21 Lip

16 niedziela zwykła Rok B

 

CZEKAJĄCY BÓG

Apostołowie zebrali się u Jezusa i opowiedzieli Mu wszystko, co zdziałali i czego nauczali. A On rzekł do nich: „Pójdźcie wy sami osobno na miejsce pustynne i wypocznijcie nieco”. Tak wielu bowiem przychodziło i odchodziło, że nawet na posiłek nie mieli czasu. Odpłynęli więc łodzią na miejsce pustynne osobno. Lecz widziano ich odpływających. Wielu zauważyło to i zbiegli się tam pieszo ze wszystkich miast, a nawet ich uprzedzili. Gdy Jezus wysiadł, ujrzał wielki tłum i zdjęła Go litość nad nimi; byli bowiem jak owce nie mające pasterza. I zaczął ich nauczać (Mk 6,30-34). 

Jedna z chińskich legend opowiada o cesarzu, który z niewyjaśnionych przyczyn zapadł na dziwną chorobę. Ogarnęła go melancholia, stracił chęć do życia, nic go nie mogło rozweselić. Choroba duszy wyniszczała ciało. Z dnia na dzień cesarz tracił na wadze. Wszyscy obawiali się, że jak będzie tak dalej, to cesarz wkrótce umrze. Zwołano najwybitniejszych lekarzy, śpiewaków, komediantów, aby uleczyć i rozweselić monarchę. Jednak nic nie skutkowało, choroba czyniła postępy. Aż pewnej nocy cesarz otworzył okno i usłyszał przepiękny śpiew słowika. Stał jak urzeczony. Coś w jego duszy drgnęło. Napełniony pięknem słowiczego śpiewu odzyskiwał zdrowie i chęć do życia. Powoli rodziła się w nim radość. Każdej nocy otwierał szeroko okno i słuchał leśnego koncertu. Zapragnął mieć bliżej nocnego śpiewaka, dlatego posłał swoje sługi do lasu, aby odnaleźli ptaka, dla którego przygotowano miejsce niedaleko cesarskiego okna. Teraz cesarz nie tylko mógł się delektować słuchaniem śpiewu, ale także oglądać niepozornie wyglądającego gościa. Nawiązała się między nimi pewnego rodzaju przyjaźń. Król wrócił do zdrowia.

Po pewnym czasie przybył do pałacu wędrowny sprzedawca. Wśród wielu ciekawych rzeczy miał do sprzedania złotego słowika wysadzanego brylantami. Śpiewał on prawie tak pięknie jak żywy i to na każde zawołanie. Cesarz był nim zachwycony. Bez wahania kupił go. Teraz mógł słuchać śpiewu o każdej porze dnia, bez konieczności czekania wieczoru, jak to było w przypadku żywego ptaka. Śpiew słowika za oknem jakby posmutniał, a po kilku dniach zamilkł. Słowik odleciał daleko do lasu, ale cesarz tego nawet nie zauważył – miał swojego złotego słowika. Jednak z czasem władca stwierdził, że śpiew złotego słowika, choć brzmi pięknie, niema w sobie życia. Ten martwy głos wdzierał się do wnętrza, powodując nawrót dawnej choroby. Cesarz zatęsknił za śpiewem żywego ptaka. Słudzy wyruszyli na poszukiwanie i odnaleźli w lesie słowika. Teraz cesarz każdego wieczora mógł się upajać jego śpiewem. Szybko odzyskał zdrowie i radość życia. Zaś złoty słowik spoczął wśród niepotrzebnych rzeczy.

Bardzo często w legendach są okruchy mądrości, którą przynosi objawienie Boże. Czytając słowa Ewangelii: „Gdy Jezus wysiadł, ujrzał wielki tłum. Zlitował się nad nimi, byli bowiem jak owce nie mające pasterza. I zaczął ich nauczać” skojarzyłem je z legendą o chińskim cesarzu, dostrzegając zbieżność myśli. Wokół Jezusa gromadziły się ogromne tłumy, aby słuchać Jego słów. Bardziej cenili te słowa niż wygodę życia. Nie zważając na głód i pragnienie szli za Jezusem tak, że pewnego razu Chrystus widząc ich utrudzenie rozmnożył dla nich chleb na pustkowiu. Zapewne dla słuchających, słowa Chrystusa brzmiały cudownie jak śpiew słowika. Były jak balsam dla zbolałej duszy. Miały one w sobie życie. Gdy pewnego razu Chrystus zapytał uczniów, czy i oni chcą odejść, jeden z nich odpo-wiedział: „Panie do kogóż pójdziemy, Ty masz słowa życia wiecznego”. To słowo przy-wracało radość strapionym, dawało nadzieję zgubionym. Doświadczyła tego jawno-grzesznica Magdalena, do której Chrystus skierował słowa wybaczenia i pociechy. Ta radość stała się udziałem celnika Mateusza, którego powołał Jezus. Radość i zdumienie ogarniały tłumy, gdy na słowo Jezusa umarli wychodzili z grobu, chromi zaczynali chodzić, uciszała się burza na morzu.

Człowiek współczesny również pragnie takiego słowa. Chociaż dzisiaj, bardziej niż dawniej jest narażony na omamienie wartościami, które mogą zasłonić słowo życia. Wartości świata może symbolizować złoty słowik z legendy o cesarzu, Dla człowieka zauroczonego dobrami materialnym szelest banknotów może stać się najpiękniejszą muzyką. A wtedy słowo boże nie ma przystępu do niego. Chrystus milknie, ale nie odchodzi. Czeka aż człowiek zrozumie, że tylko słowo Boże niesie radość życia wiecznego. Tak czekał na Tomasza Mertona jednego z największych myślicieli i mistyków chrześcijańskich doby współczesnej. Czekał aż Jego słowa zabrzmią dla Mertona, jak najpiękniejszy śpiew ptaka.

Metron został osierocony w wieku sześciu lat. Gdy miał 20 lat związał się z ruchem komunistycznym. W wieku 24 lat został reporterem „New YorkTimes’a”, a w wieku 26 lat zastukał do furty klasztornej zakonu trapistów w Kentucky. Za tymi suchymi datami kryje się długi proces wewnętrznej przemiany, która doprowadziła Mertona do spotkania z Chrystusem. Ulegał złudnym wartościom świata, by ostatecznie odkryć Chrystusowe słowa życia wiecznego. Ważne wydarzenie w tej prze¬mianie miało miejsce w roku 1938 w hotelowym pokoju. Pisze o tym zdarzeniu w ten sposób: „Nagle coś się we mnie poruszyło, coś zaczęło mnie popychać, nalegać na mnie. Było t wewnętrzne poruszenie odzywające się jak gdyby głosem”. Merton pisze, że ten głos nie tylko dał się słyszeć, ale był bardzo nalegający: „Na co czekasz? – mówił ten głos – Czemu tak siedzisz tutaj? Czemu się wahasz? Wiesz, co powinieneś zrobić? Czemu tego nie robisz?” Merton jako człowiek na wskroś racjonalny chciał odrzucić te irracjonalne impulsy. Wrócił do lektury, ale ten głos wzmagał się jeszcze bardziej. W końcu włożył płaszcz i poszedł dziewięć bloków dalej, do kościoła Corpus Christi. W drodze doznał uczucia radości i spokoju. Wszystko zaczęło, jak mówi, „śpiewać pokojem, mocą i przekonaniem”. W drodze spotkał ojca Forda, do którego się wybierał. I poprosił o rozmowę, w trakcie, której powiedział: „Proszę księdza, chciałbym zostać katolikiem”. Po podjęciu tej decyzji nastąpiła w nim gruntowna zmiana, o której pisze: „Nagle wszystkie ptaki zaczęły śpiewać w drzewach nad moją głową i te, głosy śpiewających ptaków i dzwoniących dzwonów wzbudziły uniesienie radości w moim sercu”.

Słowa Chrystusa są słowami troskliwego pasterza. Chrystus używa wiele razy obrazu pasterza pilnującego stada, aby ukazać relacje ze swoimi uczniami. Pasterz prowadzi owce, a one słuchają jego głosu. Prowadzi je bezpiecznie na zielone pastwiska i do wodopoju. Chroni przed niebezpieczeństwami. A gdy zajdzie taka potrzeba ryzykuje dla owiec swoim życiem. Kto słucha słów Chrystusa ma szansę bezpiecznego dojścia do rzeczywistości duchowej, którą symbolizują zielne pastwiska i wodopoje z krystaliczną wodą. Chrystus prowadzi swoją trzodę z wielką miłością. Wyrazem tej miłości jest współczucie, o której mówi zacytowany na wstępie fragment Ewangelii. Ukazuje On współczucie swoim uczniom. Uczniowie powrócili z pierwszej podróży apostolskiej. Mieli sobie wiele dopowiedzenia o uzdrowieniach, jakich dokonali, o tłumach, które ich słuchały. Byli tak zapracowani, że nie mieli nawet czasu na posiłek. Chrystus wiedział to utrudzenie i kierowany współczuciem posłał ich, aby trochę wypoczęli. Tego współczucia doświadczyli także ci, którzy byli spragnieni słowa Bożego. „Zlitował się nad nimi, byli bowiem jak owce nie mające pasterza. I zaczął ich nauczać” .

Idąc za Dobrym Pasterzem i wsłuchując się w Jego głos możemy usłyszeć najpiękniejszą pieśń o zbawieniu człowieka, która przywraca radość i nadaje życiu sens (z książki Nie ma innej Ziemi Obiecanej).

 

 

POTRZEBA SAMOTNOŚCI

Pan mówi: „Biada pasterzom, którzy prowadzą do zguby i rozpraszają owce mojego pastwiska”. Dlatego to mówi Bóg Izraela, o pasterzach, którzy mają paść mój naród: „Wy rozproszyliście moją trzodę, rozpędziliście i nie zatroszczyliście się o nią; oto Ja się zatroszczę o nieprawość waszych uczynków”. Ja sam zbiorę resztę swego stada ze wszystkich krajów, do których je wypędziłem. Sprowadzę je na ich pastwisko, by miały coraz liczniejsze potomstwo. Ustanowię zaś nad nimi pasterzy, by je paśli; i nie będą się już więcej lękać ani trwożyć, ani trzeba będzie szukać którejkolwiek. Oto nadejdą dni, kiedy wzbudzę Dawidowi Odrośl sprawiedliwą. Będzie panował jako król, postępując roztropnie, i będzie wykonywał prawo i sprawiedliwość na ziemi. W jego dniach Juda dostąpi zbawienia, a Izrael będzie mieszkał bezpiecznie. To zaś będzie imię, którym go będą nazywać: «Pan naszą sprawiedliwością»” (Jr 23,1-6).

Do psychologa przychodzi znerwicowany pacjent. Psycholog pyta o powody takiego stanu. Pacjent wymienia długą listę gnębiących go problemów. Martwi się o swoją przyszłość sądzi, że nie jest dostatecznie zabezpieczony materialnie. Obecne jego mieszkanie wymaga remontu, nie jest pewien czy poradzi sobie z tym. Sąsiedzi wymienili stary samochód na nowy; nie wypada, aby on jeździł starym gruchotem. Zamartwia się o dzieci; mają one wiele problemów i też trzeba ich wesprzeć. Pracuje od świtu do nocy, ale i tak jest to za mało, aby pokryć wszystkie wydatki. Psycholog cierpliwie wysłuchał długiego monologu i wypisał receptę; raz dziennie dwugodzinny spacer na cmentarzu. Pacjent był absolutnie zaskoczony. Zapewne z psychologiem jest coś nie w porządku. Zdenerwowany wyskoczył z gabinetu. W drodze powrotnej uspokoił się i zastanowił się nad tą poradą. Przechodząc obok cmentarza skorzystał z niej i zaczął spacerować alejkami cmentarnymi. Lekko się odprężył. Czytając napisy nagrobne odnalazł nazwiska swoich znajomych. Przypomniał sobie, że oni podobnie jak on byli zabiegani, niespokojni i to było powodem przedwczesnej „zmiany miejsca zamieszkania”. Po pierwszym spacerze pacjent trochę inaczej zaczął patrzeć na życie. Odżyły także myśli o Bogu, wierze, wieczności. Po nie długim czasie można było dostrzec skutek kuracji. Sfrustrowany mężczyzna stał się spokojniejszy, nie zamartwiał się niepotrzebnie o przyszłość, potrafił cieszyć się dniem dzisiejszym. Zaduma na cmentarzu, zetknięcie z tajemnicą śmierci pomogła mu pełnie odkryć Boga i mądrość życia.                                    

Chrystus posyła apostołów do pracy misyjnej. Idą do ludzi, od świtu do nocy ocierają się o ich problemy. Są zmęczeni. Zapewne ten ludzki zamęt, zapędzenie sprawiły, że nauka Chrystusa, którą głosili, jak i wewnętrzna moc nauczania apostolskiego traciły na klarowności. Dlatego Chrystus posyła ich na miejsce pustynne, osobno. Aby z dala od światowego zgiełku odkrywali bliskość Boga i napełniali się energią, jaką ona niesie. Momenty przebywania tylko z Bogiem są konieczne, aby człowiek napełnił się bożą jasnością oraz mądrością i mógł je nieść skutecznie bliźniemu.                                                        

Spotykamy nieraz wielkich „aktywistów”, którzy są w ciągłym ruchu i mają tysiące spraw do załatwienia. Jednej chwili nie są w stanie spokojnie usiedzieć. Pozostanie samym ze sobą jest dla nich nie do zniesienia. Nie mają sobie nic do powiedzenia. Nie mają także nic do powiedzenia Bogu. Gdy nie ma nic do roboty to wtedy z determinacją narkomana włączają telewizor. Realizują się tylko w aktywności zewnętrznej. Istnieją tylko w tym, co robią. Nie mają czasu zastanowić się nad sensem tego zabiegania. W konsekwencji może to zrodzić pustą samotność, która bardzo boli.

Pewnego razu Matka Teresa z Kalkuty odwiedziła w Szwecji dom spokojnej starości. W pierwszej chwili była mile zaskoczona. Starsi mieszkańcy tego domu byli zadbani, mieli zapewnioną opiekę lekarską, mieszkali w lśniących czystością pokojach, mieli wielkie możliwości przyjemnego spędzenia czasu. Ten dom zdawał się spełniać wszelkie warunki, aby stać się domem szczęśliwej i radosnej starości. Jednak, co później zauważyła Matka Teresa, na twarzach tych ludzi nie było uśmiechu. Prawie wszyscy tępym wzrokiem patrzyli w drzwi. Pielęgniarka wyjaśniła to zachowanie. Czekali oni odwiedzin bliskich. A takie odwiedziny zdarzały się niezmiernie rzadko. Ich dzieci były tak samo zabiegane, jak oni, zanim znaleźli się w domu spokojnej starości. Nie mieli czasu na samotność w obliczu Boga, gdzie człowiek odkrywa wieczność i miłość, w której nie ma miejsca na bolesną samotność (z książki Ku wolności).

 

 

ODPOCZNIJCIE NIECO

Ja sam zbiorę resztę swego stada ze wszystkich krajów, do których je wypędziłem. Sprowadzę je na ich pastwisko, by miały coraz liczniejsze potomstwo. Ustanowię zaś nad nimi pasterzy, by je paśli; i nie będą się już więcej lękać ani trwożyć, ani trzeba będzie szukać którejkolwiek. Oto nadejdą dni, kiedy wzbudzę Dawidowi Odrośl sprawiedliwą. Będzie panował jako król, postępując roztropnie, i będzie wykonywał prawo i sprawiedliwość na ziemi. W jego dniach Juda dostąpi zbawienia, a Izrael będzie mieszkał bezpiecznie. To zaś będzie imię, którym go będą nazywać: „Pan naszą  sprawiedliwością” (Jr 23,3-6).

W życiu doświadczamy różnego rodzaju zmęczenia, stąd też potrzebujemy zróżnicowanych form odpoczynku. Najłatwiej chyba znaleźć sposób na odpoczynek po zmęczeniu fizycznym.  Po ciężkim dniu pracy fizycznej wracamy do domu, bierzemy prysznic i siadamy w wygodnym fotelu i czujemy przyjemność mijających chwil. Lub też kładziemy się do łóżka i zasypiamy jak kamień. Rano budzimy się wypoczęci, pełni optymizmu i radości z budzącego się dnia. Łatwy jest także sposób na odpoczynek po zmęczeniu umysłowym. Po całodziennym zmaganiu się z różnymi sprawami i problemami, głowa jest tak przeładowana, że nawet trudno usnąć. Wystarczy jednak wtedy pospacerować, pobiegać brzegiem morza lub ścieżkami w leśnej gęstwinie, wsłuchując się w głos natury i w niedługim czasie nasz umysł uwalnia się od stresów i ogarnia nas błogi spokój i radość życia. Sprawa się komplikuje, gdy ktoś mówi, że jest zmęczony życiem. Przybrać może ono taką formę, jak wierszu „Skąd to zmęczenie…” Ernesta Brylla: „Skąd to zmęczenie w nas każdego rana / Jakby każda noc była nieprzespana / Skąd twarze takie szare, skąd oczy takie stare, / Czemu gonimy tacy zadyszani, / Jakby się nam ta ziemia chwiała pod stopami / I skąd to, że nie wiemy, dokąd tak biegniemy. / Stąd ten krzyk – szybciej, szybciej. Inaczej padniemy…”. To zmęczenie przychodzi najczęściej, gdy „gonimy zdyszani” i okazuje się po głębszym namyśle, że nie wiemy, po co tak pędzimy i dokąd. U kresu tego szaleńczego biegu jawi bezdenna pustka i ciemność, zabierająca sens życiu.

Dzisiejszy egoistyczny i bezduszny świat ma swój sposób przynoszący odpoczynek ludziom zmęczonych życiem. Liderem w tym względzie jest poganiejąca Holandia, gdzie od roku 2001 eutanazja jest legalna. Nieuleczalnie chory, cierpiący człowiek, na własną prośbę może być zabity przez lekarza. Coraz więcej szpitali w tym kraju oferuje swoim klientom zabijanie dzieci nieuleczalnie chorych. Ale na tym nie koniec „postępu”. Królewskie Holenderskie Towarzystwo Medyczne domaga się, aby „godną śmierć” mogli również wybierać ci, którzy nie są śmiertelnie chorzy, ale po prostu „zmęczeni życiem”. Powodem tego zmęczenia bardzo często jest wyobcowanie, poczucie niepotrzebności, opuszczenie przez bliskich, utrata dotychczasowego systemu wartości, poczucie bezsensu życia. Oczywiście, dla egoistycznej rodziny, egoistycznego społeczeństwa najłatwiejszym rozwiązaniem jest zabicie tego człowieka. Można też człowiekowi zmęczonemu życiem pomóc odnaleźć prawdę, że jest kochany, potrzebny, jest kimś niepowtarzalnym. I w tej atmosferze łatwiej odnaleźć sens życia i wartości, dla których warto żyć, łatwiej odnaleźć wytchnienie. Wymaga to jednak miłości, która nieraz żąda ofiary. A egoisty nie stać na taką miłość.

W życiu nieraz przychodzi nam zmierzyć się ze sprawami, które nas przerastają. Może to być nieuleczalna choroba, kalectwo, śmierć. Jakże ogromne jest zmęczenie rodziców, którzy patrzą na umieranie swojego dziecka. W takich i podobnych sytuacjach szukamy wytchnienia. I wtedy poprzez ból i cierpienie docierają do nas słowa Chrystusa: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych”. Ewangelia z dzisiejszej niedzieli mówi, że za Jezusem szły ogromne rzesze ludzi, aby Go słuchać i doświadczać Jego mocy w życiowym utrudzeniu. Jezus udał się z uczniami na miejsce pustynne, aby odpocząć, bo jak mówi Ewangelia z powodu tłumów nie mieli czasu nawet na posiłek. Jednak tłum widział ich odpływających i podążył za nimi. Ewangelia mówi: „Gdy Jezus wysiadł, ujrzał wielki tłum i zdjęła Go litość nad nimi; byli bowiem jak owce nie mające pasterza. I zaczął ich nauczać”. Słowo Jezusa niosło ukojenie duszy i serca, dawało odpoczynek ludziom zmęczonych życiem. W bliskości Chrystusa odnajdywali wytchnienie i pokój ducha.

Jezus jawi się dla tłumów, jako dobry pasterz. Jest pasterzem, o którym wyśpiewywał wiele lat wcześniej psalmista: „Pan jest moim pasterzem, / niczego mi nie braknie./ Pozwala mi leżeć na zielonych pastwiskach./ Prowadzi mnie nad wody, gdzie mogę odpocząć, / orzeźwia moją duszę. / Wiedzie mnie po właściwych ścieżkach / przez wzgląd na swoją chwałę / Chociażbym przechodził przez ciemną dolinę, / zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną”. Chrystus jest dobrym pasterzem, który ma słowa życia wiecznego. Rzesze ludzi, pokonując wiele trudności zdążało za Jezusem, aby słuchać Jego słów. A były to słowa pełne mocy. Jeżeli na słowo Jezusa chorzy stawali się zdrowi, umarli wychodzili z grobu, to każde inne słowa Jezusa miały moc spełnienia. Ze spokojem można mu powierzyć swoje życie i bez zastrzeżeń iść za nim. Innymi słowy, w Nim możemy odnaleźć wytchnienie. W Chrystusie spełniają się słowa o dobrym pasterzu z zacytowanej na wstępie Księgi Jeremiasza: „Sprowadzę je na ich pastwisko, by miały coraz liczniejsze potomstwo. Ustanowię zaś nad nimi pasterzy, by je paśli; i nie będą się już więcej lękać ani trwożyć, ani trzeba będzie szukać którejkolwiek”.

Prorok Jeremiasz używa typowego obrazu tamtych czasów do ukazania relacji człowieka z Bogiem. Dobry pasterz starał się o pastwiska i wodę, troszczył się o chore owce, szukał zagubionych, bronił przed drapieżnymi zwierzętami i złodziejami. Przy takim pasterzu owce czuły się bezpieczne. Jeremiasz mówi o złych pasterzach, troszczących się o samych siebie, a nie o swoją trzodę. W pierwszym rzędzie swoją przestrogę Jeremiasz kieruje do Sedecjasza, króla Judei i jego doradcom, którzy przez złe wypełnianie swoich obowiązków narazili naród na zgubę. Jeremiasz w imieniu Boga mówi: „Wy rozproszyliście moją trzodę, rozpędziliście i nie zatroszczyliście się o nią; oto Ja się zatroszczę o nieprawość waszych uczynków”. Zapowiedź kary nie jest ostatnim słowem Boga. Jeremiasz zapowiada wybawienie. Bóg zbierze rozproszone owce, a nowy król jak dobry pasterz prowadził będzie swój lud w pokoju i bezpiecznie. Będzie nazwany: „Pan naszą sprawiedliwością”. Oznacza to, że nastanie czas bożej sprawiedliwości. Tego zapowiadanego Pasterza odnajdujemy w Jezusie Chrystusie.

Misję głoszenia Ewangelii, misję pasterską Jezus powierzył swoim uczniem, a zapotrzebowanie na słowo boże było tak wielkie, że uczniowie nie mieli czasu na odpoczynek: „Tak wielu bowiem przychodziło i odchodziło, że nawet na posiłek nie mieli czasu”. I wtedy Chrystus powiedział do uczniów: „Pójdźcie wy sami osobno na miejsce pustynne i wypocznijcie nieco”. Zapewne chodziło tu o coś więcej niż tylko o odpoczynek fizyczny. Apostołowie potrzebowali wyciszenia, osobistego kontaktu z Bogiem. Po prostu potrzebowali miejsca pustynnego. Chodzi tu o pustynię w sensie duchowym, to znaczy stworzenie w sobie przestrzeni, gdzie w skupieniu i ciszy spotykamy się z Bogiem. W ciszy pustyni łatwiej usłyszeć głos naszego Pasterza i zaczerpnąć mocy oraz mądrości byśmy sami stali się dla innych dobrymi pasterzami (z książki Bóg na drogach naszej codzienności).

 

 

RÓŻNE OBLICZA MIŁOŚCI

Teraz w Chrystusie Jezusie wy, którzy niegdyś byliście daleko, staliście się bliscy przez krew Chrystusa. On bowiem jest naszym pokojem; On, który obie części ludzkości uczynił jednością, bo zburzył rozdzielający je mur -wrogość. W swym ciele pozbawił On mocy Prawo przykazań wyrażone w zarządzeniach, aby z dwóch rodzajów ludzi stworzyć w sobie jednego, nowego człowieka, wprowadzając pokój, i aby tak jednych, jak drugich znów pojednać z Bogiem w jednym ciele przez krzyż, w sobie zadawszy śmierć wrogości (Ef 2,13-17).

Po upływie kilkunastu lat, w życiu małżeńskim Marii nie wiele się zmieniło, a mimo to z rozrzewnieniem wspomina ona pierwsze lata wspólnej drogi. Mąż nadal troszczy się jak dawniej o potrzeby materialne domu, zapewnia Marię o swojej miłości, a mimo to czuje ona jakby coś bardzo ważnego wymykało się z ich rąk. Wydaje się jej nieraz, że miłość męża jakby straciła na intensywności. Mówi, że dawniej, gdy wracała zmęczona z pracy i brała się za przygotowanie obiadu, to mąż starał się pomagać jej na różne sposoby. Często mówił, aby usiadła, odpoczęła trochę, a on wszystko przygotuje. Nakryje do stołu, pozmywa naczynia. A dzisiaj wygląda to nieco inaczej. Wprawdzie mąż pomaga, ale trzeba go o to poprosić. Gdyby tego nie zrobiła, to w czasie, gdy ona przygotowuje obiad mąż spokojnie przesiedziałby w fotelu, czytając gazetę lub oglądając telewizję.  Maria mówi, że mąż jakby przestał dostrzegać jej zmęczenie. I to jest dla niej sygnałem, że z ich miłością dzieje się coś niedobrego. Prawdopodobnie w swoim odczuciu nie myli się, ponieważ prawdziwa miłość jest otwarta na drugiego człowieka. Dostrzega także jego zmęczenie, zarówno fizyczne jaki i duchowe i pragnie temu zaradzić. 

Chrystus okazywał człowiekowi miłość na różne sposoby. Myśląc o tej miłości nasuwają się nam obrazy Jego śmierci na krzyżu dla naszego zbawienia, zatroskania o swoich oprawców, za którymi prosił swego Ojca, aby nie poczytywał im winy, bo nie wiedzą co czynią, wskrzeszenia umarłych, uzdrowienia fizyczne i duchowe. Są to spektakularne, o nadzwyczajnej sile przekonania znaki bożej miłości. Oprócz tych znaków Chrystus zostawia nam inne, które wydają się mniej znaczące. Jednak one są tak samo ważne, bo dotykają naszej zwyklej codzienności, w której realizuje się nasze zbawienie. Chrystus zauważa zmęczenie swoich uczniów i mówi do nich: „Pójdźcie wy sami osobno na pustkowie i wypocznijcie nieco”. W naszym codziennym umęczeniu Chrystus kieruje do nas te same słowa, abyśmy odpoczęli nieco.  Z pewnością nie chodzi tu tylko o zwykły odpoczynek fizyczny i psychiczny, chociaż jest on bardzo potrzebny do właściwego funkcjonowania.  Ten odpoczynek jest jednym z elementów odpoczynku, do którego prowadzi nas Chrystus. Odpoczynek w Chrystusie wprowadza ład do skołatanej, zapędzonej, rozdzieranej różnymi problemami duszy człowieka. Takiego wypoczynku i pokoju nie może dać świat, nawet wtedy gdy z naszej ziemskiej perspektywy wydaje na się, że ten człowiek ma wszystko co jest potrzebne do odpoczynku i zrelaksowania się. Nie jeden zapewne tak myślał o przedwcześnie zmarłym piosenkarzu Michaelu Jacksonie, kto jak kto, ale on to na pewno nie może narzekać na brak możliwości zrelaksowania się i wypoczynku. A jednak ten człowiek przed laty własnoręcznie napisał tekst piosenki, która odzwierciedla jego osobiste przeżycia.  Są w niej między innymi słowa: „Życie to utrapienie, zamierzam z nim skończyć”. Tylko człowiek bardzo zmęczony może wypowiedzieć takie słowa. Piosenkarz szukał rozpaczliwie wytchnienia w ogromnej aktywności, narkotykach i rzeczach, które w formie skandali trafiały na czołówki gazet. Nie odnalazł tam wytchnienia.

Chrystus zaprasza nas na pustkowie, byśmy tam odpoczęli. Trzeba opuścić rozwrzeszczane targowisko świata i w ciszy wsłuchiwać się w głos Boga. Laureat literackiej nagrody nobla, Thomas Stearns Eliot napisał: „Gdzie możemy znaleźć słowo, gdzie możemy je usłyszeć? Nie w tym miejscu, bo tutaj cisza jest niewystarczająca”. A zatem w poszukiwaniu słowa Bożego, które niesie odpoczynek duchowy trzeba choć na chwilę opuścić świat, który dyktuje normy życia niesprzyjające szukaniu takiego wytchnienia i pokoju. Dla ilustracji przytoczę  wytyczne jakie daje swoim członkom  Coronary and Ulcer Club. 1. Twoja praca jest na pierwszym miejscu. Zapomnij o wszystkim innym. 2. Sobota, niedziela i inne dni świąteczne są dobrym czasem na pracę w biurze. Nikt ci nie będzie wtedy przeszkadzał. 3. Zawsze miej przy sobie teczkę z dokumentami, aby sięgnąć po nie w każdej chwili. 4. Nigdy nie mów „nie”, gdy cię proszą o wykonanie czegoś. 5. Przyjmuj wszystkie zaproszenia na spotkania, bankiety itp. 6. Wszelkie formy rekreacji, wypoczynku są marnowaniem czasu. 7. Nigdy nie obarczaj innych odpowiedzialnością, wszystko sam bierz na siebie. 8. Jeśli praca wymaga od ciebie odbycia podróży, to pracuj cały dzień, a podróżuj nocą. 9. Bez względu na to ile masz prac do wykonania, pamiętaj, że zawsze możesz wziąć jedną więcej.  Jakże często ludzie niezrzeszeni w tym klubie hołdują powyższym zasadom. Kierując się jednak tymi zasadami po pewnym czasie możemy zauważyć, że w naszym życiu zawaliło się coś ważniejszego niż praca.

Douglas MacArthur II, bratanek znanego generała o tym samym nazwisku pracował w sekretariacie stanu, a jego szefem był John Foster Dulles. Pewnego wieczoru Dulles zadzwonił do domu MacArthura i chciał z nim rozmawiać. Telefon odebrała żona. Powiedziała, że męża nie ma w domu.  Nie rozpoznawszy, kto dzwoni, ze złością zaczęła narzekać: „MacArthur jest tam gdzie „MacArthur jest zawsze; w ciągu tygodnia, w soboty i niedziele, wieczorami- jest w swoim biurze”. Kilka minut później Dulles połączył się telefonicznie z „MacArthurem i wydał mu stanowczy rozkaz: „Chłopcze, natychmiast idź do domu.  Twój domowy front załamuje się”. Jakże często z powodu braku odpoczynku, czasu na zastanowienie, zabieganie załamuje się „front naszego życia” w najważniejszym punkcie, gdzie łączy się doczesność z wiecznością, sprawy ludzkie ze sprawami bożymi. Na pewno front naszego życia nie załamie się, gdy pójdziemy za Chrystusem, do którego można odnieść słowa psalmu z dzisiejszej niedzieli: „Pan jest moim pasterzem, niczego mi nie braknie. Pozwala mi leżeć na zielonych pastwiskach. Prowadzi mnie nad wody gdzie mogę odpocząć, orzeźwia moją duszę. Namaszczasz mi głowę olejkiem, a kielich mój pełny po brzegi. Dobroć i łaska pójdą w ślad za mną przez wszystkie dni mego życia, zamieszkam w domu Pana po najdłuższe czasy”.

Tłumy odkrywały w Jezusie takiego pasterza. Ewangelia mówi, że ludzie zbiegli się do Jezusa ze wszystkich miast, aby Go słuchać. Nawet w umęczeniu fizycznym słowa Jezusa niosły wewnętrzny pokój, wytchnienie.  Jezus ulitował się na d nimi i zaczął ich nauczać. Słowa Jezusa, niosące wewnętrzny pokój są także znakami bożej miłości.  Karol de Foucauld targany namiętnościami życia szukał swojego miejsca w świecie, szukał wewnętrznego pokoju z pominięciem Boga. W końcu odnalazł Chrystusa. Stał gorliwym katolikiem. Wstąpił do zakonu trapistów. Po czym wyruszył na Bliski Wschód, gdzie poniósł śmierć męczeńską. Odnalazł w Chrystusie Dobrego Pasterza, do którego się zwracał tymi słowami: „O Dobry Pasterzu, Ciebie tylko potrzebujemy. Ty wiesz, czego potrzebujemy, i udzielasz nam tego, kiedy chcesz; daj nam, Twoim biednym owieczkom, pastwisko, jakiego od czasu do czasu potrzebujemy. Nieraz nas pocieszasz, abyśmy nie popadli w zniechęcenie, niekiedy zaś pozwalasz nam odczuć zamieszanie w duszy, by nauczyć nas pokory, która jest prawdą. Jesteśmy w dobrych rękach. Twoje serce nie przestaje czuwać nad nami; miłujesz nas miłością nieskończoną, patrzysz na nas nieustannie, jesteś wszechmocny”.

W drugim czytaniu z Listu św. Pawła do Efezjan czytamy: „Teraz w Chrystusie Jezusie wy, którzy niegdyś byliście daleko, staliście się bliscy przez krew Chrystusa. On bowiem jest naszym pokojem”. A zatem w bliskość Chrystusa możemy odnaleźć prawdziwy pokój i wytchnienie (z książki W poszukiwaniu mądrości życia). 

 

 

BŁOGOSŁAWIONY BOGUMIŁ

Do apostołów utrudzonych głoszeniem Ewangelii Chrystus powiedział, aby poszli na pustkowie i odpoczęli nieco. Nie chodziło tu tylko o zwykłą regeneracje sił. Z dala od ludzkiego zgiełku, w ciszy pustkowia można wyraźniej usłyszeć głos Boga i napełnić się Jego mocą. W bliskości Boga leży sekret świętego życia i owocnego głoszenia Ewangelii. Święci pośród ogromnego zabiegania mieli swoje „pustkowia”, gdzie spotykali się z Bogiem i napełniali się Jego mocą, która pozwalała im skutecznie głosić Słowo Boże. Niektórzy z nich podejmowali decyzję zamieszkania na całe życie w odludnych pustelniach. Wbrew pozorom, pustelnicy całkowicie oderwani od świata bardzo głęboko w nim tkwili i mieli ogromny wpływ na życie wiernych, którzy odnajdywali ich w pustelniach i wracali stamtąd umocnieni w wierze. Idea życia pustelniczego towarzyszyła Kościołowi od samych jego początków. Zaś swoje apogeum osiągnęła w duchowości średniowiecza. Zalecano wtedy kapłanom i osobom poświeconym Bogu całkowite oderwanie się od spraw tego świata. Zapewne te tendencje oraz wewnętrzne natchnienia sprawiły, że błogosławiony Bogumił, żyjący w tamtych czasach zrezygnował z godności świeckich oraz kościelnych i zamieszkał w pustelni, skąd przemożnie oddziaływał na okoliczną ludność.

Niewiele istnieje dokumentów mówiących o życiu Błogosławionego. A te które mamy nie wyjaśniają do końca interesujących nas kwestii. Ot chociażby sprawa imienia. Jednym razem używają one imienia Bogumił innym razem Piotr. Nie wiemy czy imię Piotr było imieniem zakonnym, czy nadanym na chrzcie. Bogumił urodził się około roku 1135 niedaleko wioski Koźmin w Wielkopolsce. Pochodził z bogatego rycerskiego rodu Leszczyców. Z dóbr dziedzicznych przypadły mu wsie: Dobrów, Rzuchów, Kwiatów, Szadów i Leszno. Prawdopodobnie pierwsze nauki pobierał w rodzinnym domu a później w gnieźnieńskiej szkole katedralnej. Rezygnując z godności światowych zdecydował się na wstąpienie do zakonu cystersów. Nie znamy jednak bliższych okoliczności podjęcia tej decyzji. Zaś co chodzi o życie zakonne, to możemy się domyślać, że jako mnich wyróżniał się mądrością i pobożnością, bo gdy około roku 1185 powstał klasztor cysterski w Koprzywnicy, Bogumił –Piotr został wybrany na opata. W następnym roku powołano go na urząd biskupa w Poznaniu. A w roku 1987, po śmierci arcybiskupa gnieźnieńskiego Zdzisława został jego następcą na stolicy arcybiskupiej w Gnieźnie.

Arcybiskup gorliwie pełniąc posługę duszpasterską zachował głęboką wieź duchową z zakonem cystersów, któremu okazywał wiele życzliwości i obdarzał licznymi dobrami. Na początku swojej posługi arcybiskupiej przeznaczył dochody z kilku swoich wiosek na zorganizowanie opactwa cystersów w Sulejowie, które ufundował Kazimierz Sprawiedliwy. Opactwu w Łeknie ofiarował dochody z trzech innych wsi. W swojej rodzinnej miejscowości Dobrowa ufundował i hojnie uposażył kościół parafialny pod wezwaniem Św. Trójcy. Błogosławiony Bogumił prowadził aktywną działalność religijną i społeczną. Zachowane dokumenty mówią o niektórych z nich. Arcybiskup Bogumił uczestniczył w roku 1191 w konsekracji kolegiaty sandomierskiej. Był rozjemcą w sporze między benedyktynami i norbertanami o opactwo Św. Wincentego we Wrocławiu. Opactwo przyznał norbertanom. Powierzono mu misję pojednania książąt Kazimierza Sprawiedliwego z Mieszkiem Starym. Bł. Wincenty Kadłubek w swojej „Kronice” tak pisał o Bogumile: „Mąż pełny cnót i wiedzy, wyróżniający się dobrymi obyczajami, pełen szlachetności umysłu”.

Błogosławiony, czyniąc wiele dobra w ramach sprawowanego urzędu pragnął odsunąć się od zgiełku świata i prowadzić życie pustelnicze. Po dwunastu latach kierowania metropolią gnieźnieńską, kardynał Bogumił- Piotr, korzystając z obecności legata papieskiego, złożył na jego ręce rezygnację z urzędu. Po wyrzeczeniu się godności kościelnych oraz majątku wybrał wyspę w rozlewiskach Warty i Neru w okolicach Dobrowa na swoją pustelnię. Bogumił prowadził bardzo surowy tryb życia, a sława jego pobożności docierała do najdalszych miejscowości zagubionych w przepastnych puszczach. Prymas Łubieński tak pisał o nim: „Trawiąc czas na modlitwie i trapiąc ciało swoje postami, niesypianiem i różnymi umartwieniami spędził ostatnie lata życia”. W każdą niedzielę i święto przybywali do jego pustelni liczni wierni, aby uczestniczyć we Mszy św. i słuchać nauk świętego starca. W pustelni Błogosławiony spędził około pięciu lat. Zmarł prawdopodobnie 19 sierpnia około roku 1204. Tradycja mówi, że przed śmiercią Bogumił ujrzał Matkę Bożą z Dzieciątkiem na ręku w otoczeniu aniołów oraz św. Wojciecha i Pięciu Braci Pustelników i wtedy zwrócił się do Jezusa: „Panie Jezu, Synu Boży i Maryi Panny, racz proszę łaskawie przyjąć duszę moją”.

Po śmierci Pustelnika wierni czcili go jako świętego, stąd też arcybiskup Pełka zarządził przeniesienie w uroczystej procesji relikwii Bogumiła do kościoła w Dobrowie. Grób Błogosławionego stał się miejscem licznych pielgrzymek. Pielgrzymi otrzymywali tu za wstawiennictwem Błogosławionego wiele łask i doznawali wielu cudów, które zapisano w specjalnej księdze. Niestety księga ta spłonęła w późniejszym czasie. Innym dowodem cudów i łask otrzymanych za wstawiennictwem Bogumiła były liczne wota. W roku 1443 prymas Wincenty Kot przeznaczył wota z grobu Bogumiła na wybudowanie nowego kościoła w Dobrowie. Niecałe dwadzieścia lat później znowu było tak wiele wotów na grobie Błogosławionego, że kapituła gnieźnieńska przeznaczyła część darów wotywnych na odbudowę spalonego kościoła w Uniejowie i na katedrę gnieźnieńską. W roku 1668 prymas Maciej Prażmowski przeniósł relikwie błogosławionego Bogumiła do kolegiaty w Uniejowie, ale w roku 1926 złożono je ponownie w Dobrowie.

Mimo, że Bogumił cieszył się od samego początku kultem wiernych, to jednak proces kanonizacyjny rozpoczął się dopiero w roku 1625. Akta tego procesu zostały przesłane do Rzymu w roku 1651. Z tej okazji opracowano żywot Bogumiła.  Niestety, księga cudów, którą wypożyczył Sebastian Głębocki, spłonęła w jego dworze w Głębokim pod Kruszwicą, co w znacznym stopniu przyhamowało proces kanonizacyjny, który ponownie podjął dopiero w roku 1908 biskup kujawski, Stanisław Kazimierz Zdzitowiecki. Zaś papież Pius XI 27 maja 1925 roku zatwierdził starodawny kult biskupa Bogumiła (z książki Wypłynęli na głębię).

 

 

„KIJ TWÓJ I LASKA PASTERSKA”

W czasie pielgrzymek do Ziemi św., przemierzając pustynne drogi Palestyny mijamy stada owiec i kóz pilnowane przez pasterza. Prawdopodobnie ten obraz pasterza ze swoim stadem nie wiele się zmienił od czasów biblijnych. Bardzo często nawiązywali do niego autorzy biblijni jak i też sam Chrystus, ilustrując relacje Boga z człowiekiem. Pasterstwem trudnili się znane postacie biblijne jak Abraham, Mojżesz, czy król Dawid. Pasterze troszczyli się swoje stado, stawali w jego obronie, a czynili to z takim oddaniem i miłością, że pasterz stał się obrazem samego Boga. O czym mówi Psalm 23: „Pan jest moim pasterzem, nie brak mi niczego. Pozwala mi leżeć na zielonych pastwiskach. Prowadzi mnie nad wody, gdzie mogę odpocząć: orzeźwia moją duszę. Wiedzie mnie po właściwych ścieżkach przez wzgląd na swoje imię. Chociażbym chodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną. Twój kij i Twoja laska są tym, co mnie pociesza”. Jezus sam o sobie powie: „Ja jestem dobrym pasterzem. Dobry pasterz daje życie swoje za owce”. Nieodłącznymi atrybutami pasterza były kij i laska pasterska, które miały bardzo praktyczne zastosowanie w pełnieniu pasterskiego zawodu. Pasterz laską wskazywał swoim owocom zielone pastwiska, a jednocześnie bronił je przed drapieżnikami. Laska pasterska stała się znakiem mocy otrzymanej od Boga, który przez wybranych przez siebie ludzi prowadził swój lud. Mojżesz otrzymał laskę od Boga. W Księdze Wyjścia czytamy: „Wziął też Mojżesz ze sobą laskę Boga”. Przez nią Mojżesz okazywał moc Bożą w czasie plag egipskich, przy cudownym przejściu przez Morze Czerwone, przy wyprowadzeniu wody ze skały. I tak laska pasterska, jako symbol mocy bożej wpisywała się w liturgię Starego i Nowego Testamentu, aż przybrała współczesny kształt pastorału biskupiego w Kościele Chrystusowym.

Nazwa pastorał wywodzi się z łacińskich słów „baculus pastoralis” co znaczy dosłownie „kij pasterski”. W kościele katolickim jest to atrybut biskupów i opatów, w kościele prawosławnym archimandrytów. Pierwszym opatem, który jej używał, był zmarły w roku 615 święty Kolumban. Pastorału, jako znaku władzy używali biskupi, królowie i książęta. Od XI wieku stał się on jednym z liturgicznych insygniów biskupa. W dawniejszych czasach biskupi nie używali pastorału w czasie mszy św. żałobnych, co tłumaczyło się tym, że biskup nie ma władzy nad zmarłymi i że władza biskupia też przemija. Kształt pastorału zawiera wymowną symbolikę. Spiralne zakrzywienie pastorału wyraża troskę pasterską biskupa, który ma prowadzić wiernych, jak pasterz owce do źródeł wody życia i na zielone pastwiska, które są biblijnym obrazami zbawienia. Środkowy element symbolizuje posługę biskupa w pogłębianiu i umacnianiu wiary Ludu Bożego. Dolna zaś jego część ostro wykończona symbolizuje troskę biskupa o wiernych wyrażająca się w zachęcaniu, pouczaniu, upominaniu, czy nawet karceniu. Zapewne wszyscy pamiętamy pastorał w formie krzyża, którego używał św. Jan Paweł II. Ten pastorał został wykonany na zamówienie papieża Pawła VI. Rozpisałem się o pastorale nie tylko dlatego, że czytania liturgiczne na niedzielę dzisiejszą mówią o Bogu, który jest dobrym Pasterzem, ale także dlatego, że jutro to jest 20 lipca dwóch kapłanów diecezji Brooklyńskiej ks. prałat James Massa i ks. kanonik Witold Mroziewski przyjmą święcenia biskupie. W czasie tej uroczystości nowi biskupi pomocniczy otrzymają pastorały, znak władzy biskupiej, która jak każda władza w kościele jest służbą.

Pięknie o władzy pasterskiej mówił papież Franciszek w czasie przemówienia do nowo nominowanych biskupów: „’Paście stado Boże, które jest przy was, strzegąc go nie pod przymusem, ale z własnej woli, po Bożemu; nie ze względu na brudny zysk, ale z oddaniem; i nie jak ci, którzy ciemiężą wspólnoty, ale jako żywe przykłady dla stada’. Te słowa św. Piotra niech będą wyryte w sercu! Jesteśmy powołani i ustanowieni pasterzami nie przez nas samych, lecz przez Pana, i nie aby służyć sobie samym, ale owczarni, która została nam powierzona, służyć jej aż po danie życia jak Chrystus, Dobry Pasterz (…). Bardzo was proszę, pozostawajcie pośród waszego ludu. Trzeba pozostać, tak, pozostać… Nie bądźcie ‘biskupami lotniskowymi’, którzy budzą zgorszenie! Bądźcie pasterzami, którzy przyjmują, idźcie razem ze swoim ludem, z serdecznością, z miłosierdziem, z łagodnością i ojcowską stanowczością, z pokorą i dyskrecją, umiejcie dostrzegać także własne ograniczenia i mieć szczyptę zdrowego poczucia humoru. O tę właśnie łaskę powinniśmy prosić my, biskupi. Wszyscy powinniśmy prosić o tę łaskę: Panie, daj mi poczucie humoru. Abym potrafił patrzeć z przymrużeniem oka najpierw na siebie, a także w pewnej mierze na sprawy. I pozostańcie z waszą owczarnią!’. Papież zwraca uwagę także na poprawne relacje biskupa z kapłanem: „W wędrowaniu chciałbym podkreślić życzliwość względem waszych księży. Wasi księża są pierwszymi bliźnimi; kapłan jest pierwszym bliźnim dla biskupa – kochajcie bliźniego, a pierwszym bliźnim jest ten – nieodzowny współpracownik, od którego oczekuje się rady i pomocy, o którego trzeba się troszczyć jak ojciec, brat i przyjaciel”. Oczywiście te wskazania powinny także kształtować relacje wierni – kapłani, którzy z woli biskupa ordynariusza przewodzą wspólnocie parafialnej. 

W tę przepiękną pieśń o dobrym pasterzu wpisują się groźne słowa proroka Jeremiasza, który mówi w imieniu Boga: „Biada pasterzom, którzy prowadzą do zguby i rozpraszają owce mojego pastwiska”. Po tym biada prorok zapowiada sprawiedliwego pasterza: „Oto nadejdą dni, kiedy wzbudzę Dawidowi Odrośl sprawiedliwą. Będzie panował jako król, postępując roztropnie, i będzie wykonywał prawo i sprawiedliwość na ziemi”. W tym obrazie odczytujemy zapowiedź Jezusa, który jak Dobry Pasterz poprowadzi swój lud do zbawienia. Refren Alleluja na dzisiejszą niedzielę mówi, że rozpoznamy Go i pójdziemy za Nim: „Moje owce słuchają mojego głosu, Ja znam je, a one idą za Mną”. Zaś Ewangelia mówi jak lud rozpoznawał w Jezusie Chrystusie Dobrego Pasterza: „Odpłynęli więc łodzią na miejsce pustynne osobno. Lecz widziano ich odpływających. Wielu zauważyło to i zbiegli się tam pieszo ze wszystkich miast, a nawet ich uprzedzili. Gdy Jezus wysiadł, ujrzał wielki tłum i zdjęła Go litość nad nimi; byli bowiem jak owce nie mające pasterza. I zaczął ich nauczać”.

Św. Jan Paweł II z racji 25 rocznicy pontyfikatu powiedział: „Tak też w ciągu wieków w mocy Ducha Świętego następcy Apostołów kontynuują zadanie gromadzenia owczarni i przewodzenia jej w drodze do niebieskiej chwały. Przez wieki trwa w nich świadomość, że tylko przez Chrystusa, z Chrystusem i w Chrystusie mogą tę wielką odpowiedzialność wypełnić. Ta świadomość towarzyszyła także mnie, gdy Pan wezwał mnie, bym przyjął misję apostoła Piotra w tym umiłowanym mieście i na całym świecie.

Dlatego od początku pontyfikatu moje myśli, modlitwy i działania ożywia jedno pragnienie: dawać świadectwo o tym, że Chrystus Dobry Pasterz jest obecny i działa w swoim Kościele; że wciąż szuka każdej owcy, która się zagubiła, zabłąkaną sprowadza z powrotem, opatruje skaleczoną, umacnia chorą, a mocną ochrania” (Kurier Plus 2014).

 

 

SŁUCHAĆ PASTERZA

Kilka tygodni temu otrzymałem maila od znajomej z fragmentem książki, która wywarła na niej ogromne wrażenie. O tej książce św. Franciszek Salezy powiedział, że nawróciła ona więcej ludzi niż jest w niej liter. Książka „O naśladowaniu Chrystusa”, bo o niej mowa w mistrzowski sposób przybliża prawdy ewangeliczne, podkreślając równocześnie Jezusa Chrystusa jako jedyny i najwyższy ideał w dążeniu człowieka do doskonałości. Książka mówi jak godnie i mądrze żyć. Jest ona popularna wśród katolików, protestantów, a nawet niewierzących, jako poradnik życia. Dag Hammarskjöld, szwedzki dyplomata, sekretarz generalny Organizacji Narodów Zjednoczonych, laureat Pokojowej Nagrody Nobla, zginął 18 września 1961 roku w katastrofie lotniczej w Zambii. Po śmierci dyplomaty w kieszeni jego marynarki znaleziono egzemplarz „O naśladowaniu Chrystusa”. Okazało się, że nosił ją ciągle przy sobie i czytał, gdy tylko znalazł wolną chwilę. Adam Mickiewicz znał jej długie fragmenty na pamięć. Rozczytywali się w niej  Juliusz Słowacki, Cyprian Kamil Norwid, Bolesław Prus, Jerzy Liebert i Stefan Żeromski.  Aleksander Wat pisze, że to dzieło pozwoliło mu przetrwać piekło sowieckich łagrów: „Gdybyśmy jak mocni mężowie usiłowali wytrwać w boju, ujrzelibyśmy niezawodnie zesłaną nam z nieba pomoc Bożą. Gdyż Bóg jest gotów pomagać walczącym i ufającym Jego łasce. On bowiem daje nam sposobność do walki, żebyśmy zwyciężyli”.

Książka rozpoczyna się słowami: „Kto idzie za mną, nie błądzi w ciemnościach – mówi Pan. Oto słowa Chrystusa, w których zachęca nas, abyśmy Go naśladowali, jeśli chcemy naprawdę żyć w świetle i uwolnić się od ślepoty serca. Starajmy się więc rozpamiętywać jak najgorliwiej życie Jezusa Chrystusa. Nauka Chrystusa przewyższa wszystkie nauki świętych, a kto zdobędzie jej ducha, znajdzie w niej mannę ukrytą. Są ludzie, którzy nawet z częstego słuchania Ewangelii niewiele wynoszą gorliwości, bo nie mają w sobie ducha Chrystusowego. A przecież kto pragnie zrozumieć i pojąć w całej pełni słowa Chrystusa, powinien starać się według Niego kształtować całe swoje życie. Cóż ci przyjdzie ze wzniosłej dysputy o Trójcy Świętej, jeśli nie masz współczucia dla ludzi, a więc nie możesz podobać się Bogu w Trójcy Świętej? Naprawdę, wzniosłe słowa nie czynią świętego ani sprawiedliwego, ale życie prawe czyni człowieka miłym Bogu. Wolę odczuwać skruchę niż umieć ją zdefiniować. Choćbyś znał całą Biblię na wyrywki i wszystkie mądre zdania filozofów, cóż ci z tego przyjdzie, jeśli nie masz miłości i łaski Boga? ‚Marność nad marnościami i wszystko marność’ oprócz jednego: miłować Boga i Jemu służyć. To jest mądrość najwyższa: przez odrzucenie świata dążyć do Królestwa niebieskiego. Marnością jest gromadzić bogactwa, które przeminą i w nich pokładać nadzieję. Marnością także – zabiegać o własne znaczenie i piąć się na coraz wyższe szczeble godności. Marnością – iść ślepo za zachceniami ciała i szukać tego, co kiedyś przyjdzie ciężko odpokutować. Marnością jest pragnąć długiego życia, a nie dbać o życie dobre. Marnością – przykładać wagę tylko do teraźniejszości, a o przyszłości nie myśleć. Marnością – miłować to, co tak szybko przemija, a nie śpieszyć tam, gdzie radość nieprzemijająca”.

Tomasz a Kempis, któremu przypisuje się autorstwo tej książki należał do zakonu Kanoników regularnych. Pisał tę książkę nie tylko z myślą o współbraciach zakonnych. Trafia ona do każdego, bo wskazuje na Jezusa jako Dobrego Pasterza, który prowadzi nas po właściwych ścieżkach życia. Tomasz a Kempis poszedł za Chrystusem, Dobrym Pasterzem i sam stał się pasterzem dla innych. Każdy idąc za Dobrym Pasterzem otrzymuję misję pasterską. Tak samo odpowiedzialni za te misje są kapłani, jak i rodzice, czy też każdy chrześcijanin. Idąc za Dobrym Pasterzem możemy powtarzać za psalmistą z dzisiejszych czytań mszalnych: „Pan jest moim pasterzem, / niczego mi nie braknie, / pozwala mi leżeć na zielonych pastwiskach. / Prowadzi mnie nad wody, gdzie mogę odpocząć, / orzeźwia moją duszę. / Wiedzie mnie po właściwych ścieżkach / przez wzgląd na swoją chwałę. / Chociażbym przechodził przez ciemną dolinę, / zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną. / Kij Twój i laska pasterska są moją pociechą”. Te słowa mówią o wielkim pokoju jaki rodzi się w naszym sercu, które Chrystus uwalnia od wszelkiego lęku, nawet lęku przed śmiercią. 

W dzisiejszym świecie brakuje ludziom takiego pokoju. Lęk, poczucie zagrożenia towarzyszy nawet dzieciom. W maju 2018 po kolejnej masakrze w szkole na okładce dziennika Daily News można było przeczytać: „W tym roku w amerykańskich szkołach zginęło więcej uczniów niż amerykańskich żołnierzy w czasie pełnienia różnych misji wojskowych na świecie”. Można powiedzieć, że amerykańskie szkoły są bardziej niebezpiecznie niż pola bitew amerykańskich żołnierzy. Zapewne wielu z nas pamięta masakrę 20 kwietnia 1999 roku, w Columbine High School, liceum znajdującym w pobliżu miast Littleton i Denver w stanie Kolorado w USA. Eric Harris i Dylan Klebold, dwaj nastoletni uczniowie tej szkoły, weszli na jej teren i przy pomocy broni palnej zamordowali dwunastu rówieśników i jednego nauczyciela, 24 osoby zostały ranne. Sprawcy popełnili samobójstwo zanim do budynku wkroczyła policja. Okazało się, że sprawcy masakry, bardzo dobrzy uczniowie, przygotowywali atak przez rok i świadomie wybrali dzień urodzin Hitlera. Zapewne ten „pasterz” był dla nich inspiracją. Zapewne, nie bez wyłowu byli „pasterze”, twórcy gier i filmów pełnych przemocy, którym daleka i obca jest rzeczywistość ewangelicznego pasterza.      

Od czasu strzelaniny w Columbine ponad 187 000 uczniów z prawie 200 szkół doświadczyło na własnej skórze horroru strzelaniny w szkole. Prawie na porządku dziennym są ćwiczebne alarmy, które przerażają uczniów. Tysiące szkół prowadzi ćwiczenia, w których dzieci w wieku nawet czterech lat uczą się chować w szafach, łazienkach przed ewentualnymi mordercami. Szkoła nie daje poczucia bezpieczeństwa. Samantha Haviland rozumie ten strach. W wieku 16 lat przeżyła horror w Columbine. Obecnie jest dyrektorką poradni w systemie szkół publicznych w Denver i całe życie zawodowe poświęciła leczeniu traumatyzowanych dzieci. Sama jednak nigdy w pełni nie uwolniła się od tamtego koszmarnego poranka w Littleton w Kolorado. Doznaje ataków paniki. Nawet teraz, w ramach ćwiczeń obraz dzieci wychodzących ze szkoły z podniesionymi rękami jest zbyt bolesnym przeżyciem.

Samantha Haviland stara się uchronić dzieci przed lękiem, niesie im pokój. Można powiedzieć, że włącza się w misję pasterską Chrystusa, bo tylko w Nim jest pełnia miłości i pokoju, o czym w Liście do Efezjan św. Paweł pisze:  wskazuje na Chrystusa: „A przyszedłszy, zwiastował pokój wam, którzy jesteście daleko, i pokój tym, którzy są blisko, bo przez Niego jedni i drudzy w jednym Duchu mamy przystęp do Ojca” (Kurier Plus 2018).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *