30 Lis

1 Niedziela Adwentu Rok C

 

RADOŚĆ CZEKANIA .                                     

Jezus powiedział do swoich uczniów: Będą znaki na słońcu, księżycu i gwiazdach, a na ziemi trwoga narodów bezradnych wobec szumu morza i jego nawałnicy. Ludzie mdleć będą ze strachu, w oczekiwaniu wydarzeń zagrażających ziemi. Albowiem moce niebios zostaną wstrząśnięte. Wtedy ujrzą Syna Człowieczego, nadchodzącego w obłoku z wielką mocą i chwałą. A gdy się to dziać zacznie, nabierzcie ducha i podnieście głowy, ponieważ zbliża się wasze odkupienie. Uważajcie na siebie, aby wasze serca nie były ociężałe wskutek obżarstwa, pijaństwa i trosk doczesnych, żeby ten dzień nie przypadł na was znienacka, jak potrzask. Przyjdzie on bowiem na wszystkich, którzy mieszkają na całej ziemi. Czuwajcie więc i módlcie się w każdym czasie, abyście mogli uniknąć tego wszystkiego, co ma nastąpić, i stanąć przed Synem Człowieczym (Łk 21,25-28.34-36).

Przed laty czytałem wspomnienia, w których autor opisuje tragiczny epizod z okresu swego dzieciństwa. Gdy miał cztery lata zmarła mu mama. Płakał ze wszystkimi, ale nie zdawał sobie sprawy, co się właściwie stało. Nie rozumiał, że mama odeszła na zawsze. Pamiętał jednak wiejską aleję, którędy odprowadzano mamę i już potem nie wróciła. Po kilku dniach odczuł jej brak, zaczął za nią tęsknić. Szukał jej, pytał o nią, płakał, czekał. Wychodził często za zabudowania i patrzył w stronę lipowej alei; którędy odprowadzili mamę. Przez długi czas stał i patrzył. Pewnego dnia zobaczył go ojciec i zaskoczył pytaniem: „Stasiu, za kim tak wyglądasz? Tatusiu, bo jak ja patrzę w tamtą stronę, to mi się wydaje, że stamtąd przyjdzie mama”. Ojciec wziął chłopca na ręce, nie powiedział słowa. Wiedział, że w tej alei Staś nie zobaczy powrotu swojej mamy. Wraz ze śmiercią, dla tego małego chłopca skończył się najcudowniejszy świat, świat, jaki potrafi stworzyć tylko matczyna miłość. Tęsknił za nim, jak za utraconym rajem. Wierzył, że wraz z powrotem mamy powróci także radość i szczęście. Dlatego z nadzieją wyczekiwał tego przyjścia.

Doświadczenie tego chłopca, w innej skali i innym wymiarze, jest także naszym udziałem. Tęsknimy za rajem, którego opis odnajdujemy na pierwszych stronach Biblii. Jest to szczęśliwy świat idealnej harmonii w duszy, w relacjach ze światem stworzonym, z drugim człowiekiem i z samym Bogiem. Biblijny opis rajskiego szczęścia i jego utrata często powraca w twórczości wybitnych artystów. Nawiązuje także do tego Krzysztof Penderecki w utworze „Raj utracony”.

Doświadczając przeżyć utraconego raju tęsknimy za nim i oczekujemy jego powrotu. Czekamy jak ten chłopiec w alei. Czekanie wypełnia nasze życie i nadaje mu sens. Czekamy na ukochaną osobę, czekamy na ukończenie szkoły, czekamy na powrót do ojczyzny, czekamy na przemianę dziecka, które zeszło na złą drogę, czekamy na własny dom, czekamy na wakacje, czekamy na wielką miłość itd. A gdy spełniają się nasze pragnienia jesteśmy szczęśliwsi i żyjemy pełniej. Jakby bramy raju otwierały się dla nas. Jednak do pełni szczęścia potrzebne jest spełnienie najważniejszego oczekiwania, o którym przypomina nam Adwent. W oczekiwaniu na jego spełnienie spoglądamy w niebo.

Adwent w języku łacińskim znaczy przyjście. W sensie teologicznym Adwent oznacza przyjście Chrystusa i oczekiwanie na to przyjście. Biblia, mówiąc o utracie raju zapowiada równocześnie przyjście Mesjasza, który pojedna człowieka z Bogiem, a z tej jedności rodzić się będzie w człowieku uszczęśliwiająca harmonia. Mówiąc o Adwencie – przyjściu Jezusa można wyróżnić trzy jego wymiary. Ten potrójny wymiar Adwentu wiąże się z naszym przygotowaniem, które ma się odbywać na trzech płaszczyznach.

Pierwszy wymiar to przeszłość. Wspominamy historyczne wydarzenie, które miało miejsce ponad dwa tysiące lat temu w Betlejem. Było nim narodzenie Jezusa, zapowiadanego Mesjasza. Umownie, dzień narodzin Jezusa obchodzimy 25 grudnia. O tym wydarzeniu nie można zapomnieć. Jest to swoistego rodzaju rocznica. W polskiej tradycji, obchód tej rocznicy jest związany z wieloma zwyczajami, którym towarzyszy niepowtarzalny nastrój. Milkną w Adwencie huczne zabawy, ale to wcale nie znaczy, że smutek wdziera się w adwentowe dni. Wręcz przeciwnie, adwentowa powaga nabrzmiała jest radością oczekiwania. Adwentowa radość z lat dziecinnych na całe życie zapisuje się w pamięci. Ta radość emanuje nawet z tęsknoty, jaka jest zawarta w pieśniach adwentowych: „Niebiosa spuście nam z góry, Sprawiedliwego wylejcie chmury”. Dzień Bożego Narodzenia jest wypełnieniem czterotygodniowego, adwentowego oczekiwania.

Drugi wymiar to teraźniejszość. Nie wystarczy, że pamiętamy o historycznym wydarzeniu narodzenia Jezusa. Chrystus żywy i prawdziwy przychodzi do nas każdego dnia. On się rodzi w naszym sercu. Adam Mickiewicz napisał: „Wierzysz, że Bóg narodził się w betlejemskim żłobie, lecz biada ci, jeżeli nie narodził się w tobie”. Na to przyjście przygotowujemy się przez przemianę swego życia, nawrócenie. Jeśli w sercu człowieka jest zło tam nie ma miejsca dla Boga. Podobnie jak w sercu przepełnionym nienawiścią nie ma miejsca na miłość. Miłość może zagościć dopiero wtedy, gdy człowiek wyrzuci z siebie nienawiść. W okresie Adwentu Kościół częściej przypomina słowo Boże wzywające do nawrócenia. W kościołach są dodatkowe nabożeństwa, rekolekcje itp. Służy to wiernym jako pomoc w ich osobistym wysiłku przygotowania serca na przyjście Jezusa.

Trzeci wymiar Adwentu to przyszłość. Na ten wymiar zwracają naszą uwagę czytania biblijne z pierwszej niedzieli Adwentu. Chrystus zapowiada swoje powtórne przyjście przy końcu świata lub końcu naszych dni, nieważne, co będzie pierwsze, skutek dla nas jest taki sam. Ponieważ nie wiemy, kiedy to nastąpi, dlatego winniśmy być przygotowani zawsze na spotkanie z Bogiem. W Ewangelii Chrystus wzywa nas do czujności: „Uważajcie na siebie, aby wasze serca nie były ociężałe wskutek obżarstwa, pijaństwa i trosk doczesnych, żeby ten dzień nie przypadł na was z znienacka jak potrzask” (Z książki Ku wolności.)

 

 

ADWENTOWE CZUWANIE

Pan mówi: „Oto nadchodzą dni, kiedy wypełnię pomyślną zapowiedź, jaką obwieściłem domowi izraelskiemu i domowi judzkiemu. W owych dniach i w owym czasie wzbudzę Dawidowi potomka sprawiedliwego; będzie on wymierzał prawo i sprawiedliwość na ziemi. W owych dniach Juda dostąpi zbawienia, a Jerozolima będzie mieszkała bezpiecznie. To zaś jest imię, którym ją będą nazywać:» Pan naszą sprawiedliwością (Jr 33,14-16).

Na miejscu, z którego dzisiaj mówię kazanie, przed wielu laty rozciągała się dziewicza puszcza. Pełno było w niej dzikiego zwierza, a w rzekach o krystalicznej wodzie nie brakowało ryb. Czerwonoskórzy Indianie z plemienia Mespeatches byli panami tego miejsca. Wiedli oni spokojne i dostatnie życie. Nawet w walkach, jakie prowadzili z innymi plemionami bardziej szukali sposobności pokazania swego męstwa i honoru aniżeli materialnych korzyści. Za to wszystko dziękowali Bogu, którego nazywali Wielkim Duchem. Wieczorem nad indiańskim obozowiskami unosił się dym i zapach pieczonego mięsa. A siedzący przy ognisku wsłuchiwali się w opowieści najstarszych z plemienia. Na początku zimy, gdy wiele drzew pogubiło liście opowiadano i tę historię, wyjaśniającą, dlaczego niektóre drzewa są ciągle zielone.

Kiedy Bóg stwarzał drzewa, każdemu przekazał dar odpowiedni dla jego gatunku. Na początku jednak przeprowadził test, który z tych darów byłby najbardziej użyteczny dla poszczególnych rodzajów drzew. Bóg powiedział drzewom: „Chcę abyście czuwały i strzegły ziemi przez siedem nocy”. Młode drzewa były podekscytowane tak ważnym zadaniem, jakie im zlecono. Pierwszej nocy nie miły żadnego problemu. Następna noc była trudniejsza; kilka drzew zasnęło. Trzeciej nocy niektóre drzewa, aby nie usnąć zaczęły między sobą rozmawiać. Mimo to wiele z nich zmorzył sen. Gdy minęła siódma noc tylko kilka drzew czuwało. Był to cedr, sosna, świerk, jodła, ostrokrzew i wawrzyn. Do nich to Bóg powiedział: „Co za wytrzymałość. W nagrodę pozostaniecie zawsze zielone. Będziecie stróżami lasu. Zimą, gdy inne drzewa, obumierając potracą swoje liście, w waszych gałęziach znajdą schronienie i wsparcie”.

Wraz z przybyciem „bladych twarzy” ulegał zagładzie indiański świat. Pozostały po nim niektóre nazwy, tak jak nazwa dzielnicy Maspeth i opowieści, a wśród nich opowieść o zawsze zielonych drzewach. Gdy opowiadam legendę o drzewach uwzględniam jej indiański wymiar, i patrząc przez pryzmat Ewangelii doszukuję się innego, pełniejszego jej znaczenia. Bo tej pełni szukali ci, którzy pierwsi opowiadali tę legendę.

Około sto lat temu do przełożonego Seminarium Duchownego w Baaremus (St. Louis, Kentucky) przybył stary Indianin. Towarzyszył mu kilkunastoletni chłopiec oraz tłumacz, przez którego zwrócił się do księdza przełożonego, ubranego w długą czarną sutannę: „Czarna szato, wiem, że jesteś sługą Wielkiego Boga. Wiem, że twoim zadaniem jest słowem i przykładem ukazywać ludziom drogę do Wielkiego Ducha. Ja jestem biednym synem puszczy i o tym Wielkim Duchu wiem tylko tyle, że istnieje. Jednak zawsze tak postępowałem: Rano po przebudzeniu się zwracam się do Niego i dziękuję mu za noc, którą mi dal. Potem proszę Go o pomoc na cały dzień. Wieczorem zaś, gdy kładę się na spoczynek, dziękuję Mu za dzień, który mi dał i proszę o opiekę podczas nocy. To wszystko czynię na cześć Wielkiego Ducha. Teraz przyszedłem do ciebie, abyś mnie pouczył, co więcej powinienem czynić”.

Dzisiaj rozpoczynamy Adwent, czas przygotowania do świąt Bożego Narodzenia. Zieleń drzew, o której mówi indiańska legenda jest wykorzystana w symbolice adwentowego oczekiwania. Z zielonych gałązek robi się wieńce adwentowe. Zieleń to symbol życia. Wieniec nie ma początku ani końca, a zatem staje się symbolem wieczności. Wieniec adwentowy to symbol życia wiecznego. A takie życie przynosi Ten, na przyjście, którego czekamy w okresie Adwentu. Później w domach zabłyśnie różnymi barwami zielona choinka. Nawiązywać będzie ona do rajskiego drzewa, które stanęło na drodze pierwszych rodziców i stało się symbolem grzechu, sprowadzającego śmierć, zaś choinka nawiązując do tego symbolu ma inną wymowę. Kieruje ona naszą uwagę na Chrystusa, który na drzewie krzyża zwyciężył śmierć i otworzył nam bramy życia wiecznego. Zapewne to wyjaśnienie „czarnej szaty” po części zadowoliłoby Indianina, ale pozostaje jeszcze odpowiedź na pytanie: „… co powinienem więcej czynić?”, aby jeszcze pełniej uczestniczyć w tajemnicy zbawiającego Boga.

Po części, odpowiedź na to pytanie znajduje się w indiańskiej legendzie; drzewa zachowały zieleń, życie dzięki swej czujności. Zaś czujność ewangeliczna, choć brzmi jak legenda jest realną rzeczywistością. Chrystus mówi o naszym spotkaniu z Nim, a od tego spotkania zależy nasza wieczność. Dlatego wzywa On nas byśmy byli przygotowani do tego spotkania. „Uważajcie na siebie, aby wasze serca nie były ociężałe wskutek obżarstwa, pijaństwa i trosk doczesnych”. „Czuwajcie i módlcie się w każdym czasie”. A św. Paweł w liście do Tesaloniczan napisze: „A na koniec, bracia, prosimy i zaklinamy was w Panu Jezusie: według tego, coście od nas przyjęli w sprawie sposobu postępowania i podobania się Bogu i jak już postępujecie, stawajcie się coraz doskonalszymi! Wiecie przecież, jakie nakazy daliśmy wam przez Pana Jezusa”. A zatem adwentowe przygotowanie polega na przemianie życia, które zmierza w kierunku coraz pełniejszego podobania się Bogu.

Oczywiście chodzi tu o adwent całego naszego życia i spotkanie z Chrystusem po przejściu bramy śmierci. Czterotygodniowy Adwent, kończący się Uroczystością Bożego Narodzenia to tylko stopień, to tylko szansa przygotowania się na ostateczne spotkanie z Chrystusem (z książki Nie ma innej Ziemi Obiecanej).

 

 

ŚWIĘTY KAROL BOROMEUSZ

Bracia: Pan niech pomnoży liczbę waszą i niech spotęguje waszą wzajemną miłość dla wszystkich, jaką i my mamy dla was; aby serca wasze utwierdzone zostały jako nienaganne w świętości wobec Boga, Ojca naszego, na przyjście Pana naszego Jezusa wraz ze wszystkimi Jego świętymi.  A na koniec, bracia, prosimy i zaklinamy was w Panu Jezusie: według tego, coście od nas przejęli w sprawie sposobu postępowania i podobania się Bogu i jak już postępujecie, stawajcie się coraz doskonalszymi! Wiecie przecież, jakie nakazy daliśmy wam przez Pana Jezusa (1 Tes 3,12-4,2 ).

Na towarzyskim spotkaniu, w obecności Karola Boromeusza ktoś zadał niespodziewanie pytanie: „Co byś zrobił gdybyś się nagle dowiedział, że to jest ostatnia godzina twojego życia?” Odpowiedzi były różne: „Poszedłbym do kościoła i na modlitwie spędziłbym ostatnie chwile życia”. „Skorzystałbym z sakramentu spowiedzi, aby z czystą duszą stanąć przed Bogiem”. „Rozdałbym ubogim cały swój majątek, aby zasłużyć na nagrodę wieczną”. „Wyciągnąłbym rękę do zgody ze swoim sąsiadem”. Każdy z obecnych wypowiedział się, tylko Karol Boromeusz milczał. W końcu oczy wszystkich zwróciły się na niego w oczekiwaniu na odpowiedź. „A co ty byś zrobił” – zapytał jeden z obecnych. „Nic”- odpowiedział Karol. „Jak to nic?” „A no nic, robiłbym to, co robię”. „Jak to, przecież za godzinę masz stanąć przed Bogiem, trzeba być na to przygotowanym”. A wtedy Karol Boromeusz odpowiedział: „A skąd wiecie, że nie jest to wasza ostatnia godzina? Zawsze trzeba być przygotowanym”.

Święty Karol Boromeusz przez długie lata dorastał do takiej postawy. Świat na różne sposoby chciał go omamić fałszywymi wartościami. To niebezpieczeństwo groziło mu także ze strony ludzi kościoła. W tym czasie sąsiadowały ze sobą perfidne zbrodnie i orgie z pochodami biczowników i polowaniami na czarownice. Duchowieństwo, zwłaszcza uprzywilejowane, więcej dbało o zyski doczesne niż o dobra duchowe. Ideał franciszkański poszedł w zapomnienie. Na szczęście to zjawisko nie było na tyle powszechne, by niemożliwa stała się późniejsza reforma zapoczątkowana przez Sobór Trydencki, na którym św. Karol Boromeusz odegrał bardzo ważną rolę.

Karol przyszedł na świat 2 października 1538 r. w wybitnej rodzinie mediolańskiej, jako syn Gilberta i Małgorzaty Medici. Rodzice mieli już córkę i dwóch synów. Rodzina Boromeuszów od najwcześniejszych lat zabiegała o przywileje kościelne dla Karola. Z tymi przywilejami były związane dochody. I tak siedmioletni Karol otrzymał od swego kuzyna historyczne opactwo w Aronie. Nieletni opat zakonu, dwa lata później przekazał zarząd opactwem swemu krewnemu Guidonowi, podkreślając, że „dobra opactwa nie są dobrami rodzinnymi i nie mogą służyć na potrzeby domowe, stanowią bowiem własność Chrystusa”. Gdy dorośnie, sam będzie administrował tymi dobrami, mówiąc że „są to dobra ubogich” i tylko oni mogą z nich korzystać. I rzeczywiście z dochodów opactwa ubodzy otrzymywali chleb, pszenicę i inne dobra.

W wieku 20 lat Karol uzyskał w Pawii doktorat z prawa cywilnego i kościelnego. Zbiegło się to z wyborem jego wuja na papieża, który wezwał swojego siostrzeńca do Watykanu. Papież Pius IV nazywał go swoim prawym okiem. I już 13 stycznia 1560 obdarzył Karola, który nie był jeszcze kapłanem, godnością kardynalską, a potem zasypywał wciąż nowymi zaszczytami i urzędami. Karol został protonotariuszem apostolskim, sekretarzem stanu, „ministrem” od spraw Kościoła i polityki, administratorem metropolii mediolańskiej, potem zarządcą dóbr w Bolonii, protektorem kantonów szwajcarskich, protektorem szeregu zakonów: humiliatów, kawalerów maltańskich, franciszkanów, karmelitów, kanoników regularnych itd. Z tymi godnościami wiązała się władza i pieniądze. Karol mając wielkie wpływy i bogactwa, łatwo mógł się uwikłać w światowe pokusy. Do pewnego czasu korzystał nawet z tego wyniesienia, prowadząc w Rzymie wystawne życie.

Młody kardynał nie miał jednak upodobania w takim stylu życia. W bliskości Boga odkrywał i coraz bardziej cenił wartości, których świat dać nie może. Wszystko co czynił, czynił na chwałę Bożą. Swoje wyniesienie zaczął traktować jako sposobność lepszego służenia Bogu i człowiekowi. Odzwierciedlenie tej postawy widzimy w liście Karola do młodego kardynała, księcia Andrzeja Batorego z polskiej rodziny królewskiej: „Przez tę zaszczytną godność stanąłeś na takiej wysokości, że – czy chcesz, czy nie chcesz – będziesz na świeczniku. Po to twa cnota została tak wysoko wyniesiona, by jak płonąca lampa sprowadzała błądzących z drogi mroku, by wiodła idących prostą drogą, by była światłem dla jednych i drugich”. Kardynał Boromeusz pamiętał także o najbardziej potrzebujących. Zbudował w Rzymie dom opieki dla żebraków. Otoczył opieką chorych psychicznie i ubogich pielgrzymów przybywających do Wiecznego Miasta. Otworzył także dom dla prostytutek, w którym miały zapewnioną opiekę i warunki powrotu do normalnego uczciwego życia.

W czasie trwania Soboru Trydenckiego Karol Boromeusz spotkał Bartłomieja, zakonnika dominikańskiego, arcybiskupa Bragi w Portugalii, który w swej gorliwości wzywał nawet kardynałów do przemiany życia. Nie wszystkim to się podobało. Karol Boromeusz jednak wziął sobie do serca to wezwanie. Postanowił wejść na prostą drogę Ewangelii. Przedwczesna śmierć starszego brata umocniła go w tym postanowieniu, bowiem w jej świetle boleśnie doświadczył jak złudna jest wielkość tego świata. Zrezygnował z dziedziczenia dóbr rodzinnych, jak i też wszelkiej kariery światowej.

Po odpowiednim przygotowaniu, 15 sierpnia 1563 r. przyjął święcenia kapłańskie. Zaś 7 grudnia 1563 r., w Kaplicy Sykstyńskiej kardynał Boromeusz został wyświęcony na biskupa. Rozmyślanie i codzienna ofiara Mszy św. prowadziły go do całkowitej przemiany życia. Jego dewiza życia zawierała się w dwóch słowach: modlitwa i umartwienie. 2 maja 1564 został mianowany arcybiskupem Mediolanu. Pozostał jeszcze pewien czas w Rzymie, poczym przeprowadził się do pałacu arcybiskupiego. Zajmował jednak tylko dwa pokoje na poddaszu: jeden służył mu za sypialnię, a drugi – za biuro. Aby dobrze poznać powierzoną mu diecezję kardynał Boromeusz odbywał systematyczne podróże duszpasterskie. Ze skromną eskortą, nie wyglądał na księcia Kościoła, lecz na pasterza odwiedzającego swe owieczki. W parafiach, które nawiedzał szukał kontaktu z ludnością, całymi godzinami spowiadał, głosił Słowo Boże, odprawiał Mszę Świętą. Swoją prostotą i świętością zdobywał serca i dusze wiernych. Arcybiskup Karol spał na twardej pryczy rzadko dłużej niż 4-5 godzin. A nieraz całe noce spędzał na modlitwie i rozmyślaniu. Brewiarz odmawiał na kolanach. Spożywał tylko chleb i wodę, czasami jarzyny. W zimie rezygnował z ogrzewania swojego mieszkania.

Jesienią 1575 roku w Mediolanie wybuchła epidemia dżumy. Karol Boromeusz oddał się bez reszty chorym i biedakom. W zimie 1575/76 roku ogołocił pałac biskupi ze wszelkich tkanin, oddając je na okrycia dla biedaków. Sam osobiście pielęgnował chorych i umierających na dżumę, nie zważając na niebezpieczeństwo zarażenia się. Nakazał stałe modlitwy oraz pokuty dla wyproszenia kresu zarazy. W grudniu epidemia zaczęła wygasać. Arcybiskup zorganizował dziękczynną procesję wynagradzającą. Sam szedł boso na jej czele.

W październiku 1584 roku Karol Boromeusz dostał gorączki. Nadludzka praca, niezwykłe umartwienia, niedostateczne odżywianie, brak snu wyniszczyły jego organizm. Otoczenie prosiło go, aby się oszczędzał, jednak on nie zważał na to. 2 listopada wizytował Tessin. W czasie tej wizytacji zasłabł, tak że musiał wrócić do Mediolanu. Następnej nocy, w wieku 46 lat zmarł. 26 lat później, 1 listopada 1610 roku Karol Boromeusz został zaliczony przez papieża Pawła V do grona świętych. (Z książki Wypłynęli na głębię).

 

 

CZEKANIE

Czekamy na ludzi, czekamy na zdarzenia. Mierzymy szczęście miarą spełnionych oczekiwań. Jedne oczekiwania spełniają się w rzeczywistości wykreowanej przez przestrzeń i czas. Inne zaś wymykają się tym kategoriom i sięgają wieczności, w której wierzący w Boga dostrzegają niebo. Adwent jest czekaniem, które spełnia się po części w noc wigilijną. Milknie wtedy codzienna krzątanina, nieskazitelna biel śniegu otula całą ziemię, na ciemniejącym niebie pojawia się pierwsza gwiazda, w domu zapachy wigilijnych potraw, bajecznie kolorowa, pachnąca żywicą choinka, biały obrus na stole i życzliwie wyciągnięta ręka z opłatkiem. Radosna kolęda „Bóg się rodzi” wymyka się z rozradowanych domów i przynagla cały świat do radosnego śpiewu, w takt melodii zbawienia. Dziecięce czekanie na tę chwilę jest najpiękniejsze, a jego wspomnienie do ostatniego dnia życia rozjaśnia uśmiechem naszą twarz.

Radosne, adwentowe oczekiwanie współgra z oczekiwaniami Narodu Wybranego na przyjście Mesjasza. Prorok Jeremiasz, kilkaset lat przed narodzeniem Chrystusa w tych słowach wyrażał radosną tęsknotę spełnienia: „Oto nadchodzą dni – wyrocznia Pana – kiedy wypełnię pomyślną zapowiedź, jaką obwieściłem domowi izraelskiemu i domowi judzkiemu. W owych dniach i w owym czasie wzbudzę Dawidowi potomstwo sprawiedliwe; będzie wymierzać prawo i sprawiedliwość na ziemi”. Spełnienie tej nadziei obwieściła gwiazda i chóry aniołów na betlejemskim niebie. Jakże piękny i przyjazny dla człowieka byłby świat, gdyby się on kierował sprawiedliwością i prawem, które przynosi Mesjasz. A jest to sprawiedliwość, która nie ma względu na osoby i jest wyrozumiała miłosierdziem. Nie chce śmierci grzesznika, ale żeby się nawrócił i żył. Zaś prawo miłości doprowadziło Chrystusa na krzyż zbawczej męki. Oddał za nas życie, abyśmy mieli życie w pełni. Dał na również moc życia według tej miłości, która otwiera dla nas bramy nieba.

W ten jasny i radosny obraz oczekiwań na przyjście Mesjasza wpisuje się element grozy, o którym Ewangelia mówi: „Ludzie mdleć będą ze strachu, w oczekiwaniu wydarzeń zagrażających ziemi”. I to jest właśnie ten drugi, najważniejszy wymiar adwentowego oczekiwania, który mówi o powtórnym przyjściu Chrystusa przy końcu czasów. Przygotowanie na ten moment jest o wiele ważniejsze niż przygotowanie do świąt Bożego Narodzenia. Nie wiemy kiedy będzie koniec świata, dlatego Chrystus wzywa nas czujności: „Czuwajcie i módlcie się w każdym czasie”. Nasze czuwanie ma być wypełnione modlitwą, czyli stałą świadomością obecności Boga w naszym życiu, do którego wznosimy nasze myśli. Chrystus zwraca naszą uwagę na sprawy, które są dużym zagrożeniem dla postawy gotowości na spotkanie w czasach ostatecznych: „Uważajcie na siebie, aby wasze serca nie były ociężałe wskutek obżarstwa, pijaństwa i trosk doczesnych”. Każdy z nas zdaje sobie sprawę, jak łatwo troski doczesne, pogoń za dobrami materialnymi potrafią zepchnąć Boga i troskę o zbawienie na dalszy plan, a nawet w stan niebytu.

Celem zapowiedzi końca świata nie jest wyznaczanie konkretnej daty, ale wezwanie do czujności, abyśmy byli przygotowani na spotkanie z Chrystusem. Ewangelia mówi o znakach, które będą zapowiadać koniec świata i powtórne przyjście Jezusa: „Będą znaki na słońcu, księżycu i gwiazdach, a na ziemi trwoga narodów bezradnych wobec szumu morza i jego nawałnicy”. Każde pokolenie ma swoje znaki. Dla naszego pokolenia takim znakiem może być broń masowej zagłady. Nietrudno sobie wyobrazić koniec cywilizacji ludzkiej, gdy ta broń zostanie użyta. Pod koniec 19 wieku dwóch francuskich pisarzy odwiedziło sławnego francuskiego uczonego, Peirra Berthelota. Berthelot przepowiedział wtedy wynalezienie w następnym wieku broni masowej zagłady. Powiedział do pisarzy: „To są dopiero pierwsze litery z listy alfabetu zniszczenia i zagłady”. Po chwili milczenia jeden z pisarzy cicho powiedział: „Myślę, że zanim to nastanie, Bóg przyjdzie jako wielki odźwierny z kluczami u pasa i powie: ’Panowie, to już koniec czasu’”.

Ewangeliczna świadomość końca świata czy końca naszego życia nie odrywa nas od tego świata, od naszych obowiązków, ale wręcz przeciwnie mobilizuje abyśmy jak najmądrzej, jak najpełniej wykorzystali dary boże i przez uczciwe wykonywanie swych obowiązków i zadań przygotowali się na spotkanie z Chrystusem. Dla ilustracji tego przytoczę historię z życia Colonela Davenporta, przewodniczącego Izby Reprezentantów stanu Connecticut, historię, którą miał zwyczaj Kończyc swoje wystąpienia John F. Kennedy w czasie prezydenckiej kampanii wyborczej. Pewnego dnia, roku 1789, w czasie posiedzenia Izby Reprezentantów niebo nad Hartford zaciągnęło się czarnymi chmurami. Przerażający mrok ogarnął całe miasto, jak i też izbę posiedzeń. Niektórzy z reprezentantów oglądając przez okno, to nadzwyczajne, groźne zjawisko z trwogą oczekiwali najgorszego. Byli przekonani, że nadchodzi koniec świata. Wielu domagało się przerwy w obradach. Wśród ogólnego zamieszania i wrzawy Davenport wstał i powiedział: „W tej sytuacji jest obojętne, czy dzień sądu nadchodzi czy też nie. Jeśli nie nadchodzi, to nie ma powodu do robienia przerwy. A jeśli nadchodzi, to chcę, aby mnie zastał przy pełnieniu moich obowiązków. Proszę zatem wnieść świece”.

W czasie adwentowego oczekiwania i czuwania Kościół, Matka nasza przypomina nam o wzmożonej modlitwie, spowiedzi, rekolekcjach. Innymi słowy przypomina nam abyśmy więcej czasu poświęcali na sprawy religijne, bo z tym nie jest najlepiej. Jedna z gazet sporządziła ciekawe zestawienie wykorzystania czasu w okresie 70 lat życia. I tak średnio przeznaczamy na: sen 23 lata, pracę 16 lat, oglądanie telewizji 8 lat, jedzenie 6 lat, podróże 6 lat, rozrywkę 4,5 roku, ubieranie się 2 lata i na sprawy religijne 0,5 roku. A to właśnie czas spędzony w obliczu Boga pomaga nam pełniej odkrywać nasze powołanie, ostateczny cel życia naszego życia, najważniejsze wartości, jednym słowem jak mądrzej i piękniej przeżyć życie, które rozpoczęło w dniu naszego poczęcia i zajaśnieje nieogarnioną pełnią, gdy staniemy przed obliczem Pana w dniu ostatecznym. A zatem bądźmy czujni i zawsze gotowi na to spotkanie.  (Z książki W poszukiwaniu mądrości życia).

 

 

ZAPATRZENI W NIEBO

Pod koniec listopada tego roku wraz z grupą miłośników poznawania świata wypłynąłem statkiem z portu Cairns w Australii w kierunku Wielkiej Rafy Koralowej, jednej z najpiękniejszych raf koralowych na świecie. W czasie rejsu pomyślałem o słowie na niedzielę dla Kuriera Plus i wtedy zrodziły się pewne skojarzenia związane z rozpoczynającym się dzisiaj Adwentem. W samym mieście Cairns oglądaliśmy dekoracje bożonarodzeniowe i napisy „Merry Christmas”. Zaś na statku podziwialiśmy krystaliczną wodę i niespotykany jej kolor błękitno – turkusowy. Ten kolor wody był odbiciem nieskazitelnego błękitu nieba. Gdy nadciągały chmury i zakrywały słońce, wtedy woda szarzała w oceanie i znikał błękit nieba. Promienie słońca sprawiały także, że w czasie nurkowania na rafie koralowej podwodny świat mienił się cudownymi kształtami i kolorami ryb i korali. Jeden z uczestników wycieczki, po zakończeniu nurkowania powiedział: „Dwie godziny byłem w raju”. Rzeczywiście nasz ziemski świat może nas zauroczyć swym pięknem i dać poczucie przedsmaku nieba, raju. Jednak jest to tylko przedsmak tego nieba, o którym św. Paweł w Liście do Koryntian pisze: „Ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują”.

Biblijne niebo, po części staje się naszym udziałem tu na ziemi, która jest miejscem jego zdobywania. Płyniemy po bezkresnym oceanie czasu. Nad nami błękit nieba i Słońce. Tym słońcem jest Chrystus, który mówi o sobie: „Ja jestem światłem dla świata. Kto idzie za Mną, nigdy nie będzie chodził w ciemnościach, lecz będzie miał światło życia”. Na niebie naszego życia pojawiają się chmury, które przysłaniają to Słońce. Te chmury przybierają kształt grzechu i wszelkiego zła, które oddziela nas nie tylko od Boga, ale także od bliźniego. Gdy przesłaniają one Chrystusa, wtedy nasz duchowy świat szarzeje i z horyzontu naszego życia znika niebo, do którego wszyscy jesteśmy powołani. Kiedyś przyjdzie czas, gdy zniknie obraz odbitego nieba w rzeczywistości ziemskiej, zostanie tylko samo niebo. A stanie się to przy końcu czasów, gdy Chrystus powróci, aby osądzić świat. O końcu ziemskiego świata mówi dzisiejsza Ewangelia. „Będą znaki na słońcu, księżycu i gwiazdach, a na ziemi trwoga narodów bezradnych wobec szumu morza i jego nawałnicy. Ludzie mdleć będą ze strachu, w oczekiwaniu wydarzeń zagrażających ziemi”. Pośród tej apokaliptyczni wizji końca świata przejdzie Jezus, aby osądzić świat i obdarzyć nas nieskazitelnym i wiecznym błękitem duchowego nieba: „Wtedy ujrzą Syna Człowieczego, przychodzącego na obłoku z wielką mocą i chwałą”

Oczekiwanie na powtórne przyjście Jezusa na końcu czasów jest głównym motywem rozpoczynającego się Adwentu. Przypomina on nam, że nasz ziemski czas dobiegnie końca i wtedy staniemy przed Bogiem, aby zdać sprawę ze swojego życia. Ewangelia z dzisiejszej niedzieli przypomina nam o gotowości na ostateczne spotkanie z Bogiem słowami: „Czuwajcie więc i módlcie się w każdym czasie, abyście mogli uniknąć tego wszystkiego, co ma nastąpić, i stanąć przed Synem Człowieczym”. Wezwanie do czuwania, gotowości na spotkanie z Bogiem jest głównym celem zapowiedzi końca świata. Co to znaczy czuwać? Odpowiedzi mogą być różne, ale wszystkie winny się sprowadzać do tego, o czym pisze św. Paweł w liście do Tesaloniczan z drugiego czytania: „Pan niech pomnoży liczbę waszą i niech spotęguje waszą wzajemną miłość dla wszystkich, jaką i my mamy dla was; aby serca wasze utwierdzone zostały jako nienaganne w świętości wobec Boga, Ojca naszego, na przyjście Pana naszego Jezusa wraz ze wszystkimi Jego świętymi”. Czuwać to znaczy wykorzystywać czas do wzrastania w świętości. Mówiąc językiem przenośni, usuwać z błękitu swego nieba wszelkie chmury zła, które przesłaniają Chrystusa. W tej czujności i wzrastaniu w świętości ważna jest modlitwa, lektura pobożnej książki, rekolekcje, dodatkowe nabożeństwa i to tego wszystkiego zachęca nas kościół w okresie Adwentu. Ale to wszystko nic by nie znaczyło, gdyby nie potęgowało miłości do Boga i bliźniego, która jest najważniejszą drogą do świętości i najpewniejszym przygotowaniem się na spotkanie z Chrystusem w czasach ostatecznych.

W przygotowaniach na spotkanie z Chrystusem warto sięgnąć do żywotów świętych, gdzie możemy znaleźć wiele inspirujących przykładów. Ot chociażby dotykająca legendy historia z życia św. Marcina. Pewnego zimowego dnia święty Marcin spotkał biedaka, który był nagi i głodny. Święty wyciągnął miecz i rozciął na dwoje płaszcz, który miał na sobie. Po czym oddał biednemu jedną część, a drugą sam się okrył. Następnej nocy ukazał mu się Chrystus, ubrany w tę część jego płaszcza, którą dał biednemu, i tak rzekł do aniołów, którzy Go otaczali: „W tę szatę ubrał mnie Marcin, który jeszcze jest katechumenem!”. Nie trzeba się jednak odwoływać do półlegendarnych zdarzeń. Takie rzeczy dzieją się dziś, w Nowym Jorku. Po święcie Dziękczynienia jedna z pań opowiedziała mi historię, którą chciałbym ocalić od zapomnienia i przytoczyć ku zbudowaniu. Maria spotkała kobietę zbierającą puszki w śmietnikach, która miała na nogach rozchodzone i podarte ciapy i wyraźnie marzła z tego powodu. W czasie rozmowy okazało się, że nosiła ona takie buty nie tylko z powodu biedy, ale także chorej nogi. Maria miała wygodne i ciepłe buty, coś w rodzaju polskich walonków. Bez zastanowienia sięgnęła swój but i kazała przymierzyć tej kobiecie. Ta spojrzała na nią jak na szaloną, ale but przymierzyła. Pasował jak ulał. Była zachwycona, że jest tak ciepły i nie uwiera rany. Chciała kupić te buty. W odpowiedzi Maria ściągnęła drugi but i ofiarowała go chorej. Po czym wsiadła do samochodu i odjechała, zastawiając zdumioną i uradowaną kobietę, teraz już w ciepłych i wygodnych butach. Ta historia rozpoczęła się na nowojorskiej ulicy, a zakończy się przy spotkaniu z Chrystusem w czasach ostatecznych.

Adwentowe przygotowanie na spotkanie z Chrystusem w czasach ostatecznych dokonuje się w przeuroczej atmosferze przygotowania do świąt Bożego Narodzenia. Nasze czterotygodniowe przygotowanie do świąt przywołuje na pamięć oczekiwanie Narodu Wybranego na przyjście obiecanego Mesjasza. Mówi o tym zacytowany na wstępie fragment z Księgi proroka Jeremiasza. Słyszymy tam słowa: „W owych dniach i w owym czasie wzbudzę Dawidowi potomka sprawiedliwego; będzie on wymierzał prawo i sprawiedliwość na ziemi”. Tej zapowiedzi nie da się odnieść do żadnego króla izraelskiego czy judzkiego. To proroctwo może zrealizować tylko Mesjasz. Będzie On roztropnym królem w królestwie „sprawiedliwości i pokoju”. Jego Królestwo będzie królestwem miłości i pokoju, sprawiedliwości i dobrobytu. Będzie nazwany imieniem własnym Mesjasza „Pan naszą sprawiedliwością”. To proroctwo spełniło się, gdy nad Betlejem rozgorzało niebo i pojawiła się gwiazda niezwykłej jasności, która oznajmiała narodzenie Dziecięcia, któremu nadano imię Jezus. Wspomnienie tego wydarzenia bardzo często dominuje w naszych przygotowaniach adwentowych. A czasami zastępuje całe przygotowanie. Oczywiście, zewnętrzne piękno adwentowych przygotowań, kolorowe choinki, prezenty, melodie kolędowe, wspólny stół wigilijny, nastrojowa szopka w parafialnym kościele są potrzebne. Wypełniają nasze serca pięknem, łagodnością, dobrem, miłością i pomagają w przygotowaniu na spotkanie z największą Miłością, która nas ogarnie i otworzy dla nas bramy w czasach ostatecznych (z książki Bóg na drogach naszej codzienności).

 

 

PISANIE PIĘKNEJ HISTORII ŻYCIA

Każdy z nas chciałby napisać piękną i szczęśliwą historię swojego życia. W tym pisaniu pióro jest najmniej ważnie, bo tę historię piszemy samym życiem. Zapewne wielu z nas uważa, że taką piękną historię swojego życia napisała Barbara Apolonia Chałupec, znana pod nazwiskiem Pola Negri. Jest ona pierwszą Europejką, która zrobiła oszałamiającą karierę w Hollywood i utorowała drogę dla gwiazd europejskich do „fabryki snów”. Jej życie przypomina bajkę o Kopciuszku, który zamienił się w królewnę.

Urodziła się w ubogiej rodzinie w Lipnie na Kujawach. W Stanach Zjednoczonych stała się nie tylko gwiazdą kina niemego, ale również symbolem uwielbienia. Jej urokowi nie mógł oprzeć się sam Charlie Chaplin oraz największy amant kina niemego Rudolf Valentino. Aktorka zagrała w 63 filmach, po raz ostatni w roku 1964. W latach siedemdziesiątych Steven Spielberg zaproponował jej udział w filmie „The Sugarland Express”. Legenda kina, stanowczo odrzuciła tę propozycję, mówiąc: „Przychodzi taki czas, kiedy gwiazda musi zebrać swoje wspomnienia i zejść ze sceny, by rozpocząć życie prywatne, życie wypełnione nostalgią i zadumą ze swoich dokonań”. Z tej zadumy i wspomnień powstała autobiografia pt. „Pamiętnik gwiazdy”.

Jednak w tej pięknej historii życia nie wszystko było tak cudowne. W audycji Anny Arwaniti mogliśmy usłyszeć słowa: „Życie prywatne Poli Negri, acz pozornie atrakcyjne, było życiem kobiety bardzo nieszczęśliwej. Ona nigdy nie osiągnęła tego, co nazywa się szczęściem”. Wyimaginowany świat filmu oraz sława i bogactwo jakie się z tym wiążą nie są w stanie zaspokoić najgłębszych pragnień duchowych człowieka. Pola Negri szukała tego najgłębszego spełnienia siebie także w innej sferze. Była zawsze otwarta na człowieka potrzebującego i sprawy religijne. W roku 1944 dzięki jej staraniem zakupiono posiadłość w Los Angeles, na którym wybudowano kościół pod wezwaniem Matki Bożej Jasnogórskiej. Ona też od samego początku aktywnie zaangażowała się w życie tej wspólnoty parafialnej, m.in. czyniąc starania w pozyskiwaniu funduszy na dzieło budowy świątyni. Ufundowała dla tej parafii stacje Drogi Krzyżowej wykonane we Włoszech. Tak wspomina te dni: „Wówczas natychmiast opodatkowałam się na budowę kościoła i aż do momentu opuszczenia Hollywood regularnie wywiązywałam się z przyjętego zobowiązania”. W archiwum tej partii jest list Poli Negri do św. Jana Pawła II, w miesiąc po jego wyborze na Stolicę Piotrową: „Madame Pola Negri pokornie prosi Waszą Świątobliwość o specjalne Błogosławieństwo Apostolskie jako zadatek błogosławieństw niebieskich”. Błogosławiony, znaczy szczęśliwy. Zmarła 1 sierpnia 1987 roku w San Antonio, zapewne Bóg obdarzył ją błogosławieństwem, o które prosiła.

Wysłuchajmy jeszcze jednej filmowej historii, która miała miejsce nie w Hollywood, ale w Middle Village NY. Ania udała się do pizzerni Rosa, gdzie akurat kręcono film. Pośród świateł reflektorów, kabli i kamer, nie zatrzymana przez policjantów czy ekipę filmową weszła do środka i zamówiła pizzę. Zdumieni pracownik za ladą spojrzał na nią i powiedział: „My teraz nie sprzedajemy pizzy, tylko kręciły film”. Zawstydzona Ania przeprosiła i dopiero teraz zauważyło, że wszystko wyglądało podejrzenie, i te kamery i te reflektory, no i te rozbawione i zdziwione spojrzenia aktorów zgromadzonych w pizzerni i na zewnątrz. Ania bez gorącej pizzy wróciła głodna do domu.

Ta zabawna historia skojarzyła mi się z obrazem naszego życia w wymiarze religijnym. Marzymy, aby nasze życie było piękną historią, jaką możemy oglądać na filmach. I nieraz towarzyszą nam w życiu kamery, światła reflektorów i wszystko układa się jak w pięknej filmowej bajce. Ale w pewnym momencie zaczynamy odczuć głód chleba duchowego, który przybiera nieraz formę wieczności, sprawiedliwości, bezinteresownej miłości itd. I może w świetle reflektorów ziemskiego blasku, kamer sławy zdążamy do lady, aby nabyć chleb zaspakajający najgłębsze głody naszej duszy. A wtedy możemy usłyszeć, jak Ania: „Tu nie ma prawdziwego chleba, to wszystko jest na pokaz, to jest tylko film. Tu nie zaspokoisz tego głodu”. Dla chrześcijan jest taki stół, a stojący za nim mówi: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię”. „Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym”. W Jego imieniu kapłan podnosi biały kawałek chleba i mówi: „Bierzcie i jedzcie, to jest ciało moje”.

Rozpoczynamy kolejny Adwent w naszym życiu. Stając przy ołtarzu sprawowania Eucharystii śpiewamy w jednej z pieśni adwentowych: „Spuśćcie nam na ziemskie niwy / Zbawcę, z niebios obłoki! / Świat przez grzechy nieszczęśliwy, / Wołał w nocy głębokiej”.  W innej zaś pieśni wołamy językiem aramejskim, jakim posługiwał się Jezus: „Marana tha”. Przyjdź, Panie. To adwentowe wołanie spełniło się już w połowie. Niebiosa „spuściły rosę” i Pan przyszedł. Dokonało się to ponad dwa tysiące lat temu w Betlejem. To wszystko będziemy uroczyście wspominać i obchodzić za cztery tygodnie, w czasie świąt Bożego Narodzenia. Do godnego przeżycia zbliżających się świąt będziemy się przygotowywać przez cztery tygodnie adwentowe, w które zapewne wpiszą się rekolekcje, które mają nas duchowo przygotować na te święta. Będzie to zarazem przygotowanie na spełnienie drugiej połowy naszego wołania. A kiedy się to spełni nie wiemy, dla jednych może jutro dla innych może za sto lat.

Czytania biblijne na pierwszą niedzielę Adwentu koncentrują na spełnieniu się drugiej połowy naszego wołania- przyjścia Chrystusa przy końcu świata, co jest w naszym indywidualnym życiu równoznaczne z końcem naszego ziemskiego życia, ze śmiercią.

Prorok Jeremiasz w pierwszym czytaniu zapowiada przyjście Mesjasza: „Oto nadchodzą dni, kiedy wypełnię pomyślną zapowiedź, jaką obwieściłem domowi izraelskiemu i domowi judzkiemu. W owych dniach i w owym czasie wzbudzę Dawidowi potomka sprawiedliwego; będzie on wymierzał prawo i sprawiedliwość na ziemi”. To proroctwo częściowo spełniło się w Betlejem wraz z narodzeniem Chrystusa, ale to narodzenie nie wyczerpuje w całości treści wizji prorockiej, która sięga o wiele dalej, sięga powtórnego przyjścia Mesjasza. O tym powtórnym przyjściu przypomina sam Chrystus w dzisiejszej Ewangelii: „Będą znaki na słońcu, księżycu i gwiazdach, a na ziemi trwoga narodów bezradnych wobec szumu morza i jego nawałnicy. Ludzie mdleć będą ze strachu, w oczekiwaniu wydarzeń zagrażających ziemi. Wtedy ujrzą Syna Człowieczego, przychodzącego na obłoku z wielką mocą i chwałą”. I wtedy ostatecznie spełni się nasze adwentowe wołanie: Marana tha. Przyjdź Panie. Na ten moment mamy być przygotowani. Chrystus mówi: „Uważajcie na siebie, aby wasze serca nie były ociężałe wskutek obżarstwa, pijaństwa i trosk doczesnych, żeby ten dzień nie przypadł na was znienacka jak potrzask”. To wezwanie przypomina nam św. Paweł w I Liście do Koryntian: „Bracia: Pan niech pomnoży liczbę waszą i niech spotęguje waszą wzajemną miłość dla wszystkich, jaką i my mamy dla was; aby serca wasze utwierdzone zostały jako nienaganne w świętości wobec Boga”.

A na zakończenie wysłuchamy słów św. Jana Pawła II w życiu którego w całości spełniło się adwentowe wołanie: „Adwent odnawia oczekiwanie na Chrystusa, który przyjdzie, aby nas zbawić, w pełni urzeczywistniając swe królestwo sprawiedliwości i pokoju. Coroczne wspominanie narodzin Mesjasza w Betlejem odnawia w sercach wierzących pewność, że Bóg pozostaje wierny swym obietnicom” (Kurier Plus, 2014).

 

 

ADWENTOWE OPOWIEŚCI

Monika postanowiła zrobić urodzinową niespodziankę swojej mamie, która w tym roku ukończyła 70 lat. W tajemnicy przed całą rodziną w Polsce przygotowywała się Nowym Jorku do wyjazdu w rodzinne strony. Z siostrami zastanawiała się, jaki prezent kupić mamie. Wśród emerytek, w jej stronach popularne są rowery. W Polsce jest wiele ścieżek rowerowych, na których można zadbać o swoją kondycje fizyczną. Jest to też wspaniały środek lokomocji w drodze do kościoła. Przed kościołem, w rzędzie stojące rowery, przy cichym przyzwoleniu ich właścicielek, stają niejako do konkursu, który z nich jest najlepszy. W przypadku Mari, mamy Moniki ten prezent nie wchodził w grę, bo otrzymała go w ubiegłym roku. Zresztą prezenty materialne były niczym w porównaniu z tym co się działo w sercu solenizantki i jej rodziny.

Monika poprosiła koleżankę w Polsce, aby kupiła piękny bukiet kwiatów, z którym udała się do swojej siostry. Kompletne zaskoczenie i łzy wzruszenia. Po ochłonięciu, trzy siostry z kwiatami, prezentem i tortem urodzinowym wyruszyły do domu mamy. Po wejściu zaczęły śpiewać sto lat. Zaskoczenie i niedowierzanie. Po chwili Maria za dużym bukietem kwiatów rozpoznała Monikę. Zdążyła tylko, powiedzieć: „Mój Boże, moje dziecko”. Po czym zamilkła, zasłoniła twarz rękami i wycofała się do kuchni. A łzy wzruszenia i radości, spływające strumieniami po policzkach mówiły o szczęściu, którego za żadne pieniądze kupić nie można. Nie potrzebne były słowa, wystarczyło oczu wpatrzenie i przytulenie, aby powiedzieć, o tym co w życiu jest najważniejsze. Miłość i bliscy naszemu sercu ludzie.  „Dla takich momentów warto żyć” – wspomina Monika.

Okres Adwentu, który dziś rozpoczynamy, to czas przygotowania się na przyjęcie największej, zbawiającej miłości jaką Bóg darował nam w Jezusie Chrystusie. Zanurzeni w tej Miłości, obdarowujemy się wzajemnie materialnymi prezentami, które są znakami naszej miłości. Jeśli w prezencie brakuje tego, to można go bez większej straty wyrzucić na śmietnik. Liczy się taki dar, jaki ofiarowały córki swojej mamie, dar miłości.

Monika i jej rodzice wspominali najpiękniejsze lata z jej dzieciństwa. Wszystko było takie cudowne, bo tętniło najpiękniejszą miłością świata. Monika szła drogą, którą wiele razy przechodziła, odwiedzając swojego dziadzia. Nad polami jak przyklejony do ziemi rozsnuwał się jesienny dym. W jego zapachu odnajdywała miniony czas. Jak żywe wracały wspomnienia dziadzia, którego tak bardzo kochała, że chciała być z nim nawet w trumnie. A gdy dziadzio powiedział, że tam będzie za mało miejsca, to ona rezolutnie odpowiedziała, że jest mała, i jak się skuli, to na pewno się zmieści. I znowu dotykamy tu adwentowego daru miłości, która nie czuje lęku nawet w obliczu końca świata, który zapowiada Chrystus w dzisiejszej Ewangelii.

Cudowne dni, ożywiane miłością i wspomnieniami były wypełnione rodzinnymi i przyjacielskim spotkaniami. W czasie jednego z nich Monika rozmawiała ze swoją ciocią Natalią, która pracuje w Leżajsku w szkole dla niepełnosprawnych dzieci. Z miłością mówiła o nich, podkreślając, jak cudowne i szlachetne mają serca. „Mają serce na dłoni” – powiedziała. Monika zaś wspomniała o Wspólnocie Dobrego Samarytanina z Nowego Jorku, która wraz z woluntariuszami wspiera budowę Ośrodka Samarytańskiego w Tanzanii dla głodujących sierot. Natalia poruszona tymi opowieściami, powiedziała, że też chciałby się włączyć w to piękne dzieło. Dowiedziała się, że Wspólnota organizuje 9 grudnia tego roku Mikołajki, z których dochód będzie przeznaczony dla głodujących sierot w Tanzanii, i że w czasie tej imprezy charytatywnej będą sprzedawane ozdoby choinkowe. I wyobraźcie sobie, że te dzieci pod kierownictwem swojej nauczycielki wykonały przepiękne ozdoby choinkowe i z radością ofiarowały na kiermasz mikołajkowy. Słysząc tę opowieść, pomyślałem sobie: Kto tu jest niepełnosprawny? Czy człowiek, który ma trudności z chodzeniem, czy ten kto nie ma miłości w sercu? Oczywiście jest to pytanie retoryczne. Człowiek bez miłości w sercu, to naprawdę człowiek niepełnosprawny. Jest to kolejna opowieść adwentowa, która tropem miłości prowadzi nas do Stajenki Betlejemskiej.

Ostatnia zaś opowieść jest historią Agnieszki Chylińskiej, znanej piosenkarki i autorki tekstów, a także osobowości telewizyjnej. Jej ojciec był ateistą, jej brat, jak sama mówi oddawał pokłon „ciemnej stronie mocy”, a ona nie wierzyła w Boga. Zapewne to miało wpływ na jej życie. W jednym ze swoich wywiadów powiedziała: „Pozamykałam sobie pewne rzeczy w głowie, bo ja zostałam rozjechana w wieku 18 lat przez bardzo dojrzałego faceta, który potraktował mnie jak gówno. To może okrutne co powiem, ale to było za wcześnie. Ten alkohol, który się pojawił, narkotyki, faceci. To było za szybko”. „Zawsze chciałam być najlepsza we wszystkim: w byciu złą, w byciu najbardziej wyuzdaną, w byciu najbardziej zachlaną”.

Aż przyszedł moment nawrócenia. Zapewne był to długi proces, ale ważnym momentem było spotkanie podczas nagrań do „Mam talent” katolickiego publicysty, Szymona Hołowni. Pod jego wpływem jeszcze bardziej zwróciła się w stronę Chrystusa. Hołownia wspiera dzieło misyjne Sióstr Służebniczek Starowiejskich, Dom Dziecka w Kasisi w Zambii. Założył także Fundację Kasisi, niosącej pomoc biednym dzieciom w Afryce. Nawiązując do nawrócenia powiedział on, że w tym procesie ważniejsze, niż słowa są czyny i życie: „W Kasisi się naoglądałem takich scen, jeżeli chodzi o nawracanie, że nigdy nie uwierzę, że można nawracać inaczej”.

Agnieszka ze łzami w oczach mówi o swojej wierze: „Oj tak, przede wszystkim to jest cudowne i to mnie trzyma, tylko teraz już jestem łajdakiem, który przychodzi do Pana Jezusa”. „Ja przychodzę jako łobuz i mówię ‘Czy taką mnie kochasz? Czy taką mnie kochasz, k…a? Czy to prawda, że właśnie taką będziesz mnie kochał? Właśnie taką – niedobrą, egoistyczną, poje…ą, robiącą rzeczy podłe. Czy taką mnie pokochasz?’”.

Na takich, skruszonych grzeszników, szczególnie w Adwencie czeka Chrystus i ogarnia miłością, która emanuje szczególną mocą ze Stajenki Betlejemskiej. Każdy z nas jest w jakiś sposób „rozjechany” przez życie. Okres Adwentu jest czasem prostowania dróg swojego życia, aby odnaleźć zbawiającą miłość, którą zwiastuje gwiazda na betlejemskim niebie (Kurier Plus, 2018).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *