5 Sty

Uroczystość Objawienia Pańskiego – Rok B

 

 

MEDRCY I GWIAZDA WIARY.

Gdy Jezus narodził się w Betlejem w Judei za panowania króla Heroda, oto Mędrcy ze Wschodu przybyli do Jerozolimy i pytali: „Gdzie jest nowo narodzony król żydowski? Ujrzeliśmy bowiem Jego gwiazdę na Wschodzie i przybyliśmy oddać Mu pokłon”. Skoro usłyszał to król Herod, przeraził się, a z nim cała Jerozolima. Zebrał więc wszystkich arcykapłanów i uczonych ludu i wypytywał ich, gdzie ma się narodzić Mesjasz. Ci mu odpowiedzieli: „W Betlejem judzkim, bo tak napisał prorok: A ty, Betlejem, ziemio Judy nie jesteś zgoła najlichsze spośród głównych miast Judy, albowiem z ciebie wyjdzie władca, który będzie pasterzem ludu mego, Izraela”. Wtedy Herod przywołał potajemnie Mędrców i wypytał ich dokładnie o czas ukazania się gwiazdy. A kierując ich do Betlejem, rzekł: „Udajcie się tam i wypytujcie starannie o Dziecię, a gdy Je znajdziecie, donieście mi, abym i ja mógł pójść i oddać Mu pokłon”. Oni zaś wysłuchawszy króla, ruszyli w drogę. A oto gwiazda, którą widzieli na Wschodzie, szła przed nimi, aż przyszła i zatrzymała się nad miejscem, gdzie było Dziecię. Gdy ujrzeli gwiazdę, bardzo się uradowali. Weszli do domu i zobaczyli Dziecię z Matką Jego, Maryją; upadli na twarz i oddali Mu pokłon. I otworzywszy swe skarby, ofiarowali Mu dary: złoto, kadzidło i mirrę. A otrzymawszy we śnie nakaz, żeby nie wracali do Heroda, inną drogą udali się do ojczyzny (Mt 2,1-12).

W Katechizmie Kościoła Katolickiego czytamy: „Kościół utrzymuje i naucza, że naturalnym światłem rozumu ludzkiego można z rzeczy stworzonych w sposób pewny poznać Boga, początek i cel wszystkich rzeczy” (nr 36). Takie stwierdzenie ma swoje podstawy w Biblii. Słowa z listu św. Pawła do Rzymian są jednym z wielu takich przykładów: „Od stworzenia świata niewidzialne Jego (Boga) przymioty- wiekuista Jego potęga oraz bóstwo – stają się widzialne dla umysłu przez Jego dzieła” (Rz 1, 19-20). W tym duchu święty Augustyn inspirowany pięknem świata i słowem Bożym powie: „Zapytaj piękno ziemi, morza, powietrza… zapytaj piękno nieba… zapytaj wszystko co istnieje, jest jakby wyznaniem. Kto uczynił to całe piękno poddane zmianom, jeśli nie Piękny, nie podlegający żadnej zmianie”.

Kontynuując tę myśl, można by przytoczyć całą plejadę najwybitniejszych uczonych, którzy przez zgłębianie tajemnic świata materialnego i odkrywanie jego piękna umacniali swoją wiarę w Boga, Stwórcy całego Wszechświata. Należy do nich wybitny uczony Izaak Newton, który między innymi sformułował powszechne prawo ciążenia. Zapisał on te słowa: „To cudowne ułożenie słońca, planet i komet może być tylko dziełem Istoty wszechmocnej i rozumnej. A jeśli każda gwiazda jest ośrodkiem systemu podobnego do naszego to na pewno wszystko zostało urządzone według podobnego planu i wszystko musi być poddane jednej i tej samej Istocie. Ta Istota nieskończona rządzi wszystkim… Bóg jest Istotą najwyższą, wieczną, nieskończoną…”

Mędrcy ze wschodu ujrzeli gwiazdę na niebie i ona stała się bodźcem podjęcia podróży do Betlejem. Możemy się domyślać, że byli oni w pewnym sensie uczonymi swoich czasów. Wpatrywali się w niebo usiane rojem gwiazd. Jego piękno i ogrom sprawiały, że wielbili Stwórcę tych wspaniałości i szukali coraz pełniejszego z Nim kontaktu. Zapewne też słyszeli o oczekiwaniach Narodu Wybranego na Mesjasza. Nowa gwiazda, którą zauważali na niebie stała się dla nich znakiem narodzenia oczekiwanego Króla. W tym wypadku nie jest ważna kwestia astronomicznych dywagacji, kiedy i gdzie się ta gwiazda pojawiła, jakiej była wielkości itp. Ważne, że w duszy Mędrców, zwanych także Królami zapłonęło światło, które do dziś nazywamy gwiazdą betlejemską. Kto ją zauważy w swojej duszy i podąża za nią, wcześniej czy później spotka swego Zbawiciela.

Droga Mędrców porównywana jest często z drogą naszej wiary, która prowadzi nas do coraz pełniejszego spotkania z Chrystusem. Poszukajmy zatem tych podobieństw. Mędrcy byli ludźmi otwartymi na Boga i przeczuwali Jego obecność w otaczającej ich rzeczywistości. Jak nigdy dotąd widzimy jak wielki i wspaniały jest Wszechświat. Możemy dostrzec w tym Boży palec. Gdy Mędrcy zauważyli szansę pełniejszego spotkania z Bogiem, zostawili wszystko i za przewodem gwiazdy wyruszyli w nieznane. Na drodze naszego życia pojawia się wiele szans pełniejszego poznania i umiłowania Boga. Czy zawsze je wykorzystujemy? Mędrcy na drodze napotykają wiele trudności, spotykają podstępnych ludzi. Herod chce wykorzystać ich informacje, aby zgładzić Nowonarodzonego. Mędrcy jednak bardziej wsłuchują się w boże natchnienia niż przebiegłe słowa Heroda. Na drodze naszej wiary także spotkamy ludzi, którzy podstępnym słowem chcą zabić w nas wiarę. Wtedy trzeba ze zdwojoną energią wsłuchiwać się w to, co mówi do nas Bóg. Ewangelia mówi, że w pewnym momencie znikła gwiazda prowadząca Mędrców. Wtedy rozpytują oni o Mesjasza, szukają jakby po omacku. W naszym życiu przychodzą momenty, kiedy gwiazda naszej wiary blednie. A wtedy nie można rezygnować z wytrwałego szukania. Mędrcy, pokonując wiele trudności docierają w końcu do Betlejem i w małym Dziecięciu rozpoznają obiecanego Mesjasza i ofiarują mu złoto, kadzidło i mirrę. We śnie ukazuje im się anioł, który mówi, aby wrócili do domu inną drogą. Z pewnością chodzi o to, aby nie zatrzymali się w pałacu Heroda, który wykorzystałby otrzymane wiadomości przeciw Jezusowi. Można to także zinterpretować inaczej. Autentyczne spotkanie z Chrystusem odmienia tak nasze życie, że kroczymy jakby inna drogą. Wędrujący Mędrcy ze Wschodu są zaproszeniem dla każdego z nas, abyśmy wybrali się razem z nimi w drogę prowadzącą do Boga.

Posłuchajmy rosyjskiej legendy, która może być dla nas ostrzeżeniem, abyśmy nie przegapili okazji spotkania z Bogiem. Befana szorując garnki w kuchni zobaczyła przez okno przejeżdżających koło jej domu trzech siwych mędrców; Kacpra, Melchiora i Baltazara. „Dokąd tak zdążacie czcigodni mężowie” –zapytała Befana. Baltazar odpowiedział: „Jedziemy do Betlejem. Otrzymaliśmy wspaniałą wiadomość, że narodził się tam w stajni Chrystus Król”. „Pozdrówcie go ode mnie” – powiedziała Befana. Kasper uśmiechając się do niej powiedział: „Wybierz się z nami, aby pozdrowić Dzieciątko”. „O jakże byłabym szczęśliwa, gdybym mogła się z wami udać w podróż, ale teraz nie mogę, tyle mam do zrobienia w domu. Muszę wpierw posprzątać i odkurzyć dom”. Wtedy Melchior zwrócił się do niej słowami: „W takim razie ofiaruj jakiś dar dla Nowonarodzonego”. „Z wielką przyjemnością posłałabym dar dla Dziecięcia. Ale wcześniej muszę jeszcze pocerować wiele ubrań i napalić w piecu. I gdy tylko upiekę chleb zaraz przygotuje poduszeczkę i kołdrę dla Dziecięcia. Gdy wykonam te wszystkie prace natychmiast wybiorę do Nowonarodzonego Króla” – odpowiedziała Befana. Tymczasem trzej mędrcy odjechali.

Befana pracowała dzień i noc, po czym z podarkiem w ręku dla Jezusa ruszyła w drogę. Ale nie mogła jednak odnaleźć karawany mędrców, a sama nie wiedziała, gdzie Jezus jest położony. Szukała wszędzie, ale bez skutku. Do dziś, szczególnie w okresie Bożego Narodzenia Befana szuka Mędrców, niosąc dary dla Dzieciątka. Błąka się jak bezdomna, mimo, że wcześniej dom był dla niej oczkiem w głowie. Z sercem pełnym niepokoju i ze spóźnionym darem stuka do drzwi każdego domu i woła: „Dobrzy ludzie, dzwony już biją. Zatrzymajcie się na chwilę, odłóżcie swoje zajęcia i przyjmijcie miłość”.

W Uroczystość Objawienia Pańskiego, w tradycji polskiej znanej także jako Uroczystość Trzech Króli w kościołach świecimy dary jakie przynieśli trzej Mędrcy Jezusowi: złoto jako symbol władzy królewskiej, kadzidło – symbol bóstwa i mirrę jako zapowiedź śmierci Jezusa. Święcimy także kredę, którą na odrzwiach naszych domów wypisujemy inicjały trzech Króli i cyfry zbliżającego się Nowego Roku K+M+B+2003. Przypomina nam to wezwanie do ciągłego szukania Boga.

Ewa Ferenc w swojej książce „Polskie tradycje świąteczne” podaje także jeszcze inne napisy i ich znaczenie. C+M+B+2003. Symbole te tłumaczy się następująco: C- cogito- dowiaduję się, poznaję Chrystusa, tak jak trzej Mędrcy. M-matrimonium- małżeństwo, gody w Kanie Galilejskiej, pierwszy cud Jezusa; B- baptismus – chrzest Jezusa w Jordanie. Święty Augustyn tłumaczy to tak: Christus Multorum Benefaktor- Chrystus dobroczyńcą wielu. I ostatnie tłumaczenie, jako życzenia noworoczne: Christus Mansioni Benedicat- Niech Chrystus błogosławi temu domowi (z książki Nie ma innej Ziemi Obiecanej).

 

 

ŚWIATŁO GWIAZD

Powstań, świeć, Jeruzalem, bo przyszło twe światło i chwała Pana rozbłyska nad tobą. Bo oto ciemność okrywa ziemię i gęsty mrok spowija ludy, a ponad tobą jaśnieje Pan i Jego chwała jawi się nad tobą. I pójdą narody do twojego światła, królowie do blasku twojego wschodu. Podnieś oczy wokoło i popatrz: Ci wszyscy zebrani zdążają do ciebie. Twoi synowie przychodzą z daleka, na rękach niesione twe córki. Wtedy zobaczysz i promienieć będziesz, zadrży i rozszerzy się twoje serce, bo do ciebie napłyną bogactwa zamorskie, zasoby narodów przyjdą ku tobie. Zaleje cię mnogość wielbłądów, dromadery z Madianu i z Efy. Wszyscy oni przybędą ze Saby, ofiarują złoto i kadzidło, nucąc radośnie hymny na cześć Pana (Iz 60,1-6).

Nie wiem, kto pierwszy wpadł na idiotyczny pomysł określania niektórych ludzi filmu lub piosenki gwiazdami. Niestosowność tego skojarzenia w sposób szczególny dociera do mnie, gdy spoglądam na nocne niebo usiane milionami gwiazd. Czymże są te chybotliwe, sekundowe, niejednokrotnie zagubione, zestresowane, zdziwaczałe, amoralne gwiazdy ziemskiego padołu w porywaniu z majestatem niezgłębionego wszechświata gwiazd. Tu całkowicie zgadzam się z moim kurierowym kolegą Marianem Polakiem- Chlabiczem, który swój cykl o gwiazdach filmu i piosenki zatytułował „Bańki mydlane”. Z wielkim upodobaniem spoglądam na rozgwieżdżone niebo, z którego można tak wiele się nauczyć. Pierwszym moim gwiezdnym elementarzem był mój tata. Mówił o gwiazdach, o nieogarnionym kosmosie. Nie mogłem pojąć, jak to możliwe, że materia niektórych gwiazd jest tak gęsta, że główka od szpilki wykonana z niej ważyłaby więcej niż olbrzymia parowa lokomotywa, która codziennie przetaczała się za stodołą naszego gospodarstwa. Te lekcje prowadziły mnie do przyjęcia za własne stwierdzeń wybitych uczonych, których chcę teraz zacytować.

Arthur Holy Compton (nagroda Nobla w dziedzinie fizyki): „Jeżeli chodzi o mnie, wiara zaczyna się wraz z uzmysłowieniem sobie faktu, iż wyższa inteligencja doprowadziła do powstania wszechświata i stworzyła człowieka. Nie jest mi trudno mieć tę wiarę, gdyż niezaprzeczalnym jest fakt, iż tam gdzie jest plan istnieje inteligencja – uporządkowany, rozwijający się wszechświat świadczy o prawdzie najbardziej majestatycznego stwierdzenia, jakie kiedykolwiek wypowiedziano – ‘Na początku Bóg’”. Albert Einstein: „Moja religia polega na pokornym podziwie tego nieograniczonego wyższego ducha, który objawia się w drobnych szczegółach, jakie jesteśmy w stanie dostrzec naszymi wątłymi i słabymi umysłami. To głęboko emocjonalne przekonanie o obecności wyższej rozumnej mocy, która jest objawiona w niepojętym wszechświecie, kształtuje moje wyobrażenie Boga”. Stephen William Hawking, jeden z największych uczonych, zwany Einsteinem naszych czasów: „Przeciwności, które musiałyby zostać pokonane, aby wszechświat taki jak nasz mógł wyłonić się z czegoś takiego jak Wielki Wybuch są niesamowicie olbrzymie. Uważam, że kiedykolwiek zaczynamy omawiać początki wszechświata dochodzimy do czysto religijnych wniosków”.  Arno Penzias (nagroda Nobla w dziedzinie fizyki): „Astronomia prowadzi nas do unikatowego wydarzenia, do wszechświata stworzonego z niczego zachowującego bardzo delikatną równowagę niezbędną do spełnienia dokładnie takich warunków, które są wymagane dla istnienia życia oraz mającego przewodni – można powiedzieć – ponadnaturalny plan. Stworzenie wszechświata jest poparte przez wszystkie dające się zaobserwować dane, których astronomia dostarczyła do chwili obecnej”.

Na tych trzech wypowiedziach zakończę bardzo długą listę uczonych wypowiadających się w tym duchu, ponieważ chcę napisać o innych trzech uczonych, o których wspomina dzisiejsza Ewangelia: „Gdy Jezus narodził się w Betlejem w Judei za panowania króla Heroda, oto Mędrcy ze Wschodu przybyli do Jerozolimy i pytali: ‘Gdzie jest nowo narodzony król żydowski? Ujrzeliśmy bowiem Jego gwiazdę na Wschodzie i przybyliśmy oddać Mu pokłon’”. W oryginalnym tekście greckim mędrców określa się słowem „magoi” inaczej magami. W Starym Testamencie magami określano astrologów z Babilonu (ziemie dzisiejszego Iranu). Papież Benedykt XVI podczas audiencji ogólnej 3 lutego 2010 r. powiedział: „Byli oni uczonymi, śledzącymi gwiazdy i znającymi dzieje narodów. Byli ludźmi nauki w szerokim tego słowa znaczeniu, którzy obserwowali kosmos, uważając go niemal za wielką księgę pełną Bożych znaków i przesłań dla człowieka. Dlatego ich wiedza, daleka od tego, by mogli uważać się za samowystarczalnych, otwarta była na dalsze boskie objawienia i apele. Toteż nie wstydzili się pytać religijnych przywódców Żydów o wskazówki. Mogli powiedzieć: poradzimy sobie sami, nie potrzebujemy nikogo, unikając, zgodnie z dzisiejszą mentalnością, wszelkiego «zamieszania» między nauką a Słowem Bożym”.

Magowie byli prawdopodobnie uczniami Zaratustry, a więc wyznawcami religii pogańskiej. Jednak byli otwarci na nowe znaki nieba, szukali pełniejszego obrazu Boga. W nich to spełniły się słowa z księgi proroka Izajasza: „Zaleje cię mnogość wielbłądów, dromadery z Madianu i z Efy. Wszyscy oni przybędą ze Saby, ofiarują złoto i kadzidło, nucąc radośnie hymny na cześć Pana”. Deuteroizajasz pisał te słowa w niewoli babilońskiej. Zapowiadając wyzwolenie z niewoli politycznej nadał jej wymiar mesjańskiego zbawienia: „Powstań, świeć, Jeruzalem, bo przyszło twe światło i chwała Pana rozbłyska nad tobą”. Ilekroć zatrzymuję się w Jerozolimie w hotelu na Górze Oliwnej tylekroć wychodzę świtem na zewnątrz, aby podziwiać wschód słońca nad Jerozolimą. Tam gdzie dzisiaj wznosi się złota kopuła Meczetu na Skale w czasach prorockich stała Świątynia Jerozolimska, odbijając bielą i zlotem promienie wschodzącego słońca. Był to widok zapierający dech w piersiach. Ten obraz wschodzącego słońca nad Jerozolimą stał się obrazem światła, które rozbłyśnie w czasach mesjańskich, czasach zbawienia. O spełnieniu tego proroctwa śpiewamy w pięknej polskiej kolędzie: „Jakaś światłość nad Betlejem się rozchodzi. / W środku nocy przerażony świat się budzi. / Dzisiaj Chrystus tutaj właśnie się narodził / do nas przyszedł, bo ukochał wszystkich ludzi. / Z Wschodnich krain przyszli jeszcze Trzej Królowie / Każdy myślał: ‘Coś wielkiego dziś zobaczę’. / Lecz zdziwili się ci wielcy monarchowie, / że ich król jest malusieńki i że płacze”.

Magowie zwani mędrcami lub królami zdziwili się, ale uwierzyli, bo pokonując drogę mierzoną kilometrami, przemierzali drogę duchową od pogańskiej wiary do wiary w Chrystusa Zbawiciela świata. Oddali pokłon Dziecięciu i złożyli dary, które wyrażały ich wiarę. Złoto było znakiem godności królewskiej, kadzidło boskiej, a mirra była zapowiedzią przejścia przez śmierć ku zmartwychwstaniu, ku światłości wiekuistej. Magowie rozpoczęli swoją drogę od czytania w gwiazdach a zakończyli na wyznaniu wiary w Jezusa Chrystusa.

Na podobieństwo Trzech magów jesteśmy wezwani do udania się w podróż do Betlejem. Można wsiąść do samolotu i odbyć tę podróż o wiele szybciej niż Magowie ze Wschodu. Tylko że taka podróż może nic nie znaczyć, jeśli duchowe pielgrzymowanie nie stanie się w niej najważniejsze. Gdy spojrzymy na nasze życie, to zauważymy, że jest w nim wiele pogaństwa i zła. Trzeba nam zatem z tego miejsca wyruszyć na spotkanie zbawiającej Miłości. Zawsze jest dobry czas, aby zacząć od nowa. Przykładem może być Tomasz Merton. Po długim szukaniu błądzeniu, w roku 1941 w Wielkim Tygodniu po raz pierwszy przybył do klasztoru trapistów w Kentucky. Tak pisze o tym w swoim dzienniczku: „Powinienem wydrzeć wszystkie kartki z tego dzienniczka, jak i też inne, które do tej pory zapisałem i zacząć tutaj wszystko od nowa”. Stąd wyruszył za betlejemską gwiazdą na spotkanie Mesjasza. Odnalazł Go i stał się jednym z najwybitniejszych i najbardziej wpływowych myślicieli amerykańskich (z książki Bóg na drogach naszej codzienności).

 

 

GWIAZDA NA NASZYM NIEBIE

Bracia: Słyszeliście przecież o udzieleniu przez Boga łaski danej mi dla was, że mianowicie przez objawienie oznajmiona mi została ta tajemnica. Nie była ona oznajmiona synom ludzkim w poprzednich pokoleniach, tak jak teraz została objawiona przez Ducha świętym Jego apostołom i prorokom, to znaczy, że poganie już są współdziedzicami i współczłonkami Ciała, i współuczestnikami obietnicy w Chrystusie Jezusie przez Ewangelię (Ef 3, 2-3a. 5-6).

 Z wielką przyjemnością spoglądam sierpniową nocą na rozgwieżdżone niebo moich rodzinnych stron. Nocy ciemnej jak smoła nie rozpraszają żadne światła, a czyste powietrze sprawia, że na niebie można dostrzec miliardy gwiazd. Droga Mleczna jest tak jasna, jak mleko rozlane w bezkresnych przestrzeniach kosmosu. Najpiękniej zdobione kopuły kościołów nie mogą się równać z tym pięknem . To piękno porusza, zachwyca i rodzi pytanie o jego Stwórcę. Spoglądanie na gwiazdy rozsypane na czarnym niebie ma także charakter bardziej użyteczny. Gwiazdy wskazują kierunek naszej drogi. Taką rolę pełni między innymi Gwiazda Polarna, wskazująca zawsze północ. Spełniała ona szczególnie ważną  rolę w życiu żeglarzy, którzy na rozległych przestrzeniach oceanów odnajdywali dzięki niej kierunek swego żeglowania. Ona prowadziła ich do portu przeznaczenia. Ten gwiezdny obraz, w sferze religijnej przytaczany jest jako symbol podążania za gwiazdą, światłem, które prowadzi człowieka ku nieogarnionej zbawczej miłości Boga. Jest to docelowy port naszego ziemskiego żeglowania. O tej światłości mówi prorok Izajasz w pierwszym czytaniu: „Powstań! Świeć, bo przyszło twe światło i chwała Pańska rozbłyska nad tobą. Bo oto ciemność okrywa ziemię i gęsty mrok spowija ludy, a ponad tobą jaśnieje Pan, i Jego chwała jawi się nad tobą. I pójdą narody do twojego światła, królowie do blasku twojego wschodu”.

W uroczystość Epifanii, znanej także jako uroczystość Trzech Króli świętujemy objawienie światu Bożej światłości w Chrystusie. Jest to światłość, która dopełniając rozumowe szukanie Boga bezbłędnie prowadzi do Stwórcy i Zbawiciela. Papież Jan Paweł II w encyklice „Fides et ratio” przypomina, że nie ma sprzeczności między nauką a wiarą, wręcz przeciwnie, rozum podprowadza nas do wiary w Boga. Nauka i wiara są niejako dwoma skrzydłami, na których człowiek wznosi się na wyżyny kontemplacji i dociera do portu swego przeznaczenia jakim jest uszczęśliwiająca komunia z Bogiem. Możemy przytoczyć przykłady wielu wielkich uczonych, którzy na tych dwóch skrzydłach odkrywali Boga. Albert Einsteina, wybitny fizyk, twórca teorii względności powiedział: „Moja religia jest pokornym uwielbieniem nieskończonej, duchowej Istoty wyższej natury, która przejawia się nawet w tych drobnych szczegółach, które możemy dostrzec naszymi słabymi i ograniczonymi zmysłami”. Zaś Karol Darwin, twórca teorii ewolucji, na pytanie studenta o wiarę w Boga, w liście z 2 kwietnia 1873 roku napisał: „Niepodobna zwięźle odpowiedzieć na krótkie pańskie zapytanie, ale nie wiem, czy mógłbym to uczynić nawet w najdłuższym liście. Powiem tylko, że za najgłówniejszy dowód istnienia Boga służyć może fakt, iż niepodobna wyobrazić sobie, aby ten wspaniały i dziwny wszechświat, wraz z ludźmi obdarzonymi świadomością, powstał przez prosty przypadek”.

Mędrcy ze Wschodu, zwani także królami, magami częściej niż inni wpatrywali się niebo. Podziwiając jego piękno odkrywali za nim wszechpotężną moc, którą utożsamiali z Bogiem. Sięgali częściej niż inni do ksiąg, w których była zawarta cała mądrość ówczesnego świata, a była to mądrość odnajdywana w bliskości Boga. Pewnego dnia ujrzeli na niebie gwiazdę, która zwróciła ich uwagę, może szczególną jasnością, a może pojawieniem w niespodziewanym miejscu konstelacji niebieskiej. Faktem jest, że zaczęli pytać o sens tego znaku. Aż doszli do wniosku, że jest ona znakiem, jak mówi Ewangelia nowonarodzonego Króla żydowskiego. Wyruszyli, zatem, aby oddać hołd Nowonarodzonemu. Dotarli do króla Heroda, który zwołał arcykapłanów i uczonych w Piśmie, aby zasięgnąć ich rady. Ci zaś wskazali na Betlejem jako miejsce narodzenia nowego Króla. Mędrcy upewnieni przez arcykapłanów i uczonych jeszcze z większą determinacją ruszyli w dalszą drogę do Betlejem. Po dotarciu do celu prawdopodobnie doświadczyli czegoś nadzwyczajnego, może był to cud i łaska boża, która uzdolniła ich do uwierzenia, że to Dziecię narodzone w tak ubogich warunkach jest oczekiwanym Królem. „Weszli do domu i zobaczyli Dziecię z Matką Jego, Maryją; upadli na twarz i oddali Mu pokłon. I otworzywszy swe skarby, ofiarowali Mu dary: złoto, kadzidło i mirrę. A otrzymawszy we śnie nakaz, żeby nie wracali do Heroda, inną drogą udali się do swojej ojczyzny”. Dalszy los Mędrców ze Wschodu owiany jest tajemnicą. Zaś legenda inspirowana wiarą ludu głosi, że Mędrcy przyjęli chrzest z rąk jednego z Apostołów. Zostali wyświęceni na biskupów i ponieśli śmierć męczeńską za wiarę w Chrystusa.

W tamtych czasach, ludzie Wschodu byli żywo przekonani, że każdy człowiek ma swoją gwiazdę i ona wyznacza kierunek jego życia, decyduje o jego losie. Trudno oprzeć się wrażeniu, że tak jest, gdy patrzymy na betlejemską gwiazdę, która jest symbolem Chrystusa. Chrystus jest naszą gwiazdą, która bezpiecznie prowadzi nas krętymi drogami ziemskiego życia. Na firmancie naszego nieba pojawia się wiele zwodniczych gwiazd, które błyskiem złota, sławy, władzy tak łatwo mogą przesłonić tę jedyną, najważniejszą gwiazdę, którą odkrywamy w duszy, tam, gdzie spotykamy się ze swoim Zbawcą. W blasku tej gwiazdy nie tylko odnajdziemy właściwy kierunek życia, ale także bezbłędnie rozszyfrujemy zwodnicze gwiazdy, które prowadząc nas grzesznymi drogami prowadzą donikąd. Można tu użyć porównania dziewczynki, która przygotowując się do przyjęcia pierwszej Komunii św. spisała na karteczce swoje grzechy. Z wielkim przejęciem uklęknęła przed kratkami konfesjonału. Po chwili milczenia błagalnie wyszeptała: „Niech ksiądz zapali światło, bo nie widać grzechów”. Trzeba zapalić gwiazdę Jezusa w naszym życiu, aby się przekonać, czy aby nie zdążamy donikąd.

Nasza gwiazda betlejemska zapłonęła w chwili naszego chrztu. Jednak w życiu ulegamy nieraz zwodniczym gwiazdom, ale nawet wtedy, gdy będziemy otwarci na światło z nieba z pewnością otrzymamy łaskę dostrzeżenia betlejemskiej gwiazdy na naszym niebie.  Na stronie internetowej „http://www.vicariatusurbis.org” zamieszczone są między innymi świadectwa wiary związane z procesem beatyfikacyjnym Jana Pawła II. Oto fragmenty wypowiedź 25-letniego studenta Michała:  „Przez kilka ostatnich lat żyłem z dala od Boga i Kościoła, z zawodem miłosnym, pogrążony w nałogach i beznadziejności. Pisząc – chociaż nieudolnie i nieporadnie – o moim nawróceniu, chciałbym właśnie dać temu świadectwo. Tak jak każdy kto został uleczony przebaczającą miłością Jezusa, jestem zobowiązany nie tylko wysławiać miłosierdzie Boga, ale także z całą mocą świadczyć o nim wśród tych, którzy nie mają odwagi zwrócić się ku Bogu, który jest naszym ostatecznym celem i szczęściem, którego bez wytchnienia szukamy. Kiedy podano do wiadomości, że Ojciec Święty nie żyje, rozpłakałem się jak dziecko, to mną w jakiś sposób wstrząsnęło. Czułem się w tamtym czasie tak, jakbym stracił jedną z najbliższych osób. Oglądałem mnóstwo programów i filmów o Papieżu nadawanych w telewizji. Zobaczyłem człowieka, który prawdziwie kocha ludzi, zobaczyłem Jego pogodną i ciepłą twarz, z której promieniowało samo dobro, Jego pełne siły i miłości oczy. Podziwiałem Jego głęboką osobowość, odwagę i bogactwo Jego myśli. Uświadomiłem sobie, że ten Wielki Papież Polak przeszedł przez życie dobrze czyniąc i całkowicie spalając się dla Chrystusa i dla dobra całej rodziny ludzkiej. Od tamtego momentu zaczął się mój powrót do Kościoła, do Boga. Zacząłem modlić się, czytać Pismo Święte oraz uczestniczyć w niedzielnej Eucharystii. Bóg w swej wspaniałości potrafi ze zła wyprowadzić dobro, różnymi drogami do nas dociera. Przybliża nas do Siebie często poprzez cierpienie fizyczne i duchowe. Wiem po co żyję i ku czemu zmierzam. Odnalazłem sens i radość życia jakiej nie znałem!” (z książki W poszukiwaniu mądrości życia).

 

 

SŁUGA BOŻY JAN HENRYK NEWMAN

Mędrcy ze Wschodu, podobnie jak wszyscy ludzie tamtych czasów wierzyli w Boga. Oddawali cześć Bogu a może bogom, ale jednocześnie pragnęli jeszcze doskonałej poznać swego Stwórcę. Wykorzystywali wszystkie swoje możliwości w odkrywaniu Boga. Byli otwarci na wielkość i wspaniałość dzieł stworzonych i przez nie odkrywali potęgę ich Stwórcy. Zapatrzeni w niebo dojrzeli gwiazdę wyjątkowej jasności, która stała się dla nich szczególnym znakiem objawiającego się Boga. Pokonując wiele trudności ruszyli śladem gwiazdy i dotarli do Betlejem, gdzie w małym Dziecięciu rozpoznali Boga, który, aby być blisko człowieka przyjął ludzkie ciało. Szukanie coraz doskonalszego kształtu więzi z Bogiem towarzyszy również dzisiejszemu człowiekowi i prowadzi nieraz do zmiany dotychczasowego wyznania, tak jak to było w życiu sługi Bożego Jana Henryka Newmana, który należy do najwybitniejszych postaci kościoła anglikańskiego i katolickiego.

Jan Henryk Newman urodził się w roku 1801 we wsi Ealing, w pobliżu Londynu w zamożnej, obojętnej religijnie rodzinie protestanckiej. Ojciec jego, z pochodzenia Żyd był londyńskim bankierem. Matka wychowała syna w duchu wyznania anglikańskiego. Piętnastoletni Jan nad wiek rozwinięty postanowił żyć w celibacie, aby pełniej poświecić się głoszeniu Ewangelii. Jako szesnastolatek rozpoczął studia w Trinity College w Oksfordzie i po uzyskaniu stopnia bakałarza został profesorem tej uczelni. W wieku 24 lat otrzymał posługę pastora w kościele anglikańskim i po trzech latach został kaznodzieją w uniwersyteckim kościele pod wezwaniem Najświętszej Maryi Panny. Jego kazania, odznaczające się pięknym stylem, głębią myśli i żarliwością wiary przyciągały nie tylko społeczność uniwersytecką, ale także mieszkańców całego miasta. W późniejszym czasie kazania te zostaną opublikowane w ośmiu tomach.

Intensywna praca nadszarpnęła zdrowie Jana, stąd też dla jego podratowania, w roku 1832 wyjechał na południe Europy. Odwiedził wiele miast, w tym także Rzym, który wywarł na nim ogromne wrażenie. Po powrocie do Anglii, rozpoczął razem z kolegami wydawać tzw. traktaty, przez które chciał przeciwdziałać szerzącemu się w ojczyźnie liberalizmowi, który stawiając w punkcie wyjścia ludzką wolność jako najważniejszą cechę człowieczeństwa prowadził w sumie do różnych form zniewolenia. W traktatach, Newman przybliżał swoim rodakom dzieła Ojców Kościoła, którzy pisali jeszcze przed podziałem kościoła na katolicki, prawosławny i protestancki. Zgłębianie tej nauki doprowadziło go do stwierdzenia, że 39 artykułów wyznania anglikańskiego sprzeciwia się nauce pierwotnego Kościoła. Zarzucono wtedy, Newmanowi, że jest skrytym jezuitą i że zbliża się do Rzymu. Te zarzuty bardzo boleśnie uderzyły Newmana, gdyż był święcie przekonany, że odkrywanie prawdy o Kościele dobrze przysłuży się Kościołowi anglikańskiemu. Newman, w oparciu o Nowy Testament starał się dotrzeć do źródeł chrześcijaństwa. Zwracał szczególną uwagę na pewne partie Ewangelii, a wśród nich na fragment, gdzie Jezus nazywa Piotra skałą, na której zbuduje swój Kościół. W tym czasie, powstał tak zwany Ruch Oksfordzki, któremu początek dało kazanie pastora Kościoła Anglikańskiego, Johna Kebla. Piętnował on to, co określał jako „narodową apostazję” Anglii, wskazując, że król Anglii Henryk VIII, dla usprawiedliwienia swoich nieprawości oderwał kościół w Anglii od Rzymu i uczynił się jego zwierzchnikiem. Powyższe okoliczności, jak też choroba i perspektywa bliskiej śmierci w czasie rejsu statkiem po Morzu Śródziemnym i nagłe wyzdrowienie skłoniły jeszcze bardziej Newmana ku nauce kościoła katolickiego.

Newman w swoich pismach jako anglikanin coraz bardziej zbliżał się ku katolicyzmowi. A gdy powzięto myśl założenia biskupstwa prusko – angielskiego w Jerozolimie, na którego czele miał stać biskup anglikański i do którego to biskupstwa mieli należeć wyznawcy wszystkich wyznań protestanckich, Newman zaprotestował. I od tego momentu bardzo wyraźnie zwrócił się ku nauce katolickiej. Odwołał wszystko, co napisał i powiedział przeciw Kościołowi Katolickiemu, zrzekł się wkrótce probostwa parafii Najświętszej Maryi Panny, co nie było dla niego łatwe. Głosząc tam ostatnie kazanie, ze łzami mówił o „rozłące przyjaciół”. Następnie zamieszkał w Littlemore, gdzie prowadził życie na wzór zakonny. Od ostatecznej decyzji przejęcia katolicyzmu dzieliło go szukanie odpowiedzi na pytanie, czy dzisiejszy Kościół Katolicki jest prawdziwym Kościołem Chrystusowym, który ma tyle dogmatów, a których w pierwszych wiekach nie znano. W czasie tych wewnętrznych zmagań i poszukiwań doszedł do wniosku, że prawowity Kościół, który otrzymał od Chrystusa dar nieomylności, ma władzę precyzowania i rozwijania dogmatów. W konsekwencji powstaje konieczność podporządkowania się i zawierzenia we wszystkim jedynemu autorytetowi. A zatem, wiara katolicka nie jest zbędnym „dodatkiem” ani tym bardziej wypaczeniem pierwotnej wiary, ale przeciwnie – jej kontynuacją. Wiara pierwotna zawiera w sobie ziarno, zalążki witalności, które potrzebują czasu, aby się uwolnić, tak jak pąk róży rozwija się dopiero w momencie, który został na to przeznaczony. Dwuletnie, intensywne poszukiwania zakończyły się 9 października 1845 roku ostateczną decyzją. Tego dnia Newman złożył katolickie wyznanie wiary, wyspowiadał się i następnego dnia przyjął Komunię św. Przejście na katolicyzm tak znanej osobistości spowodowało wielkie poruszenie w kościele anglikańskim. Wielu poszło za jego przykładem. Gladston, przyszły premier napisał „Rok 1845 odznaczał się największym zwycięstwem, jakie Kościół Rzymski odniósł od czasów Reformacji”.

Po przejściu na katolicyzm Jan Newman wyjechał do Rzymu i tam wstąpił do Oratorianów. W roku 1847, po otrzymaniu święceń kapłańskich, powrócił do Anglii i założył kolegia Oratorianów w Birmingham i Brompton, a w 1852 roku został rektorem uniwersytetu w Dublinie. Papież Leon XIII, 12 maja 1879 roku mianował go kardynałem. Zapewne przejście na katolicyzm było dla Newmana, w pewnym sensie tym, czym dotarcie Mędrców ze Wschodu do Betlejem i rozpoznanie w Chrystusie obiecanego Mesjasza. Po swym przejściu na katolicyzm Newman napisał: „Od czasu, jak stałem się katolikiem, nie mam naturalnie żadnych dalszych dziejów moich poglądów religijnych do opowiedzenia. Mówiąc to, nie mam na myśli, by mój umysł próżnował lub bym zrezygnował z rozważania tematów teologicznych, lecz, że nie mam do zapisania żadnych zmian i że nie miałem jakichkolwiek niepokojów umysłu. Miałem doskonały spokój i zadowolenie; nigdy nie miałem ani jednej wątpliwości. Nie odczułem przy nawróceniu jakiejkolwiek zmiany intelektualnej czy moralnej, która by wywierała ucisk na mój umysł. Nie uświadamiałem sobie, bym miał mocniejszą wiarę w fundamentalne prawdy Objawienia czy większego panowania nad sobą; nie miałem więcej zapału, ale było to, jak przybycie do portu po wzburzonym morzu; i moje szczęście z tego powodu trwa nieprzerwanie do dzisiejszego dnia”.

Dzięki Newmanowi, zmieniało się powoli w Anglii patrzenie na katolików. Wcześniej traktowano ich z pogardą, jako wyznawców drugiej kategorii. Zaś sam Newman przed śmiercią zapisał: „Ileż w tobie sprawiedliwości i pocieszenia, Kościele Rzymski!”. Do ostatnich chwil życia Kardynał Newman pracował dla swego Oratorium w Birmingham. Tam też umarł 11 sierpnia 1890 roku, mając opinię jednego z najwybitniejszych umysłów XIX wieku (z książki Wypłynęli na głębię).

 

 

ZADYMA I BETLEJEMSKA GWIAZDA

W uroczystość Objawienia Pańskiego, inaczej Trzech Króli, w moich rodzinnych stronach zazwyczaj panowały siarczyste mrozy, a wyjący wiatr bił po oczach mroźnym śniegiem. W czasie śnieżnej wichury niebo ciemniało i mrok ogarniał całą ziemię. W śnieżnej bieli rozmazywał się obraz otaczającego świata. Przez niewielkie okna wiejskiej chaty trudno było nawet dostrzec stojący niedaleko dom sąsiada. Nie było szansy ujrzenia chociaż jednej gwiazdy na niebie, nawet tej najjaśniejszej, która doprowadziła Trzech Króli do Betlejemskiej stajenki, gdzie narodził się Mesjasz, nasz Zbawiciel. Mówiliśmy, ale zadymka, a niektórzy upraszczając używali słowa zadyma. W przyrodzie zadymka jest czymś normalnym, chociaż stwarza wiele niegodności życiowych; ogranicza widoczność, utrudnia komunikację, zamyka nas w naszych domach.

Prawdopodobnie od tego zjawiska przyrody zapożyczyły nazwy pewne wydarzenia natury społecznej. Obserwując pewne ludzkie zachowania nazywamy je zadymą. W słowniku mamy aż 79 synonimów od tego słowa. Oto niektóre z nich: afera, awantura, awanturka, bijatyka, bitka, bitwa, bójka, bunt, burda, chryja, demolka, demonstracje, draka, granda, heca na czternaście fajerek, jatka, kłótnia, komedia, krótkie spięcie, manifestacje, mordobicie, nawalanka, niepokoje społeczne, nieporozumienie, okładanie się, opera, ostra wymiana zdań, potyczka, pyskówka, raban, rękoczyny, rozróba, rozróbka, rozruchy, scena, scysja, skandal. O ile zadyma śnieżna, mimo pewnych niedogodności może być piękna o tyle zadyma społeczna najczęściej jest czymś złym. Przesłania prawdziwe dobro i często je niszczy.

Najwięcej słyszymy o zadymach sportowych. Jedna z największych zadym w historii polskiej piłki nożnej miała miejsce w Częstochowie na początku lat osiemdziesiątych. Już przed meczem finału Pucharu Polski pomiędzy kibolami Legii i Lecha na ulicach Częstochowy dochodziło do starć, a sygnał karetki pogotowia było słychać niemal przez cały czas. Kibole z Warszawy i Poznania walczyli ze sobą przez kilka godzin. Rezultatem tej zadymy były straty materialne szacowane w milionach, setki rannych, byli nawet zabici. Te zadymy całkowicie przesłaniają szlachetne i piękne przesłanie zmagań sportowych. Wystarczy wspomnieć pierwsze igrzyska olimpijskie organizowane w Grecji. Podczas ich trwania ogłaszano „pokój boży” i powstrzymywano się od wojen i walk na dwa miesiące. W szlachetnej rywalizacji na równi dbano o walory fizyczne i duchowe. W uczciwej walce zwyciężał najlepszy.

21 grudnia 2014 roku papież Franciszek skierował swoje bożonarodzeniowe słowo do kardynałów z Kurii Rzymskiej, w którym wymienił 15 chorób dzisiejszego Kościoła. Jeden z moich znajomych dziennikarzy, odnosząc się do tego przemówienia powiedział: „Ale zadyma w Watykanie”. To stwierdzenie zainspirowało mnie do przemyślenia tej sprawy w świetle gwiazdy, którą dostrzegli Trzej Królowie, zwani Mędrcami lub Magami i za jej przewodem wyruszyli do Betlejem, gdzie w małym Dziecięciu rozpoznali Króla i Mesjasza. Oddali Mu pokłon i złożyli dary. Na swojej drodze do Chrystusa napotykali różne przeszkody, które przesłaniały jasność przewodniej gwiazdy. Używając przenośni możemy powiedzieć, że były to przejawy „zadymy”, która przesłaniała obraz Chrystusa. Jednym z największych „zadymiarzy’, który stanął na ich drodze był król Herod. Gwiazda doprowadziła ich do Jerozolimy. Wstąpili zatem do króla Heroda, z pytaniem, gdzie jest nowonarodzony król. Św. Mateusz relacjonuje to wydarzenie tymi słowami: „Skoro usłyszał to król Herod, przeraził się, a z nim cała Jerozolima. Zebrał więc wszystkich arcykapłanów i uczonych ludu i wypytywał ich, gdzie ma się narodzić Mesjasz. Ci mu odpowiedzieli: „W Betlejem judzkim”. Wtedy Herod przywołał potajemnie Mędrców i wypytał ich dokładnie o czas ukazania się gwiazdy. A kierując ich do Betlejem, rzekł: ‘Udajcie się tam i wypytujcie starannie o Dziecię, a gdy Je znajdziecie, donieście mi, abym i ja mógł pójść i oddać Mu pokłon’. Oni zaś wysłuchawszy króla, ruszyli w drogę”. Mędrcy nie wrócili jednak do Heroda, bo Bóg objawił im niecne plany Heroda, który zamierzał zamordować Dziecię.

Kiedyś dla każdego z nas zabłysła na naszym niebie gwiazda, która ma nas zaprowadzić do Chrystusa, naszego Zbawcy. Na tej drodze musimy się liczyć, że pojawią się zadymy i zadymiarze, którzy zechcą przesłonić blask betlejemskiej gwiazdy. Oczywiście te wewnętrzne zadymy, które przybierają różne formy grzechu są najgroźniejsze, ale nie możemy lekceważyć zewnętrznych zadym i zadymiarzy, gdyż one mają nieraz mocną siłę przebicia i mogą wprowadzić niepokój i zamęt w naszym sercu. Tu chciałbym zwrócić uwagę na raport Papieskiego Stowarzyszenia Pomoc Kościołowi w Potrzebie, opracowany w roku 2014 przez dziennikarzy, naukowców i komentatorów z wielu krajów. Znaczną część dokumentu zajmuje opis sytuacji w Polsce, gdzie w ostatnich latach doszło do wzrostu agresji i podniesienia antyklerykalizmu do rangi postawy, która może być akceptowana społecznie. Przykładem tego jest naczelny redaktor tygodnika „Newsweek Polska”, wydawanego przez niemiecki koncern Axel Springer. Według raportu katolicy w Polsce mają ograniczony dostęp do mediów. Media antykatolickie podsycają nastroje antyreligijne, które owocują aktami przemocy werbalnej i fizycznej oraz dewastacji. Przejawem tego jest bezkarne, publiczne znieważanie Obrazu Matki Bożej Częstochowskiej, Krzyża, darcie Biblii, wyśmiewanie i znieważanie w mediach katolicyzmu i jego wyznawców.

Wracając do przemówienia papieża Franciszka chciałbym dodać zdanie o krytyce, która jest potrzebna, tylko trzeba pamiętać przy tym, że można krytykować z zamiarem szkodzenia i zabijania lub uzdrawiania. A to jest taka różnica, jak między zabójcą a lekarzem. Papież Franciszek wymienia grzechy, które przesłaniają jasność gwiazdy betlejemskiej, która nas prowadzi do Chrystusa, są pewnego rodzaju zadymą. Papież zaznaczył, że wymienione przez niego choroby i pokusy, dotyczą nie tylko Kurii, ale są zagrożeniem dla każdego chrześcijanina i każdej kurii, wspólnoty, zgromadzenia, parafii, ruchu kościelnego. Oto kilka z nich. Choroba ważności: „stali się szefami i odczuwają swoją wyższość wobec wszystkich, a nie czują się na służbie wszystkich”. Znieczulica: „niezdolni by płakać z tymi, którzy płaczą i radować się z tymi, którzy się weselą”. Zarozumiałość i rywalizacja: „Kiedy pozory, kolory szat i zaszczytne insygnia stają się głównym celem życia”. Wymieniane przy każdej okazji tytułów profesora, doktora, kanonika, prałata i jeszcze Bóg wie czego przesłaniają najważniejszy tytuł- kapłan Chrystusowy. Duchowy Alzheimer: „Postępujący spadek zdolności duchowych”. Choroba ubóstwiania szefów: Jest to choroba osób tworzących dwór wokół przełożonych, ofiar karierowiczostwa i oportunizmu. Pełnią swoją posługę myśląc tylko o tym, co powinni zyskać, a nie o tym, co powinni dać. Są to ludzie małostkowi, kierujący się jedynie „swoim zgubnym egoizmem”. Obojętność: „Kiedy każdy myśli tylko o sobie, tracąc szczerość i ciepło ludzkich relacji. Gdy, z zazdrości lub intrygi odczuwamy radość, widząc jak inny upada, zamiast go podnosić i dodać otuchy”. Kumoterstwo: Przynależność do danej grupki staje się silniejsza niż przynależność do Ciała, a w niektórych sytuacjach, do samego Chrystusa. I tak powstają kliki, w których kumoterstwo przesłania dobro Kościoła i wiernych. Stają się „rakiem’ w organizmie Kościoła.

Gdy usuniemy przejawy tej i innych zadym życiowych, wtedy łatwiej będzie nam dostrzec gwiazdę na betlejemskim niebie, która tak jak Mędrców doprowadzi i nas do Chrystusa (Kurier Plus 2014).

 

 

W DRODZE DO BETLEJEM

Ulubiony przez wielu serial „Seks w wielkim mieście” przedstawia perypetie miłosne i życiowe czterech kobiet „wyzwolonych” w sensie ekonomicznym, obyczajowym, emocjonalnym – w tym ostatnim to może nie tak do końca. Młode kobiety biorą z życia to na co mają ochotę w myśl zasady: „grzeczne dziewczynki idą do nieba, niegrzeczne tam, gdzie chcą”. Jednak pójście tam „gdzie się chce” nie gwarantuje miłości, spokoju i szczęścia za jakim tęskni człowiek w najgłębszych zakamarkach swojej duszy.

Znana polska dziennikarka Katarzyna Olubińska założyła bloga i napisała książkę pt. „Bóg w wielkim mieście”, w której opowiada o drodze do Boga znanych osób, jak i też własnej. W jednym z filmów na YouTube mówi: „Dzień zaczynam od filiżanki kawy, kilku szybkich chwil w domu i wsiadam do auta. W drodze do pracy sięgam po różaniec i rozmawiam z Bogiem. Proszę Go, aby to był dobry dzień dla mnie, moich bliskich i ludzi, których spotkam. Codziennie przed kamerą i poza nią odbywam dziesiątki spotkań i rozmów. Dla mnie bycie dziennikarką to nie tylko zawód, to sposób patrzenia na świat, to otwartość i ciekawość. Każda spotkana przeze mnie osoba ma przecież swoją niepowtarzalną historię do opowiedzenia.

Moja historia w wielkim mieście zaczęła się kilkanaście lat temu, kiedy przyjechałam do Warszawy, aby spełnić swoje marzenie o dziennikarstwie. Pamiętam moment, kiedy zaraz po przyjeździe stałam i długo patrzyłam na Pałac Kultury. Czułam się tak jakbym zdobyła Mont Everest, jakby już mi się udało. Wydawało mi się, że z moim zapałem i pracowitością wszystko pójdzie łatwo. Pamiętam z tamtych lat przekonanie, że jestem tyle warta, ile osiągnę. Profesjonalizm i perfekcja stały się moim mottem. A ciężka praca i przekonanie o własnej sile osobistą religią. Bóg nie był mi do niczego potrzebny. Skutki uboczne – życie w biegu, powierzchowne relacje, poczucie pustki. To wszystko co powinno dawać mi szczęście nie dawało go. Wtedy pojawił się On. Moje życie nie zmieniło się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, ale pojawił się w nim ktoś nowy – Bóg. On daje mi nadzieję, siłę i umiejętność doceniania teraźniejszości. Stawia na mojej drodze niezwykłych ludzi, z nim czuję się wartościowa, nawet kiedy ponoszę porażki, piękna bez perfekcyjnego makijażu, z Nim doceniam i rozumiem więcej. Przy Nim czuję, że rozkwitam. Dziś wiem, że On jest Bogiem czułym i bliskim, zainteresowanym moimi sprawami. U niego, odwrotnie niż w wielkim mieście, na nic nie muszę zasługiwać On daje wszystko za darmo. Kim jest Bóg? Dla mnie to mój życiowy kompas. Nawet kiedy błądzę pokazuje najlepszy dla mnie kierunek”.

W swojej książce pani Katarzyna pisze jakie były początki: „Tamtego dnia w SPA poczucie niezrozumienia, samotności i bezsensu stało się nie do zniesienia. Co za wstyd – pomyślałam z niedowierzaniem – nie radzę sobie. Chciałam się zapaść pod ziemię. Pamiętam przerażenie tym odkryciem. Ja, zdobywczyni świata, nie radzę sobie (…). W takim stanie siedziałam w jacuzzi w SPA na Mazurach, kiedy w głowie zaświtała mi myśl, że to wszystko wina Boga. Jakkolwiek śmiesznie to zabrzmi, to właśnie w SPA, w Wielką Środę, siedząc sama w strefie wellness i patrząc na smętne drzewa za szybą, z głębi serca zawołałam do Niego z pomieszaniem złości i nadziei, z całym bólem, samotnością i rozdarciem: „Jeśli Ty naprawdę jesteś, przyjdź do mnie i mnie uratuj! Już dłużej nie dam rady sama! Nie radzę sobie, słyszysz?!”. W odpowiedzi usłyszałam tylko szum drzew za szklaną ścianą luksusowego basenu i bulgotanie jacuzzi. Zrezygnowana założyłam gruby szlafrok i w poczuciu beznadziei i braku sensu podreptałam do pokoju. Wtedy odezwał się telefon. Dzwoniła koleżanka: ‘Cześć Kasiu, tu Krysia. Może to zabrzmi trochę dziwnie, ale poczułam impuls, żeby do ciebie zadzwonić. Słuchaj, jestem na rekolekcjach, musisz tutaj przyjechać. To znaczy nie do mnie, tylko do mojej parafii. Codziennie w Wielkim Tygodniu odbywają się tutaj rekolekcje i wiem, że one są dla ciebie, że ty musisz tu przyjść”. Pamiętam, jak przeszły mnie dreszcze i nogi się pode mną ugięły. W końcu dziesięć minut temu pierwszy raz w życiu poprosiłam Boga o znak, a tu nagle taki telefon (…) Po tym wieczorze nie wszystko zmieniło się od razu, ale pierwszy raz w życiu namacalnie poczułam obecność Boga, który słyszy mój krzyk i się mną interesuje. Tego wieczoru On mocno chwycił mnie za rękę. Nie wiedziałam jeszcze, że rekolekcje, na które przyjechałam, nazywają się Talitha kum, czyli w dosłownym tłumaczeniu ‘Dziewczynko, mówię ci, wstań”. Te słowa w Biblii wypowiada Jezus do umarłej właśnie córeczki Jaira, przywracając ją do życia.”

Można powiedzieć, że w życiu dziennikarki powtórzyło się to czego doświadczyli Mędrcy ze Wschodu, którzy za przewodem gwiazdy wyruszyli do Betlejem na spotkanie nowo narodzonego Króla: „A oto gwiazda, którą widzieli na Wschodzie, postępowała przed nimi, aż przyszła i zatrzymała się nad miejscem, gdzie było dziecię. Gdy ujrzeli gwiazdę, bardzo się uradowali. Weszli do domu i zobaczyli dziecię z Matką Jego, Maryją; padli na twarz i oddali Mu pokłon. i otworzywszy swe skarby, ofiarowali Mu dary: złoto, kadzidło i mirrę”. Tu spełniło się radosne proroctwo Izajasza: „Wtedy zobaczysz i promienieć będziesz, a serce twe zadrży i rozszerzy się, bo do ciebie napłyną bogactwa zamorskie, zasoby narodów przyjdą ku tobie. Zaleje cię mnogość wielbłądów – dromadery z Madianu i z Efy. Wszyscy oni przybędą z Saby, zaofiarują złoto i kadzidło, nucąc radośnie hymny na cześć Pana”. Gwiazda doprowadziła ich do spotkania ze zbawiającym Chrystusem.

Profesor Bednarek tak pisze o gwieździe, która doprowadziła Mędrców do Betlejem: „Najczęściej rozpatrywane były koniunkcje Jowisza i Saturna. Współczesne obliczenia wskazują również, że mogło dojść do koniunkcji Jowisza oraz Wenus, która jest jasnym obiektem. Czasem brany jest również pod uwagę Mars. Koniunkcja Jowisza i Marsa mogłaby wystąpić w czasach Chrystusowych, około 7 roku p. n. e. To były dwie jasne planety widoczne w pewnej odległości kątowej od siebie. Natomiast jeśli chodzi o koniunkcję Jowisza i Wenus, to miało to miejsce w 3 roku p. n. e. i faktycznie te planety były widoczne tak blisko na niebie, że ich blask zlewał się”.

Takie tłumaczenia może i są potrzebne, ale najważniejsza jest gwiazda, która chociaż raz zapłonęła w naszym życiu, w naszym sercu. Ważne, aby wyruszyć wtedy za światłem tej gwiazdy, a wtedy z pewnością odnajdziemy nowo narodzonego Chrystusa i radość życia. Warto pamiętać przy tym słowa Matki Teresy z Kalkuty:

„Zawsze, kiedy milkniesz, aby wysłuchać, / jest Boże Narodzenie. / Zawsze, kiedy rezygnujesz z zasad, / które jak żelazna obręcz uciskają ludzi / w ich samotności, / jest Boże Narodzenie. / Zawsze, kiedy dajesz odrobinę nadziei ‘więźniom”, / tym, którzy są przytłoczeni ciężarem fizycznego, moralnego i duchowego ubóstwa, / jest Boże Narodzenie. / Zawsze, kiedy rozpoznajesz w pokorze, jak bardzo znikome są twoje możliwości / i jak wielka jest twoja słabość, / jest Boże Narodzenie. / Zawsze, ilekroć pozwolisz by Bóg / pokochał innych przez ciebie, Zawsze wtedy, / jest Boże Narodzenie (Kurier Plus, 2018).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *