13 Lip

15 niedziela zwykła Rok B .

 

 

DROGA MĄDROŚCI BOŻEJ .                                                                       

Jezus przywołał do siebie Dwunastu i zaczął rozsyłać ich po dwóch. Dał im też władzę nad duchami nieczystymi. I przykazał im. żeby nic z sobą nie brali na drogę prócz laski: ani chleba, ani torby, ani pieniędzy w trzosie. „Ale idźcie obuci w sandały i nie wdziewajcie dwóch sukien”. I mówił do nich: „Gdy do jakiego domu wejdziecie, zostańcie tam, aż stamtąd wyjdziecie. Jeśli w jakim miejscu was nie przyjmą i nie będą was słuchać, wychodząc stamtąd strząśnijcie proch z nóg waszych na świadectwo dla nich”. Oni więc wyszli i wzywali do nawrócenia. Wyrzucali też wiele złych duchów oraz wielu chorych namaszczali olejem i uzdrawiali (Mk 6,7-13). 

W jednym z komiksów na łamach dziennika „Zits” Jerry Scott i Jim Borgman przedstawiają taką scenę. 15-letnia Sara obudziła się rano, spojrzała w lustro i ze złością zaczęła krzyczeć: „Nienawidzę moich włosów. Przysięgam, że je obetnę”. Matka spokojnie podjęła tę myśl: „To wspaniały pomysł. Znam ludzi, którzy chętnie wezmą twoje włosy”. „Chyba żartujesz, kto by chciał mieć na głowie takie siano?”- pyta zirytowana Sara. W odpowiedzi matka podała jej broszurę organizacji „Locks of Love”. Organizacja ta robi peruki dla dzieci chorych na raka, które straciły włosy w trakcie leczenia. Po przeczytaniu Sara powiedziała: „To wspaniała sprawa. Czy to znaczy, że moje włosy mogą być wykorzystane do zrobienia peruki dla dzieci chorych na raka?” „Dla tych dzieci i innych, które z różnych powodów utraciły włosy”- dodaje matka – „I w ten sposób twój problem może stać się użyteczny dla innych”. Sara była głęboko poruszona tym, co przeczytała i zobaczyła w podsuniętej jej przez mamę broszurze. Upokorzona i trochę zażenowana zamilkła i pogrążyła się w swoich myślach. „Czy wszystko w porządku?”- zapytała w końcu matka. Sara cicho odpowiedziała: „Sądzę, że jest to moment mojego dojrzewania w mądrości”.

Określanie „To jest mądry człowiek” należy do najbardziej pochlebnych, bo któż z nas chciałby być uważany za głupca. Szansę wzrostu w mądrości otrzymuje człowiek z chwilą narodzenia. W okresie dzieciństwa ten wzrost, w dominującej mierze jest uzależniony od ludzi, którzy nas otaczają. Oni będą ważni do końca naszego życia tylko, że gdy staniemy się dorośli dominujący w tym wzroście stanie się nasz osobisty wysiłek i nasza więź z ostatecznym źródłem mądrości, którym jest Bóg. Mądrość w ogólnym znaczeniu jest umiejętnością życia według pojęć danej kultury, zgodnie ze społeczeństwem i obowiązującymi w niej normami etycznymi, ze szczególnym uwzględnieniem najważniejszej normy, jaką jest miłość. Tak rozumiana mądrość jest czymś innym niż uczoność, jest ona umiejętnością widzenia sensu życia i jego różnych przejawów i właściwej oceny zdarzeń. Mądrość, mimo że zawiera w sobie rys praktyczny, to jednak jest czymś innym niż zaradność i spryt życiowy. Człowiek mądry, to ten, który poprzez wewnętrzną refleksję przyjmuje pozytywne wartości etyczne, którymi kieruje się w życiu i stara się według tych zasad organizować społeczność ludzką, w której żyje.

Według Starego Testamentu mądrym człowiekiem jest ten, kto umiejętnie potrafi ułożyć swoje życie zgodnie z wolą Jahwe, która wyraża się w Jego przykazaniach. Słowo mądrość oznacza także mądrość samego Boga, z którego bierze początek wszelka mądrość. Stary Testament wspomina także o mądrości czysto ludzkiej, która nie liczy się z mądrością Bożą, co sprawia, że jest mądrością pozorną i w ostatecznym rozrachunku staje się głupotą. Szczególną pożywką dla mądrości czysto ludzkiej staje się bogactwo. Ten problem jest widoczny w misji prorockiej Amosa, którego działalność wypada na lata panowania króla Ozjasza w Judei i Jeroboma II w Izraelu (około 760-750 przed Chr.). Król Izraela wykorzystał słabość sąsiadów i poszerzył granice swego państwa. W efekcie do stolicy napływały daniny z różnych stron kraju i sąsiednich narodów. To było źródłem dobrobytu, przewyższającego bogactwa czasów króla Salomona. Ta zasobność sprawiła, że Izrael zaczął żyć na sposób ludów pogańskich. Bogaci bezlitośnie uciskali biednych, postępowanie swoje usprawiedliwiali fałszywą pobożnością. W Betel wybudowano świątynię, w której czczono złotego cielca. Za kult był odpowiedzialny kapłan Amazjasz. Odwrócili od prawdziwego Boga i Jego przykazań.

Do tego spoganiałego miasta Bóg posłał proroka Amosa. Amos nie zdobywał mądrości w jakiś specjalnych szkołach prorockich. Trudnił się pasterstwem i uprawą sykomor. Do kapłana Amazjasza powie: „Nie jestem prorokiem, ani nie uczniem proroków, gdyż jestem pasterzem i tym, który nacina sykomory. Od trzody bowiem wziął mnie Pan i Pan powiedział: Idź, prorokuj do narodu mego, izraelskiego”. W bliskości Boga dojrzewał w mądrości i z tą mądrością przybył do Betel, ale tu nie chciano go słuchać i wypędzono z miasta. Nie minęło wiele lat, gdy naród wybrany przekonał się o złudności ludzkiej mądrości i docenił słowa prawdziwej mądrości, jakie w imieniu Boga przyniósł im prorok Amos.

W Nowym Testamencie mądrością Bożą jest sam Jezus Chrystus, Wcielone Słowo Boże. Apostołowie posłani przez Chrystusa do głoszenia Ewangelii prawie trzy lata przebywali w szkole Chrystusowej mądrości. Mieli wiele czasu i okazji, aby ją zgłębić, przyjąć i wcielać w życie. Ewangelia zacytowana na wstępie przedstawia moment, gdy Chrystus uznaje, że uczniowie są już na tyle dojrzeli w tej mądrości, że mogą głosić ją całemu światu: „Następnie przywołał do siebie Dwunastu i zaczął ich rozsyłać po dwóch”. Rozsyła ich po dwóch, ponieważ według zwyczajów wschodnich świadectwo dwóch osób jest wiarygodne. Przestrzega ich także przed zabieraniem zbędnych rzeczy, bo dobra materialne mogą przesłonić prawdę bożą lub ją zniekształcić. „…przykazał im, żeby nic nie brali ze sobą na drogę prócz laski: ani chleba, ani torby, ani pieniędzy w trzosie”.

W naszej pielgrzymce drogami bożej mądrości musimy zwrócić uwagę tylko na rzeczy najpotrzebniejsze. Pouczająca w tym względzie jest opowieść o rabinie i studencie teologii. Otóż student został zaproszony na studia przez słynnego rabina, aby poczynić postępy na drodze mądrości i świętości życia. Po pokonaniu długiej drogi student zjawił się w mieszkaniu słynnego rabina. Był zaszokowany, gdy zobaczył maleńki domek a w nim tylko stół, jedno krzesło, trochę książek i niewielką lampę przy łóżku. Student zapytał: „Wybacz nauczycielu moją ciekawość, ale gdzie są twoje meble?” Rabin odpowiedział: „Moje meble? A gdzie są twoje meble drogi przyjacielu? Zdziwiony student odpowiada: „Nauczycielu ja jestem tylko turystą, przechodniem, przyszedłem tu z wizytą”. „Ja także, ja także”- odpowiedział rabin.

Mądrość Boża poucza nas, że jesteśmy przechodniami na tej ziemi. Ważna jest droga, ale najważniejszy jest cel, do którego zdążamy. Chrystus poucza nas, że wszyscy jesteśmy w drodze do domu naszego Ojca w niebie. Wskazuje także na mądrość, która pozwala bezpiecznie dotrzeć do celu naszego przeznaczenia oraz daje łaskę wytrwałości i mocy w tej wędrówce. Jest to ta moc, która towarzyszyła uczniom Chrystusa, gdy szli w świat, aby głosić mądrość Chrystusa; będą uzdrawiać chorych, wyrzucać złe duchy. Przyjęcia tej mądrości Chrystus nikomu nie narzuca, możemy ją przyjąć lub odrzucić: „Jeśli w jakimś miejscu was nie przyjmą i nie będą was słuchać, wychodząc stamtąd strząśnijcie proch z nóg waszych na świadectwo dla nich”.

Przed tym świadectwem stanie każdy z nas, gdy dotrze do kresu ziemskiego pielgrzymowania. Każdy z nas, w obliczu Boga zda sprawę z życia, które tylko w mądrości bożej ma szansę ostatecznego spełnienia /Nie ma innej Ziemi Obiecanej/.

 

 

PRZYKŁAD ŚWIĘTEGO FRANCISZKA

Amazjasz, kapłan w Betel, rzekł do Amosa: „«Widzący», idź, uciekaj sobie do ziemi Judy. I tam jedz chleb, i tam prorokuj. A w Betel więcej nie prorokuj, bo jest ono królewską świątynią i królewską budowlą”  I odpowiedział Amos Amazjaszowi: „Nie jestem ja prorokiem ani nie jestem uczniem proroków, gdyż jestem pasterzem i tym, który nacina sykomory. Od trzody bowiem wziął mnie Pan i Pan rzekł do mnie: «Idź, prorokuj do narodu mego, izraelskiego»” (Am 7,12-15).

Za kilka tygodni wyruszam na wakacje. Przede mną koszmar pakowania przed podróżą. Podejmowanie decyzji, co ze sobą zabrać a co zostawić. Zakupy, pakowanie, decydowanie mącą radość zbliżających się wakacji. Prawdopodobnie, biorąc rzeczy najbardziej potrzebne, tak jak w latach poprzednich, okaże się w czasie wakacji, że nie są one najpotrzebniejsze, a niektóre z nich w ogóle nie będą użyte.             

Przez pryzmat tych przeżyć można spojrzeć na całe życie. W życiu gromadzimy wiele rzeczy, wydaje się nam, że są one niezbędne do życia. Gromadzenie, pakowanie, a później dźwiganie tak nas pochłania, że zapominamy o samym życiu, które umyka nam między palcami. Niektórzy tak się zachowują jakby w wiązaniu i dźwiganiu tobołów zawierała się istota życia. Jednak wcześniej lub później okazuje się, że życie nasze umknęło, a zostały toboły, które kiedyś przesłaniały radość życia, a dziś mają już dla nas niewielką wartość.                                                                                                            

Przed kilku laty znaleziono w nowojorskim mieszkaniu 90 letnią staruszkę, umierającą z wycieńczenia. Żywiła się tylko hot dogami, zbierała w sąsiedztwie papierowe pudła, które spalała w starym żelaznym piecu, celem ogrzania mieszkania. Oszczędzała, na czym tylko mogła. Zabrano ją do szpitala, gdzie po trzech tygodniach zmarła. Kiedy sprzątano jej dom znaleziono pudło z pieniędzmi. Było w nim 275 tys. dolarów. Pudło pieniędzy było tym tobołem, który zabrał tej kobiecie prawdziwe życie. Taki tobół może być schowany w bardziej luksusowym miejscu. Klimatyzacja, marmury i uśmiechnięta kasjerka za okienkiem. Możemy się rozkoszować wielkością tego tobołu otwierając, jedyną książkę, jaką czytamy, pod tytułem: „Polish – Slavic Federal Credit Union”. Oczywiście, taka książeczka też jest potrzebna, ale pod warunkiem, że nie jest jedyną, do której zaglądamy i nie degraduje naszej osobowości, nie niszczy więzi z bliźnimi, a szczególnie więzi z Bogiem. To tylko jeden z wielu tobołów, jaki może sobie przygotować i wrzucić na swój grzbiet do dźwigania, a który przesłania prawdziwą wartość życia i nie pozwala się nim cieszyć.                                                               

Pewnego razu rycerz postanowił wyruszyć w daleką podróż. Chciał bronić uciśnionych, jak też zdobyć sławę. Wziął miecz i ciężką zbroję na wypadek, gdy spotka wrogów. Duży pojemnik olejku, aby uchronić się przed palącym słońcem. Zabrał także drzewo, aby rozpalić nocą ognisko. W jego bagażach znalazł się także namiot i pościel. Nie zabrało żywności dla niego i dla jego konia. Obciążony ponad miarę opuścił swoje miasto. Po kilku dniach podróży przejeżdżał przez stary most, i gdy był w połowie mostu, ten nie wytrzymując ciężaru załamał się. Obciążony rycerz wpadł do rzeki i utonął. Można przytoczyć wiele podobnych, realnych historii w wersji uwspółcześnionej. Szlachetne cele, dobre intencje utknęły w prozie materialnego życia.                                                                                                          

Chrystus ukazuje najistotniejszy cel życia człowieka: budowanie Królestwa Bożego, w którym odnajdujemy swoje zbawienie. Chrystus nie jeden raz przypominał, że Jego Królestwo nie jest z tego świata. Rządzą nim inne prawa. To Królestwo realizuje się w rzeczywistości materialnej, ale jego duchowa pełnia nabierze ostatecznego kształtu w wieczności. Człowiek, będąc z natury istotą fizyczno- duchową doznaje napięć miedzy tymi dwoma sferami. Jeśli zwycięża sfera fizyczna, wtedy staje się on obciążony wartościami materialnymi, jak ten rycerz. W konsekwencji załamuje się most prowadzący do Boga, i człowiek tonie w wartościach materialnych.                           

Wyjątkowo jest to niebezpieczne dla tych, których Chrystus w sposób szczególny powołuje do głoszenia Królestwa Bożego. Chrystus przypomina swoim apostołom, aby nie brali ze sobą, ani chleba, ani torby, ani trzosa pieniędzy. Wystarczą jedne sandały, jedna suknia. Jest to dosyć, aby skutecznie przepowiadać Ewangelię. Zbytnie obciążenie dobrami materialnymi może być niebezpieczne nawet dla uczniów Chrystusa.      Święty Franciszek z Asyżu uważany jest za najradośniejszego człowieka. Całe swe bogactwo rozdał ubogim a sam żył z żebraniny. Odrzucił wszystkie zbędne toboły zdał się całkowicie na Boga. I dlatego był  najradośniejszym i najszczęśliwszym człowiekiem, nawet śmierć nie mąciła jego radości, nazywał ją po prostu swoją siostrą.                                             

Obojętnie gdzie i jak żyjemy możemy się wiele nauczyć od świętego Franciszka. Nie wiązać dla siebie zbyt wiele tobołów, które wpędzają nas w spiralę szaleńczej pogoni za wartościami materialnymi i przesłaniają urok życia. Zabrać ze sobą tyle ile jest konieczne, pamiętając, że i te konieczne toboły zostawimy w bramie śmierci, a Bóg będzie patrzył tylko na dar miłości w naszych rękach (z książki Ku wolności).

 

 

NIE CHCEMY PROROKA

Niech będzie błogosławiony Bóg i Ojciec naszego Pana Jezusa Chrystusa, który napełnił nas wszelkim błogosławieństwem duchowym na wyżynach niebieskich w Chrystusie. W Nim bowiem wybrał nas przed założeniem świata, abyśmy byli świeci i nieskalani przed Jego obliczem. Z miłości przeznaczył nas dla siebie jako przybranych synów przez Jezusa Chrystusa, według postanowienia swej woli, ku chwale majestatu swej łaski, którą obdarzył nas w Umiłowanym. W Nim mamy odkupienie przez Jego krew, odpuszczenie występków według bogactwa Jego łaski. Ef 1,3-8

Jedna z czytelniczek Kuriera Plus napisała list, w którym sugeruje mi, abym mniej pisał o starych, biblijnych historiach, ale więcej poruszał problematykę współczesnego człowieka. Sugestia jak najbardziej słuszna, tylko że stare biblijne historie, jak najbardziej pasują do dzisiejszego człowieka. Wystarczyłoby w nich zmienić imiona nazwy, styl języka i każdy by był przekonany, że jest to historia o człowieku dzisiejszym. Człowiek współczesny podobny jest do człowieka jaskiniowego, chociaż zewnętrznie zmienił się wiele. Zamiast jeździć osiołkiem lata samolotem, zamiast kuć litery w kamieniu pisze je na komputerze. I tak można by wymieniać w nieskończoność. Jednak pod względem moralnym i duchowym nie wiele różni się od jaskiniowca, który z maczugą szedł na wroga. Dzisiejszy człowiek ma wydajniejszą maczugę. Zrzuca bombę atomową i za jednych zamachem zabija np. 80 tysięcy ludzi. To jest postęp. A gdy patrzymy na różnego rodzaju wynaturzenia moralne dzisiejszego człowieka, to wydaje się, że zamiast postępu jest regres. Jadący na osiołku, pod tym względem o całe niebo przewyżka rozkrzyczane, znarkotyzowane towarzystwo w szybkim kabriolecie. Oczywiście dostrzegam pozytywne osiągnięcia współczesnego człowieka, ale sądzę, że rzecz ma się jak z komputerem, którego jakość mierzy się najsłabszym ogniwem. Możemy mieć w nim wszystko najwyższej klasy, tylko procesor kiepski. I to właśnie procesor będzie decydował o jakości całego komputera.

Posłuchamy, zatem w krótkich słowach historii proroka Amosa. A gdy uruchomimy swoją wyobraźnię i zapomnimy o nazwach biblijnych, to możemy usłyszeć historię, która jest historią dzisiejszego świata. Zacytowany na wstępie fragment z Księgi Amosa ukazuje usunięcie proroka z miasta Betel, do którego posłał go Bóg, aby głosił Jego słowo: „Idź, prorokuj do narodu mego, izraelskiego”. Dla Palestyny, zarówno dla królestwa Judei, jak i królestwa Izraela były to lata bardzo pomyślne. Król Izraela, Jeroboam II wykorzystując osłabienie sąsiadów powiększył swoje królestwo, uzależniając od siebie Damaszek, Moab i Amon. Królestwo zaczęło się bogacić. Nastały czasy dobrobytu. Jednak dobrobyt sprawił, że mieszkańcy Izraela zapominali o Bogu i zaczęli prowadzić pogański styl życia. Rosła także niesprawiedliwość społeczna, bogaci uciskali biedniejszych i stawali się coraz bogatsi, byli głusi nie tylko na Boga, ale także na nędzę swoich współziomków. Miejsce prawdziwej pobożności zajął formalizm rytualny. Betel było głównym ośrodkiem kultu Baala. To tam król Jeroboam I wzniósł złoty posąg cielca, któremu Izraelici zaczęli oddawać cześć, zamiast pielgrzymować do Jerozolimy.  Amazjasz, kapłan w Betel nakazał Amosowi: „Widzący, idź, uciekaj sobie do ziemi Judy. I tam jedz chleb, i tam prorokuj”. Amazjasz jest przekonany o bożym posłannictwie  Amosa, bo nazywa go „widzącym”, ale tak się przyzwyczaił do wygodnego życia i swoich bożków, że nie chce słuchać głosu prawdziwego Boga.

Podczas audiencji ogólnej 15 czerwca 2011 r. papież Benedykt XVII powiedział: „Tam, gdzie znika Bóg, człowiek popada w niewolę bałwochwalstwa, jak to pokazały w naszych czasach reżimy totalitarne i jak to pokazują także różne formy nihilizmu, które uzależniają człowieka od bożków i bałwochwalstwa; zniewalają go”. Każda społeczność roztaczana przez dobrobyt i amoralność ma wiele sanktuariów, jak to w Betel. „Kapłani” tych sanktuariów podnoszą ręce na proroków Boga i mówią: idź sobie stąd i głoś Ewangelię gdzie indziej. Sanktuaria Baala i jego proroków możemy znaleźć w wyrosłej z korzeni chrześcijańskich Europie. W Traktacie Konstytucyjnym Unii Europejskiej nie znalazło się odniesienie do Boga oraz korzeni chrześcijańskich Europy. Wymazanie z pamięci chrześcijańskich korzeni ma ułatwić propagowanie wiary w bożków, w tym trzech najważniejszych: pieniądz, przemoc, seks. „Kapłani” współczesnych bożków, wypowiedzieli walkę prorokom prawdziwego Boga.

Tu chciałbym zwrócić uwagę na książkę niemieckiego dziennikarza Stefana Meetschen pt. „Europa bez Chrystusa”. Na łamach Rycerza Niepokalanej napisał: „Niekiedy pytam samego siebie, o czym i w jaki sposób pisałby św. Maksymilian, gdyby żył w naszych czasach? Znalazłem bardzo osobistą odpowiedź: pisałby o Europie i postępującej dyskryminacji chrześcijan na naszym kontynencie, a także o rosnącej wrogości wobec symboli chrześcijańskich w życiu publicznym. Jako że niewiele można zauważyć, aby się o tym pisało, postanowiłem coś z tym zrobić. Napisałem książkę pt. „Europa bez Chrystusa”, która jednocześnie została opublikowana w Polsce i w Niemczech. Ukazuję w niej, jak szybko w dzisiejszych czasach można stać się osobą niechcianą w życiu publicznym, jeśli odważnie prezentuje się własne przekonania chrześcijańskie, i to niezależnie, czy jest się znanym politykiem, jak Rocco Buttiglione, czy też papieżem Benedyktem XVI. W rzeczywistości chrześcijanie znaleźli się na linii ataku we współczesnej, nowoczesnej Europie. Są cztery główne podłoża, na których toczy się walka z chrześcijaństwem: wartości rodzinne, kwestie bio-polityczne (aborcja, eutanazja, in-vitro), kwestie kulturalne i medialne, oraz wszystko, co związane jest z ukazywaniem chrześcijańskich symboli”. Autor przytacza w książce dziesiątki przykładów dyskryminowania chrześcijan w „tolerancyjnej i oświeconej” Europie. Oto jeden z nich.  Arcybiskup Fuldy Johannes Dyba, który ubolewał, że życie każdego żółwia i jeża jest lepiej chronione od życia nienarodzonego człowieka stał się ofiarą medialnej nagonki oraz przemocy ze strony „nieznanych sprawców”.

Wspominam o tym nie po to, aby wprowadzać jakiś niepokój czy lęk. Ale po to byśmy byli świadomi tych zagrożeń i umieli się im przeciwstawiać. Od samych początków wyznawcy Chrystusa cierpieli ucisk i prześladowanie. I nieraz wydawało się, że wrogowie Chrystusa zwyciężają. Tak myśleli niektórzy za czasów Nerona, który wszczął jedno z najokrutniejszych prześladowań chrześcijan. A koniec tego prześladowania podsumowuje Henryk Sienkiewicz w książce „Quo vadis” tymi słowami: „I tak minął Nero, jak mija wicher, burza, pożar, wojna lub mór, a bazylika Piotra panuje dotąd z wyżyn watykańskich miastu i światu”. W bliższych nam czasach, przywódca Związku Radzieckiego Chruszczow obiecywał, że pokaże w telewizji ostatniego popa. Nic z tego nie wyszło, co więcej odbudowano, nieopodal Kremla zniszczoną przez bolszewików Cerkiew Chrystusa Zbawiciela. Ta największa cerkiew w Rosji zachwyca dziś wielkością i bogactwem wystroju.

Chrystus obiecuje tym, którzy pójdą za Nim wewnętrzny pokój i radość nawet w najtrudniejszych momentach. Przykładem tego są męczennicy. Gdy napełnimy się Chrystusem, bezgranicznie mu zawierzymy, wtedy On obdarzy nas pokojem i najgłębszą radością, której nie potrafią zburzyć zewnętrzne, szatańskie ataki. Napełnieni mocą Chrystusa skutecznie będziemy wypełniać misję głoszenia Ewangelii. W tym posłannictwie znamienne są słowa Jezusa: „Gdy do jakiego domu wejdziecie, zostańcie tam, aż stamtąd wyjdziecie. Jeśli w jakim miejscu was nie przyjmą i nie będą was słuchać, wychodząc stamtąd strząśnijcie proch z nóg waszych na świadectwo dla nich”. My spełnimy swój obowiązek głoszenia słowa bożego, a ci którzy nie chcą słuchać proroka, jak mówi Chrystus zdadzą z tego sprawę przed Bogiem (z książki Bóg na drogach naszej codzienności).

 

 

„IDŹCIE OFIARA SPEŁNIONA”

Mały chłopiec często uczestniczył z rodzicami we Mszy św. dla dorosłych. Zdecydowanie była ona dla niego za długa i za mało zrozumiała. Po prostu nudził się.  Pewnego razu zapytano go, którą część Mszy św. najbardziej lubi. Bez zastanowienia odpowiedział: „Jak ksiądz mówi: Idźcie ofiara spełniona”. Być może i dorosłym podoba się ta część Mszy św. Niezależnie jednak od upodobań, rzeczywiście jest to bardzo ważny moment liturgii eucharystycznej. .Jest on tak ważny, że nazwa całej Mszy św. wywodzi się od słów rozesłania, które w języku łacińskim brzmią: „Ite, missa est”, co znaczy skończone, rozsyłam was. Podobnie znaczenie w języku angielskim ma słowo „Mass” i niemieckim „die Messe”. Na obrzęd rozesłania można spojrzeć przez pryzmat zacytowanej na wstępie Ewangelii. Chrystus przywołał do siebie Apostołów, obdarzył ich niezliczonymi łaskami, w tym łaską wiary i następnie posłał ich w świat, aby głosili Ewangelię, wzywali do nawrócenie, a także pomagali ludziom w ich ziemskich biedach. Chrystus przywołuje nas do siebie na różne sposoby. Do jednego z takich spotkań obliguje nas nawet przykazanie kościelne: „W niedzielę i inne nakazane dni świąteczne wierni są zobowiązani uczestniczyć we Mszy św. i powstrzymać się od prac służebnych”. Oczywiście do pełnego uczestnictwa należy także przyjęcie Komunii św., do której przygotowuje nas sakrament pojednania. Msza św. jest ważnym spotkaniem z Chrystusem z wielu powodów. Najważniejszym z nich jest realna obecność Chrystusa pod postaciami chleba i wina. Przyjmując Chrystusa pod tymi postaciami mamy niepowtarzalną okazję zbliżenia się do Boga i otrzymania, jak apostołowie niezliczonych darów, które winniśmy nieść innym. A zatem słowa rozesłania ukazują głęboki sens naszego uczestnictwa we Mszy św. Można to przyrównać do człowieka, który wstępuje do piekarni po chleb, aby później podzielić się nim z najbliższymi.

Bóg przywołuje każdego z nas do siebie, abyśmy nasyceni jego miłością, mądrością i mocą stawali się apostołami i prorokami Jego Słowa i swoim życiem świadczyli o Nim. Papież Paweł VI powiedział, że w tej misji mamy być bardziej świadkami niż nauczycielami. Apostołowie głosili Ewangelię, a ich słowa były przekonywujące nie tylko, dlatego, że na ich poparcie czynili w mocy Chrystusa cuda, ale przede wszystkim dlatego, że świadczyli o nich swoim życiem i męczeńską śmiercią. Misja prorocka jest trudna, gdyż człowiek, który odchodzi od Boga nie chce nieraz słuchać słów upomnienia. W pierwszym czytaniu słyszymy: „Amazjasz, kapłan w Betel, rzekł do Amosa: Widzący, idź, uciekaj sobie do ziemi Judy! i tam jedz chleb, i tam prorokuj”. Amos działał w pierwszej połowie VIII wieku przed Chr., w okresie pomyślności i dobrobytu w państwie izraelskim. Zamożniejsze rodziny zaczęły prowadzić beztroskie, wystawne życie, obniżyły się standardy moralne i religijne, szerzyła się niesprawiedliwość społeczna. Patriarchowie nadali temu miejscu nazwę „Betel”, co znaczy „Dom Boga”. Z czasem miasto to stało się centrum kultu bałwochwalczego, stąd też prorocy nazwali go „Bet – Awen”, co znaczy „Dom nicości”. Przeciw nieprawościom mieszkańców tego miasta wystąpił prorok Amos. Jednak oni nie chcieli słuchać upomnień proroka i radzili mu, aby poszedł sobie gdzie indziej i tam prorokował, a im dał spokój. Prorok Amos używając nieraz dosadnych obrazów nieustraszenie, demaskował nieprawość, bezbożność, niemoralność swoich rodaków. Z narażeniem życia mówił do nich: „Słuchajcie słowa tego, krowy Baszanu, które mieszkacie na górach Samarii: uciskacie biednych, gnębicie ubogich…”.

Uczniowie Chrystusa w dzisiejszych czasach napotykają podobne trudności. Zapewne mogliby posłużyć się słowami proroka Amosa: Słuchajcie krowy Williamsburga, Greenpointu i innych dzielnic Nowego Jorku… I te słowa wcale nie trafiałyby w próżnię, nie brakuje bowiem ludzi, którzy zachowują się jak bydlęta przy żłobie, odpychając jeden drugiego od karmy. Uciskają biednych i gnębią ubogich. Zachowują się tak jakby żłób pełen karmy był najważniejszy w życiu. I tym sposobem czynią miejsce swego zamieszkania „domem nicości”, bo nawet najobfitszy żłób nie zapewni wieczności.  Nie czekając nawet na wieczności miejsce naszego życia może stać się „domem nicości”, bo gdzie nie ma miłości i nadziei sięgającej poza horyzont śmierci nie ma pełni życia.  Głosząc Ewangelię takim ludziom możemy usłyszeć słowa, które zostały skierowane do proroka Amosa: „Widzący, idź, uciekaj sobie…”. I tak dla przykładu popatrzmy na programy telewizji amerykańskiej w czasie świąt Bożego Narodzenia czy Wielkanocy. Odnosi się wrażenie, że z tych programów zostali wyproszeni prorocy, apostołowie Chrystusa, którzy mogliby wyjaśnić przesłanie tych świąt. Na pewno tego nie zrobi wszechobecny w telewizji w czasie Bożego Narodzenia infantylny, przygruby z idiotycznym nakryciem na głowie pajac, czy zajączek na ekranach telewizyjnych w czasie wielkanocnych dni. Trudno się oprzeć wrażeniu, że skutecznie wyproszono z telewizji proroków Chrystusa mówiąc do nich: „Widzący, idź, uciekaj sobie…”. I tym sposobem niektóre stacje telewizyjne stają się „domem nicości”, gdzie czci się bożków konsumpcji, seksu, przyjemności, pięknego ciała, jakże często z karłowatą i kaleką duszą. Takie postępowanie można skomentować rosyjską opowieścią. Otóż dzik zachłannie szukał pysznych żołędzi.  Zapamiętale rył wokół dębów i pod dębami, uszkadzając ich korzenie. Na co jeden z dębów powiedział: „Popatrzcie, co za głupie zwierze, niszczy moje korzenie, przez co pozbawia się na przyszłość pysznego pokarmu”. Człowiek pochodzi od Boga jest mocno w Nim zakorzeniony, kto podcina te korzenie przez szerzenie niemoralności i ateizmu skazuje się na nicość.

W czasie ostatniego wyjazdu do Meksyku odwiedziliśmy miejscowość San Juan Chumula w dżungli stanu Chiapas. Wstąpiliśmy do katolickiego kościoła, gdzie są praktykowanie indiańskie zwyczaje i rytuały. W kościele dzień i noc płonie niezliczona ilość świec. Posadzka świątyni wyścielona jest sianem. Naokoło wewnątrz kościoła, przy ścianach znajdują się figury i obrazy licznych świętych katolickich. Kapłan dociera do tego kościoła raz w miesiącu. Pod jego nieobecność szamani odprawiają swoje indiańskie rytuały. Byliśmy świadkami jak szamanka odprawiała swoje zaklęcia nad małym wrzeszczącym dzieckiem.  Wszyscy siedzieli na podłodze a ona skrapiała wodą zapalone świece i święty obraz, maltretując przy tym kurę, która była ważnym elementem tego rytuału. Na koniec krwią zabitej kury skropiła ołtarz. Mają także swój obrzęd oczyszczenia. Spożywają zepsute jajka i popijają coca colą. Co powoduje wymioty. Po tym obrzędzie czują się oczyszczeni ze zła. Patrząc na to wszystko uświadamiamy sobie jak bardzo są tam potrzebni głosiciele Ewangelii.

A na koniec wysłuchamy, co pisze święty Hilary o posłannictwie Chrystusa: „Stajemy się głosicielami Ewangelii przez kontakt z Chrystusem, napełnienie się Nim. I w jego mocy możemy być skutecznymi apostołami Jego słowa. Kto odrzuca słowa Pana i nie chce ich słuchać, ten opiera się łasce i zamyka sobie drogę do zbawienia. Co do mnie, Ojcze, Boże wszechmogący, pierwszym obowiązkiem, jakiego jestem świadom, jest ten, aby każde moje słowo, każda myśl głosiła tylko Ciebie. Dar słowa otrzymuję od Ciebie. Nic innego nie może mi przynieść innej lub większej radości jak służba Tobie i głoszenie światu, który Cię nie zna, heretykowi, który Ci zaprzecza, że jesteś Ojcem, Ojcem, mówię, jedynego Syna Bożego. Oto moja duma” (z książki W poszukiwaniu mądrości życia).

 

 

ŚWIĘTY MAREK 

Orędzie zbawienia skierowane jest do całego świata. Chrystus posyłał swoich uczniów, aby głosili Dobrą Nowinę i udzielali chrztu. Wierni temu nakazowi, uczniowie wyruszyli w świat. W swoich sercach i pamięci nosili obraz ukochanego Mistrza oraz Jego słowa, które na początku przekazywali słuchaczom z pamięci. Posługiwali się także odręcznymi notatkami. Aż w końcu pojawiła się konieczność uporządkowania krążących opowieści i zapisków. Tego trudu podjęli się natchnieni pisarze biblijni, wśród których szczególne miejsce zajmują czterej ewangeliści. Jednym z nich jest św. Marek.

Święty Marek, który w Pismach Nowego Testamentu występuje także pod imieniem Jan był z urodzenia Palestyńczykiem. Nie znamy imienia jego ojca. Matka jego Maria pochodziła z diaspory żydowskiej na Cyprze, w okresie znanym nam z kart Nowego Testamentu była już wdową. Prawdopodobnie była właścicielką Wieczernika, gdzie Pan Jezus spożył z Apostołami ostatnią wieczerzę. W tym miejscu Apostołowie z Maryją schronili się po śmierci Jezusa i zamknięci z obawy przed Żydami oczekiwali na zesłanie Ducha Świętego. Niewykluczone też, że matka św. Marka była właścicielką ogrodu Getsemani na Górze Oliwnej. Bowiem tylko w Ewangelii Marka zapisany jest znamienny szczegół z pojmania Jezusa w Ogrodzie Oliwnym. Otóż był tam obecny młodzieniec, który prawdopodobnie był stróżem tej posesji. Gdy usłyszał krzyki w ogrodzie wybiegł z domu owinięty tylko w prześcieradło. A gdy zobaczył, co się dzieje zaczął krzyczeć. A wtedy ktoś ze służby świątynnej chciał go pochwycić, ten jednak wyrwał się zostawiając w rękach oprawców prześcieradło, w które był owinięty.

Święty Marek prawdopodobnie po zesłaniu Ducha Świętego przyjął chrzest z rąk św. Piotra, który nazywał go swoim synem. Marek ewangelista był krewnym św. Barnaby i towarzyszył jemu oraz św. Pawłowi w podróży misyjnej do Antiochii, a potem w pierwszej podróży na Cypr. A kiedy św. Paweł chciał zabrać go ze sobą w podróż apostolską w głąb Małej Azji, Marek nie czując się na siłach do podjęcia tej trudnej podróży zrezygnował z niej, co nie znalazło zrozumienie ze strony św. Pawła. W konsekwencji Marek korzystając z poparcia św. Barnaby, w mieście Perge zawrócił z drogi. To zapewne było powodem późniejszej odmowy św. Pawła zabrania Marka w drugą podróż apostolską, o co zabiegał św. Barnaba. Po tej odmowie Marek i Barnaba opuścili Apostoła Narodów i sami udali się na Cypr, rodzinną wyspę Barnaby. Mimo tego zajścia św. Marek pozostawał nadal w bliskich kontaktach z Pawłem. Razem z nim w roku 61 głosił Ewangelię w Rzymie. A kilka lat później, z rzymskiego wiezienia św. Paweł pisał, aby przysłano do niego św. Marka, bo „jest mi potrzebny do posługiwania”.

Według tradycji sięgającej drugiego wieku, a przekazanej przez Papiasza, biskupa Hierapolis we Frygii, pod koniec życia Piotra Marek został jego sekretarzem i tłumaczem. Zaś pierwszy historyk Kościoła, Euzebiusz z Cezarei Palestyńskiej powołując się na świadectwo wspomnianego biskupa zapisał: „Takim blaskiem płonęło światło religii w sercach słuchaczy Piotrowych, że było im za mało, iż raz tylko słyszeli ustne opowiadanie nauki Bożej. Usilnie, przeto prosili Marka, autora Ewangelii i towarzysza Piotrowego, by im na piśmie pozostawił pamiątkę ustnie podanej im nauki; prosić zaś nie przestawali, póki ich życzenia nie spełnił”. Według tej samej tradycji Marek miał przetłumaczyć na potoczną grekę kazania Piotra głoszone po aramejsku. Tekst Ewangelii Marka został spisany żywym i prostym językiem greckim. Jest on przeznaczony dla czytelnika niebędącego Żydem, ponieważ zawiera wyjaśnienia żydowskich zwyczajów, daje wskazówki geograficznie i  przypomina, że wszystko działo się zgodnie z proroctwami Starego Testamentu.

Według tradycji, także z drugiego wieku, opartej na świadectwie Klemensa Aleksandryjskiego, Marek po śmierci św. Piotra udał się do Aleksandrii, gdzie głosił Ewangelię i założył tutaj pierwszą gminę chrześcijańską. Znakiem tej obecności jest używana do tej pory w kościele koptyjskim tak zwana aleksandryjska liturgia świętego Marka. O losach Marka i założonego rzez niego kościoła dowiadujemy się z nieudokumentowanych podań i legend. Philon dziejopisarz tamtych czasów tak pisał o wspólnocie chrześcijan w Aleksandrii: „Kwitnący stan tego Kościoła podobny był do pola kwitnących kwiatów. Co dawniej było pustynią, a teraz stało się rajem. Nie tylko mężczyźni wiedli życie pobożne, ale i słabe niewiasty i delikatne dziewice, sędziwi starcy małe chłopcy były utwierdzone cnotami nad wiek swój dziecięcy i okazywali siłę niezwykłą”.

W tym mieście, za panowania cesarza Nerona lub za cesarza Trajana Marek miał ponieść śmierć męczeńską. Według legendy kapłani pogańscy byli bezradni wobec wielkiej wymowy i cudów, jakie czynili św. Marek, dlatego postanowili go zabić. Wynajęli zabójców, którzy dopadli Marka w dzień Wielkanocny przy sprawowaniu Najświętszej Ofiary i na oczach zgromadzenia związali go powrozem i wlekli ulicami miasta. Na bruku zostawały plamy krwi i rozszarpane kawałki ciała. Św. Marek pośród tych cierpień modlił się tymi słowami: „Dziękuję Ci Jezu Chryste, żeś mnie uznał godnym cierpieć za Twoją chwałę”. Poobijanego Marka wrzucono do brudnego więzienia. W nocy objawił mu się Jezus, którego Marek błagał: „Zabierz Panie duszę moją w spokoju, a nie pozbawiaj mnie łaski Twojej”. A Jezus mu odpowiedział: „Pokój tobie Marku, Ewangelisto mój”. Następnego dnia rano oprawcy wywlekli Marka z więzienia i skrępowanego ciągnęli ulicami, bijąc go i naigrywając się z niego. W czasie tych tortur Męczennik oddal ducha Bogu.

Oprawcy próbowali spalić ciało Świętego, ale stało się to niemożliwe z powodu burzy, która rozpętała się niespodziewanie. Ciało Świętego zabrali chrześcijanie i pochowali je w godnym miejscu. Grób świętego Marka nawiedzali wierni i doznawali tam licznych łask. W roku 815 przewieziono relikwie Świętego do Wenecji. Rzeczpospolita wenecka obrała go sobie za patrona i w herbie zamieściła podobiznę Świętego z lwem i księgą Ewangelii z napisem: „Bóg z tobą Marku, Ewangelisto Mój”. Ku czci św. Marka wzniesiono tu wspaniałą świątynię, która do dziś budzi zachwyt milionów turystów przybywających do tego miasta.

Święty Marek jest patronem pisarzy, notariuszy, murarzy, koszykarzy i szklarzy oraz miast: Bergamo, Wenecji, a także Albanii. W Polsce przyzywano wstawiennictwa św. Marka podczas wiosennych zasiewów oraz w sprawach pogody (z książki Wypłynęli na głębię).

 

 

NAJWAŻNIEJSZE POWOŁANIE 

W Ewangelii na dzisiejszą niedzielę słyszymy słowa: „Jezus przywołał do siebie Dwunastu i zaczął rozsyłać ich po dwóch. Dał im też władzę nad duchami nieczystymi. Oni więc wyszli i wzywali do nawrócenia”. Biblia mówi, że początkiem chrześcijańskiego życia jest nawrócenie, czyli odwrócenie się od szatana oraz zła i zwrócenie się ku Boga, w którym jest nasze zbawienie. W Dziejach Apostolskich czytamy: „Wybawię cię od ludu tego i od pogan, do których cię posyłam, aby otworzyć ich oczy, odwrócić od ciemności do światłości i od władzy szatana do Boga, aby dostąpili odpuszczenia grzechów i przez wiarę we mnie współudziału z uświęconymi”. Zaś św. Paweł w Liście do Efezjan pisze: „W Nim mamy odkupienie przez Jego krew, odpuszczenie występków według bogactwa Jego łaski”. Tak jak dwa tysiące lat temu Chrystus posyła dzisiaj swoich uczniów do głoszenia Dobrej Nowiny o zbawieniu. Bardzo często czyni to przy współudziale rodziców. Św. Jan Paweł II w książce „Dar i Tajemnica” pisze: „Moje przygotowanie seminaryjne do kapłaństwa zostało poniekąd zaantycypowane, uprzedzone. W jakimś sensie przyczynili się do tego moi Rodzice w domu rodzinnym, a zwłaszcza mój Ojciec, który wcześnie owdowiał. Matkę straciłem jeszcze przed Pierwszą Komunią św. w wieku 9 lat i dlatego mniej ją pamiętam i mniej jestem świadom jej wkładu w moje wychowanie religijne, a był on z pewnością bardzo duży. Po jej śmierci, a następnie po śmierci mojego starszego Brata, zostaliśmy we dwójkę z Ojcem. Mogłem na co dzień obserwować jego życie, które było życiem surowym. Z zawodu był wojskowym, a kiedy owdowiał, stało się ono jeszcze bardziej życiem ciągłej modlitwy. Nieraz zdarzało mi się budzić w nocy i wtedy zastawałem mojego Ojca na kolanach, tak jak na kolanach widywałem go zawsze w kościele parafialnym. Nigdy nie mówiliśmy z sobą o powołaniu kapłańskim, ale ten przykład mojego Ojca był jakimś pierwszym domowym seminarium”.

Prawie każdy kapłan przed wyruszeniem na żniwo Pańskie przeżywa piękny dzień Prymicji. Odprawia po raz pierwszy Mszę św. w rodzinnym kościele. Wszystko jest podniosłe i piękne nawet te niewinne wierszyki, które recytują małe dzieci: „W nawie przyciszonej jak kościół długi / Snują się jeszcze kadzidła smugi / A ołtarz Twojej pierwszej ofiary / Świadczy o nowym krzewie wiary / Tu zaś dokoła Twoi oddani / Słowa Ci z serca składają w darze / Piękny dzień płynie przez Twoje życie / Jesteśmy z Tobą w wdzięcznym zachwycie / Lecz gdy się zmierzch wieczoru wyłoni / I uroczystość noc tę przysłoni / Odejdą wszyscy – jeden zostanie- / On – coś Mu złożył ofiarowanie / Co ranka teraz przez całe życie / Łączyć się będziesz z Nim w Twoim bycie / Aż do ostatniej Mszy świętej składanej w ofierze / Ręka Cię Jego do nieba zabierze”. Z moich prymicji pamiętam te wierszyki, wzruszenie i łzy rodziców oraz zapach lipcowego miodu, gdyż mój ołtarz prymicyjny stał w cieniu kwitnącej lipy, w  gałęziach której uwijały się pracowite pszczoły. Pamiętam także moment przed moim wyjazdem do pierwszej parafii w Wojsławicach. Na pożegnanie przyszła Anastazja, ponad dziewięćdziesięcioletnia siostra mojej babci. Siadła na ławie przy piecu i ze łzami w oczach mówiła: „Jaka jestem szczęśliwa, teraz mogę już umierać, bo byłam na twojej prymicji. Tak bardzo prosiłam Boga, aby tego doczekać. Twoja babcia nie doczekała, ale gdy umrę to jej wszystko opowiem. W niedługim czasie przyjechałem na jej pogrzeb. Dowiedziałem się w tedy, jak pięknie odchodziła do domu Ojca. Zwołała całą rodzinę, mówiąc, że umiera. Siedząc w fotelu, z uśmiechem na twarzy odeszła do Pana. Zapewne w tym uśmiechu kryła się także wiadomość, którą pragnęła przekazać swojej siostrze, że jej wnuk został naznaczony wiecznym kapłaństwem Chrystusa.

Ucichły wiersze prymicyjne, orkiestra dęta schowała swoje trąby, zamilkł chór parafialny, zwiędły kwiaty na prymicyjnym ołtarzu, a ja wyruszyłem do nowej parafii. Piękno posługi nieraz musiało się zmagać z trudnościami dnia codziennego, jakich doświadczał prorok Amos, o którym słyszymy w pierwszym czytaniu: „Amazjasz, kapłan w Betel, rzekł do Amosa: „«Widzący», idź, uciekaj sobie do ziemi Judy. I tam jedz chleb, i tam prorokuj. A w Betel więcej nie prorokuj, bo jest ono królewską świątynią i królewską budowlą”. Amos upominał krzywdzicieli, należących do dworu królewskiego czy pochodzących z arystokracji i spośród kapłanów. Prorok mówił do nich w imieniu Boga: „Nienawidzę, brzydzę się waszymi świętami. Nie będę miał upodobania w waszych uroczystych nabożeństwach. Bo kiedy składacie Mi całopalenia i wasze ofiary, nie znoszę tego, a na ofiary biesiadne z tucznych wołów nie chcę patrzeć. Idź precz ode Mnie ze zgiełkiem pieśni twoich i dźwięku twoich harf nie chcę słyszeć. Niech twoja sprawiedliwość wystąpi jak woda z brzegów i prawość jak potok nie wysychający wyleje!” Nie usłuchano proroka Amosa. Prorok odszedł z tego miasta, a nieprawi dalej stawali przy ołtarzu ze swymi plugawymi ofiarami, do czasu, aż wypełniła się kara zapowiedziana przez proroka. Syn Jeroboama został zamordowany po sześciu miesiącach panowania. Po niecałych dwudziestu latach z Izraela zostało tylko kadłubowe państewko wokół Samarii, które po paru latach zamieniło się w gruzy. Mieszkańcy tego państewka zostali w 722 r. p. Chr. Przesiedleni przez Asyryjczyków i pamięć o nich zaginęła. Ta historia jest obrazem rzeczywistości duchowej. Jeśli nie usłuchamy słów wzywających do nawrócenia, wtedy może dosięgnąć nas kara sięgająca wieczności. 

Św. Jan Paweł II, jako papież wraca myślą do rodzinnego, aby pokreślić jak ważne jest powołanie do życia rodzinnego w rozpoznawaniu życiowego powołania, w tym powołania do kapłaństwa. W Adhortacji Familiaris Consortio pisze: „Rodzina winna tak przygotować dzieci do życia, aby każde wypełniło całkowicie swe zadanie, zgodnie z otrzymanym od Boga powołaniem. Istotnie, rodzina, która jest otwarta na wartości transcendentne, która służy braciom w radości, która wykonuje swoje zadania z wielkoduszną wiernością i która jest świadoma swego codziennego uczestnictwa w tajemnicy chwalebnego Krzyża Chrystusowego, staje się pierwszym i najlepszym seminarium powołania do życia poświęconego Królestwu Bożemu”. W tej różnorodności powołań jest jedno najważniejsze, bez którego każde powołanie jest puste i bezsensu. Ewangelia mówi, że na sądzie Bóg zapyta nas o miłosierdzie i dobro wyświadczone bliźniemu. To pytanie mówi o najważniejszym powołaniu. W ubiegłym roku Eryka Volker zamieściła w prasie artykuł o pomocy bezdomnym. Dzięki poświęceniu i wsparciu materialnym uratował życie wielu bezdomnym. We wspomnianym artykule pisze: „Obecnie już dziesiąty bezdomny, po 20 latach nieobecności wraca do swej rodziny w Polsce.  Odleciał do Polski 24 listopada w Dzień Dziękczynienia. Proszę Boga, aby ten dzień był początek szczęśliwego życia zarówno dla niego i jego najbliższych. Nikt z nas nie wie do końca jak potoczą się losy Stefana w Polsce. Lecz głęboka wiara, że Bóg czuwa nad naszymi dobrymi poczynaniami budzi w nas nadzieję, że Stefan znajdzie swoje miejsce w licznej rodzinie w Polsce. Jesteśmy w kontakcie z jego rodziną, a szczególnie z jego mamą, która z utęsknieniem i niecierpliwością czeka na powrót syna. Niepokoi się jednak, czy aby syn nie zmieni zdania i nie pozostanie w Ameryce. „Bo już tyle razy obiecywał, że na pewno wróci do domu. Mam już 84 lat i tak bardzo chciałbym zobaczyć przed śmiercią swoje dziecko. Ja już nawet i pani nie wierzę. Kim wy jesteście?”. Na pytanie matki mogę odpowiedzieć: Są to ludzie, którzy odczytali najważniejsze życiowe powołanie i poszli za jego głosem (Kurier Plus, 2018).

 

 

ABY NASZE GROBY NIE STAŁY SIĘ GROBAMI

Wiele razy opuszczamy miejsca, które nazywamy domem i wyruszamy w mniej lub bardziej egzotyczne podróże. Już za kilka tygodni z grupą zapalonych podróżników z Nowojorskiego Klubu Podróżnika będę przemierzał niesamowite szlaki Peru, Chile i Boliwii. A potem odwiedzimy bajecznie piękną Skandynawię. Do tego drugiego wyjazdu możemy jeszcze dołączyć. Niektóre miejsca są tak piękne, że słyszy się głosy: „Tu jest raj na ziemi”. I gdy już mamy wiele dni podróżowania za sobą, rajskich zakątków na ziemi i wyjazd dobiega końca, niektórzy mówią: „Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej”. Jakże swojsko brzmi wtedy refren piosenki śpiewanej przez Andrzeja Cierniewskiego: „Tu jest Twoje miejsce / Tu masz swój ciasny, ale własny kąt / Tu jest Twoje miejsce / Tu jest Twój dom”. Miejsce zwane domem dla wielu z nas jawi się jak zaczarowana kraina Arkadii. Tam chce się wracać, tam chce się żyć. Jednak to miejsce może stać domem tylko z nazwy. Gdzie nie chce się żyć i nie chce się wracać. Khalil Gibran, libański pisarz, poeta, filozof, malarz, jeden z najważniejszych twórców współczesnej prozy poetyckiej w literaturze arabskiej powiedział: „Wszystkie domy stałyby się grobami, gdyby nie były otwarte dla gości”. Khalil urodził się w Libanie a zmarł w Nowym Jorku 11 kwietnia 1931 r. Jego prochy zostały przeniesione w rodzinne strony, do Biszarri i złożone w klasztorze Mar Sarkis, gdzie obecnie znajduje się muzeum pisarza. Możemy powiedzieć, że symbolicznie wrócił do miejsca skąd wyszedł. W tym geście powrotu spełniały się słowa innego pisarza, Antoine de Saint-Exupéry: „Najważniejsze jest, by gdzieś istniało to, czym się żyło: i zwyczaje, i święta rodzinne. I dom pełen wspomnień. Najważniejsze jest, by żyć dla powrotu”. Wracając do pierwszej myśli libańskiego pisarza możemy dodać, że miłość najbardziej otwiera nasze domy dla drugiego człowieka i chroni go przed chłodem grobu. Może doświadczyliśmy tego chłodu, gdy w naszym domu zabrakło miłości. Jakże przeraźliwy jest to chłód. 

Dom, o którym pisze Khalil Gebran to coś więcej, niż zamknięte drzwi mieszkania, do których klucz jest w naszej kieszeni. W swojej książce „Prorok”, dzieła przetłumaczonego na 50 języków świata pisze: „A zza krat i najpiękniejsza pieśń zabrzmi fałszywie. / Tak i ten, dla którego dziękczynienie i modlitwa są jako zamykane i otwierane okno, zaprawdę / nie odwiedził jeszcze mieszkania duszy swojej. / W jej domu okna otwarte są na oścież, od świtu do świtu. / Żywot codzienny jest świątynią i religią waszą. / Wstępując do takiej świątyni, całymi sobą wstępujecie. / Przynieście tam i pług, i kowadło, i młot, i lutnię. / Wszystko, co stworzyliście dla potrzeby życia, / a też dla jego radości. / Albowiem i w snach nie sięgniecie wyżej ponad to, coście dokonali, ani nie upadniecie niżej niż porażki wasze. / Weźcie i ze sobą ludzi wszystkich. / Albowiem w modlitwie dziękczynienia nie sięgniecie wyżej niż wszystkie nadzieje ani nie upadniecie głębiej niźli ich rozpacz. / Jeśli pragniecie poznać Boga, to nie bawcie się w rozwiązywanie zagadek. / Popatrzcie lepiej wokół, a zobaczycie Go, jak bawi się z waszymi dziećmi. Spójrzcie też w przestworza, a ujrzycie Go, jak stąpa po chmurach. / Jako błyskawice rozpościera ramiona swoje i razem z deszczem na ziemię opada. / Jego uśmiech spotkacie w kwiatach, / a pozdrowienie rąk Jego pośród drzew”.

Aby nasze domy nie stały się grobami muszą być otwarte miłością w geście wyciągniętych rąk. Paulo Coelho ujmuje to w słowach: „Jakim sposobem światło dociera do wnętrza domu? Poprzez okna otwarte na oścież. A jak dociera do ludzkiej duszy? Przez wrota miłości, o ile są otwarte”. Okna naszych domów, okna naszych dusz mają być otwarte dla gości, bo w nich odwiedza nas Ktoś najważniejszy. Chrystus powiedział do swoich uczniów: „Kto was przyjmuje, Mnie przyjmuje”. A w dzisiejszej Ewangelii słyszymy Jego słowa: „Gdy do jakiegoś domu wejdziecie, zostańcie tam, aż stamtąd wyjdziecie”. Jeśli przyjmiemy wysłanników Chrystusa i Jego dobra Nowinę, wtedy pokój zagości w naszym domu: „Wchodząc do domu, przywitajcie go pozdrowieniem. Jeśli dom na to zasługuje, niech zstąpi na niego pokój wasz; jeśli zaś nie zasługuje, niech pokój wasz powróci do was!”. Wysłannicy Chrystusa poszerzają nasz ziemski dom o wieczność. Św. Paweł w Liście do Koryntian pisze: „Wiemy bowiem, że jeśli nawet zniszczeje przybytek doczesnego zamieszkania, będziemy mieli mieszkanie od Boga, dom nie ręką uczyniony, lecz wiecznie trwały w niebie”. Aby się to jednak stało musimy szeroko otworzyć drzwi naszych domów, naszych serc.

Olga Tokarczuk, polska pisarka, eseistka, autorka scenariuszy, poetka, psycholog napisała: „Każdy z nas ma dwa domy – jeden konkretny, umiejscowiony w czasie i w przestrzeni: drugi – nieskończony, bez adresu, bez szans na uwiecznienie w architektonicznych planach”. Pukający do naszych drzwi wysłannicy Chrystusa przychodzą do nas z Dobra Nowiną, że mają adres niedokończonego domu oraz jego „projekt” uwiecznienia. Możemy wysłanników bożych przyjąć lub zatrzasnąć przed nimi drzwi naszych domów i serce. Tak jak to uczynili mieszkańcy Betel wraz ze swoim kapłanem z Amosem, wysłannikiem Boga: „Amazjasz, kapłan w Betel, rzekł do Amosa: «„Widzący”, idź sobie, uciekaj do ziemi Judy! I tam jedz chleb, i tam prorokuj! A w Betel więcej nie prorokuj, bo jest ono królewską świątynią i królewską budowlą»”. Jakże często i dzisiaj podobne sytuacje mają miejsce: „Nie zawracaj nam głowy sprawami Bożymi, my mamy swoje ważniejsze sprawy”. I przez tak zatrzaśnięte drzwi i okna nie dostanie się światło najpiękniejszej Miłości, nie mówiąc już wiecznej światłości. I tak nasze domy staja się grobami, których przeraźliwa pustka woła szczególną mocą, gdy trzeba się zmierzyć z wiecznością. Otwarcie drzwi swoich domów i serc na światło Chrystusa, to połowa naszej życiowej misji. Napełnieni tym światłem mamy go nieść innym. Chrystus wzywa nas, tak jak pierwszych uczniów: „Następnie przywołał do siebie Dwunastu i zaczął ich rozsyłać po dwóch”. Uczeń Chrystusa powinien wpisywać swoje życie między biegun przybywania do Chrystusa a biegun posłania przez Chrystusa. Chrystus zaprasza i rozsyła.

Koło Starego Krzewa na drodze S8 Białystok – Warszawa w lutym 2018 miał miejsce wypadek samochodowy. Na odcinku tzw. dwupasmówki zatrzymały się jeden za drugim dwa samochody, z których na jezdnię wyskoczyli zdenerwowani kierowcy. Ubliżając sobie kontynuowali kłótnię, która rozpoczęła się w czasie jazdy. Mieli pretensje do siebie, o niewłaściwe poruszanie się na drodze. Wymyślanie sobie przez okna samochodu, to było za mało dla nich. Spór chcieli dokończyć na jezdni. Nie doszło do rękoczynów, bo ktoś wcześniej zakończył spór. Otóż w kłócących się kierowców i ich samochody uderzyła ciężarówka prowadzona przez 40-letniego obywatela Białorusi. Obydwaj zginęli na miejscu. Białorusin tłumaczył się, że w żaden sposób nie przewidywał, iż na pasie ruchu, bez żadnych oznaczeń i ostrzeżeń mogły się zatrzymać jakieś pojazdy, a ich kierowcy wyjdą na jezdnię.

Podobne sytuacje mogą się zdarzyć w naszym życiu. Nasze domy są zamknięte na światło Miłości, a otwarte na ciemność zła. I przychodzi moment uderzenia „ciężarówki wieczności” i zostaje tylko ciemność (Kurier Plus, 2018).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *