11 Kwi

2 Niedziel Wielkanocna Rok A

 

BŁOGOSŁAWIENI, KTÓRZY NIE WIDZIELI A UWIERZYLI.   

Było to wieczorem owego pierwszego dnia tygodnia. Tam, gdzie przebywali uczniowie, drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami. Jezus wszedł, stanął pośrodku i rzekł do nich: ”Pokój wam!”. A to powiedziawszy, pokazał im ręce i bok. Uradowali się zatem uczniowie, ujrzawszy Pana.  A Jezus znowu rzekł do nich: ”Pokój wam! Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam”. Po tych słowach tchnął na nich i powiedział im: ”Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane”.Ale Tomasz, jeden z Dwunastu, zwany Didymos, nie był razem z nimi, kiedy przyszedł Jezus. Inni więc uczniowie mówili do niego: ”Widzieliśmy Pana!”.  Ale on rzekł do nich: ”Jeżeli na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ i nie włożę palca mego w miejsce gwoździ, i nie włożę ręki mojej do boku Jego, nie uwierzę”. A po ośmiu dniach, kiedy uczniowie Jego byli znowu wewnątrz domu i Tomasz z nimi, Jezus przyszedł mimo drzwi zamkniętych, stanął pośrodku i rzekł: ”Pokój wam!”. Następnie rzekł do Tomasza: ”Podnieś tutaj swój palec i zobacz moje ręce. Podnieś rękę i włóż ją do mego boku, i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym”. Tomasz Mu odpowiedział: ”Pan mój i Bóg mój!”. Powiedział mu Jezus: ”Uwierzyłeś, bo Mnie ujrzałeś; błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli”. I wiele innych znaków, których nie zapisano w tej księdze, uczynił Jezus wobec uczniów. Te zaś zapisano, abyście wierzyli, że Jezus jest Mesjaszem, Synem Bożym, i abyście wierząc, mieli życie w imię Jego  (J 20,19-31).

Zmartwychwstanie Chrystusa nie jest wydarzeniem czysto historycznym. Brak jest, bowiem bezpośrednich świadków tego wydarzenia, co więcej, nastąpiło tajemnicze przekroczenie granic czasu historycznego. Jezus po zmartwychwstaniu nie powrócił do życia doczesnego, ale przeszedł do życia eschatologicznego, ponadhistorycznego. A zatem zmartwychwstanie Chrystusa jest tajemnicą wiary będącej bardziej przedmiotem teologii niż historii. Jednak historia przybliża nas do tej tajemnicy, przytaczając świadectwa pośrednie, które można właściwie wytłumaczyć tylko w kontekście uznania tajemnicy zmartwychwstania. O jakie świadectwa tu chodzi?

Zmartwychwstanie było wypełnieniem proroctw Starego Testamentu. Na wiele lat przed tym wydarzeniem prorocy przepowiadali cierpienie, śmierć i zmartwychwstanie Chrystusa. Również sam Chrystus wiele razy zapowiadał swoją śmierć i zmartwychwstanie. Innym bardzo ważnym świadectwem jest pusty grób Jezusa. Jak wiemy, na prośbę Sanhedrynu, z obawy przed wykradzeniem ciała Jezusa, grób opieczętowano. Mimo to po trzech dniach grób okazał się pusty. Potwierdziło to wielu naocznych świadków. Następnym argumentem przemawiającym za zmartwychwstaniem jest nadzwyczajna przemiana duchowa uczniów Chrystusa. Po śmierci swego Mistrza uczniowie pogrążyli się w rozpaczy. Przerażeni szukali bezpiecznego schronienia. Aż tu nagle po kilku dniach od śmierci krzyżowej Chrystusa zauważamy u nich ogromną radość, entuzjazm i odwagę, i jak sami głoszą powodem tej przemiany jest zmartwychwstały Chrystus. Nawet w obliczu śmierci nie opuszcza ich pokój i radość; są pewni, że zmartwychwstały Chrystus przyjmie ich do swojej chwały. Głównym jednak świadectwem potwierdzającym wiarę w zmartwychwstanie są chrystofanie, czyli ukazywanie się zmartwychwstałego Jezusa. Jest wielu świadków, którzy widzieli, słyszeli, dotykali Chrystusa po zmartwychwstaniu, spożywali z Nim posiłek, rozmawiali.

Zacytowany na wstępie fragment Ewangelii przedstawia jedną z wielu chrystofanii. Jak trudno było uwierzyć w zmartwychwstanie Tomaszowi, jednemu z apostołów Chrystusa. Widział jak Jezus uzdrawiał chorych, uciszał burzę na morzu, rozmnażał chleb na pustkowiu, umarłych wskrzeszał, zapewne też pamiętał Jego zapewnienie, że po trzech zmartwychwstanie. Nie pomogły także słowa współbraci: „Widzieliśmy Pana!” Śmierć ma okrutną wymowę, zabiera wszelka nadzieję. Tomasz przygnieciony śmiercią Jezusa jest w stanie powiedzieć tylko: „Jeśli na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ, i nie włożę ręki w bok Jego, nie uwierzę”. Jakby tylko dla niego przychodzi Chrystus. Tomasz nie potrzebuje już dotykać ran jezusowych, aby wyznać: „Pan mój i Bóg mój”. Jezus przyszedł do Tomasza nie tylko ze względu na niego, ale także ze względu na tych, którzy nie będą mieli takiej łaski jak Tomasz dotknięcia Jezusa, a mimo to będą wierzyć w Niego. Chrystus przecież powiedział wtedy: „Błogosławieni, którzy nie widzieli a uwierzyli”.

Mamy, zatem wystarczającą ilość argumentów, aby rozumnie oczekiwać od Boga łaski wiary uzdalniającej nas do wyznania jak Tomasz: „Pan mój i Bóg mój”. Otrzymujemy tę łaskę pod warunkiem, że uczciwie poszukujemy prawdy tak jak to miało miejsce w życiu słynnego niedowiarka Lewa Wallace, który wykorzystywał każda okazję wyśmiania chrześcijaństwa.

Pewnego razu Wallace jechał pociągiem ze swym przyjacielem, który w pewnym momencie zwrócił się do niego tymi słowami: „ Ludzie ciągle są zafascynowani chrześcijaństwem i kochają człowieka imieniem Jezus Chrystus. Ty jesteś pisarzem. Dlaczego nie napiszesz książki, w której ukazałbyś, że chrześcijaństwo, Jezus Chrystus to wielkie oszustwo? Wallace będąc człowiekiem dokładnym i odpowiedzialnym, przed napisaniem książki o Jezusie zaczął bardzo gruntowne badania, poszukiwania materiałów potrzebnych do jej napisania. Rozpoczął od studiowania Biblii. Następnie zapoznał się z literaturą naukową na ten temat. W końcu pojechał do Ziemi Świętej. Rozmawiał tam z najwybitniejszymi profesorami uniwersyteckimi, rozmawiał także z prostymi ludźmi o głębokiej wierze. W oparciu o te poszukiwania, badania napisał książkę pt. „Ben Hur”. Głównym przesłaniem tej książki jest wyznanie setnika pod krzyżem, na którym umierał Chrystus: „Istotnie, ten człowiek był Synem Bożym”. Po napisaniu tej książki generał Lew Wallace uczynił to, czego nigdy się nie spodziewał, że może uczynić; wyznał, że Jezus jest Synem Bożym ( z książki Ku wolności).

 

ZAWIERZYĆ BOGU

Bracia trwali w nauce Apostołów i we wspólnocie, w łamaniu chleba i w modlitwie. Bojaźń ogarniała każdego, gdyż Apostołowie czynili wiele znaków i cudów. Ci wszyscy, co uwierzyli, przebywali razem i wszystko mieli wspólne. Sprzedawali majątki i dobra i rozdzielali je każdemu według potrzeby. Codziennie trwali jednomyślnie w świątyni, a łamiąc chleb po domach, przyjmowali posiłek z radością i prostotą serca. Wielbili Boga, a cały lud odnosił się do nich życzliwie. Pan zaś przymnażał im tych, którzy dostępowali zbawienia (Dz 2,42-47).

Sześć lat temu, w wigilię Niedzieli Bożego Miłosierdzia nasze myśli, nasze uczucia zdążały na watykańskie wzgórze, które tego wieczoru stało się wzgórzem Golgoty. Umierał tam bowiem nasz ukochany papież Jan Paweł II. Trudno było sobie wyobrazić Kościół, świat, nasze osobiste życie bez jego obecności. Łzami i natarczywą modlitwa chcieliśmy go zatrzymać jak najdłużej, a ona sam mówił: „Pozwólcie mi odejść do domu Ojca”. Ks. Czesław Drążek był jednym z, wielu, którzy stali na wzgórzu Golgoty Jana Pawła II. Na łamach czasopisma „Miłujcie się” wspomina: „Doznałem szczególnej łaski, że mogłem być przy łóżku Ojca Świętego 2 kwietnia wraz z Jego najbliższymi. Wszedłem do pokoju Ojca Świętego, by się pożegnać. Ukląkłem przy Jego łóżku. Trwała modlitwa I Nieszporów Niedzieli Miłosierdzia Bożego. Czytania mówiły o pustym grobie i zmartwychwstaniu Chrystusa, powracało słowo ‘Alleluja’. Na koniec odmówiliśmy ‘Magnificat’ i ‘Salve Regina’. Ojciec Święty raz po raz obejmował nas swoim spojrzeniem. Widać było, że mimo cierpienia włączał się w naszą modlitwę. Z placu św. Piotra, gdzie gromadziły się tysiące wiernych, szczególnie młodzieży, dochodziły okrzyki: ‘Giovanni Paolo’ i ‘Viva ii Papa!’. Miałem wrażenie, że słyszał te słowa. Naprzeciw łóżka Ojca Świętego na ścianie wisiał obraz umęczonego Chrystusa związanego powrozami – Ecce Homo, w który wpatrywał się podczas choroby. W zasięgu gasnących oczu Papieża znajdował się także obraz Matki Boskiej Częstochowskiej. Na stoliku stała fotografia Jego rodziców”.

O godz. 21.37 nasze serca zamarły w bólu, wtedy to, bowiem po raz ostatni uderzyło serce papieża. Kardynał Dziwisz tak wspomina ten moment: „Widziałem jak na monitorze serce biło, w pewnym momencie się zatrzymało. Wtedy zatrzymał się chyba cały świat. To było trzecie zatrzymanie w jego życiu. Pierwsze – wybór na papieża; potem – zamach, który wstrząsnął całym światem; i wreszcie śmierć – bo choć świat się spodziewał tej śmierci, też się zatrzymał”. Sebastian Karczewski w książeczce „Nasz człowiek w niebie” przytacza wypowiedź ks. Konrada Krajewskiego, ceremoniarza papieskiego: „Kiedy umarł Ojciec Święty, chodziłem po korytarzach watykańskich, wypełniając nadal swoją funkcję ceremoniarza, i płakałem. Chyba pierwszy raz w moim dorosłym życiu nie wstydziłem się łez. Ale były to łzy nad samym sobą: że nie jestem taki jak On, że nie jestem świętym kapłanem, że nie jestem całkowicie oddany Panu Bogu, że nie jestem po prostu Totus Tuus. To niesamowite. Miliony ludzi są przekonane, że znały Jana Pawła II z bliska, że znały Go osobiście. Kiedy cierpiał, odchodził, umierał, świat się zatrzymał, zapłakał, przyklęknął. I nie dziwię się temu. Bo Papież reprezentował Boga całym sobą. Dlatego ludzie tak bardzo się śpieszyli, aby się z Nim spotkać. Bo kto do Niego przychodził, spotykał Chrystusa. Oto tajemnica Jego świętości; całym sobą reprezentować Boga”.

O świętości Jana Pawła byliśmy wszyscy przekonani. I gdy minął ból fizycznego rozstania odczuwaliśmy coraz mocniej obecność Jana Pawła II w naszym życiu. Święci odchodzą do domu Ojca, aby jeszcze bardziej być z nami. Tak wielu modliło się za jego wstawiennictwem i tak wielu otrzymywało łaski z nieba. W tym także cuda uzdrowienia, które były potrzebne do oficjalnego ogłoszenia Sługi Bożego Jana Pawła II błogosławionym. Modliliśmy się zatem, aby jak najszybciej wyniesiono Jana Pawła II na ołtarze. Modlitwa została wysłuchana. Papież Benedykt XVI wyraził zgodę na ogłoszenie dekretu o uznaniu cudu za wstawiennictwem Jana Pawła II, co formalnie kończyło proces beatyfikacyjny papieża. Uroczystość wyniesienia Jana Pawła II na ołtarze przypadła w Niedzielę Miłosierdzia Bożego, święta ustanowionego przez papieża. W Komunikacie krakowskiej kurii metropolitarnej, gdzie Jan Paweł II był przez lata ordynariuszem  czytamy: „Jesteśmy wdzięczni miłosiernemu Bogu za wysłuchanie modlitw, jakie płynęły z całego Kościoła, o dar wyniesienia na ołtarze wielkiego Sługi Sług Bożych, Pasterza całego Kościoła, tak drogiego nam Jana Pawła II. Dziękujemy Ojcu Świętemu Benedyktowi XVI za zamknięcie procesu beatyfikacyjnego, a także za wybranie na dzień beatyfikacji Niedzieli Miłosierdzia Bożego. Decyzję tę odczytujemy jako znak, który skłania nas do jeszcze większego otwarcia się na dar Bożego Miłosierdzia i jeszcze gorliwszego niesienia światu ognia miłosierdzia, do czego wzywał nas Jan Paweł II w czasie całego swojego pontyfikatu”.

Dzisiaj 1 maja radujemy się, że możemy oficjalnie mówić błogosławiony Jan Paweł II. Nasz osobiste przekonanie o świętości Jana Pawła II zostało potwierdzone autorytetem Kościoła. Możemy powiedzieć, że dzisiaj Kosciół oficjalnie ogłosił spełnienie w życiu Jana Pawła II błogosławieństwa Jezusa z dzisiejszej niedzieli. Zmartwychwstały Jezus ukazał się apostołom, wśród których nie było Tomasza. Uradowani apostołowie mówili mu, że widzieli Pana, a on odpowiedział: „Jeżeli na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ i nie włożę palca mego w miejsce gwoździ, i nie włożę ręki mojej do boku Jego, nie uwierzę”. Po ośmiu dniach, gdy wszyscy apostołowie byli razem przyszedł do nich zmartwychwstały Chrystus i powiedział do Tomasza: „Podnieś tutaj swój palec i zobacz moje ręce. Podnieś rękę i włóż ją do mego boku, i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym”. Tomasz nie potrzebował już tego czynić. Padł na kolana i wyznał swoją wiarę. A Jezus powiedział do niego: „Uwierzyłeś, bo Mnie ujrzałeś; błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli”.

Wiara jest drogą prowadząca do nieba, do grona błogosławionych, inaczej zbawionych, szczęśliwych. Nie widzieliśmy Jezusa swymi zmysłami, tak jak Tomasz, ale wierzymy. Bóg powołuje spośród nas tytanów, których wiara jest mocna jak skała. Budzą oni i umacniają wiarę innych. Do takich tytanów wiary należy błogosławiony Jan Paweł II. Został wyniesiony na ołtarze, abyśmy lepiej dostrzegali jego wiarę oraz świętość i za jego wstawiennictwem prosili Boga o uświęcenie naszego życia. Błogosławiony przypomina i przybliża nam tajemnicę Bożego Miłosierdzia. Nawet gdybyśmy daleko odeszli od Boga, to mamy szansę powrotu, bo Bóg jest miłosierny. W naszych czasach Bóg objawił swoje miłosierdzie przez św. Faustynę Kowalską. A niezrównanym orędownikiem tych objawień był błogosławiony Jan Paweł II.

Zacytowany na wstępie fragment z Dziejów Apostolskich przypomina nam, że uświęcamy się i zdobywamy niebo we wspólnocie, we wspólnocie Kościoła. W życie tej wspólnoty ma być wkomponowana nasza wiara, nasza osobista relacja z Bogiem. Na zakończenie prośmy Boga o zapał wiary w życiu codziennym słowami poety Czesława Miłosza:

„Panie, czasami nic mi się nie chce i mam wszystkiego dość.

Kiedy dopada mnie znużenie, obojętność, zniechęcenie,

apatia, nuda lub „smutek tego świata” (2Kor 7,10)

nie zostawiaj mnie samego.

Poślij mi anioła, który mnie wyrwie z leniwego odrętwienia.

Jezu, który napracowałeś się dla naszego zbawienia,

proszę, oddal ode mnie wszelką duchową ociężałość.

Usuwaj z serca zgorzknienie, odnawiaj gorliwość w czynieniu tego,

co dobre, święte, pożyteczne.

Daj świeżość mojej modlitwie, zapał w pracy,

radość w służeniu Tobie i bliźnim.

Naucz mnie mądrze korzystać z daru czasu.

Niech budzi mnie anielskie wołanie

„zaraz dzień, jeszcze jeden, zrób co możesz” (z książki Bóg na drogach naszej codzienności).

 

ZAWSZE NADZIEJA

Niech będzie błogosławiony Bóg i Ojciec Pana naszego, Jezusa Chrystusa. On w swoim wielkim miłosierdziu przez powstanie z martwych Jezusa Chrystusa na nowo zrodził nas do żywej nadziei: do dziedzictwa niezniszczalnego i niepokalanego, i niewiędnącego, które jest zachowane dla was w niebie. Wy bowiem jesteście przez wiarę strzeżeni mocą Bożą do zbawienia, gotowego na to, aby się objawić w czasie ostatecznym. Dlatego radujcie się, choć teraz musicie doznać trochę smutku przez różnorodne doświadczenia (1 P 1,3-6).

W filmie I. Bergmana „Siódma pieczęć” ma miejsce następujący dialog. Rycerz: „Dlaczego Bóg ukrywa się przed nami? Dlaczego nie ukazuje się nam? Dlaczego Bóg nie wyciąga ręki, aby nas dotknąć? Dlaczego nie odezwie się do nas choćby najmniejszym słowem?” Śmierć: „Bóg nigdy nie czyni tego. Nie wyciąga ręki do człowieka. Nic nie mówi. Jedynie milczy”. Rycerz: „Masz rację! Nie widzimy czynów Boga. Nie daje On odczuć swojej obecności. Nie mówi do nas. Czasami zadaję sobie pytanie, czy On istnieje”. Śmierć: „Może rzeczywiście Go tam nie ma. Może nikogo tam nie ma. Może jesteśmy tutaj tylko sami. Czy myślałeś o tym kiedykolwiek?” Są to dylematy człowieka doby współczesnej.

W czasach Chrystusa wiara w istnienie Boga była powszechna. Nikomu nie przychodziło do głowy, aby wątpić w Jego istnienie. Ten problem nie istniał dla uczniów Chrystusa nawet po śmierci krzyżowej ich Mistrza. Na bazie wiary w Boga rodziła się z wielkim trudem wiara w zmartwychwstanie Chrystusa. Zmartwychwstanie stawało się fundamentem wiary w Chrystusa jako Boga. Pusty grób Chrystusa i chrystofanie, czyli ukazywanie się Jezusa po zmartwychwstaniu legły u podstaw tej wiary.

Pierwszymi świadkami pustego grobu były kobiety. Widziały one śmierć i pogrzeb Jezusa, pamiętały, że opuszczono pewne czynności kultowe związane z pogrzebem, ponieważ zabrakło czasu przed świętem, w czasie którego prawo zakazywało takich działań. Poszły więc w poranek wielkanocny do grobu, aby namaścić zwłoki Mistrza. Lecz to, co zastały na miejscu, pomieszało im szyki; stały bezradne i nagle zobaczyły młodzieńca ubranego w białą szatę. Przestraszyły się i pochyliły głowy, a on do nich powiedział: „Nie bójcie się! Szukacie Jezusa z Nazaretu, ukrzyżowanego. Dlaczego szukacie żyjącego wśród umarłych? Nie ma Go tu. Zmartwychwstał, jak powiedział, będąc jeszcze w Galilei: Syn Człowieczy musi być wydany w ręce grzeszników i ukrzyżowany, lecz trzeciego dnia zmartwychwstaniec Chodźcie, zobaczcie miejsce, gdzie Go położono. A teraz idźcie szybko i powiedzcie Jego uczniom i Piotrowi: Powstał z martwych i oto udaje się przed wami do Galilei. Tam Go ujrzycie, jak wam powiedział. One pośpiesznie oddaliły się od grobu z bojaźnią i wielką radością, aby oznajmić uczniom, co się wydarzyło”. Piotr i Jan biegną do grobu i na własne oczy widzą, że kobiety mówiły prawdę. Jednak ta opowieść czy inna — o Piotrze i Janie biegnących do grobu, w którym znaleźli płótna i chustę — stanowią pośredni dowód zmartwychwstania Chrystusa. Natomiast historycznym sprawdzianem zmartwychwstania są chrystofanie (od greckiego Christos i fainomai — pokazywać się, objawiać). Chrystus ukazał się Piotrowi, potem jedenastu apostołom, następnie ponad pięciuset uczniom. Najstarsza opowieść o chrystofaniach, oparta na wcześniejszych relacjach, znajduje się w Pierwszym Liście do Koryntian. Św. Paweł pisze, że Chrystus ukazał się najpierw wyznawcom, później Jakubowi i wszystkim apostołom, wreszcie jemu samemu.

Niedowiarstwo św. Tomasza sprawiło, że w Ewangelii znalazła się jedna z najbardziej sugestywnych chrystofanii. Możemy pytać, dlaczego Tomaszowi było trudniej uwierzyć w zmartwychwstanie Chrystusa, aniżeli innym apostołom. Na jeden z tropów wyjaśniających niedowiarstwo św. Tomasza naprowadza nas stwierdzenie, że Tomasza nie było z apostołami, gdy się Ten ukazał. Prawdopodobnie Wielki Piątek był dla Tomasza dniem klęski. Swoje cierpienie pożywał w samotności. Stronił od ludzi. Tak bywa nieraz, że człowiek cierpiący zamiast szukać oparcia we wspólnocie, stroni od niej. A wtedy trudniej odnaleźć sens swego cierpienia i nadzieję. Tomasz spotyka współbraci, ale nie chce im uwierzyć. Żąda szczególnego dowodu: “Jeżeli na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ i nie włożę palca mego w miejsce gwoździ, i ręki mojej nie włożę w bok Jego, nie uwierzę”. Jak gdyby w łonie wspólnoty Kościoła, doświadcza on obecności Chrystusa i wyznaje: „Pan mój i Bóg mój”.

Wspólnota pierwszych chrześcijan była miejscem, gdzie rodziła się wiara w zmartwychwstanie Chrystusa. Pierwsi chrześcijanie świadczyli nie tylko słowem o zmartwychwstaniu, ale przede wszystkim czynem. W Dziejach Apostolskich czytamy: „Bracia trwali w nauce apostołów i we wspólnocie, w łamaniu chleba i modlitwie. Bojaźń ogarniała każdego, gdyż apostołowie czynili wiele znaków i cudów. Ci wszyscy, co uwierzyli, przebywali razem i wszystko mieli wspólne. Sprzedawali majątki i dobra i rozdzielali je każdemu według potrzeby. Codziennie trwali jednomyślnie w świątyni, łamiąc chleb po domach, przyjmowali posiłek z radością i prostotą serca. Wielbili Boga, a cały lud odnosił się do nich życzliwie” (Dz 2, 42-46). Patrząc na życie uczniów Chrystusa nie było żadnych wątpliwości, że doświadczyli oni mocy zmartwychwstałego Pana. Za tę prawdę gotowi byli oddać swe życie.

A ponadto Chrystus daje człowiekowi łaskę, by ten szukając Boga, odnalazł Go najpełniej we wspólnocie, którą On sam założył. Na początku lat 70, grupa małżeństw założyła wspólnotę. Wszystko mieli wspólne. Chcieli także stworzyć dla swoich dzieci środowisko wolne od narkotyków i innych dewiacji. Byli to ludzie obojętni religijnie, chociaż kiedyś należeli do różnych grup wyznaniowych. Z czasem jednak odczuli potrzebę wartości religijnym w swoim życiu. Zaczęli wspólnie studiować różne religie. W czasie tych studiów doszli do wniosku, że jeśli Bóg tak bardzo kocha ludzi to powinien stać się jednym z nich, tak jak uczą chrześcijanie. A zatem zaczęli żyć według nauki Chrystusa, nie nazywając siebie chrześcijanami. Kiedy Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych zalegalizował aborcję, wspólnota ta ceniąca życie ludzkie i wartości rodzinne, była zaszokowana. Doszli wtedy do wniosku, że ci chrześcijanie, którzy najbardziej zdecydowanie stają w obronie poczętego życia, najpełniej prezentują Kościół założony przez Chrystusa. Po długich poszukiwaniach zdecydowali się stać członkami Kościoła Katolickiego. Zaczęli współpracować z zakonem dominikanów. I stworzyli Dominikańską Wspólnotę Św. Marcina de Porres „Nowa Nadzieja” (z książki Nie ma innej Ziemi Obiecanej).

 

DARY CHRYSTUSA ZMARTWYCHWSTAŁEGO

Campbell Morgan już w wieku 19 lat był wziętym kaznodzieją. Jednak po wpływem niektórych dzieł naukowych, gnostyckich, takich autorów jak Karol Darwin, Jan Tyndall, Tomasz Huxley i Herbert Spencer oraz dyskusji na tematy poruszane w tych książkach do jego serca zaczęły wkradać się wątpliwości odnośnie prawd zawartych w Biblii. Postanowił coś z tym zrobić. A mianowicie, schował wszystkie te książki do szafy i zamknął na klucz. Następnie poszedł do najbliższej księgarni i kupił nowy egzemplarz Biblii. Myślał sobie: „Ojciec wszczepił we mnie mocną wiarę, że Biblia jest Słowem Bożym. Teraz pojawiły się pewne wątpliwości. Stąd też, aby przekonać się, czy Biblia jest rzeczywiście Słowem Bożym, powinienem otwartym umysłem, bez żadnych uprzedzeń rozważyć ją od nowa. Na tej drodze dojdę do absolutnej pewności odnośnie prawdy biblijnej”. Jaki był rezultat tego dogłębnego studiowania i rozważania Biblii? „Biblia odnalazła mnie”- powiedział Morgan. To nowe doświadczenie, zdobyta pewność, że Biblia jest autentycznym Słowem Bożym zmotywowały go jeszcze gorliwszego głoszenia bożej nauki. Całe swoje życie poświęcił studiowaniu i głoszeniu Słowa Bożego (Wycliffe Handbook of Preaching & Preachers).

Współczesny świat bombarduje nas informacjami, które bardzo często mają za cel podkopanie naszej wiary. Informacje te szerzą z uporem maniaka najczęściej ślepcy, którzy utracili wzrok wiary i nie mogą się pogodzić, że ktoś inny widzi więcej. Szczególnie w okresie Wielkanocy media, zarówno w Ameryce jaki i Polsce przytaczają „rewelacyjne” odkrycia. I tak na Wielkanoc 2006 roku Gazeta Wyborcza, a za nią wiele innych gazet opublikowała informacje o odkryciu, które miało odmienić oblicze chrześcijaństwa. Chodziło tu o „odkrycie” Ewangelii Judasza, która fałszywie przedstawia prawdy ewangeliczne. W rzeczywistości nie było to żadne odkrycie. Ewangelia Judasza była znana od dawna jako jeden z wielu apokryfów, ksiąg pisanych przez nieznanych autorów, którzy podszywali się pod znane postacie biblijne. Nie zasługują one na większą uwagę, tym bardziej na wiarę. Jednak podgrzano i rozpropagowano to „odkrycie”, licząc, że zamąci to w głowach ludzi małej wiary. Później były „rewelacje” w tych samych mediach o Marii Magdalenie jako żonie Jezusa i ich rzekomych dzieciach. Nakręcono nawet o tym film. Zekranizowano także inną „rewelację naukową”, powielaną z wielką lubością przez media nieprzychylne religii, a mianowicie odlezienie grobu, ze szczątkami Jezusa. Oczywiście dzisiaj nie pisze się o tych „wielkich odkryciach naukowych”, bo jak długo można powtarzać głupstwa nie narażając samych siebie na ośmieszenie. Informacje, których celem jest sianie zamętu, właściwie odebrane mogą się stać impulsem do pogłębienia wiary i jeszcze pełniejszego odnalezienia Boga. Pod warunkiem jednak, że tak jak wspomniany na początku Morgan, prawdy będziemy szukać w bliskości Jezusa. Wtedy Biblia nas odnajdzie, wtedy nas odnajdzie Zbawiciel.

Ewangelię o wątpiącym Tomaszu możemy odebrać także jako wezwanie, aby w bliskości Jezusa szukać umocnienia wiary, gdy w sercu rodzą się wątpliwości. Tomaszowi trudno było uwierzyć, że stała się rzecz niemożliwa: Chrystus zmartwychwstał. Jednak zachował iskierkę nadziei, która skłoniła go do szukania w bliskości Chrystusa wiary w zmartwychwstanie: „Jeżeli na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ i nie włożę palca mego w miejsce gwoździ, i ręki mojej nie włożę w bok Jego, nie uwierzę”. Jest to trochę zawstydzające żądanie materialnego, namacalnego dowodu zmartwychwstania. Nie wystarczyło mu świadectwo współbraci, niewiele znaczyły wcześniejsze zapowiedzi Chrystusa o zmartwychwstaniu. Tomasz nie utracił jednak całkowicie wiary, tylko nie dowierzał. Liczył na spotkanie Chrystusa, który zaradzi jego niedowiarstwu. Chrystus dał mu taką szansę. Przyszedł jakby tylko dla niego. A gdy Tomasz ujrzał swego Mistrza wyznał: „Pan mój i Bóg mój”. A wtedy Jezus pobłogosławił tych, którym do uwierzenia wystarcza duchowe spotkanie z Nim: „Uwierzyłeś, bo Mnie ujrzałeś; błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli”. Błogosławieni, inaczej szczęśliwi, to ci którzy na drodze duchowych spotkań z Jezusem umacniają swoją wiarę w zmartwychwstanie. Są oni szczęśliwi, bo przez tę wiarę, zmartwychwstanie staje się ich udziałem.

Zmartwychwstały Chrystus zostawił dary, które ułatwiają nam spotkanie z Nim. Święty Jan wymienia następujące dary: pokój, misja głoszenia dobrej nowiny o zbawieniu, Duch Święty, miłosierdzie wyrażające się w odpuszczeniu grzechów. Zalęknieni Apostołowie czekali w Wieczerniku na dalszy ciąg wydarzeń. A oto nagle staje przed nimi Chrystus zmartwychwstały i mówi: „Pokój wam”. Nawet gdyby nie padły te słowa, to sama obecność Chrystusa była źródłem ogromnej radości i pokoju. Współczesny człowiek staje w obliczu sytuacji lękowych, jak śmierć, terroryzm, choroby, katastrofy, lęk przed przyszłością, skłonność do grzechu. Jeśli w tej sytuacji będziemy szukać bliskości Jezusa, to stanie On przy nas i usłyszymy Jego sowa: „Pokój wam”. Za tymi słowami kryje się realna rzeczywistość pokoju, sięgającego nieba. Chrystus dał uczniom nie tylko udział w swoim zmartwychwstaniu, ale powierzył im misję głoszenia dobrej nowiny: „Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam”. Aby mogli wykonywać dobrze tę misję Chrystus daje im trzeci dar, a mianowicie Ducha Świętego. „Weźmijcie Ducha Świętego!”. Duch Święty umacnia ich wewnętrznie i w Jego mocy mogą odpuszczać grzechy: „Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane”. I to jest czwarty dar Chrystusa zmartwychwstałego dla swoich uczniów.

Ten dar jest ważny, bo uzdalnia nas do zbawczego przyjęcia wszystkich darów Jezusa. Grzech uniemożliwia przyjęcie pokoju, wypełnienie posłannictwa głoszenia dobrej nowiny o zbawieniu i przyjęcie Ducha świętego. Ten dar jest owocem Bożego Miłosierdzia, objawionego w ostatnim czasie Siostrze Faustynie Kowalskiej, a publicznie potwierdzonego przez papieża Jana Pawła II, który ustanowił niedzielę dzisiejszą Niedzielą Miłosierdzia Bożego. Kult Bożego Miłosierdzia ma przygotować świat na czasy ostateczne. Boże Miłosierdzie jest dominującym elementem sakramentu pojednania, spowiedzi. Papież Benedykt XVI powiedział: „Położenie nacisku na oskarżenie za grzechy, które też musi mieć miejsce i dlatego należy pomagać wiernym w zrozumieniu jego znaczenia, grozi zepchnięciem na drugi plan tego, co jest w nim zasadnicze, mianowicie osobistego spotkania z Bogiem, Ojcem dobroci i miłosierdzia. W sercu sprawowania tego sakramentu znajduje się nie grzech, lecz miłosierdzie Boże, które jest nieskończenie większe od wszelkiej naszej winy”.

Chrystus objawiając siostrze Faustynie Boże Miłosierdzie, chciał aby docierało ono do nas także w materialnym kształcie obrazu, który nakazał namalować: „Wymaluj obraz według wzoru, który widzisz, z podpisem: Jezu, ufam Tobie. Pragnę, aby ten obraz czczono najpierw w waszej kaplicy, a potem na całym świecie. Obiecuję, że dusza, która czcić będzie ten obraz, nie zginie. Obiecuję już tu na ziemi zwycięstwo nad nieprzyjaciółmi, szczególniej w godzinę śmierci. Ja, Pan, bronić jej będę jako chwały swojej” (z książki W poszukiwaniu mądrości życia).

 

ŚWIĘTY TOMASZ APOSTOŁ

Do imienia św. Tomasza Apostoła często dodaje się określenie „Niewierny”. Nie mógł on uwierzyć relacjom apostołów, którzy widzieli Chrystusa zmartwychwstałego. Pragnął osobiści doświadczyć tej prawdy w całej rozciągłości, także na płaszczyźnie zmysłowej – po prostu chciał dotknąć zmartwychwstałego Jezusa. Ta pokusa, a może raczej pragnienie drzemie w sercach wielu wierzących. Wystarczy, że pojawi się plotka o jakimś domniemanym cudzie, a już ciągną tam rzesze wiernych. Cud jawi się jako namacalny znak istnienia Boga. A zatem św. Tomasz Apostoł mógłby być szczególnym patronem wielu z nas.

Życie świętego Tomasza Apostoła, a w zasadzie jego niewielkie fragmenty znamy z Ewangelii. Resztę dopisuje bardzo bogata tradycja chrześcijańska i liczne apokryfy, w których zapewne zachowały się okruchy prawdy o życiu św. Tomasza. Ewangelia nie mówi o okolicznościach powołania św. Tomasza. Wiemy jednak, że nie należał do pierwszy ani do ostatnich powołanych. Prawdopodobnie pochodził z ubogiej rodziny galilejskiej i niewykluczone, że był rybakiem. Pierwszy raz spotykamy Tomasza na kartach Ewangelii, gdy Jezus dowiedział się o chorobie swego przyjaciela Łazarza i zamierzał udać się jego domu w Betanii. Podróż do Betanii w tym czasie wiązała się z pewnym niebezpieczeństwem, ponieważ już wtedy starszyzna żydowska powzięła zamiar pojmania Jezusa. Jeden z uczniów ostrzega Jezusa „Rabbi, dopiero co Żydzi usiłowali cię ukamienować i znów tam idziesz?” Betania leżała w pobliżu Jerozolimy, centrum życia religijnego, a wiec tutaj było najniebezpieczniej dla Proroka z Galilei. Gdy Tomasz zauważył, że decyzja Jezusa odwiedzenia przyjaciół w Betanii jest nieodwołalna ze smutkiem i rezygnacją skonstatował: „Chodźmy także i my, aby razem z nim umrzeć”. Mimo wszystko chce towarzyszyć Chrystusowi z pewną dozą niedowiarstwa, które utrudniało mu przyjęcia prawdy, że Ten, który sam wskrzeszał zmarłych nie może skończyć tak jak zwykły śmiertelnik. Ale w takim myśleniu zapewne nie był odosobniony. Wielu z uczniów Jezusa zwątpiło w Niego, gdy On umierał na krzyżu.

Następnie widzimy św. Tomasza na ostatniej wieczerzy. Jezus mówi o swoim odejściu, które jest konieczne, aby przygotować dla swoich uczniów miejsce w domu Ojca niebieskiego. Na zakończenie dodaje: „Znacie drogę, dokąd ja idę”. I wtedy zabierał głos Tomasz: „Panie nie wiemy, dokąd idziesz. Jak więc możemy znać drogę?” Tomasz myślał bardzo konkretnie chciał mieć namacalną pewność, co do Chrystusa i co do swojej przyszłości. Zapewne odpowiedź Jezusa: „Ja jestem drogą i prawdą, i życiem” nie była dla niego do końca zrozumiała. Ale najgorsze miało miejsce, gdy Chrystus umierał na krzyżu. To było nie do przyjęcia dla Tomasza. Wyglądało to na totalną klęskę. Stąd też tak trudno było uwierzyć Tomaszowi w zmartwychwstanie Chrystusa. Ale dzięki temu niedowiarstwu mamy jedno z najbardziej przejmujących i wymownych spotkań z Jezusem zmartwychwstałym.

Tomasz pozostał zamknięty na słowa, radość i entuzjazm apostołów, mówiących o spotkaniu ze zmartwychwstałym Chrystusem. Kiedy Apostołowie przekonywali go, że widzieli zmartwychwstałego Pana na własne oczy, on odpowiedział: „Jeżeli na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ i nie włożę ręki mojej do boku Jego, nie uwierzę!”. Chrystus, jakby tylko dla Tomasza a może i dla nas, niedowierzających, po ośmiu dniach ukazał się ponownie Apostołom w Wieczerniku. Przyszedł do nich z życzeniami pokoju, a do Tomasza powiedział jakby z wyrzutem: „Podnieś tutaj swój palec i zobacz moje ręce. Podnieś rękę i włóż rękę do mego boku i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym”. To nie było potrzebne Tomaszowi, przekonany i uradowany woła: „Pan mój i Bóg mój”. Na to Chrystus: „Uwierzyłeś dlatego, ponieważ Mnie ujrzałeś? Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli (J 20,19-29). Ostatni raz spotykamy św. Tomasza na kartach Ewangelii jako świadka cudownego połowu ryb po zmartwychwstaniu Pana Jezusa.

O późniejszych losach Tomasza, po Zesłaniu Ducha Świętego dowiadujemy się z tradycji chrześcijańskiej i apokryfów, które są nieraz rozbieżne w swych relacjach.  Apokryf „Historia Abgara” pisze o działalności misyjnej św. Tomasza w Mezopotamii, dzisiejszych terenach Iraku, Iranu i Syrii. Apokryf wspomina króla tego kraju, który śmiertelnie zachorował i napisał list do Pana Jezusa, by Ten przybył do jego kraju i go uzdrowił. Pan Jezus odpowiedział Abgarowi, że wyśle do niego swego ucznia. Spełnił to jednak dopiero po swoim zmartwychwstaniu, posyłając świętego Tomasza. Apostoł po przybyciu na miejsce uzdrowił króla i zasiał na tamtym terenie ziarno Ewangelii.

 Na koniec św. Tomasz miał przybyć do Indii. Według apokryfów znalazł się tam za sprawą indyjskiego króla Gondophernesa, który pragnąc wznieść miasto wysłał posłańca do Syrii po architekta, ten jednak zamiast z architektem powrócił z Tomaszem, który miał pouczyć króla o mieście wzniesionym nie ludzkimi dłońmi. Mimo pierwszego zawodu, święty Tomasz zjednał sobie króla, który nawrócił się wraz z siedmioma rodzinami bramińskimi. Tomasz bardzo owocnie apostołował w Indiach, aż do czasu, gdy na rozkazu następnego króla Misdeosa około roku 67 został skazany na śmierć. Ciało męczennika pochowano w Mailapur koło Madrasu. To tutaj znajduje się najsłynniejsze sanktuarium św. Tomasza, do którego do dzisiaj przybywają liczni pielgrzymi, są wśród nich także poganie. Do św. Tomasza Apostoła, jako swego założyciela odwołuje się powstały w Indiach Kościół wschodni katolicki rytu Syryjsko- Malabarskiego. Początki tego kościoła sięgają pierwszych wieków chrześcijaństwa. Gdy XVI wieku do Indii przybyli Portugalczycy spotkali w Mailapur niewielki kościółek i grupę chrześcijan, którzy zaprowadzili Portugalczyków na grób Tomasza Apostoła (z książki Wypłynęli na głębię).

 

„RADUJCIE SIĘ ”

„Alleluja! biją dzwony, / Głosząc w świata wszystkie strony, / Że zmartwychwstał Pan. / Alleluja, alleluja, alleluja! / Biję długo i radośnie, / Że aż w piersiach serce rośnie”. Rezurekcyjne dzwony i radosne pieśni wielkanocne brzmią przez całą oktawę tak samo uroczyście jak w dniu Zmartwychwstania Pańskiego. Cud Zmartwychwstania jest tak wielkim i radosnym wydarzeniem, że jeden dzień nie wystarcza, aby ogarnąć sprawy, które łączą niebo z ziemią. Dlatego Kościół obchodzi Oktawę Wielkiej Nocy. Przez kolejnych osiem dni, tak samo uroczyście świętujemy dzień Zmartwychwstania Pańskiego. Okres ośmiu dni traktowany jest jak jeden dzień jako jedno święto. Teksty liturgiczne i biblijne wszystkich dni oktawy Wielkanocy nawiązują bezpośrednio do wydarzenia zmartwychwstania Jezusa. Oktawa Wielkanocy nazywana jest białym tygodniem, a jest to związane z tradycją Kościoła sięgająca pierwszych wieków. Otóż, neofici, którzy przyjęli chrzest w czasie liturgii Wielkanocnej przez cały tydzień chodzili na Mszę św. w białych szatach. Niedziela w wielkanocnej oktawie była nazywana Białą Niedzielą. Jednak za sprawą św. Jana Pawła II, od roku 2000 obchodzimy ją jako Niedzielę Miłosierdzia Bożego.

W roku 2014 Oktawa Wielkanocy ma wyjątkowo radosny charakter. Czekamy bowiem na kanonizację bł. Jana Pawła II, która będzie miała miejsce 27 kwietnia w Niedzielę Miłosierdzia Bożego. Z pewnością dla tych, którzy pielgrzymują do Rzymu na tę uroczystość, ta Oktawa zapisze się w pamięci na całe życie. Z grupą nowojorskich pielgrzymów wybierałem się na te uroczystości. Wanda, jedna z uczestniczek tej pielgrzymki napisała: „Dzień kanonizacji bł. Jana Pawła II jest dla mnie dniem szczególnym. Byłam dzieckiem, kiedy to kardynał Karol Wojtyła został biskupem Rzymu. Dobrze pamiętam moją rodzinę zgromadzoną przed telewizorem, jak z uwagą i nabożnością oglądała transmisję z Watykanu: ‘Polak – papieżem.’ Później były pielgrzymki papieża do Polski. Wpatrzona w ekran telewizora słuchałam z zapartym tchem jego homilii. Kiedykolwiek Ojciec św. pojawiał się w telewizji, choćby w krótkiej migawce, w moim domu robiło się cicho, wszyscy milkli, nawet dzieci przestawały rozmawiać, wpatrując się w postać papieża, jak w świętego. Był on naszym papieżem, papieżem naszych rodzin, pochylał się nad każdym chorym, cierpiącym. Sam cierpiał na oczach całego świata, dając nam przykład jak godnie i z pokorą dźwigać krzyż cierpienia.

Nigdy nie miałam okazji, aby osobiście spotkać papieża, chociażby z daleka. Pragnienie tego spotkania towarzyszyło mi przez całe moje życie. Nie raz próbowałam sobie wyobrazić, jak jestem w tłumie ludzi czekających na Ojca św. Śmierć papieża przeżyłam głęboko, tak jak każdy z nas. Miałam jednak świadomość, że Jan Paweł II odszedł do domu Ojca. W krótkim czasie nasz papież został beatyfikowany. Tysiące ludzi uczestniczyło w tej uroczystości, a ja oglądałam transmisję w telewizji. I nadszedł dzień kanonizacji bł. Jana Pawła II. W tym dniu mija 20 lat od mojego przyjazdu do Ameryki. Dziękując Bogu za te lata, za moją wspaniałą rodzinę, męża, dzieci, rodziców, rodzeństwo i za wszystkich życzliwych mi ludzi, pragnę podjąć trud pielgrzymki na tę uroczystość. Tym razem nie przed telewizorem, ale na żywo będę mogła doświadczyć wyjątkowego spotkania ze św. Janem Pawłem II”.

Św. Piotr w liście zacytowanym na wstępie tych rozważań wzywa nas do radości, której źródłem jest nadzieja zmartwychwstałego Chrystusa, który przeszedł trudną drogę, która u kresu ziemskiego życia stała się droga krzyżową. Po cierpieniu zostało wspomnienie, a pozostała chwała i radość zmartwychwstania. Jakże często w naszą życiową wędrówkę wpisuje się cierpienie i krzyż. Jak trudno w takich momentach odnaleźć nadzieję, która rodzi radość. Warto wtedy przypomnieć sobie słowa św. Piotra, który wskazuje na Chrystusa zmartwychwstałego jako źródło naszej nadziei i radości. Wystarczy zaprosić Chrystusa, aby towarzyszył nam w naszej ziemskiej wędrówce, a wtedy, nawet te najtrudniejsze chwile będą opromienione blaskiem zwycięstwa i zmartwychwstania. A wszystko to, jak poucza św. Piotr jest owocem Bożego Miłosierdzia: „On w swoim wielkim miłosierdziu przez powstanie z martwych Jezusa Chrystusa na nowo zrodził nas do żywej nadziei”. Św. Jan Paweł II, 264 następca św. Piotra przypomniał tę prawdę dzisiejszemu światu, przez ustanowienie Niedzieli Miłosierdzia Bożego i wyniesienie na ołtarze św. Siostry Faustyny, przez którą Chrystus objawił światu swoje miłosierdzie.

Drodzy Siostry i Bracia, (tak zwracam się do zebranych w kościele, to dlaczego nie miałbym tego robić na łamach Kuriera Plus), gdy będziecie czytać te rozważania w Niedzielę Miłosierdzia Bożego, ja wraz z pielgrzymami z Nowego Jorku będę stał w nieprzeliczonym tłumie wiernych na Placu św. Piotra w Rzymie. Będziemy mieli za sobą dwie niedospane noce, koczowanie na rzymskich ulicach i naokoło ciżbę ludzką. To nasze czekanie na Mszę kanonizacyjną może być obrazem, znakiem prawdy wyrażonej przez św. Piotra: „Dlatego radujcie się, choć teraz musicie doznać trochę smutku przez różnorodne doświadczenia”. Będziemy się radować, patrząc na inny znak Bożego Miłosierdzia, jakim będzie Bazylika św. Piotra i zawieszony na niej obraz św. Jana Pawła II. Bazylika i obraz, to jakże wymowne znaki coraz pełniej objawiającego się Bożego Miłosierdzia. Pierwszy papież św. Piotr mówi o radości i nadziei wielkanocnej jako owocu Bożego Miłosierdzia, a jego następca św. Jan Paweł II roku 2002 na krakowskich Błoniach, nawiązując do napisanej przez siebie encykliki „Bóg bogaty w miłosierdzie” powiedział: „To hasło jest niejako streszczeniem całej prawdy o tej miłości Boga do człowieka, która przyniosła ludzkości odkupienie. Bóg, będąc bogaty w miłosierdzie, przez wielką swą miłość, jaką nas umiłował, i to nas, umarłych na skutek występków, razem z Chrystusem przywrócił do życia. Pełnia tej miłości objawiła się w ofierze Krzyża. Nikt bowiem nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich. Taka jest miara miłosiernej miłości! Taka jest miara miłosierdzia Bożego!”.

W Niedzielę Miłosierdzia Bożego słyszymy Ewangelię o niewiernym Tomaszu. Mimo wielu świadectw o zmartwychwstaniu Chrystusa św. Tomasz mówi: „Jeżeli na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ i nie włożę palca mego w miejsce gwoździ, i nie włożę ręki mojej do boku Jego, nie uwierzę”. Po ośmiu dniach, jakby specjalnie dla niego pojawił się Chrystus i powiedział: „Podnieś rękę i włóż ją do mego boku, i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym”. Tomasz padł na kolana i wyznał swoją wiarę: „Pan mój i Bóg mój!”. Chrystus nie obraził się za jego niedowiarstwo, ale ogarnął go swoim miłosierdziem. Obdarzył łaską zbawiającej wiary. Jezus powiedział wtedy słowa, które odnoszą się do każdego z nas: „Uwierzyłeś, bo Mnie ujrzałeś; błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli”. Miłosierdzie Boże dociera do nas także przez św. Jana Pawła II. Cudowi uzdrowienia Floribeth Mory Diaz za wstawiennictwem Jana Pawła II towarzyszył cud nawrócenia rodziny uzdrowionej. Córka Gabriela powiedziała: „Bóg zmienił nasze życie. Kiedyś o tym tylko słyszałam, a teraz wiem, że cuda dzieją się naprawdę, a Bóg istnieje i działa w naszym życiu” (Kurier Plus, 2017).

 

DOTKNIJ RAN MOICH

W trudnych dniach pandemicznej zarazy jesteśmy świadkami ogromu ludzkich cierpień, które dotykają nas na różne sposoby. Jest cierpienie, które dotyka nas osobiście pandemicznym wirusem, poddając torturom nasze ciało, nasze myśli, naszego ducha. Jest także cierpienie, które w pewnym sensie wymyka się medycznym pomiarom. Doświadczają go osoby, które patrzą na zmaganie się z wirusem bliskich i kochanych osób. Serce pęka im z bólu, gdy ktoś z bliskich traci przytomność, resztką sił chwyta powietrze i respirator przejmuje funkcje oddychania. Płuca milczą jeden, drugi dzień, a lekarz mówi, że tylko cud może uratować, a cud się nie zdarzył. Pozostał bezgraniczny ból. Jedno i drugie cierpienie jest ogromne, jedno i drugie woła o uzdrawiający dotyk. Możemy odczuć ten dotyk, gdy weźmiemy swój krzyż i razem z Chrystusem pójdziemy na Golgotę, aby później stanąć przy pustym grobie w jerozolimskim ogrodzie.

Takiego dotknięcia potrzebowali wszyscy, którzy kochali Chrystusa i towarzyszyli Mu w drodze krzyżowej na Golgotę. Takiego dotknięcia potrzebowała Matka Jezusa, Maryja, chociaż w nadprzyrodzonym związku z Synem przeczuwała zapewne jasność zmartwychwstania, ale po ludzku cierpiała jak każda matka, która tuli w ramionach swoje umierające w mękach dziecko. Takiego dotknięcia potrzebowały zapłakane trzy kobiety; Maria Magdalena, Maria, matka Jakuba i Maria Salome, które nakupiły wonności, aby namaścić ciało Jezusa. Weszły do grobu i tam doświadczyły uzdrawiającego dotknięcia. „Ujrzały młodzieńca siedzącego po prawej stronie, ubranego w białą szatę; i bardzo się przestraszyły. Lecz on rzekł do nich: Nie bójcie się! Szukacie Jezusa z Nazaretu, ukrzyżowanego; powstał, nie ma Go tu”. Tego dotknięcia doświadczyli apostołowie, którzy na różne sposoby otrzymywali łaskę uzdrowienia duszy i ciała. Chrystus był dla nich wszystkim; sensem życia ziemskiego i nadzieją życia wiecznego.

Tomasz Apostoł zwany Niewiernym nosił w sobie najdłużej bolesna ranę, a smutek i rozpaczach wypełniały mijające godziny. Na nic się zdały słowa radości pozostałych apostołów, że widzieli Chrystusa zmartwychwstałego, rozmawiali z Nim, dotykali Go. A on ciągle powtarzał: „Jeżeli na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ i nie włożę palca mego w miejsce gwoździ, i ręki mojej nie włożę w bok Jego, nie uwierzę”. „A po ośmiu dniach, kiedy uczniowie Jego byli znowu wewnątrz domu i Tomasz z nimi, Jezus przyszedł, choć drzwi były zamknięte, stanął pośrodku i rzekł: „Pokój wam!” Następnie rzekł do Tomasza: „Podnieś tutaj swój palec i zobacz moje ręce. Podnieś rękę i włóż w mój bok, i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym”. Uzdrowiony Tomasz nie potrzebował fizycznego dotknięcia. Wyznał z wielką radością: „Pan mój i Bóg mój!” Uzdrowiony i uradowany, podobnie, jak inni uczniowie wyruszył w świat, aby nieść uzdrawiające dotknięcie Chrystusa. To dotknięcie uzdrawia nas w pierwszym rzędzie z grzechu i śmierci wiecznej i daje moc niesienia codziennego krzyża, z jego ostatnim akordem na wzgórzu Golgoty.

Uzdrawiające dotknięcie Chrystusa przychodzi do nas na różne sposoby i różnych okolicznościach. W czasie zmagania się z pandemiczną zarazą możemy przytoczyć wiele takich przykładów. W ostatnim czasie w mediach pojawiło się bardzo wymowne świadectwo 38-letniego lekarza z Lombardii. Przytoczę je ze strony internetowej photogenica.pl : „Nigdy w najciemniejszych koszmarach nie wyobrażałam sobie, że mogę zobaczyć i doświadczyć tego, co dzieje się tutaj w naszym szpitalu od trzech tygodni. Koszmar wzbiera, a rzeka staje się coraz większa. Na początku pojawiło się kilku chorych, potem dziesiątki, a potem setki. Teraz zaś nie jesteśmy już lekarzami, lecz sortujemy jak w pracy przy taśmie i decydujemy, kto ma żyć, a kogo należy odesłać do domu na śmierć, nawet jeśli ci wszyscy ludzie płacili włoskie składki. Jeszcze dwa tygodnie temu byliśmy z kolegami ateistami. To było normalne, bo jesteśmy lekarzami i nauczyliśmy się, że nauka wyklucza obecność Boga. Zawsze śmiałem się z rodziców chodzących do kościoła.

Dziewięć dni temu przyszedł do nas 75-letni kapłan. Był miłym człowiekiem. Cierpiał na poważne problemy z oddychaniem, ale miał przy sobie Biblię i zaimponował nam, że czytał ją umierającym i trzymał ich za ręce. Gdy my – lekarze słuchaliśmy go, to wszyscy byliśmy wtedy zmęczeni, zniechęceni, psychicznie i fizycznie wykończeni. Teraz musimy przyznać: jako ludzie osiągnęliśmy swoje granice. Nie możemy zrobić nic więcej, a z każdym dniem umiera coraz więcej ludzi. Jesteśmy wykończeni, mamy dwóch kolegów, którzy umarli, a inni zostali zarażeni. Uświadomiliśmy sobie, jakie są możliwości człowieka. Uświadomiliśmy sobie również, że potrzebujemy Boga i zaczęliśmy prosić Go o pomoc, kiedy mamy kilka wolnych minut; rozmawiamy ze sobą i nie możemy uwierzyć, że jako zacięci ateiści codziennie szukamy pokoju, prosząc Pana, aby pomógł nam wytrwać, byśmy mogli opiekować się chorymi.

Wczoraj zmarł ów 75-letni kapłan. Pomimo jego stanu i naszych trudności, pomimo 120 zgonów tutaj w ciągu 3 tygodni, i tego, że wszyscy byliśmy wykończeni i zniszczeni, udało mu się przynieść nam pokój, na który nie mieliśmy nadziei. Kapłan poszedł do Pana i wkrótce my też za nim pójdziemy, jeśli tak dalej będzie. 6 dni nie było mnie w domu, nie wiem, kiedy ostatnio jadłem. Choć zdaję sobie sprawę z mojej bezużyteczności na tej ziemi, to chcę poświęcić swój ostatni oddech, aby pomóc innym. Cieszę się, że wróciłem do Boga, będąc otoczony cierpieniem i śmiercią moich bliźnich”.

Ten lekarz dotknął ran Chrystusowych w bliźnim i został uzdrowiony. Swoje uzdrowienie wyraża słowami: „Cieszę się, że wróciłem do Boga”. Odnalazł także sens swojego życia w tym trudnym czasie, chcąc poświęcić „swój ostatni oddech, aby pomóc innym”. Zapewne w podobnej sytuacji psalmista kierował swoje myśli do Boga: „Pan jest moim pasterzem, niczego mi nie braknie. Pozwala mi leżeć na zielonych pastwiskach. Prowadzi mnie nad wody, gdzie mogę odpocząć, orzeźwia moją duszę. Wiedzie mnie po właściwych ścieżkach przez wzgląd na swoją chwałę. Chociażbym przechodził przez ciemną dolinę, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną. Kij Twój i laska pasterska są moją pociechą”.

Chrystus czeka na każdego z nas ze swoim uzdrawiającym dotknięciem. Niedziela Miłosierdzia Bożego, którą dzisiaj obchodzimy w sposób szczególny przypomina nam tę prawdę. Chrystus powiedział do św. Siostry Faustyny: „Nie znajdzie ludzkość uspokojenia, dopokąd się nie zwróci z ufnością do miłosierdzia Mojego!”. W tym trudnym czasie odpowiedzmy Chrystusowi za Jego wielkie miłosierdzie aktem zawierzenia: „O najmiłosierniejszy Jezu, Twoja dobroć jest nieskończona, a skarby łask nieprzebrane. Ufam bezgranicznie Twojemu miłosierdziu, które jest ponad wszystkie dzieła Twoje. Oddaję się Tobie całkowicie i bez zastrzeżeń, ażeby w ten sposób móc żyć i dążyć do chrześcijańskiej doskonałości. Pragnę szerzyć Twoje miłosierdzie poprzez spełnianie dzieł miłosierdzia, tak wobec duszy, jak i ciała, zwłaszcza starając się o nawrócenie grzeszników, niosąc pociechę potrzebującym pomocy, chorym i strapionym. Strzeż mnie więc, o Jezu jako własności swojej i chwały swojej. Jakkolwiek czasami drżę ze strachu, uświadamiając sobie słabość moją, to jednocześnie mam bezgraniczną ufność w Twoje miłosierdzie. Oby wszyscy ludzie poznali zawczasu nieskończoną głębię Twego miłosierdzia, zaufali Mu i wysławiali Je na wieki. Amen” (Kurier Plus, 2020).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *