4 grudzień

2 niedziela Adwentu Rok B

 

PROSTOWANIE DRÓG

 

Początek Ewangelii o Jezusie Chrystusie, Synu Bożym. Jak jest napisane u proroka Izajasza: „Oto Ja posyłam wysłańca mego przed Tobą; on przygotuje drogę Twoją. Głos wołającego na pustyni: Przygotujcie drogę Panu, prostujcie ścieżki dla Niego”.  Wystąpił Jan Chrzciciel na pustyni i głosił chrzest nawrócenia na odpuszczenie grzechów. Ciągnęła do niego cała judzka kraina oraz wszyscy mieszkańcy Jerozolimy i przyjmowali od niego chrzest w rzece Jordan, wyznając przy tym swe grzechy. Jan nosił odzienie z sierści wielbłądziej i pas skórzany około bioder, a żywił się szarańczą i miodem leśnym. I tak głosił: „Idzie za mną mocniejszy ode mnie, a ja nie jestem godzien, aby się schylić i rozwiązać rzemyk u Jego sandałów. Ja chrzciłem was wodą, On zaś chrzcić was będzie Duchem Świętym” (Mk 1,1-8).

Przyzwyczailiśmy się do równych, asfaltowych dróg. Wystarczy wsiąść do samochodu, aby spotkać się z przyjaciółmi mieszkającymi bardzo daleko od nas. Ta łatwość spotkania jest jedną z wielu korzyści, jakie niosą ze sobą dobre drogi. Niektórzy z nas pamiętają jeszcze z Polski czasy, kiedy w wielu miejscowościach nie było utwardzonych dróg. Odwiedziny krewniaków mieszkających kilkadziesiąt kilometrów od siebie zajmowały nieraz kilka dni. Krzywe, wyboiste drogi bywają nieraz powodem osłabienia więzi rodzinnych, przyjacielskich. Oczywiście, że nie stan materialny dróg jest głównym powodem rozluźnienia więzi międzyludzkich. Wyboje i nierówności na duchowej drodze łączącej ludzi są zasadniczym powodem wrogości i podziałów między nimi. I o takiej to drodze mówi prorok Izajasz. Wzywa nas do prostowanie dróg, które prowadzą do Boga i bliźniego. Życie często jest porównywane do drogi. Każda droga prowadzi do wyznaczonego celu. Droga naszego życia jest ukierunkowana na Boga i bliźniego. Może być ona jednak tak kręta i wyboista, że nigdy nie doprowadzi nas do celu.

Powieść Henryka Sienkiewicza „Quo Vadis” ukazuje krwawe prześladowania chrześcijan w pierwszych wiekach. Mimo tak okrutnych prześladowań chrześcijaństwo rozprzestrzeniało się w nadzwyczajny sposób. Działo się to między innymi dzięki nauczaniu św. Piotra. Jednym z wątków tej powieści jest miłość młodego rzymianina Winicjusza do pięknej chrześcijanki Lidii. Dzieli ich jednak ogromna przepaść, droga prawie nie do przebycia. Różnią się stylem życia. Winicjusz żyje życiem ówczesnego zdemoralizowanego Rzymu, gdzie się czci między innymi bogów patronujących najbardziej wyuzdanym ludzkim zachciankom. Lidia jest gorliwą chrześcijanką. Kieruje się moralnością ewangeliczną, w której przykazanie miłości zajmuje naczelne miejsce. Dla Rzymian miłość, miłosierdzie w wydaniu chrześcijańskim były nie do przyjęcia, były czymś poniżającym.

Winicjusz dąży do przełamania przepaści między nim a Lidią, dlatego chce się dowiedzieć jak najwięcej o chrześcijaństwie. W tym celu wybrał się potajemnie na ich modlitewne spotkanie. Nierozpoznany przez nikogo uczestniczy w nabożeństwie, w czasie, którego przemawiał św. Piotr. Winicjusz, wsłuchując się w jego słowa poczuł, że dzieje się z nim coś dziwnego; zaczyna na serio traktować słowa św. Piotra o Jezusie. Później wiele nad tym rozmyślał, aż w końcu podjął decyzje przyjęcia chrztu. Stało się coś, co wydawało się niemożliwe. Winicjusz utorował sobie drogę do spotkania nie tylko z Lidią, ale także z Chrystusem. W prostowaniu jego krętej drogi miały miejsce dwa zasadnicze stopnie. Pierwszy stopień to porzucenie dotychczasowego stylu życia. Kosztowało to go wiele wyrzeczeń. Drugi stopień, to przyjęcie nowego stylu życia, który był tak różny od poprzedniego.

Jan Chrzciciel wzywa nad Jordanem do prostowania dróg życia. Usunięcia wszystkiego, co nas oddziela od Boga i bliźniego, jest to konieczne, aby spotkać przychodzącego Mesjasza. Chrzest udzielany przez Jana był pierwszym stopniem w prostowaniu drogi życia. Był to chrzest nawrócenia i pokuty. Na drodze życia Narodu Wybranego Bóg postawił znaki, które prowadziły prosto do Niego. Tymi znakami był Dekalog. Wielu jednak zeszło z tej drogi. I wielu z tych, co zeszli z prostej drogi usłuchało janowego wołania. „Ciągnęła do niego cała judzka kraina i wszyscy mieszkańcy Jerozolimy”. Dla tych, którzy wspięli się na pierwszy stopień nawrócenia czekał następny; przyjęcie nowego stylu życia, które rodzi się z Ducha Świętego. Jan mówi o Chrystusie: „On zaś chrzcić was będzie Duchem Świętym”. Owocem przyjęcia Ducha jest czyn miłości.

Adwentowe wołanie do przemiany nie ogranicza się wyznania i odwrócenia się od zła. To jest dopiero polowa drogi. Pełne nawrócenie ma owocować dobrem. Stąd też w czasie Adwentu słyszymy w kościołach nie tylko wezwanie do nawrócenia, ale także do owocowania dobrem. W niektórych kościołach to ostatnie wezwanie przybiera bardzo konkretną formę. Przy ołtarzu stoi choinka, na której zawieszone są różnego kształtu karteczki, na których są wypisane adresy osób potrzebujących. Można zerwać taką karteczkę z choinki i dostarczyć konkretną pomoc pod wskazany adres.

Na zakończenie chce przypomnieć jeszcze piękny polski zwyczaj wigilijny. W ten wieczór wrogowie podają sobie ręce, skłóceni zaczynają ze sobą przyjaźnie rozmawiać i dzielą się opłatkiem. Można powiedzieć, że wtedy drogi prowadzące do Boga i bliźniego stają się proste a Bóg rodzi się między nami. Dlaczego jednak czekać aż do wigilii? Każdy dzień jest dobry do pojednania. Każdy dzień jest odpowiedni, aby Bóg narodził się w naszym sercu (z książki Ku wolności).

 

BOŻA BLISKOŚĆ

 

„Pocieszcie, pocieszcie mój lud!”

mówi wasz Bóg.

„Przemawiajcie do serca Jeruzalem

i wołajcie do niego,

że czas jego służby się skończył,

że nieprawość jego odpokutowana,

bo odebrało z ręki Pana karę

w dwójnasób

za wszystkie swe grzechy”.

Głos się rozlega:

„Przygotujcie na pustyni drogę dla

Pana, wyrównajcie na pustkowiu

gościniec naszemu Bogu!

Niech się podniosą wszystkie doliny,

a wszystkie góry i wzgórza obniżą;

równiną niechaj się staną urwiska,

a strome zbocza niziną gładką.

Wtedy się chwała Pana objawi,

zobaczy ją wszelkie ciało,

bo powiedziały to usta Pana”.

Wstąpże na wysoką górę, zwiastunko

dobrej nowiny w Syjonie!

Podnieś mocno twój głos, zwiastunko

dobrej nowiny w Jeruzalem!

Podnieś głos, nie bój się! Powiedz

miastom judzkim:

„Oto wasz Bóg!”.

Oto Pan, Bóg, przychodzi z mocą i ramię

Jego dzierży władzę.

Oto Jego nagroda z Nim idzie i przed

Nim Jego zapłata.

Podobnie pasterz pasie swą trzodę,

gromadzi ją swoim ramieniem, jagnięta nosi na swej piersi,

owce karmiące prowadzi łagodnie (Iz 40,1-5.9-11).

W czasie wakacji Paweł odwiedził na wsi swego wujka. Pewnego popołudnia wybrał się w pole na zbiór truskawek. Zaaferowany pracą, nie zauważył jak od zachodu nadciągała ciemna chmura. Dopiero, gdy spadły pierwsze krople deszczu i na niebie przetoczyła się błyskawica, zorientował, że idzie burza. Na powrót do domu było za późno. Rozglądając się dookoła szukał bezpiecznego schronienia. W niewielkiej odległości, na miedzy zauważył rozłożysty dąb. Bez zastanowienia schronił się pod nim. Nie wiedział, że w czasie burzy przebywanie pod samotnie stojącym drzewem jest największym zagrożeniem dla człowieka. Na dworze pociemniało, a błyskawice coraz częściej rozświetlały niebo, przetaczając się grzmotem po okolicy. Paweł, nieco zalękniony czuł się bezpiecznie pod sklepieniem rozłożystego drzewa.

Nagle przez szum deszczu i huk gromów chłopiec usłyszał wołanie: „Paweł! Paweł! Gdzie jesteś! Przyjdź szybko”. Wołanie przybliżało się. Nie zważając na padający deszcz pobiegł w kierunku wołania. Nie uszedł daleko, gdy potężna błyskawica rozdarła niebo i ogłuszyła go. Stanął przerażony. Nie mógł się ruszyć. Po pewnej chwili, spojrzał za siebie i zobaczył roztrzaskany przez błyskawicę dąb, pod którym znalazł schronienie. Oszołomiony mówił do siebie: „To było tak blisko. Dzięki Bogu, że opuściłem to miejsce. Ciekawe, czyj to głos mnie wolał”. Myśląc o tym, ponownie usłyszał wołanie: „Paweł! Paweł! Czy słyszysz mnie?”  Spojrzał w stronę, skąd dochodził głos i zobaczył kobietę, która z całych sił wołała. Paweł biegł do niej, krzycząc: „Jestem tutaj. Dlaczego mnie wołasz?” Kobieta spojrzała na niego i powiedziała: „Ja ciebie nie wolałam. Wołałam mojego małego synka, który pasł krowy i prawdopodobnie gdzieś się schronił przed deszczem. Czy ty masz na imię Paweł?”.  „Tak, proszę pani” – odpowiedział chłopiec- „Ja mam także na imię Paweł. Pani ocaliła mi życie”. Po czym wyjaśnił co się wydarzyło.

W pewnym sensie podobne wołanie rozlegało się prawie dwa tysiące lat temu nad Jordanem. „Głos wołającego na pustyni: Przygotujcie drogę Panu, prostujcie dla Niego ścieżki”. Tak wołał Jan Chrzciciel, zapowiadając nadejście Mesjasza. Wielu usłuchało jego głosu. „Ciągnęła do niego cała judzka kraina oraz wszyscy mieszkańcy Jerozolimy”. Czego szukali? Bliższej obecności Boga w ich życiu, w której to człowiek odnajduje pełnię swego życia. Życie przesączone Bogiem przybiera kształt doskonałej miłości, która drogą Bożej prawdy prowadzi człowieka do życia wiecznego i radości przebywania ze swoim Stwórcą i Odkupicielem. Człowiek wybiera często miejsca, które urządza na swój sposób, czasem z pominięciem Bożych praw, przyzwyczaja się do nich i uważa, że są one bezpieczne dla niego. W rzeczywistości mogą one być tak niebezpieczne, jak pozostanie Pawła pod dębem w czasie burzy, z konsekwencjami sięgającymi życia wiecznego. Dlatego w dziejach ludzkości rozlega się ciągle wołanie, aby człowiek szukał i odnajdywał bezpieczne miejsce w bliskości Boga.  Szczególnie donośnie ten głos dał się słyszeć w dziejach Narodu Wybranego. Wraz z tym wołaniem pojawiła się obietnica przyjścia Mesjasza, w którym człowiek odnajdzie szczególny przystęp do Boga, którego imię będzie Emanuel to znaczy „Bóg z nami”.  Kto usłucha tego wołania ocali swoje życie.

Wołanie Jana Chrzciciela na pustyni jest jakby ostatnim akordem w prorockich zapowiedziach przyjścia Mesjasza. I prawie dosłownym nawiązaniem do słów proroka Izajasza. „Przygotujcie na pustyni drogę, dla Pana, wyrównajcie na pustkowiu gościniec naszemu Bogu! Niech się podniosą wszystkie doliny, a wszystkie góry i wzgórza obniżą; równiną nich się staną urwiska, a strome zbocza nizina gładką. Wtedy się chwała Pana objawi, zobaczy ją wszelkie ciało, bo powiedziały to usta Pana” (Iż 40, 2-5). Słowa te zostały wypowiedziane w trochę innym kontekście. Prorok kieruje je do Narodu Wybranego, który doświadczał niewoli Babilońskiej. Były to słowa nadziei. W niedługim czasie Bóg wyzwoli ich z niewoli. Z radością będą mogli wrócić do Jerozolimy i w odbudowanej świątyni złożyć ofiarę swemu Bogu, będą przebywać w Jego przybytku. Czeka ich jednak ogromna praca, a którą prorok widzi jako przygotowanie drogi Bogu. To przygotowanie ma wymiar ziemski- odbudowanie zniszczonej ojczyzny, oraz wymiar bardziej duchowy, który wiąże się z wewnętrznym przygotowaniem człowieka na przyjęcie Boga. I ten wymiar zdominuje w późniejszym nauczaniu proroków. I takie ma on znaczenie w nauczaniu Jana Chrzciciela, który już bardzo konkretnie zapowiada przyjście Mesjasza, do którego winniśmy się przygotować. W świetle bożej prawdy dostrzegamy, jak bardzo kręte i wyboiste są drogi naszego życia. Na takiej drodze prawie jest niemożliwe spotkanie z Bogiem.

W „Dzienniku Wschodnim” z 23 listopada 2002 r. Mariusz opowiada o „krętej i wyboistej” drodze swego życia, która zaprowadziła go do więziennej celi. Tam też zrodziło się w nim pragnienie przemiany życia. Życie Mariusza nie rozpieszczało. Rodzice nadużywali alkoholu, nie mieli czasu zajmować się jedynakiem. Przygarnęła go babcia. Nie na długo. Chłopakowi zaczęli imponować starsi koledzy, którzy bez przerwy mieli problem z prawem, a właściwie z jego przestrzeganiem. W tej dzielnicy aż się od nich roiło. Zapowiadający się na dobrego piłkarza chłopak szybko poszedł w ich ślady. Kradzieże, pobicia, rozboje… Alkohol lał się strumieniami.  „Wszystko kręciło się wokół tego, aby ukraść, a następnie wszystko przepić. Wytłukłem się trochę po zakładach wychowawczych. W końcu trafiłem do kryminału” – mówi Mariusz.

W czerwcu 1998 roku popijał z kolegami w barze. „Facet nie tak jak trzeba się odezwał. Wyszliśmy na dwór. Uderzył mnie w twarz. Oddałem. Dostał parę ciosów. Z pięści i z nogi. Przypadkiem uderzyłem go w krtań. Zachłysnął się krwią” – wspomina. Jego ofiara zmarła przed przybyciem karetki pogotowia. Mariusz nie uciekł z miejsca zdarzenia. Prokurator postawił mu zarzut zabójstwa, który później został zmieniony. Przed sądem odpowiadał za pobicie ze skutkiem śmiertelnym. Przyznał się. Dostał 9 lat, ale w sumie, po odwieszeniu wcześniejszego wyroku, uzbierało się ich 13. Przeprosił matkę ofiary.  „Miałem problemy z prawem. Przez wiele lat biłem się po zabawach, ale nigdy nikogo nie chciałem zabić. To był nieszczęśliwy wypadek. W nocy, gdy nie mogę zasnąć, wracają wspomnienia. Chciałbym wymazać je z pamięci, ale wiem, że jest to niemożliwe. Do końca życia będę miał tego człowieka na sumieniu. Chodzę do spowiedzi. W więzieniu przeszedłem terapię alkoholową. Pracuję w kuchni. O czym marzę? Założyć rodzinę, znaleźć uczciwą pracę i żyć jak każdy normalny człowiek”.

Mariusz powrócił z dalekiej drogi, daleko odszedł od Boga, wyprostował bardzo wyboistą drogę swego życia. Jednak, nawet bardzo małe odejścia od Boga są niebezpieczne, bo sumując się, oddalają nas niebezpiecznie od naszego Stwórcy. Dlatego nikt z nas nie może powiedzieć: nic w moim życiu nie ma do prostowania, nie mam się z czego nawracać ( z książki Nie ma innej Ziemi Obiecanej).

 

TELEGRAM Z NIEBA

 

Niech dla was, umiłowani, nie będzie tajne to jedno, że jeden dzień u Pana jest jak tysiąc lat, a tysiąc lat jak jeden dzień. Nie zwleka Pan z wypełnieniem obietnicy – jak niektórzy są przekonani, że Pan zwleka – ale on jest cierpliwy w stosunku do was. Nie chce bowiem niektórych zgubić, ale wszystkich chce doprowadzić do nawrócenia. Jak złodziej zaś przyjdzie dzień Pański, w którym niebo z szumem przeminie, gwiazdy się w ogniu rozsypią, a ziemia i dzieła na niej zostaną odnalezione. Skoro to wszystko w ten sposób ulegnie zagładzie, to jakimi winniście być wy w świętym postępowaniu i pobożności, gdy oczekujecie i staracie się przyśpieszyć przyjście dnia Bożego, który sprawi, że niebo, płonąc, pójdzie na zagładę, a gwiazdy w ogniu się rozsypią. oczekujemy jednak, według obietnicy, nowego nieba i nowej ziemi, w których zamieszka sprawiedliwość. Dlatego, umiłowani, oczekując tego, starajcie się, aby on was znalazł bez plamy i skazy – w pokoju (2 P 3, 8-14)

W grudniu 1903 roku, bracia Wright po wielu próbach po raz pierwszy oderwali się od ziemi w skonstruowanym przez siebie samolocie. Podekscytowani tym wielkim osiągnięciem wysłali telegraf do swojej siostry Katarzyny: „Udało się nam przelecieć 120 stóp. Na Boże Narodzenie przyjedziemy do domu”. Uradowana siostra udała się z telegramem do redakcji miejscowej gazety, aby podzielić się informacją o epokowym wynalazku swoich braci. Naczelny redaktor wziął do ręki telegraf, rzucił na niego okiem i najpoważniej w życiu powiedział: „To bardzo miłe, że chłopcy przyjadą na święta do domu”. Całkowicie przegapił i nie zwrócił uwagi na najistotniejszą informację zawartą w telegrafie o epokowym wynalazku, jakim było zbudowanie samolotu i pierwszy lot (Daily Bread, 1991).

Każdy Adwent przynosi nam niejako telegram, który mówi o najważniejszym wydarzeniu w dziejach ludzkości, jakim było wcielenie Syna Bożego. Telegram przypomina nam o narodzeniu Syna Bożego w Betlejem, o naszym przygotowaniu do obchodów kolejnej rocznicy tych narodzin, świętowanej 25 grudnia, przypomina także o powtórnym przyjściu Syna Bożego na ziemię w czasach ostatecznych, na które to spotkanie winniśmy być dobrze przygotowani. Ta ostatnia infor­macja jest najważniejsza, ponieważ od niej zależy kształt naszego doczesnego życia oraz nasza wieczność. Każdego roku bierzemy do ręki telegram z nieba i nie zawsze zwracamy uwagę na najważniejsze informacje w nim za­warte. Jedni koncentrują się na kolorowych dekoracjach ulic i domów. Cały ich adwent skupia się na dekorowaniu najbliższego otoczenia. Inni adwentowe oczekiwanie podpo­rządkowują przygotowaniu się na przyjęcie gości, którzy zapowiedzieli swój przyjazd na święta. Jeszcze inni ulegają szaleństwu kupo­wania prezentów gwiazdkowych i to staje się najważniejszym elementem przygotowania do świąt. Szaleństwo zakupów już w dzień Bożego Narodzenia przemienia się nieraz w szaleństwo wymiany i oddawania prezentów w sklepach. Jeszcze inni zwracają uwagę w telegramie na wezwanie do duchowego przy­gotowania się do tych świąt. Więcej poświę­cają czasu na modlitwę, refleksję religijną, ko­rzystają z sakramentów świętych, więcej jest miłościw ich czynach. Zasiadają pojednani z Bogiem i bliźnimi do stołu wigilijnego, na­stępnie idą na pasterkę, aby śpiewać przepięk­ne polskie kolędy. I wydawałoby się, że o to właściwie chodzi w przygotowaniu adwento­wym. Z pewnością tak. Jednak pod warun­kiem, że to wszystko prowadzi do przygoto­wania się na spotkanie z Chrystusem w cza­sach ostatecznych. Bo właśnie ta ostatnia wia­domość jest najważniejsza w telegramie z nie­ba, który otrzymujemy każdego roku w okresie Adwentu. I o tym są czytania liturgiczne na drugą niedzielę Adwentu.

Prorok Izajasz w imieniu Boga kieruje słowa pocieszenia i radości do Narodu Wybranego. Zapowiada wyzwolenie z niewoli i powrót do umiłowanej ojczyzny i świątyni Jerozolimskiej: „Pocieszcie, pocieszcie mój lud! Mówi wasz Bóg. Przemawiajcie do serca Jeruzalem i wołajcie do niego, że czas jego służby się skończył, że nieprawość jego odpokutowana, bo odebrało z ręki Pana karę w dwójna­sób za wszystkie swoje grzechy, Głos się roz­lega: Drogę dla Pana przygotujcie na pustyni, wyrównajcie na pustkowiu gościniec nasze­mu Bogu! Niech się podniosą wszystkie dol­ny, a wszystkie góry i wzgórza obniżą; równi­ną niechaj się staną urwiska, a strome zbocza niziną gładką”. Ten przepiękny tekst radości o spotkaniu ze zbawiającym Bogiem i wezwa­niu do przygotowania dróg dla przychodzące­go Boga odnosił się do konkretnej sytuacji geopolitycznej – wyzwolenia z niewoli babi­lońskiej. Miał on także wymiar religijny, me­sjański. Był prorocką zapowiedzią wyzwole­nia z niewoli grzechu i szczególnej bliskości Boga. Bóg będzie Emanuelem, czyli Bogiem z nami. Jest to zapowiedź Mesjasza, który narodzi się w Betlejem.

Do proroka Izajasza nawiązuje ewangelia zacytowana na wstępie: „Oto Ja posyłam wysłańca mego przed Tobą; on przygotuje drogę Twoją”. Jan Chrzciciel, który podej­muje misję proroka Izajasza ma pewność, że Mesjasz już się narodził, że niedługo objawi się światu, a zatem czas jest krótki, trzeba się przygotować na Jego spotkanie. „Wystąpił Jan Chrzciciel na pustyni i głosił chrzest na­wrócenia na odpuszczenie grzechów. Ciągnę­ła do niego cala judzka kraina oraz wszyscy mieszkańcy Jerozolimy i przyjmowali od nie­go chrzest w rzece Jordan, wyznając przy tym swe grzechy”. Był to chrzest nawrócenia, przemiany wewnętrznej, porzucenia krętych dróg grzechu. Jan zapowiadał, że Mesjasz bę­dzie chrzcił Duchem Świętym, w którym udzieli nam mocy uzdalniającej do korzysta­nia z owoców zbawienia. Chrzest Chrystusa przyjęliśmy, jednak ciągle potrzebujemy chrztu nawrócenia. Można powiedzieć, że chrzest Chrystusowy otwiera nam bramę nie­ba, ale żeby przez nią przejść trzeba odnaleźć drogę do niej. Nasze drogi są często pokręco­ne przez grzech i taką drogą nigdy nie trafimy do bramy otwartej przez Chrystusa. A zatem wołanie do prostowania dróg życia jest cią­gle aktualne.  Bóg ciągle nas szuka, wzywa do nawrócenia, a my nieraz chowamy się przed Nim, jak pierwsi rodzice w raju po po­pełnieniu grzechu. Jesteśmy nieraz podobni do chłopca z poniższej anegdoty opowie­dzianej przez ks. Munachi E. Ezeogu.

Dyrektor szkoły zatelefonował do domu jednej z nauczycielek, aby się dowiedzieć, dlaczego nie przyszła na zajęcia. Telefon odebrał mały chłopiec. „Czy tata jest w do­mu?”- zapytał dyrektor. „Tak”- szeptem, od­powiedział chłopiec. „A czym mógłbym z nim porozmawiać?”- zapytał mężczyzna. ,,Nie” – odpowiedział znowu szeptem chło­piec. „A czy mama jest w domu?”- pytał da­lej dyrektor. „Tak”- usłyszał odpowiedź. ,A czy mógłbym z nią porozmawiać?” Ponow­nie chłopiec odpowiedział szeptem: „Nie”. „No dobrze, czy jest ktokolwiek w domu po­za tobą?”- zapytał nieco zniecierpliwiony dy­rektor. „Tak, jest policjant” – wyszeptał chło­piec. „Czy mógłbym z nim teraz porozmawiać”- zapytał mężczyzna. „Nie, ponieważ jest zajęty”- padła odpowiedź. „A co on ta­kiego robi”- pytał dalej dyrektor. Rozmawia z tatą, mamą i strażakiem”- odpowiedział chłopiec. „Strażak też jest w domu? Czy był pożar, czy coś się stało?”- pyta dyrektor. Dzieciak z lekkim rozbawieniem wyszeptał: „Nie, oni wszyscy mnie szukają”.

Gdy człowiek pozwoli, aby Bóg go odna­lazł, wtedy może mieć pewność, że adwent życia zakończy się szczęśliwym spotkaniem Boga. Tak było ze św. Albertem Chmielow­skim, w życiu, którego dwa wymiary adwen­tu dopełniły się w tym samym czasie. Po burzliwych przejściach i porzuceniu świetnie zapowiadającej się kariery artystycznej po­szedł za Chrystusem, służąc Mu wśród naj­uboższych. Swoją miłość do nędzarzy wyra­żał czynem; sprzątał prał, opatrywał rany. Brat Albert mówił: „My nie mamy nad nimi żadnej władzy i nie chcemy jej mieć, nie je­steśmy ich przełożonymi, ale towarzyszami. Nie mówimy kazań, nie narzucamy się z na­szymi poglądami, jedynie żyjemy z nimi. Chodzi nam o to, by się nie wyróżniać, jedy­nie czynem i przykładem. A i ten przykład powinien być tak zbliżony do otaczających warunków, tak pokorny, tak nędzny, aby nie mówił swym 'stylem’, nie właził w oczy, nie upokarzał”.

W niedzielę 24 grudnia Brat Albert przy­jął Wiatyk i ucałował krzyż podany przez spowiednika. Potem usiadł na posłaniu i spo­glądając z wielką miłością na zebranych po­błogosławił ich, kreśląc nad nimi wielki znak krzyża świętego. Trudno było powstrzymać się od łez. Brat Albert widząc to z całą mocą swojego głosu powiedział: „Co tu płakać!? Z wolą Bożą macie się zgadzać i za wszyst­ko Bogu dziękować! Tak jest! Trzeba Bogu dziękować za chorobę i za śmierć, jak ją zsy­ła. Zmówić trzeba Magnificat! Co Bóg ześle trzeba Mu za wszystko dziękować. Bo co Bóg działa, święte jest i dobre”. W południe Bożego Narodzenia roku 1916 dobiegło kre­su życie świętego, opiekuna nędzarzy. Przez dwa dni tłumy ludzi przychodziły żegnać te­go, który oddał wszystko z miłości do naj­biedniejszych, najnieszczęśliwszych, dostrzegając w nich znieważone Oblicze samego Chrystusa (z książki W poszukiwaniu mądrości życia).

 

SŁUCHAĆ A NIE SŁYSZEĆ

 

W tym roku na dorocznej Paradzie Pułaskiego w Nowym Jorku pojawili się ludzie ubrani w czerwone płaszcze przyozdobione krzyżem, polskim orłem i obrazem Chrystusa Króla. Niektórzy uczestnicy parady, nawet przyznający się do Chrystusa byli tym zniesmaczeni. Nie raziło ich istne zoo różnych mundurów i strojów paradnych, szarf i odznaczeń. To wszystko w porządku, tylko Chrystus był nie na miejscu. Jak On śmiał pojawić się w publicznej przestrzeni. Jego miejsce to zakrystia i kościół, no ostatecznie może sobie wisieć w domu na ściennie. Taki myślenie wpisuje się w poczynania ludzi, którzy chcieliby usunąć Chrystusa, aby im nie przypominał o swoim istnieniu. Chcą zagłuszyć Jego głos, który jest dla nich wyrzutem sumienia. Jak uczy nas jednak  historia jest to walka z wiatrakami. Głos Chrystusa rozlegał się, rozlega się i będzie się rozlegał. Przed wiekami pojawił się Jan Chrzciciel, zapowiadając przyjście Chrystusa. Ciągnęła do niego cała Judzka kraina, a on wołał: „Nawróćcie się, bo bliskie jest królestwo niebieskie”.  Jak mówi Ewangelia na dzisiejszą niedzielę było to przypomnienie wcześniejszego wołania proroka Izajasza, który wzywał do przygotowanie się na przyjście Mesjasza: „Głos wołającego na pustyni: Przygotujcie drogę Panu, prostujcie ścieżki dla Niego”. Ten głos wypominał królowi Herodowi jego łajdactwa. Król nie mógł tego zdzierżyć. Zamiast się nawrócić kazał ściąć głowę Jana Chrzciciela i ofiarował ją córce swojej nałożnicy. I jak widzimy nie uciszyło, to głosu Jana przemawiającego w imieniu Boga. Ten głos dociera do nas ze szczególną mocą w okresie Adwentu.

Nie wystarczy jednak przywdziać płaszcz z symbolami Chrystusa. Nie wystarczy nawet słuchanie słowa Bożego. Bóg wzywa nas do czegoś więcej. W polskim parlamencie jest grupa posłów- wojowników krzyżowych, którzy zaciekle walczą z krzyżem, zaś w Senacie amerykańskim, który jest bardziej zróżnicowany wyznaniowo niż polski Sejm jest nawet kapelan, który wygłasza inwokacje, prowadzi modlitwy na rozpoczęcie obrad. Jednak wcale to nie znaczy, że Senat kieruje się w obradach wartościami chrześcijańskimi. Ks. Barry C. Black, admirał Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych był kapelanem Senatu Stanów Zjednoczonych. Każdą sesję Senatu rozpoczynał inwokacją, w której modlił się o jedność, mądrość i ducha współpracy dla senatorów: „Panie zapal w nich ducha pojednania, które przełamie wszelkie bariery, podziały i przyczyni się do harmonijnej współpracy. Udziel im także ducha jedności i mądrości, aby darzyli siebie wzajemnym szacunkiem”. Modlitwę kończono zbiorowym „Amen”, co najogólniej można przetłumaczyć: „tak jest”, „niech tak się stanie”. Gdy rozpoczęły się obrady Senatu, kapelan z pewnym zawodem stwierdził, że na dziennym porządku obrad nie znalazły się ani pojednanie, ani harmonijna współpraca. Podsumowując Ks. Barry C. Black, zacytował swego poprzednika kapelana Petera Marshalla, który mówił, że kapelan dla Senatu jest niczym „pietruszka- głównie dla dekoracji”. Dla ks. Barry C. Black nie jest to jednak papierek lakmusowy, który ukazywałby bezskuteczność jego misji. Ks. kapelan spokojnie i wytrwale modli się i naucza ufając, że senatorowie usłyszą głos Boga, który wzywa ich do zgodnej, mądrej i ofiarnej służby swojemu narodowi. Jest to dla niego tak oczywiście i pewne jak to, że jutro wzejdzie słońce (The Washington Post, 22 września, 2011).

Zewnętrzne znaki przygotowania na przyjście Mesjasza są jak najbardziej potrzebne, jednak istota tego przygotowania ma charakter duchowy, wewnętrzny. Prorok Izajasz poprzez znaki zewnętrzne opisuje istotę królestwa bożego, które zacznie się realizować na ziemi wraz z przyjściem Mesjasza. Wtedy w sferze ducha zaczną dziać się cuda, które po ludzku sądząc są niemożliwe: „Wtedy wilk zamieszka wraz z barankiem, pantera z koźlęciem razem leżeć będą, cielę i lew paść się będą społem i mały chłopiec będzie je poganiał”. Te zachowania są jakby wbrew naturze. Mesjasz uświęci naszą naturę i uzdolni nas do miłości zwyciężającej zło będące owocem grzechu pierworodnego. Będzie to mało także społeczny wyraz: „Zła czynić nie będą ani zgubnie działać po całej świętej mej górze, bo kraj się napełni znajomością”. A wszystko stanie się to z sprawą znajomości prawa, które przyniesie Mesjasz. Poznanie z znaczeniu biblijnym to coś więcej niż przyjęcie do wiadomości. To przyjęcie nauki i życie według niej. W drugim czytaniu z Listu do Rzymian św. Paweł pisze: „To, co niegdyś zostało napisane, napisane zostało dla naszego pouczenia, abyśmy dzięki cierpliwości i pociesze, jaką niosą Pisma, podtrzymywali nadzieję”. Słuchając słów Pisma św., umacniamy się w nadziei, że rzeczywistość królestwa bożego stanie się naszym udziałem.

Prorok Izajasz w poetycki sposób pisze o rzeczywistości królestwa bożego. Gdy pojawił się Jan Chrzciciel poetyckie obrazy proroka Izajasza zaczęły przybierać konkretną formę. Nasza przemiana na miarę królestwa bożego rozpoczyna się od przemiany serca i duszy. Ewangelia mówi, że do Jana przychodziły tłumy ludzi: „Wówczas ciągnęły do niego Jerozolima oraz cała Judea i cała okolica nad Jordanem. Przyjmowano od niego chrzest w rzece Jordanie, wyznając przy tym swe grzechy”. Przychodzili także faryzeusze i saduceusze, aby przyjąć chrzest. Usłyszeli wtedy ostre słowa Jana Chrzciciela: „Plemię żmijowe, kto wam pokazał, jak uciec przed nadchodzącym gniewem?” Były to ludzie, którzy wiele rzeczy czynili na pokaz, udawali pobożność. Prawdopodobnie i chrzest Janowy potraktowali powierzchownie, na pokaz, dlatego tak ostro zostali skarceni. Jan Chrzciciel wzywa do nawrócenia, które zaowocuje czynami: „Wydajcie więc godny owoc nawrócenia.  Już siekiera do korzenia drzew jest przyłożona. Każde więc drzewo, które nie wydaje dobrego owocu, będzie wycięte i w ogień wrzucone”. To wycięcie i wrzucenie w ogień ma się dokonać w czasach ostatecznych, kiedy Chrystus przyjdzie na ziemie po raz drugi.  Jan Chrzciciel mówi: „Ma On wiejadło w ręku i oczyści swój omłot: pszenicę zbierze do spichrza, a plewy spali w ogniu nieugaszonym”.

Tony, brat Kari Robert, aby żyć potrzebował nerki do przeszczepu. Kari zdecydowała się na oddanie nerki swojemu bratu. Ważyła jednak 320 funtów, co uniemożliwiało bezpieczne pobranie nerki. Musiała pozbyć się zbędnych kilogramów. Kari narzuciła sobie drastyczną dietę i podjęła ćwiczenia fizyczne. To ją kosztowało bardzo wiele wyrzeczeń. Po trzech latach straciła 135 funtów. Teraz można było dokonać przeszczepu. Miłość siostry uratowała życie bratu (TODAY.com, 29 września, 2011).

Adwent przypomina nam o królestwie bożym, o życiu wiecznym oraz o „diecie” i „ćwiczeniach”, które ułatwiają nam osiągnięcie tego życia (z książki Bóg na drodze naszej codzienności).

 

ŚWIĘTY JAN MARIA VIANNEY

 

Proroctwa o przyjściu oczekiwanego Mesjasza rozpalały wyobraźnię Narodu Wybranego. Nad Jordanem pojawił się Jan Chrzciciel, który głosił, że proroctwa mesjańskie wypełnią się niebawem. A zatem trzeba się przygotować. Zasadniczym elementem tego przygotowania, jak nauczał Jan Chrzciciel było odwrócenie się od zła i grzechu. Ciągnęli zatem do Jana mieszkańcy okolicznej krainy, wyznawali popełnione zło i otrzymywali chrzest odpuszczenia grzechów.

Mesjasz przyszedł w widzialnej postaci ponad dwa tysiące lat temu i ciągle przychodzi do nas jako nasz Zbawca. Na to spotkanie winniśmy się przygotować. I tak jak dawniej na Jordanem, tak i dzisiaj pierwszym etapem przygotowania jest uznanie własnej grzeszności. To otwiera drogę do jedności z Chrystusem i bliźnim. Nieraz Bóg powołuje proroków, których wołanie do przemiany życia jest tak donośne, że ściąga ogromne rzesze ludzkie do konfesjonałów bożego miłosierdzia. Wśród nich jest święty Jan Maria Vianney.

Mówiono, że Jan nawracał każdego, kto do niego przybył i gdyby nie umarł to nawróciłby całą Francję. A Francja, nazywana pierwszą córą Kościoła potrzebowała nawrócenia. Niesiona na skrzydłach bezbożnej rewolucji pogrążyła się w krwawym terrorze. Z Paryża wypędzono wszystkich księży, którzy nie godzili się na zdradę swego powołania. Terror rewolucyjny, siejąc zniszczenie i trwogę docierał na prowincję. W Dardilly koło Lyonu, podobnie jak w wielu innych miejscach, pozbawiono proboszcza urzędu, a kościół zamknięto. Nie udało się jednak krwawym oprawcom wydrzeć wiary z serc ludu. W zamkniętych parafiach, ryzykując życiem pojawiali się kapłani. Wierni, z narażeniem życia organizowali dla nich miejsca do posługi duszpasterskiej. Do tych odważnych parafian w Dardilly należeli Mateusz i Maria Viannejowie. W jednym z ukrytych pomieszczeń, zastawionych wozem z sianem, pod strażą trzymaną przez chłopów, ich syn Jan Maria w wieku trzynastu lat przyjął Pierwszą Komunię Świętą. Viannejowie mieli sześcioro dzieci. Czwartym z nich był Jan, urodzony 8 maja 1786 roku.

Ponieważ szkoły parafialne były zamknięte, Jan nauczył się czytać i pisać dopiero w wieku 17 lat. Po ukończeniu szkoły w Dardilly, którą otwarto w roku 1803, Jan rozpoczął naukę w Ecully. Pod wpływem świątobliwego proboszcza Balley z Ecully Jan zaczął odkrywać w sobie powołanie kapłańskie. Z myślą o tym, tenże proboszcz uczył go łaciny. Jednak Jan nie miał głowy do nauki. O tych lekcjach pokornie napisał: „Ów ksiądz, przez pięć lub sześć lat, usiłował nauczyć mnie czegokolwiek, lecz był to daremny trud, gdyż nie byłem w stanie niczego utrzymać w głowie”. To było powodem trudności z przyjęciem go do seminarium i tylko dzięki proboszczowi został w roku 1812 alumnem Wyższego Seminarium Duchownego w Lyonie. Przełożeni, widząc niewielkie możliwości intelektualne Jana radzili mu, aby opuścił seminarium. Jan był gotowy to uczynić, ale proboszcz Balley był innego zdania. Dzięki jego interwencji i wstawiennictwu, 13 sierpnia 1815 roku Jan otrzymał święcenia kapłańskie. Pierwsze trzy lata spędził jako wikariusz u proboszcza Balley w Ecully. Między proboszczem a wikariuszem wywiązała się święta rywalizacja w zakresie dobrych uczynków, modlitwy i ducha pokuty.

Po śmierci proboszcza Balleya, biskup wysłał Jana do Ars-en-Dembes. Mieszkała tu niewielka, bo licząca zaledwie 230 osób wspólnota wiernych. Parafia była zaniedbana pod każdym względem. O wiernych z Ars mówiono pogardliwie, że tylko chrzest różni ich od bydląt. Byli zaniedbani pod względem moralnym. Do kościoła chodziło zaledwie kilka osób. Ks. Jan ocierając się o nędzę moralną parafian sam doświadczał nędzy materialnej. Głównym jego pożywieniem był garnek ziemniaków, który starczał mu na kilka dni. Młody kapłan nie zarażał się niczym, tylko wziął się gorliwie do pracy. Przez kilka godzin dziennie adorował Najświętszy Sakrament, sypiał zaledwie kilka godzin na gołych deskach, wiele pościł. To wszystko ofiarował za nawrócenie swoich parafian. Pisał: „Mój Boże, udziel łaski nawrócenia mojej parafii. Jestem gotów cierpieć wszystko, co tylko zechcesz, przez całe moje życie? byleby się nawrócili.”

Jego kazania były bardzo proste, a ich tematyka skupiała się wokół kilku prawd: grzechu i jego skutkach, pokucie, odzyskaniu łaski uświęcającej, Eucharystii i modlitwie. Nieraz z powodu niedostatków intelektualnych schodził z ambony nie dokończywszy swego kazania. Ale to nie było przeszkodą w dotarciu do wiernych. Proboszcz odwiedzał swoich parafian i po przyjacielsku z nimi rozmawiał. Świętość życia i miłość do wiernych zaczęły przemieniać parafię. Parafianie nawracali się, zaczynali gorliwie spełniać praktyki religijne i uczęszczać na Mszę św.  W niedługim czasie proboszcz z Ars zasłynął jako spowiednik, który potrafi przenikać ludzkie serca i sumienia oraz przepowiadać ludziom ich przyszłe losy, a także dawać dobre rady. Do Ars zaczęły napływać ogromne tłumy wiernych. Dziennie spowiadał około 200-300 osób. W ciągu ostatnich dwudziestu lat przebywał w konfesjonale średnio 17 godzin dziennie, rozpoczynając około pierwszej albo drugiej w nocy i kończąc późnym wieczorem. Jedyne przerwy robił dla odprawienia Mszy Świętej, modlitwy brewiarzowej, katechezy i kilka minut na skromny posiłek. Bardzo często, gdy stawali przed nim grzesznicy mało świadomi swoich grzechów, święty proboszcz zaczynał płakać.

Nie wszystkim podobała się praca proboszcza, stąd też przysyłano mu listy z pogróżkami i oczerniano. Doświadczał niechęci także ze strony swoich współbraci kapłanów. Pewien proboszcz z sąsiedniej parafii, widząc jak jego parafianie udają się w podróż do Ars, napisał do ks. Jana: „Drogi proboszczu, gdy ma się tak nikłą wiedzę teologiczną, nie powinno się nigdy zasiadać w konfesjonale”. Święty proboszcz odpisał mu: „Mój najdroższy i ukochany współbracie, jakże wiele powodów mam by darzyć Cię miłością! Jesteś jedynym który mnie dobrze poznał!” Były to szczere słowa. Jan prosił biskupa, aby go uwolnił od tak wielkiego obowiązku. Pisał do niego: „Będąc postawiony w takim miejscu, do którego zajmowania nie jestem godzien z powodu mojej niewiedzy, proszę o pozwolenie wycofania się na ubocze, abym mógł opłakiwać swoje biedne życie”. Pewnego razu nawet uciekł z parafii. Ale będąc posłusznym biskupowi wrócił do Ars. W ostatnim roku swojego życia miał przy konfesjonale ok. 80 000 wiernych. Łącznie przez 41 lat przewinęło się przez Ars około miliona ludzi.

Wyczerpany nadmierną pokutą i pracą ks. Jan zaczął podupadać na zdrowiu. Do cierpień fizycznych dołączyły cierpienia duchowe. Obawiał się, czy należycie pracował nad zbawieniem wiernych, lękał się o własne zbawienie. A do tego doszła jeszcze walka z szatanem, którą toczył nocami przez 35 lat. Początkowo kapłani- sąsiedzi sądzili, że są to przewidzenia osłabionego postami kapłana. Chcieli to sami sprawdzić. To co ujrzeli przeraziło ich tak, że uciekli w popłochu i już nie poddawali w wątpliwość zmagania się ks. Jana z szatanem. Wyniszczony chorobami i ascezą, święty kapłan odszedł do Pana 4 sierpnia 1859 r. W roku 1905 Jan Vianney został beatyfikowany przez papieża Piusa X, natomiast Pius XI kanonizował go w roku 1925 i w cztery lata później ogłosił św. Jana Marię Vianney’a patronem wszystkich proboszczów Kościoła katolickiego (z książki Wypłynęli na głębię).

 

ABY DO KOŃCA NIE ZDZICZEĆ

 

Na stronie internetowej WP.PL zamieszczono artykuł o pracy duszpasterskiej ks. Grzegorza Rapy w ogarniętym wojenną zawieruchą Ługańsku. Przed laty pracowałem z ks. Grzegorzem w jednej z parafii archidiecezji lubelskiej. Kapłan kierowany gorliwością duszpasterską, w roku 1993 wyjechał do pracy duszpasterskiej na Ukrainie. Został proboszczem parafii Narodzenia NMP w Ługańsku, którą założyli w roku 1900 potomkowie powstańców listopadowych, a w roku 1905 zbudowali świątynię. Ponad 20 lat później parafia została zamknięta przez bolszewicką władzę. Zaś sama świątynia została zburzona w czasie II Wojny Światowej. Wielkim wydarzeniem dla dawnych parafian i ich potomków była Msza św., którą odprawiono 29 czerwca 1992 roku w pobliskim parku. Parafię zarejestrowano pięć miesięcy później. A dziesięć miesięcy po tym wydarzeniu przybył do tej parafii ks. Grzegorz, który w spartańskich warunkach odbudowywał wspólnotę wiary oraz jej zaplecze materialne. W 1994 roku, staraniem ks. Grzegorza kupiono plac i budynek w stanie surowym, w którym po dokonaniu przebudowy obecnie mieści się kaplica i dom parafialny. Wspomniany kapłan jeździł na „wakacje” do Niemiec, gdzie zdobywał pieniądze na potrzeby nowej parafii, jak i też sam zakasywał rękawy i fizycznie pracował przy budowie. Obecnie wspólnota parafialna liczy kilkaset osób, głownie z polskimi korzeniami. Ks. Grzegorz postanowił zostać ze swoimi parafianami, gdy na wschodzie Ukrainy rozgorzała wojna. Sytuacja stała się szczególnie niebezpieczna, gdy separatyści podżegani i wspierani przez Rosjan zajęli Ługańsk. Ks. Grzegorz powiedział: „Mówiono, że Polacy sympatyzują z Ukraińskimi faszystami, że szkolili bojowników z Majdanu u siebie. To budowało nastroje wśród ludności. Były też hasła, że Kościół katolicki to szpiedzy Watykanu; dominowało takie sowieckie podejście, że Kościół jest narzędziem Stanów Zjednoczonych, że jest zagrożeniem dla Cerkwi prawosławnej. Zacząłem się obawiać, czy jako Polak i do tego osoba duchowna, będę mógł czuć się w mieście bezpiecznie”. Mimo tych zagrożeń ks. Grzegorz postanowił pozostać ze swymi parafianami. Powiedział: „Nie chciałem uciekać i zostawiać ludzi. Pomyślałem, że jak będzie, tak będzie”.

Wydawałoby się, że ta piękna postawa kapłana znajdzie uznanie internautów. Okazało się jednak, że większość komentarzy pod artykułem aż kapie obłąkańczą nienawiścią i bezgraniczną głupotą. Czytając te komentarze trzeba brać także pod uwagę fakt, że niektóre portale internetowe dokonują swoistej cenzury; przepuszczają komentarze wrogie kościołowi, a nie publikują przychylnych. Wiem, bo sam to przetestowałem. Nawet gdy to uwzględnimy, to i tak komentarze pod wspomnianym artykułem porażają głupotą i nienawiścią. Oto próbka tych komentarzy: „No cóż panie Rapa.. Czas wysupłać z kościelnej kasy pieniążki dla tych nieszczęsnych i niczemu niewinnych ludzi. Wszak Krk to najbogatsza instytucja na świecie. Może w końcu dalibyście coś komuś za darmo, a nie tylko grabić i ciągnąć do siebie przez 2 tys. lat” /Aga/. „Dlaczego ten ksiądz nie jedzie na Wołyń do swoich przyjaciół banderowców tylko kręci się na wschodzie? Tam go ryzuny przyjmą z otwartymi rękami, a w rękach będą noże, widły (symbol Ukrainy), siekiery i piły!!!!” /polak/. Czytając te komentarze zadawałem sobie pytanie: Jak bardzo może człowiek zdziczeć i co może go uchronić przed tym zdziczeniem? Odpowiedzi na to pytanie poszukajmy w dzisiejszych czytaniach mszalnych.

Prawdopodobnie, autorzy tych nienawistnych komentarzy, gdyby mieli władzę jak król Herod, to z prawdziwa satysfakcją, własnymi rękami ścięliby głowę wspomnianego kapłana, tak jak Herod kazał ściąć św. Jana Chrzciciela. Ludzie ciemności czynili tak zawsze z wysłannikami Boga, którzy głosili Chrystusa z Jego zbawczym orędziem. W Ewangelii na dzisiejszą niedzielę czytamy: „Wystąpił Jan Chrzciciel na pustyni i głosił chrzest nawrócenia na odpuszczenie grzechów. Ciągnęła do niego cała judzka kraina oraz wszyscy mieszkańcy Jerozolimy i przyjmowali od niego chrzest w rzece Jordan, wyznając przy tym swe grzechy”. Jednak nie wszystkim przypadło do gustu wezwanie do nawrócenia, wytykanie ich grzechów. Należał do nich król Herod, któremu Jan wytykał grzeszne życie. Ten jednak wolał uwieźć i zamordować proroka niż się nawrócić. W dzisiejszych czasach, to mordowanie wysłańców Bożych przybiera wiele innych form. Można do tego wykorzystać także media. W wywiadzie dla Onetu ks. dr hab. Dariusz Oko na pytanie dziennikarza: Skąd wynika ta nienawiść określonych środowisk do księdza?, odpowiada: „A ta nienawiść do mnie wynika zapewne z tego, że w powszechnej opinii należę do osób najbardziej skutecznych w obnażaniu błędów, zakłamania i manipulacji lewackich ideologów oraz ich ateistycznych utopii. Nienawidzą mnie podobnie, jak wcześniej komuniści nienawidzili Kołakowskiego, Sołżenicyna i błogosławionego księdza Jerzego Popiełuszkę. Niestety, w ich sercach nieraz łatwiej rodzi się nienawiść niż zrozumienie i nawrócenie. Modlę się za nich”. W innym miejscu dodaje: „Ludzie stojący po stronie Boga i człowieka zawsze o wiele więcej mogą, niż ci stojący po przeciwnej stronie. Każde ‘zwycięstwo’ odniesione przeciw miłości i prawdzie jest ograniczone i tymczasowe. Dlatego też o wiele więcej otrzymuję i doświadczam wsparcia oraz modlitwy od tych najlepszych, niż nienawiści i pogardy od tych najgorszych”.

Adwent wzywa nas abyśmy stali zawsze po stronie Boga i ludzi, a wtedy wszystko staje się możliwe, w tym najważniejsze; dobre przygotowanie się na spotkanie z Chrystusem w czasach ostatecznych. Czytając ten artykuł, słuchając słów z ambony, zapewne jesteśmy w gronie tych, o których mówi Ewangelia: „Ciągnęła do niego cała judzka kraina”. Szli do Jana Chrzciciela, bo w nim spełniało się proroctwo Izajasza:  „Przygotujcie na pustyni drogę dla Pana, wyrównajcie na pustkowiu gościniec naszemu Bogu! Niech się podniosą wszystkie doliny, a wszystkie góry i wzgórza obniżą; równiną niechaj się staną urwiska, a strome zbocza niziną gładką”. My także słuchamy Jana Chrzciciela, bo potrzebujemy nawrócenia, przemiany życia, aby godnie przygotować się do przeżycia świąt Bożego Narodzenia i być gotowym na spotkanie z Chrystusem, gdy On zapuka do nas ostaniem uderzeniem naszego serca. W tym przygotowaniu musimy brać pod uwagę szatańskie zakusy, które będą w nas uderzać przez zdziczałych synów ciemności. Nie możemy też ulec pokusie odwetu; odpłacić złem za zło. Bóg czeka nawet na swoje zdziczałe dzieci, czeka na ich nawrócenie. Św. Piotr w swoim liście pisze o nich: „Nie chce bowiem niektórych zgubić, ale wszystkich doprowadzić do nawrócenia”. Jednak Bóg, kierując się miłością obdarzył go wolną wolą. I człowiek może powiedzieć Bogu nie i nie wykorzystać swojego czasu nawrócenia. A wtedy dzień Pański, dzień sądu zaskoczy go jak złodziej. Św. Piotr pisze: „Jak złodziej zaś przyjdzie dzień Pański, w którym niebo ze świstem przeminie, gwiazdy się w ogniu rozsypią, a ziemia i dzieła na niej zostaną spalone”. A zatem zanim to się stanie, Bóg będzie posyłał, nie wiemy, ile razy św. Jana Chrzciciela i innych swoich wysłanników, którzy będą wołać: „Przygotujcie drogę Panu, prostujcie ścieżki dla Niego” (Kurier Plus, 2017).

 

WYSŁANIEC NA PUSTYNI ŻYCIA

 

W drugą niedzielę Adwentu, Ewangelia zabiera nas na pustynię, gdzie rozlega się głos św. Jana Chrzciciela: „Przygotujcie drogę Panu, prostujcie dla Niego ścieżki”.

Pustynia to szczególne miejsce. W pierwszych wiekach chrześcijaństwa pustynię Judzką, gdzie nauczał św. Jan Chrzciciel zaludniali pustelnicy i mnisi. W V stuleciu było tu aż siedemdziesiąt trzy skupiska monastyczne. Jednym z nich jest klasztor św. Jerzego Koziby, wzniesiony na stromym urwisku Wadi Qelt. Pustelnicy przybywali na pustynię, aby w samotności odkrywać prawdę i doświadczyć Bożej obecności. Wielkim miłośnikiem pustynnej samotności w bliższych nam czasach był Antoine de Saint Exupéry, który wiele miesięcy spędził na Saharze, w bazie lotniczej. Owocem jego pustynnych przemyśleń jest jest książka zatytułowana „Twierdza “. Jest tam między innymi bardzo wymowna scena, w której ojciec wyprowadza na pustynię syna, by pokazać mu konającą kobietę przykutą do pala za jakieś przestępstwo. Ojciec mówi do chłopca: „Ona już przekroczyła granicę cierpienia i strachu, które są chorobami stadnymi, a na które cierpi całe ludzkie stado. Ona odkrywa prawdę”. Prawda odkryta na pustyni w bliskości Boga przekracza ziemskie bariery cierpienia i śmierci.

Antoine de Saint Exupéry na pustyni odkrył prawdę o współczesnym świecie, którą wyraził w liście do zaprzyjaźnionego generała: „Dziś jestem tak bardzo smutny – głęboko smutny. Smuci mnie moja generacja, która pozbawiona jest wszelkiej substancji ludzkiej, która jako formę życia duchowego zna tylko bary, matematykę i wyścigi samochodowe, a dziś została wprzęgnięta wyraźnie do działań stadnych – działań pozbawionych jakiejkolwiek barwy. Nic więcej człowieka już nie dziwi. Nienawidzę mojej epoki z całej duszy. Człowiek umiera w niej z pragnienia. Ach, panie generale, jest tylko jeden problem, jedyny na świecie. Jak można ludziom zwrócić duchowe znaczenie, duchowy niepokój, pozwolić, by spłynęło na nich niby rosa coś, co przypomina gregoriański śpiew! Widzi pan, nie można już żyć lodówkami, polityką, bilansami i krzyżówkami. Nie można. Nie można już żyć bez poezji, bez barwy, bez miłości… Dwa miliardy ludzi słucha tylko robotów, rozumie tylko roboty i któregoś dnia stanie się robotami. Więzy miłości są tak słabe, tak mało ważne, że ich braku człowiek nie odczuwa, tak jak kiedyś. Człowieka, którego pozbawiono całej jego siły twórczej i który w swej wiosce nie potrafi już nawet zatańczyć czy zaśpiewać. Człowieka, któremu dostarcza się kultury konfekcji, kultury standardowej, tak jak bydłu dostarcza się siana. Tak przedstawia się człowiek dzisiejszy. Jest w Europie dwieście milionów ludzi, których życie nie ma sensu i którzy chcieliby się do człowieczeństwa urodzić. Wszyscy bardziej lub mniej świadomie odczuwają potrzebę odrodzenia”.

Słowa pisarza: „Jak można ludziom zwrócić duchowe znaczenie, duchowy niepokój, pozwolić, by spłynęło na nich niby rosa coś, co przypomina gregoriański śpiew!” pobrzmiewają w pieśniach adwentowych. W jednej z nich śpiewamy: „Niebiosa, rosę spuśćcie nam z góry; / Sprawiedliwego wylejcie, chmury. / O wstrzymaj, wstrzymaj Twoje zagniewanie / I grzechów naszych zapomnij już, Panie! / Grzech nas oszpecił i w sprośnej postaci / stoim przed Tobą, jakby trędowaci. / O, spojrzyj, spojrzyj na lud Twój znękany / I ześlij Tego, co ma być zesłany”.

Jan Chrzciciel w okresie adwentowym zabiera nas na pustynię, która w symbolice biblijnej jest etapem drogi ku Bogu. Wszyscy wezwani do wiary przechodzą przez ten etap. Przechodził go Abraham, gdy opuścił Charan chaldejski, aby szukać Ziemi Obiecanej. Na pustyni rozpoczyna się historia Mojżesza, kiedy Bóg ukazuje mu się w płonącym krzaku i w ciszy pustyni powołuje go do szczególnej misji wyzwolenia narodu wybranego. Na pustyni człowiek doświadcza Boga, który jest mądrością życia i jest lekarstwem na bolączki współczesnego świata, które ukazuje Exupéry w liście do generała. Na tej pustyni pojawił się wysłannik Boga św. Jan Chrzciciel, którego zapowiadał prorok Izajasz: „Głos się rozlega: „drogę Panu przygotujcie na pustyni, wyrównajcie na pustkowiu gościniec dla naszego Boga! Niech się podniosą wszystkie doliny, a wszystkie góry i pagórki obniżą; równiną niechaj się staną urwiska, a strome zbocza niziną. Wtedy się chwała Pańska objawi, razem ją każdy człowiek zobaczy, bo usta Pańskie to powiedziały”. Bóg nie zostawia nas samych na pustyni. Posyła do nas swoich wysłańców.

Pustynia w naszym życiu codziennym może przybierać różny kształt, jak też wysłannicy, których Bóg posyła do nas.

Dla Bogdana praca stała się jego pustynią. Był dobry w tym co robił. Z entuzjazmem wykonywał swoją pracę. Dobrze zarabiał, ale jego marzeniem była własna firma. Jednak szansa na posiadanie własnego biznesu, jak sądził, wymknęła się bezpowrotnie. Zmarkotniał, stracił entuzjazm do życia, zaczął zaglądać do kieliszka. Coraz bardziej pogrążał się w samotności, oddalał od innych. Posłańcem na jego „pustyni” stała się jego żona. Powtarzała mu, że jest przy nim, że to co zarabia wystarcza na utrzymanie rodziny i na pewno przyjdzie dzień, kiedy zrealizuje swoje marzenia o własnym biznesie. Uwierzył i jego życie znowu pojawiła się nadzieja i radość.

Klarę wypędzały na pustynię relacje rodzinne. Jej teściowie uważali, że ich syn źle zrobił poślubiając emigrantkę z Azji. Na każdym kroku dawali jej to odczuć. Klara czuła się bardzo źle podczas rodzinnych, mimo, że mąż robił wszystko, aby ja przed tym uchronić. Ale prawdziwym wysłańcem na „pustyni” Klary okazała się ciotka jej męża, która przed laty znalazła się w podobnej sytuacji. W czasie rodzinnych spotkań rozmawiała wiele z Klarą, okazywała jej ogromną życzliwość i miłość. Klara coraz bardziej otwierała się na teściów, mimo ich wyraźnej niechęci. W końcu lody zostały przełamane.

Marka i Iwonę na pustynię lęku i niepewności popchnęła choroba dziecka. Jak każdy rodzic chcieli swojej córeczce przychylić nieba. Ich córka robiła pewne postępy, ale im wydawało się, że są zbyt powolne. Martwili się o przyszłość córeczki, obwiniając się, że może coś przeoczyli w swojej opiece nad dzieckiem. Często ulegali frustracji i strachowi. Ich posłańcem na „pustyni” lęku okazała się pielęgniarka, która pozostaje z nimi w stałym kontakcie, aby odpowiedzieć na ich pytania, wyjaśnić różne sposoby leczenia i upewnić, że ich córka dobrze się czuje. Leczenie postępuje powoli, ale przynosi efekty, a oni przekonali się, że są wspaniałymi rodzicami, którzy niczego nie przegapili w wychowaniu córeczki.

W naszym życiu nieraz doświadczamy „pustyni” samotności, gniewu, zranienia, goryczy, strachu, zawodu. Jeśli wtedy otworzymy swoje serce, to usłyszymy głos posłańca Bożego, niosącego radość i nadzieję. Może to będzie serdeczny przyjaciel, kochający współmałżonek, mądry i wspaniałomyślny członek rodziny, oddany i współczujący opiekun i tak dalej. Każdy z nas staje, i to nie jeden raz na pustyni, która rodzi się w obliczu przemijania, śmierci i wieczności. Na tę pustynię Bóg posyła św. Jana Chrzciciela, który wzywa do przygotowania się na przyjście Mesjasza, który jest naszym życiem i zmartwychwstaniem (Kurier Plus, 2017).

 

PRZEMIENIAJĄCA OBECNOŚĆ JEZUSA

W jednym z klasztorów zaczęło dziać się coś niedobrego. Kryzys dotknął różnych sfer życia zakonnego. Niektórzy mnisi opuścili klasztor, a na ich miejsce nie było nowych. A ci, którzy zostali utracili ducha pierwotnej gorliwości. Niewielką grupę starzejących się mnichów ogarnęła depresja i zgorzknienie we wzajemnych relacjach. W konsekwencji coraz mniej ludzi przychodziło na Mszę św. i po porady duchowe. Martwiło to bardzo opata klasztoru. Postanowił coś zrobić. Dowiedział się, że w pobliskiej puszczy ma swoją pustelnię bogobojny mnich, uważany przez wiernych za świętego. Opat postanowił zatem skonsultować się z nim. Opowiedział pustelnikowi o problemach jakie dotykają klasztor, w którym pozostało tylko siedmiu starych mnichów. Pustelnik cierpliwie wysłuchał opata po czym powiedział, że zdradzi mu pewien sekret. Otóż jeden z mnichów w klasztorze jest w rzeczywistości Mesjaszem, ale pozostaje On nierozpoznany.

Z radosną wieścią opat powrócił do klasztoru, zwołał całą wspólnotę i przekazał im to co usłyszał od świętego pustelnika. Jeden z nas jest Mesjaszem. Zaskoczeni mnisi z niedowierzaniem spojrzeli na siebie, próbując rozeznać, kto z nich może być Chrystusem. Może ojciec Marek, który prawie cały czas trwa na modlitwie? A może ojciec Józef, który zawsze gotowy jest spieszyć z pomocą innym? Ale on nie stroni od jedzenia i ma problem z postem. Dla wyjaśnienia opat dopowiedział, że Mesjasz, aby ukryć swoją tożsamość przyjął również złe nawyki postępowania. To sprawiło, że mnisi byli jeszcze bardziej zdezorientowani w odkrywaniu, kto jest pośród nich Chrystusem. Po pewnym czasie mnisi byli pewni, że każdy z nich, z wyjątkiem siebie samego, może być Chrystusem.

Po zdobyciu tej pewności mnisi zaczęli traktować się nawzajem z większym szacunkiem i pokorą, wiedząc, że osoba, z którą rozmawiają, może być samym Chrystusem. Zaczęli okazywać sobie więcej miłości, ich wspólne życie łączyła braterska przyjaźń, wspólna modlitwa stała się gorliwsza. Wspólnota zaczęła wracać do pierwotnej gorliwości. Nowego ducha w klasztorze zauważyli wierni i zaczęli uczęszczać na msze św. sprawowaną w klasztornym kościele, zgłaszać się do mnichów o porady i wskazówki duchowe. Wieść o niezwykłej przemianie wspólnoty klasztornej obiegła okoliczne miejscowości. Pojawili się nowi kandydaci na mnichów. Klasztor zaczął się powiększać, a gorliwość i świętość mówiła o obecności Chrystusa wśród nich. Niepotrzebne było już mnichom szukanie, który z nich jest Mesjaszem, Chrystusem. Oni żyli Jego duchem. Teraz zrozumieli słowa świętego pustelnika, który mówił właśnie o takiej duchowej obecności Chrystusa, obecności, która przemienia nas na podobieństwo samego Chrystusa. O czym mówi św. Paweł: „Teraz zaś już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus”.

W tej opowieści kryje się ważna prawda o przemieniającej mocy doświadczenia obecności Chrystusa wśród nas. Popatrzmy na nasze życie. Czy nie wyglądałoby ono inaczej, gdybyśmy mieli niezłomne przekonanie, że obok mnie jest prawdziwy Chrystus, że On może przybrać postać mojego bliźniego. Ta świadomość może przemienić całe nasze życie. Doświadczył tego Maciej Czaczyk. Z popularnego telewizyjnego talent show trafił do seminarium duchownego w Szczecinie. Zamiast kariery artystycznej wybrał kapłaństwo. Wspomina: „Wydawało mi się, że skoro ludzie klaszczą, biorą autografy, robią sobie ze mną zdjęcia, to ja chyba muszę być jakimś bogiem. Na pewno kimś lepszym od innych. Ale wewnątrz był mrok i pustka”. W jednej z swoich piosenek pisał: „Jak liście na wietrze / Płyniemy w powietrzu / W chaosie cały nasz świat / Jak liście na wietrze / Co jutro przyniesie / Czy w całość złożyć się da”. Udało mu się złożyć wszystko w całość i to w Chystusie. Niespełna rok po przyjęciu święceń kapłańskich powiedział: „Teraz jestem naprawdę szczęśliwy”. Autentycznie odczuł obecność Chrystusa i to doświadczenie zmieniło całkowicie jego drogę życiową.

Pomyślmy jak bardzo zmieniłoby się nasze życie osobiste, życie naszej rodziny, naszej wspólnoty gdybyśmy szczerze uwierzyli słowom dzisiejszej Ewangelii, w której św. Jan Chrzciciel mówi o Jezusie: „Pośród was stoi Ten, którego wy nie znacie, który po mnie idzie, a któremu ja nie jestem godzien odwiązać rzemyka u Jego sandałów”. Nasze życie odmieniłoby się tak jak życie klasztornej wspólnoty. Św. Jan Chrzciciel ukazuje nam drogę do doświadczenia obecności Chrystusa w naszym życiu: „Prostujcie drogę Pańską, jak rzekł prorok Izajasz”. Jesteśmy wezwani do przemiany życia, ponieważ drogi naszego życia, postępowania nie zawsze są drogami, które wskazuje nam Chrystus.  W Adwencie nieraz słyszymy wezwanie do prostowania dróg naszego życia, wyrównywania pagórków pychy, zasypania przepaści nienawiści, zazdrości i złości. Jeśli usłuchamy tego wołania, to w naszym życiu zaczną się spełniać słowa proroka Izajasza: „Ogromnie się weselę w Panu, dusza moja raduje się w Bogu moim, bo mnie przyodział w szaty zbawienia, okrył mnie płaszczem sprawiedliwości, jak oblubieńca, który wkłada zawój, jak oblubienicę strojną w swe klejnoty. Zaiste, jak ziemia wydaje swe plony, jak ogród rozplenia swe zasiewy, tak Pan Bóg sprawi, że się rozpleni sprawiedliwość i chwała wobec wszystkich narodów”.

Myśl o radości w Panu rozwija św. Paweł w liście Tesaloniczan: „Zawsze się radujcie, nieustannie się módlcie. W każdym położeniu dziękujcie, taka jest bowiem wola Boża w Jezusie Chrystusie względem was. ducha nie gaście, proroctwa nie lekceważcie. Wszystko badajcie, a co szlachetne – zachowujcie. Unikajcie wszelkiego rodzaju zła”. Radość trzeciej niedzieli adwentu staje się dominującym akcentem oczekiwania na przyjście Pana. Mówi o tym odmienny kolor szat liturgicznych, jak i też sama nazwa tej niedzieli Gaudete, pochodząca od pierwszego słowa antyfony rozpoczynającej tego dnia Liturgię Eucharystyczną. Słowo to pochodzi od łacińskiego czasownika „gaudere” i jest wezwaniem do radości: Radujcie się! Powodem tej radości jest świadomość, że Bóg jest blisko nas, że spełniają się słowa dzisiejszej Ewangelii: „Pośród was stoi Ten, którego wy nie znacie jest z nami, że stał się naszym bratem”. Dla słuchaczy Jana Chrzciciela rzeczywiście Chrystus był jeszcze nieznany. My go znamy, ale tak nie do końca. Głębsze poznanie Boga prowadzi do pełniejszego doświadczenia Jego obecności w naszym życiu. Uświadamiamy sobie, że Bóg jest zainteresowany nami, naszym codziennym życiem, naszymi problemami, chce prowadzić nas swoimi dogami ku zwycięstwu, ku zbawieniu. I to staje się źródłem radości, o której papież Paweł VI pisał w adhortacji apostolskiej „Gaudete in Domino”: „Należy rozwijać w sobie umiejętność radowania, cieszenia się, korzystania z wielorakich radości ludzkich, jakich Bóg Stwórca użycza nam na tę doczesną pielgrzymkę”.

A zatem niech zabrzmi w naszych sercach wezwanie Kościoła: Bądź radosny! Nie zamykaj się w samotności i smutku. Jezus jest z Tobą! (Kurier Plus, 2020).

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *