12 Sty

Uroczystość Chrztu Pana Jezusa Rok B

 

 

TĄ GWIAZDĄ JEST CHRYSTUS.

Jan Chrzciciel tak głosił: „Idzie za mną mocniejszy ode mnie, a ja nie jestem godzien, aby się schylić i rozwiązać rzemyk u Jego sandałów. Ja chrzciłem was wodą, On zaś chrzcić was będzie Duchem Świętym”.  W owym czasie przyszedł Jezus z Nazaretu w Galilei i przyjął od Jana chrzest w Jordanie. W chwili, gdy wychodził z wody, ujrzał rozwierające się niebo i Ducha jak gołębicę zstępującego na siebie. A z nieba odezwał się głos: „Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie” (Mk 1,6b-11).

Przed Niedzielą Chrztu Pańskiego, którą dzisiaj obchodzimy, a która kończy liturgiczny obchód świąt Bożego Narodzenia świętowaliśmy uroczystość Objawienia Pańskiego, zwaną inaczej uroczystością Trzech Króli. Trzej królowie, zwani także mędrcami ze wschodu przybyli do Betlejem, aby złożyć pokłon Jezusowi. Przyprowadziła ich do tego miejsca tajemnicza gwiazda. Studiowali różne księgi, w tym księgę nieba i odkryli gwiazdę, która zwiastowała narodzenie niezwykłego Króla. Ruszyli śladem gwiazdy. Doprowadziła ich ona do pełniejszego odkrycia Boga.

Wybitny współczesny astronom sir Martin Rees profesor University of Cambridge w jednym ze swoich wywiadów powiedział: „Możemy powiedzieć, że tak jak zegarek świadczy o istnieniu zegarmistrza, tak wszechświat perfekcyjnie dostrojony do potrzeb życia wskazuje kryjący się poza jego aktem stworzenia misterny plan”. Martin wpatrując się w gwiazdy i pochylając się nad mądrymi księgami, tak jak mędrcy ze wschodu, odkrył gwiazdę, która doprowadziła go do takiego stwierdzenia. Doprowadziła do odkrycia Boga, którego nie nazywa po imieniu, ale wskazuje na „Zegarmistrza”, który stworzył plan dla perfekcyjnie funkcjonującego Wszechświata.

Na różnych drogach szukamy swojej gwiazdy. Szukamy latarni, która bezpiecznie doprowadzi nas do portu przeznaczenia. W tym szukaniu musimy być bardzo mądrzy, bo dzisiejszy świat ma wiele świecidełek, które swym blaskiem mogą przesłonić tę jedyną gwiazdę w naszym życiu, prowadzącą nas do Boga, w którym „było życie, a życie było światłością ludzi, a światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła” (J 1, 4-5). W Chrystusie Bóg staje się drogą i światłem, i życiem. Kto odkryje gwiazdę Chrystusa i idzie za nią ma szansę najpełniejszego spotkania z Bogiem, dotarcia do ostatecznego portu swego przeznaczenia.

Scena chrztu Jezusa w Jordanie ukazuje światu w pełnym blasku gwiazdę Chrystusa. Jan Chrzciciel udzielał w rzece Jordan chrztu nawrócenia. Jezus takiego chrztu nie potrzebował, był bez grzechu. Przybył jednak na to miejsce, aby dać nam przykład. Odwrócenie się od zła jest nieodzownym warunkiem spotkania Boga. Przybył na to miejsce także dlatego, że tu miała się ukazać Jego chwała. „W chwili, gdy wychodził z wody, ujrzał rozwierające się niebo i Ducha jak gołębicę zstępującego na siebie. A z nieba odezwał się głos: Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie”. Te słowa wskazują także na wypełnienie proroctwa mesjańskiego wypowiedzianego przez Izajasza: „Oto mój Sługa, którego podtrzymuję. Wybrany mój, w którym mam upodobanie. Sprawiłem, że Duch mój na Nim spoczął; On przyniesie narodom prawo”.

Używając daleko posuniętej przenośni możemy powiedzieć, że w czasie naszego chrztu zabrzmiały nad nami słowa: „Tyś jest mój syn umiłowany, w tobie mam upodobanie”. Na mocy chrztu świętego stajemy się dziećmi bożymi i możemy Boga nazywać Ojcem. Gwiazda Chrystusowej obecności tak mocno płonęła wtedy w naszej duszy. Od tego momentu minęło już wiele lat. Czy zatem dzisiaj Bóg mógłby powiedzieć nad nami: „Tyś jest mój syn umiłowany, w tobie mam upodobanie?”

Ralph Waldo Emerson pisał: „Trzeba zawsze zaprzęgać swój pług do jakiejś gwiazdy”. W czasie chrztu zaprzęgliśmy nasz pług do betlejemskiej gwiazdy. Jest to jednak za mało; konieczne jest podjęcie trudu orki. Z lat wczesnej młodości pamiętam moje zmaganie się z pługiem ciągnionym przez konia. Gdy gleba była czysta i pulchna, orka stawała się przyjemnością; czułem wtedy zapach świeżej ziemi, słyszałem śpiew skowronka, krzyk przestraszonej przepiórki, samemu chciało mi się śpiewać. Czasami gleba była kamienista lub zaperzona i pług co chwila wyskakiwał na powierzchnię. Była to ciężka praca. Jednak warto było się trudzić. Z przyjemnością później patrzyłem na równo zaorane pole, na zagony zieleniejące wschodzącym zasiewem, na złociste łany dojrzewających zbóż.

Zanurzeni w rzeczywistość materialną żyjemy także, a może przede wszystkim w wymiarze duchowym. Ten wymiar otwiera naszą teraźniejszość na Boga, który jaśnieje przed nami jak gwiazda i wyznacza kierunek naszego pielgrzymowania na ziemi. W tej pielgrzymce są cudowne dni, chce się wtedy z radości śpiewać. Bywają dni bardzo trudne, zamyka się przed nami horyzont. Zmaganie z życiem i łzy wypełniają każdy nasz dzień. To są chwile ciężkiej „orki”. W tych właśnie chwilach potrzebujemy najbardziej gwiazdy ukazującej sensowny kierunek naszej ziemskiej wędrówki. Tą gwiazdą jest Chrystus, który na mocy chrztu świętego włącza nas w tajemnicę swojej śmierci i swego zmartwychwstania (z książki Ku wolności).

 

 

TYŚ JEST MÓJ SYN UMIŁOWANY

To mówi Pan: „Oto mój Sługa, którego podtrzymuję, Wybrany mój, w którym mam upodobanie. Sprawiłem, że Duch mój na Nim spoczął; On przyniesie narodom Prawo. Nie będzie wołał ni podnosił głosu, nie da słyszeć krzyku swego na dworze. Nie złamie trzciny nadłamanej, nie zagasi knotka o nikłym płomyku. On z mocą ogłosi Prawo, nie zniechęci się ani nie załamie, aż utrwali Prawo na ziemi, a Jego pouczenia wyczekują wyspy. Ja, Pan, powołałem Cię słusznie, ująłem Cię za rękę i ukształtowałem, ustanowiłem Cię przymierzem dla ludzi, światłością dla narodów, abyś otworzył oczy niewidomym, ażebyś z zamknięcia wypuścił jeńców, z więzienia tych, co mieszkają w ciemności” (Iz 42,1-4).

Pośród mijających dni możemy wychwycić momenty, które stały się jakby punktem zwrotnym w naszym życiu. Miały one zasadniczy wpływ na kształt naszej dzisiejszej egzystencji. Dla wielu z nas takim momentem stała się możliwość wyjazdu do Stanów Zjednoczonych. Zostawiliśmy rodzinne strony, rodzinę, przyjaciół, znajomych. Wyruszyliśmy, w pewnym sensie w nieznane, by na nowej ziemi, w odmiennych warunkach budować jakby wszystko od nowa.  Jak inny jest świat, w którym żyjemy, który współtworzymy, przekonujemy się, gdy po kilku lub kilkunastu latach odwiedzamy strony naszego dzieciństwa.

Te momenty zwrotne, decydujące o zewnętrznej zmianie stylu naszego życia mają swe źródło w wewnętrznej, duchowej sferze. To tam dokonuje się zasadniczy przełom. Jest to ważny wymiar życia, ponieważ tu ma miejsce zbawiające spotkanie człowieka z Bogiem. W sferze tych spotkań, momenty zwrotne najradykalniej zmieniają kształt życia człowieka. Doświadczył tego Matt Talbot, który przez alkoholizm rujnował życie swoje i matki. Jak sądził, miał wielu przyjaciół, z którymi pił i bawił się. Matt coraz bardziej staczał się w alkoholizm. Był głuchy na błagania matki, która nie ustawała w modlitwie, prosząc Boga o opamiętanie syna. Zapewne wytrwała modlitwa matki wybłagała dla Matta doświadczenie, które stało się punktem zwrotnym w jego życiu. Pewnego razu, trawiony głodem alkoholowym, będąc bez grosza w kieszeni wyszedł na jedną z ulic Dublina i zaczął żebrać. Wśród przechodzących zobaczył swych przyjaciół od kieliszka. Wyciągnął do nich rękę, a ci się odwrócili. Przeszli obok, jakby nie istniał. I tym momencie spadły łuski z oczu Matta. Zobaczył kim naprawdę jest. Uświadomił sobie, że alkohol rujnuje jego życie. Jest strzępem ludzkim. Podjął wtedy decyzję zerwania z alkoholem. Wiedział, że nie będzie to łatwe, dlatego swe wysiłki złożył w ręce Boga. Odniósł zwycięstwo. Porzucił alkohol, zaczął uczciwie i święcie żyć. Zadziwiał wszystkich swoją przemianą. Przepełniony miłością Boga i bliźniego rozsiewał wokół siebie dobro. Po śmierci ogłoszono go świętym. Ten jeden moment zaważył o kształcie jego życia ziemskiego, jak i też o wieczności.

W pewnym sensie chrzest Jezusa był takim punktem zwrotnym w Jego życiu. Oczywiście nie chodzi tu o porzucenie drogi zła. Chrystus dzielił z nami wszystko oprócz grzechu. Jeśli przyjmuje z rąk Jana chrzest nawrócenia, to z całkiem innych powodów. Z jakich? W odpowiedzi posłużę się przykładem z życia Gandhiego, wielkiego przywódcy narodu hinduskiego, o którym Albert Einstein powiedział: „Przyszłym pokoleniom trudno będzie uwierzyć, że taki człowiek chodził po ziemi”.

Gandhi był przeciwnikiem podziału kastowego w Indiach. Mówił, że jest to plama na duszy Indii. Szczególnie ostro występował przeciw dyskryminowaniu, tych którzy nie należeli do żadnej kasty i byli usytuowani na samym dole drabiny społecznej. Aby się nie skalać unikano z nimi kontaktu, stąd też ich pogardliwa nazwa „niedotykalni”. Zamieszkiwali oni w slumsach, mogli wykonywać tylko najbardziej upokarzające prace, często świątynie były dla nich zamknięte. Gandhi był ceniony i poważany przez swych rodaków, a w czasie swych podróży po kraju był przez nich bardzo serdecznie i gorąco przyjmowany. Pewnego razu przybył do niewielkiej miejscowości, gdzie został powitany przez władze miasta z burmistrzem na czele, który zaproponował Gandhiemu nocleg w swoim luksusowym domu. Gandhi bardzo grzecznie podziękował za zaproszenie, po czym zapytał: „Gdzie mieszkają niedotykalni? Chcę zamieszkać z nimi”. Przedstawiciele władz miasta byli zaszokowani taką decyzją. Gandhi nie zważając na nic udał do dzielnicy slumsów, gdzie zamieszkiwali niedotykalni. Powitanie było bardzo serdeczne. Wielka otwartość Gandhiego sprawiła, że ośmielili się go dotykać. A on bawił się z ich dziećmi oraz spożył z nimi posiłek. Wracając wspomnieniami do tych spotkań, pewnego razu powiedział: „Nie mam możliwości, aby się powtórnie narodzić, ale gdyby tak było, to chciałbym się narodzić wśród niedotykalnych po to, aby wyzwolić ich i siebie samego z tego upadlającego stanu”.

Gdy Jezus stanął w szeregu grzeszników, czekających na chrzest z rąk Jana Chrzciciela, to chciał ukazać, że się identyfikuje z nimi, staje po ich stronie, aby ich wyzwolić z niewoli grzechu i śmierci. A że Chrystus ma taką moc wyzwolenia, wskazują na to znaki zewnętrzne jaki towarzyszyły temu wydarzeniu: ‘W chwili, gdy wychodził z wody, ujrzał rozwierające się niebo i Ducha jak gołębicę zstępującego na Niego. A z Nieba odezwał się głos: „Tyś mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie”. W tej scenie wypełnienia się proroctwo Izajasza, który tak pisze o Mesjaszu: „Oto mój sługa, którego podtrzymuję, Wybrany mój, w którym mam upodobanie. Sprawiłem, że Duch mój na nim spoczął; On przyniesie narodom prawo. Nie będzie wołał ni podnosił głosu, nie da słyszeć swego krzyku na dworze. Nie złamie trzciny nadłamanej, nie zgasi knotka o nikłym płomieniu” (Iz 41, 1-4). Mesjasz nie chce śmierci grzesznika, ale chce, aby on żył. Dobitnie o tym mówi ostatnie zdanie z zacytowanego proroctwa. W sądach tamtych czasów po wydaniu wyroku śmierci przełamywano trzcinę i gaszono świecę. Mesjasz daje szansę każdemu, chce wszystkich zbawić. „Nie złamie trzciny nadłamanej, nie zgasi knotka o nikłym płomieniu”.

Tak naprawdę, chrzest Jezusa w Jordanie nie był dla Niego punktem zwrotnym, choć zewnętrznie wiele się zmieniło w życiu Jezusa. Po trzydziestu latach ukrytego życia w Nazarecie Jezus zaczyna publicznie głosić Dobra Nowinę. A zaczęło się to od chrztu w Jordanie. Był to w zasadzie punkt zwrotny w dziejach ludzkości. Jest to tak ważny moment w historii ludzkości, że kalendarz liczy nasze dzieje, poczynając od narodzenia Jezusa. W ten punkt zwrotny w dziejach ludzkości wpisuje się nasze życie, we wszystkich naszych najważniejszych dokumentach zaznaczony jest rok naszego urodzenia, a to nam przypomina, ile lat temu przyszedł na ziemię Mesjasz. Ale dopiero data naszego chrztu, wypisana na metryce mówi o naszym pełnym włączeniu się w ten punkt zwrotny w dziejach ludzkości. Ze swoją słabą, grzeszną i śmiertelną naturą wpisujemy się przez chrzest w naturę samego Boga.  I od tego momentu, życie nasze toczy się w innym wymiarze. Oczywiście pod warunkiem, jeśli podejmiemy boże wezwanie.

Tym wezwaniem staje się chrzest, który jest duchowym punktem zwrotnym w naszym życiu. Zapewne, w czasie naszego chrztu, głos naszych rodziców i rodziców chrzestnych współbrzmiał z głosem Boga, który dał się słyszeć, gdy niebo rozdarło się nad Jordanem: „To jest mój syn umiłowany w nim mam upodobanie”. A dzisiaj, gdy jesteśmy świadomi tajemnicy jaka dokonała się w czasie naszego chrztu, czy w głębi duszy jesteśmy w stanie usłyszeć słowa skierowane kiedyś do nas: „To jest mój syn umiłowany w nim mam upodobanie”.  Odpowiedź ‘tak” lub „nie” zależy od naszej współpracy z łaską boża otrzymaną w czasie chrztu świętego (z książki Nie ma innej Ziemi Obiecanej).

 

 

NIE ZMARNOWAĆ TALENTU

Gdy Piotr przybył do Cezarei, do domu Korneliusza, przemówił: „Przekonuję się, że Bóg naprawdę nie ma względu na osoby. Ale w każdym narodzie miły jest Mu ten, kto się Go boi i postępuje sprawiedliwie. Posłał swe słowo synom Izraela,    zwiastując im pokój przez Jezusa Chrystusa. On to jest Panem wszystkich. Wiecie, co się działo w całej Judei, począwszy od Galilei, po chrzcie, który głosił Jan. Znacie sprawę Jezusa z Nazaretu, którego Bóg namaścił Duchem Świętym i mocą. Przeszedł On, dobrze czyniąc i uzdrawiając wszystkich, którzy byli pod władzą diabła, dlatego że Bóg był z Nim” (Dz 10,34-38).

Dzisiaj obchodzimy Uroczystość Chrztu Pana Jezusa. Ewangelia opisuje to wydarzenie słowami: „W owym czasie przyszedł Jezus z Nazaretu w Galilei i przyjął od Jana chrzest w Jordanie. W chwili, gdy wychodził z wody, ujrzał rozwierające się niebo i Ducha jak gołębicę zstępującego na siebie. A z nieba odezwał się głos: ‘Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie’”. Jan Chrzciciel głosił nadejście Mesjasza i wzywał do duchowego przygotowania się na Jego przyjęcie. Przybywali zatem do Jana Chrzciciela ludzie okolicznej krainy, wyznawali swoje grzechy i przyjmowali z jego rąk chrzest nawrócenia. Pierwszy odruch zdrowego rozsądku rodzi pytanie: Dlaczego Jezus przyjął ten chrzest? On go nie potrzebował. Można przytoczyć wiele racji teologicznych uzasadniających chrzest Jezusa.  Ale nim do tego przejdę, chcę przytoczyć proste, obrazowe wyjaśnienie, które wychodzi naprzeciw naszej zwykłej ludzkiej dociekliwości.  A posłużę się historią opisaną w The New York Timesie z lipca 2010r.

W deszczowe popołudnie, w kawiarni Muzeum Sztuki Współczesnej w Manhattanie kobieta w średnim wieku po wypiciu kawy spakowała do dużej torby swoje zakupy poczynione w muzealnym sklepie. Następnie ruchomymi schodami zjechała do holu.  Schodząc ze schodów zaczepiła butem na wysokich obcasach o wystający element i runęła na ziemię. Zakupy rozsypały się na posadzce. Działo się to na oczach grupy ludzi, którzy zwiedzali muzeum. Do zawstydzonej kobiety podbiegł młody człowiek pomógł jej wstać i zapytał czy wszystko w porządku. Zmieszana kobieta cicho odpowiedziała, że tak. „Ale chyba pani jest trochę zawstydzona tą niezręczną sytuacją” – powiedział młody człowiek. Po czym uśmiechnął się, porozumiewawczo mrugnął do niej i runął jak długi na posadzkę. Uwaga tłumu odwróciła się od niezręcznej sytuacji, w jakiej znalazła się kobieta, a skupiła na młodzieńcu.  „Chłopcze, podłoga jest śliska. Ktoś powinien ją wytrzeć zanim naprawdę dojdzie do nieszczęścia” – powiedział ktoś z tłumu gapiów. Młodzieniec niezdarnie powstał i zapytał jeszcze raz kobietę, czy wszystko jest w porządku. Kobieta skinęła głową i podziękowała młodemu mężczyźnie za wrażliwość, pomysłowość i pomoc w krepującej ją sytuacji. Następnie w poczuciu uratowanej godności udała się na zwiedzanie muzeum.

Patrząc przez pryzmat powyższej historii możemy powiedzieć, że Chrystus zniżył się zewnętrznie do poziomu grzesznego człowieka, aby przywrócić mu godność dziecka bożego. Święty Paweł w Liście do Filipian pisze o Jezusie” „On, istniejąc w postaci Bożej, nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi, stawszy się podobnym do ludzi. A w zewnętrznym przejawie, uznany za człowieka, uniżył samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci — i to śmierci krzyżowej”. Jednak w scenie chrztu Jezusa opisanej przez św. Marka ewangelistę najważniejszy jest obraz Duch świętego w postaci gołębicy zstępujący z nieba i słowa Boga: „Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie”.  Ten obraz znany jest w Starym Testamencie. Prorok Izajasz w pierwszym czytaniu mówi: „To mówi Pan: „Oto mój Sługa, którego podtrzymuję, Wybrany mój, w którym mam upodobanie. Sprawiłem, że Duch mój na Nim spoczął; On przyniesie narodom Prawo”. Te słowa odnosimy do Jezusa. W tekstach Starego Testamentu i tradycji żydowskiej obraz Ducha św. w postaci gołębicy odnosi się także do Narodu Wybranego. W tym kontekście, scena znad Jordanu odnosi się do nowego Ludu Bożego, którego głową jest Jezus Chrystus. Przez Jezusa ten lud będzie otrzymywał moc Ducha Świętego. Jan Chrzciciel mówił: „Ja chrzciłem was wodą, On zaś chrzcić was będzie Duchem Świętym”.

Fragment z Dziejów Apostolskich, zacytowany na wstępie mówi, że do nowego Ludu powołani są wszyscy. Korneliusz z Kohorty zwanej italską, mieszkający w Cezarei Nadmorskiej miał wizję, którą odczytał jako wezwanie do wiary w Chrystusa. Posłał zatem po św. Piotra. Ten jednak nie był pewien, czy powinien odwiedzić poganina. Jednak pouczony przez Boga udał się do Korneliusza. Owocem tego spotkania było nawrócenie domowników Korneliusza i przyjęcie chrztu. Urzeczony żarliwością wiary domu Korneliusza św. Piotr powiedział: „Przekonuję się, że Bóg naprawdę nie ma względu na osoby. Ale w każdym narodzie miły jest Mu ten, kto się Go boi i postępuje sprawiedliwie”. Możemy powiedzieć, że nad Jordanem niebo się otwarło, zlewając łaskę zbawienia zarówno na Żydów jak i pogan. Św. Piotr pisze, że tę łaskę otrzymują ci, którzy żyją w bojaźni bożej i sprawiedliwości.

W tę wielką tajemnicę zabawienia zostaliśmy włączeni w czasie chrztu świętego. Otrzymaliśmy wtedy wielki dar łaski bożej. Ten dar jest pewnego rodzaju talentem, który powinniśmy rozwijać, aby wydał owoc zbawienia. Możemy go dobrze wykorzystać, stając się świętym jak papież Jan Paweł II. Możemy go też roztrwonić, zmarnować.  Widzimy to na polskiej scenie politycznej, gdzie nie brakuje zaciekłych wrogów, Chrystusa, krzyża, nauki chrystusowej, którzy przed laty zostali przyniesieni do swojego rodzinnego kościoła i na ich głowę spłynęła woda chrztu św. i zostały wypowiedziane słowa: „Ja ciebie chrzczę w imię Ojca i Syna i Ducha świętego”. A wtedy nie tylko rodzice myśleli i mówili to jest nasze umiłowane dziecko, ale również byliśmy takimi w oczach bożych.

Dar chrztu świętego, talent otrzymany od Boga może zmarnować, jak to się nieraz dzieje w sprawach doczesnych. Przed laty Jerzy Waldorff powiedział o niedawno zmarłej Wioletcie Villas: „Największy i najbardziej zmarnowany talent, jaki mieliśmy po wojnie”. Nie miejsce tu, aby rozstrzygać, dlaczego do tego doszło. Villas była ceniona nie tylko w Polsce. Odnosiła sukcesy w Stanach Zjednoczonych. Prasa amerykańska pisała o niej: „fenomenalna Polka”, „głos ery atomowej”, „biały kruk wokalistyki światowej”. Po powrocie z Ameryki z dużym powodzeniem dalej występowała w Polsce. Wielu nie mogło znieść jej bogactwa, z którym się nie kryla. Pod koniec lat 70-tych Villas popadła w długi, a i w życiu artystycznym wszystko szło jak po grudzie. Ostatecznie wycofała się z życia publicznego. Swoje cierpienie z wiarą i modlitwą przynosiła do Matki Bożej Częstochowskiej. Tu śpiewała dla Matki Bożej i zgromadzonych pielgrzymów. Zmarła w wieku 73 lat.

Aby nie zmarnować daru Chrztu świętego, daru dziecięctwa bożego warto sobie przypomnieć pytania przyrzeczeń chrzcielnym, na które my sami albo nasi najbliżsi odpowiadali twierdząco. A były to pytania: Czy wyrzekasz się grzechu, aby żyć w wolności dzieci Bożych? Czy wyrzekasz się wszystkiego, co prowadzi do zła, aby cię grzech nie opanował? Czy wyrzekasz się szatana, który jest głównym sprawcą grzechu? Czy wierzysz w Boga Ojca wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi?  Czy wierzysz w Jezusa Chrystusa, Syna Jego jedynego, Pana naszego, narodzonego z Maryi Dziewicy, umęczonego i pogrzebanego, który powstał z martwych i zasiada po prawicy Ojca? Czy wierzysz w Ducha Świętego, święty Kościół powszechny, obcowanie Świętych, odpuszczenie grzechów, zmartwychwstanie ciała i życie wieczne? (z książki Bóg na drogach naszej codzienności).

 

 

NIEZARARTE ZNAMIĘ

W przeszłości trąd należał do najgroźniejszych nieuleczalnych chorób. Ta zaraźliwa choroba powodowała rozpad ciała za życia. W dziewiętnastym wieku trąd czynił wielkie spustoszenia na Hawajach. Władze, aby zapobiec rozprzestrzenianiu się choroby stworzyły specjalną kolonię dla trędowatych na wyspie Molokai. Zarządzono także, że kto znalazł się na Molokai, obojętnie, chory czy zdrowy, musi pozostać na wyspie do końca życia. Chorzy w brutalny sposób oderwani od najbliższych, pozbawieni jakiejkolwiek opieki medycznej, przebywali tu w kompletnej izolacji, w straszliwych warunkach, zdani wyłącznie na siebie oraz sporadyczną pomoc rodzin. Wyspa praktycznie stała się wielką umieralnią, gdzie zdeformowani chorobą ludzie umierali w cierpieniach i opuszczeniu. Tej nędzy materialnej towarzyszyła nędza moralna. W roku 1873 wikariusz apostolski poprosił o ochotników, którzy podjęliby pracą na wyspie Molokai. Ojciec Damian zgłosił się jako pierwszy. Kierowany miłością bliźniego bez wahania podjął decyzję poświęcenia się trędowatym. Przed wyjazdem biskup powiedział do Ojca Damiana: „Nikogo nie dotykaj”. Na początku trędowaci traktowali go jako kogoś obcego. Apostoł trędowatych chciał być jak najbliżej chorych, mieszkał wśród nich, własnymi rękami ich pielęgnował i stało się to, co było do przewidzenia, sam zaraził się trądem. Trędowaci przyjęli go jako swojego, otwarli dla niego swoje serca i dusze. Będąc jednym z nich, obdarzony zaufaniem chorych mógł dla nich zrobić wiele zrobić w sferze ducha jak i też ulżyć w codziennym zmaganiu się z cierpieniem.

Słysząc opis chrztu Jezusa w Jordanie możemy dopatrzeć się pewnych analogii z powyższą historią. Nad Jordanem pojawił się Jan Chrzciciel, który wzywał do nawrócenia i przemiany życia. Przygotowania się na przyjście Mesjasza, o którym powiedział: „Idzie za mną mocniejszy ode mnie, a ja nie jestem godzien, aby się schylić i rozwiązać rzemyk u Jego sandałów. Ja chrzciłem was wodą, On zaś chrzcić was będzie Duchem Świętym”. Ku zaskoczeniu Jana, Jezus przybył także nad Jordan, aby przyjąć chrzest. Jan wiedział, że Jezus nie ma grzechu i nie potrzebuje chrztu nawrócenia, dlatego powstrzymywał Go, mówiąc: „To ja potrzebuję chrztu od Ciebie, a Ty przychodzisz do mnie?”  A Jezus odpowiedział: „Ustąp teraz, bo tak godzi się nam wypełnić wszystko, co sprawiedliwe”. Jeśli grzech nazwiemy trądem duszy, sprowadzającym śmierć duchową człowieka, to Chrystus przez chrzest w Jordanie stanął pośród trędowatych jak Ojciec Damian, aby ich uleczyć z choroby trądu sprowadzającego śmierć. Stał się jednym z nas, stał się człowiekiem, abyśmy mieli bliższy przystęp do Boga. I w tej bliskości otwarli swoje serca i swoje dusze na zbawiające orędzie Dobrej Nowiny, Ewangelii.  Głos z nieba w czasie chrztu Jezusa w Jordanie: „Tyś mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie” upewnia nas, że chrzest w imię Trójcy Świętej otwiera dla nas bramy nieba.

Wiele lat temu na nasze głowy spłynęła woda chrztu świętego i zostały wypowiedziane słowa: „Ja ciebie chrzczę w imię Ojca i Syna i Ducha świętego”. Ponownie, poprzez analogię możemy powiedzieć, że wtedy otwarło się niebo nad nami i dał się słyszeć głos Ojca: „Tyś moje dziecko umiłowane, w Tobie mam upodobanie”. Taki był początek naszego chrześcijańskiego życia. W tym chrzcielnym źródle możemy się ciągle odradzać i nabierać mocy duchowej. W sakramencie chrztu, Duch św. wycisnął na naszej duszy niezatarte znamię, dlatego ten sakrament nazywany jest także Pieczęcią Ducha Świętego. Duch święty namaścił nas i uczynił swoją świątynią. Wraz z łaską uświęcającą otrzymaliśmy niejako w zalążku trzy cnoty: wiarę, nadzieję i miłość, a także dary Ducha Świętego: dar mądrości, rozumu, rady, męstwa, wiedzy, bojaźni Pańskiej i dar pobożności. Jest to wielki i piękny prezent. Jednak niektórzy, jak mówi włoski teolog Raniero Cantalamessa, kaznodzieja Domu Papieskiego nawet nie rozpakowali tego prezentu. To są to tak zwani chrześcijanie z metryki.  Aby ten prezent zaowocował świętym życiem, zbawieniem i wiecznością trzeba go otworzyć i zanurzyć całe swoje życie w tajemnicy tego sakramentu. Kościół w swej mądrości, przy różnych okazjach zachęca wiernych do odnawiania przyrzeczeń chrzcielnych. Odnowienie przyrzeczeń musi wyciskać swoją pieczęć na naszym życiu. Jeśli nie, to istnieje niebezpieczeństwo, że zło, które waruje u naszych drzwi może wycisnąć swoją pieczęć na naszej duszy, na naszym sercu, na naszym życiu.

Niektórzy znamię zła wiążą z Bestią z Księgi Apokalipsy, która znaczy swoich wybranych: „I sprawia, że wszyscy, mali i wielcy, bogaci i biedni, wolni i niewolnicy, otrzymają znamię na prawą rękę lub czoło, i nikt nie będzie mógł kupić ni sprzedać, kto nie ma znamienia Bestii”. Spotkałem ludzi, którzy z niepokojem pytali, czy aby tym znamieniem Bestii nie są wszczepiane pod skórę chipy informacyjne, które mogą służyć jako karta płatnicza, czy dowód tożsamości. Te chipy rzeczywiście mogą nieść zagrożenie dla naszej  wolności i prywatności. Mogą być także wykorzystane do szerzenia wartości apokaliptycznej Bestii. Zostawmy jednak na boku chipy informacyjne, a zwróćmy uwagę na apokaliptyczną Bestię, która pieczętuje swoich wybranych i posyła ich do głoszenia jej wartości: „Zatem otworzyła swe usta dla bluźnierstw przeciwko Bogu, by bluźnić Jego imieniu i Jego przybytkowi i mieszkańcom nieba. Potem dano jej wszcząć walkę ze świętymi i zwyciężać ich”. Św. Jan w Apokalipsie pisze, że Bestia będzie panować trzy i pół roku. Jest to liczba symboliczna i oznacza krótki czas. Bestia nosi imię 666, co w symbolice biblijnej oznacza skończoność i niedoskonałość. Ta liczba odczytana gematrycznie (przypisanie liczb do liter alfabetu hebrajskiego) daje imię cesarza Nerona, który w okrutny sposób chciał zniszczyć chrześcijaństwo, co mu się nie udało. Kościół wyszedł z tych prześladowań jeszcze bardziej umocniony. A to dlatego, że pierwsi chrześcijanie, wierni przyrzeczeniom chrztu św. mocno trwali w wierze. Bestia była bezsilna wobec ich wiary. Mówiąc o znamieniu Bestii warto zastanowić się; czy tatuaże na ciele esesmanów nie były znamionami apokaliptycznej Bestii? Piekło obozów koncentracyjnych jakie oni stworzyli przekracza ludzkie pojęcie zła. To zło miało demoniczny posmak.

Wracając do współczesności trzeba przyznać, że apokaliptyczna Bestia dosyć umiejętnie wykorzystuje w mediach najnowsze osiągnięcia techniki.  A czyni to przez ludzi opieczętowanych przez siebie. Jakże często media stają się narzędziem siania zła, propagowania aborcji i eutanazji, jakże często media szydzą z Boga, ludzi wierzących i bożych przykazań. Ileż bluźnierczych „dzieł sztuki” powielają media.  Można by tak wyliczać prawie w nieskończoność. Zamiast tej wyliczanki, na zakończenie przytoczę konkretny przykład. W licznych londyńskich księgarniach najbardziej wyeksponowana jest książka Richarda Dawkinsa, okrzykniętego „papieżem ateistów” pt. „Bóg urojony”, w której autor w niewybredny sposób wyśmiewa wiarę w Boga i kpi z ludzi wierzących.  Z inicjatywy tegoż autora opłacono reklamy zamieszczane na londyńskich autobusach o treści: „Prawdopodobnie Bóg nie istnieje, więc przestań się martwić i ciesz się życiem”.. W tym samym Londynie działa grupa muzyczna pięciu młodych mężczyzn „Delirious” uznawana powszechnie za numer 1 na świecie w kategorii muzyki „rock worship”. Gromadzą oni na swoich koncertach ogromne rzesze nastoletnich słuchaczy, z których tysiące zna na pamięć słowa ich piosenek. Śpiewają o Bogu, o pięknej miłości, poświęceniu, życzliwości, dobru, rodzinie.  Zespół wielokrotnie otrzymywał propozycje olbrzymich kontraktów od największych rozgłośni muzycznych i firm fonograficznych, ale pod jednym warunkiem: śpiewać mogą o wszystkim, tylko nie o Bogu. Muzycy Delirious nie przystali na tę propozycje. Zdecydowanie odmówili. Dodali, że muzyka jest dla nich wielbieniem Boga, a nie sposobem na robienie kariery. Jak widzimy Bestia jest bezsilna wobec ludzi żyjących wartościami, które otrzymali na chrzcie świętym.

Apokaliptyczna Bestia będzie działać prawdopodobnie do końca świata. Może nieraz osobiście doświadczymy jej dotknięcia. Mając jednak za oręż łaskę chrztu możemy być pewni zwycięstwa na złem, możemy być pewni zbawienia, którego bramy otwiera sakrament chrztu (z książki w Poszukiwaniu mądrości życia).

 

 

ŚWIĘTA KLARA

Jan Chrzciciel udzielał chrztu pokuty i nawrócenia. Chrystus tego nie potrzebował, a jednak przyszedł do Jana i poprosił o chrzest. Niepokalany Baranek stanął pośród grzeszników, aby ich uczynić dziećmi Bożymi. Ojciec Niebieski objawił, że Chrystus ma taką moc. Oto otwarły się niebiosa i dał się słyszeć głos: „Tyś mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie”. Przyjęty przez nas chrzest jest chrztem nawrócenia, który w mocy Ducha Świętego czyni nas dziećmi Bożymi. Stawia to nas w szczególnej relacji do Boga. To tak jakbyśmy zostali włączeni w krąg miłości rodzicielskiej. Ta cudowna relacja z Bogiem jest wezwaniem do stawania się umiłowanym dzieckiem, w którym Bóg ma upodobanie. Patrząc na życie świętych widzimy, jak cenili oni i pielęgnowali więź z Bogiem, miłującym Ojcem oraz czynili wszystko, aby podobać się, nie ludziom, ale Ojcu Niebieskiemu. Widzimy to w życiu św. Klary, która w chwili śmierci, świadoma obecności miłującego Boga zachowała ogromny pokój i radość. W ostatnim słowach, które są dialogiem z własną duszą, mówiła: „Idź bezpieczna i w pokoju, będziesz mieć dobrą eskortę. Ten, który cię stworzył, uświęcił cię, napełnił Duchem Świętym i strzegł zawsze tak, jak matka strzeże dziecka, które kocha”.

Dwanaście lat po narodzinach św. Franciszka z Asyżu w roku 1193 przyszła na świat św. Klara jako pierwsza z trzech córek szlacheckiej rodziny Favarone di Offreduccio i Ortolany Fiumi. Ojciec Favarone będąc rycerzem często przebywał poza domem. Wychowaniem i kształceniem dzieci zajęła się żona. W 1199 roku wybuchły w Asyżu zamieszki między szlachtą i mieszczanami. Rodzina Offreduccich opuściła rodzinne miasto i udała się do Perugii, gdzie przebywała do 1205 roku. Tam Klara poznała Benwenutę, jedną z przyszłych pierwszych swych towarzyszek zakonnych. Po powrocie rodziny Offreduccich do Asyżu całe miasto mówiło o Franciszku Bernardone, który w ubraniu żebraka chodził ulicami miasta i głosił Ewangelię. Mówił o miłości do Dobrego Ojca, dla którego winniśmy wyrzec się wszystkiego, o pokoju, o miłości bliźniego i o ubóstwie. Gromadził wokół siebie braci, wśród nich znalazł się kuzyn Klary- brat Rufin. Najpierw z opuszczonej szopy Rivotorto, a potem z kościoła Porcjunkuli utworzyli coś w rodzaju klasztoru, żyjąc według Ewangelii.

Głęboka religijność wyniesiona z domu oraz wpływ św. Franciszka sprawiły, że Klara prowadziła w domu życie na wzór klasztorny. Wiele czasu poświęcała na modlitwę, podejmowała posty, pomagała ubogim w tym także trędowatym. Pragnienie Klary poświęcenia się życiu zakonnemu napotkało na opór ojca, który planował wydać córkę za mąż. O rękę bogatej i pięknej Klary starało się wielu młodzieńców z dobrych domów. Klara, myśląc o życiu poświęconym Bogu, w roku 1211 ukradkiem wymknęła się z domu i spotkała się ze św. Franciszkiem. O tego momentu nie miała już żadnych wątpliwości, jaką wybrać drogę życiową. Zrozumiała, że Bóg wzywa ją do prowadzenia życia jak św. Franciszek i jego bracia. W rok później osiemnastoletnia Klara rozdała swoje dobra ubogim i nocą uciekła potajemnie z domu. Przybyła do Porcjunkuli, gdzie w wieczór Niedzieli Palmowej w obecności Franciszka i braci obcięła swoje piękne włosy i założyła zgrzebny habit i welon zakonny na znak całkowitego oddania się Bogu. Na ręce Franciszka złożyła śluby przestrzegania ubóstwa i naśladowania Chrystusa. To uroczyste poświęcenie się Bogu odbyło się w towarzystwie innych kobiet z Asyżu, między którymi były jej dwie siostry: Katarzyna i Beatrice. Po zakończeniu ceremonii, bracia odprowadzili dziewczęta do klasztoru benedyktynek pod wezwaniem św. Pawła, leżącego dwa kilometry od Porcjunkuli.

Krewni Klary pod wodzą głowy rodu, Monalda, już w Wielki Piątek usiłowali siłą sprowadzić do domu uciekinierkę. Jednak bez skutku. Kilka dni później Franciszek umieścił Klarę w klasztorze benedyktyńskim Sant Angelo di Panzo. Jeszcze tego samego roku do Klary przyłączyła się jej siostra Katarzyna, której Franciszek nadał imię Agnieszka. Rodzina Offreduccich jeszcze raz, bezskuteczne próbowała sprowadzić dziewczyny do domu. Obydwie siostry wraz z towarzyszkami zamieszkały przy kościele św. Damiana. W roku 1213, na życzenie Franciszka i biskupa Asyżu Klara przyjęła obowiązek ksieni klasztoru. Pozostanie tutaj przez 42 lata życia. Brat Tomasz z Celano opracowując w roku 1256 życiorys Świętej wymienia cechy, które kształtowały życie tej wspólnoty zakonnej: miłość wzajemna, pokora, czystość serca, ubóstwo, cierpliwość, umartwienie oraz modlitwa. Klara, jak matka troszczyła się o wszystkie siostry. Miłością matczyną, ogarniała także siostry przebywające poza granicami Italii. Starała się być dla sióstr wzorem modlitwy i kontemplacji w codziennym życiu zakonnym. Swoją pobożność koncentrowała na Eucharystii, gdyż w niej najpełniej odnajdywała Chrystusa.

Wspólnota sióstr prowadziła życie na wzór wspólnoty założonej przez św. Franciszka. Ale to nie mogło stać się oficjalną regułą zakonu żeńskiego, ponieważ reguła napisana, przez św. Franciszka nie miała jeszcze pisemnego zatwierdzenia przez Stolicę Apostolską. Otrzyma to dopiero w roku 1223. A zgodnie ze wskazaniami Soboru Laterańskiego z roku 1215 Kościół nie mógł zatwierdzać nowych reguł, a wspólnoty nowo powstające miały przyjmować regułę już istniejących zakonów. Z tego powodu, Klara była zmuszona przyjąć Regułę św. Benedykta. W roku 1224 Klara zachorowała, cierpienia związane z chorobą będą jej towarzyszyć przez 28 lat, aż do śmierci. Święta całkowicie zawierzyła swoje cierpienie Miłości Miłosiernej. Odkryła radość życia w codziennym dźwiganiu krzyża, który przyjmowała jako dar, zaś ubóstwo było dla niej nie celem, ale środkiem do pełnego zjednoczenia się z Jezusem. Ta cecha duchowości będzie istotna w życiu zakonu, który współzałożyła z franciszkanami.

Sława świętości Klary była tak wielka, że już za życia przypisywano jej wiele cudownych zdarzeń. Wśród nich jest obrona Asyżu i klasztoru przed Saracenami. Kiedy żołnierze zbliżali się do klasztoru św. Klara ukazała się przed nimi z Najświętszym Sakramentem w ręku, widząc to, zalęknieni Saraceni zaniechali dalszego oblężenia. Innym razem siostry miały na posiłek tylko pół bochenka chleba. Św. Klara kazała siostrze Cecylii pokroić chleb, który miały rozdać wszystkim siostrom. Okazało się, że z owej połówki chleba dało się zrobić 50 porcji dla sióstr.

Pod koniec życia Klara w oparciu o regułę św. Franciszka napisała regułę dla własnego zakonu. Reguła ta otrzymała zatwierdzenie Stolicy Apostolskiej 9 sierpnia 1253 r. Św. Klara stała się współzałożycielką, razem ze św. Franciszkiem Zakonu Ubogich Pań, które od imienia Świętej nazwano Klaryskami. Dwa dni później św. Klara zakończyła ziemskie życie. W roku 1255 została ogłoszona świętą. Papież Pius XII, wspominając wizję Świętej, która w noc Bożego Narodzenia 1252 roku w mistyczny sposób widziała i słyszała Pasterkę w kościele św. Franciszka w Asyżu ogłosił ją w roku 1958 patronką telewizji. Ciało Świętej zachowało się do dzisiaj i można je oglądać w Bazylice św. Klary w Asyżu. Zycie św. Klary trafnie charakteryzuje napis na ścianie klasztoru klarysek w Reims: „Klara nie starała się siać, ona sama zamieniła się w ziarno. Chociaż mijają wieki, to jednak blask jej świętości nie przygasa, ale wciąż rozpala i fascynuje kolejne pokolenia” (z książki Wypłynęli na głębię).

 

 

ŹRÓDŁO UZDROWIENIA

Greg Thomas do roku 2009 prowadził normalne życie. Oprócz zawodowej pracy lubił spędzać czas na łowieniu ryb, polowaniu, rozkoszując się pięknem rolniczego regionu w stanie Minnesota. W maju 2009 roku zdiagnozowano u niego, w czwartym stadium raka szyi i głowy. To był dla niego szok. W czasie kuracji usunięto mu wszystkie zęby, pokarmy przyjmował tubą bezpośrednio do żołądka. Przeszedł 40 naświetleń i chemoterapii. Jednak nie przyniosło to większego efektu. Wrócił do swojego domu w Montgomery, nie mając pewności, ile zostało mu życia. Ku swemu przerażeniu, usłyszał przypadkowo rozmowę lekarza z jego rodziną, której radził, aby powoli przygotowywała się do pogrzebu. Po powrocie do domu Greg wychodził na długie spacery. Pewnego dnia dotarł do zapomnianego i zaniedbanego starego kościółka, przy którym był mały cmentarz. Chciał otworzyć drzwi kościoła, ale były zamknięte. Usiadł zatem na schodach i zaczął się modlić. W czasie modlitwy ogarnął go wewnętrzny pokój i rodziła się nadzieja. Od tego dnia codziennie przychodził tu, siadał na schodach i oddawał się modlitewnej zadumie. Pewnego dnia wpadł na pomysł odnowienia i wyremontowania tego kościoła. Udał się do najbliższego domu z nadzieją, że otrzyma klucze do kościoła. Drzwi domu otworzył Don Rynda, 82-letni członek tej parafii. Gdy Don usłyszał o zamiarach Grega, uradowany powiedział: „Zawsze o tym myślałem. To było moje marzenie”. 

Wyżej wspomniany kościół pod wezwaniem św. Jana został zbudowany przez pierwszych czeskich osadników. Większość z nich spoczywa na przykościelnym cmentarzu, a inni wyjechali z tej miejscowości. Kościół się wyludniał i popadał w ruinę. Aż w końcu został zamknięty. Po wielu latach otworzył go Greg Thomas. Po przekroczeniu progu świątyni uderzył go zapach stęchłego powietrza i zgnilizny. Tak wspomina swoje pierwsze wejście do świątyni: „Wszystko wyglądało tak, jakby ludzie wyszli z kościoła po ostatnim nabożeństwie. Na ścianach były obrazy. Na ołtarzu leżał mszał. Nad ołtarzem stały figury Jezusa i Matki Bożej. W świecznikach były świece. W tabernakulum leżał zwinięty welon, którym okrywano Najświętszy Sakrament”. Jednak wszędzie można było zobaczyć zniszczenia poczynione przez upływający czas. W podłodze były dziury i leżały na niej martwe owady. Wszystko było omotane pajęczyną. W chrzcielnicy pozostał tylko brudny ślad po wyschniętej wodzie. „Nie mogę zwlekać, muszę natychmiast zabrać się do roboty” – powiedział sobie Thomas. W zasadzie wszystko wymagało remontu. Thomas zabrał się ostro do pracy. Z czasem udało mu się wciągnąć innych ludzi do tego dzieła. Po pewnym czasie zauważył, że im więcej pracował przy remoncie świątyni tym czuł się zdrowszy. „Wyglądało na to, że ja odbudowuję kościół, a Bóg odbudowuje moje zdrowie” – powiedział. I rzeczywiście Thomas, który był blisko śmierci, lekarze nie dawali żadnych szans teraz czuł się bardzo dobrze, powrócił do zdrowia. Po czterech latach po raz pierwszy mógł spożyć normalnie posiłek. Jest przekonany, że doznał cudu uzdrowienia. „Nie wierzę, że wyzdrowiałem dzięki medycynie” – powiedział. Thomas chciałby zakończyć prace remontowe przed Wielkanocą, bo miałoby to głęboką wymowę: „Wielkanoc mówi o odrodzeniu i zmartwychwstaniu, a mnie się to przydarzyło”.

Wiele lat wcześniej, tak wiele, że nawet historia traci rachubę, a rzeczywistość tamtego czasu dociera do nas w pięknych i pouczających historiach oraz przypowieściach, spisanych przez ludzi wybranych i natchnionych przez Boga. Jedną z nich jest historia raju, w którym Bóg umieścił człowieka. W bliskości Boga człowiek odnajdywał wszystko, co jest niezbędne do pełni szczęścia; miłość nie znającą granic, nieogarnioną radość, wieczność, w której nie było miejsca na cierpienie i śmierć. I to wszystko, czego każdy z nas pragnie do pełni wiecznego szczęścia. Źródłem tego wszystkiego był Stwórca. Jednak człowiek przez nieposłuszeństwo odwrócił się od Boga i ściągnął na siebie śmiertelną chorobę, którą nazywany grzechem pierworodnym. Jest to nie tylko śmiertelna, ale i zaraźliwa choroba, która przeszła na wszystkich ludzi. Człowiek utracił wszystko, co było dla niego rajem, z wyjątkiem jednego – miłości Boga, dzięki której ma szansę powrotu do utraconego raju. W mocy obiecanego Mesjasza odnajdzie drogę do raju. On uzdrowi człowieka z każdej, a szczególnie duchowej choroby i da moc zwycięstwa nad śmiercią. Jego przyjście w uzdrawiającej mocy zapowiada prorok Izajasz w pierwszym czytaniu: „On z mocą ogłosi Prawo, nie zniechęci się ani nie załamie, aż utrwali Prawo na ziemi, a Jego pouczenia wyczekują wyspy. Ja, Pan, powołałem Cię słusznie, ująłem Cię za rękę i ukształtowałem, ustanowiłem Cię przymierzem dla ludzi, światłością dla narodów, abyś otworzył oczy niewidomym, ażebyś z zamknięcia wypuścił jeńców, z więzienia tych, co mieszkają w ciemności”.

Ewangelia na dzisiejszą opisuje spełnienie obietnicy Bożej i proroctw Starego Testamentu: „W owym czasie przyszedł Jezus z Nazaretu w Galilei i przyjął od Jana chrzest w Jordanie. W chwili, gdy wychodził z wody, ujrzał rozwierające się niebo i Ducha jak gołębicę zstępującego na siebie. A z nieba odezwał się głos: ‘Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie’”. Jezus nie potrzebował chrztu nawrócenia, jednak go przyjął. Św. Paweł w Liście do Koryntian rzuca pewne światło na tajemnicę chrztu Jezusa w Jordanie: „On to dla nas grzechem uczynił Tego, który nie znał grzechu, abyśmy się stali w Nim sprawiedliwością Bożą”. Św. Jan Paweł II, nawiązując do tego powiedział: „Chrystus objawił ‘w pełni’ człowieka samemu człowiekowi właśnie dlatego, że On sam ‘nie znał grzechu’. Grzech bowiem nigdy nie ubogaca człowieka. Wręcz przeciwnie: deprecjonuje go, pomniejsza, pozbawia właściwej mu pełni. Przywrócenie mu jej, zbawienie upadłego człowieka jest podstawową odpowiedzią na pytanie o sens Wcielenia”. Samo Niebo potwierdziło, że czas uzdrowienia, czas zbawienie już się rozpoczął, Syn Boży, Mesjasz jest wśród nas. W czasie chrztu rozległ się nad Jezusem głos z nieba: „Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie”.

Ten głos rozległ się także nad nami w chwili naszego Chrztu. Zostaliśmy uzdrowieni z grzechu pierworodnego i wszystkich innych, jeśli przyjęliśmy ten sakrament w wieku dorosłym. Chrzest daje nam sakramentalną moc uzdrowienia z wszelkiej choroby duchowej i moc zwycięstwa nad śmiercią. Łaska chrztu jest otwarta dla każdego człowieka. Św. Piotr po przybyciu do poganina Korneliusza i udzieleniu mu chrztu powiedział: „Przekonuję się, że Bóg naprawdę nie ma względu na osoby. Ale w każdym narodzie miły jest Mu ten, kto się Go boi i postępuje sprawiedliwie”. Przez chrzest stajemy się niejako świątynią Boga. Św. Paweł w Liście do Koryntian pisze: „Czy nie wiecie, że świątynią Bożą jesteście i że Duch Boży mieszka w was?” Czasami nasza świątynia ciała jest podobna do opuszczonej świątyni, którą odnawiał, wspomniany na początku Greg Thomas. Źródło mocy tryskające z sakramentu chrztu jest wyschnięte i osnute pajęczynami. Przyrzeczenia chrzcielne zapomniane. I tak jak Greg trzeba usiąść w modlitewnej zadumie na schodach tego kościoła, następnie otworzyć jego drzwi, wymieść śmiecie grzechu i stęchlizny, oczyścić z zapomnienia przyrzeczenia chrzcielne, a wtedy odczujemy radość i pokój odnowionej świątyni naszego ciała, świątyni Ducha Świętego (Kurier Plus, 2014).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *