7 Wrz

23 niedziela zwykła Rok B

 

 

GŁUCHOTA .                                     

Jezus opuścił okolice Tyru i przez Sydon przyszedł nad Jezioro Galilejskie, przemierzając posiadłości Dekapolu. Przyprowadzili Mu głuchoniemego i prosili Go, żeby położył na niego rękę. On wziął go na bok, z dala od tłumu, włożył palce w jego uszy i śliną dotknął mu języka; a spojrzawszy w niebo, westchnął i rzekł do niego: «Effatha», to znaczy: Otwórz się. Zaraz otworzyły się jego uszy, więzy języka się rozwiązały i mógł prawidłowo mówić. Jezus przykazał im, żeby nikomu nie mówili. Lecz im bardziej przykazywał, tym gorliwiej to rozgłaszali. I przepełnieni zdumieniem mówili: «Dobrze wszystko uczynił. Nawet głuchym słuch przywraca i niemym mowę» (Mk 7, 31-37).

Zmysły odgrywają w życiu człowieka bardzo ważną rolę. Poprzez zmysły odbieramy bodźce zewnętrzne i analizujemy je. Dzięki nim umysł człowieka tworzy obraz otaczającej go rzeczywistości, który z kolei ma zasadniczy wpływ na kształtowanie osobowości. Tradycyjnie wyróżnia się pięć zmysłów: wzrok, słuch, dotyk, węch i smak. Wśród zmysłów największą rolę w rozwoju osobowości odgrywa słuch.

Ewangeliczny głuchoniemy nie był w stanie ani przyjść do Chrystusa ani też prosić o łaskę uzdrowienia. Byli tam jednak ludzie o wrażliwym sercu. Dzięki nim głuchoniemy stanął przed Chrystusem. Chrystus użył swej boskiej mocy i stał się cud uzdrowienia. Zapewne Chrystus nieraz spotykał ludzi błagających Go zdrowie, ale nie wszyscy dostąpili tej łaski. W związku z tym mogą rodzić się pytania, dlaczego Chrystus uzdrawiał, i dlaczego łaski uzdrowienia doświadczali tylko niektórzy?

Chrystus pochylał się zawsze nad ludzkim cierpieniem. Uzdrowienia są tego dowodem. Jednak cierpienia ludzkiego nie można zawęzić tylko do sfery fizycznej. Człowiek ma wymiar duchowy i w tym wymiarze rozgrywają się dramaty bardziej bolesne, aniżeli cierpienie fizyczne. Chociażby dramat przemijania i wieczności, dramat szukania ostatecznego sensu życia. Orędzie Chrystusa, uwzględniając cielesność człowieka koncentruje się na duchowym jego wymiarze i ukierunkowuje go ku życiu nadprzyrodzonemu i wieczności. Cuda, przekraczające ramy praw natury otwierają człowieka na rzeczywistość nadprzyrodzoną. Wystarczył jeden cud uzdrowienia, aby uwrażliwić uzdrowionego, jak i też świadków tego cudu na inny wymiar rzeczywistości.

Prorok Izajasz kilkaset lat przed narodzeniem Chrystusa zapowiadał czasy mesjańskie, kiedy Bóg zamieszka wśród ludzi. Nadzwyczajne wydarzenia będą zapowiedzią nastania tych czasów. „Wtedy przejrzą oczy niewidomych i uszy głuchych się otworzą. Wtedy chromy jak jeleń wyskoczy i język niemych wesoło krzyknie”. Przez uzdrowienie głuchoniemego Chrystus mówi, że nastały czasy mesjańskie, a On jest oczekiwanym Mesjaszem. Czasy mesjańskie będą czasami szczególnej bliskości Boga i w tej bliskości człowiek odnajdzie odpowiedź na pytania o ostateczny sens życia. Odnajdzie zbawienie.

Ewangeliczna scena uzdrowienia głuchoniemego ma jeszcze inną wymowę. Kontekst ewangeliczny tego cudu uświadamia nam, że może istnieć jeszcze inny rodzaj głuchoty. Uleczenie z niej ma istotne znaczenie w życiu człowieka, zarówno ziemskim jak i wiecznym. Człowiek może być głuchy mając świetny słuch fizyczny. Jest to głuchota z wyboru, po prostu człowiek zamyka się na pewne wartości i nie chce o nich słyszeć.

Tej głuchocie ulegali nawet najbliżsi z otoczenia Jezusa. Św. Tomasz za nic nie chciał uwierzyć apostołom, którzy mu mówili, że widzieli Chrystusa zmartwychwstałego. Nic do niego nie docierało. Uparcie powtarzał: „Uwierzę, gdy Go ujrzę „. Kilka dni później ukazał mu się Chrystus. Tomasz uwierzył. Chrystus uleczył go z głuchoty niewiary. Można istnieć jeszcze głębsza głuchota, z powodu, której człowiek nie daje sobie żadnych szans. Pamiętam wypowiedź jednego z ateistycznych filozofów, który powtarzał, że nawet, gdy był świadkiem cudu, to i tak by nie uwierzył. Szukałby innego wyjaśnienia z pominięciem możliwości istnienia świata nadprzyrodzonego.

Przejawem głuchoty jest odrzucanie pewnych wartości nie znając ich. Niektórzy nigdy w swym życiu nie przeczytali Biblii, a już odrzucili naukę w niej zawartą. Można być też głuchym na inne wartości. Każda głuchota zubaża człowieka. Postawa otwartości gwarantuje człowiekowi życie pełnią. Ta otwartość nie oznacza bezkrytycznego przyjmowania tego, co do nas dociera. Nie jest oznaką naiwności. Mądrą radę w tym względzie daje Budda swoim uczniom: „Mnichom i uczonym nie wolno akceptować moich poglądów- z szacunku. Muszą je analizować tak, jak złotnik sprawdza jakość kruszcu. Trąc, skrobiąc, pocierając i topiąc”. Są wartości, które przeszły taką próbę w ciągu tysięcy lat. Na te wartości nie można pozostać głuchym.

Ludzka głuchota może przyjąć także inne formy. Człowiek słucha tylko tego, co chce słyszeć. W czasie wakacji rozmawiałem z kolegą z ławy szkolnej, który jest negatywnie nastawiony do Kościoła. W czasie rozmowy dowiedziałem się, że głównym źródłem jego wiedzy o Kościele jest tygodnik „Nie”, który ma charakter antyreligijny, odrzuca wszelkie normy moralne i balansuje na granicy pornografii. Od lat nie miał on w ręku gazety, czy książki pisanej z punku widzenia Kościoła. Z tą głuchotą jest mu wygodnie. Ale czy można mieć wtedy prawdziwy obraz rzeczywistości?

Oto jeszcze inny rodzaj bardzo złośliwej głuchoty, który ma miejsce przy wyrabianiu sobie opinii o drugim człowieku. Kierując się nieraz nieuzasadnionym uprzedzeniem lub plotkami wyrabiamy sobie negatywną opinię o naszym bliźnim. Widzimy tylko to, co negatywne. Dostrzegamy w nim najmniejsze zło, które rozdmuchane przesłania wszystko. Nie zauważamy zaś dobra w życiu naszego bliźniego. Pozostajemy na to kompletnie głusi. Taka głuchota może bardzo krzywdzić bliźniego.

Jest jeszcze jeden rodzaj bardzo niebezpiecznej głuchoty. Dotknięty tego typu głuchotą bardzo wyraźnie słyszy wszelkie pochwały odnośnie swojej osoby. Natomiast, nie docierają do niego słowa nawet najmniejszej krytyki. Zamknięty jest nawet na życzliwą krytykę. Brnie w swoich błędach. Przyjacielem jest ten, kto mówi tylko pochlebstwa i w końcu taki człowiek zamiast przyjaciół ma wokół siebie tylko pochlebców. Bardzo niebezpieczna jest ta głuchota dla ludzi zajmujących wysokie stanowiska. Wokół nich zawsze jest wielu pochlebców, którzy błędy będą nazywać genialnymi pociągnięciami. Klasyczny przykładem jest Stalin. Otoczony był sforą pochlebców, którzy wytężali całe swe zdolności, aby odczytać myśli dyktatora i mówić to, czego on oczekuje. I to był jeden z powodów, że Stalin stał się demonem zbrodni.

Chrystus leczy nas nie tyle z fizycznej głuchoty, co duchowej, otwierając nas tym samym na pełnię życia /Ku wolności/.

 

 

DOTKNIĘCIE

Powiedzcie małodusznym: „Odwagi! Nie bójcie się! Oto wasz Bóg, oto pomsta; przychodzi Boża odpłata; On sam przychodzi, by was zbawić”. Wtedy przejrzą oczy niewidomych i uszy głuchych się otworzą. Wtedy chromy jak jeleń wyskoczy i język niemych wesoło krzyknie (Iz 35,4-7a).

W szarej codzienności są wydarzenia, spotkania, które wywierają szczególny wpływ na kształt naszego życia. Otwierają nas na inny, do tej pory nieznany lub niezauważany wymiar rzeczywistości. Nieraz stają się powodem diametralnej zmiany życia. Doświadczył tego Dr Bernard Nathanson. Dał się poznać jako aktywny działacz na rzecz aborcji. Był współzałożycielem w roku 1968 „National Abortion Righs Action League”, organizacji, która miał doprowadzić do legalizacji aborcji w USA. Gdy to stało się faktem w roku 1970 w stanie Nowy Jork, został dyrektorem największej kliniki aborcyjnej na świecie. Pisząc o swej działalności w NARAL przytacza metody, jakie stosowała ta organizacja, aby zjednać opinię publiczną na rzecz aborcji. Starano się przekonać media, że akceptacja aborcji jest znakiem oświeconego liberalizmu. Aby przekonać ludzi do aborcji, fabrykowano różnego rodzaju kłamstwa np. podawano, że w USA na wskutek nielegalnych aborcji umiera 10 tys. kobiet rocznie. Podawano, że w ciągu roku dokonuje się w USA ponad milion aborcji, a rzeczywistości dokonywano około 100 tys. Atak skierowano także na Kościół katolicki, który aktywnie przeciwstawiał się aborcji. Wyśmiewano „wsteczną” naukę Kościoła, jak i też starano się w oczach opinii publicznej dyskredytować hierarchię kościoła. Ważnym elementem propagandy aborcyjne było zatajanie najnowszych wyników badań naukowych odnośnie poczętego życia.

Przełomowym momentem w życiu Dr Nathansona było rok 1973. Został wtedy ordynatorem wydziału położniczego w szpitalu św. Łukasza w Nowym Jorku. Po raz pierwszy zastosowano tam ultrasonograf, dzięki któremu można było badać i obserwować nienarodzone dziecko w łonie matki. Ultrasonograf otworzył przed Nathansonem nowy nieznany świat. Wspomina: „Pierw­szy raz mogliśmy naprawdę zobaczyć ludzki płód – mierzyć go, obserwować, przyglądać mu się, a także związać się z nim i pokochać go. Pokazywane na USG obrazy płodu robią niewiarygod­nie silne wrażenie na oglądającym. Dzięki USG mogliśmy nie tylko przekonać się, że płód jest normalnie funkcjonującym organizmem, ale tak­że wykonać pomiary jego funkcji życiowych, ważyć go i określać jego wiek, widzieć jak przełyka i oddaje mocz, widzieć go w stanie uśpienia i przebu­dzenia, a także obserwować, jak poru­sza się nie mniej celowo niż noworo­dek”.

Od tego momentu Nathanson stał się przeciwnikiem aborcji. Obecnie pisze, podróżuje, udziela wywiadów, wygłasza odczyty. A czyni to wszystko, aby powiedzieć światu, że od chwili poczęcia mamy do czynienia z człowiekiem, a nie jakąś bezkształtną masą, i że życie jest święte. Mając na uwadze zacytowany na wstępie fragment Ewangelii, możemy powiedzieć, że obserwacja dziecka nienarodzonego przy pomocy USG była dla Dr Nathansona jak dotknięcie niewidomego przez Chrystusa. Dr Nathanson dojrzał nowy wymiar ludzkiego życia. To dotknięcie wpisało się także w rzeczywistość trochę odmiennej natury, a o której mówi wydarzenie z 9 grudnia 1996 r. Tego dnia Dr Na­thanson w katedrze św. Patryka na Manhattanie, z rąk kardynała Johna J. O’Connora przyjął chrzest. Zachowując całe swoje żydowskie dziedzictwo religijne, za dotknięciem Chrystusa otworzył się na inny świat.

Cudowne uzdrowienie głuchoniemego z przyczyną dotknięcia Chrystusa ma potrójny wymiar. Po pierwsze- otwierało dla niego rzeczywistość, która dociera do nas na drodze słuchu. Możemy sobie wyobrazić przeżycie, kiedy po raz pierwszy usłyszał on głos bliskich mu osób, śpiew, muzykę, szum wiatru i świergot ptaków w gałęziach. Po drugie- głuchoniemy dostrzegł w Chrystusie spełnienie rzeczywistości, którą w synagodze, w sposób niedoskonały mógł obserwować bezradnymi oczami. Otwierał się dla niego świat rzeczywistości mesjańskiej, która przychodziła wraz z Chrystusem. Może znał tak jak inni proroctwa Izajasza o przyjściu Mesjaszu i nadejściu czasów mesjańskich, o których w obrazowy sposób pisze prorok: „On sam przychodzi, by was zbawić. Wtedy przejrzą oczy niewidomych i uszy głuchych się otworzą. Wtedy chromy jak jeleń wyskoczy i język niemych wesoło krzyknie. Bo trysną zdroje wód na pustyni i strumienie na stepie; spieczona ziemia zamieni się w staw, spragniony kraj w krynice wód” (Iz 35, 5- 7). Po trzecie- dotknięcie Chrystusa otwierało nie tylko głuchoniemego na nową rzeczywistość, ale także tych, którzy byli świadkami tego wydarzenia, a które to wydarzenie było znakiem, iż rozpoczęły się już czasy mesjańskie.

Kontynuując myśl o bożym dotknięciu, wracam wspomnieniami do parafii pw. św. Aniołów Stróżów na Dolnym Brooklynie, gdzie przed kilku laty prowadziłem rekolekcje. Jest tam spora grupa Polaków, a jeszcze większa Meksykańczyków. W kruchcie kościoła zauważyłem wiele figur i obrazów, a wśród obrazów najważniejszy; obraz Matki Bożej z Guadalupe, patronki obu Ameryk. Obraz, jak i inne figury były w szklanych gablotach. Zapytałem ks. Andrzeja, po co są te gabloty? Ks. Andrzej opowiedział mi o zwyczaju dotykania i całowania świętych obrazów i figur przez wiernych pochodzących z Ameryki Łacińskiej. To zabezpieczenie chroni obraz przed zniszczeniem. Człowiek pragnie dotknąć rzeczy, miejsc, na których wcześniej spoczęła ręka Boża. To wcześniejsze dotkniecie Boga otwiera ludzi na nową rzeczywistość i z tego powodu człowiek szuka kontaktu duchowego z rzeczywistością znaczoną w sposób cudowny Bogiem. Tak jest w przypadku, bardzo popularnego w Ameryce obrazu Matki Bożej z Guadalupe. Spójrzmy, zatem jakie były początki tego dotknięcia.

Indianin Juan Diego o świcie 9 grudnia 1531 r. zdążał do kościoła i w drodze na wzgórzu Tepeyac ukazała się mu Matka Boża, która powiedziała do niego: „Jestem Maryją Niepokalaną Dziewicą, Matką prawdziwego Boga, który daje życie i je zachowuje. On jest Stwórcą wszystkiego, Panem nieba i ziemi. On jest wszechobecny. Chcę, aby w tym miejscu wybudowano świątynię, gdyż chcę tutaj okazywać miłość i współczucie twemu ludowi i wszystkim ludziom, którzy szcze­rze proszą mnie o pomoc. Tutaj będę ocie­rać im łzy, uspokajać i pocieszać. Biegnij teraz do biskupa i powiedz mu, co tu widzia­łeś i słyszałeś”. Juan Diego spełnił życzenie Matki Bożej. Biskup jednak nie dał wiary opowiadaniom prostego Indianina. Powiedział, że zdecyduje się na budowę kościoła, gdy otrzyma od Matki Bożej jakiś znak.

Znak został dany. Maryja poleciła Juanowi wspiąć się na wzgórze, narwać róż i zanieść je biskupowi. Zimowa pora nie jest czasem kwitnienia róż, a mimo to Juan znalazł na szczycie przepiękne kwiaty. Szybko napełnił różami swój indiański płaszcz i pobiegł z nimi do biskupa Zumarraga. Biskup rozchylił płaszcz i zobaczył mnóstwo róż, które po pewnym czasie zniknęły, a na płaszczu ukazało się piękne odbicie Matki Bożej. Biskup zerwał się z fotela i razem z domownikami ukląkł i długi czas adorował cudowny obraz. Przez to dotknięcie Boga zmieniła się okolica, w pejzaż, której wpisała się przepiękna świątynia. Ale najważniejsza zmiana dokonała się i dokonuje w ludzkich sercach. Otwiera je na nieogarniony wymiar Bożej Miłości.

Łaska tego dotknięcia omija ludzi, którzy są obojętni i nie szukają tego kontaktu. Mając to na uwadze możemy podzielić ludzi na głuchych i tych, którzy słyszą Boga (z książki Nie ma innej Ziemi Obiecanej).

 

 

ZATRZYMAĆ CZAS

Bracia moi, niech wiara wasza w Pana naszego Jezusa Chrystusa uwielbionego nie ma względu na osoby. Bo gdyby przyszedł na wasze zgromadzenie człowiek przystrojony w złote pierścienie i bogatą szatę i przybył także człowiek ubogi, w zabrudzonej szacie, a wy spojrzycie na bogato odzianego i powiecie: „Usiądź na zaszczytnym miejscu”, do ubogiego zaś powiecie: „Stań sobie tam albo usiądź u podnóżka mojego”, to czy nie czynicie różnic między sobą i nie stajecie się sędziami przewrotnymi? Posłuchajcie, bracia moi umiłowani! Czy Bóg nie wybrał ubogich tego świata na bogatych w wierze oraz na dziedziców królestwa przyobiecanego tym, którzy Go miłują? (Jk 2,1-5).

Amelia wraz ze swymi wnukami pojawiła się na naszym ostatnim festynie dla dzieci „Pożegnanie lata”. W czasie rozmowy powiedziała, że jest tak zajęta różnymi sprawami, że nie ma czasu dla siebie, szczególnie, aby zadbać o swoją urodę. Powiedziała: „Gdy patrzę w lustro i widzę pojawiające się zmarszczki na twarzy, to tak mi trochę żal minionych lat”. W podtekście można było wyczuć: żal mijającej urody. Prawdę mówiąc, nie może narzekać na swoją urodę, chociaż nie jest ona tak zjawiskowa, jak w czasach, gdy pracowała, jako modelka. A że zmarszczki widzę także na swojej twarzy łatwiej mi było rozmawiać z Amelią o pięknie, które nie przemija i emanuje z człowieka, nawet wtedy, gdy ciało za nim nie nadąża.

Życie Amelii jest przykładem tego piękna. Zapewniła dzieciom bardzo dobre wykształcenie i przekazała im coś więcej niż tylko wiedzę. Ukształtowała w nich życzliwe i dobre serca. Sama nigdy nie przeszła obojętnie obok człowieka potrzebującego i tego nauczyła swoich synów. Przygotowywała posiłki i posyłała z nimi swoich małych chłopców do biednych sąsiadów lub bezdomnych w parku. Brała do swojego domu dzieci z biednych rodzin, aby chociaż na chwilę zakosztowały rodzinnego ciepła. Jej synowie uczyli się, że najbiedniejsi są ich braćmi i zasługują na miłość oraz szacunek. Wiele czasu i własnych pieniędzy poświęcała i poświęca dziś ludziom, którzy znaleźli się w trudnej sytuacji. Ratowała dzieci od aborcji i do dziś wspiera uczuciowo i materialnie ocalone dzieci i szczęśliwe matki. Ciągle jest zajęta, bo wokół tylu ludzi nieszczęśliwych i biednych. Zbierała pieniądze i przeznaczała własne na leczenie chorych dzieci przybyłych z Polski. Nocami wynajdowała bezdomnych, wyciągała ich z rynsztoku, strzygła, goliła, kąpała, przywracała im ludzki wygląd. Nieraz to był zwrotny moment w ich życiu. Pilnowała ich nocami w noclegowniach. Nieraz jej samochód stawał się „sypialnią” dla bezdomnych. Dzięki niej wielu wróciło do normalnego życia. A rodziny w Polsce, po wielu latach zagubienia w nowojorskich rynsztokach odzyskiwały ojców, żony mężów, a matki synów. O tym można by napisać całą książkę (na pewno taka powstanie), a ja wspomniałem tylko niektóre epizody, aby ukazać nieprzemijające piękno człowieka. Bezinteresowna miłość przydaje człowiekowi piękna, które pozostaje na wieczność i jest niejako zatrzymaniem czasu.

Zacytowany na wstępie fragment z Listu św. Jakuba zwraca naszą uwagę na ludzi potrzebujących i biednych, którzy są nieraz lekceważeni i poniżani. A to właśnie oni są szczególną cząstką Kościoła. Nasza zaś wrażliwość na ich biedę jest miarą naszej wiary. Jeśli tego zabraknie w naszym życiu, to możemy być pewni, że słowa św. Jakuba odnoszą się do nas: „… to czy nie czynicie różnic między sobą i nie stajecie się sędziami przewrotnymi?”. Pomóż, nie osądzaj. Osąd zostaw Bogu, który najlepiej widzi, co się dzieję w ludzkim sercu. Św. Teresa z Kalkuty, widząc ludzką biedę nie szukała winnych, tylko śpieszyła z pomocą. Wyciągała z miłością rękę do trędowatych, konających, okaleczonych, chorych na AIDS, do człowieka, którego sądy ludzkie skazały na więzienie. Była gotowa na każde poświecenie. Pewnego dnia zabrakło pieniędzy na żywność dla dzieci w sierocińcu.  Matka Teresa postanowiła odwiedzić domy bogatych ludzi i prosić o wsparcie. W jednym z tych domów drzwi otworzył właściciel i gdy usłyszał prośbę o wsparcie, zdenerwował się i uderzył w twarz Matkę Teresę. Matka Teresa spokojnie zniosła tę zniewagę, mówiąc: „To było dla mnie a teraz daj coś dla dzieci”. Postawa Matki Teresy zaszokowała tego człowieka. Później wyznał, że postawa Matki Teresy zmieniła jego życie na zawsze. Stał się hojnym sponsorem sierocińca na długie lata.

W Ewangelii na dzisiejszą niedzielę widzimy Chrystusa czyniącego cuda. Wychodzi On naprzeciw ludzkiemu nieszczęściu i uzdrawia: „Przyprowadzili Mu głuchoniemego i prosili Go, żeby położył na niego rękę. On wziął go na bok osobno od tłumu, włożył palce w jego uszy i śliną dotknął mu języka, a spojrzawszy w niebo, westchnął i rzekł do niego: ‘Effatha’, to znaczy: ‘Otwórz się’. Zaraz otworzyły się jego uszy, więzy języka się rozwiązały i mógł prawidłowo mówić”. Jezus dokonał cudu, który kierował uwagę świadków tego wydarzenie na rzeczywistość nadprzyrodzoną. Tylko Bóg może dokonywać takich rzeczy. Cud ukazywał także miłość Boga ku człowiekowi. Chrystus lituje się nad nędzą głuchoniemego i wyciąga do niego rękę. Ewangelia mówi, że Jezus „westchnął”, co możemy odczytać jak solidaryzowanie się z głuchoniemym. Ten cud wzywa nas abyśmy nie przechodzili obojętnie obok ludzkiego nieszczęścia.  Cud uzdrowienia ogłaszał także nadejście ery mesjańskiej, czasu zbawienia, które prorok Izajasz w pierwszym czytaniu wyraża w poetycki sposób: „Wtedy przejrzą oczy niewidomych i uszy głuchych się otworzą. Wtedy chromy jak jeleń wyskoczy i język niemych wesoło krzyknie”. Trzeba się tylko otworzyć na to przychodzące zbawienie, a wtedy stanie się ono naszym udziałem.   

Bardzo ważne przeslanie wspomnianego fragmentu Ewangelii kryje się w słowach: „Effatha’, to znaczy: ‘Otwórz się’”. Znaczy to coś więcej niż tylko uzdrowienie z głuchoty fizycznej. Istnieje innego rodzaju głuchota, która jest bardziej niebezpieczna w życiu człowieka. Jest to głuchota duchowa. W pierwszych wiekach chrześcijaństwa wprowadzono do liturgii chrztu świętego element, który nawiązuje do Ewangelii na dzisiejsza niedzielę. W czasie chrztu kapłan dotykał uszu i ust przyjmującego chrzest i mówił: „Effatha”, otwórz się”. Była to prośba skierowana do Boga, aby otworzył uszy ochrzczonego na słowo boże oraz uczynił zdolnym do głoszenia tego słowa. Otwarcie na słowo boże, przyjęcie go jest nieodzownym warunkiem wiary, bo jak pisze św. Paweł wiara rodzi się ze słuchania. Gdy człowiek usłyszy słowo boże i przyjmie je, to ono zrodzi wiarę w Chrystusa, która niesie uzdrowienie duszy, zranionej przez grzech pierworodny i inne grzechy. Aby dokonał się cud tego uzdrowienia nie wystarczy słuch fizyczny. Bo można słyszeć słowo boże, ale być głuchym na jego przyjęcie. Nieraz człowiek głuchy fizycznie lepiej słyszy od tych, którzy mają doskonały słuch. Odnosi się to nie tylko to rzeczywistości nadprzyrodzonej, ale także może się odnosić do rzeczywistości doczesnej. I tu można wspomnieć dla ilustracji Beethovena, który skomponował Dziewiątą Symfonię, arcydzieło muzyki światowej po całkowitej utracie słuchu.

Otwórz się na słowo Boże, a wtedy serce otworzy się miłością bezinteresowną na bliźniego, szczególnie pokrzywdzonego. Droga miłości bezinteresownej, to najskuteczniejszy sposób otwarcia bram nieba, gdzie zatrzymuje się czas w jego najpiękniejszym kształcie (z książki Bóg na drogach naszej codzienności).

 

 

PRZEMIENIĆ BESTIĘ W CZŁOWIEKA

Ks. prof. Marian Nowak, kilka dni temu opowiedział mi ciekawą historię z wakacyjnej pracy duszpasterskiej w jednej z niemieckich parafii.  Po Mszy św. wierni spotkali się, aby porozmawiać przy kawie. W pewnym momencie starszy mężczyzna zaczął opowiadać, jak to w czasie II wojny światowej ciężko ranny leżał przy bramie szpitalnej w Lublinie, a Polacy przechodzili obok niego obojętnie. Ks. Marian wyczuwając w jego głosie pretensję zapytał go: A co pan tam robił w czasie wojny, czy może był w odwiedzinach u rodziny, a może jako turysta zwiedzał piękne zakątki Polski?  Niemiec nie zdążył odpowiedzieć, bo wszyscy wybuchnęli gromkim śmiechem. I to był ostatni akord niedzielnego spotkania. Kilka dni później wspomniany mężczyzna przyszedł do ks. Mariana, aby go przeprosić i opowiedzieć historię swojego życia. Należał do SS. Jak sam powiedział, całkowicie poddał się propagandzie nazistowskiej, która godziła w prawdziwego Boga, stawiając na Jego miejsce „nadczłowieka”. Ks. Marian powiedział wtedy: „Przecież na pasach wojskowych mieliście napis: „Bóg z nami”. „To prawda- odpowiedział były esesman- ale nam wmówiono, że to my jesteśmy tymi bogami, jesteśmy najdoskonalszą rasą ludzką. My wprowadzimy nowy porządek świata, oparty o nasze własne prawa. Jako bogowie mamy prawo decydować o wszystkim”. Na potwierdzenie, że naprawdę tak myślał przytoczył wydarzenie wojenne z Lwowa. Gdy wchodził wraz z innymi do miasta spotkał gromadę kilkudziesięciu dzieci. Były wychudzone, zgłodniałe w obdartych ubraniach. Błagalnym wzrokiem patrzyły na esesmana. A ten zamiast dać jakiś cukierek albo kawałek chleba wyciągnął automat i zaczął do nich strzelać. Zabił wszystkie. Nawet nie przyszło mu do głowy, że mógłby współczuć tym dzieciom.  On był z innego świata.  Uważał, że to wielka łaska dla tych dzieci zakończyć to marne życie z rąk, i niejako w obliczu samego boga. Jak widzimy, w tym wypadku, stawianie człowieka w miejscu Boga czyni go okrutną bestią. Nazizm kreował te bestie od najmłodszych lat. W pierwszym rzędzie czynił ich głuchymi na głos boży, ludzką krzywdę, cierpienie i ból….Po takim „ogłuszeniu”, ofiara słyszała tylko głos zbrodniczej propagandy nowych bogów.

Wspomniany esesman po przegranej wojnie wrócił do domu. Nie mógł odżałować poniesionej klęski. Zauroczony Hitlerem, nadal był gotowy oddać za niego życie. W domu opowiadał o swoich „bohaterskich” czynach. Żona mówiła, że to nie bohaterstwo, ale zbrodnia. Nie chciał tego słuchać. Nie chciał oglądać filmów o zbrodniach hitlerowskich, nie mógł zrozumieć, za co sądzą hitlerowców w Norymberdze. Pewnego dnia żona spakował swoje rzeczy i odeszła od niego. Został sam. Miotał się wewnętrznie, szukając swego miejsca na ziemi.  Aż w końcu poprosił o zamieszkanie w klasztorze trapistów. Nie będąc zakonnikiem, włączył się w rytm życia zakonnego. Długi czas był głuchy na bożą prawdę. Dopiero po kilkunastu latach przyszedł do przełożonego i powiedział, że już może opuścić klasztor, bo zrozumiał ogrom swoich zbrodni, żałuje za nie i chciałby je odpokutować. Po wielu latach Bóg uzdrowił go i przywrócił mu słuch. Odzyskanie słuchu na głos boży stało się początkiem przemiany bestii w człowieka i początkiem zbawienia.    

Poszukajmy związku powyższej historii z ewangeliczną sceną uzdrowienia głuchoniemego. Słuch jest jednym z najważniejszych zmysłów człowieka, który umożliwia kontakt z otaczającym światem i zdobycie rozeznania w nim. Ewangeliczny cud uzdrowienia głuchoniemego ma wieloraką wymowę. Najmierniej ważny jest fizyczny wymiar tego zdarzenia.  Posłużył on jednak jako obrazowa lekcja poznania prawdy w innym, bardzo ważnym wymiarze. Chrystus nie był głuchy na ludzką nędzę, nawet tę ziemską. Dostrzegł cierpienie głuchoniemego. Ulitował się nad nim. Jest to pierwsza lekcja, wzywająca uczniów Chrystusa, aby nie byli głusi na nędzę ludzką, na ludzkie wołanie o pomoc, nawet tę materialną. W tym roku, 700 tysięcy głodnych dzieci z krajów misyjnych wola o chleb. Jeśli ich głosu nikt nie usłyszy, umrą z głodu. Aż trudno sobie wyobrazić cierpienie tych niewinnych istot i ból rodziców, patrzących na śmierć głodową swoich dzieci. Wołanie tych nieszczęśliwych ludzi dociera do nas przez misjonarzy, którzy odwiedzają nasze parafie. Głoszą oni słowo boże i mówią o potrzebach misyjnych. Trzeba przyznać, że wierni z naszych parafii nie są głusi na to wołanie. Wyobraźmy sobie, że na ulicach Greenpointu umiera z głodu kilkaset dzieci. Zaś zebrane ofiary, tylko w kościołach polonijnych Nowego Jorku uratują te dzieci, na jeden rok od śmierci głodowej. Czy nie jest to cudowna odpowiedź na wołanie Chrystusa umierającego w głodnych dzieciach?

Zachowując wrażliwość na powyższe wołanie trzeba pamiętać, że za nim kryje się wołanie najważniejsze, najważniejsze bo sięgające wieczności.  Chrystus powiedział: „Cóż pomoże człowiekowi, choćby cały świat pozyskał, a na duszy swojej szkodę poniósł?”. A zatem trzeba dostrzec, może nieraz niewyartykułowane wołanie o pomoc nieśmiertelnej duszy człowieka. I o tym najważniejszym wołaniu jest dzisiejsza Ewangelia. Świadkowie tego cudu „pełni zdumienia mówili: Dobrze uczynił wszystko. Nawet głuchym słuch przywraca i niemym mowę”. Zapewne sam uzdrowiony był nie mniej zdumiony. To zdumienie rodziło pytanie: „Kim On jest?” Odpowiedź mogła być tylko jedna. Jest kimś więcej niż człowiekiem, bo człowiek nie może czynić takich rzeczy. Ten cud kierował uwagę człowieka na zbawiającego Boga. Zapewne niektórzy świadkowie tego cudu kojarzyli go ze słowami proroka Izajasza z pierwszego czytania, gdy mówi o znakach zbliżającego się Mesjasza: „Wtedy przejrzą oczy niewidomych i uszy głuchych się otworzą. Wtedy chromy wyskoczy jak jeleń i język niemych wesoło krzyknie”. A zatem, z chwilą pojawienia się Chrystusa zaczął się czas zbawienia. Otwórzcie swe uszy na Dobrą Nowinę o zbawieniu. Nie bądźcie głusi jak ten esesman wspomniany na wstępie.  Nawet, gdy wydaje się nam, że słyszymy glos Boga, trzeba nam prosić o większą wrażliwość naszego słuchu jak to czynił błogosławiony Bronisław Markiewicz: „Jam głuchy na natchnienia Boże; jam niemy, bo nie chwalę Boga często, idąc za marnościami i nowinkami karmiąc mój umysł. Jezu, lecz mnie… Włóż palce Ducha św. w uszy moje, rozwiąż koniec mego języka: niech Cię chwalę!”.

Głos boży dociera do nas na różne sposoby. Nie usłyszy go ten, kto z góry zakłada, że są to jakieś halucynacje nawiedzonego umysłu. Zamiast takiego skostniałego dogmatyzmu, lepiej byłoby pomyśleć, czy aby ja nie jestem głuchy na to, co inni naprawdę słyszą. Współczesny świata robi wiele abyśmy ogłuchli na głos boży. Propaganda Goebbelsa skutecznie ogłuszyła esesmanów na glos boży. Potrzebowali nieraz kilkunastu lat, aby odzyskać ten słuch. Iluż to dzisiaj jest ludzi ogłuszonych propagandą wizji szczęśliwego życia przekreślającego Boga i Jego przykazania. Do takiej otumanionej przez barbarzyńską rewolucję francuską społeczności w Ars został posłany św. Jan Vianney, którego papież Benedykt XVI ogłosił patronem, obchodzonego obecnie Roku Kapłańskiego. O wiernych z Ars mówiono, że tylko chrztem różnią się od bydląt. Św. Jan potrafił w ciągu kilku lat wyleczyć ich z głuchoty. Usłyszeli glos boży i nawrócili się. Św. Jan nie przebierał w słowach. Mówił do nich w kazaniu: „Dzieci moje, jakież to smutne. Trzy czwarte chrześcijan zabiega jedynie o zaspokojenie potrzeb ciała, które i tak wkrótce zgnije w ziemi, a wcale nie myślą o potrzebach duszy, która będzie szczęśliwa lub nieszczęśliwa przez całą wieczność. Brak im rozumu i zdrowego rozsądku, aż ciarki przechodzą. Oto człowiek, który zabiega o sprawy doczesne, ugania się za nimi, robiąc przy tym wiele hałasu, który nad wszystkim chce panować i uważa, że jest kimś. Gdyby mógł, rzekłby słońcu: ‘Usuń się i pozwól mi oświecać świat zamiast ciebie’. Przyjdzie czas, że z tego pyszałkowatego człowieka zostanie niewiele więcej niż szczypta prochu, który spłynie rzekami do morza” (z książki W poszukiwaniu mądrości życia).

 

 

ŚWIĘTY JANUARY

Słowa Jezusa zawierają w sobie ogromną moc, którą uwiarygodniają liczne cuda. Uzdrowienie głuchoniemego jest dopełnieniem chrystusowego nauczana o miłości. To jest jeden wymiar tego cudu. Drugi jest ważniejszy, ponieważ otwiera człowieka na Boga i staje się źródłem pełni życia w wieczności. Człowiek zawsze był spragniony mądrości, którą potwierdzałby cuda. Czytając żywoty świętych napotykamy opisy licznych cudów, a niektóre z nich zadziwiają wiernych do dzisiejszego dnia. Należy do nich „cud krwi” świętego Januarego, który w roku 305 poniósł śmierć męczeńską. Tradycja mówi, że po ścięciu Świętego jedna z pobożnych kobiet, obecna podczas egzekucji zebrała do flakonika trochę krwi, która dziś jest przechowywana w specjalnym relikwiarzu. Każdego roku skrzepnięta krew „ożywia się” przechodząc w stan płynny. Badania naukowe wykazały, że jest to prawdziwa ludzka krew, która ma właściwości i zachowuje się jak tętnicza krew żyjącego człowieka. Po raz pierwszy do rozpuszczenia krwi doszło w 1389 r. podczas pierwszego publicznego wystawienia ampułek. Zjawisko powtarza się regularnie dwa razy w roku: około 19 września, czyli w rocznicę męczeńskiej śmierci świętego i 16 grudnia, w rocznicę wybuchu Wezuwiusza w 1631 roku.

W wigilię męczeństwa św. Januarego, przed katedrą w Neapolu gromadzą się liczne tłumy wiernych, którzy trwając na gorliwej modlitwie oczekują cudu. Rankiem 19 września, celebrans idzie do kaplicy, bierze relikwie krwi Świętego i wtedy najczęściej dokonuje się cud. Na oczach wszystkich, zakrzepła krew przyjmuje płynną konsystencję, zmienia barwę, lepkość, ciężar, objętość. To niespotykane zjawisko dokonuje się niezależnie od temperatury, w chłodzie lub cieple, gdy temperatura w katedrze waha się od 5-6° do 30-32° C. Również nie zależy to od napięcia psychicznego tłumu, ponieważ krew często rozpuszcza się nie tylko na oczach tłumów, ale także wobec kilku osób. Przechodzenie krwi ze stanu skrzepłego w stan płynny jest niezależne od ludzkich pragnień. Krew jest w stanie płynnym najczęściej przez 8 następnych dni. Czasami na powierzchni pojawiają się pęcherzyki, krew w tajemniczy sposób wchodzi jakby w stan „wrzenia”. Fizycy i hematolodzy są zgodni, że przetrwanie krwi przez przeszło 1700 lat w stanie morfologicznie niezmienionym, oraz nagłych zmian w objętości i ciężarze, przechodzenia w stan płynny i powrotu do stanu pierwotnego, przekracza możliwości naukowego wytłumaczenia. Wszystkie te zjawiska są w oczywistym konflikcie z niezmiennymi prawami fizyki. Zaś wszelkie próby laboratoryjnego odtworzenia tego fenomenu zakończyły się fiaskiem.

Włoski uczony prof. Gastone Lambertini, po wielu latach badań, doszedł do następującego wniosku: „Prawo zachowania energii, zasady, które rządzą żelowaniem i rozpuszczaniem koloidów, teorie starzenia się koloidów organicznych, eksperymenty biologiczne dotyczące krzepnięcia plazmy: wszystko to potwierdza, jak substancja, czczona od wielu wieków, rzuca wyzwanie każdemu prawu przyrody i każdemu tłumaczeniu, które nie odwołuje się do tego, co nadprzyrodzone. Krew św. Januarego to jest skrzep, który żyje i który oddycha: nie jest więc jakąś ‘alienującą’ pobożnością, lecz znakiem życia wiecznego i zmartwychwstania”.

Kim jest ten Święty do dziś zadziwiający świat? Nie wiele zachowało się dokumentów mówiących o jego życiu. Ten brak faktów uzupełniają liczne legendy o Męczenniku, które wobec ciągle dokonywającego się cudu upewniają nas, że nawet najmniej prawdopodobna legenda o świętym Januarym może zawierać prawdę. Święty January pochodził ze znakomitego rodu neapolitańskiego. Znany z żarliwej wiary i bożej mądrości January został obrany biskupem Benewentu. Dzielnie wspierał go w pracy diakon, błogosławiony Sozjusz. Legenda mówi, że podczas kazania diakona święty January ujrzał nad jego głową jasny płomyk, co odczytał jako zapowiedź świętości i męczeństwa. Niebawem ta przepowiednia stała się faktem. Cesarz Dioklecjan wzniecił srogie prześladowanie chrześcijan. Znany z gorliwości, diakon Sozjusz w pierwszej kolejności został aresztowany. Przymuszano go do złożenia ofiary pogańskim bożkom. Po zdecydowanej odmowie został poddany torturom i wtrącony do więzienia.

Święty January udał się do więzienia, aby podtrzymać na duchu i pocieszyć swego diakona i innych chrześcijan. Gdy wielkorządca Kampanii dowiedział się, że January kontaktuje się z uwięzionymi chrześcijanami, nakazał także i jego aresztować. Na początku usiłowano przymusić Świętego do złożenia ofiary bożkom pogańskim. January nie tylko odmówił złożenia ofiary, ale odważnie wyznał wiarę w Jezusa i wytknął swoim oprawcom trwanie w ciemności błędu, czym jeszcze bardziej ich rozwścieczył. Jak mówi legenda, Świętego wrzucono do ognia. Jednak ogień poparzył katów, nie wyrządzając krzywdy Męczennikowi.  Januarego osadzono następnie w srogim więzieniu. Tutaj odwiedzili go diakoni: św. Festus i św. Dezyderiusz, którzy także zostali aresztowani i skazani razem z Januarym na pożarcie przez dzikie zwierzęta w amfiteatrze. Przeciwko tak okrutnemu wyrokowi zaprotestowali: św. Prokul, diakon, i dwie osoby świeckie – św. Eutyches i św. Akucjusz. Oni również zostali uwięzieni i skazani na śmierć. Ponieważ byli obywatelami rzymskimi, nie mogli ginąć jak January i jego diakoni na arenie, ale zostali wyprowadzeni na rynek i tam ich publicznie ścięto. Legenda mówi, że Januarego wraz z innymi chrześcijanami wprowadzono na arenę i wypuszczono wygłodniale lwy, które zamiast rzucić się na wyznawców położyły się u ich stóp. Wtedy namiestnik nakazał ścięcie ich mieczem. W chwili wydawania tego rozkazu stracił wzrok. Przerażony poprosił Januarego o pomoc. Święty uczynił znak krzyża nad jego głową i uzdrowi go. Jednak namiestnik z obawy przed cesarzem nakazał katom wykonać wyrok. Święty January został ścięty mieczem. 

Relikwie św. Januarego przechodziły różne koleje. Biskup Neapolu, św. Jan I w 432 przeniósł je do katakumb neapolitańskich w pobliżu Puteoli, informuje o tym kamień zachowany po dzień dzisiejszy. W latach 413-432 znajdowały się one w grobowcu pewnego znakomitego obywatela, który to grobowiec zamieniono na kaplicę. W roku 831 książę Benewentu, Sikone, po zdobyciu Neapolu zabrał relikwie Januarego do Benewentu i umieścił je w kościele Matki Bożej Jerozolimskiej. W roku 1154 król Wilhelm I dla bezpieczeństwa przeniósł je na Monte Vergine. W roku 1480 odnaleziono je pod ołtarzem głównym i w kilka lat później przeniesiono do Neapolu, gdzie pozostają do dzisiejszego dnia. 25 lutego 1964 r. arcybiskup Neapolu, kardynał Alfons Castaldo, dokonał kanonicznego badania relikwii św. Januarego. Znaleziono napis, stwierdzający ich autentyczność.

Relikwie krwi Świętego przechowywane są w katedrze, w kaplicy zbudowanej na początku XVII w. jako dziękczynienie za uratowanie Neapolu od dżumy w 1526 roku. W pancernej kasie znajduje się relikwiarz, wewnątrz którego są zapieczętowane mastyksem dwie ampułki z krwią św. Januarego (z książki Wypłynęli na głębię).

 

 

CZY JESTEŚ PRZEWROTNYM SĘDZIĄ

Według Ewangelii osądzanie bliźniego jest wystawianiem swego zbawienia na ryzyko. Chrystus mówi: „Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni. Bo takim sądem, jakim sądzicie, i was osądzą; i taką miarą, jaką wy mierzycie, wam odmierzą”. Osądzanie to potępiające wyrażenie swojej opinii. Zazwyczaj kumpli i przyjaciół nie osądzamy lub przykładamy bardzo łagodną miarę osądu. Ale to nie wystarczy, bo bliźnim jest każdy człowiek, nawet nam nieprzychylny. Odniesienie do tych ostatnich będzie miarą naszego osądzania przez Boga. Pismo św. przestrzega nas przed stawianiem się w roli sędziego, a szczególnie przewrotnego sędziego. Św. Jakub ukazuje naszą przewrotność przez obraz uczty, na którą przychodzi człowiek, jak pisze św. Jakub „przystrojony w złote pierścienie i bogatą szatę”, to znaczy mający jakąś pozycję społeczną. Dajemy mu przyzwoite miejsce na uczcie, a „szaraczka” sadzamy na szarym końcu. Dla wielu z nas wydaje się to normalne. Jeśli tak, to do nas odnoszą się słowa św. Jakuba: „stajecie się sędziami przewrotnymi”. Zapewne w tym świętym tekście nie chodzi tylko o biesiadę. Jest ona obrazem naszej postawy życiowej wobec bliźniego. Przestrzega nas przed powierzchownym ocenianiem drugiego człowieka. Nie zewnętrzne błyskotki, świecidełka, stroje, pałace stanowią o wartości człowieka, ale jego serce i dusza. Pod zniszczonym i brudnym ubraniem, za podartymi butami, rękami zniszczonymi pracą może kryć się piękna szlachetna dusza, przed którą winniśmy pochylić czoło. 

Bardzo często oceniamy człowieka, nie znając jego duszy. I jako przewrotni sędziowie wydajemy fałszywe osądy. Nie należą do rzadkości sytuacje, kiedy negatywnie oceniamy człowieka, opierając się na oszczerstwach i plotkach. Z ocenianym człowiekiem, mając okazję nie zmieniliśmy nawet słowa. Stajemy się wtedy przewrotnymi sędziami. Gdy się pochylimy z Chrystusową miłością nad drugim człowiekiem, to wtedy nawet o zapijaczonej twarzy, w cuchnącym ubraniu, pod mostem, gdzie jest jego stół biesiadny możemy dostrzec duszę wołająca o pomoc, łaknąca duchowego piękna. Dzięki ludziom, którzy potrafią uniknąć pułapki „przewrotnych sędziów”, którzy dostrzegają istotę godności człowieka, a nie tylko zewnętrzny blichtr świat jest bardziej ludzki i chrześcijański. Dla ilustracji tego problemu posłużę się obrazem odpustowym z lat mojego dzieciństwa. Dla nas dzieci odpust parafialny kojarzył się ze straganami, kramami na których były tysiące różnych świecidełek, zabawek. Nasze przygotowanie do odpustu polegało na zdobyciu jak najwięcej pieniędzy, aby kupić pyszne lody, korkowce, joja, wiatraki, cukierkowe szczypy, broszki i tysiące innych świecidełek. A jak udało się uniknąć uczestnictwa w przydługiej sumie z niezbyt ciekawym kazaniem i zagubić się wśród kramów i rozkrzyczanej gawiedzi, to wtedy naprawdę był udany odpust. Dopiero z latami przychodziło zrozumienie, że ten „udany odpust” to była zmarnowana okazja, bo najważniejszy wymiar odpustu parafialnego miał charakter duchowy. Jest to niepowtarzalna okazja uzyskania łask nieba, które nazywamy odpustami. W życiu kościoła zdarzają się takie jarmarczne uroczystości i to nie dzieci, ale dorośli tracą z oczu najważniejszy wymiar działania Chrystusa w swoim kościele. Oceniają zaangażowanie w życiu Kościoła przez pryzmat fajerwerków, błyskotek i napuszonych mów. Chrześcijanin, który w swoim patrzeniu nie przedrze się przez ten odpustowy harmider nigdy nie ujrzy Chrystusa w swoim bliźnim i nie zrozumie istoty posłannictwa Kościoła, o którym mówi poniższe wydarzenie.

W Sudanie Południowym na oczach całego świata dokonuje się ludobójstwo.  Sudan, zamieszkały w większości przez wyznawców islamu, za wszelką cenę próbuje przejąć władzę nad terytorium Sudanu Południowego, kraju wyznawców animizmu i chrześcijan. Caroline Cox, zasiadająca w brytyjskiej Izbie Lordów zanotowała przeżycia jednej z ofiar napadu muzułmańskiej armii na chrześcijańską wioskę na południu Sudanu: „Wróg przybył wcześnie, w dniu 25 marca. Ta kobieta była zbyt stara, by uciekać. Złapali ją więc i bili – tak, że było trudno poznać, czy jeszcze żyje. Wróg powrócił i zabił jej czterech synów, i porwał jej córkę. Oddadzą córkę, jeśli znajdą się pieniądze – ale nikt nie jest w stanie ich zapłacić. Zaopiekowałam się tą starszą kobietą. Zabito około 300 ludzi. Napastnicy podzielili się na dwie grupy – jedna była konno, druga pieszo. Uciekaliśmy z dziećmi, starając się ukryć je w bujnej trawie, ale znaleźli nas i zabrali nam dzieci. Kto odmawiał pójścia, był mordowany. Ci, którzy zostali zabrani, byli przywiązani liną i ciągnięci za końmi jak krowy. Niektóre dzieci miały tylko siedem lat. Część z nich umarła z pragnienia, gdyż nie dawano im wody. Rodziny tych, których porwano, ciągle starają się zebrać pieniądze potrzebne na wykup dzieci. Jeśli jednak ich nie mają, dostają jedynie informację, że ich dzieci żyją, ale do nich nie powrócą”. Codziennie na wioski Południowego Sudanu nadlatują samoloty i bombardują bezbronną ludność, zostawiając zniszczone domy, zabitych i rannych błagających o pomoc. Ludzie umierają z głodu i chorób.

W tym piekle na ziemi jest człowiek, który z narażeniem życia niesie pomoc potrzebującym.  O nim to jeden z wyznawców islamu Hussein Nalukuri Cuppi powiedział: „On jest Chrystusem”. Tym człowiekiem jest dr Tom Catena, który swoim życiem i działaniem tak się upodobnił do Chrystusa, że innowierca widzi w nim samego Chrystusa. Jest on jedynym lekarzem w okolicy, zamieszkałej przez ponad pół miliona ludzi. Kapitan Aburass Albino Kuku powiedział o Catenie: „Ludzie z Nuba nigdy nie zapomną jego imienia i modlą się, aby nigdy nie umarł”. Dr Tom pracuje całe dnie i jeśli zachodzi taka potrzeba także i noce, przez cały czas jest pod telefonem. Od lat nie miał żadnego urlopu. Rocznie wykonuje ponad tysiąc operacji, szczególnie ludzi zranionych podczas bombardowania. Ustawiają się do niego kolejki długie na 6 kilometrów. Codziennie naraża swoje życie, niosąc pomoc potrzebującym. Przyjaciel dr. Toma Ryan Boyette powiedział: „On jest niezastąpiony. Każdy szuka go, jako osoby, która może uratować ich życie”. Doktor Tom urodził się w Amsterdamie w stanie Nowy Jork w muzułmańskiej rodzinie. Jako dziecko dr Catena postanowił zostać chrześcijaninem, katolikiem. Ku zaskoczeniu wielu postanowił wyjechać do Sudanu Południkowego jako misjonarz. Swoją decyzje tak uzasadnił: „Poczynając od urodzenia otrzymałem od Boga wiele darów. Kochająca rodzinę. Bardzo dobre wykształcenie. Stąd też czułem jako chrześcijanin i jako człowiek, że powinienem pomagać innym”. Pochyla się nad każdym potrzebującym, bo w każdym cierpiącym widzi Chrystusa, który powiedział: „Bo byłem głodny, a daliście Mi jeść…” Doktor Tom unika zewnętrznego blichtru kościoła, dzięki temu dostrzega Chrystusa w swoim bliźnim i Kościele.  Przez niego wypełniają się słowa proroka Izajasza o przyjściu Mesjasza: „Wtedy przejrzą oczy niewidomych i uszy głuchych się otworzą. Wtedy chromy jak jeleń wyskoczy i język niemych wesoło krzyknie”. A ci którzy patrzyli na Jezusa czyniącego cuda mówili pełni zdumienia: „Dobrze uczynił wszystko. Nawet głuchym słuch przywraca i niemym mowę”. Ten cud uzdrawiania dokonuje się dziś przez uczniów Chrystusa, którzy przedarli się przez odpustowy harmider i odnaleźli istotę nauki ewangelicznej (Kurier Plus 2018).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *