nie są niedostępne rozumowi, w obecnym stanie rodzaju ludzkiego mogły być poznane przez wszystkich w sposób łatwy, z zupełną pewnością i bez domieszki błędu”.

Objawienie Boże zawarte w Biblii ukazuje drogi prowadzące do coraz pełniejszego spotkania, poznania Boga. Św. Jan Apostoł w zacytowanym na wstępie Liście pisze: „Kto nie miłuje, nie zna Boga, bo Bóg jest miłością”. A zatem miłość jest najważniejszą drogą poznania Boga. Na nic się zdadzą recytowanie z pamięci wersety Biblii, bicie pokłonów do ziemi, jeśli nie będzie temu towarzyszyć miłość. W ostatnich miesiącach widzimy jak islamiści z Państwa Islamskiego bluźnią Bogu, mordując w Jego imię tysiące niewinnych ludzi. Nie tak dawno byliśmy świadkami potwornej zbrodni w imię wymyślonego przez islamistów boga. Widzieliśmy jak zamaskowani zbrodniarze w czarnych chałatach wyprowadzili na plażę 40 chrześcijan i tam ich bestialsko zamordowali. Tam nie było miłości, tylko skondensowana nienawiść całego piekła. Oni nie mają oni miłości w sobie i dlatego nie znają prawdziwego Boga. Bóg jest ojcem wszystkich ludzi. Czy można sobie wyobrazić dobrego ojca, który raduje się, gdy jego dzieci wzajemnie się wyżynają. Kto nie ma miłości w sobie nie zna prawdziwego Boga. A nieprawość jaką czyni nie pochodzi od Boga, ale szatana.

W ostatnich dnia mogliśmy zapoznać się z dramatycznym przesłaniem Chrześcijan do Islamistów. Wstrząsający film przygotowała chrześcijańska organizacja MIGHTY z Los Angeles, która zajmuje się działalnością misyjną poprzez media elektroniczne. Jej członkowie nazywają siebie misjonarzami medialnymi. Oto tekst tego przesłania: „List od Ludu Krzyża do Państwa Islamskiego. Świat o was mówi. Wasze apokaliptyczne marzenia i spektakularne grzechy wytrącają ze snu Bliski Wschód. W waszej świętej wojnie, przybądźcie na świętą ziemię. Przybądźcie dzieci Abrahama, przybądźcie. Lud Krzyża gromadzi się u waszych bram z Przesłaniem. Miłość podąża za wami, niczym podmuch wiatru nad Pacyfikiem. Od wzniesień Góry Oliwnej po piaskowe wichry Jordanu. Od cedrów Libanu po jedwabne wschodnie szlaki. Przybywa armia bez czołgów i zbrojnych. Armia męczenników, niosących przesłanie życia aż do śmierci. Lud Krzyża przybywa by zginąć u waszych bram. Jeśli nie usłyszycie naszych słów damy wam przykład życia na kolanach. Za każde poderżnięte gardło i każdą zgwałconą kobietę. Za każdego spalonego człowieka i każde dziecko obrócone w pył. Krew jest na twoich dłoniach, bracie. Lecz przybądźcie bracia, przybądźcie. Przybądźcie z rękami we krwi. Przybądźcie z oczami wypełnionymi mordem na Ludziach Krzyża. Przybądźcie i odłóżcie karabiny. Noże złóżcie i stóp Krzyża. Miłość, która przynagla i pochłania przepływa przez wasze miasta. Choć wasze grzechy są niczym szkarłat nad śnieg mogą stać się bielsze. Choć nazywacie siebie sługami, On uczyni was synami. Gdzie ujdziecie przed Jego miłością? Nawet ciemność was nie zakryje. Przybądźcie bracia, przybądźcie. Już słychać szum gwałtownej ulewy, która zmyje wasze grzechy i opatrzy każdą ranę. Giniecie dla waszego boga, nasz Bóg zginął za nas. Król królów stał się ofiarnym barankiem, zabitym na ołtarzu przygotowanym dla nas. Jezus Chrystus, Isa Al, Masih wędruje przez Bliski Wschód. Jest dziś przebaczenie, mój bracie. Jesteśmy tacy sami. Bez Chrystusa nie jesteśmy lepsi niż najgorszy dżihadysta. Chrystus został raz ukrzyżowany za wszystkich, aby uczynić braćmi grzeszników takich jak ja i ty. Nawet ciebie. Nawet dziś”.

Orędzie miłości było zawsze zasadniczym przesłaniem Kościoła, chociaż w jego historii miały miejsce grzechy przeciw tej miłości, ale to nie one wyznaczały zasadniczy kierunek „Ludu Krzyża”. Pierwsze czytanie z Dziejów Apostolskich opowiada o przyjęciu Chrystusa przez poganina Korneliusza z Cezarei i jego rodzinę. Bóg dostrzegł  szlachetne serce Korneliusza oraz usłyszał jego modlitwę i posłał do niego św. Piotra. Było to dla św. Piotra nie lada wezwanie, który będąc Żydem niechętnie był nastawiony do pogańskich narodów, nie utrzymywał z nimi kontaktów, nie przebywał pod jednym dachem, nie zasiadał przy jednym stole. Bóg pomógł jednak Piotrowi w przezwyciężeniu tych uprzedzeń przez wizję, w której Apostoł zobaczył spływające z nieba płótno, na którym były różne zwierzęta i usłyszał głos nakazujący mu zabijanie ich i spożywanie. Piotr wzbrania się przed tym, bo były tam także, według prawa żydowskiego zwierzęta nieczyste. Na co usłyszał głos: „Co Bóg oczyścił ty nie miej za skalane”. Bóg uzmysłowił, że Kościół Chrystusowy jest otwarty dla wszystkich ludzi, a redzie zbawienie skierowane jest do każdego człowieka i każdy może dostąpić łaski spotkania z Bogiem, łaski nieba.

W czasie spotkania św. Piotra z Korneliuszem i jego rodzina ukazała się moc Ducha św. i spłynęła na całą rodzinę łaską chrztu świętego. Po tym doświadczeniu Piotr wyznał: „Przekonuję się, że Bóg naprawdę nie ma względu na osoby. Ale w każdym narodzie miły jest Mu ten, kto się Go boi i postępuje sprawiedliwie”. Bogu miły jest ten, kto, kto przyjmuje i postępuje według słów Jezusa z dzisiejszej Ewangelii: „Wytrwajcie w miłości mojej! Jeśli będziecie zachowywać moje przykazania, będziecie trwać w miłości mojej, tak jak Ja zachowałem przykazania Ojca mego i trwam w Jego miłości. To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem. Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich” (Kurier Plus, 2014 r).

 

 

ZNAK PRZYNALEŻNOŚCI DO CHRYSTUSA

Zapewne wielu z nas pamięta z Polski barwne uroczystości odpustowe. Ludowe stroje, mundury poszczególnych organizacji i grup parafialnych nie tylko dodawały kolorytu tym uroczystościom, ale mówiły o przynależności do poszczególnych organizacji. Przy ołtarzu było nie mniej kolorowo. To czego nie przykryły ornaty jednego koloru, było purpurą, fioletem, czerwienią, zlotem prałatur, kanonii i wielu innych godności, mówiąc o miejscu i przynależności osób przybranych tymi kolorami. To wszystko w kościele jest potrzebne i ma sens, pod jednym warunkiem, że nie przesłania tego co najważniejsze we wspólnocie chrystusowej, nie spycha na drugi plan najważniejszego znaku przynależności do Chrystusa. O jaki znak tutaj chodzi?

Różne są znaki przez które chrześcijanie manifestują swoją przynależność do Chrystusa. Zapewne, jednym z najważniejszych jest krzyż. Ale nie zawsze jest on klarownym znakiem naszej przynależności do wspólnoty Chrystusa. Może on nieraz być wykorzystany do własnych interesów, jak to trafnie zauważył laureat nagrody Nobla w dziedzinie literatury Albert Camus: „Zbyt wielu ludzi wdrapuje się teraz na krzyż tylko po to, żeby ich można było widzieć z większej odległości, nawet jeśli w tym celu trzeba trochę podeptać Tego, który znajduje się na krzyżu od tak dawna”. Zaś na stronie internetowej Aleteia. org zamieszczono interesujące świadectwo na temat krzyża: „Nie noszę go jako ozdoby, bo to nie biżuteria. Krzyżyk na mojej szyi nie jest po to, aby dobrze wyglądał, aby przyciągał wzrok. Nie noszę go, aby się bardziej podobać sobie, czy komukolwiek innemu. Nie noszę go, aby coś zamanifestować. Krzyżyk na mojej szyi nie jest manifestacją mojej wiary ani moich poglądów. Krzyżyk na szyi jeszcze nic nie znaczy. Samo zapięcie łańcuszka nie oznacza automatycznie dawania dobrego świadectwa o Tym, który na krzyżu umarł. Krzyż zdobił już wiele sztandarów, transparentów i umieszczano go na wielu godłach. Nie wszystkie wznoszono potem w dobrych celach. Już niejedna manifestacja i niejedna bitwa odbyła się pod znakiem krzyża, a nie wszystkie one miały szlachetne cel. Krzyżyk na mojej szyi równie dobrze może stać się świadectwem o Jezusie, jak i manifestacją niewiary. Zdecydują o tym moje gesty, słowa, czyny, zachowania”.

Znak krzyża staje się czytelnym znakiem przynależności do Chrystusa, gdy nasze gesty, słowa, czyny i zachowania wskazują na Chrystusa, który z miłości do nas umarł na krzyżu. Cyceron, rzymski filozof napisał: „Dwie rzeczy pozwalają nam poznać człowieka kochającego: obdarowanie osoby umiłowanej i cierpienie dla niej”. Bóg obdarował nas wieloma darami, ale jak pisze św. Piotr Chryzolog to było za mało: „Bóg uważał za niewystarczające dla Jego miłości, dlatego wynalazł sposób ukazania mu, jak bardzo go miłuje, poprzez cierpienie i śmierć, i przyjmując ludzkie ciało okazał nam w ten sposób swoją największa miłość w Chrystusie”. Na pytanie, czy konieczna była śmierć na krzyżu św. Piotr Chryzolog odpowiada: „Owszem, wystarczała wprawdzie jedna modlitwa Jezusa, byśmy zostali odkupieni, ale nie wystarczyła, aby ukazać nam miłość, jaką ten Bóg nam przynosi”.

Krzyż jest znakiem największej Miłości, a zatem jeśli ma być znakiem naszej przynależności do Chrystusa, to musi się on wyrażać miłość w naszym codziennym życiu. Możemy zatem powiedzieć, że znakiem naszej przynależności do Chrystusa, do Kościoła jest miłość. Św. Jan w swoim liście pisze: „Umiłowani, miłujmy się wzajemnie, ponieważ miłość jest z Boga, a każdy, kto miłuje, narodził się z Boga i zna Boga. Kto nie miłuje, nie zna Boga, bo Bóg jest miłością”. W tym samym liście pisze: „Dzieci, nie miłujmy słowem i językiem, ale czynem i prawdą”. Słowa miłości są bardzo ważne, ale za nimi muszą iść czyny. W Ewangelii na dzisiejszą niedzielę czytamy: „Jak mnie umiłował Ojciec, tak i Ja was umiłowałem. Trwajcie w miłości mojej. Jeśli będziecie zachowywać moje przykazania, będziecie trwać w miłości mojej, tak jak Ja zachowałem przykazania Ojca mego i trwam w Jego miłości”.

Jeśli za słowem miłości nie idzie czyn miłości, to wtedy jesteśmy podobni do młodzieńca z poniższej anegdoty. Młody Romeo napisał piękny list miłosny do swojej wybranki serca. W podniosłych słowach wyznaje: „Droga Julio, mogę zrobić wszystko, aby udowodnić moją miłość do ciebie, mogę wspiąć się na najwyższą górę… przepłynąć siedem mórz… walczyć z najbardziej okrutnym lwem w dżungli… przemierzyć bezkresną pustynię, aby spojrzeć ci w oczy… Twój zawsze kochający Romeo”. Na końcu dopisał P.S. „Jeśli nie będzie padać, to cię odwiedzę w niedzielę”. W słowach tego młodzieńca miłość jest szaleńcza i ogromna. Deklaruje ją w dramatyczny sposób, ale gdy przychodzi ją zrealizować w zwykłych codziennych warunkach mówi: „Jeśli nie będzie padać, to cię odwiedzę w niedzielę”.

Prawdziwa miłość nie musi być krzykliwa i wyznawana w ostentacyjny sposób. Najczęściej jest cicha i dyskretna, wyrażająca się w czynie, jak w tej historii. Młoda kobieta weszła do sklepu z tkaninami i zapytała sprzedawcę, czy ma biały, szeleszczący materiał. Sprzedawca odnalazł żądaną tkaninę i w czasie krojenia jej zgodnie z żądaniem klientki, z ciekawości zapytał, dlaczego szuka ona tak hałaśliwego materiału. Młoda kobieta odpowiedziała: „Wybrałam ten materiał na suknię ślubną, bo mój narzeczony jest niewidomy. Kiedy będzie czekał na mnie w kościele, chciałabym, aby usłyszał, kiedy dojdę do ołtarza, co go uchroni przed zawstydzającym zaskoczeniem”. Podobnych przykładów dyskretnej miłości moglibyśmy znaleźć wiele w naszym życiu i są to prawdziwe perełki naszego życia, które są ważniejsze niż krzykliwe wyznania miłości, jak to miało miejsce przy drodze między Kaliszem a Nowymi Skalmierzycami, gdzie zakochany chłopak na wielkim billboardzie umieścił napis: „Kocham Cię Michał”. Jest to piękne, romantyczne, ale nie koniecznie musi przekładać się na prawdziwą miłość.

Każda forma miłości, jeśli jest zakotwiczona w miłości Boga nabiera stabilności i wiecznego trwania. Chrystus mówi: „Trwajcie w miłości mojej!” Trwanie w miłości Chrystusowej, to zachowanie Jego przykazań: „Jeśli będziecie zachowywać moje przykazania, będziecie trwać w miłości mojej, tak jak Ja zachowałem przykazania Ojca mego i trwam w Jego miłości”. Bardzo często miłość jest postrzegana jako jedno przykazanie wśród wielu innych. Święty Jan w czytaniach na dzisiejszą niedzielę uczy nas, że miłość to nie tylko najważniejsze, ale jedyne przykazanie, którego zachowanie jest wypełnieniem wszystkich innych bożych przykazań. Co więcej, miłość jest nie tylko przykazaniem, ale samym Bogiem: „Kto nie miłuje, nie zna Boga, bo Bóg jest miłością”. A zatem, jeśli nie ma w nas miłości, to nie znamy Boga, a jak Go nie znamy, to wszelkie symbole, znaki naszej wiary są puste i nie są czytelnym znakiem obecności miłującego Boga wśród nas (Kurier Plus, 2018).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *