4 sty

2 niedziela wielkanocna Rok C

 

NIEWIERNI TOMASZE

Było to wieczorem owego pierwszego dnia tygodnia. Tam, gdzie przebywali uczniowie, drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami. Jezus wszedł, stanął pośrodku i rzekł do nich: „Pokój wam!”. A to powiedziawszy, pokazał im ręce i bok. Uradowali się zatem uczniowie, ujrzawszy Pana. A Jezus znowu rzekł do nich: „Pokój wam! Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam”. Po tych słowach tchnął na nich i powiedział im: „Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane”. Ale Tomasz, jeden z Dwunastu, zwany Didymos, nie był razem z nimi, kiedy przyszedł Jezus. Inni więc uczniowie mówili do niego: „Widzieliśmy Pana!”. Ale on rzekł do nich: „Jeżeli na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ i nie włożę palca mego w miejsce gwoździ, i nie włożę ręki mojej do boku Jego, nie uwierzę”. A po ośmiu dniach, kiedy uczniowie Jego byli znowu wewnątrz domu i Tomasz z nimi, Jezus przyszedł mimo drzwi zamkniętych, stanął pośrodku i rzekł: „Pokój wam!”. Następnie rzekł do Tomasza: „Podnieś tutaj swój palec i zobacz moje ręce. Podnieś rękę i włóż ją do mego boku, i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym”. Tomasz Mu odpowiedział: „Pan mój i Bóg mój!”. Powiedział mu Jezus: „Uwierzyłeś, bo Mnie ujrzałeś; błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli” I wiele innych znaków, których nie zapisano w tej księdze, uczynił Jezus wobec uczniów. Te zaś zapisano, abyście wierzyli, że Jezus jest Mesjaszem, Synem Bożym, i abyście wierząc, mieli życie w imię Jego (J 20,19-31).

Wiele bardzo ważnych spraw w naszym życiu rozgrywa się na pograniczu świata, którego można doświadczyć empirycznie i świata, który nie podlega temu doświadczeniu. Dla niektórych, świat doświadczeń poza empirycznych jest nieważny, gdyż wymyka się poznaniu przez nasze zmysły i sztywno pojmowane możliwości rozumu. Jednak, dla większości ten świat odgrywa bardzo ważną rolę w ich życiu. Bywają nieraz sytuacje, że świat pozamaterialny dla swej manifestacji wyraża się przez formy materialne, które możemy odczytać naszymi zmysłami. Sceptycy mówią, że takiej możliwości niema, ponieważ dla nich nie istnieje świat pozamaterialny. Ci, którzy tego doświadczyli są zdziwieni jak można być głuchym na tak ważne doświadczenie. A zatem przyjdźmy do tych doświadczeń.

Na plebanię przychodzi kobieta i prosi księdza do chorego. Okazuję się, że umierający, 60 letni mężczyzna jest człowiekiem niewierzącym. Kapłan przybywa, ale jest już za późno; umierający stracił przytomność. Ksiądz nie rezygnuje jednak. Mówi do chorego, a następnie zdejmuje swój medalik i nakłada na szyję chorego. Chory zaczyna mówić jak do swej matki, dawno już zmarłej: „Przyszłaś do mnie, mamo. Pamiętam, tak dobrze pamiętam, jak zawiozłaś mnie jako dziecko na Jasną Górę. Mówiłaś mi wtedy, że jesteś chora na gruźlicę, że wkrótce umrzesz, dlatego oddajesz mnie pod opiekę Matki Bożej. Założyłaś mi medalik na szyję i poleciłaś nosić go stale. Niestety, mamo, zrzuciłem później medalik, bo utraciłem wiarę, całe życie prowadziłem bez Boga, ale ty przychodzisz teraz do mnie”. W tym momencie chory przytomnie spogląda na kapłana i prosi o pojednanie z Bogiem.

Dla umierającego człowieka, zapewne to doświadczenie było najważniejszym w jego życiu, a spotkanie z matką było tak realne jak ten świat, który go otaczał. Jakże nieporadnie, wobec tego doświadczenia wyglądają ci, którzy zaopatrzeni w potężne mikroskopy orzekają, że to wszystko jest wynikiem przemian chemicznych w komórkach mózgowych.

Jako duszpasterz często rozmawiam z ludźmi, którzy stracili kogoś bliskiego ze swej rodziny. Mówią oni o swoich związkach ze zmarłymi, o miłości silniejszej aniżeli śmierć. Zmarli są obecni w ich życiu. Przychodzą do nich w snach. Czasami, można usłyszeć w rozmowie o znakach materialnych, przez które zmarli jak gdyby mówią o swej obecności. Moi rozmówcy bardzo cenią sobie te doświadczenia. Dlaczego?. Sądzę, że z dwóch powodów. Pierwszy. Każde spotkanie z drogą osobą, nawet we śnie jest cenne. Drugi, zasadniczy powód. Takie doświadczenia upewniają nas, że nasi bliscy żyją w innym świecie. Prawie w każdym z nas jest zakodowane pragnienie znaków, poprzez, które można dotknąć rzeczywistości nadprzyrodzonej. Czy te osobiste doświadczenia mogą być takimi znakami? Na to pytanie nie znajdziemy odpowiedzi nawet w najmądrzejszych i najpobożniejszych książkach. Trudno osądzić na ile te przeżycia są emanacją naszych pragnień, a na ile rzeczywistością nadprzyrodzoną, w której obecny jest Bóg. Możemy być jednak pewni tego, że istnieje możliwość dotknięcia, doświadczenia Boga i świata nadprzyrodzonego. O tej możliwości mówi nam zacytowany na wstępie fragment Ewangelii. To, co spełnia się w naszych snach (spotkanie ze zmarłymi) stało się możliwe w rzeczywistości.

Śmierć Chrystusa na krzyżu była tragedią dla jego uczniów. Zapewne po Jego śmierci pragnęli, jakiegoś znaku ze strony Jezusa. To, czego doświadczyli przerosło ich najśmielsze oczekiwania. Chrystus przychodzi do nich. Mogą z Nim rozmawiać i dotknąć Go. To nie był sen to była rzeczywistość. Trudno było im w to uwierzyć. Chrystus żyje, istnieje życie mimo śmierci. Jeden z dwunastu apostołów, Tomasz był nie obecny w czasie przyjścia Jezusa. Po jego powrocie apostołowie dzielą się radosną nowiną o zmartwychwstaniu Chrystusa. Tomasz nie jest jednak skłonny do uwierzenia. „Jeżeli na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ i nie włożę palca mego w miejsce gwoździ, i nie włożę ręki mojej do boku Jego, nie uwierzę””. Chce dotknąć ran Chrystusa własnym rękami. Chrystus przychodzi i daje mu taką szansę, a wtedy Tomasz pada na kolana i woła: „Pan mój i Bóg mój”. Bóg pozwala nieraz człowiekowi doświadczyć swej obecności przez materialne znaki. Takimi znakami są cuda. Od początku dziejów ludzkości Bóg przemawia do człowieka przez cuda, tak dzieje się również i dzisiaj. Częściej jednak Bóg mówi do nas w cichości naszej duszy i przez innych ludzi. A my bardzo często jesteśmy podobni do niewiernego Tomasza i sami chcielibyśmy, przez znaki materialne, cuda dotknąć Boga.

Dla człowieka otwartego na nadprzyrodzoną rzeczywistość, świat materialny staje się znakiem Boga. Wspaniałość Wszechświata prowadzi do jego Stwórcy. Można przytoczyć wiele wypowiedzi uczonych, którzy zajmowali się światem materii i poprzez ten świat odkrywali Boga. Dotknięcie świata materialnego stawało się jakby dotknięciem jego Stwórcy. Oto wypowiedzi kilku uczonych. K. Linneusz we wstępie do swego dzieła „ O systemie przyrody” pisze:, “Gdy patrzę na słońce i gwiazdy zawieszone w przestrzeni myślę, że wszystkie te dzieła stworzone noszą na sobie znamię mądrości i potęgi Boga, który napełnia je światłem i życiem”. Twórca teorii budowy gwiazd A. Edington:, “Choć nauka w przyszłości odsłoni jeszcze nie jedną tajemnicę, to jednak nigdy nie zgłębi całkowicie wewnętrznej struktury świata. Nowa fizyka nie oddala nas od Boga, lecz przeciwnie, prowadzi nas do Niego”. I jeszcze jedna wypowiedź wybitnego fizyka A. Ampere’a: „Jednym z najbardziej przekonywujących dowodów istnienia Boga jest panująca we wszechświecie harmonia i ów przedziwny ład, mocą, którego każda istota żyjąca w organach swych znajduje wszystko, co potrzebne jest do utrzymania bytu, do rozradzania się i do rozwoju swoich fizycznych oraz umysłowych zdolności”.

Jak Tomasz jesteśmy spragnieni dowodów na istnienie Boga. Świat zaś jest pełen znaków bożej obecności. Wystarczy otworzyć serce i umysł na tę rzeczywistość i z pewnością doświadczenie św. Tomasza będzie naszym udziałem, i za nim będziemy mogli powtórzyć „Pan Mój i Bóg mój” (z książki Ku wolności).

 

RANY CHRYSTUSA

Wiele znaków i cudów działo się wśród ludu przez ręce apostołów. Trzymali się wszyscy razem w krużganku Salomona. A z obcych nikt nie miał odwagi dołączyć się do nich, lud zaś ich wychwalał. Coraz bardziej też rosła liczba mężczyzn i kobiet przyjmujących wiarę w Pana. Wynoszono też chorych na ulice i kładziono na łożach i noszach, aby choć cień przechodzącego Piotra padł na któregoś z nich. Także z miast sąsiednich zbiegały się wielkie rzesze do Jeruzalem, znosząc chorych i dręczonych przez duchy nieczyste, a wszyscy doznawali uzdrowienia (Dz 5, 12-16).

Pielgrzymując po Włoszech odwiedziliśmy niewielkie miasteczko San Giovanni Rotondo, które stało się znane dzięki jednemu człowiekowi. Jest ono dzisiaj miejscem pielgrzymkowym. Rocznie przybywa tu ponad 7,5 miliona pielgrzymów. Przyjeżdżają tutaj ze względu na grób niezwykłego mnicha, błogosławionego Ojca Pio, który przez 52 lata przebywał tu w klasztorze ojców Kapucynów. Zmarł 23 września 1968 r.

Jest to miejsce niezwykłe i z tego względu, że żyją jeszcze ludzie, którzy byli świadkami życia i cudów, jakie dokonały się za wstawiennictwem Ojca Pio. Uzdrowienia, nawrócenia i stygmaty, którymi był obdarzony Ojciec Pio ściągały tysiące ludzi żądnych spotkania z nim. Stygmaty były wymownym zewnętrznym znakiem wybrania do udziału w tajemnicy Męki Chrystusa.

Stygmaty są to rany na rękach, nogach, głowie i lewym boku jako odbicie ran Męki Chrystusa. Stygmaty nie ropieją, nie podlegają zapaleniu, nie ulegają zakażeniu, nagle się zabliźniają. Leczenie stygmatów jest bezskuteczne. Nauka próbuje na płaszczyźnie naturalnej tłumaczyć fenomen stygmatów. Jednak te wyjaśnienia nie są w stanie rozproszyć tajemnicy tego zjawiska. W konsekwencji stygmaty kieruje naszą uwagę na rzeczywistość nadprzyrodzoną i stają się znakiem bożym w świecie. Można je zrozumieć tylko w kontekście wiary.

Tak je odbierali ci, którzy patrzyli na rany Ojca Pio, gdy ten sprawował Mszę św. Ból był niewidoczny. Wiemy jednak z zapisków stygmatyka, że towarzyszyło temu ogromne cierpienie, szczególnie w dniu męki i śmierci Chrystusa.

Jako pielgrzymi ze szczególnym wzruszeniem zatrzymujemy się na chórze kościoła Matki Bożej Łaskawej, tam gdzie 20 września 1918 r. Ojciec Pio modlił się i otrzymał na swym ciele znamiona Męki Chrystusa. Patrzymy na ławkę, w której siedział i krzyż, na który patrzył w czasie tego mistycznego doświadczenia. Czujemy niezwykłość  tego miejsca, bo rzeczywiście jest to miejsce niezwykłe. Do dziś dzieją się tam cuda, szczególnie cuda nawrócenia za wstawiennictwem błogosławionego Ojca Pio.

Stygmaty są szczególnym znakiem zbawczej męki i śmierci Chrystusa. Zapewne w zbawczych planach bożej miłości mają one głębszy sens, ponieważ  nawet na uwielbionym ciele zmartwychwstałego Zbawiciela były widoczne. A zatem możemy pytać, jaka jest ich wymowa dla nas. Szukając odpowiedzi na to pytanie sięgnę do historii, jaka wydarzyła się w Nowym Jorku

Jedna z matek w przeciągu sześciu lat straciła trzech synów. Najmłodszy został zastrzelony w drzwiach domu. Nieogarniony ból wypełnił jej serce. Ból ten odżywał za każdym razem, gdy słyszała o nowych zabójstwach. Jednak w swym cierpieniu nie zamknęła się w sobie, lecz wyszła ku innym. Zaczęła aktywnie i skutecznie działać na rzecz kontroli ograniczenia dostępu do broni palnej. Mówiła o tym w szkołach i wielu innych miejscach. Wspierała matki, które znalazły się w podobnej sytuacji. Gdy zmarło dziecko odwiedzała ich rodziców, była z nimi, niosła otuchę i pocieszenie.

W pierwszych miesiącach po tych tragicznych wydarzeniach powtarzała, że wolałaby, aby jej zamordowani synowie nigdy się nie narodzili. A teraz myśli i mówi inaczej: „Ta śmierć przyniosła wiele bólu i smutku, ale z drugiej strony przyniosła także niewiarygodną radość. Dzisiaj dziękuję Bogu za życie moich synów, choć tak tragicznie przerwane. Gdyby nie oni, nigdy bym nie była człowiekiem takim jakim jestem obecnie. Oni pomogli mi wyzwolić się z mego egoizmu i otworzyć się na bliźniego. Dzięki nim jestem silna i pełniej żyję”.

W futrynie drzwi do dzisiaj są widoczne wgłębienia po kulach, które były skierowanie do jej najmłodszego zamordowanego syna. Matka na pytanie, dlaczego nie nareperuje podziurawionej futryny odpowiada: „Chcę, aby te wgłębienia przypominały wszystkim, że w tym miejscu stracił życie młody człowiek. Gdybym je naprawiła, wtedy ludzie zapomnieliby o tym”. Gdyby futryna była naprawiona ludzie zapomnieliby o tym wydarzeniu.

Pod tym kątem możemy także spojrzeć na Chrystusowe rany. W pierwszym rzędzie pomogły one apostołom rozpoznać swego Mistrza. Jeden z nich Tomasz mówi, że nie uwierzy dopóki nie dotknie ran Chrystusa.  Jak gdyby dla niego samego przychodzi Chrystus, pokazuje mu rany i każe ich dotknąć. To wystarczyło Tomaszowi, aby uwierzył i wyznał: „Pan i Bóg mój”.  Święte rany stały się źródłem pocieszenia, odwagi i nadziei.

Rany Chrystusa przypominają  ogromną miłość Chrystusa do człowieka i Jego zwycięstwo nad złem, cierpieniem i śmiercią. A dla tych, którzy włączą się w to misterium, którego znakiem są rany Chrystusowe staje się źródłem uleczenia osobistych ran jakie zadaje nam cierpienie i śmierć. Jest także źródłem mocy do wyzbycia się własnego egoizmu i otwarcia na cierpienie bliźnich

Z tych powodów rozpamiętywamy i czcimy rany Chrystusowe, a Bóg co pewien czas w cudowny sposób przypomina nam o nich przez stygmatyków, którzy noszą ślady Męki naszego Zbawiciela /Nie ma inne Ziemi Obiecanej/.

 

GODZINA BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

W Wielki Wtorek siedziałem przy komputerze, przygotowując na Niedzielę Miłosierdzia Bożego refleksje religijne do Kuriera Plus. Siedziałem i myślałem, od czego zacząć. Z zamyślenia wyrwał mnie telefon. Zadzwoniła Eryka, która odwoziła na lotnisko 27- letniego Sebastiana. Po siedmioletnim pobycie w Stanach Zjednoczonych wracał do Polski, do rodziny. Eryka zapytała mnie, czy mógłbym porozmawiać z nim, licząc, że Sebastian po siedmiu latach zdecyduje się także na spowiedź. Po przyjeździe, w czasie rozmowy Eryka zapytała go, czy nie chciałby się wyspowiadać. Pierwsza jego odpowiedź była na nie. Uszanowaliśmy jego decyzję. Weszliśmy do kościoła i zatrzymaliśmy się przy ołtarzu grobu Pańskiego, który przygotowywałem na Wielki Piątek. Eryka dyskretnie odeszła i uklęknęła do modlitwy przed obrazem Jezusa Miłosiernego. Po długiej rozmowie Sebastian zdecydował się na spowiedź. Wyznał, że już zapomniał, jak się spowiadać. Powiedziałem, że mu pomogę, niech tylko mówi co mu serce i sumienie dyktuje. Po spowiedzi, z wewnętrzną radością i pokojem malującym się na twarzy podszedł do ołtarza, aby przyjąć komunię św. W trójkę nie mogliśmy ogarnąć wzruszenia tej chwili. W czasie modlitwy Sebastian spojrzał na Erykę i wyszeptał „Teraz wszystkie modlitwy mi się przypomniały”.

Po wyjściu z kościoła powiedział, że 5 lat temu, po wyjeździe siostry został sam w Nowym Jorku. I wtedy alkohol, narkotyki, kradzieże i bezdomność stały się jego chlebem powszednim. Stoczył się na dno. Prawdopodobnie marnie by skończył, gdyby nie dotknęło go Boże Miłosierdzie, które w tym wypadku wybrało Erykę za swoje narzędzie. To ona zobaczyła bezdomnego Sebastiana na ulicy, zaczęła z nim rozmawiać, pomagać, namawiać do powrotu do Polski, do rodziny. Bo w takiej sytuacji był to dla niego jedyny ratunek. A gdy się zgodził załatwiła paszport, kupiła za własne pieniądze bilet do Polski, nowe ubranie, zaprowadziła do fryzjera, wykąpała, spakowała walizki z prezentami dla rodziny, słowem wyposażyła go do powrotu. Po spowiedzi, gdy byliśmy na zewnątrz kościoła Sebastian zdzwonił do Polski, do mamy i w pierwszych słowach powiedział, że był u spowiedzi i przyjął komunię, dodając: „Mówię ci to, abyś wiedziała, gdyby coś się stało”. A matka wzruszonym głosem odpowiedziała: „Spadł mi kamień z serca”. Po czym zapytała: „Co ci ugotować synku, jak przyjedziesz?”.

Pożegnałem się i wróciłem do swojego mieszkania, spojrzałem na zegar ścienny. Była godzina 15:15. Uświadomiłem sobie, że Sebastian spowiadał się o godz. 15: 00, w godzinie Bożego Miłosierdzia. Następnego dnia matka Sebastiana wysłała emaliowy list. Oto jego fragment: Chciałabym podziękować za pomoc w dostarczeniu Sebastiana do Polski. Po powrocie nie sprawia żadnych problemów. Sebastian jest bardzo wdzięczny za pomoc w jego przylocie. Na razie przyjmuje leki, które przepisał lekarz rodzinny. Po świętach ma pójść do lekarza i ma dostać skierowanie na odwyk. Chciała bym z całą rodziną serdecznie podziękować wszystkim, którzy mu pomagali, szczególnie chcę  podziękować Pani za ogromną pomoc w powrocie do rodziny, za dodawanie mu otuchy, bez pomocy Pani marnie by skończył. Pani na pewno nic dobrego by się z nim nie stało”. Dziękuję także księdzu za pojednanie go z Bogiem”.

Po tym zdarzeniu jeszcze bardziej wiarygodniej brzmią świadectwa ludzi, którzy doświadczyli w swoim życiu Bożego Miłosierdzia a ich świadectwa zostały zamieszczone na stronie internetowej „jezuufamtobie.pl”. Oto kilka z nich. „Panie Jezu rok temu w tym miejscu modliłam się o zdrowie dla siebie (choruję na reumatoidalne zapalenie stawów). Mam 32 lata. Modliłam się też o dobrego męża. Dziś dziękuję Ci za Twoje łaski, bo mój stan zdrowia znacznie się poprawił. Mogę chodzić bez większego bólu i przyjechałam tu z narzeczonym. Dziękuję Ci z całego serca!”. „Pragnę z całego serca podziękować za modlitwę przebaczenia. Długi czas w głębi serca nie umiałam przebaczyć mojemu mężowi, że przyczynił się do rozpadu naszego małżeństwa (jest alkoholikiem). Tu, w tym miejscu mogłam mu przebaczyć. Nie wiem jakie są losy dalszego życia, ale ufam Bogu”. „Chciałam podziękować Panu Jezusowi Miłosiernemu za uzdrowienie z alkoholizmu ojca moich dzieci, który żyje w trzeźwości już od 2 lat. Dziękuję wszystkim, którzy ze mną modlili się do Pana Jezusa w tej intencji”. „Kochane Siostry przed kilkoma miesiącami prosiłem o modlitwę w intencji Justyny, u której wykryto czerniaka. Justyna ma się świetnie lekarze zapewniają, że jest bardzo dobrze! W niedługim czasie Justyna będzie mamą!!! 🙂 Z całego serca dziękuję za modlitwę. Będziemy modlić się za zgromadzenie sióstr!”.

Wielkim orędownikiem kultu Bożego Miłosierdzia objawionego św. siostrze Faustynie Kowalskiej był bł. Jan Paweł II. On to ustanowił liturgiczne święto Miłosierdzia Bożego, obchodzone w drugą Niedzielę Wielkanocy. Dla wielu z nas wymownym znakiem tajemnicy tej nowej uroczystości było odchodzenie do domu Ojca bł. Jana Pawła II w wigilię uroczystości Bożego Miłosierdzia. W kulcie Bożego Miłosierdzia uprzywilejowanym czasem jest Godzina Bożego Miłosierdzia. Jest to godzina piętnasta, godzina śmierci Jezusa na krzyżu za grzechy całego świata. W swoim Dzienniczku św. zapisała słowa Jezusa skierowane do niej: „O trzeciej godzinie błagaj Mojego miłosierdzia, szczególnie dla grzeszników, i choć przez krótki moment zagłębiaj się w Mojej męce, szczególnie w Moim opuszczeniu w chwili konania. Jest to godzina wielkiego miłosierdzia dla świata całego”. Ile razy usłyszysz, jak zegar bije trzecią godzinę, zanurzaj się cała w miłosierdziu moim, uwielbiając i wysławiając je; wzywaj jego wszechmocy dla świata całego, a szczególnie dla biednych grzeszników, bo w tej chwili zostało na oścież otwarte dla wszelkiej duszy (Dz.1572).

W drugą Niedzielę Wielkanocy, w Uroczystość Miłosierdzia Bożego jest czytana Ewangelia i niewiernym Tomaszu. Nie było go, gdy Jezus ukazał się apostołom. Gdy wrócił apostołowie z radością mówili, że widzieli zmartwychwstałego Jezusa, na co Tomasz odpowiedział: „Jeżeli na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ i nie włożę palca mego w miejsce gwoździ, i nie włożę ręki mojej do boku Jego, nie uwierzę”. Jakby specjalnie dla Tomasza Jezus ukazał się i powiedział do niego, aby dotknął Jego ran. Tomaszowi nie było to potrzebne. Padł na kolana i wyznał swoją wiarę: „Pan mój i Bóg mój!”. A wtedy Jezus powiedział do Tomasza i do nas: „Uwierzyłeś, bo Mnie ujrzałeś; błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli”. To była dla Tomasza godzina bożego miłosierdzia. Każdy z nas ma taką swoją godzinę miłosierdzia, aby się nawrócić i umocnić wiarę. Nasza prywatna godzina miłosierdzia Bożego nabiera szczególne mocy, gdy złączymy ją z Godziną Miłosierdzia Bożego objawionego św. Faustynie (z książki Bóg na drogach naszej codzienności).

 

UZDROWIENIE DUSZY I CIAŁA

Niektórzy mówią, że najważniejsze jest zdrowie. Jak będziesz miał zdrowie będziesz miał wszystko. Takie stwierdzenie jest prawdziwe tylko do granicy, którą wyznacza grób. I gdyby to była ostateczna granica naszej egzystencji, to z pewnością zdrowie fizyczne byłoby najważniejszą wartością, bo gdy nie mamy zdrowia to nawet największe bogactwa, czy sława nie cieszą nas. Jednak grób nie wyznacza kresu naszego życia. Pochłania, to co materialne, ale nie może zamknąć w sobie rzeczywistości ludzkiej duszy, która stanowi istotę egzystencji. Stąd też ważniejsze od zdrowia ciała jest zdrowie duszy. Często jedno z drugim jest powiązane. Ten związek wykorzystuje Chrystus w swoim nauczaniu. Litując się nad chorymi, przywracał im zdrowie. W pewnym sensie uzdrowienia fizyczne miały charakter instrumentalny, służyły czemuś więcej niż tylko uwolnieniu od cierpienia fizycznego. Chrystus nie odrzucił cierpienia, tylko biorąc krzyż na swe ramiona ukazał jego sens. Uzdrowienia fizyczne prowadziły do uzdrowienia duchowego, do przyjęcia Jezusa jako swego Pana i Zbawcy. Również w pierwszych latach chrześcijaństwa uzdrowienia pełniły taką rolę. W Dziejach Apostolskich czytamy: „Coraz bardziej też rosła liczba mężczyzn i kobiet, przyjmujących wiarę w Pana. Wynoszono też chorych na ulice i kładziono na łożach i noszach, aby choć cień przechodzącego Piotra padł na któregoś z nich. Także z miast sąsiednich zbiegało się mnóstwo ludu do Jerozolimy, znosząc chorych i dręczonych przez duchy nieczyste, a wszyscy doznawali uzdrowienia”.

Po śmierci Jezusa serca apostołów wypełnił ból, cierpienie, poczucie beznadziejności, zwątpienie. Z tej choroby uzdrowił ich Chrystus, ukazując się im po swoim zmartwychwstaniu. Cierpienie zamieniło się w niewyobrażalną radość. Najpóźniej doświadczył tej łaski Tomasz. Zbolały nie chciał uwierzyć apostołom, że widzieli Pana. Na ich przekonywania odpowiedział: „Jeżeli na Jego rękach nie znajdę śladu gwoździ i nie włożę mego palca w miejsce gwoździ, i nie włożę ręki mojej do boku Jego, nie uwierzę”. Był beznadziejnie chory na niedowiarstwo. Chrystus jakby specjalnie dla niego przyszedł, aby uzdrowić go. Zaskoczony i uradowany Tomasz nie potrzebował już wkładać ręki do boku Jezusa tylko z radością wyznał: „Pan i Bóg mój”. Jezus okazał Tomaszowi wielkie miłosierdzie, aby uwierzył i miał życie w sobie. Można powiedzieć, że Tomasz Apostoł skorzystał z Bożego Miłosierdzia, które wypływało z przebitego boku Jezusa.

Od tamtego czasu uzdrawiająca moc Bożego Miłosierdzia ogarnia cały świat. W dzisiejszych czasach dociera ono do nas przez objawienia św. Faustyny Kowalskiej. 22 lutego 1931 r. w klasztorze sióstr miłosierdzia w Płocku siostra Faustyna doznała pierwszego objawienia, o którym napisze: „Wieczorem, kiedy byłam w celi, ujrzałam Pana Jezusa ubranego w białą szatę. Jedną rękę miał wzniesioną do błogosławieństwa, a drugą dotykał szaty na piersiach. Spod uchylonej szaty wychodziły dwa wielkie promienie: jeden czerwony, a drugi blady. W milczeniu wpatrywałam się w Pana. Dusza moja była przejęta bojaźnią, ale i radością wielką. Po chwili powiedział mi Pan Jezus: Wymaluj obraz według wzoru, który widzisz, z podpisem: Jezu, ufam Tobie. Pragnę, aby ten obraz czczono najpierw w waszej kaplicy, a potem na całym świecie. Obiecuję, że dusza, która czcić będzie ten obraz, nie zginie. Obiecuję już tu na ziemi zwycięstwo nad nieprzyjaciółmi, szczególniej w godzinę śmierci. Ja, Pan, bronić jej będę jako chwały swojej”. Chrystus wyjaśnia także symbolikę obrazu: „Promienie oznaczają krew i wodę, które wytrysnęły z wnętrza mego Miłosierdzia wówczas, gdy konające Serce moje zostało otwarte na krzyżu. Blady promień oznacza wodę, która usprawiedliwia duszę, czerwony promień oznacza krew, która jest życiem duszy. Te promienie osłaniają dusze przed gniewem Ojca mego. Szczęśliwy, kto w ich świetle żyć będzie”.

Wielkim orędownikiem kultu Miłosierdzia Bożego był papież Jan Paweł II. Podczas kanonizacji siostry Faustyny nawiązał do zacytowanego na wstępie fragmentu Ewangelii, podkreślając, że tak jak Apostołom, Chrystus ukazał siostrze Faustynie swój przebity bok. Z przebitego serca Chrystusa spływa na ludzi Boże Miłosierdzie. Papież przez kanonizację siostry Faustyny uświadamia nam, że ludzkość potrzebuje na nowe tysiąclecie nowego orędzia Bożego Miłosierdzia. Uzdrawiająca duszę tajemnica Bożego Miłosierdzia objawiona przez siostrę Faustynę była potwierdzana licznymi cudami. W procesie kanonizacyjnym siostry Faustyny przytaczano wiele cudownych uzdrowień, które prowadziły do uzdrowienia duszy. Oto jeden z nich. Maureen Digan w młodości nabawiła się ciężkiej choroby zwanej limphodemią. Między 15 a 20 rokiem życia przeszła ponad 50 operacji. Między innymi w wieku 19 lat miała operację kręgosłupa i przez dwa lata cierpiała na paraliż. W wieku 20 lat, amputowano jej nogę na wysokości biodra. W 1981 roku przyjechała do Polski, gdzie nawiedziła sanktuarium w Łagiewnikach. 28 marca podczas modlitwy przy grobie siostry Faustyny poczuła, że z jej nogi znikła opuchlizna. Ustąpił też ból. W pierwszej chwili pomyślała, że to objaw rozstroju nerwowego. Wypchała swój but serwetką, by nikt nie zauważył zmiany. Po powrocie do domu przestała brać lekarstwa. Choroba ustąpiła całkowicie. Maureen została przebadana przez czterech lekarzy, którzy stwierdzili, że choroba była nieuleczalna i nie są w stanie wyjaśnić przyczyn nagłego uleczenia.

Papież Jan Paweł II ustanowił liturgiczne święto Miłosierdzia Bożego, obchodzone w drugą Niedzielę Wielkanocy. Dla wielu z nas wymownym znakiem tajemnicy tej nowej uroczystości było odchodzenie do domu Ojca Sługi Bożego Jana Pawła II w wigilię uroczystości Bożego Miłosierdzia. Nadal jesteśmy świadkami uzdrowień fizycznych, które wskazują na uzdrawiające źródło Miłosierdzia Bożego. Zapisano już całe książki z cudami dokonanymi za wstawiennictwem Sługi Bożego Jana Pawła II. Oto jeden z nich, który będzie wykorzystany w procesie beatyfikacyjnym. Jest nim uzdrowienie francuskiej zakonnicy Marie-Simon-Pierre z zaawansowanej choroby Parkinsona. Choroba rozwijała się początkowo łagodnie, ale po trzech latach nasiliła się, objawiając się wzmożonym drżeniem rąk, sztywnieniem mięśni, bólach i bezsenności. Od 2 kwietnia 2005, gdy zmarł wieczorem Jan Paweł II, postępy choroby były coraz gwałtowniejsze. Zakonnica nie mogła już pisać lewą ręką, coraz słabiej widziała i czuła się coraz gorzej. Wiadomość o śmierci Ojca Świętego, przyjęła jako stratę przyjaciela, „który mnie rozumiał i dodawał mi sił, abym dalej żyła”. Po ogłoszeniu wszczęcia procesu beatyfikacyjnego Jana Pawła II, siostra wraz ze swoim zgromadzeniem modliła się o zdrowie. 2 czerwca, dwa miesiące po śmierci papieża poprosiła matkę przełożoną o zwolnienie z obowiązków, gdyż nie była już w stanie nic robić. Ta powiedziała, aby się nie poddawała: „Jan Paweł II nie powiedział jeszcze ostatniego słowa”. Poprosiła też siostrę, aby napisała imię zmarłego Papieża, a gdy chora to uczyniła, okazało się, że tekst jest zupełnie nieczytelny. Po modlitwach wieczornych siostra wróciła do swego pokoju i mniej więcej ok. godz. 21.35-37, a więc w czasie, gdy dwa miesiące wcześniej umierał Ojciec Święty, poczuła pragnienie ponownego sięgnięcia po pióro. Ku swemu wielkiemu zaskoczeniu napisane przez nią litery były bardzo czytelne. Wkrótce potem ustąpiły bóle i drżenie kończyn, mogła też normalnie zasnąć. Gdy wczesnym rankiem, przed rozpoczęciem dnia, znalazła się w kaplicy klasztornej przed Najświętszym Sakramentem, ogarnął ją dziwny spokój. Odmawiała tajemnice światła różańca, ustanowione przez Jana Pawła II. 3 czerwca, w święto Najświętszego Serca Pana Jezusa, uświadomiła sobie, że została uzdrowiona. Potwierdziły to późniejsze badania neurologiczne.

Myśląc o cudach trzeba pamiętać, że do tych, którzy uwierzyli, nie czekając na nadzwyczajne znaki Chrystus mówi tak jak do Tomasza: „Błogosławieni, którzy nie widzieli a uwierzyli” (z książki w Poszukiwaniu mądrości życia).

 

ŚWIĘTA FAUSTYNA KOWALSKA

W Wielkim Tygodniu roku 1937 Siostra Faustyna miała wizję, którą dzisiaj odczytujemy jako zapowiedź uroczystości jej beatyfikacji. W dzienniczku zapisała: „Nagle zalała mnie obecność Boża i ujrzałam się naraz w Rzymie, w kaplicy Ojca Świętego i równocześnie byłam w kaplicy naszej (Łagiewniki), a uroczystość Ojca Świętego i całego Kościoła była ściśle złączona z naszą kaplicą i w szczególny sposób z naszym Zgromadzeniem, i równocześnie wzięłam udział w uroczystości w Rzymie i u nas. Ponieważ uroczystość tak ścisłe była związana z Rzymem, że chociaż piszę, nie mogę rozróżnić, ale tak jak jest, czyli jak widziałam. Widziałam w kaplicy naszej Pana Jezusa wystawionego w monstrancji na wielkim ołtarzu. Kaplica była uroczyście ubrana, a w dniu tym wolno było wejść do niej wszystkim ludziom, ktokolwiek chciał. Tłumy były tak wielkie, że ani okiem przejrzeć nie mogłam. Wszyscy z wielką radością brali udział w tej uroczystości, a wielu z nich otrzymało to, co pragnęło. Ta sama uroczystość była w Rzymie, w pięknej świątyni i Ojciec święty z całym duchowieństwem obchodził tę uroczystość”.

Po 56 latach, 18 kwietnia 1993 r. wizja Siostry Faustyny nabrała realnego kształtu. W tym dniu papież Jan Paweł II wyniósł ją na ołtarze oraz ogłosił święto Miłosierdzia Bożego. W Rzymie na beatyfikacji zgromadziły się olbrzymie tłumy, w tym samym czasie odbywały się uroczystości w Łagiewnikach, gdzie żyła Święta. Dzięki przekazom satelitarnym uczestnicy uroczystości w Łagiewnikach mogli przeżywać szczególną więź z wiernymi zgromadzonymi na Placu Świętego Piotra. Czas między datą wizji a uroczystością beatyfikacji był okresem nadzwyczajnego rozszerzania się kultu Miłosierdzia Bożego objawionego siostrze Faustynie oraz pokonywania wielu przeszkód na drodze jego rozpowszechniana. W czasie beatyfikacji papież Jan Paweł II powiedział: ,,O Faustyno, jakże przedziwna była twoja droga! Czyż można nie pomyśleć, że to ciebie właśnie ‘ubogą i prostą córkę polskiego ludu ‘ wybrał Chrystus, aby przypomnieć ludziom wielką Bożą tajemnicę Miłosierdzia”. Tę tajemnicę Miłosierdzia przypomina scena Ewangeliczna zacytowana na wstępie. Chrystus jakby specjalnie przychodzi do niewiernego Tomasza, aby ten uwierzył, skorzystał z Bożego Miłosierdzia i miał życie wieczne.

Siostra Maria Faustyna urodziła się 25 sierpnia 1905 roku jako trzecie z dziesięciorga dzieci Marianny i Stanisława Kowalskich, rolników ze wsi Głogowiec w województwie łódzkim. Na chrzcie otrzymała imię Helena. Od dzieciństwa odznaczała się umiłowaniem modlitwy, pracowitością, posłuszeństwem i wielką wrażliwością na ludzką biedę. Po ukończeniu trzyklasowej szkoły podstawowej chciała wstąpić do zakonu, na co nie zgodził się ojciec. Jako kilkunastoletnia dziewczyna opuściła rodzinny dom, by na służbie u zamożnych rodzin w Aleksandrowie, Łodzi i Ostrówku zarobić na własne utrzymanie oraz pomóc rodzicom. Jednak głos powołania odzywał się w niej coraz natarczywiej. Aż przyszedł moment, kiedy przynaglona wizją cierpiącego Chrystusa i słowami wyrzutu: „Dokąd cię cierpiał będę i dokąd mnie zwodzić będziesz?”, zaczęła szukać miejsca w klasztorze. Pukała do wielu furt zakonnych, ale nigdzie jej nie przyjęto. Dopiero 1 sierpnia 1925 roku otwarła się dla niej furta klasztoru Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia w Warszawie przy ulicy Żytniej. W swoim „Dzienniczku” wyznała: „Zdawało mi się, że wstąpiłam w życie rajskie. Jedna się wyrywała z serca mojego modlitwa dziękczynna”.

Po kilku tygodniach przeżywała jednak silną pokusę przeniesienia się do innego zgromadzenia, w którym byłoby więcej czasu na modlitwę. Wtedy Pan Jezus, ukazując jej swe zranione i umęczone oblicze, powiedział: „Ty mi wyrządzisz taką boleść, jeżeli wystąpisz z tego Zakonu. Tu cię wezwałem, a nie gdzie indziej i przygotowałem wiele łask dla ciebie”.  W Zgromadzeniu otrzymała imię siostra Maria Faustyna. Nowicjat odbyła w Krakowie i tam złożyła pierwsze, a po pięciu latach wieczyste śluby zakonne. Pracowała w domach Zgromadzenia, w Krakowie, Płocku i Wilnie, pełniąc obowiązki kucharki, ogrodniczki i furtianki. Na zewnątrz nic nie zdradzało jej niezwykle bogatego życia mistycznego. Gorliwie spełniała swe obowiązki, wiernie zachowywała wszystkie reguły zakonne, była skupiona i milcząca, a przy tym naturalna, pogodna, pełna życzliwej i bezinteresownej miłości dla bliźnich.

U podstaw jej duchowości leżała tajemnica miłosierdzia Bożego, którą rozważała w słowie Bożym i kontemplowała w codzienności swego życia. Poznawanie i kontemplacja tajemnicy miłosierdzia Bożego rozwijały w niej postawę dziecięcego zawierzenia wobec Boga i miłosierdzia względem bliźnich. W „Dzienniczku” zapisała: „O mój Jezu każdy ze świętych Twoich odbija jedną z cnót Twoich na sobie, ja pragnę odbić Twoje litościwe i pełne miłosierdzia Serce, chcę je wysławić. Miłosierdzie Twoje, o Jezu, niech będzie wyciśnięte na sercu i duszy mojej jako pieczęć, a to będzie odznaką moją w tym i przyszłym życiu”. Lata życia zakonnego obfitowały w nadzwyczajne łaski: objawienia, wizje, ukryte stygmaty, uczestnictwo w męce Pańskiej, dar bilokacji, czytania w duszach ludzkich, proroctwa, w tym wiele odnoszących się do Polski.

22 lutego 1931 r. w klasztorze sióstr miłosierdzia w Płocku siostra Faustyna doznała pierwszego objawienia, o którym napisze: „Wieczorem, kiedy byłam w celi, ujrzałam Pana Jezusa ubranego w białą szatę. Jedną rękę miał wzniesioną do błogosławieństwa, a drugą dotykał szaty na piersiach. Spod uchylonej szaty wychodziły dwa wielkie promienie: jeden czerwony, a drugi blady. W milczeniu wpatrywałam się w Pana. Dusza moja była przejęta bojaźnią, ale i radością wielką. Po chwili powiedział mi Pan Jezus: Wymaluj obraz według wzoru, który widzisz, z podpisem: Jezu, ufam Tobie. Pragnę, aby ten obraz czczono najpierw w waszej kaplicy, a potem na całym świecie. Obiecuję, że dusza, która czcić będzie ten obraz, nie zginie. Obiecuję już tu na ziemi zwycięstwo nad nieprzyjaciółmi, szczególniej w godzinę śmierci. Ja, Pan, bronić jej będę jako chwały swojej”. Siostra Faustyna na początku była przerażona tymi widzeniami, jednak pod wpływem łaski bożej zaczęła je przyjmować jako misję przekazania światu orędzia o Bożym Miłosierdziu.

Chrystus postawił na drodze Siostry Faustyny spowiednika, znanego teologa, profesora Uniwersytetu Wileńskiego, księdza Michała Sopoćko. Spowiednik podszedł bardzo sceptycznie do objawień Siostry. Długo analizował jej życie duchowe oraz stany psychiczne. Nie będąc pewnym tych objawień ksiądz Sopoćko nakazał Siostrze Faustynie spisywanie objawień i przeżyć w „Dzienniczku”. Poprosił też znanego artystę Edmunda Kazimierskiego o namalowanie obrazu Chrystusa Miłosiernego według wskazań zakonnicy. Siostra Faustyna uważała, że namalowany obraz nie oddaje piękna postaci Chrystusa z jej wizji. Jakby w odpowiedzi na to Chrystus jej powiedział: „Podaję ludziom naczynie, z którym mają przychodzić po łaski do źródła Miłosierdzia; tym naczyniem jest ten obraz z napisem: Jezu ufam Tobie”. Chrystus wyjaśnia także symbolikę obrazu: „Promienie oznaczają krew i wodę, które wytrysnęły z wnętrza mego Miłosierdzia wówczas, gdy konające Serce moje zostało otwarte na krzyżu. Blady promień oznacza wodę, która usprawiedliwia duszę, czerwony promień oznacza krew, która jest życiem duszy. Te promienie osłaniają dusze przed gniewem Ojca mego. Szczęśliwy, kto w ich świetle żyć będzie.”

Chrystus objawił także przez Siostrę Faustynę wolę ustanowienia w Kościele święta ku czci Miłosierdzia Bożego w pierwszą niedzielę po Wielkanocy. Jednak wszelkie sugestie na ten temat spotkały się z dużym oporem ze strony władzy kościelnej. Siostra Faustyna żaliła się Zbawicielowi, i wtedy otrzymała odpowiedź: „Tak postępuję na świadectwo, że dzieło to jest moje. Wszystkie dzieła moje rozwijają się powoli i napotykają na wielkie trudności, a największe dzieło Odkupienie uwieńczone było śmiercią i dopiero zmartwychwstaniem. Tu również wszyscy nieprzyjaciele rozbiją się u nóg moich. Nie za pomyślny wynik nagradzam, ale za trud i cierpienia dla mnie”.

Po raz pierwszy publicznie ukazano obraz „Jezu ufam Tobie” w Wilnie w czasie jubileuszu 1900-lecia Odkupienia. Dwa lata później arcybiskup zezwolił na zawieszenie obrazu w kościele na bocznej ścianie. Zabroniono jednak głoszenia jakie jest jego pochodzenie. W tym samym roku ks. Sopoćko znalazł w „Dzienniczku” siostry Faustyny, przebywającej na leczeniu w Krakowie tekst koronki i nowenny do Miłosierdzia Bożego. Zbiorek nie otrzymał pozwolenia na druk władz kościelnych w Wilnie, otrzymał je zaś w Krakowie.

Siostra Maria Faustyna wyniszczona chorobą i różnymi cierpieniami, które znosiła jako dobrowolną ofiarę za grzeszników, zmarła w Krakowie 5 października 1938 roku, mając zaledwie 33 lata. Idea Miłosierdzia Bożego, mimo wielu trudności szerzyła się w Polsce i poza jej granicami. W 1943 r. w krakowskim klasztorze sióstr miłosierdzia w bocznym ołtarzu zawieszono obraz Jezusa Miłosiernego namalowany przez artystę Adolfa Chyłę. I ten obraz stał się bardziej popularny niż wileński namalowany przez Kazimierskiego. W wyniku niezbyt wiernego przedstawienia Stolicy Apostolskiej objawień siostry Faustyny, 19 listopada 1958 r. papież Jan XXIII podpisał dekret odmawiający objawieniom siostry charakteru nadprzyrodzonego. Zakazywał on m.in. rozpowszechniania obrazów i pism, które przedstawiają nabożeństwo do Miłosierdzia Bożego w formach proponowanych przez siostrę Faustynę.

Mimo tego zakazu idea Miłosierdzia Bożego objawionego siostrze Faustynie była bardzo żywa wśród wiernych. Aż przyszedł rok 1964, kiedy to metropolita krakowski arcybiskup Karol Wojtyła podjął starania o beatyfikację siostry Faustyny. Przejrzano krytycznie materiały odnośnie tych objawień, uwzględniono rozwój tego kultu i cuda dokonane za wstawiennictwem siostry Faustyny. Te starania zostały uwieńczone jej beatyfikacją i ustanowieniem święta Miłosierdzia Bożego (z książki Wypłynęli na głębię).

 

ŚMIERĆ ODKRYWA PIĘKNO ŻYCIA

Jednym z najbardziej popularnych pisarzy naszych czasów jest brazylijski pisarz i poeta Paulo Coelho. Jest on autorem wielu bestsellerów takich jak Pielgrzym, Alchemik, Demon i panna Prym, Zahir Piąta góra, Weronika postanawia umrzeć. Nad tą ostatnią chciałem teraz zatrzymać się trochę dłużej. Dwudziestoośmioletnia Weronika Deklava ma w życiu prawie wszystko: urodę, dobrze płatną pracę i piękne mieszkanie w Nowym Jorku. Nieco gorzej układa się jej życie prywatne. Mimo dostatku pojawia się monotonia i nuda, życie traci sens. Weronika postanawia umrzeć. Z tą myślą przedawkowała tabletki. Jednak próba samobójcza nie powiodła się. Po dwóch tygodniach śpiączki obudziła się w szpitalu psychiatrycznym. Wtedy dowiedziała się, że mimo faktu iż została odratowana to jednak, poprzez przedawkowanie leków zostało uszkodzone serce, i że został jej tylko tydzień życia. W ciągu tego tygodnia przewartościowała cały swój świat. Z każdym dniem odkrywała na nowo piękno życia. Uświadomiła sobie jak bardzo je kocha. Zaczęła dostrzegać rzeczy które mogła by jeszcze zrobić, miejsca które chciała by zobaczyć zanim umrze. Atrakcyjna dziewczyna poznała w zakładzie wielu pacjentów, a szczególną jej uwagę zwrócił schizofrenik Edward. Zrodziła się między nimi miłość. W obliczu zbliżającej się śmierci Weronika odkrywa wartość i piękno życia. Chce po porostu żyć jego pełnią. Ma taką szansę, ponieważ doktor, w ramach eksperymentu wymyślił chorobę serca, aby zmotywować Weronikę do życia.

Dla chrześcijan, czy raczej dla ludzi, którzy całkowicie zaufali Chrystusowi świadomość przemijania i zbliżania się śmierci ma o wiele głębszy wymiar niż jest to co ukazane w historii Weroniki. Śmierć oznacza przede wszystkim zdążanie na spotkanie z Chrystusem zmartwychwstałym, które stanie się początkiem innej wspaniałej rzeczywistości, która nie będzie miała końca. W tej perspektywie widzimy piękno tego świata i chcemy każdą chwilę wykorzystać jak najlepiej jak najpiękniej. Bo wczorajszy dzień, który minął już się nigdy nie powtórzy, ale może zostać coś więcej niż tylko wspomnienie, może pozostać dobro, które opromienione światłem Chrystusowego zmartwychwstania nabiera wymiaru wieczności. A zatem zbliżanie się naszego spotkania Chrystusa w śmierci jest mobilizacją, aby jak najwięcej zabrać ze sobą ziemskiego piękna opromienionego blaskiem wielkanocnej tajemnicy. Można tak głęboko zanurzyć się w rzeczywistość tajemnicy Chrystusa zmartwychwstałego, że doświadczając i doceniając piękna rzeczywistości ziemskiej możemy pragnąć i radośnie oczekiwać spotkania z Chrystusem.

Doświadczył tego św. Paweł, który napisał: „Dla mnie bowiem żyć – to Chrystus, a umrzeć – to zysk”. Pisał to człowiek, którego pozycja społeczna dawała możliwość korzystania z przyjemności tego świata więcej niż innym. A jednak, gdy doświadczył spotkania z Chrystusem zmartwychwstałym, wszystko uznał za stratę: „I owszem, nawet wszystko uznaję za stratę ze względu na najwyższą wartość poznania Chrystusa Jezusa, Pana mojego. Dla Niego wyzułem się ze wszystkiego i uznaję to za śmieci, bylebym pozyskał Chrystusa”. Podobnie myślał św. Ignacy Antiocheński, który jak głosi legenda był tym szczęśliwym dzieckiem, które kiedyś Chrystus postawił przed swoimi uczniami i powiedział: „Zaprawdę powiadam wam: Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego. Kto się więc uniży, jak to dziecko, ten jest największy w królestwie niebieskim. I kto by przyjął jedno takie dziecko w imię moje, Mnie przyjmuje”. Jeśli nawet legenda mówi prawdę, to zapewne późniejsze spotkanie duchowe z Chrystusem zmartwychwstałym dyktowało słowa św. Ignacego: „Wolę umrzeć w Chrystusie Jezusie niż panować nad całą ziemią. Szukam Tego, który za nas umarł; pragnę Tego, który dla nas zmartwychwstał. I oto bliskie jest moje narodzenie… Pozwólcie chłonąć światło nieskalane. Gdy je osiągnę, będę pełnym człowiekiem”.

A zatem życie nasze nabiera pełniejszego kształtu, staje się piękniejsze i pozwala z radosną nadzieją spoglądać w najdalsza przyszłość, gdy autentycznie spotkamy Chrystusa zmartwychwstałego. Jest wiele różnych dróg prowadzących do naszego Pana. Dzisiejsza niedziela, zwana Niedzielą Miłosierdzia Bożego ukazuje jedną z bardzo ważnych cech tej drogi. Jest to Boże Miłosierdzie. Chrystus powiedział do św. Siostry Faustyny: „Pragnę, ażeby pierwsza niedziela po Wielkanocy była świętem Miłosierdzia. Pragnę, aby święto Miłosierdzia, było ucieczką i schronieniem dla wszystkich dusz, a szczególnie dla biednych grzeszników. W dniu tym otwarte są wnętrzności miłosierdzia Mego, wylewam całe morze łask na dusze, które się zbliżą do źródła miłosierdzia  Mojego. Która dusza przystąpi do spowiedzi i Komunii świętej, dostąpi zupełnego odpuszczenia win i kar. W dniu tym otwarte są wszystkie upusty Boże, przez które płyną łaski”. Święto to ogłosił w całym kościele wielki orędownik Bożego Miłosierdzia św. Jan Paweł II, który umierając mówił: „Pozwólcie mi odejść do domu Ojca”. Doświadczył tego o czym pisze św. Jan w zacytowanym na wstępie fragmencie Apokalipsy.

Dzisiejsza Ewangelia ukazuje Boże Miłosierdzie okazane św. Tomaszowi, który nie podzielał radości innych apostole, którzy mu mówili, że widzieli Chrystusa zmartwychwstałego. Swoje niedowiarstwo Tomasz wyraził słowami: „Jeżeli na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ i nie włożę palca mego w miejsce gwoździ, i ręki mojej nie włożę w bok Jego, nie uwierzę”. Jakże był beznadziejnie smutny w swoim niedowiarstwie. Chrystus w swoim wielkim miłosierdziu, jakby dla samego Tomasza, po ośmiu dniach ukazał się ponownie apostołom i powiedział do niego: „Podnieś tutaj swój palec i zobacz moje ręce. Podnieś rękę i włóż w mój bok, i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym”. Ale to nie było potrzebne, Tomasz padł na kolana i z radością zawołał: „Pan mój i Bóg mój!” Radość tego autentycznego spotkania z Chrystusem będzie towarzyszyć św. Tomaszowi do ostatnich dni jego ziemskiego życia. Z tą radością wyruszył w dalekie kraje. Pierwszy historyk Kościoła Euzebiusz z Cezarei pisze, że św. Tomasz głosił Ewangelię najpierw Partom a następnie w Indiach, gdzie miał ponieść śmierć męczeńską.

Nieraz w sposób szczególny doświadczamy miłosierdzia Bożego w ostatnich dniach swojego życia. Pięknie o tym pisze Jacek Pałkiewicz na stronie internetowej dla WP. A jest to opowieść o ostatnich dniach życia śp. generała Jaruzelskiego. Oto krótkie fragmenty tej historii: „Starałem się oczywiście tłumaczyć mu, że jeszcze nie umrze, ale on czuł, że zbliża się jego czas. Zaczęliśmy rozmawiać o śmierci i wierze w Boga. Trwało to 1,5 godziny. Mówił, że nieraz zazdrościł ludziom wierzącym moralnej przystani, komfortu emocjonalnego. Nie zapomnę nigdy sceny, kiedy lojalny komunista, umierający człowiek o bladej, zapadłej twarzy z kilkudniowym zarostem, walczy ze sobą, aby zaprzeczyć własnym poglądom i wartościom, żeby wyrzec się swoich przekonań. Myśl nawrócenia wiązała się cały czas z uznaniem się za pokonanego, z klęską intelektualną̨. To nie były tylko wyrzuty sumienia, chwila słabości i zachwianie niezłomnego charakteru, ale też obawa, że ktoś będzie mógł mu zarzucić tchórzostwo za to, że zatwardziały niewierny pokajał się za własne grzechy, uznał słuszność katolickiej racji i za tę zmianę poglądu religijnego straci szacunek. Mam prawo sądzić, że po naszej rozmowie, w obliczu śmierci, generał Jaruzelski odnalazł pokój, wyrzekł się swoich przekonań i pojednał się z Bogiem. Podczas naszej rozmowy duże wrażenie zrobił na nim przykład Michaiła Gorbaczowa, który kilka lat wcześniej klęczał w Asyżu przed obrazem św. Franciszka. Finał był taki, że generał Wojciech Jaruzelski jeszcze przed śmiercią przyjął sakrament” (Kurier Plus, 2014).

 

CZEKANIE NA ZNAK

Andrzej Wajda nakręcił film „Tatarak” oparty na opowiadaniu Jarosława Iwaszkiewicza, jednego z najwybitniejszych polskich pisarzy. Film jest subtelną i wzruszającą historią o miłości niemożliwej, która przychodzi za późno, i o śmierci, która zawsze przychodzi za wcześnie. Marta z opowiadania Iwaszkiewicza jest wrażliwą kobietą w średnim wieku i nie wie, że jest śmiertelnie chora. Od lat opłakuje śmierć swoich dwóch synów, którzy zginęli w Powstaniu Warszawskim. Pewnego dnia Marta poznaje młodszego od siebie mężczyznę, prostego robotnika Bogusia, który oczarowuje ją swoją młodością i niewinnością. Ich spotkania na brzegu rzeki porośniętej tatarakiem zachwycają romantyzmem i pięknem wzajemnej miłości. Jednak los obejdzie się z nimi okrutnie, bo jedno zmierza do przedwczesnego końca, drugie zaś wkracza dopiero w dojrzałość. Rolę Marty gra Krystyna Janda, której osobista historia życia, historia miłości i śmierci staje się osnową drugiego wątku, wpisującego się w fabułę filmu. Andrzej Wajda wplótł w opowiadanie Iwaszkiewicza autentyczne monologi Krystyny Jandy na temat przedwczesnej śmierci jej męża, cenionego operatora filmowego Edwarda Kłosińskiego, któremu film jest dedykowany.

Janda przeżyła w małżeństwie z Kłosińskim 27 lat. Poznali się na planie filmu „Człowiek z marmuru”. „Tym związkiem raz na zawsze urządziłam sobie życie” – wyznała aktorka kilka lat po ślubie. Kiedy jej mąż przegrał walkę z rakiem płuc, nie mogła sobie z tym poradzić. W filmie „Tatarak” stara się zmierzyć z tym cierpieniem. W tym wymiarze firm opowiada o chorobie, nadziei, nocnych wizytach w szpitalu i emocjach, jakie towarzyszyły jej podczas choroby. „Śmierć najbliższej osoby zmienia dosłownie wszystko. Pokazuje, że nie ma nic dalej” – powiedziała aktorka na premierze tego filmu.

Upływający czas zmieniał jej odczucia i otworzył na nową rzeczywistość. Aktorka powiedziała: „Przyzwyczaiłam się i polubiłam to wdowieństwo, tę moją samotność. Miłość jest piękna, ale ja już ją przeżyłam. Teraz zachwycam się samotnością, która jest bardzo miła. Nie spodziewałam się, że może być tak przyjemna i potrzebna. W tym czasie, kiedy nie ma Edwarda, najprzyjemniejszą rzeczą jakiej się nauczyłam, jest budowanie wewnętrznego świata”. Świata, który otwiera na nową rzeczywistość: „Za każdym razem, kiedy jestem na cmentarzu, zawsze jakiś ptak skacze przed nią i prowadzi mnie do grobu męża. Staję przy grobie, ptak siedzi, przygląda mi się i odprowadza mnie do bramy. Kiedyś szłam cmentarzem, pomyślałam: Edward, gdzie ty jesteś? Daj mi jakiś znak. W tym momencie spojrzałam na nagrobek, gdzie było napisane ‘Całus’. Ktoś miał tak na nazwisko. Miło myśleć, że jest jeszcze coś oprócz tego realnego świata”. Wyznaje, że kiedyś opowie Edwardowi o swoich smutkach, radościach, sukcesach.

Takie zwykłe ludzkie historie wpisują się w paschalną tajemnicę śmierci i zmartwychwstania Chrystusa. Nie tylko wpisują się, ale także upewniają nas w nadziei realnego spełnienia naszych pragnień i tęsknot, przekraczających śmierć i dających nadzieję życia wiecznego. Popatrzmy na życie Jezusa i Jego wspólnoty. Trzyletni okres przebywania z Chrystusem, był zapewne najcudowniejszym czasem w życiu Jego uczniów. Jezus nie tylko pięknie nauczał o życiu wiecznym, o Bogu, który jest naszym Ojcem. Co więcej, swoje słowa potwierdzał czynami. Wskrzeszał umarłych, uzdrawiał chorych, uciszał burze, chodził po morzu. Uczniowie czuli się przy nim bezpieczni, szczęśliwi. Aż przyszedł Wielki Piątek. Cały ich cudowny świat legł w gruzach, gdy patrzyli na śmierć Jezusa na krzyżu. Tylko Maryja nie zwątpiła, a może i niektórzy apostołowie, którzy nie rozumiejąc wszystkiego do końca mieli nadzieje, że spełnią się słowa Jezusa o zmartwychwstaniu. Wszyscy jednak czekali jakiegoś znaku, że na krzyżu ostanie słowo nie należało do śmierci. Mimo, że czekali na znak, to gdy otrzymywali taki znak byli nim zaskoczeni. Zaskoczone były kobiety, które przyszły do grobu Jezusa, aby namaścić ciało swojego Mistrza. Grób był pusty, a aniołowie powiedzieli, że nie ma Go tutaj, zmartwychwstał. Zaskoczeni byli uczniowie zdążający do Emaus i po drodze spotkali Zmartwychwstałego. Zaskoczeni byli apostołowie w wieczerniku, gdy pośród nich stanął zmartwychwstały Chrystus.

Najdłużej czekał na znak św. Tomasz, którego nazywamy Niewiernym, bo nie chciał uwierzyć słowom apostołów, którzy z radością opowiadali, że widzieli Chrystusa. On oczekiwał namacalnego znaku od zmartwychwstałego Chrystusa: „Jeżeli na Jego rękach nie znajdę śladu gwoździ i nie włożę mego palca w miejsce gwoździ, i nie włożę ręki mojej do boku Jego, nie uwierzę”. Chrystus w swoim wielkim miłosierdziu, jakby specjalnie dla Tomasza przyszedł do wieczernika i powiedział do niego: „podnieś tutaj swój palec i zobacz moje ręce. Podnieś rękę i włóż w mój bok, i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym!”. Tomasz nie chciał już dotykać ran, tylko wyznał: „Pan i Bóg mój”.  Ten znak Bożego miłosierdzia został wybrany przez św. Jana Pawła II na ustanowienie święta Bożego Miłosierdzia w drugą niedzielę Wielkanocy, kiedy to czytamy Ewangelię o Niewiernym Tomaszu. Zresztą, zgodnie z objawieniami św. siostrze Festynie o Miłosierdziu Bożym: „Pan Jezus powiedział do niej: Pragnę, ażeby pierwsza niedziela po Wielkanocy była świętem Miłosierdzia (Dz. 299). Pragnę, aby święto Miłosierdzia, było ucieczką i schronieniem dla wszystkich dusz, a szczególnie dla biednych grzeszników. W dniu tym otwarte są wnętrzności miłosierdzia Mego, wylewam całe morze łask na dusze, które się zbliżą do źródła miłosierdzia Mojego. Która dusza przystąpi do spowiedzi i Komunii świętej, dostąpi zupełnego odpuszczenia win i kar. W dniu tym otwarte są wszystkie upusty Boże, przez które płyną łaski”.

Miłosierdzie Boże jest znakiem z nieba i prowadzi wielu do pogłębienia wiary i napełnią mądrością, która bezpiecznie prowadzi nas drogami ziemskiego życia ku zbawieniu. Doświadczyła tego popularna piosenkarka Anna Jantar, która zginęła w wypadku samolotowym, trzymając różaniec w zaciśniętej ręce. Ksiądz Andrzej Witko w książce o tragicznie zmarłej napisał: „Gdy cieszyła się, że nosi pod sercem długo oczekiwane dziecko, radość macierzyństwa wystawiona została na potężną próbę wiary. Ania zachorowała i okazało się, że to zatrucie ciążowe, przez co nie mogła przyjmować jakichkolwiek pokarmów, gdyż natychmiast dostawała torsji. Lekarz orzekł wówczas, że dziecko nie ma szans na przeżycie i trzeba ratować matkę, przeprowadzając aborcję. Ania wraz z Mężem, całą noc płacząc, modliła się o cud, zawierzając swe losy Bożemu Miłosierdziu. Rano zdecydowała, że cokolwiek miałoby się stać, nie pojedzie w tym dniu do kliniki. Wówczas poczuła silny głód i poprosiła o rosół… Kilka miesięcy później szczęśliwie przyszła na świat Natalia, która stała się największą miłością jej życia”.

Niedziela Miłosierdzia Bożego wzywa nas do zawierzenia naszej doczesności i wieczności Bożemu Miłosierdziu, w którym jest nasze zbawienie (Kurier Plus 2019).

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *