18 Lut

2 niedziela Wielkiego Postu  Rok B

 

 

DOTKNĄĆ BOGA .                

Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i Jana i zaprowadził ich samych osobno na górę wysoką. Tam przemienił się wobec nich. Jego odzienie stało się lśniąco białe tak, jak żaden wytwórca sukna na ziemi wybielić nie zdoła. I ukazał się im Eliasz z Mojżeszem, którzy rozmawiali z Jezusem. Wtedy Piotr rzekł do Jezusa: „Rabbi, dobrze, że tu jesteśmy; postawimy trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza”. Nie wiedział bowiem, co należy mówić, tak byli przestraszeni. I zjawił się obłok, osłaniający ich, a z obłoku odezwał się głos: „To jest mój Syn umiłowany, Jego słuchajcie”. I zaraz potem, gdy się rozejrzeli, nikogo już nie widzieli przy sobie, tylko samego Jezusa. A gdy schodzili z góry, przykazał im, aby nikomu nie rozpowiadali o tym, co widzieli, zanim Syn Człowieczy nie powstanie z martwych. Zachowali to polecenie, rozprawiając tylko między sobą, co znaczy powstać z martwych (Mk 9,2-10/).

John Updike w krótkim opowiadaniu pt. „Gołębie pióra” pisze o młodym chłopcu Dawidzie, który zaczyna wątpić w Boga. Pewnej nocy Dawid zajęty tymi myślami zdecydował się na dziwny eksperyment. Wyciągnął ręce spod kołdry, uniósł nad głowę i prosił Jezusa, aby On je dotknął. Z zapartym tchem czekał, co się stanie. Wydawało mu się, że poczuł dotkniecie, ale nie był do końca tego pewien. Schował, zatem z powrotem ręce pod kołdrę, a w sercu pozostała niepewność; czy Jezus dotknął moich rąk czy też nie.

Zapewne każdy z nas wyciągał tak ręce i czekał na dotkniecie, po którym nie będzie już żadnych wątpliwości, co do istnienia Bóg. Chodzi nam bardziej o dotknięcie fizyczne, niż duchowe. Świadczą o tym liczne pielgrzymki do miejsc, gdzie jak wieść niesie dzieją się dziwne rzeczy, cuda które są znakami obecności Boga. Spragnieni pielgrzymi wypatrują najmniejszego znaku i czasami Bóg daje znak, który przekracza prawa natury i Kościół po dokładnym zbadaniu ogłasza, że dokonał się cud. Wiele jest takich zdarzeń, które czekają na oficjalne orzeczenie Kościoła, należy do nich także życie Teresy Neumann z Bawarii.

Pochodziła ona z dobrej, katolickiej rodziny. W wieku dwudziestu lat doznała złamania kręgosłupa, gdy biegła z pomocą sąsiadom, których gospodarstwo stanęło w płomieniach. Skutkiem tego wypadku był całkowity paraliż nóg, a następnie, po innym gwałtownym upadku, także całkowita ślepota. Ojciec Teresy, żołnierz piechoty na froncie zachodnim, w czasie pierwszej wojny światowej, przywiózł jej z Francji obrazek Teresy od Dzieciątka Jezus, z klasztoru Lisieux. Młoda dziewczyna, unieruchomiona i niewidoma, zaczęła się modlić do swojej imienniczki. I oto 29 kwietnia 1923 r., w dniu beatyfikacji małej Francuzki, jej niemiecka imienniczka Teresa Neumann odzyskała wzrok. W dwa lata później, 17 maja 1925 r., podczas gdy Pius XI ogłosił świętą tę karmelitankę z Lisieux, Teresa Neumann odzyskała nieoczekiwanie władzę w nogach. Po roku miało miejsce inne ważne wydarzenie. Ta młoda, prosta dziewczyna, która nigdy nie słyszała o stygmatach zauważyła w okresie Wielkanocy, że na jej rękach i nogach, w boku i na głowie pojawiły się znaki Męki Pańskiej. Odtąd, przez 36 lat, aż do śmierci, poczynając od każdego czwartku wieczorem aż do piątkowego popołudnia doświadczać będzie Męki Chrystusa, brocząc obficie krwią, krew płynęła także z jej oczu. Od godziny 15: 00 w piątek Teresa zapadała w głęboki sen, z którego budziła się rześka i radosna z zasklepionymi ranami w niedzielę rano, przeżywając na nowo tajemnicę Zmartwychwstania. Od dnia, gdy została naznaczona stygmatami, aż do końca życia nic już nie jadła ani piła, przyjmując tylko hostie Komunii. Oczywiście, robiono wszystko, aby zdemaskować ją jako symulantkę. Lekarze przysyłani w celu poddania jej kontroli najpierw podchodzili do sprawy sceptycznie, a w końcu dochodziło do głośnych nawróceń w obliczu tej zagadkowej sprawy. Świeckie komisje dochodziły do takiej samej konkluzji jak komisja kościelna: kobieta odżywiała się naprawdę jedynie Eucharystią. Warto dodać, że Teresa poza dniami Męki i Zmartwychwstania prowadziła normalne życie.

Rodzina Neumannów, choć zdecydowanie antynazistowska, nie była nękana, zapewne na osobisty rozkaz Hitlera, który bał się zabobonnie mistyczki, a szczególnie jej wizji, zapowiadających dla niego „dies irae”. W czasie wojny każdy obywatel niemiecki otrzymywał kartki żywnościowe z wyjątkiem Teresy. Odebrano jej prawo do kartek żywnościowych z urzędowym uzasadnieniem, że ich nie potrzebuje, bo nic nie je ani nie pije. Dano jej za to podwójny przydział mydła, w uzasadnieniu konieczności cotygodniowego prania bielizny poplamionej krwią. (por. Witorio Messori: „Przemyśleć historię)

Ci, którzy zetknęli się z Teresą zapewne odczuwali dotkniecie Boga. To dotkniecie prowadziło do duchowego spotkania z Nim. Możliwe jest jednak doświadczenie Boga z pominięciem znaków materialnych, doświadczeń cudu. I ta droga zyskała pochwałę Jezusa: „Błogosławieni, którzy nie widzieli a uwierzyli.” Jest droga zwyczajnego odkrywania Boga na drodze wiary. Zbyt natarczywe żądanie materialnego znaku, szukanie sensacji jest poniekąd wystawianiem Pana Boga na próbę. Spotkanie Boga ma charakter duchowy i w tej sferze trzeba szukać natchnień i bożej obecności. Można także powiedzieć, że całe nasze życie jest wspinaczką się na górę Tabor, aby tam, jak apostołowie doświadczyć olśnienia, nadzwyczajnej bliskości Boga i wołać tak jak oni: „Rabbi dobrze, że tu jesteśmy.” Apostołowie potrzebowali tego umocnienia w perspektywie zbliżającej się Męki Chrystusa. Takiego umocnienia potrzebuje każdy z nas na drodze naszego pielgrzymowania ( z książki Ku wolności).

 

 

ZWYCZAJNE RZECZY W NADZWYCZAJNYM WYMIARZE  

Bóg wystawił Abrahama na próbę. Rzekł do niego: „Abrahamie!” A gdy on odpowiedział: „Oto jestem”, powiedział: „Weź twego syna jedynego, którego miłujesz, Izaaka, idź do kraju Moria i tam złóż go w ofierze na jednym z pagórków, jaki ci wskażę”.

A gdy przyszedł na to miejsce, które Bóg wskazał, Abraham zbudował tam ołtarz, ułożył na nim drwa i związawszy syna swego Izaaka położył go na tych drwach na ołtarzu. Potem Abraham sięgnął ręką po nóż, aby zabić swego syna.

Ale wtedy anioł Pana zawołał na niego z nieba i rzekł: „Abrahamie, Abrahamie!”

A on rzekł: „Oto jestem”.

Powiedział mu: „Nie podnoś ręki na chłopca i nie czyń mu nic złego! Teraz poznałem, że boisz się Boga, bo nie odmówiłeś Mi nawet twego jedynego syna”.

Abraham obejrzawszy się poza siebie, spostrzegł barana uwikłanego w zaroślach. Poszedł więc, wziął barana i złożył w ofierze całopalnej zamiast swego syna.

Po czym anioł Pana przemówił głośno z nieba do Abrahama po raz drugi: „Przy sięgam na siebie, mówi Pan, że ponieważ uczyniłeś to i nie szczędziłeś syna twego jedynego, będę ci błogosławił i dam ci potomstwo tak liczne jak gwiazdy na niebie i jak ziarnka piasku na wybrzeżu morza; potomkowie twoi zdobędą warownie twych nieprzyjaciół. Wszystkie ludy ziemi będą sobie życzyć szczęścia na wzór twego potomstwa, dlatego że usłuchałeś mego rozkazu” (Rdz 22,1-2.9-13.15-18).

Przed dwoma laty byłem jednym z uczestników wycieczki wakacyjnej organizowanej przez Sobotnią Szkołę Kultury i Języka Polskiego w Maspeth. W drodze z Wilna do Warszawy zatrzymaliśmy się w Rucianym, pięknym ośrodku wypoczynkowym na Mazurach. Mieliśmy do dyspozycji wygodne dwuosobowe pokoje. Najbardziej zapamiętałem pierwszą noc. A stało się to za sprawą mojego współlokatora. Pierwszy mój sen został przerwany przez odgłosy dochodzące z przeciwnego kąta. Wprawiały one w wibrację szyby okienne, a ja czułem jak w ich rytmie drżą nie tylko bębenki, ale także moje małżowiny uszne. Było to chrapanie mojego sąsiada. Naciągnąłem koc na głowę. Nic nie pomogło. Dołożyłem jeszcze poduszkę. Odgłosy stały się mniej przeraźliwe, ale w zamian z braku powietrza zacząłem się dusić. Kilkadziesiąt razy przewróciłem się z boku na bok nim podjąłem decyzję opuszczenia pokoju i spędzenia nocy pod gołym niebem.

Po wyjściu z pokoju, zanim zobaczyłem piękno mazurskiej nocy poczułem zapach wilgotnej zieleni, która ożywczym chłodem muskała moją twarz. Ognisko, przy którym spędziliśmy wieczór jeszcze nie wygasło. Dorzuciłem kilka drew. Płomyki ślizgające się po płonących gałęziach rozdarły ciemność. Niebo srebrzyło się milionami gwiazd. Światło pełni księżycowej Pełnia wydobywało z ciemności kontury drzew i chat stojących w oddali. Cały ten gwiezdno-księżycowy świat odżywał na lekko falującej tafli jeziora. Naokoło niewyobrażalna cisza, przerywana szczekaniem psów, głosem nocnych ptaków, pluskiem ryb wyskakujących z wodnej topieli i krzykiem dzikich gęsi, które wystraszone zrywały się do nocnego lotu. Urzeczony pięknem tej nocy zatrzymałem w pamięci kształt dzikiej gęsi wpisany w srebrną tarczę księżyca. Poczułem radość istnienia. Przez to piękno przychodził inny świat. Zastygałem w dziękczynieniu. Dziękczynienie przedzierało się przez mrok nocy i dosięgało Stwórcy tego piękna.

Wybitny psycholog Abraham Masłow określa tego typu przeżycia jako szczytowy moment i dla ilustracji przytacza taki przykład. Rankiem, młoda matka przygotowuje dla rodziny śniadanie. Kuchnia wypełniona jest światłem słonecznym. Dzieci śmieją się i rozmawiają, a mąż bawi się z najmłodszym. Nagle tę młodą matkę ogarnęło intensywne wzruszenie; poczuła ogromną radość i miłość do swojej rodziny. Chleb wypadł jej z rąk, rozlała sok, łzy zaczęły spływać po policzkach, z trudem mogła mówić. To było najwspanialsze doświadczenie w jej życiu.

Te krótkie minuty szczytowego momentu są bezcennym skarbem w życiu każdego z nas. Wtedy to spostrzegamy zwyczajne rzeczy w nadzwyczajnym wymiarze. Jest to moment kiedy wydaje się, że sam Bóg promieniuje z otaczającej nas rzeczywistość i dotyka naszego serca. A my idąc na spotkanie tego światła możemy doświadczyć obecności Wszechpotężnego Boga.

Scena przemieniania Chrystusa na górze Tabor w obecności trzech apostołów jest bardzo bogata w treść teologiczną. Na różnych drogach możemy okrywać jej głębię i odnajdywać wartości, które ubogacają naszą wiarę. Zjawisko określane jako „szczytowy moment” może być jednym z elementów pełniejszego zrozumienia ewangelicznej sceny Przemieniania Pańskiego. Życie Chrystusa było wpisane w szarą rzeczywistość i stawało się Jego udziałem. Czasami ta powszedniość przesłaniała apostołom nadzwyczajność Chrystusa, której znakami były cuda. Góra przemieniania była szczególną łaską dla apostołów. Doświadczyli w całej pełni bóstwa, które promieniowało z Jezusa. W tym szczytowym momencie dla apostołów Piotr woła w zachwycie: „Rabbi, dobrze, że tu jesteśmy”. To przeżycie będzie nieocenionym skarbem dla apostołów, gdy w godzinie konania Jezusa na krzyżu codzienność przybierze tak okrutny kształt.

W naszym powszednim życiu wiary także są takie szczytowe momenty. Warto je zapamiętać i pielęgnować. Może będą się one wiązały ze wspomnieniami lat naszego dzieciństwa. Może są one związane z naszym domem rodzinnym, kościołem, wspaniałymi ludźmi, których spotkaliśmy na drodze naszego życia. Czasem ten szczytowy moment przychodzi niespodziewanie tak jak to było w życiu autora wielu książek Andre Frossarda. Pochodził z ateistyczne rodziny żydowskiej. Jego ojciec był szefem międzynarodówki socjalistycznej we Francji. Dzieciństwo i młodość Frossarda upłynęły w duchu wartości wyniesionych z domu. W przeciągu kilkunastu minut jego spojrzenie na świat uległo gruntownej przemianie. Pewnego razu Frossard przechodził ze swoim kolegą koło kościoła, kolega wstąpił do świątyni na chwilę modlitwy. Frossard czekał na zewnątrz. Zniecierpliwiony przedłużającym się czekaniem postanowił wejść do kościoła. Po przekroczeniu progu ogarnęła go nastrojowa cisza świątyni i w tej ciszy doznał nadzwyczajnego olśnienia. Poczuł wokół siebie ogromną jasność, która przeniknęła jego duszę. Nie pamięta jak długo trwał w ekstazie. Po wyjściu ze świątyni powiedział do swego kolegi, że gorąco wierzy w Boga. Swoje przeżycia zapisał w książce pt. „Bóg jest, ja Go spotkałem” (z książki Ku wolności).

 

 

CZAS PRÓBY

Bracia: Jeżeli Bóg z nami, któż przeciwko nam? On, który nawet własnego Syna nie oszczędził, ale Go za nas wszystkich wydał, jakże miałby nam wraz z Nim i wszystkiego nie darować? Któż może wystąpić z oskarżeniem przeciw tym, których Bóg wybrał? Czyż Bóg, który usprawiedliwia? Któż może wydać wyrok potępienia? Czy Chrystus Jezus, który poniósł za nas śmierć, co więcej – zmartwychwstał, siedzi po prawicy Boga i przyczynia się za nami? (Rz 8, 31b-34).

W życiu jesteśmy wystawiani na wiele prób, zarówno natury materialnej jak i duchowej. Biblijny Hiob doświadczony różnymi nieszczęściami zadaje retoryczne pytanie: „Czyż nie do bojowania podobny byt człowieka?” Z doświadczenia wiemy, że w życiu trzeba się zmagać z różnymi przeciwnościami. Jak wiele zabiegów i walki wymaga, chociażby przetrwanie materialne. Zanim zasiadłem do pisania tych rozważań rozmawiałem telefonicznie ze znajomymi w Polsce. Ograniczają się oni do zaspokojenia tylko podstawowych potrzeb, a mimo to trudno im związać koniec z końcem. Jak można przeżyć, gdy prawie całe miesięczne dochody pożera opłacenie mieszkania. Niektórzy nie wytrzymują tej próby, uciekają od życia przez samobójstwo. Nam, mieszkającym w Stanach Zjednoczonych może jest trochę łatwiej, ale to nie znaczy, że te zmaganie są nam obce. Zmagamy się też na innych płaszczyznach życia. Ileż kosztuje przezwyciężenie ludzkiej podłości, która jest wycelowana w nas.

Zwycięstwo w tym wypadku najczęściej ma charakter duchowy i staje się naszym udziałem przez wybaczenie. A czyż nie jest podobne do walki życie człowieka, gdy staje on w obliczu nieuleczalnej choroby? Robimy wszystko, aby ratować kochaną osobę. Szukamy najlepszych lekarzy, najlepszych leków. Gotowi jesteśmy zapłacić każdą cenę. Temu zewnętrznemu zmaganiu towarzyszy wewnętrzny wysiłek. Aż przychodzi moment, kiedy stajemy wobec problemu śmierci, która jawi się jako największa próba, w obliczu, której wszystkie inne zmagania wyglądają na dziecinną igraszkę. Czy jest szansa wyjścia zwycięsko z tej próby?

Irena Kosiorek z Nowego Jorku pracuje w szpitalu na oddziale onkologii. Ma do czynienia z pacjentami, którzy z punktu widzenia medycyny nie mają żadnych szans na wyleczenie. Wiedzą oni, że ich dni lub miesiące są policzone. Pacjenci różnie przeżywają ten ostatni etap swego życia. Na początku, prawie zawsze jest bunt, a później szukanie mocy, mądrości, która byłaby w stanie zmierzyć się z tajemnicą przychodzącą wraz z ostatnim oddechem. Irena mówi, że osobom wierzącym łatwiej przychodzi twórcze przeżycie tych dni. Niektórzy z nich na drodze autentycznej wiary potrafią w jej perspektywie spojrzeć tak daleko, że widzą rzeczywistość, którą przygotował im Bóg. Koncentrują się na niej i to sprawia, że ostatnie dni przeżywają owocnie, w wielkim pokoju czekają na spotkanie ze swym Zbawcą. Irena, głęboko wierząca katoliczka stara się delikatnie ukazywać swym pacjentom tę perspektywę. I może przytoczyć wiele przykładów ludzi, którzy dzięki tej pomocy w ostatnich dniach życia dostrzegli szansę zwycięskiego wyjścia z tej próby.

Spoglądając na to przez pryzmat Ewangelii zacytowanej na wstępie możemy być pewni, że to zwycięstwo jest jak najbardziej realne. Chrystus zapowiada swoją śmierć: „I zaczął ich pouczać, że Syn Człowieczy, wiele musi wycierpieć, że będzie odrzucony przez starszych, arcykapłanów i uczonych w Piśmie, że zostanie zabity, ale po trzech dniach zmartwychwstanie”. Ta wypowiedź była szokiem dla Jego apostołów. Nie rozumieli do końca co znaczy zmartwychwstanie, bo to się jeszcze nie zdarzyło w dziejach ludzkości, ale dobrze zdawali sobie sprawę czym jest śmierć. Śmierć Chrystusa była dla nich także tragedią osobistą. Z Chrystusem wiązali tyle nadziei, a śmierć przekreślała je. Apostołowie zostali wystawieni na wielką życiową próbę. Wydawało się, że jest to ponad ich siły. Wydarzenie na górze Tabor przyczyniło się do zwycięskiego wyjścia z tej próby. Jezus wziął ze sobą Piotra, Jakuba i Jana i wyprowadził ich na górę Tabor. Tam w ich obecności przemienił się. „Tam się przemienił wobec nich. Jego odzienie stało się lśniąco białe, tak jak żaden na ziemi folusznik wybielić nie zdoła”. Stanęli wobec tajemnicy bóstwa Chrystusa. Byli tym oszołomieni. Zapamiętają to do końca swoich dni. A gdy wracają z góry Tabor nie rozmawiają już o śmierci tylko o zmartwychwstaniu. „… rozprawiając między sobą, co znaczy <powstać z martwych>”. Pełne zrozumienie słów „powstać z martwych” przyjdzie, gdy spotkają się z Chrystusem zmartwychwstałym. Mocą tego zmartwychwstania wyjdą zwycięsko, gdy staną w obliczu własnej śmierci.

Bóg wystawiając człowieka na próbę daje także łaskę, aby wyjść z niej zwycięsko. W Biblii mamy tego wiele przykładów, należy do nich historia cierpiącego Hioba, jak i Abrahama, o którym mówią czytania biblijne z dzisiejszej niedzieli. „Bóg wystawił Abrahama na próbę. Rzekł do niego: ‘Abrahamie’. A gdy on odpowiedział: ‘Oto jestem’, powiedział ‘Weź twego syna jedynego, którego miłujesz, Izaaka, idź do kraju Moria i tam go złóż w ofierze na jednym z pagórków, jaki ci wskażę”. Bóg żąda, aby Abraham zabił swego syna i złożył go w ofierze całopalnej. A przecież wcześniej obiecał Abrahamowi, że będzie ojcem wielkiego narodu. Czy można wystawić człowieka na większą próbę? Abraham był posłuszny Bogu. Udaje się na wskazane wzgórze, gdzie buduje ołtarz, na którym zamierza złożyć w ofierze swego jedynego syna. Bóg w ostatniej chwili zatrzymuje rękę Abrahama, która miała zadać śmiertelny cios Izaakowi. Dzięki posłuszeństwu Bogu Abraham wyszedł zwycięsko z próby i zyskał boże błogosławieństwo. „Przysięgam na siebie, mówi Pan, że ponieważ uczyniłeś to i nie oszczędziłeś syna swego jedynego, będę ci błogosławił i dam ci potomstwo tak liczne jak gwiazdy na niebie”. Abraham został nazwany ojcem wierzących.

Bóg wystawiając nas na próbę daje nam moc zwycięstwa. Tę moc otrzymujemy przez przeżycia podobne do tych na górze Tabor i taką wiarę jaką okazał Abraham na górze Moria. Zwycięsko z wielkiej próby życiowej wyszedł Leonardo Mondori. Był on  właścicielem i prezydentem koncernu wydawniczego „Arnoldo Mondadori S.p.A.”, jednego z największych na świecie wydającego setki nowości książkowych każdego roku, posiadającego 49 tytułów prasowych. Zmarł w roku 2002 w wieku 56 lat. Przeszedł długą drogę od niewiary do bezgranicznego zaufania Chrystusowi. Różnego rodzaju próby życiowe doprowadziły go do okrycia Boga. Takim ostatnim doświadczeniem był pobyt w szpitalu, o którym pisze: „Chyba moją największą pokusą była pycha. Poczucie, że gdy się jest zdrowym, szanowanym, mającym się dobrze, jest się w centrum wszechświata. A tam w szpitalu stałem się chorym na raka emigrantem, tak jak inni anonimowi w oczach świata. Właśnie tam, w Memorial Hospital, na nowo przekonałem się, że wiara nie jest filozoficzną ideą, etyką lub jakąś propozycją ideału lub mądrości, ale obecnością Boga, który jest Miłością. Taka wiara pokonuje samotność i ofiaruje dar wielkiego duchowego pokoju. Było to bardzo konkretne, namacalne doświadczenie obecności Boga, o wiele ważniejsze niż rezultat jakiegoś rozumowania. I w tych okolicznościach zaczynasz zdawać sobie sprawę, że zależysz od Kogoś, Kto cię bardzo kocha, a nie od jakiegoś anonimowego i ślepego przeznaczenia. Liczysz się wtedy z możliwością śmierci, ale bez lęku, bez nerwicowego ukrywania i udawania, że się nic nie stało, zachowywania się, jakby śmierci nie było”.

Z ostatniej próby Leonardo wyszedł zwycięsko, a to dzięki wierze jaką miał Abraham i doświadczeniom obecności Boga, które było udziałem apostołów na górze Tabor (z książki Nie ma innej Ziemi Obiecanej).

 

 

BEZGRANICZNA WIARA  

W ostatnim czasie otrzymałem list od czytelniczki Kuriera Plus, która ma mi za złe, że w swoim słowie na niedzielę odwołuję się do historii ze Starego Testamentu, które są niezrozumiałe dla współczesnego człowieka, a nawet zaprzeczają miłosierdziu Bożemu. Powołuje się między innymi na historię cierpiącego Joba, inaczej Hioba. Pisze, że Bóg jest okrutnikiem zsyłając tak wielkie cierpienie na niewinnych ludzi. Takie spojrzenie jest wynikiem wielkiego nieporozumienia. Wszystkie księgi biblijne są natchnione przez Boga i spisane przez wybranych autorów. Biblia nie jest supermarketem, gdzie wybieramy sobie potrzebne nam towary. Biblię przyjmujemy w całości. I jeśli coś wydaje nam się nam dziwne, bezbożne to znak, że brak nam wystarczającej wiedzy lub wiary, albo jednego i drugiego. Biblia została spisana kilka tysięcy lat temu w innym kontekście historycznym, społecznym i kulturowym. Aby zrozumieć daną księgę zgodnie z zamysłem bożym trzeba poznać ten kontekst. Nawet dzisiaj, gdy starsi przysłuchują się rozmowie młodych, pytają nieraz, o czym oni rozmawiają, bo język młodych, momentami jest dla nich niezrozumiały. I tu mamy do czynienia z upływem tylko kilkudziesięciu lat, a nie tysięcy, jak w przypadku Biblii.

Biblia powstawała przez setki lat. Autor biblijny pod natchnieniem bożym pisał ją na miarę swoich możliwości literackich, wyrażając myśl bożą w jakimś konkretnym gatunku literackim i w zależności od tego niezmienna prawda boża była przekazywana w odmienny sposób. I tu przytoczę gatunki literackie w Biblii, nie dla popisu, ale po byśmy sobie uświadomili, że odkrycie prawdy bożej w tekstach biblijnych wymaga czasami nie tylko głębokiej wiary, ale również gruntownej wiedzy. Stąd też konieczność odwoływania się do egzegetów biblijnych. W literaturze wymienia się zasadniczo trzy gatunki literackie: liryka, epika i dramat. W ramach tego trójpodziału wymieniamy gatunki literackie, w których przekazana jest prawda biblijna.  Oto niektóre z nich: opis teofanii, historia etiologiczna, dzieje patriarchów, opisy z dziejów Izraela, kronika, dokument, biografia, autobiografia, historia patetyczna, mit, legenda, midrasz hagadyczny, opowiadanie etiologiczne, ewangelia, dzieje, apokalipsa, rodowód, opis powołania, hymn chrystologiczny, wyznanie wiary, nowela, kodeks prawa, sentencje prawne, rytuał liturgiczny, midrasz halachiczny, wypowiedzi Mądrości, kazanie, mowa, wyrocznia, błogosławieństwa i przekleństwa, list, przypowieść, alegoria, aforyzm, bajka, wyznanie grzechów, lamentacja itd.

Opowieść biblijna zacytowana na wstępie należy do tych trudniejszych. Chociaż słyszymy w niej słowa „Bóg wystawił Abrahama na próbę”, to jednak nie umniejsza to dramatu Ojca wiary, który nie wiedział, że jest to próba. Bóg obiecał Abrahamowi, gdy ten był już w podeszłym wieku potomstwo, że będzie ojcem wielkiego narodu. Gdy narodził się Izaak wydawało się, że ta obietnica zaczyna się spełniać. Aż tu nagle Bóg zażądał od Abrahama złożenia w ofierze całopalnej jedynego syna. Ma go ugodzić nożem i złożyć na ołtarzu ofiary całopalnej. W tym momencie może rodzić się pytanie, dlaczego Bóg wystawił, go na tak okrutną próbę. W obliczu tej ogromnej tajemnicy Abraham bezgranicznie zaufał Bogu. Jest to piękna opowieść o człowieku, który wbrew ludzkiemu rozsądkowi zawierzył Bogu. Zapewne w pełni zrozumielibyśmy tę historię, gdybyśmy mieli wiarę Abrahama. Najczęściej jednak dorastamy do takiej wiary, i na miarę tego dorastania rodzi się zrozumienie tej próby. Abraham z bólem serca udał się na wzgórze Moria, tam gdzie dziś stoi Meczet na Skale w Jerozolimie. I gdy podniósł rękę, aby ugodzić syna, Bóg powstrzymał go. Bezgraniczna wiara zaowocowała bożym błogosławieństwem: „Przysięgam na siebie, mówi Pan, że ponieważ uczyniłeś to i nie szczędziłeś syna twego jedynego, będę ci błogosławił i dam ci potomstwo tak liczne jak gwiazdy na niebie i jak ziarnka piasku na wybrzeżu morza”. Ta piękna historia jest wezwanie do zawierzenia swego życia Bogu, nawet wbrew ludzkiemu rozsądkowi, a On poprowadzi nas drogą swego błogosławieństwa, na której wszystko owocuje zwycięstwem w wymiarze doczesnym i wiecznym.

Ufna wiara potrzebna jest w naszych ziemskich sprawach, to tym bardziej w sprawach nadprzyrodzonych. I o tej pierwszej pisze Monica Dickens w opowieści „Miracles of Courage”. Deborah, matka 2-letniego syna Dawida, chorego na białaczkę udała się do szpitala w Bostonie, gdzie miała umowną wizytę u dr. Johna Trumana, specjalisty od nowotworów krwi. Diagnoza dr Trumana była druzgocąca. Specjalista dawał tylko 50% nadziei na wyleczenie.  Niezliczone wizyty w klinice, badania krwi, dożylne podawanie leków, lęk i ból sprawiły, że matka nie była w lepszym stanie niż jej dziecko. Serce jej pękało, gdy patrzyła jak Dawid cierpi, a ona nie może mu ulżyć, wziąć na siebie jego cierpienia. Chłopiec nigdy nie płakał w poczekalni, a nawet gdy pielęgniarki dawały mu zastrzyki, czy pobierały krew. Do mamy wracał zawsze uśmiechnięty. Gdy miał cztery lata, przeprowadzono bardzo bolesny zabieg, punkcję rdzenia kręgowego. Wcześniej tłumaczono, że jest chory i wielu ludzi zadaje mu ból, aby czuł się lepiej, wrócił do zdrowia. Przed zabiegiem matka powiedziała do niego: „Jeśli on ci zada ból, to pamiętaj, że to dlatego, że cię kocha”. W czasie zabiegu trzy pielęgniarki trzymały Dawida, kiedy dziecko krzyczało i płakało z bólu. Po zakończeniu zabiegu mały chłopiec spocony i zalany łzami spojrzał na doktora i wyszeptał: „Dziękuję doktorze Truman za ból”

Schodzimy teraz z góry Moria, aby wspiąć się na górę Przemienienia, górę Tabor. W Ewangelii na dzisiejszą niedzielę słyszymy słowa: „Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i Jana i zaprowadził ich samych osobno na górę wysoką. Tam przemienił się wobec nich. Jego odzienie stało się lśniąco białe tak, jak żaden wytwórca sukna na ziemi wybielić nie zdoła. I ukazał się im Eliasz z Mojżeszem, którzy rozmawiali z Jezusem”. To wydarzenie miało miejsce po próbie wiary, na jaką wystawił Jezus Chrystus swoich apostołów. Jezus zapowiedział swoją mękę, śmierć na krzyżu i zmartwychwstanie. Zmartwychwstanie było dla nich tak trudne do zrozumienia, że cała swoją uwagę skupili na tragicznej wymowie śmierci krzyżowej Jezusa. Piotr i inni uczniowie nie mogli się z tym pogodzić. Potrzebna była Góra Tabor, aby zrozumieli, że śmierć na krzyżu prowadzi do większej chwały zmartwychwstania. Patrząc w zachwycie na przemienionego Chrystusa, Piotr zawołał: „Rabbi, dobrze, że tu jesteśmy; postawimy trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza”. Jednak nie mogą tam pozostać, muszą zejść z góry Przemienienia. Zejdą, zabierając ze sobą niebiańską wizję, która będzie umocnieniem, nawet w największych życiowych przeciwnościach, ze śmiercią męczeńską włącznie.

W naszym życiu, wystawiani na próbę wiary stajemy na górze Moria. Wspinamy się także na górę Tabor, aby w zachwycie dziękować Bogu za niebiańską wizję życia. Schodźmy z tych gór, zabieramy doświadczenia tam zdobyte i nimi napełnieni mamy moc do przemiany ziemskiej rzeczywistości w niebieską, gdzie trwać będziemy w zachwycie, powtarzając: „Panie dobrze, że tu jesteśmy” (z książki Bóg na drogach naszej codzienności).

 

 

GÓRA OFIARY I MODLITWY

8 czerwca 1924 wybitny himalaista George Mallory i jego przyjaciel Andrew Irvine podjęli próbę zdobycia szczytu Mount Everest z Przełęczy Północnej. Z tej wyprawy nigdy nie wrócili. Dopiero w roku w 1999 ekspedycja NOVA odnalazła zamarznięte ciało Mallory’ego na wysokości 8000 metrów na północnym zboczu Everestu. Nie wiemy czy zdobył ten szczyt, ponieważ nie znaleziono przy nim aparatu fotograficznego, z którego zdjęcia mogły by to potwierdzić. Pewnego razu zapytano Georga, dlaczego wspina się na górskie szczyty, na co dał prostą odpowiedź:  „Ponieważ one są”. Góra to coś więcej aniżeli tylko wzniesienie terenu. Człowiek od zawsze spoglądając na majestatyczne góry widział w nich  siłę, potęgę, stabilność , prawie coś nadprzyrodzonego. Szczyty górskie spowite chmurami kryły w sobie tajemnice niedostępne dla zwykłych śmiertelników. Budziły respekt i pokorę wobec potęgi natury. Szczyt górski wyznaczał niejako przestrzeń pozaziemskiego świata. Stawał się miejscem, gdzie można doświadczyć sacrum, doświadczyć obecności samego Boga. Od najdawniejszych czasów człowiek wspinał się na szczyty górskie, aby odnaleźć tam Boga. Tak było w czasach pogańskich. Ot chociażby wspomnieć grecki Olimp, Parnas, Akropol, Atlas, Białą Górę Celtów, japońską Fudżi, buddyjski Mount Everest, australijski Ayers Rock.

W czasach biblijnych Bóg wykorzystał niejako ten naturalny symbol swojej obecności, prowadząc człowieka na szczyt spotkania ze Sobą. Wśród najważniejszych gór biblijnych można wyliczyć: górę Moria, Synaj, Syjon, Tabor, górę Oliwną, Golgotę, górę Wniebowstąpienia. Zaś sama wspinaczka na górę stała się symbolem wspinaczki na duchowy szczyt, gdzie człowiek doświadcza mistycznej obecności Boga. Możemy pytać, dlaczego człowiek podejmuje trud zdobywania szczytów duchowych? Parafrazując odpowiedź himalaisty Georga Mallory’ego możemy odpowiedzieć: ponieważ istnieje Bóg, którego możemy spotkać jeśli podejmiemy trud duchowej wspinaczki. Po zdobyciu tego szczytu człowiek doświadcza szczęścia, którego nie da się porównać z żadnym innym. Apostołowie na szczycie góry Tabor mówili w zachwycie: „Rabbi, dobrze, że tu jesteśmy”: Ofiara, nawet największa, jak oddanie życia jest niczym w porównaniu z szczęściem spotkania Boga. Przykładem tego jest niezliczona rzesza męczenników i świętych, którzy bez wahania poświęcili swoje ziemskie życie, aby zdobyć szczyt, na którym doświadczyli uszczęśliwiającego spotkania z Bogiem.

W drugą niedzielę Wielkiego Postu Bóg prowadzi nas na dwie góry: górę Moria i górę Tabor. Pierwszą górę możemy nazwać górą ofiary, ponieważ zdobywamy ją na drodze wyrzeczenia. Na tę górę wspinał się Abraham, któremu Bóg, mimo podeszłego wieku obiecał liczne potomstwo. Obietnica ta zdawała się wypełniać, gdy narodził się Izaak. I właśnie wtedy, gdy wszystko układało się pomyślnie, Bóg zażądał od Abrahama ogromnej ofiary; złożenia swego jedynego syna w całopalnej ofierze. Czy może być większa ofiara niż złożenie swego jedynego dziecka w całopalnej ofierze? Aż trudno sobie wyobrazić wewnętrzne mocowanie się Abrahama, a jeszcze trudniej zrozumieć bezwzględne podporządkowanie się woli bożej. Abraham posłuszny Bogu wziął swego syna i udał się na górę Moria, gdzie obecnie stoi Meczet na Skale w środku, którego znajduje się skalny szczyt tego wzgórza. Gdy przybyli na miejsce i zbudowali ołtarz, Abraham podniósł rękę, aby ugodzić syna, a „wtedy Anioł Pański zawołał na niego z nieba i rzekł: Abrahamie, Abrahamie! A on rzekł: Oto jestem. Anioł powiedział mu: Nie podnoś ręki na chłopca i nie czyń mu nic złego! Teraz poznałem, że boisz się Boga, bo nie odmówiłeś Mi nawet twego jedynego syna. Abraham, obejrzawszy się poza siebie, spostrzegł barana uwikłanego rogami w zaroślach. Poszedł więc, wziął barana i złożył w ofierze całopalnej zamiast swego syna”. Na drodze ofiary Abraham tak mocno doświadczył uszczęśliwiającej obecności Boga, że jego wiara umocniona przez to doświadczenie nie miała sobie równej, dlatego został nazwany ojcem wszystkich wierzących.

Cyrus II Wielki, twórca Imperium Perskiego w siódmym wieku przed Chrystusem w czasie wojny wziął do niewoli księcia wraz z rodziną. Więźniów przyprowadzono przed oblicze Cyrusa, który zapytał księcia: „Co możesz mi dać w zamian za uwolnienie”. „Połowę mojego majątku” – padła odpowiedź.  „A co mi dasz za uwolnienie swoich dzieci” – zapytał władca. „Oddam wszystko co posiadam” – odparł książę. „A jeśli uwolnię twoją żonę?”  „To wtedy oddam samego siebie” – powiedział książę. Cyrus poruszony postawą księcia, gotowego złożyć największą ofiarę za swoich bliskich, zwrócił wolność całej rodzinie. Po powrocie do domu książę powiedział do swojej żony: „Czy nie wydaje ci się, że Cyrus jest przystojnym mężczyzną”. Żona spojrzała z głęboką miłością na męża i powiedziała: „Nie zauważyłam tego. Patrzyłam tylko na ciebie- kogoś kto chciał oddać za mnie życie”. Poprzez daleko posuniętą analogię możemy powiedzieć, że nasza ofiara i poświęcenie sprawiają, że boże oblicze jest na nas zwrócone i spełnia się błogosławieństwo z Księgi Liczb: „Niech cię Pan błogosławi i strzeże. Niech Pan rozpromieni oblicze swe nad tobą, niech cię obdarzy swą łaską. Niech zwróci ku tobie oblicze swoje i niech cię obdarzy pokojem”. Ofiara jest rezygnacją z dobra na rzecz większego dobra. Bóg, który jawi się jako najwyższe dobro pociąga do ofiary nawet z największych i najbardziej umiłowanych dóbr, jakie posiadamy. Wspominając Abrahama możemy powiedzieć, że gotowość do ofiary jest miernikiem naszej wiary. Tajemnica tej wiary sprawia, że człowiek przez tę ofiarę nieskończenie więcej zyskuje niż traci.

Druga góra, na którą Bóg nas prowadzi w drugą niedzielę Wielkiego Postu, to góra Tabor, inaczej góra Przemienienia, którą możemy nazwać górą modlitwy. Na drodze modlitwy zdobywamy duchowy szczyt, na którym doświadczamy przemieniającej obecności Boga. Jezus bardzo często udawał się na osobne miejsce, aby się modlić. Tym razem „wziął z sobą Piotra, Jakuba i Jana i zaprowadził ich samych osobno na górę wysoką”. I tam przemienił się, ukazał uczniom swoją boskość. Zauroczeni apostołowie wpatrywali się w Jezusa. Trwali w modlitewnej ekstazie. Doświadczyli ogromnego szczęścia. Było im tak dobrze, że chcieli tu pozostać, mówiąc: „postawimy trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza”. Rozważając tę scenę teologowie twierdzą, że do istoty nieba będzie należała uszczęśliwiająca wizja Boga, trwanie w obliczu Boga. Z tego radosnego uniesienia wyrwał apostołów glos z nieba: „To jest mój Syn umiłowany, Jego słuchajcie”.. Wsłuchiwanie się w nauczanie Jezusa i podążanie drogami tego nauczanie, to jest wspinaczka na duchowy szczyt spotkania z Bogiem.

W okresie Wielkiego Postu bardziej wyraziście i mocniej brzmi wezwanie Kościoła do dawania jałmużny, podejmowania postu i modlitwy. Wyciągnięta ręka i bardziej otwarte serce na potrzeby bliźniego, rezygnacja z pewnych dóbr materialnych na rzecz duchowych, takich jak na przykład miłość, wzmożona modlitwa to nic innego jak drogi prowadzące na duchowy szczyt góry Moria i góry Tabor, gdzie będziemy w zachwycie mówić: „Rabbi, dobrze, że tu jesteśmy”. A On, gdy przyjdzie nasz czas uśmiechnie do nas i powie: Zostańcie ze Mną moje umiłowane dzieci (z książki W poszukiwaniu mądrości życia).

 

 

NIE PRZEGAP BOŻYCH ZNAKÓW

W roku 2002 grupa naukowców przeprowadziła szczegółowe badania obrazu Matki Bożej z sanktuarium Coromoto w Wenezueli. Po ich zakończeniu biskupi tego kraju napisali list do wiernych, w którym czytamy: „Niewątpliwie odnowi to wiarę wszystkich Wenezuelczyków. Jest to dla nas zachętą, by zwrócić swe życie ku Bogu i przyjąć wezwanie, jakie Maryja skierowała do naszych przodków”. A było to wezwanie do wiary. Ten niewielki obraz (2 x 2,5 cm) Matki Bożej z Dzieciątkiem na ręku stał się znakiem, dzięki któremu wielu uwierzyło w Jezusa Chrystusa. Matka Boża objawiła się jednemu z plemion indiańskich, które z oporem otwierało na ewangelizację. Jak mówi tradycja, w roku 1651, wódz szczepu Koromoto, przechodząc z żoną przez rzekę ujrzał kobietę, która uśmiechając się do niego, powiedziała: „Idź tam, gdzie mieszkają biali i niech ci poleją wodę na głowę abyś wszedł do nieba”. Obraz Pięknej Pani i jej słowa ciągle mu towarzyszyły i nie dawały spokoju. Aż w końcu przeprowadził się ze swoim plemieniem w pobliże osiedla Hiszpanów, gdzie rozpoczął przygotowanie do chrztu. Jednak po pewnym czasie wódz zatęsknił do życia w lesie, nieskrępowanego prawem białych ludzi. Postanowił zrezygnować z dalszego przygotowania do chrztu. Smutny i rozbity wewnętrznie wrócił do domu. I wtedy niespodziewanie na progu zjawiła się Piękna Pani, którą wcześnie spotkał nad górskim potokiem. Zgromadzeni w domu byli zauroczeni jej widokiem i blaskiem, który bił od niej. Wódz Koromoto po chwili milczenia powiedział z niezadowoleniem: „Jak długo jeszcze mnie będziesz prześladować? Możesz sobie wracać. Już nie będę więcej robił tego, co mi nakazujesz. Przez Ciebie zostawiłem moje pola i moje posiadłości i przyszedłem tutaj, aby ciężko pracować”. Po czym chwycił wiszący na ścianie łuk i strzałę i wymierzył w kierunku Matki Bożej. I doświadczył wtedy dziwnej mocy. Łuk wypadł mu z ręki, a pokój ogarnęła ciemność, zaś Piękna Pani znikła. Po pewnym czasie wódz Coromoto spostrzegł, że ma w ręku niewielki obrazek Pani, do której przed chwilą mierzył z łuku. I taki to był początek wiary wodza i całego plemienia Coromoto, oraz wielu innych plemion indiańskich. Nie przegapili znaku, który Bóg im zesłał.

Dzisiaj ten niewielki obraz jest także znakiem dla współczesnego człowieka, nie tylko z powodu wydarzeń, które miały miejsce kilka wieków temu, ale przede wszystkim ze względu na zaskakujące wyniki badań naukowych nad tym obrazem. Na obrazie widać wiele typowo indiańskich symboli. Taki charakter mają korony Jezusa i Maryi. Ponadto oczy Maryi oglądane przez mikroskop, mimo miniaturowych rozmiarów rzędu tysięcznych części milimetra, okazały się niezwykle dokładnie przedstawione. Wyraźnie widać tęczówki i gałki oczne. Co więcej, odbija się w nich maleńka postać człowieka. To jest niemożliwe, aby człowiek, szczególnie dawnych wieków mógł go namalować. Tak jak obraz z Gwadelupe tak i ten stanowi zagadkę dla nauki. Dla ludzi wiary nie jest to żadna zagadka, tylko znak z nieba, zesłany przez Boga, abyśmy uwierzyli i mieli życie wieczne. Figurę Matki Bożej z Coromoto ukoronował św. Jan Paweł II, który modlił się za jej wstawiennictwem tymi słowami: „Tobie, Najświętsza Matko, która byłaś obrończynią wiary ludu wenezuelskiego, zawierzam dzisiaj cały ten naród. Ochraniaj go wobec zagrożeń laicyzmu, konsumizmu i wizji jedynie życia doczesnego. W Twoje ręce, o Maryjo, Matko Chrystusa i nasza, kładę radości i smutki, nadzieję i cierpienia. Chroń życia jeszcze nienarodzonego, opiekuj się dziećmi i młodzieżą, wspomagaj chorych i starszych, umacniaj miłość małżonków, aby wszyscy podążali zawsze w świetle nauki Twojego Syna i szukali zjednoczenia z Nim w sakramentach”. Dzisiaj do tego sanktuarium przybywa tysiące pielgrzymów. Oni również nie przegapili znaku z nieba.

Ziemia Święta jest jedynym i niepowtarzalnym miejscem na świecie, pełnym znaków Bożej obecności. Jednym z nich jest Wzgórze Moria w Jerozolimie. Kiedyś stała tu Świątynia Jerozolimska, a dziś nad tym miejscem widzimy złotą kopułę Meczetu na Skale, która dominuje w pejzażu starożytnej Jerozolimy. W centralnym miejscu tej świątyni widzimy skałę, która jest znakiem wiary Abrahama, którego nazywamy Ojcem wiary. W podeszłym wieku Abraham, wbrew ludzkim nadziejom, uwierzył Bogu, że będzie ojcem licznego narodu. A gdy zgodnie z obietnicą narodził mu się syn Izaak Bóg zażądał od niego, aby złożył go w ofierze całopalnej. Możemy sobie wyobrazić dramat ojca, ale o wiele trudniej wyobrazić sobie wiarę Abrahama. Jednak posłuszny wezwaniu Bożemu bierze syna i idzie na wzgórze Moria. Tam zbudował ołtarz ofiarny i gdy podniósł rękę, aby ugodzić syna, Bóg powstrzymał go słowami: „Nie podnoś ręki na chłopca i nie czyń mu nic złego! Teraz poznałem, że boisz się Boga, bo nie odmówiłeś Mi nawet twego jedynego syna”. Po czym dodał: „Przysięgam na siebie, mówi Pan, że ponieważ uczyniłeś to i nie szczędziłeś syna twego jedynego, będę ci błogosławił”. I rzeczywiście wiara Abrahama zaowocowała bożym błogosławieństwem. To błogosławieństwo, w Jezusie Chrystusie, który jest zapowiedzianym i oczekiwanym Mesjaszem dosięga każdego z nas. Abraham nie przegapił znaków nieba.

Scena przemienienia na Górze Tabor z dzisiejszej Ewangelii daje nam pewność tego błogosławieństwa. Słyszymy ewangeliczne słowa: „Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i Jana i zaprowadził ich samych osobno na górę wysoką. Tam przemienił się wobec nich. Jego odzienie stało się lśniąco białe tak, jak żaden wytwórca sukna na ziemi wybielić nie zdoła. I ukazał się im Eliasz z Mojżeszem, którzy rozmawiali z Jezusem”. Zachwyceni apostołowie chcą tam zostać: „Rabbi, dobrze, że tu jesteśmy; postawimy trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza”. Apostołowie nie przegapili znaku z nieba. Błogosławieństwo z Góry Tabor spływa także na każdego z nas, gdy wsłuchujemy się w słowa, które dały się słyszeć w czasie przemienienia: „To jest mój Syn umiłowany, Jego słuchajcie”. Słuchać Jezusa to znaczy uwierzyć w Niego, uwierzyć jego słowom i iść za Nim. Gdy uwierzymy wtedy retoryczne pytanie św. Pawła: „Jeżeli Bóg z nami, któż przeciwko nam?”, nie będzie dla nas pytaniem, ale pewnością życia. Gdy usłuchamy głosu Boga na naszej Górze Tabor, wtedy otrzymamy wiarę Abrahama, która da nam moc uporania się z największymi życiowymi problemami. Doświadczyła tego znana polska aktorka, znana między innymi z roli pięknej i czystej Agnisi w serialu „Noce i dnie”. Przeszła w swoim życiu wiele, ale jak mówi, w Bogu odnajdywała moc, do powstania.

W wywiadzie dla Onetu na pytanie Anny Rosickiej: „Lu­dzie głę­bo­kiej wiary, gdy przy­da­rza im się nie­szczę­ście, mówią: ‘Wszyst­ko jest po coś’. Pani wie, po co była cho­ro­ba al­ko­ho­lo­wa? Gdzie tkwił sens zma­ga­nia się z nią? Celińska odpowiedziała: „Przede wszyst­kim wie­rzę w wyż­szość pla­nów bo­skich nad na­szy­mi. Ale i w to, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wy­szło. Czę­sto, gdy wy­da­rza się ja­kieś nie­szczę­ście, myślę, że ono jest ostrze­że­niem przed tym naj­gor­szym, co mo­gło­by się zda­rzyć. Wie­rzę, że jeśli dzie­je się coś złego, to po to, by z cza­sem ob­ró­ci­ło się w dobro. Tak miało być. Nawet jeśli tego nie ro­zu­mie­my. Jest tak po­wie­dze­nie, że: ‘Nie spad­nie włos z głowy ludz­kiej, bez wie­dzy bo­skiej’. Jak czło­wiek na­uczy się dy­stan­su do tego, co go spo­ty­ka, widzi, że to wszyst­ko ma sens, że ukła­da się w har­mo­nij­ną ca­łość. Nam się wy­da­je, że to przy­pa­dek, że gdzieś się spóź­ni­li­śmy, coś nas omi­nę­ło, a tak wła­śnie miało być”.

Aktorka odczytała znak nieba, a jak jest z naszym odczytywaniem (Kurier Plus, 2014r.).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *