28 Lip

17 niedziela zwykła Rok B

 

 

GŁÓD DUSZY .                             

Jezus udał się za Jezioro Galilejskie, czyli Tyberiadzkie. Szedł za Nim wielki tłum, bo widziano znaki, jakie czynił na tych, którzy chorowali. Jezus wszedł na wzgórze i usiadł tam ze swoimi uczniami. A zbliżało się święto żydowskie, Pascha. Kiedy więc Jezus podniósł oczy i ujrzał, że liczne tłumy schodzą się do Niego, rzekł do Filipa: „Skąd kupimy chleba, aby oni się posilili?” A mówił to wystawiając go na próbę. Wiedział bowiem, co miał czynić. Odpowiedział Mu Filip: „Za dwieście denarów nie wystarczy chleba, aby każdy z nich mógł choć trochę otrzymać”. Jeden z uczniów Jego, Andrzej, brat Szymona Piotra, rzekł do Niego: „Jest tu jeden chłopiec, który ma pięć chlebów jęczmiennych i dwie ryby, lecz cóż to jest dla tak wielu?” Jezus zatem rzekł: „Każcie ludziom usiąść”. A w miejscu tym było wiele trawy. Usiedli więc mężczyźni, a liczba ich dochodziła do pięciu tysięcy. Jezus więc wziął chleby i odmówiwszy dziękczynienie, rozdał siedzącym; podobnie uczynił i z rybami rozdając tyle, ile kto chciał. A gdy się nasycili, rzekł do uczniów: „Zbierzcie pozostałe ułomki, aby nic nie zginęło”. Zebrali więc i ułomkami z pięciu chlebów jęczmiennych, które zostały po spożywających, napełnili dwanaście koszów. A kiedy ci ludzie spostrzegli, jaki cud uczynił Jezus, mówili: „Ten prawdziwie jest prorokiem, który miał przyjść na świat” Gdy więc Jezus poznał, że mieli przyjść i porwać Go, aby Go obwołać królem, sam usunął się znów na górę (J 6,1-15).

Jedna z matek pracowała codziennie do późnych godzin nocnych. Gdy wracała do domu jej dwójka małych dzieci pogrążona już była głębokim śnie. Matka z miłością patrzyła na swoje dzieci, poczym całowała je na dobranoc. Oczywiście, dzieci nie były tego świadome. I właśnie to było powodem zmartwienia matki, gdyż chciała, aby wiedziały one, że je kocha i żegna pocałunkiem na dobranoc. Pewnego dnia wpadła na pomysł, jak rozwiązać ten problem. Otóż, po powrocie z pracy malowała szminką usta i składała pocałunek na dziecięcych buziach. Gdy budziły się one rano spoglądały w lustro i widziały na policzkach znaki po pocałunku, a wtedy matka tłumaczyła im, że był to pocałunek na dobranoc.

Jeśli uważnym umysłem i sercem otwartym rozejrzymy się wokół siebie, wtedy możemy dojrzeć w otaczającej nas rzeczywistości wiele znaków miłości bożej, które to znaki są jak pocałunek matki na policzku dzieci. Biblia jest pełna znaków bezgranicznej i bezinteresownej miłości Bożej. W czytaniach biblijnych na dzisiejszą niedzielę takim znakiem jest cud rozmnożenia chleba. Rozmnożony chleb nie tylko zaspakajał głód fizyczny, ale był także zapowiedzią innego chleba, który zaspakaja najgłębsze pragnienia ludzkiej duszy. Jest chlebem wieczności.

Wokół proroka Elizeusza, w pobliżu sanktuarium w Gilgal koło Jerycha zgromadzili się biedni ludzie, tworząc z nim wspólnotę rodzinną. Prawdopodobnie ci biedni byli ofiarami niesprawiedliwego systemu społecznego, ludźmi skrzywdzonymi nadmiernymi podatkami zaprowadzonymi jeszcze za króla Salomona. W proroku Elizeuszu znajdowali oni oparcie i pomoc. Pewnego razu do proroka przyszedł człowiek, przynosząc 10 bochenków jęczmiennego chleba. Elizeusz polecił słudze, aby nakarmił nimi zgromadzonych wokół niego ludzi: „Podaj ludziom i niech jedzą”. Lecz sługa odpowiedział: „Jakże to rozdzielę między stu ludzi?” A prorok powtórzył jeszcze raz: „Podaj ludziom i niech jedzą, bo tak mówi Pan: ‘Nasycą się i pozostawią resztki’”. I rzeczywiście wszyscy zaspokoili głód, i jeszcze pozostało wiele ułomków. Dla zgromadzonych był to ewidentny cud bożej łaskawości i bożego miłosierdzia. To zdarzenie było nawiązaniem do cudownego rozmnożenia chleba, jakim było zesłanie manny dla Narodu Wybranego. Wtedy cud dokonał się za pośrednictwem Mojżesza i był znakiem opiekuńczej miłości Boga do swego ludu. Boża miłość wyrażona w znaku manny na pustyni i jęczmiennych chlebów rozdanych ubogim przez proroka Elizeusza znajdzie swój najpełniejszy wyraz w Jezusie Chrystusie i Jego dziełach.

Jezus udał się nad Jezioro Tyberiadzkie a za Nim podążał wielki tłum, który z wielką uwagą przyjmował Jego słowa potwierdzane mocą cudów. Tak byli zafascynowani słowami i czynami Jezusa, że idąc za Nim zapomnieli o zaopatrzeniu się na drogę w żywność. Gdy przyszedł czas odpoczynku okazało się, że nie mają nic do jedzenia. Chrystus wiedział, że są głodni i nie mają żywności. Ulitował się nad nimi, rozmnażając dla nich chleb. Mieli do dyspozycji pięć chlebów i dwie ryby. Chrystus kazał usiąść ludowi, a była to wielka rzesza. Ewangelia mówi, że było tam pięć tysięcy mężczyzn, były tam także kobiety i dzieci. Chrystus bierze chleby błogosławi je i każe rozdzielać ludowi. Podobnie czyni z rybami. Wszyscy się nasycili i do tego zebrano jeszcze dwanaście koszów ułomków. Wszyscy wiedzieli, że to był cud. Zdumieni mówią: „Ten prawdziwie jest prorokiem, który miał przyjść na świat”. Eliasz i Mojżesz byli zapowiedzią przyjścia tego prawdziwego Proroka.

Cud rozmnożenia chleba i ryb jest zapowiedzią innego zdarzenia, które do końca wszechczasów zostanie najważniejszym znakiem zbawiającej miłości Boga. Św. Jan Ewangelista wskazuje na Wieczernik, w którym miała miejsce Ostatnia Wieczerza w czasie, której Chrystus wziął chleb i powiedział: „Bierzcie i jedzcie, to jest Ciało moje. To czyńcie na moją pamiątkę”. I tak będzie do końca świata. Kapłan będzie brał chleb i wypowiadał słowa Chrystusa z Ostatniej Wieczerzy, a wtedy na mocy tych słów chleb stanie się Ciałem Chrystusa. W misterium Eucharystii uobecnia się zbawiająca miłość Boga, miłość, która zaświadczyła o swej wielkości na drzewie krzyża. Kto spożywa ten chleb zaspokoi największy głód duszy, jakim jest pragnienie wieczności. Ryba także kieruje naszą uwagę na Eucharystię, gdyż w środowisku św. Jana była ona jej symbolem.

W cud rozmnożenia chleba Chrystus wciąga ludzką dobroć i hojność. Mógł przecież rozmnożyć chleb z niczego, On jednak chciał, aby mały chłopiec podarował chleb i rybę. Było tego niewiele, ale dla biednego chłopca to jednak sporo. Możemy powiedzieć, że Chrystus dokonał cudu pomnożenia ludzkiej dobroci i hojności. Coś podobnego, tylko w innym wymiarze miało miejsce na jednym z ślubów małżeńskich. Otóż Melisa i Lee zaplanowali na grudzień swój ślub. Mieli dobrą pracę i dobre zarobki, ona był projektantem wnętrz, a on inżynierem komputerowym, a zatem mieli wystarczająco pieniędzy, aby urządzić przyjęcie weselne, którego koszt wynosił około 22000 $. Jednak zdecydowali się urządzić wesele trochę inaczej. Bezpośrednio po bardzo prostej uroczystości w kościele goście mieli drobny poczęstunek w pobliskiej sali. Następnie Melisa i Lee zabrali gości w liczbie siedemdziesięciu do sklepu z dziecięcymi zabawkami. Każdemu dali po 15 $ na zakup zabawek. Goście mogli wydać więcej dokładając własne pieniądze. Duch dobroczynności nowożeńców udzielił się wszystkim kupującym w sklepie. Zaproszeni gości wydawali o wiele więcej niż otrzymali, ale także przypadkowi klienci dołączyli się do tej dobroczynnej akcji. Kupowali zabawki i przekazywali dla młodej pary. Ostatecznie okazało się, że na zabawki wydano ponad pięć tysięcy dolarów. Ten dar przekazano sierotom i innym potrzebującym dzieciom („Parade Magazine” z 11 maja 2003 r.). Nasza hojność w bożej mocy może działać cuda, choć nie są to cuda w ścisłym tego słowa zaznaczeniu, ale przemieniają człowieka i zasługują na nagrodę nieba.

Na zakończenie wróćmy do najważniejszego znaku Bożej miłości, jakim jest Eucharystia, Msza święta. Chleb rozmnożony na ołtarzu karmi dusze, buduje jedność, rozsiewa miłość, zasiewa w nas ziarno wieczności. W ten cud rozmnożenia włączona jest nasza hojność. W modlitwie na ofiarowanie kapłan mówi: „Błogosławiony jesteś, Panie Boże wszechświata, bo dzięki Twojej hojności otrzymaliśmy chleb, który jest owocem ziemi i pracy rąk ludzkich; Tobie go przynosimy, aby stał się dla nas chlebem życia”. Ale oprócz ofiary chleba i wina jest konieczny dar naszych serc: wiara, miłość, nadzieja, duch służby bliźniemu, wybaczenie, poświęcenie itd. Bóg to pomnoży i zostaniemy nasyceni pokarmem, który jest w stanie zaspokoić nasze odwieczne pragnienia. Są jednak ludzie, którzy mówią, że nic nie wynoszą z Mszy św., a to tylko, dlatego, że przychodzą na Eucharystię z pustym sercem i Chrystus nie ma czego rozmnożyć (z książki Nie ma innej Ziemi Obiecanej).

 

 

DAJĄC, NIE PYTAM, CO ZA TO BĘDĘ MIAŁ

Pewien człowiek przyszedł z Baal-Szalisza, przynosząc mężowi Bożemu, Elizeuszowi, chleba z pierwocin, dziesięć chlebów jęczmiennych i świeżego zboża w worku. On zaś rozkazał: „Podaj ludziom i niech jedzą”. Lecz sługa jego odrzekł: „Jakże to rozdzielę między stu ludzi?” A on odpowiedział: „Podaj ludziom i niech jedzą, bo tak mówi Pan: «Nasycą się i pozostawią resztki»”. Położył więc to przed nimi, a ci jedli i pozostawili resztki, według słowa Pańskiego (2 Krl 4,42-44).

Prawdopodobnie, św. Terasa mawiała, że gdyby Jezus przyszedł dzisiaj na ziemię i uczęszczał do szkoły, jak każdy inny uczeń to zdałby wszystkie egzaminy z wyjątkiem jednego- matematyki. Rozmnożenie chleba na pustkowiu przez Jezusa, urąga wszelkim prawidłom matematycznym. Pięć chlebów jęczmiennych i dwie ryby wystarczyły, aby nasycić głód pięciu tysięcy mężczyzn nie licząc kobiet i dzieci. Co więcej, zebrano jeszcze dwanaście koszy ułomków, jakie pozostały po ucztujących.                                               

Stało się to możliwe, ponieważ logika rzeczywistości, jaką przynosi Chrystus nie zawsze jest zgodna z prawami ekonomi. Lub wręcz stoi w sprzeczności z nimi, gdy chodzi o najważniejsze ewangeliczne prawo, prawo miłości. Niektórzy jednak usiłują miłość podporządkować prawom ekonomi. Kierując się „miłością” potrafią dać innym bardzo wiele. Lecz za tym dawaniem kryje się pytanie; co ja z tego będę miał? Za tym dawaniem kryje się nadzieja otrzymania w zamian jeszcze więcej. Takie pytania i nadzieje mogą tylko świadczyć o tym, że kierujemy się w życiu tzw. „miłością kupiecką”, która nie ma nic wspólnego z miłością, o której naucza Chrystus. Ta miłość, dając nie pyta, co ja w zamian otrzymam, ta miłość jest służbą, niosącą bezinteresowną pomoc bliźniemu.                                                              

Z miłości do zgromadzonych tłumów Jezus rozmnożył chleb, jednak w ten czyn włączył ludzką ofiarność. Chłopiec ofiarował pięć chlebów i dwie ryby. Dla tego chłopca była to wielka ofiara. To dzięki temu spotkaniu; ludzkiej ofiarność z bożą wszechmocą, stał się cud. Dzisiaj również możemy być współtwórcami takich cudów.                                                                              

35 lat temu, kobieta w średnim wieku weszła po raz pierwszy do slumsów w bardzo dużym mieście. Miała przy sobie dwa dolary, żadnej pensji ani miejsca do zatrzymania. Wszystko, co miała to świadomość, że Bóg pragnie by przyszła z pomocą najbiedniejszym. Była to Matka Teresa z Kalkuty. Dzisiaj Zgromadzenie, które założyła Matka Teresa ma 80 szkół, 70 klinik dla trędowatych, 30 domów dla umierających, 30 domów dla porzuconych dzieci, 300 autobusów ambulatoryjnych i 40 000 wolontariuszy, którzy pomagają w tej pracy. Matka Teresa dała Jezusowi do dyspozycji niewiele (2 dolary)- tak jak ten ewangeliczny chłopiec, który miał pięć chlebów i dwie ryby- a Chrystus w swej nadprzyrodzonej logice miłości rozmnożył to i nakarmił miliony.                                                                           

Nasze zasoby powierzamy bankom, które z matematyczną precyzyjnością pomnażają nasze oszczędności. Nie zaniedbując bankowych oszczędności, może warto pomyśleć o powierzeniu części swych posiadłości innemu „bankowi”- Chrystusowi, który je rozmnoży jak chleb na pustyni i nakarmi miliony i uczyni je „kapitałem”, mającym nieprzemijającą wartość w poza ziemskiej rzeczywistości (z książki Ku wolności).

 

 

SZUKANIE ZNAKÓW BOŻEJ OBECNOŚCI

Bracia: Zachęcam was ja, więzień w Panu, abyście postępowali w sposób godny powołania, jakim zostaliście wezwani, z całą pokorą i cichością, z cierpliwością, znosząc siebie nawzajem w miłości. Usiłujcie zachować jedność Ducha dzięki więzi, jaką jest pokój. Jedno jest Ciało i jeden Duch, bo też zostaliście wezwani w jednej nadziei, jaką daje wasze powołanie. Jeden jest Pan, jedna wiara, jeden chrzest. Jeden jest Bóg i Ojciec wszystkich, który jest i działa ponad wszystkimi, przez wszystkich i we wszystkich (Ef 4,1-6).

Trzymamy w ręku Ewangelię, znamy historie w niej zapisane i przyjmujemy je za prawdę i wierzymy w nie. Jednak nie powstrzymuje to nas od wpatrywania się w niebo i szukania znaków, które by potwierdzały i umacniały to, co poznaliśmy na kartach Biblii i w co uwierzyliśmy. Wydaje mi się, że szukanie coraz to nowych znaków jest wyrazem naszego niedowiarstwa, bo przecież mamy już ich tyle, a ciągle szukamy nowych. Jednak takie myślenie nie do końca jest słuszne. Każdy człowiek ma swoją małą drogę prowadzącą do Boga i na tej drodze może dostrzec małe znaki obecności bożej, które dla innych mogą być tylko zbiegiem okoliczności, dla nas zaś są ważnymi znakami z nieba. Ponadto ludzie każdej epoki stają przed odmiennymi problemami i potrzebują znaków, które by ostrzegały i wskazywały drogę zagubionemu człowiekowi. Ewangelia z dzisiejszej niedzieli mówi: „Jezus udał się za Jezioro Galilejskie, czyli Tyberiadzkie. Szedł za Nim wielki tłum, bo widziano znaki, jakie czynił na tych, którzy chorowali”. Uzdrowienia i inne cuda Jezusa były dla tych ludzi znakami z nieba, które ich upewniały, że jest dobry Bóg, że Jego opatrzność czuwa nad nimi, i że w Nim jest ich wieczność.

Z pewnością na dzisiejsze czasy, wyraźnym znakiem z nieba są objawienia fatimskie. W 85 rocznicę tych objawień bł. Jan Paweł II powiedział: „Orędzie fatimskie jest ściśle związane z przeznaczeniem Kościoła i ludzkości. Jest orędziem wieku, zawsze istotnym jak Ewangelia, wszak wezwanie Maryi nie jest jednorazowe. Jest otwarte. Trzeba je podejmować wciąż na nowo, zgodnie ze znakiem czasu. Jest nadal aktualne”. Z tymi objawieniami korespondują słowa z encykliki Jana Pawła II Dives in misericordia: „W żadnym czasie, w żadnym okresie dziejów – a zwłaszcza w okresie tak przełomowym jak nasz – Kościół nie może zapomnieć o modlitwie, która jest wołaniem o miłosierdzie Boga wobec wielorakiego zła, jakie ciąży nad ludzkością, i jakie jej zagraża”.

W roku 1973, w 56 rocznicę ostatniego objawienia w Fatimie, w japońskim mieście Akita siostra zakonna Agnes Sasagawy ze zgromadzenia Sióstr Służebnic Eucharystii w czasie adoracji Najświętszego Sakramentu ujrzała niezwykłe światło wychodzące z tabernakulum. I jak sama wyznała miała widzenie Matki Bożej, która wzywała do modlitwy za grzeszników oraz zapowiadała kary, jakie ściągnie na siebie grzeszny świat. Wizjonerka miała usłyszeć słowa Maryi: „Będzie to kara większa niż potop, nieporównywalna z niczym, co widział świat. Ogień spadnie z nieba i unicestwi większą część ludzkości, dobrych na równi ze złymi, nie oszczędzając ani kapłanów, ani wiernych”. Dwa lata po ogłoszeniu orędzia figura Matki Bożej zaczęła krwawić i ronić łzy. Ostatni raz zaobserwowano to zjawisko w 1981 roku. Na koniec zakonnica, która wcześniej straciła słuch, odzyskała go. Całą sprawę zbadała specjalna komisja i 22 kwietnia 1984 r. ordynariusz diecezji Niigata bp John Shojiro Ito ogłosił oficjalnie, że objawienia w Akita mają charakter nadprzyrodzony, stwierdzając, że „orędzie to jest identyczne z tym, jakie Matka Boża przekazała w Fatimie” i zezwolił na oddawanie czci Matce Bożej z Akita. Jednak cała sprawa jest nadal badana i nie ma jeszcze oficjalnego orzeczenia kościoła. Dla ludzi jest znak z nieba i to nie tylko dla chrześcijan. Przełożona tego klasztoru mówi, że wśród 8 000 pielgrzymów z ubiegłego roku, około jedną trzecią stanowili nie chrześcijanie. Wielu pielgrzymów doznaje tam różnych łask.

Zacytowany na wstępie fragment z 2 Księgi Królewskiej mówi o niebieskim znaku, który przybrał kształt chleba. W pobliżu sanktuarium w Gilgal koło Jerycha, wokół proroka Elizeusza zgromadzili się ludzie, tworząc coś na kształt wspólnoty rodzinnej. Opuścili oni swoje, gdzie doznawali ucisku klas panujących oraz byli narażeni na bałwochwalcze kulty pogańskie. Wyszli, jak Izraelici z Egiptu, zostawili dostatek chleba, a wybrali Boga i Jego słowo. I tak jak Bóg przez Mojżesza karmił lud manną, chlebem z nieba, tak Elizeusz karmił chlebem lud, który wybrał jedynego Boga i jego Słowo. Gdy zebrani zasycili swój głód byli pewni, że za tym rozmnożeniem chleba kryje się moc boża. Bóg wykorzystał w tym cudzie ludzką hojność. Rozmnożył to, co człowiek z dobroci serca ofiarował bliźniemu. Ten cud wpisuje się w pewien aspekt historii zbawienia człowieka, wyrażonej w symbolu chleba. Manna na pustyni i cud rozmnożenia chleba przez Elizeusza jawi się jako znak z nieba i zapowiedź chleba, którym stanie się sam Chrystus:  „Jam jest chleb życia. Kto do Mnie przychodzi, nie będzie łaknął; a kto we Mnie wierzy, nigdy pragnąć nie będzie”.

Zanim jednak Chrystus, podczas Ostatniej Wieczerzy weźmie chleb w swoje ręce i powie: „Bierzcie i jedzcie z tego wszyscy: to jest bowiem Ciało Moje, które za was będzie wydane” uczyni cud rozmnożenia chleba, który będzie nawiązaniem do manny na pustyni i rozmnożenia chleba za proroka Elizeusza. Za Jezusem szły tłumy spragnione słowa bożego i znaków nieba. To było mocniejsze niż zmęczenie i głód fizyczny. Jezus to wiedział i ulitował się nad nimi, czyniąc cud rozmnożenia chleba. I tak jak w przypadku Elizeusza włączył w ten cud ludzką hojność. Chłopiec, jak mówi Ewangelia ofiarował pięć chlebów jęczmiennych i dwie ryby. Wszyscy, którzy nasycili swój głów nie mieli wątpliwości, że na ich oczach dokonał się cud. Zebrani mówili o Jezusie: „Ten prawdziwie jest prorokiem, który miał przyjść na świat”. Cud rozmnożenia chleba uznali za znak z nieba. Jednak nie do końca zrozumieli ten znak, bo chcieli obwołać Jezusa królem: „Gdy więc Jezus poznał, że mieli przyjść i porwać Go, aby Go obwołać królem, sam usunął się znów na górę”. Jezus jest królem, ale nie takim, jak oni sobie wyobrażali. Jeszcze wiele muszą usłyszeć i zobaczyć, aby pełniej zrozumieć istotę królestwa bożego i cud rozmnożenia chleba, który był zapowiedzią Eucharystii. Eucharystia to nie tylko znak obecności Boga, ale sama obecność zbawiającego Chrystusa, który powie: Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne, a ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym”.

Eucharystia uwrażliwia nas także na potrzeby naszych bliźnich. 2 czerwca 1997 roku w Legnicy bł. Jan Paweł II powiedział: „Trzeba do tych tematów powracać, dopóki na świecie dzieje się choćby najmniejsza niesprawiedliwość. Inaczej Kościół nie byłby wierny misji, którą zlecił mu Chrystus – misji sprawiedliwości… Zachęcam was, Bracia i Siostry, abyście budzili w sobie wrażliwość na wszelki niedostatek i ofiarnie współdziałali w niesieniu nadziei wszystkim, którym jej brak. Niech Eucharystia będzie dla was niewyczerpanym źródłem tej wrażliwości i mocy do jej urzeczywistniania w codzienności” (z książki Bóg na drogach naszej codzienności).

 

 

OTRZYMUJEMY WIECEJ NIŻ SIĘ SPODZIEWAMY

W trakcie pisania tych rozważań przyszedł do mnie mężczyzna, aby podzielić się kłopotami, z którymi nie mógł sobie poradzić. Chociaż obiektywnie biorąc były to problemy, które spokojnie rozwiązane nie miałyby negatywnego wpływu na życie, a może nawet mogłyby je ubogacić. W tym kierunku zdążałem w czasie naszej rozmowy. Na koniec powiedziałem, że niech robi co do niego należy, co jest w jego mocy a resztę niech pozostawi Bogu. Nasze życie jest w ręku Boga. On nas prowadzi, nieraz trudną drogą, ciemną doliną, ale gdy Mu zaufamy, tak do końca, to nieraz więcej otrzymajmy niż się spodziewamy. Na co mężczyzna odpowiedział, że wierzy w to, ale na razie jakoś trudno mu się uwolnić od stresu. Dał nawet przykład spełnienia tego, o czym mówiłem.  Opowiedział historię o zawistnym sąsiedzie i głupim lokatorze, którzy po części stworzyli tę stresującą sytuację.

Do Andrzeja, tak miał na imię ten mężczyzna, z poręki znajomych zgłosiło się małżeństwo w poszukiwaniu mieszkania. Andrzej zaproponował im za umiarkowaną opłatą, pięknie wyremontowane podpiwniczenie. Małżonkowie po obejrzeniu mieszkania byli nim zachwyceni. Na początku wszystko układało się bardzo dobrze. Z czasem relacje między nim a lokatorami zaczęły się psuć. Im więcej lokator rozmawiał z zawistnym sąsiadem tym relacje stawały się gorsze. Lokator zaczął się posuwać do różnych złośliwości wobec właścicieli domu. Aż w końcu powiedział, że nie będzie płacił za mieszkanie, a właściciel nic mu nie zrobi, bo nielegalnie wynajmuje podpiwniczenie, i jak będzie „podskakiwał”, to oskarży go o nielegalny wynajem, zniszczy go.  Andrzej znalazł się w potrzasku. Trzymać lokatora to udręka, oddać sprawę do sądu o usunięcie go, to też nie najlepsze wyjście. Jednak w końcu miara się przebrała. Andrzej licząc się z karą za nielegalne wynajęcie podpiwniczenia zdecydował się na sądowne usuniecie lokatora. Po pewnym czasie zainteresowane strony spotkały się w biurze adwokackim. Lokator pewny siebie powiedział, że nic mu nie mogą zrobić, bo właściciel nielegalnie wynajmuje pomieszczenie. Na co adwokat, ku zaskoczeniu wszystkich powiedział, że w dokumentach, to podpiwniczenie figuruje jako pomieszczenie mieszkalne. Do lokatora to nie dotarło. Adwokat musiał mu zadać pytanie wspomagające: „Czy pan rozumie po angielsku?”  „Oczywiście” – odpowiedział. „To niech pan przyjmie do wiadomości, że mieszkanie wynajmowane jest legalne”- zakończył adwokat. Lokatorowi, jak to się mówi opadła szczęka. Jeszcze tej samej nocy, ukradkiem wyprowadził z domu. Okazało się, że poprzedni właściciel zapisał w dokumentach podpiwniczenie, jako mieszkanie. Andrzej z żoną zamówili Mszę św. za duszę zmarłego, poprzedniego właściciela, wdzięczni, że przez niego otrzymali od Boga więcej niż się spodziewali.

Wsłuchując się w głos dzisiejszej Ewangelii dostrzegamy ogromną rzeszę ludzi, którzy otrzymali od Jezusa więcej niż się spodziewali. Prawdopodobnie nie oczekiwali, że Jezu nakarmi ich chlebem i rybami. Nawet apostołowie nie brali tego pod uwagę. Gdy Jezus powiedział do nich, że nie chce zgłodniałych odesłać do domów, wtedy „Jeden z uczniów Jego, Andrzej, brat Szymona Piotra, rzekł do Niego: Jest tu jeden chłopiec, który ma pięć chlebów jęczmiennych i dwie ryby, lecz cóż to jest dla tak wielu?” Apostołowie usłuchali jednak polecenia Jezusa, a On uczynił dla nich i wszystkich zgromadzonych więcej niż się spodziewali. Rozmnożył chleb i ryby tak, że wszyscy zaspokoili głód. Można powiedzieć, że nad Jeziorem Galilejskim zmaterializowały się słowa psalmisty z dzisiejszej niedzieli: „Oczy wszystkich zwracają się ku Tobie, a Ty karmisz ich we właściwym czasie. Ty otwierasz swą rękę i karmisz do syta wszystko, co żyje”. Słowa psalmu ukazują także głębsze znaczenie wydarzenia, o którym słyszymy w pierwszym czytaniu. Pewien człowiek przyszedł do męża Bożego, proroka Elizeusza, przynosząc chleb z pierwocin ziemi. Ten zaś polecił, aby chleb rozdano ludziom. Na co sługa jego odpowiedział: „Jakże to rozdzielę między stu ludzi? A on odpowiedział: Podaj ludziom i niech jedzą, bo tak mówi Pan: Nasycą się i pozostawią resztki. Położył więc to przed nimi, a ci jedli i pozostawili resztki”. Mąż Boży nie chce zastępować rolników, młynarzy, piekarzy i handlowców. Niech oni robią co do nich należy. Z bożym błogosławieństwem niech pomnażają plony ziemi, aby na świecie nie było głodnych.  Cudowne rozmnożenie chleba w swym najgłębszym sensie było znakiem Bożej Opatrzności. Jeśli zaufamy Bogu, to On zaspokoi wszystkie nasze potrzeby, a szczególnie te najważniejsze, sięgające wieczności. Bezpiecznie poprowadzi nas ziemskimi drogami do swego Królestwa.

Rozmnożenie chleba przez Chrystusa nad Jeziorem Galilejskim zawiera to samo przesłanie, co cud dokonany przez proroka Elizeusza. Jednak w swej wymowie sięga jeszcze dalej. Cud Jezusa zapowiada dar, którego nie tylko zgromadzony lud nie spodziewał się, ale także apostołowie. Rozmnożony chleba było zapowiedzią Eucharystii. Tego wymiaru cudu nie dostrzegli zebrani.  Spożywali ziemski chleb i chcieli mieć w Chrystusie ziemskiego króla. „Gdy więc Jezus poznał, że mieli przyjść i porwać Go, aby Go obwołać królem, sam usunął się znów na górę”. Jezus jest królem, ale Jego królestwo nie jest królestwem ziemskim. Jest Królem Królestwa Bożego, które jest ostatecznym celem naszej wędrówki i wszelkich starań. W tej wędrówce nie idziemy sami. Idzie z nami Chrystus. Co więcej staje się dla nas pokarmem na tej drodze. Przed swoja męką wziął chleb błogosławił i rozdawał uczniom, mówiąc: Bierzcie i jedzcie, to jest ciało moje. A jeszcze wcześnie powiedział: „Kto spożywa moje Ciało i pije Krew moją, ten ma życie wieczne, a ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym”.   Chrystus pozostał z nami w Eucharystii pod postacią chleba i wina. I stał się dla nas pokarmem na drodze do wieczności.  Aby nasycić się tym Chlebem trzeba go pragnąć, trzeba go chcieć. Pięknie to ujmuje Leopold Staff w jednym ze swoich wierszy:

„Kto szuka Cię, już znalazł Ciebie;

Już Cię ma, komu Ciebie trzeba;

Kto tęskni w niebo Twe, jest w niebie;

Kto głodny go, je z Twego chleba”

A na koniec wysłuchamy słów Jana Pawła II wypowiedziane na Międzynarodowym Kongresie Eucharystyczny :Wyprzedzając niejako czas, zanim Eucharystia zostanie ustanowiona, Chrystus objawia, czym ona jest. Mówi tak: ‘Ja jestem chlebem żywym, który zstąpił z nieba. Jeśli kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki. Chlebem, który Ja dam, jest moje ciało za życie świata’(J 6, 51). A kiedy te słowa wywołały sprzeciw wielu słuchaczy, wówczas Jezus rzekł: ‘Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeżeli nie będziecie spożywali Ciała Syna Człowieczego i nie będziecie pili Krwi Jego, nie będziecie mieli życia w sobie. Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym. Ciało moje jest prawdziwym pokarmem, a Krew moja jest prawdziwym napojem. Kto spożywa moje Ciało i Krew moją pije, trwa we Mnie, a Ja w nim’ (J 6,  53-56). Słowa te mówią o samej istocie Eucharystii. Oto Chrystus przyszedł na świat, aby obdarzyć człowieka życiem Bożym. Nie tylko głosił Dobrą Nowinę, ale także ustanowił Eucharystię, która ma do końca czasów uobecniać Jego odkupieńcze misterium. A wybrał jako środek wyrazu elementy natury – chleb i wino, pokarm i napój, które człowiek musi spożywać, ażeby utrzymać się przy życiu. Eucharystia jest właśnie takim pokarmem i napojem. Ten pokarm zawiera w sobie całą moc Chrystusowego odkupienia. Człowiek, ażeby żyć, potrzebuje pokarmu i napoju. Człowiek, ażeby osiągnąć życie wieczne, potrzebuje Eucharystii. Jest to pokarm oraz napój, który przemienia życie człowieka i otwiera przed nim horyzont życia wiecznego. Spożywając Ciało i Krew Chrystusa, człowiek już tu, na ziemi, nosi w sobie zalążek życia wiecznego, gdyż Eucharystia jest sakramentem życia w Bogu” (z książki W poszukiwaniu mądrości życia).

 

 

ŚWIĘTY WINCENTY PALLOTTI

Świadkami cudownego rozmnożenia chleba były tysiące ludzi. Nie budzi zdziwienia reakcja tłumu, który chciał ogłosić Cudotwórcę królem. Nie to jednak było celem cudu. Miał on skierować uwagę słuchaczy na chleb który zaspokoi głód ludzkiej duszy, a chlebem tym będzie sam Chrystus. W to cudowne wydarzenie Chrystus włączył ludzką ofiarność. Dla ewangelicznego chłopca pięć chlebów i dwie ryby, to bardzo wiele. Powierzone jednak Chrystusowi zostały rozmnożone. Chrystus mówi nam przez to, że jeśli powierzymy mu nawet najmniejsze dobro, to On je pomnoży i w Nim będziemy mogli dokonywać cudów dobroci. Święci są tego przykładem. Zawierzyli Zbawicielowi całe swoje życie, wartości duchowe i materialne, a On w cudowny sposób je pomnożył. Popatrzmy jaki kształt przybierało to zawierzenie w życiu Świętego Wincentego Pallottiego.

Wincenty Pallotti urodził się w Rzymie 21 kwietnia 1795 r. jako trzecie z dziesięciorga dzieci Magdaleny i Piotra Pallottich. Sześcioro rodzeństwa zmarło w dzieciństwie. Piotr Pallotti, będąc ubogim kupcem dzięki swej zaradności doszedł do znacznego majątku. Zmysł kupiecki potrafił godzić z miłością Boga, która otwierała go na potrzeby ubogich. Każdy biedak mógł liczyć na jego jałmużnę. Magdalena, swoją żarliwą wiarę starała się przekazać dzieciom. W ich wychowaniu kierowała się rygorystycznym zasadami, ale przepojonymi miłością. Przez taką postawę rodzice przekazali Wincentemu ufną wiarę w Boga, miłość i poważne traktowanie życia oraz pomogli rozpoznać synowi powołanie kapłańskie. Po latach Święty powie o swoich rodzicach: „Bóg dał mi świętych rodziców”.

Wincenty tak, jak jego bracia uczęszczał do miejscowej szkoły powszechnej. Za dobre zachowanie i wyniki w nauce zbierał wiele pochwal. W wieku siedmiu lat przystąpił do spowiedzi i przyjął pierwsza Komunię świętą oraz bierzmowanie. Po bierzmowaniu, chrzestny ojciec, jak to było w zwyczaju ofiarował mu monetę. Wincenty nie okazał radości i jeszcze zapytał do czego to się może przydać. A wtedy nieco obrażony chrzestny powiedział mu: „Wyrzuć to!”, co chłopiec bezzwłocznie uczynił. To świadczy, że dla Świętego pieniądz nie był tak ważny. Ważny był o tyle o ile można było nim wspomóc biednych. W szczodrobliwości naśladował rodziców. Rezygnował z deserów, owoców i słodyczy, oddając je potrzebującym. Także nagrody otrzymywane w szkole za dobrą naukę oddawał ubogim. W wieku 10 lat Wincenty rozpoczął naukę w szkole Pijarów. Wyróżniał się nie tylko pilnością, ale również dobrym sercem wobec ubogich. Tradycja mówi, że podarował swoje łóżko, a innym razem oddał buty oraz spodnie, i na pół nagi, okryty płaszczem przyszedł do domu krewnych. Był żarliwym członkiem Sodalicji Mariańskiej, zwracając na siebie uwagę ćwiczeniami pokutnymi i skupieniem podczas wspólnych modlitw.

Wincenty od najmłodszych lat nie rozstawał się z myślą o wstąpieniu do zakonu. W roku 1810  przebywała w domu rodzinnym Pallottiego jego ciotka z zakonu Klarysek. Pod jej wpływem, Wincenty zafascynowany przykładem św. Franciszka postanowił wstąpić do franciszkanów. Jednak ze względu na słabe zdrowie zrezygnował z zakonu i zdecydował się zostać księdzem diecezjalnym. W wieku 16 lat, przez obrzęd przyjęcia tonsury został włączony do stanu duchownego. Zintensyfikował wtedy praktyki pokutne, które przydawały wiarygodności jego pracy katechetycznej. Po ukończeniu gimnazjum Wincenty wstąpił na uniwersytet, gdzie również był zaliczany do najlepszych studentów. Złożył wtedy, przed święceniami subdiakonatu, prywatne śluby charakterystyczne dla życia zakonnego.

W dniu 16 maja 1818 roku w Bazylice Lateraneńskiej Wincenty przyjął święcenia kapłańskie. Kapłaństwo pojmował jako służbę pełną poświęceń i skromności, dlatego złożył prywatny ślub nie przyjmowania żadnej godności i dostojeństwa. Pisał: „Chciałbym się stać pokarmem, aby nasycić zgłodniałych, odzieżą, by przyodziać nagich, napojem, by orzeźwiać spragnionych, lekarstwem i zdrowiem, by leczyć niemoc chorych, chromych, skaleczonych, głuchych, niemych itd., światłem dla oświecenia ślepych na duchu lub ciele, życiem, by wszystkie zmarłe istoty wskrzeszać do łaski Bożej”. Po obronie doktoratu Wincenty został na uniwersytecie Sapienza korepetytorem dogmatyki. Dziesięć lat sprawował ten urząd. Poznał wtedy wielu teologów, których swoją postawą i słowem umocnił w powołaniu. Obok pełnienia tej funkcji działał wśród młodzieży. Wkrótce stał się w Rzymie najbardziej poszukiwanym spowiednikiem, który poświęcił znaczną część swojego życia na to, by w swoich penitentach zaszczepiać ufność i doprowadzić ich do nawrócenia. Do jego penitentów należeli przede wszystkim młodociani i ludzie ubodzy, ale też zakonnicy, kapłani, prałaci, a nawet kardynałowie i papieże. Wielu po zetknięciu ze Świętym zmieniało swoje życie. Ta wieloraka i tak bardzo skuteczna działalność duszpasterska była powodem nadania mu tytułu „Apostoła Rzymu”.

Wincenty Pallotti całe życie był blisko ludzi ubogich, aby ich wspierać materialnie i duchowo. Sam zaś mieszkał w małym, dwupokojowym pomieszczeniu w domu swoich rodziców. Zdarzało się często, że przez długi okres spał na podłodze, ponieważ swoje łóżko przekazywał bądź biednej rodzinie wielodzietnej, bądź też żebrakom. Związał się na całe życie ze schroniskiem Santa Galla, gdzie bezdomni otrzymywali pożywienie i nocleg oraz opiekę duszpasterską. Wincenty wspomagał bezdomnych na rożne sposoby, a gdy zaszła potrzeba osobiście pielęgnował chorych, którzy znaleźli przytułek w tym schronisku.

W roku 1827 Wincenty został ojcem duchownym i spowiednikiem w rzymskim Wyższym Seminarium Duchownym, a w roku 1835 spowiednikiem Kolegium Rozkrzewiania Wiary. W tym samym roku mianowano go rektorem kościoła Świętego Ducha. W roku 1842 przyjął posługę duszpasterską w wojsku, a w dwa lata później wśród inwalidów wojennych. Pod koniec 1834 r. został mianowany rektorem kościoła Santo Spirito przy Via Giulia. Funkcję tę pełnił do lutego 1846 roku. Tu założył Zjednoczenie Apostolstwa Katolickiego, zatwierdzone 11 lipca 1835 r. przez papieża Grzegorza XVI. W roku 1837 zaczął starania o założenie Kolegium Misyjnego oraz sierocińca dla dzieci i młodzieży żeńskiej, który stał się okazją do powstania Zgromadzenia Sióstr. W roku 1844 Stolica Apostolska przekazała dla Stowarzyszenia Apostolstwa Katolickiego zwanego później Pallotynami pofranciszkański kościół i klasztor San Salvatore in Onda przy Via Pettinari, gdzie do dzisiaj znajduje się Zarząd Generalny Stowarzyszenia. Za tymi oficjalnymi funkcjami kryła niesamowita, pełna poświecenia praca. Zachowało się tysiące listów pisanych do Wincentego w różnych potrzebach. Jak mówią jemu współcześni szedł z pomocą duchową i materialną na każde wezwanie, o każdej porze dnia i nocy.

Święty Wincenty zmarł 22 stycznia 1850 roku, mając zaledwie 55 lat. Okoliczności jego śmierci są jakby streszczeniem i symbolem jego życia. W czasie słuchania spowiedzi w zimnym kościele podarował biedakowi swój płaszcz. Przez co przeziębił się i nabawił śmiertelnego zapalenia płuc. W sto lat później Wincenty został wyniesiony na ołtarze jako błogosławiony, a w roku 1963 został ogłoszony świętym (z książki Wypłynęli na głębię) .

 

 

CUDOWNY ZAPACH SOBOTNIEGO CHLEBA

Pierwszego „cudu” rozmnożenia chleba doświadczyłem w dzieciństwie na Roztoczu w rodzinnym Oserdeku. „Cud” powtarzał się regularnie w każdą sobotę wieczorem. Cudotwórczynią była moja mama, a cudowna moc kryła się w miłości. Liturgia rozmnożenia chleba rozpoczynała się w sobotę wieczorem. Umęczona mama wracała z pola i brała się za wieczorny wypiek chleba. W dzieży rosło pachnące zakwasem ciasto, w piecu chlebowym huczał ogień. Następnie mama miesiła ciasto w dzieży i w końcu formowała bochenki. Kładła je na lnianym płótnie na ławie, aby jeszcze podrosły przed włożeniem do pieca. Po czym kociubą oczyszczała z węgli i popiołu piec chlebowy i drewnianą łopatą wkładała do niego bochenki. Gdy chleb nabierał rumieńców w piecu mama szorowała podłogi w domu i sprzątała, jakby przygotowywała dom na cud rozmnożenia chleba. Niezapomniany zapach pieczonego chleba wylewał się przez okna na podwórek i wiejski gościniec. Po wyjęciu chleba z pieca, my dzieci chcieliśmy od razu kroić go i spożywać. Jednak trzeba było odczekać, aż odpowiednio ostygnie. Następnie siadaliśmy przy stole, na którym był bochen pachnącego chleba, świeże masło, ser i śmietana. Tej wieczornej „uczty” nie zamieniłbym na żadna inną. Wtedy ten chleb był przede wszystkim pokarmem dla ciała. Dopiero z czasem zacząłem dostrzegać w tym chlebie coś więcej. Stał się on wspomnieniem miłości rodziców, którzy bardzo ciężko pracowali na ten chleb i wspomnieniem rodzinnego domu, gdzie odnajdywaliśmy miłość, serdeczność, poczucie bezpieczeństwa, pokój i radość.

A teraz posłuchajmy innej historii, która powstawała niejako w zapachu chleba czy raczej pizzy. Ziemski chleb był przemieniany w rzeczywistość, która stawała się pokarmem duszy. Bohaterem tej historii jest Tom Monaghan – jeden z najbogatszych ludzi w USA, założyciel sieci pizzerii Domino’s Pizza. W roku 1960 jako 23-latek otworzył swą pierwszą pizzerię na terenie campusu uniwersyteckiego w Ypsilanti. Pierwszego tygodnia zarobił 99 dol. W roku 2000 miał już siedem tysięcy lokali w 66 krajach, w których zatrudniał 120 tysięcy pracowników. Firma przynosiła mu zysk 3,54 mld dolarów. Później sprzedał większość udziałów i zajął się inną działalnością, o której w jednym z wywiadów powiedział: „Najlepszym sposobem na zbawienie duszy, co stanowi mój największy priorytet w życiu, jest przy posiadanych zasobach i doświadczeniu otrzymanym od Boga służenie Kościołowi katolickiemu. Sądzę zaś, że najlepszym sposobem służenia Kościołowi jest dziś edukacja. A najbardziej efektywną formą edukacji jest szkolnictwo wyższe, ponieważ można to zrobić na jednym uniwersytecie, w jednym miejscu zbierając ludzi z USA i z całego świata, którzy później wrócą do siebie, do pracy na całym świecie”.

Obecnie Monaghan realizuje to przedsięwzięcie, które swoim rozmachem i znaczeniem przewyższy sieć Domino’s Pizza. W Naples na Florydzie multimiliarder buduje miasteczko uniwersyteckie Ave Maria. W jego centrum zbudowano olbrzymi, przepiękny kościół, który tętni życiem dniem i nocą. Codziennie odprawia się tu kilkanaście mszy świętych, trwa także nieustanna adoracja Najświętszego Sakramentu. Według Monaghana fundamentem wszelkiej aktywności chrześcijańskiej jest modlitwa i bez niej cały projekt nie ma szans powodzenia. O każdej porze dnia i nocy można poprosić o spowiedź dyżurującego księdza. Na terenie miasteczka obowiązuje całkowity zakaz sprzedaży środków antykoncepcyjnych oraz pism pornograficznych. Monaghan każdy dzień rozpoczyna lekturą Biblii i uczestnictwem w Eucharystii. Codziennie przesuwa w palcach paciorki różańca. Wielu uważa go za fanatyka. On tylko uśmiecha się, gdy patrzy na rozrost miasta, i mówi, że przypomina ono ziarno gorczycy: „Gdy się je wsiewa w ziemię, jest najmniejsze ze wszystkich nasion na ziemi. Lecz wsiane wyrasta i staje się większe od jarzyn; wypuszcza wielkie gałęzie, tak że ptaki powietrzne gnieżdżą się w jego cieniu”. Kampus rozrósł się w całe miasto. Zamieszkują je nie tylko studenci. Osiedla się w nim coraz więcej ludności, która pragnie prowadzić spokojne życie, oparte na tradycyjnych chrześcijańskich wartościach. W ciągu najbliższych lat ma przybyć 11 tysięcy domów. W czasie jednego ze spotkań św. Jan Paweł II powiedział do Monaghana, że Kościół bardzo potrzebuje dziś swoich świadków także w biznesie. To zainspirowało miliardera do założenia w roku 1987 organizacji Legatus, skupiającej biznesmenów, właścicieli, dyrektorów, menedżerów i prezesów firm, którzy są praktykującymi katolikami, a obrót ich spółek przekracza cztery miliony dolarów rocznie. Obecnie organizacja liczy ponad pięć tysięcy członków.

Niesieni zapachem chleba przenieśmy się z mojego rodzinnego domu i z pizzerii Domino’s Pizza na wzgórza galilejskie, gdzie nad Jeziorem Tyberiadzkim w dzisiejszej Tabdze Jezus dokonał cudu rozmnożenia chleba. Dla upamiętnienia tego wydarzenia zbudowano w tym miejscu kościół. Dzisiaj nie czuje się tam zapachu chleba tylko zapach spalenizny. Nienawiść, która jest zaprzeczeniem prawdziwego Boga swym niszczącym ogniem dotknęła świątynię. Sprawcy fałszywie pojmowanej religii podpalili ten kościół, zostawiając na ścianach napisy w języku hebrajskim, pochodzące z modlitwy odmawianej trzy razy dziennie przez praktykujących żydów, w której znajduje się prośba do Boga o unicestwienie bożków i pogan. Od dwóch tysięcy lat nie tylko kościoły, ale sami wyznawcy Chrystusa skazywani byli na śmierć w płomieniach, która rozpalała ludzka nieprawość i nienawiść. Ale te płomienie nie są w stanie strawić zapachu chleba, który Jezus rozmnożył nad Jeziorem Galilejskim. W Ewangelii na dzisiejszą niedzielę czytamy: „Jezus udał się za Jezioro Galilejskie, czyli Tyberiadzkie. Szedł za Nim wielki tłum, bo widziano znaki, jakie czynił na tych, którzy chorowali”. Ludzie byli tak zgłodniali prawdy bożej i znaków nieba, że zapomnieli o chlebie, który jest pokarmem ciała.  Pamiętał o tym Chrystus i rozmnożył dla nich chleb i ryby. Wszyscy wiedzieli, że to był cud. W Ewangelii czytamy: „A kiedy ci ludzie spostrzegli, jaki cud uczynił Jezus, mówili: ‘Ten prawdziwie jest prorokiem, który miał przyjść na świat’”.

Ten ziemski zapach chleba prowadził do zapachu chleba o którym mówił Jezus następnego dnia po rozmnożeniu chleba: „Troszczcie się nie o ten pokarm, który ginie, ale o ten, który trwa na wieki, a który da wam Syn Człowieczy. Jam jest chleb życia. Kto do Mnie przychodzi, nie będzie łaknął; a kto we Mnie wierzy, nigdy pragnąć nie będzie. Powiedziałem wam jednak: Widzieliście Mnie, a przecież nie wierzycie. Jam jest chleb życia. Ojcowie wasi jedli mannę na pustyni i pomarli. To jest chleb, który z nieba zstępuje: kto go spożywa, nie umrze. Ja jestem chlebem żywym, który zstąpił z nieba. Jeśli kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki. Chlebem, który Ja dam, jest moje ciało za życie świata”. Ten Chleb podnosi kapłan w czasie Mszy św. i w imieniu Chrystusa mówi: „Bierzcie i jedzcie, to jest Ciało moje, które za was będzie wydane” (Kurier Plus 2014).

 

 

NIEBIESKIE I PIEKIELNE BŁOGOSŁAWIEŃSTWO

W roku 1943, w gruszewskiej cerkwi miało miejsce przerażające nabożeństwo. Przy ołtarzu w połyskujących złotem szatach stanął prawosławny kaptan. W rękach trzymał księgę błogosławieństw. Zaś wierni wypełniający po brzegi cerkiew zamiast modlitewników i różańców trzymali w rękach narzędzia zbrodni: karabiny, pistolety, noże, siekiery, piły, łopaty. Przygotowywali się do rzezi Polaków. W czasie nabożeństwa jeden z Ukraińców w geście protestu krzyczał: „Ludzie, o czym wy mówicie, co wy chcecie zrobić?” Ukraińscy nacjonaliści byli bezlitośni także dla niego. Powiesili go, a dom jego rodziców spalili. To błogosławieństwo wpisywało się w tragiczne wydarzenie, które przeszło do historii pod nazwą Zbrodnia Wołyńska. Według szacunków Kurii Biskupiej w Łucku z rąk nacjonalistów zginęło około 100 tys. katolików, w tym 21 księży, 4 księży zostało ciężko rannych.

Zofia Szwal z Orzeszyna, miejscowości która dziś nie istnieje, wspomina:W tym lesie rozpoczął się niesamowity mord. To było coś niesamowitego. Tam czekali już Ukraińcy. Krew ludzka płynęła strumieniami. Zabijano siekierami i młotkami, strzelano do tych, którzy uciekali. Kto zginął od kuli, przynajmniej nie cierpiał tak jak inni. Przeżyła tylko jedna kobieta, która wszystko to widziała. Czy można sobie to wyobrazić…? W sumie w Orzeszynie zginęło około 300 osób, niektóre źródła podają więcej, inne mniej. Nie sposób tego dzisiaj wyliczyć. Kiedy w lesie trwała rzeź, Ukraińcy furmankami podjeżdżali do polskich domów i zabierali wszystko, co tylko się dało zabrać. Akcja była przygotowana do tego stopnia, że ustalono, kto przyjedzie do czyjego domu i co będzie zabierał. Z lasu uciekło kilkoro dzieci. Błąkały się, głodne i przestraszone, wracały w okolice swoich domów, zasypiały tam. A Ukraińcy z sąsiednich wiosek – którzy sami byli ojcami – szli i pałkami je zabijali. I jeszcze chwalili się, że udało im się upolować dziecko”.

W cerkwi gruszeckiej nie jeden raz była czytana Ewangelia, którą zacytowanem na wstępie, ale w tym tragicznym dniu od ołtarza nie popłynęły słowa błogosławieństwa, które spłynęły na tłumy ludzi zgromadzonych wokół Jezusa. Byli głodni i spragnieni. Modlitwa i błogosławieństwo Chrystusa sprawiły cud rozmnożenia chleba i ryb. Zgromadzeni zasycili głód i pragnienie. Ten cud jeszcze bardziej otworzył ich serca na pokarm z nieba, którym była Dobra Nowina, głoszona przez Jezusa. W ten cud Chrystus włączył dobroć i wysiłek ludzkich rąk. Pobłogosławił chleby i ryby, które ofiarował obecny tam chłopiec. Ta ofiarność stała się kluczem cudu rozmnożenia chleba. Ten cud jest zapowiedzią stołu Eucharystycznego, z którego spływa błogosławieństwo samego Boga, które staje się źródłem pełni życia tu na ziemi i w wieczności.Na sprawowanie Eucharystii przychodzimy z całym naszym życiem, takim, jakie ono w danym momencie jest, a więc z różnymi problemami, chorobami, często pełni różnego rodzaju napięć. Podczas Eucharystii kapłan mówi „Pan z wami”, co oznacza, że Jezus jest z nami we wszystkich doświadczeniach. Pan jest z nami nie tylko wówczas, kiedy jest nam dobrze, ale również – a może przede wszystkim – gdy jest nam źle. Bóg przypomina nam o tym przez kapłana. Dlatego słowa „Pan z wami” są dla nas źródłem błogosławieństwa. Na końcu Mszy św. ksiądz udziela nam w znaku krzyża błogosławieństwa, które czynione jest w imię Wszechmogącego Boga. Ma ono ogromne znaczenie. Z tym błogosławieństwem idziemy do domu, a z nami idzie nasz Pan. Wszystko odtąd może być inne jeśli otworzymy swoje serce na Bożą prawdę. Wtedy piekielne błogosławieństwo nie ma przystępu do nas.

Cud rozmnożenia chleba i Eucharystia piszą piękną historię zbawienia ludzkości i kadego z nas. Boże błogosławieństwo przez nasze ręce dociera do innych i rozmnaża dla nich chleb, który zaspakaja głód fizyczny i duchowy. Ten ostani jest najważniejszy. Papież Franciszek w czasie modlitwy Anioł Pański powiedział: „W tę niedzielę nadal czytamy szósty rozdział Ewangelii św. Jana. Po rozmnożeniu chlebów ludzie zaczęli szukać Jezusa i w końcu znaleźli Go w pobliżu Kafarnaum. On dobrze rozumie powody podążania za Nim z takim entuzjazmem i wyraźnie to ujawnia: «Szukacie Mnie nie dlatego, że widzieliście znaki, ale dlatego, że jedliście chleb do syta». W istocie ludzie ci idą za Nim ze względu na chleb materialny, który poprzedniego dnia zaspokoił ich głód, gdy Jezus dokonał rozmnożenia chleba; nie zrozumieli, że ten chleb, łamany dla wielu, był wyrazem miłości samego Jezusa. Przywiązywali większą wartość do tego chleba niż do jego dawcy. W obliczu tej ślepoty duchowej Jezus podkreśla potrzebę wyjścia poza ten dar i odkrycia, poznania dawcy. Sam Bóg jest darem, a także dawcą. I tak poczynając od tego chleba i tego gestu, ludzie mogą znaleźć Tego, który go daje, którym jest Bóg. Wzywa On do otwarcia się na perspektywę, która dotyczy nie tylko codziennych trosk o jedzenie, o odzienie, o powodzenie czy karierę. Jezus mówi o innym pokarmie, mówi o pokarmie, który nie ulega zniszczeniu, a którego dobrze jest szukać i go przyjmować. Zachęca On: «Zabiegajcie nie o ten pokarm, który niszczeje, ale o ten, który trwa na życie wieczne, a który da wam Syn Człowieczy». To znaczy szukajcie zbawienia, spotkania z Bogiem”.

Wpisywanie się bożego błogosławieństwa przybiera bardzo konkretną formą w naszym życiu. Tak jak w poniższej historii opisanej w książce Jessie Bazan „The examined life: What sustains you?” 50-letnia Maria pracuje na dużym stadionie sportowym. Sprząta toalety. Każdego dnia przychodzi do pracy, dźwigając trzy worki z plastikowymi pojemnikami na żywność. Jest małomówna i prawie się nie uśmiecha. Pewnego razu nowy ochroniarz sprawdził co ma w tych workach. Zobaczył plastikowe pojemniki, machnął ręka i powiedział: „wszystko jasne”. Po kilku dniach ochroniarz zapytał ją: „Przepraszam, że pytam, jestem po prostu ciekawy … do czego służą te pojemniki?”. Maria uśmiechnęła się życzliwie i zaczęła opowiadać swoją historię. Trzy lata temu Maria była bezdomna. Mieszkała pod wiaduktem autostrady, niedaleko stadionu, gdzie obecnie pracuję. Po pracy wiele czasu poświęca swojemu przyjacielowi, który ma problemy z poruszaniem się. Po każdym meczu Maria napełnia plastikowe pojemniki filetami z kurczaków, hamburgerami i innymi resztakamt pożywienia. Przynosi je do schroniska dla bezdomnych, w którym mieszkała. „To jest powodem, dla którego podjęłam się pracy na stadionie. Zazwyczaj pozostała żywność jest wyrzucana”- mówi Maria. Wzruszony ochroniarz zapytał, co ją motywuje do takiego działania. Na co Maria odpowiedziała: „Miłość do ludzi. Kiedy byłam bezdomna, czułam że jestem zła, że nie zasługuję na dobre życie. Pewnego dnia Ktoś odmienił takie myślenie, przełamał duchową barierę. Dostrzegłam dobro, którego wcześniej nie widzianam. Teraz po prostu wierzę w kochającego Boga i niosę Jego Dobrą Nowinę innym ludziom”.

Na koniec aż się ciśnie pytanie: Jakie błogosławieństwo niosę ludziom? Czy jestem sługą piekła, czy nieba?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *