10 Maj

7 niedziela wielkanocna- Wniebowstąpienie Rok B

 

 

W DRODZE DO NIEBA

Jezus ukazawszy się Jedenastu powiedział do nich: „Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu. Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony; a kto nie uwierzy, będzie potępiony. Tym zaś, którzy uwierzą, te znaki towarzyszyć będą: W imię moje złe duchy będą wyrzucać, nowymi językami mówić będą; węże brać będą do rąk i jeśliby co zatrutego wypili, nie będzie im szkodzić. Na chorych ręce kłaść będą i ci odzyskają zdrowie”.  Po rozmowie z nimi Pan Jezus został wzięty do nieba i zasiadł po prawicy Boga. Oni zaś poszli i głosili Ewangelię wszędzie, a Pan współdziałał z nimi i potwierdzał naukę znakami, które jej towarzyszyły (Mk 16,15-20).

Chiapas jest jednym z najbiedniejszych regionów Meksyku. Górzyste tereny o tropikalnym klimacie są zamieszkałe przez liczne, różnojęzyczne plemiona. Jedno z tym z nich Chamula zamieszkuje wioskę San Juan Chamula. Członkowie plemienia uprawiają kukurydze, sprzedają drzewo na opał, kupując za to najpotrzebniejsze produkty potrzebne do życia. Większość z nich hoduje bydło, które dostarcza mleka i mięsa. Niespotykana bieda, przemoc i brutalność w życiu społecznym i rodzinnym oraz nieufność do obcych sprawiły, że ta miejscowość była prawie całkowicie zamknięta dla ludzi z zewnątrz.

Wiele lat temu przybyli do tej okolicy misjonarze chrześcijańscy. Plemię Chamula odniosło się do nich wrogo i podejrzliwie. Nie zraziło to jednak misjonarzy. Postanowili oni nie ingerować w życie wspólnoty indiańskiej. Zamieszkali poza indiańską wioską, starając się żyć według zasad Ewangelii. Indianie z ciekawością obserwowali życie chrześcijańskiej wspólnoty; zdobywanie żywności, odnoszenie się wzajemne do siebie, wychowanie dzieci. Powoli misjonarze zdobywali zaufanie Indian. Niektórzy z nich nawiązali kontakt z misjonarzami, którzy z kolei zaczęli głosić im naukę o Chrystusie, o zbawieniu, o Dobrej Nowinie.

Misjonarze przez swoje postępowanie zaczęli wywierać coraz większy wpływ na członków plemienia Chamula. Wielu Indian porzuciło pogański styl życia i przyjęło Chrystusa. I tak powstała niewielka wspólnota kościoła, której członkami byli Indianie. Nawróceni Indianie budowali wspólnotę według ewangelicznej nauki, opartej na wzajemnym zrozumieniu, poszanowaniu i miłości. Zaczęli także krytycznie odnosić się do brutalności i przemocy panującej w stosunkach plemiennych, rodzinnych. Taka postawa spotkała się ze sprzeciwem, tych którzy nadal nieufnie i wrogo odnosili się do misjonarzy. Wzmogło się prześladowanie nowych wyznawców, spalono ich domy, wybito ich stada bydła, zniszczono ich zasiewy. Wielu z nich zamordowano.

Niektórzy z nowo nawróconych nie wytrzymali prześladowania i wyrzekli się Chrystusa, zaś większość pozostała wierna do końca, i to właśnie oni wybudowali nową wioskę pod drugiej stronie miasta San Cristobal de las Casas, nadając jej nazwę Nowa Nadzieja (Constance Berg: Tales for Pulpit). Chrystus był dla nich nadzieją w doczesności i wieczności. Mając na uwadze tę nadzieje zbudowali wspólnotę, która różniła się zasadniczo od tej, którą opuścili. Więcej było w niej wzajemnej miłości, zgody, życzliwości, wrażliwości na potrzeby bliźniego. Moc Chrystusa przemieniając ich doczesność otwierała przed nimi perspektywę wieczności.

Chrystus przez swoje przyjście na ziemię i zmartwychwstanie przynosi niepowtarzalną w dziejach ludzkości nadzieję, o której św. Paweł w liście do Efezjan pisze: „Bracia: Bóg Pana naszego Jezusa Chrystusa, Ojciec chwały, dał wam ducha mądrości i objawienia w głębszym poznawaniu Jego samego, to znaczy światłe oczy dla waszego serca, tak byście widzieli, czym jest nadzieja waszego powołania, czym bogactwo chwały Jego dziedzictwa wśród świętych i czym przemożny ogrom Jego mocy względem nas wierzących na podstawie działania Jego potęgi i siły, z jaką dokonał w Chrystusie, gdy wskrzesił Go z martwych i posadził po swojej prawicy na wyżynach niebieskich”. Tę tajemnice w sposób szczególny uświadamiamy sobie w uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego. Wydarzenie to zamyka w pewnym sensie okres ziemskiej działalności Chrystusa. W widzialny sposób Chrystus wstępuje do nieba, jednak w tajemniczy sposób pozostaje na ziemi, wśród nas, którzy jesteśmy w drodze ku wiecznej ojczyźnie. Upewniają nas w tym słowa wypowiedziane przez Chrystusa przed swoim wniebowstąpieniem: „Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata” (Mt 28,20). Na drodze ku wieczności Chrystus jest dla nas mocą, mądrością i pokarmem.

Rzeczywistość nieba realizuje się w naszym życiu na drodze wiary w Chrystusa. Mówią o tym słowa zacytowane na wstępie Ewangelii: „Kto uwierzy i przyjmie chrzest będzie zbawiony; a kto nie uwierzy, będzie potępiony”. Uwierzyć, to przemieniać swoją codzienność na miarę bożych przykazań. Tak przemieniony człowiek staje się otwartą księgą Ewangelii, która innym przybliża Boga. I w ten sposób wypełniamy wymaganie wiary skierowane do uczniów przed wniebowstąpieniem: „Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu!”. Taką otwartą księgą Ewangelii było życie misjonarzy, którzy przybyli do plemienia indiańskiego Chamula.

Najpiękniej głoszone słowa Ewangelii mogą okazać się bezskuteczne, gdy zabraknie oparcia w działaniu. Ilustracją tej bezskuteczności jest poniższa historia. Krzysztof mówił o sobie, że jest praktykującym katolikiem. Mieszkał w wygodnym domu w dobrej dzielnicy. Dopisywało mu zdrowie, miał dobrą pracę, jednym słowem był zadowolony z życia. Koncentrując się na własnych sprawach nie interesował się zbytnio problemami bliźnich, chociaż nie mógł przejść obojętnie obok swego sąsiada, który nie ukrywał swego ateizmu. Krzysztof poczuł wewnętrzne zobowiązanie do nawrócenia go, ale nie wiedział, jak to zrobić. Rozmawiał z sąsiadem wiele razy, ale nigdy nie zeszli na temat wiary, gdyż Krzysztof czuł, że jest to sprawa zbyt delikatna i trzeba poczekać na jakąś specjalną okazję. Pewnego dnia przyszła mu do głowy myśl, że sąsiad na pewno by uwierzył, gdyby przeczytał Ewangelię. To niemożliwe, aby tak wzniosła nauka Ewangelii nie poruszyła go. Ale jak podsunąć sąsiadowi do przeczytania Ewangelię. Nie miał odwagi zastukać do drzwi i wręczyć mu Pismo Święte. Postanowił, zatem wysłać je anonimowo pocztą.

Po nadaniu przesyłki czekał z niecierpliwością, co się stanie. Dni mijały, a sąsiad zachowywał się jakby nic się nie stało. Dwa tygodnie później żona Krzysztofa odwiedziła sąsiada i zobaczyła w śmietniku wysłany egzemplarz Ewangelii. Gdy wróciła do domu powiedziała: „Ewangelia, którą posłałeś do sąsiada jest w śmietniku”. Krzysztof był oburzony. To nie w porządku, aby Ewangelię wrzucić do takiego miejsca. Poszedł do sąsiada, wziął Ewangelię ze śmietnika i zastukał do drzwi. „Mam nadzieję, że nie przeszkadzam- powiedział- Sprowadza mnie tutaj znaleziony na śmietniku egzemplarz Ewangelii. Sądzę, że gdybyś przeczytał ją, to mógłbyś odnaleźć Boga”. „Ja czytałem ją- odpowiada sąsiad- Czytałem ją każdego dnia”. „Nie rozumiem nic z tego” – powiedział zaskoczony Krzysztof. „Ty jesteś chrześcijaninem, nieprawdaż?” „Tak jestem” – odpowiedział zaskoczony Krzysztof. „No dobrze, ja czytałem bardzo uważnie twoje życie każdego dnia przez ostatnie dziesięć lat” – zakończył rozmowę sąsiad. Bezsilne są słowa wiary, gdy nasze życie nie jest otwartą księgą Ewangelii.

Nasza wiara bardzo często rodziła się, gdy byli przy nas ludzie, których życie było otwartą księgą Ewangelii. Zapewne wśród nich są nasi rodzice. Tyle mamy o nich wspaniałych wspomnień. Pierwszy znak krzyża na naszym czole i później ich odejście do wieczności, które jeszcze bardziej otwierało nas na rzeczywistość nieba, którą Chrystus wskazuje nam w tajemnicy swego wniebowstąpienia (z książki Nie ma innej Ziemi Obiecanej).

 

 

PRZEZWYCIĘŻENIE ZŁA

Już nie jestem na świecie, ale oni są jeszcze na świecie, a Ja idę do Ciebie. Ojcze Święty, zachowaj ich w Twoim imieniu, które Mi dałeś, aby tak jak My stanowili jedno. Dopóki z nimi byłem, zachowywałem ich w Twoim imieniu, które Mi dałeś, i ustrzegłem ich, a nikt z nich nie zginął z wyjątkiem syna zatracenia, aby się wypełniło Pismo. Ale teraz idę do Ciebie i tak mówię, będąc jeszcze na świecie, aby moją radość mieli w sobie w całej pełni. Ja im przekazałem Twoje słowo, a świat ich znienawidził za to, że nie są ze świata, jak i Ja nie jestem ze świata. Nie proszę, abyś ich zabrał ze świata, ale byś ich ustrzegł od złego. Oni nie są ze świata, jak i Ja nie jestem ze świata. Uświęć ich w prawdzie. Słowo Twoje jest prawdą (J 17, 11-17).

W czasie Ostatniej Wieczerzy Jezus świadom, że zbliża się czas Jego męki i śmierci modlił się za swoich uczniów. Jest ona pewnego rodzaju testamentem. Bardzo poważnie traktujemy ostatnie słowa umierających skierowane do nas. Pamiętamy je do końca życia. Stają się one dla nas zobowiązaniem. Tak też i słowa Chrystusa, tylko w stopniu boskiej doskonałości i nieskończoności stają się dla nas bardzo ważnym życiowym przesłaniem.

W tej arcykapłańskiej modlitwie Chrystus prosi Ojca, aby Jego uczniowie byli wierni Bogu, aby stanowili między sobą jedno, tak jak On stanowi jedno ze swoim Ojcem, aby zachowali prawdę nauki przez Boga objawionej, aby mieli pełną radość, aby mieli siłę do przezwyciężania zła. Nie modli się, aby Bóg uchronił uczniów przed życiowymi trudnościami, ale żeby mieli moc ich przezwyciężania. Z historii wiemy, że tej mocy uczniom Chrystusa nie zabrakło. W imię swego Mistrza, z radosnymi hymnami na ustach szli na tortury i na pewną śmierć. Od samych początków uczniowie Chrystusa spotykali się z wrogością. Chrystus mówi, dlaczego: „…a świat ich znienawidził za to, że nie są ze świata, jak i Ja nie jestem ze świata.” W powyższym kontekście słowo „świat” oznacza ludzi, którzy chcą budować świat według własnego pomysłu, nieraz z pominięciem Boga.

Pierwsze prześladowania chrześcijan przyszły ze strony przedstawicieli Synagogi, bo mieli oni inne wyobrażenie Mesjasza niż Chrystus. Jak na ironię, prawo późniejszych rzymskich prześladowców chroniło chrześcijan przed prześladowaniem Synagogi. Paweł oraz inni apostołowie i uczniowie uratowali się tylko dzięki stanowczej interwencji władzy cesarskiej. Nie uratował się św. Szczepan ani Jakub syn Zebedeusza, ani Jakub „brat” Jezusa biskup Jerozolimy. Gdy w 66 roku wybuchło pierwsze powstanie żydowskie, gmina chrześcijańska, pozbawiona ochrony ze strony prawa i wojska rzymskiego uratowała się od gniewu Synagogi jedynie masową ucieczką, do Perei. W czasie drugiego powstania w 132 r. pod wodzą Bar Kochby chrześcijanie nie mieli czasu na opuszczenie miasta. Na kilka lat Rzymianie zostali przepędzeni, a Bar Kochba przywódca powstania ogłosił się Mesjaszem. Nastał bardzo ciężki okres dla chrześcijan. Urodzony w Palestynie św. Justyn pisze: „Bar Kochba poddawał chrześcijan i tylko chrześcijan, straszliwym karom, jeśli nie wyparli się i nie wyklęli Jezusa Chrystusa”. Następnie przyszły najokrutniejsze prześladowania chrześcijan przez Rzymian. A później, aż do czasów dzisiejszych powtarzały się one w różnych częściach globu i w różnej skali. Te prześladowania niosły ze sobą wiele zła, ale z drugiej strony umacniały wspólnotę kościoła. Jeden z ojców kościoła pisze: „Krew męczenników była nasieniem, z którego wyrastali nowi wyznawcy”.

Dzisiejsza nienawiść do kościoła przybrała inną formę, bardziej podstępną i „niewinną”, zmierzającą do zdyskredytowania kościoła i jego nauki. Przoduje w tym część tzw. elit kulturalnych. Zwalczają kościół, bo propaguje on inne wartości, w kontekście, których wartości tego „świata” nie wytrzymują próby. Oto niektóre formy wyrażania niechęci do kościoła tzw. elit kulturalnych.

Wyśmiewanie nauk, instytucji i praktyk katolickich. Ted Turner w jednym z programów proaborcyjnych szydził z nauki katolickiej na ten temat, nazywając papieża Jana Pawła II „polskim wykrywaczem min”. Stacja ABC w audycji, “That’s Life” pozwoliła sobie na półgodzinne kpiny z krzyża, a w dramatycznej scenie ukrzyżowania wyeksponowano prezerwatywę. Podobnie w „Condom Communion Mass” grupa homoseksualistów przebrana za zakonnice profanowała i wyszydzała Eucharystię, największą świętość katolików.

Przeciwnicy sięgają do wydarzeń historycznych, które ich zdaniem mają dyskredytować Kościół. Kennneth Woodward na łamach „Newsweeka” rozpisuje się jak wielką hańbą okrył się Kościół, a szczególnie papież Pius XII przez swe milczenie w czasie Holocaustu, pomijając przy tym, że to Kościół katolicki w czasie II wojny światowej uratował więcej Żydów niż wszystkie organizacje całego świata razem wzięte. Publicyści podobni do Woodwarda nie chcą przy tym pamiętać, że w roku 1940 Kongres amerykański odrzucił żądanie, aby otworzyć Alaskę dla uchodźców izraelskich z Niemiec, a w 1941 odrzucił mediację szwedzką w sprawie przyjęcia 20 tys. dzieci żydowskich z Europy. Nie chcą pamiętać także o tym, że władze amerykańskie odesłały z powrotem do Europy, na pewną śmierć, statek Saint Louis z 930 uchodźcami żydowskimi.

W masmediach dziennikarze, pisząc i mówiąc o ludziach, którzy się dopuścili zbrodni, przestępstwa dodają: „były ministrant”, „uczeń katolickiej szkoły”, „były ksiądz”. W jednej z polonijnych gazet ukazał się artykuł pod krzykliwym tytułem: „Katolicy i Polacy skatowali czarnego”. Katolickość i polskość do meritum sprawy w tym wypadku miały się jak pięść do nosa. Prawdopodobnie autorowi chodziło tylko o zdyskredytowanie Kościoła. Podobnie poprzez pochopne osądzanie i uogólnienie wykorzystuje się błędy duchownych. Pamiętamy może sprawę kardynała Josepha Bernardina. Oskarżono go o seksualne wykorzystywanie nieletnich. Ta wiadomość podawana była wielkimi literami na pierwszych stronach gazet. Później okazało się, że były to fałszywe posądzenia. Opublikowano w prasie przeprosiny, ale bardzo małymi literami.

To tylko nieliczne przykłady „nienawiści” do kościoła Chrystusowego. Jest to działalność niebezpieczna i z tego względu, że przybierając formę niewinności wprowadza w błąd nawet wyznawców Chrystusa. Pamiętamy bluźnierczą wystawę w muzeum brooklyńskim- obraz Matki Bożej wykonany z łajna słonia. Dyrektor muzeum twierdził, że jest to dzieło sztuki i nie ma nic w ty złego. Niektórzy katolicy zgadzali się z tą opinią. Nie wiem czy ten sam katolik zgodziłby się na portret swojej mamy wykonany tą techniką, nawet z pozostawioną mu możliwością wyboru rodzaju łajna (z książki Ku wolności).

 

 

ENERGIA MIŁOŚCI

Umiłowani, jeśli Bóg nas tak umiłował, to i my powinniśmy miłować się wzajemnie. Nikt dotąd Boga nie oglądał. Jeżeli miłujemy się wzajemnie, Bóg trwa w nas i miłość ku niemu jest doskonała” (1 J 4, 11-12).

Przed kilku laty „Reader’s Digest” opublikował historię kalekiego chłopca, który urodził się z głębokim upośledzeniem umysłowym. Nie reagował ani na głos, ani na dotyk. Jego życie niewiele różniło się od życia roślin. Rodzice zostawili go w szpitalu. Lekarze też nie bardzo wiedzieli, co zrobić z nieuleczalnie chorym dzieckiem. Jeden z nich przypomniał sobie 52- letnią pielęgniarkę May Lempke, która mieszkała w pobliżu szpitala. Wychowała ona pięcioro własnych dzieci; zapewne wie, co zrobić w tym przypadku. Zapytano ją, czy nie zajęłaby się niemowlęciem, zapewniając, że dziecko i tak umrze w młodym wieku. May odpowiedziała: „Wezmę go z radością i nie pozwolę mu szybko umrzeć”.

May nadała chłopcu imię Leslie. Robiła wszystko, aby przywrócić chłopcu, chociaż częściową sprawność umysłu ciała. Codziennie masowała jego małe ciało, modliła się, mówiła do niego, dotykała jego rączkami swoich łez, które spływały na widok kalectwa. Nie zrażała się nawet wtedy, gdy słyszała głosy przyjaciół: „Dlaczego nie oddasz go do zakładu? Marnujesz swoje życie”. W miarę upływu lat przybywało problemów. Chłopca trzeba było przywiązywać do krzesła i pilnować, aby nie upadł. Jedyną rzeczą, jaką nauczyła 16 letniego, Leslie, było samodzielne stanie. May bardzo kochała chłopca, modliła się za niego, uczyła go, mówiła o Chrystusie, o Ewangelii nie mając pewności czy cokolwiek do niego dociera.

Pewnego dnia May zauważyła jak Leslie szarpie sznurek na opakowaniu i wsłuchuje się w wydawany dźwięk. Czyżby był wrażliwy na muzykę? May kupiła kasety i płyty z różnego rodzaju muzyką. Leslie słuchał jej całymi dniami. Następnie May nabyła używany fortepian i postawiła w pokoju chłopca. Brała jego rękę i dotykała klawiatury, aby pokazać jak wydobyć z niego dźwięk. Pewnej nocy May obudziła się i usłyszała muzykę w pięknym wykonaniu. Ktoś wykonywał koncert fortepianowy Czajkowskiego. Zapyta męża czy wyłączył radio, następnie poszła sprawdzić skąd dobiega ta muzyka. Oniemiała z wrażenia, przy fortepianie siedział Leslie i ze słuchu wykonywał trudny utwór Czajkowskiego. Nie do wiary. Leslie nigdy nie wstał sam z łóżka, nigdy przedtem nie usiadł sam przy fortepianie, nigdy wcześniej nie grał na nim. May upadła na kolana i skierowała te słowa do Boga: „Dzięki ci Boże, ty nie zapomniałeś o Leslie”.

Wkrótce Leslie zaczął grać coraz więcej. Muzyka stała się dla niego źródłem powrotu do pełniejszego życia. Gdy skończył 28 lat zaczął trochę mówić, był w stanie prowadzić bardzo proste rozmowy. Obecnie Leslie daje koncerty, najczęściej dla ludzi upośledzonych. Lekarze znają takie przypadki; są to ludzie wybitnie utalentowani z częściowo uszkodzonym mózgiem. Lecz nie są w stanie do końca wytłumaczyć tego zjawiska. May też nie wie jak to jest możliwe, jest pewna jednego; talent może się rozwinąć, gdy dotknie go miłość. Gdyby zabrakło tej miłości, Leslie zapewne umarłby w młodym wieku jak przepowiadali lekarze i nikt by nie usłyszał pięknego świadectwa o ludzkiej miłości i nadziei, jaka zawarta w wykonywanych przez niego utworach.

Niezgłębiona jest potęga miłości; potrafi wydobyć z człowieka to, co jest najpiękniejsze nawet wtedy, gdy po ludzku biorąc nie ma żadnych szans. Miłość potrafi zmienić człowieka.

Maria jako nauczycielka po raz pierwszy znalazła się w zerowej klasie. Od pierwszej chwili dała o sobie znać mała Joen. Nie mogła usiedzieć na miejscu. Zaczepiała inne dzieci, nie uważała, nie wykonywała zadań, rozrzucała zabawkami. Była po prostu nie do zniesienia. Maria nie mogła prowadzić lekcji, jak mówi była zła na to dziecko, chociaż tego nie okazała. Przywołała Joen do biurka celem upomnienia, dziewczynka podniosła rękę jak do uderzenia. W tym geście była podobna do zranionego ptaka, który stroszy się i podnosi dziób jakby chciał zaatakować, gdy wyciąga się po niego ręka.

Maria zaczęła zbierać informacje o swojej niesfornej uczennicy. Inni nauczyciele też mieli z nią kłopoty. Często wzywano do szkoły jej ojca. Spotykał się z nauczycielem i córką, która patrzyła na niego z lękiem w oczach i drżała na całym ciele. Rodzice Joen mają osiemnaścioro dzieci. Są uzależnieni od narkotyków, większość ich dzieci ma upośledzenie. Zapewne z tego powodu Joen nie wie, co to jest miłość i wtulenie się w matczyne czy ojcowskie ramiona.

Któregoś dnia Maria, przytuliła małą Joen; po pierwszym zaskoczeniu maleństwo odwzajemniło uścisk tak mocno jak tylko pozwalały siły kruchego ciała. Maria powiedziała jej, że jest wspaniałą dziewczynką, że jest kochana, że ceni jej pracowitość i potrzebuje jej pomocy w klasie.

Joen odmieniła się nie do poznania. Chciała jak najlepiej wykonać zadania, które stawiała przed nią nauczycielka, pierwsza zgłaszała się do odpowiedzi. A gdy zobaczyła inne dzieci rozmawiające, wymownie podnosiła palec i kładła na ustach. Jakże była dumna, gdy Maria, w nagrodę za dobre zachowanie poprosiła ją, aby pełniła rolę nauczycielki. Odrobina miłości okazana temu zagubionemu, nieszczęśliwemu dziecku, odmieniła jego postępowanie. Pomogło wydobyć z niego to, co było w nim najszlachetniejsze i najlepsze.

To, czego doświadczamy w naszym życiu, Ewangelia przypomina nam od dwóch tysięcy lat. Najważniejszą zasadą ludzkiego życia jest przykazanie miłości i Boga i bliźniego. Jest to energia zdolna przekształcić człowieka i cały świat. Einstein powiedział, że dzisiejszemu światu bardziej jest potrzebna energia miłości niż energia atomowa. Miał rację, bo energia atomowa bez miłości niesie śmierć i zagładę. Święty Jan Apostoł w swoim liście mówi o wielkiej miłości Boga do człowieka. To z miłości do człowieka Bóg posłał na świat swojego Syna, aby przez śmierć na krzyżu zbawić go. Miłość Boga jest bezwarunkowa. Znamy przypowieść o synu marnotrawnym, który opuścił ojca, roztrwonił jego majątek i dopiero wtedy zrozumiał swój błąd. Z wielkim żalem wrócił, a ojciec przygarnął go jak najlepszego syna. Bóg jest naszym Ojcem, a jego miłość pomaga wydobyć z nas to, co najlepsze nawet wtedy, gdy zanurzymy się w otchłani zła. Bóg czeka z otwartymi ramionami. Możemy być pewni tych rąk szeroko otwartych w geście miłości (z książki Ku wolności).

 

 

„WINDĄ DO NIEBA”  

A podczas wspólnego posiłku kazał im nie odchodzić z Jerozolimy, ale oczekiwać obietnicy Ojca. Mówił: „Słyszeliście o niej ode Mnie: Jan chrzcił wodą, ale wy wkrótce zostaniecie ochrzczeni Duchem Świętym”.  Po tych słowach uniósł się w ich obecności w górę i obłok zabrał Go im sprzed             oczu. Kiedy uporczywie wpatrywali się w Niego, jak wstępował do nieba, przystąpili do nich dwaj mężowie w białych szatach. I rzekli: „Mężowie z Galilei,    dlaczego stoicie i wpatrujecie się w niebo? Ten Jezus, wzięty od was do nieba, przyjdzie tak samo, jak widzieliście Go wstępującego do nieba” (Dz 1,4-5, 9-11).

Elżbieta Dmoch, solistka zespołu „2 plus 1” w piosence „Windą do nieba” śpiewała: „Już mi niosą suknię z welonem / Już Cyganie czekają z muzyką / Koń do taktu zamiata ogonem / Mendelsohnem stukają kopyta / Jeszcze ryżem sypną na szczęście / Gości tłum coś / fałszywie odśpiewa / Złoty krążek mi wcisną na rękę / i powiozą mnie windą do nieba”. Elżbieta Dmoch była jedną z najpopularniejszych polskich piosenkarek. Na pierwszych swoich festiwalach w Opolu i w Sopocie zdobyła serca publiczności i nagrody jury. W latach siedemdziesiątych piosenki zespołu często były nadawane w radiu i telewizji. Zespół odnosił sukcesy także poza granicami Polski. Gwiazdy zespołu, Elżbietę Dmoch i Janusza Kruka łączyła nie tylko muzyka, ale i wzajemna miłość, która zaprowadziła ich na ślubny kobierzec. Może to ten ślub był tą windą do nieba. Wiele razy błogosławię śluby nowożeńców i widzę ich szczęście, jakby niebo się przed nimi otwierało. Jednak na to niebo czyha tak wiele niebezpieczeństw. Doświadczyła tego także piosenkarka Elżbieta, o której mówiono, że miała wszystko, co było możliwe w tamtym czasie. To niebo zaczęło się walić, gdy Janusz, który był jej jedyną miłością, jedynym człowiekiem w jej życiu odszedł od niej. Popadła w depresję i chorobę. Miała jednak nadzieję, że on wróci do niej. Janusz z kolejną żoną rozpoczął budowę nowego domu, którego nie ukończył.  Zmarł nagle na zawał serca w wieku 46 lat. Po jego śmierci dla Elżbiety wszystko się zawaliło. Odizolowała się od dawnych przyjaciół i znajomych. Sprzedała mieszkanie w Warszawie i przeniosła się na wieś, gdzie zamieszkała w walącej się chacie. Żyje w nędzy.

Różne są windy do miejsc, które w przenośni nazywamy niebem. Z pewnością może nim być szczęście małżeńskie. Patrząc na dostatek i powodzenie, niektórych ludzi, mówimy, że żyje się im jak w niebie, jak u Pana Boga za piecem. Ale czy rzeczywiście tak jest? Zapewne pamiętamy Amandę Beard niezwykłe piękną i utalentowaną pływaczkę z USA. Multimedalistka igrzysk olimpijskich miała urodę, sławę, pieniądze. Wydawałoby się, że ma wszystko, czego można pragnąć. A jednak. W ostatnim czasie napisała swoja autobiografię, w której opowiada o koszmarze, jaki przeżywała będąc na świeczniku u szczytu sławy.  Wspomina: „Zaczęłam pić alkohol. W kolejnych latach przerzuciłam się na cięższe narkotyki. Brałam ekstazy, kokainę i LSD”. Najbardziej krytyczny moment przyszedł jednak, kiedy dopadła ją głęboka depresja po kolejnych nieudanych związkach. Usiłowała nawet popełnić samobójstwo. Tak opisuje ten krytyczny moment: „Serce biło mi tak szybko jak nigdy. Cała się trzęsłam, byłam przerażona, płakałam – rozbiłam więc lustro i zaczęłam się ciąć. Prawie skończyłam ze sobą, moja ciało było zalane krwią”.

Podobnych zdarzeń można przytoczyć wiele. Mamy swoje ziemskie cele, których realizacja nadaje sens naszemu życiu, a ich osiągnięcie staje się źródłem ogromnej radości. Tak bywa najczęściej. Bywa także inaczej.  Okazuje się, że osiągniecie celu, to nasze ziemskie „niebo” nie wystarcza nam. Może się wydawać, że pomyliliśmy „windy”.  Najczęściej jednak nie jest to pomyłka, ale przeoczenie „windy”, która może nas przenieść do prawdziwego nieba, a o którym mówi Pismo święte. W Księdze Mądrości czytamy: „Bo dla nieśmiertelności Bóg stworzył człowieka”. Przymiot wieczności mocno wpisuje się w nasze najgłębsze pragnienia. A zatem żadna „winda”, żadne „niebo”, które nie spełnia tego pragnienia nie może się stać prawdziwym niebem. Ziemskie windy, ziemskie nieba są jak najbardziej potrzebne, ale muszą pozytywnie wpisywać się w nasze dążenie do prawdziwego nieba. Powinny nas do niego przybliżać, a wtedy nasze ziemskie nieba, znajdują dopełnienie w wiecznym wymiarze i tym samym, mogą być źródeł pokoju i radości nawet w perspektywie przemijania.

Wspomniane sprawy stają przed nami w sposób szczególny w Uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego, którą dzisiaj obchodzimy. Przez czterdzieści dni Jezus umacniał wiarę uczniów w swoje zmartwychwstanie. A czynił to przez chrystofanie, czyli cudowne ukazywanie się niedowierzającym uczniom. Po czterdziestu dniach, uczniowie Jezusa nie miał wątpliwości, że ich Mistrz zmartwychwstał i żyje. Chrystus zapowiedział swoje wstąpienie do Ojca w niebie. Jednak nie chciał, aby uczniowie czuli się opuszczeni, dlatego obiecuje im zesłanie Ducha Pocieszyciela: „Jan chrzcił wodą, ale wy wkrótce zostaniecie ochrzczeni Duchem Świętym”.  Przed swoim wstąpieniem do nieba Jezus wydał uczniom polecenie: „Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu. Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony; a kto nie uwierzy, będzie potępiony. Tym zaś, którzy uwierzą, te znaki towarzyszyć będą: W imię moje złe duchy będą wyrzucać, nowymi językami mówić będą; węże brać będą do rąk i jeśliby co zatrutego wypili, nie będzie im szkodzić. Na chorych ręce kłaść będą i ci odzyskają zdrowie”. Wstąpienie Jezusa do nieba miało charakter duchowy, niewidzialny dla oczu. Jednak Jezus uczynił kolejny cud, aby apostołowie mieli niejako namacalny dowód prawdziwości tego, czego ich nauczał. Autor Dziejów Apostolskich opisuje ten cud tymi słowami: „Po tych słowach uniósł się w ich obecności w górę i obłok zabrał Go im sprzed oczu”.

Wcześniej Jezus powiedział do swoich uczniów: „A gdy odejdę i przygotuję wam miejsce, przyjdę powtórnie i zabiorę was do siebie”. A zatem niebo było przeznaczeniem dla apostołów i jest celem i przeznaczeniem każdego z nas. Ale nim posiądziemy to niebo mamy głosić Ewangelię inaczej Dobra Nowinę o zabawieniu całemu światu. Aby to czynić skutecznie sami winniśmy uwierzyć jak apostołowie, którzy byli gotowi oddać swoje życie za tę prawdę. Mamy głosić Ewangelie nie tylko słowem, ale przede wszystkim czynem i przykładem życia. Dla ilustracji przytoczę afrykańską przypowieść o dwóch wioskach rozdzielonych rzeką. W każdej z nich był stolarz, wyrabiający wyjątkowe krzesła. Stolarz z pierwszej wioski z nikim nie dzielił się tajemnicą wykonywania krzeseł, bo obawiał się, że inni nie wykonają tego dobrze, co gorsze, może wykonają lepiej niż on i wtedy będzie miał konkurencję i zbankrutuje. Z tego powodu zazdrośnie strzegł tajemnicy swego fachu. Stał się podejrzliwy wobec wszystkich, którzy zdradzali chęć pracy stolarskiej. Radził im, aby nawet nie próbowali brać się za krzesła, bo im to nie wyjdzie. Sam wykonywał krzesła dla całej wioski. Młodzi ludzie, którzy chcieli wykonywać krzesła opuszczali wioskę i gdzie indziej szukali pracy. W końcu stolarz, samotny i opuszczony zmarł, zabierając ze sobą tajemnice wykonywania krzeseł.

Stolarz z drugiej wioski chętnie dzielił się swoją wiedzą. Udzielał rad jak ciąć drewno, jak mieszać kleje, w jaki sposób wyginać elementy krzesła. W swoim warsztacie zatrudnił wielu młodych mężczyzn. Niektórzy z nich odkrywali nowe lepsze rozwiązania. Stolarz zachęcał ich, aby dzielili się tymi innowacjami. W wyniku takiej postawy we wsi wykonywano coraz to lepsze krzesła. Mieszkańcy sąsiednich wiosek przyjeżdżali, aby je nabyć. Wkrótce zaczęto wykonywać stoły i inne meble.  Mieszkańcy wsi zaczęli się bogacić i żyło się im coraz dostatniej. Gdy mieszkańcy wychwalali stolarza, on im odpowiadał: „To nie ja sam wykonałem te krzesła. Ci młodzi pracownicy je udoskonalili. Gdy zestarzeję się, moją pracę przejmą moi następcy. Ja przekazałem im wiedzę a oni dali mi przyjaźń i miłość. Razem zrobiliśmy więcej niż moglibyśmy zrobić w pojedynkę.

Znamy Ewangelię, Dobrą Nowinę. Co z nią robimy? Do którego ze stolarzy jesteśmy podobni? (z książki Bóg na drogach naszej codzienności).

 

 

PRAWDA ZNALEZIONA W NIEBIE

W szlachetnym porywie naszych serc szukamy prawdy i chcemy w niej żyć. Szczególnie szukamy prawdy ukazującej sens naszego życia. Jest ona bowiem jak zapalona pochodnia w głębokich przepaściach nocy.  W jej świetle możemy dotrzeć do wyznaczonego celu. Jeśli znam tę prawdę, to wiem w jakim kierunku zmierzać. W dzisiejszym świecie człowiek jest mamiony różnymi kłamstwami, które pięknie i uwodząco ubierają się w szaty prawdy. Trzeba być nieraz bardzo roztropnym, aby zakamuflowany fałsz nie wyprowadził nas na manowce życia. O takiej mądrości, roztropności, inspirowanej miłością mówi poniższa legenda. Wiele lat temu żył król- tyran, który żelazną ręką rządził swymi poddanymi. Pewnego razu dowiedział się, że jego córka zakochała się w ubogim szlachcicu. Gdy się zorientował, że myśli ona poważnie o małżeństwie z tym młodzieńcem postanowił raz na zawsze położyć kres tej znajomości. Król oskarżył niewinnego młodzieńca o poważne przestępstwo kryminalne, za które groziła kara śmierci. Za nim jednak wykonano wyrok, do głosu dopuszczano stary zwyczaj ludowy, który miał potwierdzić winę lub niewinność oskarżonego. Otóż, na rynek zwołano mieszkańców miasta. Młodzieńca zaś przyprowadzono przed króla, który trzymał w ręku dwie koperty jedna miała zawierać kartkę z napisem „winny”, a druga z napisem „niewinny”. Skazany wybierał jedną z kopert. Jeżeli wybrał kartkę z napisem: „niewinny”, to darowano mu życie. Mądry młodzieniec wiedział, że król zadecydował o jego śmierci niezależnie, którą kopertę wybierze. I nie mylił, król bowiem włożył do obydwu kopert kartki z napisem: „winny”. Młodzieniec bardzo uważnie wybrał jedną z kopert, a potem powoli ją otworzył. I wtedy ku zaskoczeniu króla i jego otoczenia młodzieniec zaczął z radości skakać, powtarzając: jestem niewinny, jestem niewinny. I w tym czasie podarł wylosowaną kartkę i połknął ją.  Urzędnik królewski zaprotestował: „Zaczekaj, jak my możemy dowiedzieć się, że jesteś niewinny? Zniszczyłeś kartkę zanim my mogliśmy się upewnić, że napisane jest na niej „niewinny”.  Na co młodzieniec odpowiedział: „To łatwo sprawdzić, proszę wziąć drugą kopertę z rąk króla, a przekona się pan, że jest tam kartka z napisem: „winny’, co znaczy, że ja wylosowałem kartkę z napisem: „niewinny”.  I tym sposobem młodzieniec przezwyciężył manipulowanie prawdą i uratował swoje życie.

Przeciwnicy Jezusa stawiali Go nie jeden raz przed wyborem, który był misternie zastawioną pułapką. Pytali Go: Czy trzeba płacić podatki cesarzowi, czy nie. Zarówno odpowiedź twierdząca jak i przecząca obróciły by się przeciw Jezusowi. Innym razem przyprowadzono do Niego, kobietę przyłapaną na cudzołóstwie. W takiej sytuacji prawo żydowskie przewidywało ukamienowanie cudzołożnicy. Zapytano Jezusa, czy mają ją ukamienować, czy puścić wolno. Zarówno potwierdzenie jaki zaprzeczenie mogło być wykorzystane przeciw Niemu. Także Piłat pytał Jezusa, czy jest królem żydowskim i nie otrzymał odpowiedzi, która by obciążała Jezusa. Stawiano Jezusa przed wieloma innymi wyborami- pułapkami. Jezus nie tylko omijał pułapki, ale jeszcze zawstydzał tych, którzy je zastawiali.  Aż w końcu przeciwnicy Jezusa z satysfakcją stwierdzili, że udało się im zastawić skuteczną pułapkę. Zapytano publicznie Jezusa, czy jest Bogiem. Jeśli powie „nie”, to zaprzeczy prawdzie, a jeśli „tak”, to ściągnie na siebie śmierć, bo według prawa żydowskiego każdy kto czyni siebie Bogiem winien ponieść śmierć. Jezus wyznał, że jest Bogiem. Przeciwnicy okrzyknęli, że zbluźnił i winien jest śmierci. Wydawało się im, że sprawa został ostatecznie zakończona.  Ale jakże się mylili. Jezus trzeciego dnia zmartwychwstał i przez czterdzieści dni ukazywał się uczniom. Jego zwycięstwo nad śmiercią potwierdziło prawdę, że jest Bogiem. Zaś wniebowstąpienie Jezusa jest ostatnim triumfalnym akordem prawdy o Chrystusie, który po spełnieniu ziemskiej misji wstępuje do chwały nieba. I to jest także prawda o naszym życiu. Mówi ona, że i naszym celem życia jest niebo. Możemy zatem powiedzieć, że prawdę o naszym życiu odnajdujemy w niebie.

Zapatrzenie w niebo nie wiąże się z zaniedbaniem spraw ziemskich, wręcz przeciwnie. Jeden z komunistycznych poetów wzywał, aby niebo zostawić ptakom, a samemu zająć się sprawami ziemskimi. Zapatrzenie w niebo można porównać do żeglarzy na bezkresnych przestrzeniach oceanu, którzy wpatrują na nocnym niebie gwiazdy północnej, która mówi im gdzie się znajdują i jaki powinni obrać kierunek żeglowania, aby dotrzeć do portu przeznaczenia. Człowiek wpatrujący się w niebo wskazane przez Chrystus odkrywa swoje miejsce na ziemi, cel ziemskiego żeglowania oraz poznaje kierunek, który prowadzi do osiągnięcia tego celu. Jezus wiele razy wskazywał, że celem naszego życia jest zbawienie, które w pełni realizuje się w rzeczywistości nieba. Uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego jest niejako ostatnim wskazaniem Jezusa podczas Jego zbawczej, cielesnej obecności na ziemi. Wniebowstąpienie jest tajemnicą naszej wiary i nie możemy jej zamknąć w granicach materialnych wyobrażeń. Bo gdy tak zrobimy, to wtedy będzie miał rację radziecki kosmonauta, który po powrocie z kosmosu oznajmił z pychą, że nie ma Boga, bo Go nie widział.  Z tej też racji cesarz Austrio-Węgier Józef zabronił na terenie swego cesarstwa obrzędu religijnego wciągania do góry na sznurku figury Jezusa w czasie mszy św. w uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego. Decyzja cesarza z dwóch powodów była niesłuszna. Po pierwsze nie jest to sprawa cesarza i po drugie w liturgii kościoła wiele prawd wyrażamy poprzez różne obrzędy, znaki symbole, którym towarzyszy interpretacja tego znaku. Według wyobrażeń ludzi czasów Jezusa niebo było w górze, stąd też Jezus mógł użyć tego wyobrażenia do wyrażenia prawdy, że po ziemskim życiu wsypuje do nieba, aby zasiąść po prawicy Ojca. A tak naprawdę niebo odnajdujemy nie w przestrzeni materialnej, ale w bliskości Boga. Im bardziej jesteśmy złączeni z Bogiem tym bardziej rzeczywistość nieba staje się naszym udziałem. W Chrystusie odnajdujemy moc całkowitego zjednoczenia z Bogiem.  Św. Paweł Apostoł w liście do Efezjan pisze: „Bóg Pana naszego Jezusa Chrystusa, Ojciec chwały, dał wam ducha mądrości i objawienia w głębszym poznawaniu Jego samego, to znaczy światłe oczy dla waszego serca, tak byście wiedzieli, czym jest nadzieja waszego powołania, czym bogactwo chwały Jego dziedzictwa wśród świętych i czym przemożny ogrom Jego mocy względem nas wierzących”.

W czasie wniebowstąpienia Jezus posyła uczniów w świat, aby w Jego mocy i mądrości głosili Ewangelię o zbawieniu: „Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu! Kto uwierzy i przyjmie chrzest będzie zbawiony; a kto nie uwierzy, będzie potępiony”. Chrystus posyłając swoich uczniów do głoszenia Ewangelii będzie im towarzyszył swoją mocą, która przybierać będzie kształt cudów: „Te zaś znaki towarzyszyć będą tym, którzy uwierzą: w imię moje złe duchy będą wyrzucać, nowymi językami mówić będą; węże będą brać do rąk, jeśliby co zatrutego wypili, nie będzie im szkodzić. Na chorych ręce kłaść będą, a ci odzyskają zdrowie”. Z Pisma świętego wiemy, że rzeczywiście apostołom towarzyszyły te znaki. To było bardzo potrzebne w pierwszych wiekach rodzenia i umacniania się Kościoła. Chociaż te znaki nie są najważniejsze w naszym budowaniu jedności z Bogiem, to jednak i dzisiaj te znaki nam towarzyszą. W przygotowaniach beatyfikacyjnych Sługi Bożego Jana Pawła II zaczęto gromadzić relacje o cudach dokonanych za jego wstawiennictwem. Tych udokumentowanych i nieudokumentowany zebrano setki. Mamy w pamięci godziny jego umierania. Jednak on nie umierał, tylko pełen nadziei odchodził do domu Ojca. Ta nadzieja dyktowała mu ostatnie słowa: „Pozwólcie mi odejść do domu Ojca”. Obyśmy gdy sami staniemy na wzgórzu naszego wniebowstąpienia mogli pełni nadziei powtórzyć za Janem Pawłem II: „Pozwólcie mi odejść do domu Ojca” (z książki W poszukiwaniu mądrości życia).

 

 

BRAT ROGER

Chrystus zapowiadając swoją mękę mówi o sprawach najważniejszych. Prosi swego Ojca, aby Jego uczniowie zachowali jedność. Jest ona konieczna, aby dzieło zbawienia mogło się rozwijać i owocować. Spory i kłótnie mogą wszystko pogrzebać. Chrystus wskazuje na swoją jedność z Ojcem, która ma być dla nas wzorem i źródłem mocy budowania jedności między nami. Jeśli zachowamy autentyczną jedności z Bogiem, z Chrystusem, możemy być pewni, że tej jedności nie zabraknie między nami, uczniami Chrystusa. Najczęściej, do rozłamu prowadzili ci, którzy utracili autentyczną więź z Bogiem i swoje własne ambicje postawili na pierwszym miejscu. Brak jedności stawał się źródłem krwawych wojen religijnych. Dzięki Bogu, ten okres mamy za sobą. Dzisiaj zwycięża ekumenizm, ruch na rzecz jedności całego Kościoła Chrystusowego. Przewodzą w tym ludzie, którzy na serio potraktowali modlitwę Jezusa o jedność. Są oni w różnych kościołach. Wielu z nich możemy spotkać w kościele katolickim. Nie brakuje ich także w kościele protestanckim. Do tych ostatnich należy brat Roger. Założona przez niego wspólnota wiary wskazuje, że szczere szukanie Boga, autentyczna wiara nie dzielą ludzi, ale ich łączą. Kardynał Józef Glemp powiedział o nim: „Był człowiekiem o niezwykłej pokorze, pobożności maryjnej i eucharystycznej. Wiem, że głęboko wierzył w obecność Chrystusa w Komunii św., jeszcze Jan XXIII zezwolił mu na przyjmowanie Eucharystii, mimo, że nie był on katolikiem. Eucharystia była dla niego wejściem w Chrystusa, miał wielki charyzmat jednania”. Brat Roger powiedział kiedyś Janowi Pawłowi II, że zastanawia się nad przejściem na katolicyzm, usłyszał wtedy: „Zostań, gdzie jesteś”.

Roger Luis Schutz-Marsauche urodził się 15 maja 1915 roku w Szwajcarii, w rodzinie protestanckiego pastora. Wychowywał się w atmosferze szczerej religijności. A swoją ekumeniczną postawę, jak sam pisze, w dużej mierze zawdzięcza swej babci i matce. Tak je wspomina: „Myślę, że wiele mam tu do zawdzięczenia mojej babce i mojej matce, które były Francuzkami. Babcia już podczas pierwszej wojny światowej była wdową. Mieszkała na północy Francji, niedaleko linii frontu. Dwie bomby spadły na jej dom. Nie ulękła się jednak zagrożenia – została i przyjmowała uciekinierów wojennych. Pewnego dnia, gdy zbliżali się już Niemcy, oficerowie francuscy przyszli do mojej babci i powiedzieli jej, że musi wsiadać do pociągu i uciekać. W bydlęcym wagonie dojechała do Paryża. Dużo potem myślała nad okrucieństwami wojny. Pytała samą siebie: Jak to się dzieje, że chrześcijanie zabijają się nawzajem? I doszła do jednego wniosku: Trzeba się pojednać. Jeśli wierzymy w Boga – pojednajmy się”. W książce „Bóg jest tylko miłością” brat Roger pisze: „W tym miejscu chciałbym wspomnieć, iż moja babcia ze strony matki intuicyjnie odkryła rodzaj klucza do powołania ekumenicznego, i to ona pokazała mi, jak należy je realizować. Poruszony świadectwem jej życia, naśladując ją, gdy sam jeszcze byłem bardzo młody, odnalazłem moją własną tożsamość chrześcijańską. Pojednałem w sobie źródła mojej wiary z tajemnicą wiary katolickiej, nie zrywając przy tym więzi z kimkolwiek.”

W czasie drugiej wojny światowej do neutralnej Szwajcarii napływali liczni uchodźcy. To stało się dla Rogera bodźcem działania na rzecz pokoju i pojednania. W wieku 25 lat opuścił względnie spokojną Szwajcarię i udał się do opanowanej wojną Francji, aby tam zrealizować pomysł założenia wspólnoty, w której pojednanie pomiędzy chrześcijanami stałoby się treścią codziennego życia. W czasie, gdy Roger szukał odpowiedniego miejsca dla tej wspólnoty, właścicielka podupadłej własności w Taize kończyła nowennę w intencji szczęśliwego sprzedania swojej posiadłości. Po powrocie z kościoła do domu czekał na nią telegram informujący o człowieku, który chce kupić jej posiadłość. Był nim brat Roger. Z dala od zgiełku świata, w bliskości Boga brat Roger umacniał się w wierze. A ta wiara otwierała go na potrzeby bliźniego. Sam cierpiąc niedostatki wspierał duchowo i materialnie potrzebujących. Narażając się na represje hitlerowskie ukrywał uchodźców, zwłaszcza Żydów, którzy wydostawszy się z okupowanej strefy szukali schronienia w domu brata Rogera.

Po wojnie przyłączyli się do brata Rogera inni. Na strychu urządzono oratorium. Jednak było to pomieszczenie zbyt małe dla rozrastającej się wspólnoty. W tej sytuacji brat Roger zwrócił się do władz kościoła katolickiego o pozwolenie na modlitwę w miejscowym kościele. W uroczystość Zesłanie Ducha Świętego 1948 roku kościół w Taize został oddany braciom jako miejsce modlitwy. Zezwolenie, na mocy, którego w katolickim kościele może modlić się niekatolicka wspólnota podpisał sam nuncjusz apostolski w Paryżu, arcybiskup Angelo Giuseppe Roncalli, późniejszy Ojciec Święty Jan XXIII. Rok później, w niedzielę wielkanocną siedmiu pierwszych braci złożyło śluby: celibatu, wspólnoty dóbr i uznania posługi przeora. W roku 1952 przeor, brat Roger napisał dla wspólnoty regułę życia, zwaną „Regułą Taize”. Członkowie wspólnoty nie przyjmują żadnych ofiar, lecz utrzymuje się z pracy rąk swoich członków. Trzy razy dziennie gromadzą się na wspólną modlitwę. Tak realizują jedno ze wskazań reguły Taize: „Niech w twoim rozkładzie dnia pracę i odpoczynek ożywia słowo Boże.

Początkowo do wspólnoty w Taizé należeli tylko protestanci. Pod koniec lat sześćdziesiątych zaczęli przyłączać się katolicy. Obecnie stanowią oni większość we wspólnocie, która skupia braci z dwudziestu narodowości. Małe wspólnoty braci z Taizé, zwane „fraterniami”, znajdują się też obecnie w najuboższych regionach Azji i Afryki, Ameryki Południowej i Północnej. Wspólnota z Taizé jest znakiem pojednania między podzielonymi chrześcijanami i dąży do tego, aby chrześcijanie stali się zaczynem pojednania między ludźmi, zaufania i pokoju między narodami. Wspólnota jest otwarta dla wszystkich. A tym, którzy tu przyjeżdżają proponuje pracę formacyjną, polegającą na spotkaniach, modlitwie, skupieniu i pracy. Celem tej formacji jest pogłębianie osobistej więzi z Chrystusem, która jest źródłem jedności między Jego wyznawcami, jak i też jedności między ludźmi niezależnie od wyznawanej religii. Przez całe lato, z ponad 75 państw przybywa do Taize tysiące młodych ludzi. Od 1978 r. organizowane są międzynarodowe spotkania, które odbywają się w różnych miastach całego świata. Na każde z tych Spotkań brat Roger przygotowywał specjalny list, tłumaczony na ponad pięćdziesiąt języków. List ten był rozważany przez młodych ludzi w ciągu całego roku w domu, we wspólnotach i podczas spotkań w Taizé.

5 października 1986 roku Ojciec Święty Jan Paweł II odwiedził wspólnotę w Taize. Po wspólnej modlitwie skierował do braci te słowa: „Drodzy bracia, w tej wręcz rodzinnej bliskości naszego krótkiego spotkania, chciałbym wam wyrazić moje uczucia i zaufanie tymi prostymi słowami, którymi papież Jan XXIII, tak bardzo was kochający, pozdrowił kiedyś brata Rogera: ‘Ach, Taizé, ta mała wiosna!’.  Moim życzeniem jest, aby Pan zachował was jako rozkwitającą wiosnę i niech was zachowa małymi w ewangelicznej radości i przejrzystości miłości braterskiej (…). Nie zapominam o tym, że wasza wspólnota w swym szczególnym, oryginalnym, a nawet w pewnym sensie prowizorycznym powołaniu może wzbudzać zdziwienie, spotykać się z niezrozumieniem i podejrzliwością. Ale dzięki waszej pasji, z jaką szukacie pojednania wszystkich chrześcijan w pełnej komunii, dzięki waszej miłości do Kościoła będziecie nadal, jestem tego pewien, gotowi przyjmować wolę Pana”.

Wspólnota z Taizé liczy ponad stu braci, katolików i protestantów, pochodzących z ponad dwudziestu pięciu krajów. Fakt istnienia tej wspólnoty jest już znakiem pojednania pomiędzy podzielonymi chrześcijanami. A jest to znak pulsujący życiem i światłem, które rozświetla mroki rozdartego wewnętrznie człowieka, jak i też mroki zła wynikające z niespełnienia modlitwy Chrystusa, abyśmy wszyscy stanowili jedno. Dzisiaj wspólnota nadal zaznacza owocnie swoją obecność w świecie, mimo, że zabrakło jej charyzmatycznego założyciela. 16 sierpnia 2005 roku 90- letni Roger w czasie wspólnej modlitwy został zaatakowany nożem przez szaleńca i zmarł wskutek odniesionych ran (z książki Wypłynęli na głębię).

 

 

TO CUDOWNE, ALE TO NIE BAJKA

Bóg Pana naszego Jezusa Chrystusa, Ojciec chwały, dał wam ducha mądrości i objawienia w głębszym poznawaniu Jego samego, to znaczy światłe oczy dla waszego serca, tak byście wiedzieli, czym jest nadzieja waszego powołania, czym bogactwo chwały Jego dziedzictwa wśród świętych i czym przemożny ogrom Jego mocy względem nas wierzących – na podstawie działania Jego potęgi i siły, z jaką dokonał dzieła w Chrystusie, gdy wskrzesił Go z martwych i posadził po swojej prawicy na wyżynach niebieskich, ponad wszelką zwierzchnością i władzą, i mocą, i panowaniem, i ponad wszelkim innym imieniem wzywanym nie tylko w tym wieku, ale i w przyszłym (Ef 1,17-22(.

Dla większości z nas najpiękniejszy okres w życiu był wtedy, gdy bajki były tak samo realne dla nas, jak otaczająca nas rzeczowość. Bajki były nawet piękniejsze, niż to co nas otaczało i prawie zawsze miały szczęśliwe zakończenie. Dlatego tak chętnie uciekaliśmy w świat bajek, natarczywie prosząc rodziców czy dziadków, aby nam je opowiadali. Znam to z własnego doświadczenia, jak moje bratanice nalegały: Wujek opowiedz jeszcze jedną bajkę. Nieraz musiałem salwować się liczeniem nie baranów, ale drzew. Czerwony kapturek idzie przez las i mija pierwsze drzewo, drugie drzewo, trzecie drzewo…. Tak liczyłem aż bratanice zaczęły rozkosznie pochrapywać. Z bajek wyrastamy, ale nie z marzeń za bajkowym światem. W życiu dorosłym ten świat, najczęściej tylko połowicznie się spełnia, jak w poniższej anegdocie. Zapracowana żona z pretensją i żalem mówi do męża: „Po ślubie nigdzie nie wychodzimy na jakieś rozrywkowe imprezy, nie wyjeżdżamy na wycieczki. Siedzę całymi dniami w domu, sprzątam, gotuje, piorę, dzieci ubieram i karmię. To jest całe moje życie. Żyję jak ten Kopciuszek z bajki, a obiecywałeś, że będzie inaczej”. Mąż spojrzał na żonę i z pewną dozą ironii powiedział: „To prawda, obiecywałem ci, że będziemy żyli jak w bajce, no i tak jest, jak w bajce o Kopciuszku”. Tylko, że ta bajka w życiu utyskującej żony spełniła się w połowie. Życie bajkowego Kopciuszka, po spotkaniu księcia zamieniło się w cudowną bajkę.

Przepiękna historia, który brzmi jak bajka wydarzyła się w Ziemi, którą nazywamy świętą. Pustynnymi drogami Judei i rajskimi ścieżkami Galilei pośród zieleni i kwiatów chodził Jezus a za nim ogromne rzesze ludzi. Słuchali kojących słów o Królestwie Bożym, do którego wzywa nas Bóg, a którego możemy nazywać Ojcem. A mówił tak pięknie, że słuchacze zapominali o jedzeniu i piciu. Tak się zdarzyło nad Jeziorem Galilejskim. Słuchali Chrystusa z zapartym tchem, tak, że nawet nie zauważyli, jak słońce wieczornymi zorzami rozlało się na przepięknym Jeziorze Galilejskim. Głód słów, które brzmiały jak cudowna bajka był większy, niż głód chleba powszedniego. Aby upewnić słuchaczy, że ta przepiękna opowieść o Królestwie Bożym jest jak najbardziej realna, Chrystus na oczach tysięcy ludzi rozmnożył chleb i ryby. Zaspokoił ich głód fizyczny. Po tym cudzie chcieli obwołać go królem. Jednak, to nie człowiek może obwoływać królem, Królestwa, które Chrystus głosił. To był odruch chwili, bo przecież wiedzieli, że Chrystus jest królem innym niż ci ziemscy. Uzdrawiał chorych, wskrzeszał umarłych, uciszał burzę. Taki Król dawał poczucie bezpieczeństwa, pokoju, radości mimo różnych dolegliwości ziemskich. Te cuda upewniały słuchających, że w Chrystusie są w stanie pokonać skutecznego zabójcę wszystkich ludzkich marzeń, pokonać śmierć.

Te wszystkie marzenia legły w gruzach, gdy Jezus zawisł na krzyżu Golgoty. Wyglądało to na tragiczny koniec pięknej bajki o szczęściu, sięgającym wieczności. Jak refren brzmiały słowa zawiedzionych apostołów: „A myśmy się spodziewali, że On właśnie miał wyzwolić Izraela”. A nierozpoznany Chrystus zaczął tłumaczyć załamanym uczniom, że krzyż nie zniweczył tej pięknej historii o Królestwie Bożym. W czasie tej opowieści wracała radość, która rozpromieniła ogromnym szczęściem ich oblicza, gdy rozpoznali Chrystusa zmartwychwstałego przy łamaniu chleba. Rozpoczęła się druga cudowna część opowieści, która brzmiała jak bajka, a bajką nie była. W jednym z najpiękniejszych miejsc w Ziemi św. nad Jeziorem Galilejskim wspominamy wzruszające wydarzenie. Apostołowie łowili ryby. Byli smutni, bo prawie nic nie złowili, a w pamięci mieli jeszcze tragiczne wydarzenia Golgoty. Wprawdzie niektórzy mówili, że widzieli Chrystusa zmartwychwstałego, ale kto by wierzył w takie rzeczy. To może się zdarzyć tylko w pięknych bajkach. Przypłynęli do brzegu. Na jeziorze odbijały się poranne zorze, na tle których pojawił się Nieznajomy i zapytał z troską: „Dzieci, macie coś do jedzenia?” Gdy odpowiedzieli, że nie, wtedy Nieznajomy polecił im ponowne zarzucenie sieci. Połów był cudowny, złowili mnóstwo ryb. Ten cud pomógł im rozpoznać w Nieznajomym zmartwychwstałego Chrystusa. A zatem tej pięknej opowieści nie zakończyła Golgota.

Rozdział cudownej historii niebiesko – ziemskiej po Golgocie trwał czterdzieści dni. Chyba był to najradośniejszy okres w życiu apostołów. Czytania z Uroczystości Wniebowstąpienia Pańskiego mówią o zakończeniu tego okresu. W Ewangelii czytamy: „Po rozmowie z nimi Pan Jezus został wzięty do nieba i zasiadł po prawicy Boga”.  A św. Paweł w Liście do Efezjan dodaje  „posadził po swojej prawicy na wyżynach niebieskich, ponad wszelką zwierzchnością i władzą, i mocą, i panowaniem, i ponad wszelkim innym imieniem wzywanym nie tylko w tym wieku, ale i w przyszłym”. Na Górze Oliwnej znajduje się Meczet Wniebowstąpienia Jezusa. A w nim odbite stopy, o których tradycja mówi, że są to stopy Jezusa wstępującego do nieba. Jakby to nie było z tymi stopami, na pewno są one przypomnieniem i wołaniem, abyśmy kroczyli śladami Chrystusa i wypełniali Jego ostatnie polecenie przed widzialnym wstąpieniem do nieba: „Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu”. Gdy wypełniamy to polecenie słowem i czynem, wtedy nasza osobista historia, która brzmi jak przepiękna bajka wpisuję się w jedyną i niepowtarzalna galilejska historię o zbawieniu człowieka.

Ta piękna historia może mieć trudne momenty Golgoty, ale trzeba pamiętać, że jest jej druga część, gdzie ma miejsce radosne spełnienie. Doświadczył tego św. Piotr, kapłan i męczennik. Piotr po wstąpieniu do zgromadzenia Marystów, na własną prośbę został wysłany na misje do Oceanii. Dotarł do wyspy Futuna na Oceanie Spokojnym, gdzie nikt jeszcze nie głosił pięknej galilejskiej historii o Jezusie Chrystusie. Dobra Nowina uderzała w kult złych duchów, który pootrzymywali wodzowie plemienni, umacniał on bowiem władzę wodzów nad mieszkańcami wyspy. Z tego powodu św. Piotr naraził się im i był prześladowany. Wodzowie sądzili, że ze śmiercią Piotra zostaną również zniszczone rzucane przez niego ziarna Ewangelii. Święty w dzień przed swoją śmiercią powiedział: „Nie szkodzi, jeśli ja umrę. Religia chrześcijańska już tak zapuściła korzenie na tej wyspie, że nie zostanie zniszczona mimo mojej śmierci”. I rzeczywiście tak się stało. Po upływie niewielu lat wszyscy mieszkańcy tej wyspy przyjęli wiarę. Następnie, Dobra Nowina dotarła do kolejnych wysp Oceanii. Dzisiaj na tych wyspach wspaniale funkcjonują kościoły, które czczą i wzywają św. Piotra jako swojego pierwszego męczennika. Św. Piotr wypełnił słowa Chrystusa: „Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu”. Zapłacił za to najwyższą cenę. Jednak to nie męczeństwo kończy tę piękną historię, cierpienie stało się tylko wspomnieniem, a wypełniło się i trwa to o czym czytamy w Dziejach Apostolskich: „Mężowie z Galilei, dlaczego stoicie i wpatrujecie się w niebo? Ten Jezus, wzięty od was do nieba, przyjdzie tak samo, jak widzieliście Go wstępującego do nieba”. Przyszedł do św. Piotra i ogarnął go nieogarnionym pięknem i radością nieba (Kurier Plus, 2014).

 

 

SPOJRZENIE KU NIEBU

W czasie kazania w Uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego kapłan powiedział: „Gdy umieramy nic nie zabieramy ze sobą z rzeczy materialnych. W niebie ludzie nie mają pieniędzy”. Kapłan zamilkł na chwilę, a zgromadzeni wierni w kościele w milczeniu rozważali te słowa. Aż tu nagle, nabożną ciszę przerwał podekscytowany głos małej dziewczynki: „Mamo, mamo my już jesteśmy w niebie”. Dzieci bardzo często konkretnie na sposób materialny wyobrażają sobie rzeczywistość nieba. To co u dzieci uchodzi za normalne u dorosłych może budzić zdziwienie. Zapewne wielu z nas pamięta pierwszy lot człowieka w kosmos, który miał także wymiar ideologiczny. Sowieci chcieli wyprzedzić w tym technologicznym wyścigu USA i wykazać wyższość komunizmu nad kapitalizmem. Zgodnie z komunistyczną ideologią, tylko ustrój oparty na ateizmie umożliwiał postęp naukowy, czego dowodem było wysłanie w kosmos pierwszego sztucznego satelity z Gagarinem na pokładzie przez komunistyczne państwo.

Gagarin tak wspomina swój pierwszy lot w kosmos: „Gdy tylko Wostok przebił się przez gęste warstwy atmosfery, zobaczyłem Ziemię. Patrzyłem to na niebo, to na Ziemię. Ostro rysowały się grzbiety gór, wielkie jeziora. Widać było i pola. Najpiękniejsze widowisko stanowił horyzont – jakby wymalowany wszystkimi kolorami tęczy pas oddzielający oświetloną promieniami słońca Ziemię od czarnego nieba. Widoczna była wypukłość, kulistość Ziemi”. Przypisuje mu się także słowa, które wtedy miał wypowiedział: „Patrzyłem i patrzyłem, ale nie zobaczyłem Boga”. Te słowa nie pasują do prywatnego życia astronauty, który dawał dowody przywiązania do rosyjskiej Cerkwi. Krótko przed słynnym lotem ochrzcił swoją córkę, a kilka lat później zaproponował odbudowanie Soboru Chrystusa Zbawiciela w Moskwie. Lot Gagarina wykorzystał Chruszczow do celów propagandowych. W czasie zebrania poświęconego propagandzie antyreligijnej powiedział: „Ktoś z was chce się uczepić Boga? Tu jest Gagarin, który poleciał w kosmos, ale Boga nie widział”. Materialne myślenie o niebie sprawia, że nigdy nie odkryjemy prawdziwego nieba, albo odnajdziemy jego fałszywy obraz.

Świat materialny może nam pomagać w odkrywaniu Boga i rzeczywistości nieba, ale nigdy jej nie zastąpi. Ks. arcybiskup Stanisław Wielgus tak wspomina swój udział w posiedzeniu naukowej Fundacji im. Aleksandra Humboldta: „Przydzielała ona rocznie ok. 200 stypendiów młodym naukowcom z całego świata i ze wszystkich kierunków wiedzy. Pamiętam Prezydentem fundacji był wówczas Werner Heisenberg, słynny fizyk, laureat Nagrody Nobla. Pamiętam, jak w czasie spotkania w Monachium wygłosił do nas przemówienie, po którym nastąpiły pytania. Pewien Hiszpan zapytał go wprost: ‘Czy Pan wierzy w Boga?’. A on, najwybitniejszy wówczas fizyk na świecie, odparł: ‘Pierwszy łyk z pucharu nauki może uczynić ateistą, ale pamiętaj, na dnie tego pucharu czeka Bóg’”. Kontynuując tę myśl wróćmy jeszcze do kosmosu. Wiele lat po locie Gagarina Amerykanie jako pierwsi wylądowali na księżycu. To najwyższe osiągnięcie techniki nie przesłoniło im Boga, nieba. W pewnym momencie Aldrin, jeden z członków załogi, przez radio zwrócił się do wszystkich słuchaczy o włączenie się w akt dziękczynienia w dowolny sposób: „Poprosiłem ludzi, żeby dziękowali na swój własny sposób i mam nadzieję, że zachowają to całe wydarzenie w pamięci, a poza drobnymi szczegółami czy technicznymi osiągnięciami dostrzegą kryjące się za nimi głębsze znaczenie: wyzwanie, misję, ludzką potrzebę, by je podejmować, i potrzebę, by dostrzec, że wobec Boga wszyscy tworzymy jeden rodzaj ludzki”. Byli jeszcze „wyżej” jak Gagarin, jednak to nie tylko nie przesłoniło im Boga, ale jeszcze bardziej ich utwierdziło w przekonaniu o Jego istnieniu. Świat stworzony, nauka wskazują na niebo, na Boga, jeśli jest inaczej, to wtedy warto zastanowić się nad powiedzeniem: „Gdy palec wskazuje niebo, tylko głupiec patrzy na palec”.

Spójrzmy teraz na niebo, o którym mówi Uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego. W Dziejach Apostolskich czytamy: „Po tych słowach uniósł się w ich obecności w górę i obłok zabrał Go im sprzed oczu. Kiedy jeszcze wpatrywali się w Niego, jak wstępował do nieba, przystąpili do nich dwaj mężowie w białych szatach. I rzekli: ‘Mężowie z Galilei, dlaczego stoicie i wpatrujecie się w niebo? Ten Jezus, wzięty od was do nieba, przyjdzie tak samo, jak widzieliście Go wstępującego do nieba’”. Chociaż brzmi to bardzo materialnie, to trzeba pamiętać, że jest to obraz rzeczywistości, która spełnia się w sferze duchowej, tam, gdzie człowiek spotyka się ze swoim Bogiem. Phil Bosmans zwraca uwagę na bardzo ważny aspekt odkrywania nieba: „Tam gdzie w miłości ludzie stają się znowu ludźmi, otwiera się niebo nad ziemią”. Zaś Simone Weil zwraca uwagę na konieczność obecności Boga w naszej drodze do nieba: „Nie możemy zrobić ani kroku w stronę nieba. Taka podróż w pionie przekracza nasze możliwości. Jeśli jednak przez dłuższy czas patrzymy w niebo, przychodzi Bóg i zabiera nas do góry. Podnosi nas z łatwością”. Apostołowie wpatrywali się w niebo, aby napełnić się mocą do wypełnienia misji jaką im powierzył Chrystus: „Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu!”.

Mamy być świadkami Chrystusa na miarę łaski otrzymanej od Niego: „Każdemu zaś z nas została dana łaska według miary daru Chrystusowego. On też ustanowił jednych apostołami, innych prorokami, innych ewangelistami, innych pasterzami i nauczycielami, aby przysposobili świętych do wykonywania posługi dla budowania Ciała Chrystusowego, aż dojdziemy wszyscy razem do jedności wiary i pełnego poznania Syna Bożego, do człowieka doskonałego, do miary wielkości według Pełni Chrystusa”. W ten sposób nasze imiona zapisują się w niebie. Chrystus mówi: „Jednak nie z tego się cieszcie, że duchy się wam poddają, ale cieszcie się raczej, że wasze imiona są zapisane w niebie”. Pewien człowiek, chciał, aby jego imię pozostało w pamięci potomnych. Napisał zatem swoje imię na plaży, ale fale morskie rozmyły napis. Następnie wyciął swoje imię na drzewie, ale po pewnym czasie drzewo rozrastając się wymazało napis. W końcu wykuł swoje imię na kamieniu, ale przyszedł kamieniarz i rozbił kamień na kawałki. Wtedy ukazał mu się Jezus i powiedział: „Jesteś nierozsądny, chcąc utrwalić swoje imię na piasku, drzewie i kamieniu. Wypisz miłością swoje imię w sercach ludzi, a będziesz na zawsze zapamiętany”. Droga miłości jest drogą do nieba, drogą wypisania naszego imienia w niebieskich księgach (Kurier Plus, 2018).

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *