4 Paź

27 niedziela zwykła Rok B

 

 

ROZWIEDZENI W KOŚCIELE .                         

Faryzeusze przystąpili do Jezusa i chcąc Go wystawić na próbę, pytali Go, czy wolno mężowi oddalić żonę. Odpowiadając zapytał ich: „Co wam nakazał Mojżesz?” Oni rzekli: „Mojżesz pozwolił napisać list rozwodowy i oddalić”. Wówczas Jezus rzekł do nich: „Przez wzgląd na zatwardziałość serc waszych napisał wam to przykazanie. Lecz na początku stworzenia Bóg «stworzył ich jako mężczyznę i kobietę: dlatego opuści człowiek ojca swego i matkę i złączy się ze swoją żoną, i będą oboje jednym ciele. W domu uczniowie raz jeszcze pytali Go o to. Powiedział im: „Kto oddala żonę swoją, a bierze inną, popełnia cudzołóstwo względem niej. I jeśli żona opuści swego męża, a wyjdzie za innego, popełnia cudzołóstwo”. Przynosili Mu również dzieci, żeby ich dotknął; lecz uczniowie szorstko zabraniali im tego. A Jezus widząc to oburzył się i rzekł do nich: „Pozwólcie dzieciom przychodzić do Mnie, nie przeszkadzajcie im; do takich bowiem należy królestwo Boże. Zaprawdę powiadam wam: Kto nie przyjmie królestwa Bożego jak dziecko, ten nie wejdzie do niego”. I biorąc je w objęcia, kładł na nie ręce i błogosławił je (Mk 10,2-16). 

„Od 13 lat leży 60 letnia dziś kobieta, sparaliżowana, bezwładna i bezradna. Jej mąż 10 lat od niej starszy, pielęgnuje ją ze wzruszającym poświęceniem. Nie oddałby jej za nic do zakładu ‘pod fachową opiekę’, jak to się często pięknie mówi. ‘Była dla mnie zawsze najlepszą żoną i jeszcze dziś jesteśmy szczęśliwi. Jakżebym ją mógł opuścić teraz, kiedy mnie najbardziej potrzebuje? Jeśli nie będę już mógł dalej się nią opiekować, pójdziemy razem do domu starców’” („Wieczór życia”).

Przed wielu laty małżonkowie ci stali przed ołtarzem i powstrzymując łzy wzruszenia powtarzali: „Ślubuje ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz, że cię nie opuszczę aż do śmierci. Tak mi dopomóż, Panie Boże Wszechmogący, w Trójcy jedyny, i wszyscy święci”. W weselnym dniu wszystko miało uroczysty i niepowtarzalny charakter. Naokoło kwiaty, muzyka, śpiewy, płonące świece, eleganckie stroje i bliscy sercu ludzie, którzy mieli tyle życzliwości dla młodej pary. To wszystko przeminęło, a nieubłagany czas wymazał nawet z pamięci wiele szczegółów z dnia zaślubin. Zostało jednak najważniejsze to, co z latami nic nie straciło na wartości, a wręcz przeciwnie; wyszlachetniało i nabrało dodatkowej głębi. Została czysta i piękna miłość, która ujęta w formę przysięgi małżeńskiej jak rzeka o krystalicznej wodzie niesie orzeźwiającą moc i życie.

Bardzo często rozmawiam z narzeczonymi przed ślubem, a później uczestniczę w uroczystości zaślubin. Słowa przysięgi małżeńskiej dla nowożeńców nie są czymś narzuconym z zewnątrz. Dyktowane są one szczerym i autentycznym pragnieniem wypływającym z głębi serca. Nowożeńcy chcą być sobie wierni do końca swoich dni. Nie do pomyślenia dla nich, w tym momencie byłoby przyjęcie możliwości opuszczenia współmałżonka w trudnym momencie życia. Nauczanie Pisma świętego i Kościoła harmonijnie współgra z pragnieniami i postanowieniami nowożeńców. Bóg uświęca przez sakrament małżeństwa naturalne dążenia małżonków, nadaje im charakter nierozerwalności i staje się źródłem nadprzyrodzonej mocy w budowaniu trwałości wspólnoty małżeńskiej.

Nie wszystkie małżeństwa cieszą się radością płynąca z jedności i trwania przy sobie do końca swoich, ziemskich dni. Niektóre z nich przechodzą burze życiowe, które nadwerężają trwałość małżeńską i niszczą ją. Do rozpadu małżeństwa dochodzi, ponieważ od początku jego zaistnienia były tzw. kanoniczne przeszkody małżeńskie, które uczyniły małżeństwo nieważnym od samego początku i uniemożliwiały przetrwanie. W takiej sytuacji sąd kościelny po przeprowadzeniu procesu sądowego i stwierdzeniu zaistnienia tej przeszkody ogłasza nieważność małżeństwa a małżonkowie mogą zawrzeć związek małżeński w kościele po raz drugi. Bywa również i tak, że małżeństwo ważnie zawarte z powodu różnych przyczyn rozpada się, małżonkowie decydują się na rozwód cywilny i zawarcie nowego związku, ale już bez możliwości ślubu kościelnego. Ten problem dotyka wielu katolickich małżeństw, stąd też rodzi się pytanie; jakie jest miejsce tych ludzi w Kościele?

W odpowiedzi sięgnę do nauki Kościoła zawartej w Adhortacji Apostolskiej Jana Pawła II „Familiaris consortio”. Rozwody i zawieranie nowych małżeństw są złem dotykającym wspólnotę Kościoła. Nie stawia to jednak, poza Kościołem wiernych, którzy doświadczyli tragedii rozpadu wspólnoty małżeńskiej i zdecydowali się na rozwód oraz zawarcie drugiego małżeństwa. Kościół jest ustanowiony dla zbawienia wszystkich ludzi, a szczególnie ochrzczonych, czyni on wszystko, aby małżonkowie z drugich związków byli gotowi do przyjęcia łaski zbawienia.

Ci, którzy żyją bez ślubu kościelnego nie mogą być oceniani wg, jednej miary. Podciąganie wszystkich pod jeden wspólny mianownik jest krzywdzące i nie pozwala właściwe spełniać posługi duszpasterskiej wobec tej grupy wiernych. Są małżonkowie, którzy wszystko zrobili, aby uratować swoje pierwsze małżeństwo, ale byli odrzuceni przez tych, którzy zaciągając winę, świadomie dążyli do zburzenia wspólnoty małżeńskiej. Jest jeszcze jedna grupa tych, którzy zdecydowali się na drugie małżeństwo ze względu na dzieci, mając pewność w sumieniu, że nie da się uratować pierwszego małżeństwa.

Papież wzywa proboszczów jak i też wspólnotę wierzących, aby upewniali żyjących w drugich związkach małżeńskich, że przez chrzest stali się członkami Kościoła i do niego należą. Powinni oni żyć pełnią życia Kościoła, mimo, że z racji teologicznych i wspólnotowych nie mogą przystępować do Komunii św. Wiarę katolicką powinni przekazywać swym dzieciom. Kościół modli się za nich, okazując im miłosierdzie jak matka, umacniając ich w wierze i nadziei. Kościół głęboko wierzy, że żyjący w drugich związkach małżeńskich są w stanie otrzymać łaskę przemiany i zbawienia, jeśli ożywieni duchem zadośćuczynienia trwać będą na modlitwie i pełnić dzieła miłosierdzia /Ku wolności/.

 

 

MAŁŻEŃSTWO

Pan Bóg rzekł: „Nie jest dobrze, żeby mężczyzna był sam; uczynię mu zatem odpowiednią dla niego pomoc”. Ulepiwszy z gleby wszelkie zwierzęta ziemne i wszelkie ptactwo powietrzne, Pan Bóg przyprowadził je do mężczyzny, aby się przekonać, jaką da im nazwę. Każde jednak zwierzę, które określił mężczyzna, otrzymało nazwę „istota żywa”. I tak mężczyzna dał nazwy wszelkiemu bydłu, ptakom powietrznym i wszelkiemu zwierzęciu polnemu, ale dla człowieka nie znalazł odpowiedniej mu pomocy. Wtedy to Pan sprawił, że mężczyzna pogrążył się w głębokim śnie, i gdy spał, wyjął jedno z jego żeber, a miejsce to zapełnił ciałem. Po czym Pan Bóg z żebra, które wyjął z mężczyzny, zbudował niewiastę. A gdy ją przyprowadził do mężczyzny, mężczyzna powiedział: „Ta dopiero jest kością z moich kości i ciałem z mego ciała. Ta będzie się zwała niewiastą, bo ta z mężczyzny została wzięta”. Dlatego to mężczyzna opuszcza ojca swego i matkę swoją i łączy się ze swą żoną tak ściśle, że stają się jednym ciałem (Rdz 2,18-24).

Jeden z uniwersytetów w Stanach Zjednoczonych przeprowadził badania socjologiczne wśród ludzi w podeszłym wieku. W ankiecie było między innymi pytanie, kto najbardziej okazuje im teraz swoje przywiązanie. Ponad połowa ankietowanych odpowiedziała, że jest to pies, kot lub inne stworzenie. Jest to bardzo smutna i szokująca prawda o ludzkiej społeczności, ponieważ tylko przez związek i bliskość z drugim człowiekiem najpełniej można zrealizować swoją osobowość. Ta prawda zawarta jest na pierwszych kartach Biblii. Po stworzeniu Adama, Bóg powiedział: „Nie jest dobrze, aby mężczyzna był sam: uczynię mu, zatem odpowiednią dla niego pomoc”. I jak mówi Święta Księga, Bóg stworzył różne zwierzęta, którym pierwszy człowiek Adam nadawał nazwy, szukając także odpowiedniego partnera życia. Jednak nie znalazł go, dlatego Bóg stworzył kobietę, którą przyprowadził do Adama i powiedział: „Ta dopiero jest kością z moich kości i ciałem z mego ciała. Ta będzie się zwała niewiastą, bo ta z mężczyzny wzięta”. Ten fragment można odnieść do wszelkich relacji międzyludzkich, chociaż jego zasadnicze przesłanie odnosi do jedynego i niepowtarzalnego związku, jakim jest związek małżeński. Głębię tego związku oddają słowa Księgi Rodzaju: „Dlatego to mężczyzna opuszcza ojca swego i matkę swoją i łączy się ze swą żoną tak ściśle, że stają się jednym ciałem”. Ten fragment Biblii cytuje Jezus, aby podkreślić nierozerwalność związku małżeńskiego.

Faryzeusze dobrze znali nauczanie Biblii dotyczące małżeństwa, jednak przychodzą do Chrystusa z pytaniem, czy wolno mężowi oddalić żonę. Znali oni także prawo, które powołując się na Mojżesza pozwalało dać żonie list rozwodowy i oddalić ją z domu. Możliwe, że zadając to podchwytliwe pytanie faryzeusze chcieli zaszkodzić Chrystusowi, a może rzeczywiście szukali u Niego nauki na ten temat. Chrystus mówi, że Mojżesz dał prawo o liście rozwodowym ze względu na zatwardziałość ich serc. Na początku było inaczej. Cytuje Księgę Rodzaju o małżeństwie, i dodaje: „A tak już nie są dwoje, lecz jedno ciało. Co więc Bóg złączył, tego człowiek niech nie rozdziela”. Nauka o nierozerwalności małżeństwa wydawała się trudną nie tylko dla ludzi Starego Testamentu, ale także dla Apostołów. Jeden z nich powiedział, że jeśli rzeczy tak się mają, to czy warto się żenić. Odpowiedzią na te wszystkie wątpliwości jest zdecydowana nauka Chrystusa o nierozerwalności małżeństwa. Nierozerwalność jest wezwaniem do pięknej, chociaż czasami trudnej miłości, która bierze odpowiedzialność za drugiego człowieka aż do końca życia.

Narzeczeni, którzy przychodzą do mnie z prośbą, abym asystował przy ich ślubie małżeńskim w stu procentach są za nierozerwalnością małżeństwa. Żadnej ze stron nie przychodzi do głowy, aby w przyszłości opuścić swego partnera. Całą żarliwością młodych serc potwierdzają wolę bycia ze sobą do końca swego życia. I tym szczerym pragnieniom, sakrament małżeństwa nadaje moc nierozerwalności. Stąd też w kościele katolickim nie ma rozwodów. Małżeństwa ważnie zawartego nikt nie może rozwiązać. Czasami małżeństwo może być zawarte nieważnie, bo zaistniały przeszkody małżeńskie, i wtedy można uzyskać tzw. dekret nieważności małżeństwa, który stwierdza, że małżeństwo od początku było nieważne. Tych przeszkód jest wiele. Np. może być nim skrywany alkoholizm, psychiczna niezdolność do małżeństwa, przymus, wyrachowanie materialne itd. Te przeszkody, nie zauważone przed zawarciem małżeństwa mogą dać znać o sobie po kilku latach trwania związku. Po udowodnieniu przed sądem kościelnym istnienia tych przeszkód można otrzymać dekret nieważności małżeństwa. Jak widzimy, małżeństwo zobowiązane do nierozerwalności musi być oparte nie tylko na miłości, ale także na uczciwych zasadach, wykluczających wprowadzenie w błąd, czy nieświadomość.

Gdy zbudujemy małżeństwo na takim fundamencie, to jego przetrwanie zależy tylko od nas i naszego otwarcia się na łaskę bożą, która związana jest z sakramentem małżeństwa. W miłości naznaczonej sakramentem małżeństwa nie ma odwrotu. Jedyna alternatywa, to wzrost w tej miłości. Przyjmując zaś inną alternatywę prowokujemy los naszego związku. Ilustracją tego może być scena opowiedziana przez amerykańskiego rabina Harolda Kushnera. Tuż przed ślubem, młoda para zwróciła się do niego: „Czy mógłby pan zmienić trochę naszą ceremonię ślubną? Zamiast ślubu dozgonnego trwania w związku małżeńskim, ślubowalibyśmy trwanie naszego związku dopóki istnieje miłość między nami. Oboje zgadzamy się na to. Wiemy, że przyjdzie czas, kiedy przestaniemy się kochać i wtedy wszystko będzie moralnie w porządku, gdy się rozejdziemy”. Rabin odpowiedział: „Nie zgadzam się na takie zmiany i pozwólcie, że coś wam powiem. Gdy przyjmujecie alternatywę: <Rozstaniemy się, gdy nam to nie wyjdzie>, to bądźcie pewni, że to wam nie wyjdzie. Z pełnym szacunkiem dla was, chcę zwrócić waszą uwagę na to, że małżeństwo nie jest umową bycia razem na czas, gdy wszystko układa się pięknie i dobrze. Jest to umowa pełnej akceptacji trudnych momentów życia, którym towarzyszy frustracja i niezadowolenie. To jest nieodłączną częścią życia dwóch niedoskonałych istot ludzkich. Nie jest łatwo w małżeństwie oddać całego siebie drugiej osobie, ale jeśli oddasz tylko część siebie, wasz związek nie ma szans przetrwania”.

Na różnych drogach małżonkowie realizują ideę całkowitego oddania się w małżeństwie. Jedną z nich jest historia opowiedziana przez Steve Gordona w „Connections” z 5 października 2003 r.. Była to miłość od pierwszego wejrzenia. Wpadłem zdyszany do domu, prawie krzycząc, powiedziałem: „Tata zakochałem się”. „Skąd wiesz”- pyta ojciec. „Gdy całowałem dziewczynę na dobranoc, ugryzł mnie jej pies, ale zauważyłem to dopiero po powrocie do domu”- odpowiedziałem. Ona była także pewna swojej miłości. Sześć tygodni później, zauważyłem szczególną cechę jej miłości. „Kocham cię zbyt mocno, aby cię zatrzymywać’- powiedziała- „Chciałabym abyś był szczęśliwy i jeśli związek małżeński stałoby na przeszkodzie twojemu szczęściu, nie musisz się ze mną żenić, będzie to w porządku”. Innym razem powiedziała: „Tak bardzo cię kocham, że pozwoliłabym ci odejść. Nie czuj się związany przeze mnie”.

To wszystko brzmiało dziwnie. Moja miłość do niej była trochę inna. „Kocham cię bardzo i chcę abyś była moją. Kocham cię bardzo i nie zamierzam pozwolić ci na odejście”. Moja miłość była zaborcza, zaś jej miłość była tego pozbawiona. Moja miłość martwiła się, co się stanie ze mną, gdy utracę obiekt mojego pożądania. Jej zaś miłość martwiła się o to, co się ze mną stanie, gdy mnie zwiąże zbyt mocno.

Pewnego dnia wróciła od lekarza zdruzgotana. „Lekarz powiedział mi, że nie będę mogła mieć dzieci”. Po czym ze łzami w oczach dodała: „Wiem, że ty chcesz mieć dzieci. Zrozumiem cię nawet, gdy nie zechcesz się ożenić ze mną z tego powodu. Kocham cię zbyt bardzo, aby cię zatrzymywać”. Ponownie doświadczyłem jej miłości, której do końca nie rozumiałem. Ta miłość była gotowa na wszelkie poświecenie dla kochanej osoby. Nie krępowała, dawała poczucie całkowitej wolności.

Wszystko to miało miejsce ponad trzydzieści lat temu. Przez ten czas pełniej zrozumiałem miłość, która nie zniewala, gotowa na każde poświęcenie, pozwala nawet na odejście w imię dobra kochanej osoby. Jest to takie proste, a trudne zarazem. Poznałem także coś innego. Jeśli chodzi o dzieci, to lekarz pomylił się trzy razy (z książki Nie ma innej Ziemi Obiecanej).

 

 

POWRÓT DO POCZĄTKU

Widzimy Jezusa, który mało od aniołów był pomniejszony, chwałą i czcią ukoronowanego za cierpienia śmierci, iż z łaski Bożej za wszystkich zaznał śmierci. Przystało bowiem Temu, dla którego wszystko i przez którego wszystko, który wielu synów do chwały doprowadza, aby przewodnika ich zbawienia udoskonalił przez cierpienie. Tak bowiem Chrystus, który uświęca, jak ludzie, którzy mają być uświęceni, z jednego są wszyscy. Z tej to przyczyny nie wstydzi się nazwać ich braćmi swymi (Hbr 2,9-11).

Nie tak dawno, w jednym z tygodników polonijnych zauważyłem artykuł pod mylącym tytułem „Rozwód kościelny”. Czegoś takiego w Kościele katolickim niema. Generalnie biorąc, małżeństwo ważnie zawarte w Kościele katolickim nigdy nie może być rozwiązane. Nierozerwalność małżeństwa dyktuje prawo boże, przy którym człowiek nie może manipulować. W liturgii sakramentu małżeństwa tę prawdę wyrażają ewangeliczne słowa: „Co Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela”. A zatem mówienie o rozwodach kościelnych jest dużym nieporozumieniem. W Kościele katolickim można uzyskać tak zwane stwierdzenie nieważności małżeństwa. Nie jest to jednak rozwód, czy nawet unieważnienie małżeństwa, tylko stwierdzenie, że małżeństwo z jakiegoś powodu od samego początku było nieważne. Narzeczeni winni spełniać pewne warunki. Jeśli ich nie spełniają i zaistnieją między nimi przeszkody małżeńskie, wtedy małżonkowie mogą uzyskać dekret stwierdzający nieważność małżeństwa. Gdy małżeństwo się rozpadnie i istnieje podejrzenie zaistnienia przeszkód małżeńskich, wtedy zainteresowani mogą się zgłosić do księdza w swojej parafii, gdzie otrzymają wstępne informacje i zostaną skierowani do Sądu Biskupiego, który rozstrzyga, czy małżeństwo jest ważnie zawarte czy też nie. Przeszkód małżeńskich jest bardzo wiele i nie tu jest miejsce na ich omawianie. Wspomnę tylko, że małżeństwo może być nieważne, gdy narzeczeni nie akceptują w pełni zgody małżeńskiej wyrażanej przy ołtarzu w ślubowaniu miłości, wierności i uczciwości małżeńskiej.

Najczęściej jednak małżeństwa rozpadają się nie z powodu zaistnienia przeszkód, ale chorobliwych relacji małżeńskich, które istniały od początku lub zaistniały później. Zdrowe relacje małżeńskie muszą opierać się na równości, partnerstwie, wolności, tolerancji, zaufaniu i wzajemnym poszanowaniu. Muszą rodzić się z prawdziwej miłości i tą miłością się karmić.  Mówi o tym Księga Rodzaju zacytowana na wstępie. A trzeba wiedzieć, że te słowa były zapisane ponad 3 tysiące lat temu. A w tamtych czasach, w cywilizacji Blisko Wschodniej pozycja kobiety była nie do pozazdroszczenia. W Babilonii i Asyrii kobieta była niewolnicą męża, który mógł ją sprzedać, wypożyczyć, okaleczyć lub zabić. Taki stosunek do kobiet był nie bez wpływu na życie społeczne Izraelitów. Mając to na uwadze możemy powiedzieć, że biblijne spojrzenie na relacje małżeńskie było na tamte czasy rewolucyjne. Wróćmy, zatem do opisu z Księgi Rodzaju. Bóg stworzył kobietę z żebra Adama, a gdy Adam ją ujrzał, powiedział: „Ta dopiero jest kością z moich kości i ciałem z mego ciała”. W tym obrazowym opisie zawarta jest bardzo istotna prawda. Żebro jest kością, a według semickiego rozumienia kość była synonimem istoty człowieka. A zatem autor biblijny mówi, że mężczyzna i kobieta mają tę samą naturę i są sobie równi. W tej samej Księdze czytamy inne ważne słowa: „Dlatego to mężczyzna opuszcza ojca swego i matkę swoją i łączy się ze swą żoną tak ściśle, że stają się jednym ciałem”. Te słowa przytacza Chrystus w dzisiejszej Ewangelii. Mówią one o równości mężczyzny i kobiety. Nie ma tu mowy o niższej roli kobiety i o uległości mężczyźnie w związku małżeńskim. Oboje pochodzą od Boga. We wspólnym życiu są równoprawnymi partnerami.

Naruszenie tej biblijnej zasady bywa bardzo często powodem rozpadu wspólnoty małżeństwa. Z racji swojej posługi duszpasterskiej bardzo często rozmawiam z małżonkami, którzy doświadczają różnych problemów. Muszę powiedzieć, że o wiele częściej przechodzą na rozmowę zapłakane żony, niż mężowie. Ta dysproporcja jest odzwierciedleniem danych statystycznych. W ostatnim czasie wielu z nas było zaskoczonych wyznaniem znanej aktorki Katarzyny Figury. Wyglądało, że jest spełnioną aktorką, ale także żoną i matką. A tu w telewizji mogliśmy oglądać jak ze łzami w oczach mówiła, że mąż od lat znęcał się nad nią i to nie tylko psychicznie. W wywiadzie dla „Vivy” powiedziała: „To była szarpanina, plucie w twarz, bicie w głowę, w twarz, kopanie. Wiesz, jak bardzo boli, jak cię ktoś kopnie w kość piszczelową?”. Okazuje się, że co roku 800 tys. kobiet w Polsce doświadcza przemocy, a 150 ginie z rąk partnerów”.

Patologiczne relacje małżeńskie mają nieraz mniej drastyczne formy, ale nie mniej zabójcze dla trwałości związku. Spotkać można „idealne” małżeństwa, które po kilkudziesięciu latach rozpadają się, nawet w przypadku, gdy nie wchodzi w grę osoba trzecia. Rozmawiałem kiedyś z kobietą, która w wieku 62 lat postanowiła odejść od męża. Wszyscy byli zaskoczeni, takie idealne małżeństwo. Miała już dosyć swego męża – pana. On pracował, zarabiał na utrzymanie rodziny, ona siedziała w domu i wychowywała dzieci. Dla męża to nie była praca, tylko siedzenie w domu. Tak ją zdominował, że nie miała nic do powiedzenia. Dla dobra rodziny, dla dzieci, dla świętego spokoju tłumiła w sobie bunt i siedziała cicho, wpatrując się w swego męża i pana. Tak ją usidlił, że nie tylko drżała na myśl, że mąż może ją skarcić słowami, ale wpatrywała się w jego twarz, aby wyczytać z jego grymasu, co mu się nie podoba, co zrobić, aby się uśmiechnął. Towarzyszyła temu patologiczna nieufność. Musiała się tłumaczyć z każdej godziny spędzonej poza domem. On nie musiał tego robić. Taka patologiczna relacja małżeńska wcześniej czy później przynosi negatywne owoce. W tym wypadku trzeba było czekać kilkadziesiąt lat. 

W Ewangelii na dzisiejszą niedzielę słyszymy bardzo zdecydowane słowa Jezusa: „Kto oddala żonę swoją, a bierze inną, popełnia cudzołóstwo względem niej. I jeśli żona opuści swego męża, a wyjdzie za innego, popełnia cudzołóstwo”. Były to trudne słowa nawet dla samych apostołów, dlatego mówili: „Jeśli tak ma się sprawa człowieka z żoną, to nie warto się żenić”. Znakomita większość małżonków może powiedzieć: warto. Aby z pełnym przekonaniem powiedzieć „warto” nie wystarczy ważnie zawrzeć małżeństwo. Konieczne jest kształtowanie relacji rodzinnych według bożego zamysłu i zaproszenie Boga przez sakrament do wspólnoty małżeńskiej. Bo tam gdzie jest Bóg, tam jest prawdziwa miłość, bo Bóg jest miłością. I tylko według takiej miłości możemy stworzyć poprawne relacje małżeńskie i uchronić się przed tragedią, jaką jest rozpad małżeństwa.

Narzeczeni bardzo często na swoją uroczystość zaślubin, w ramach czytań mszalnych wybierają hymn o miłości z Listu św. Pawła do Koryntian. Warto na zakończenie przytoczyć niektóre cechy miłości, która ma stanowić fundament jedności małżeńskiej: „Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego; nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz wpółweseli się z prawdą. Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma”. Powrót do takiej miłości jest powrotem do kształtu małżeństwa, jakim Bóg uczynił go od samego początku (z książki Bóg na drogach naszej codzienności).

 

 

TRZYMAĆ SIĘ ZA RĘCE

Rozwiedziona Lynn Peters wraz z jubilerem założyła w Albuquerque w Nowym Meksyku firmę o nazwie „Obrączka wolności: Biżuteria dla rozwiedzionych”. Rozwiedziony klient przynosi do firmy obrączkę ślubną, gdzie w czasie specjalnej ceremonii z muzyką i szampanem jest ona niszczona. Tuż przed jej zniszczeniem mistrz ceremonii mówi: „Teraz uwolnimy cię od wszelkich powiązań z poprzednim życiem małżeńskim i przekujemy twoją obrączkę ślubną, która jest znakiem przeszłości w rzecz symbolizującą rozpoczęcie nowego życia. Weź teraz do ręki młot. Zatrzymaj się na chwilę i pomyśl, o przemianie, która stanie się dla ciebie początkiem nowego życia. Czy jesteś gotów na to? Jedno uderzenie młota przekuje obrączkę ślubną w obrączkę wolności”. Po tych słowach klient uderza czterofuntowym młotem, zamieniając symbol miłości i wierności małżeńskiej w bezkształtny kawałek metalu. I na tym ceremonia się kończy. Jeśli klient życzy sobie tego, to z materiału zniszczonej obrączki może być wykonana biżuteria, czy jakąś inna rzecz (Brian Peterson, New Man).

Czy można jednym uderzeniem młota zniszczyć wszystko, co kryje się za symbolem obrączki ślubnej? Czy można jednym uderzeniem młota przekuć ją w radosną wolność? Czy jednym uderzeniem młota uwolnimy się od odpowiedzialności za zmarnowaną miłość? Dla mnie są to pytania retoryczne. Odpowiedź jest oczywista: „nie’. Nie dla wszystkich jest to oczywista sprawa. Bo jeśli wyżej wspomniana firma ma klientów, to znaczy, że są ludzie, którzy myślą, że można przez ceremonię zniszczenia obrączki uwolnić się od odpowiedzialności za zmarnowaną miłość i nieraz zmarnowane życie drugiego człowieka. Nie brakuje także ludzi, którzy nie są klientami tej firmy, ale myślą podobnie. Sądzę, że uderzenie młota nie przekuwa obrączki małżeńskiej w obrączkę wolności. Pozostawia jedynie bezkształtny i bezużyteczny kawałek metalu, który jest symbolem zmarnowanego, boleśnie zranionego życia. Tej bezkształtnej masy nie da się przekuć w jakąś inną, bardziej wartościową biżuterię. Z pewnością tak jest, szczególnie dla tych, którzy są świadomi, że małżeństwo, to nie tylko sprawa ludzka, ale przede wszystkim boża. A zatem w szukaniu odpowiedzi na powyższe pytania idźmy bożym szlakiem, na który naprowadzają nas czytania z dzisiejszej niedzieli. Pierwsze czytanie mówi o stworzeniu świata i człowieka: „A gdy ją przyprowadził do mężczyzny, mężczyzna powiedział: ‘Ta dopiero jest kością z moich kości i ciałem z mego ciała. Ta będzie się zwała niewiastą, bo ta z mężczyzny została wzięta’. Dlatego to mężczyzna opuszcza ojca swego i matkę swoją i łączy się ze swą żoną tak ściśle, że stają się jednym ciałem”.

Tej rzeczywistości stworzenia doświadczam, gdy przygotowuję narzeczonych do ślubu, a później przy nim asystuję. W czasie spisywania protokółu przedślubnego jest przewidziane pytanie:  „Jakim małżeństwem chcielibyście być po 25, 50 latach wspólnego życia?”. Padają różne odpowiedzi. Zapamiętałem jedną z nich. Narzeczeni, jakby umówieni odpowiedzieli razem: „Chcielibyśmy trzymać się za ręce”. Tę piękną i wzruszającą odpowiedz skojarzyłem z urokliwymi jesiennym alejami parku, na których można spotkać starsze pary małżeńskie. Idą powoli, jakby dźwigali na swoich barkach radość i smutek całego wspólnego życia. Niejednokrotnie pochyleni, podpierają się laskami. Można zapytać, co w tym pięknego; Dwoje starszych ludzi zniszczonych życiem, z trudem poruszających się parkowymi alejkami. Gdy uważnie przyjrzymy się im, to możemy dostrzec w nich więcej piękna niż w zachłyśniętych własną młodością i urodą oraz uczuciem miłości bardzo młodych par. Znakiem tego piękna i samym pięknem są splecione ręce. Z pewnością to chroni starsze pary przed niespodziewanym potknięciem, ale przede wszystkim jest to znak pięknej miłości, która kiedyś na pewno zachwycała się urokiem młodego ciała, a później w swojej mądrości odkrywała przed małżonkami nieskończone piękno duszy ludzkiej. Dzięki temu w niezgłębionych przestrzeniach duchowej sfery życia ludzkiego odnaleźli oni nieśmiertelną miłość. Ich dusza piękniała w czasie, gdy ciało traciło dawny, fizyczny urok. I dzięki temu ta miłość prowadzi ich ciągle jedną z najpiękniejszych dróg, jaką jest droga miłości małżeńskiej.   

Pismo św. mówi, że mężczyzna opuszcza ojca i matkę, aby stać jednym ciałem ze swoją żoną. Opuszczenie nie oznacza przekreślenia dotychczasowej więzi z rodzicami. Nie chodzi o zupełne zerwanie jej i tym samym umniejszenia jej znaczenia, ale o podkreślenie wyższości więzi męża z żoną nad więzią dziecka z rodzicem. Więź, jedność małżeńska sprawia, że małżonkowie coraz częściej słowo „moje” zastępują słowem „nasze”. Są jednym ciałem. W znaczeniu biblijnym pojęcie „ciało” oznacza całego człowieka, całą jego osobowość, istotę, a nie tylko zewnętrzny wymiar, jakim jest cielesność. Jest to jedność ciała, duszy i serca. Małżeństwo, które buduje jedność w oparciu o piękno ciała bez głębszego zaangażowania duszy jest małżeństwem na jeden lub dwa sezony. Terminy hebrajskie i greckie użyte w Biblii na określenie jedności oznaczają bardzo ścisłe przyleganie do siebie. A zatem im bardziej małżonkowie do siebie przylegają tym mocniejsza jest jedność małżeństwa i jego trwałość. Dlatego dobrze, gdy małżonkowie mogą dzielić ze sobą jak najwięcej wspólnych wartości, w tym także religijnych.  Oczywiście najważniejszym spoiwem tej jedności jest miłość. Święty Paweł w Liście do Kolosan piesze: „Na to zaś wszystko przyobleczcie miłość, która jest więzią doskonałości”.

Nowożeńcy zanurzeni w bożej miłości, wpatrzeni w siebie powtarzają przy ołtarzu słowa przysięgi małżeńskiej: „Ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz, że cię nie opuszczę aż do śmierci”. Często patrzę na nowożeńców, którzy ze wzruszeniem powtarzają te słowa. Z miłością patrzą sobie w oczy, w których można zobaczyć łzy szczęścia. Mocno trzymają się za ręce. Wszystko co w tym momencie czynią i mówią jest autentyczne i szczere, wypływa z głębi serca. Słów przysięgi nikt im nie narzuca, gdyby ich nie było to prawdopodobnie sami by je wymyślili.  To wszystko w stu procentach przylega do tego co Bóg na samym początku powiedział o małżeństwie.  W akcie zaślubin małżonkowie włączają samego Boga do swojej wspólnoty. Wierząc głęboko, że boże wymagania niczego im nie narzucają, ale chcą chronić miłość małżeńską i umacniać ją mocą z wysoka.  Mimo tak pięknego początku nie wszystkie małżeństwa po 25 latach wspólnego życia „trzymają się za ręce”. Z pewnością powodem takiej sytuacji nie jest brak szczerości i uczciwości w momencie zaślubin. Małżeństwo najczęściej rozpada się, bo od samych początków nie było prawdziwej miłości, tylko chwilowe zauroczenie sobą lub też zabrakło troski, dbania o prawdziwą miłość i utraciliśmy ją.

Aby uchronić nowożeńców przed pochopną decyzją ślubu małżeńskiego kościół wyznacza określony czas wzajemnej znajomości narzeczonych. W wielu przypadkach okazuje się, że nawet ten wymagany okres jest za krótki, aby rozpoznać prawdziwą miłość, która leży u fundamentów szczęścia i trwałości rodziny. Jeśli nie było prawdziwej miłości w chwili zawarcia małżeństwa i inne motywy zadecydowały o ślubie lub też zaistniały inne tzw. przeszkody małżeńskie, wtedy małżeństwo od samego początku jest nie ważne. W takiej sytuacji sąd biskupi po przeprowadzeniu procesu może wydać dekret stwierdzający nieważność małżeństwa.  Inaczej sprawa wygląda, gdy rozpada się małżeństwo ważnie zawarte. W takiej sytuacji odpowiedzialność za rozpad spada na jednego lub obojga małżonków. Utracili miłość, bo nie dbali o nią. Za to, że zabili miłość, doprowadzili do rozpadu małżeństwa będą musieli zmierzyć się, gdy przyjdzie ich czas z nakazem Chrystusa: „Co więc Bóg złączył, tego człowiek niech nie rozdziela”.

W trosce o miłość małżeńską nie trzeba się odwoływać do wielkich rzeczy. Najczęściej wyrażamy ją przez zwykle codzienne sprawy. Ot chociażby jak w tej poniższej historii.  Mężczyznę obchodzącego 50- lecie małżeństwa zapytano, jaki jest sekret trwałości małżeństwa? Jubilat odpowiedział: „W dniu mojego ślubu, ojciec mojej żony, Joanny podarował mi zegarek. Na blacie zegarka był wygrawerowany napis: ‘Powiedz coś miłego Joannie’”.  Ilekroć spojrzysz na zegarek powiedz coś miłego współmałżonkowi (z książki W poszukiwaniu mądrości życia).

 

 

BŁOGOSŁAWIONY MARIA I ALOJZY BELTRAME

Wielu ma za złe Kościołowi katolickiemu, że nie daje „listów rozwodowych”. Takie listy można otrzymać w urzędach stanu cywilnego, a nawet w niektórych kościołach. Dlaczego Kościół katolicki jest taki uparty? Na to pytanie nie muszę odpowiadać, zacytowany na wstępie fragment Ewangelii jest wystarczająco klarowny i mówi sam za siebie. Z woli Bożej mężczyzna i kobieta stają się jednością małżeńską, której żaden człowiek nie może rozerwać. Na tej drodze jedności małżonkowie realizują swoje powołanie i uświęcają się. Sakrament małżeństwa daje im moc życia w jedności, o której Tertulian pisze: „Jakże piękną parę tworzy dwoje wierzących, którzy mają udział w tej samej nadziei, tym samym ideale, tym samym sposobie życia, tej samej służbie! Razem się modlą, razem klękają, razem poszczą. Wzajemnie się pouczają i wspierają. Razem stają w świętym zgromadzeniu, razem zasiadają do uczty Pańskiej, razem znoszą próby i prześladowania. Odmawiają na dwa głosy psalmy i hymny, prześcigają się, kto lepiej śpiewa na cześć Boga”. Te słowa można odnieść do życia Marii i Alojzego Beltrame Quattrocchi, którzy 21 października 2001, jako pierwsza para w historii Kościoła zostali wyniesieni do chwały ołtarzy. Jan Paweł II w czasie beatyfikacji powiedział: „Poprzez ten uroczysty akt kościelny chcemy ukazać przykład pozytywnej odpowiedzi na pytanie Chrystusa. Odpowiedzi danej przez dwoje małżonków, którzy żyli w Rzymie w pierwszej połowie dwudziestego wieku, wieku w którym wiara w Chrystusa wystawiona była na ciężką próbę. Nawet w tych trudnych latach małżonkowie Alojzy i Maria utrzymali zapalone światło wiary – światło Chrystusa. Przekazali je swym czworgu dzieciom, z których troje jest dziś obecnych w bazylice”.

Alojzy Beltrame Quattrocchi urodził się 12 stycznia 1880 r. w Katanii na Sycylii w rodzinie urzędnika prefektury. W dzieciństwie rodzina przeniosła się do Rzymu, gdzie Alojzy ukończył prawo i rozpoczął praktykę adwokacką. Młody, zdolny adwokat był wierny zasadom moralnym wyniesionym  z domu, chociaż nie przykładał większej wagi do praktyk religijnych. To ostatnie zmieniło się gdy poślubił cztery lata młodszą Marię Corsini pod wpływem, której zbliżył się do Kościoła. Maria Corsini przyszła na świat we Florencji 24 czerwca 1884. Należała do jednego z najstarszych rodów florenckich Corsini, z którego wywodził się papież Klemens XII. Rodzice zadbali o wszechstronne wykształcenie humanistyczne córki , które połączone z głęboką formacją duchową będzie owocować w późniejszym jej życiu. Maria nie mając jeszcze osiemnastu lat zadebiutowała dwoma utworami literackimi. Po przeprowadzce rodziny Corsinich do Rzymu Maria poznała tutaj przyszłego męża. Sakrament małżeństwa zawarli w Bazylice Santa Maria Maggiore w Rzymie w 1905 roku. I tak się zaczęła dla nich wspólna droga świętości, o której ich syn Cesare powie: „Pomiędzy ojcem i matką istniało coś w rodzaju wyścigu do wzrastania w świętości. Matka startowała z lepszej pozycji ponieważ już wtedy była człowiekiem wielkiej wiary, z kolei ojciec na pewno był dobrym człowiekiem, sprawiedliwym i uczciwym, ale niepraktykującym. W czasie ich życia w małżeństwie, z decydującą pomocą ojca duchowego, mój ojciec także rozpoczął bieg i dzięki temu oboje osiągnęli wysoki poziom duchowości”.

Po ślubie małżonkowie Beltrame Quattrocchi  zamieszkali z rodzicami w Rzymie. Do dzisiaj w wielkim salonie nad kominkiem wisi obraz Najświętszego Serca Pana Jezusa, który uroczyście intronizowano w domu. Przed tym obrazem cała rodzina zasiadała do posiłku przy ogromnym stole, a wieczorem zbierała się na modlitwę. Alojzy i Maria tworzyli tradycyjną, zamożną, mieszczańską rodzinę. Życie młodych małżonków kształtowała głęboka wiara i wzajemna miłość, o której ich syn powiedział: „Kiedy mój ojciec wyjechał w podróż na Sycylię, ledwie przybył do Neapolu, a już wysłał wiadomość, w której pisał, jak bardzo tęskni za matką. Ta miłość została im przekazana podczas ich pierwszych lat wspólnego życia. Mieszkali wtedy razem z rodzicami obojga, a dom był zawsze otwarty na przyjaciół i pomocny dla potrzebujących”. Małżonkowie żyli w ciężkich czasach doświadczonych przez dwie wojny światowe oraz dyktaturę faszystowską Mussoliniego. Maria zajmowała się domem, rodzicami, wykładała na uniwersytecie, znalazła też czas na pisanie do włoskiej prasy o rodzinie i duchowości. W czasie wojny w Abisynii, a potem podczas II wojny światowej pracowała jako pielęgniarka Czerwonego Krzyża. Ukończyła kursy chirurgiczne i medycyny tropikalnej. Zrobiła papiery zawodowego kierowcy, by prowadzić ambulanse. Była animatorką Włoskiej Akcji Katolickiej i ruchu Odrodzenie Chrześcijaństwa.

Jako szczególną misję małżonkowie potraktowali wychowanie czwórki swoich dzieci. Przy czwartej ciąży zaszły niespodziewane komplikacje. Lekarz zalecał usunięcie ciąży, aby uratować przynajmniej Marię. Po namyśle małżonkowie stanowczo odmówili. Ten dramatyczny moment jeden z synów tak wspomina: „Ojciec zabrał nas wtedy do kościoła. Księdzu przy konfesjonale tłumaczył, w jakim stanie jest mama. Pierwszy raz widziałam wtedy, jak płacze. Nic nie rozumieliśmy, ale modliliśmy się o jej zdrowie”. W kwietniu 1914 roku, w ósmym miesiącu ciąży, przyszła na świat, ku ogromnej radości rodziny, wymo­dlona i wbrew lekarskim diagnozom zdrowa druga córka, Enrichetta. Małżonkowie z całym oddaniem poświecili się dzieciom. Maria pisze: „Od narodzin pierwszego z dzieci oddawaliśmy się im, zapominając o sobie na ich rzecz.  Czuwaliśmy nad nimi dniem i nocą, uważając, by jakiś zły element nie zdołał w jakikolwiek sposób zamroczyć ich dusz. Czuliśmy, że ciąży na nas wielka odpowie­dzialność za te dusze wobec samego Boga, który je nam powierzył, i wobec ojczyzny; chcieliśmy je wychować na jej kochające dzieci. Wychowywaliśmy je w wierze, aby poznali i pokochali Boga”. W tej pobożnej atmosferze dojrzewały powołania do służby bożej.  Dwaj synowie, Filippo i Cesare wstąpili do seminarium duchownego, a pięć lat później próg klasztoru klauzurowego przekroczyła starsza córka Stefania. W roku 1933 w dniu święceń kapłańskich syna, Maria powiedziała do niego: „Jesteś już kapłanem. Od tej chwili możesz mnie nie tylko błogosławić, ale i rozgrzeszać. Ale jestem i na zawsze pozostanę twoją matką. Zapamiętaj sobie dobrze, że jeśli pewnego dnia, nie daj Boże, miałbyś się okazać niewierny, zostaniesz spoliczkowany przez swą własną matkę i nic cię przed tym nie uchroni”.

Małżonkowie w dążeniu do pełniejszego zjednoczenia z Bogiem, w roku 1926 złożyli ślub czystości. Alojzy liczył sobie wtedy 46 lat a Maria 42. Od tego momentu wspólne łoże małżeńskie zastąpili dwoma łóżkami na wzór zakonnych. Miało to podkreślić dokonanie przez nich wyboru czystości cielesnej w małżeństwie. Po II wojnie światowej oboje małżonkowie zaczęli działać w powstałych wtedy ruchach kościelnych: Odrodzenia Chrześcijańskiego i Front Rodzinny. Starali się także ciągle pogłębiać wiedzę religijną i katolicką naukę społeczną, stąd też zapisali się na wieczorowe kursy teologiczne dla świeckich w rzymskim uniwersytecie Gregorianum. Dnia 5 listopada 1951 roku cała rodzina Beltrame Quattrocchich po raz pierwszy od 1924 roku spotkała się w rodzinnym mieszkaniu w Rzymie. Było to ostatnie ich spotkanie. Cztery dni później Alojzy zmarł na atak serca. Na jego pogrzeb przybyły rzesze ludzi, w tym wiele wybitnych i znanych osobistości.

Życie owdowiałej Marii naznaczone było nieustanną ascezą, modlitwą i dziełami miłosierdzia. Przez długie samotne godziny modliła się i kontemplowała ofiarując swe wyrzeczenia potrzebują­cym duszom. Stopniowo coraz bardzie oddalała się od codziennych trosk, skupiając się na życiu wewnętrznym i całko­witym zjednoczeniu  z Bogiem. Do ostatnich chwil życia towarzyszyła jej najmłodsza córka, Enrichetta. Maria zmar­ła 25 sierpnia 1965 roku w Seravalk w Toskanii. Po modlitwie Anioł Pański, z ogromnym pokojem malującym się na twarzy odeszła do Pana. Obaj małżonkowie Beltrame Quattrocchi spoczywają na rzymskim cmentarzu Yitorchiano (z książki Wypłynęli na głębię).

 

 

„OD KIEDY BEDĄ ROZWODY W KOŚCIELE?” 

„Możecie rozerwać swoje fotografie i zniszczyć prezenty. Możecie podeptać swoje szczęśliwe wspomnienia i próbować dzielić to, co było dla dwojga. Możecie przeklinać Kościół i Boga. Ale Jego potęga nie może nic uczynić przeciw waszej wolności. Bo jeżeli dobrowolnie prosiliście Go, by zobowiązał się z wami… On nie może was ‘rozwieść’. To zbyt trudne? A kto powiedział, że łatwo być człowiekiem wolnym i odpowiedzialnym. Miłość się staje Jest miłością w marszu, chlebem codziennym. Nie jest umeblowanym mieszkaniem, ale domem do zbudowania i utrzymania, a często do remontu. Nie jest triumfalnym ‘TAK, ale jest mnóstwem ‘tak’, które wypełniają życie, pośród mnóstwa ‘nie’. Człowiek jest słaby, ma prawo zbłądzić! Ale musi zawsze powstawać i zawsze iść. I nie wolno mu odebrać życia, które ofiarował drugiemu; ono stało się nim”. Tak pisał o małżeństwie Michel Quoist, francuski duchowny katolicki i pisarz.

Takie patrzenie na małżeństwo to nie wymysł papieża, biskupa, kapłana, czy kogokolwiek z ludzi. Te słowa kieruje do nas Chrystus w dzisiejszej Ewangelii: „Lecz na początku stworzenia Bóg ‘stworzył ich jako mężczyznę i kobietę: dlatego opuści człowiek ojca swego i matkę i złączy się ze swoją żoną, i będą oboje jednym ciałem’. A tak już nie są dwoje, lecz jedno ciało. Co więc Bóg złączył, tego człowiek niech nie rozdziela”. Tajemnicę jedności małżeństwa w sposób obrazowy ukazuje pierwsza Księga Biblii, Księga Rodzaju. Czytamy w niej: „Wtedy to Pan sprawił, że mężczyzna pogrążył się w głębokim śnie, i gdy spał, wyjął jedno z jego żeber, a miejsce to zapełnił ciałem. Po czym Pan Bóg z żebra, które wyjął z mężczyzny, zbudował niewiastę. A gdy ją przyprowadził do mężczyzny, mężczyzna powiedział: ‘Ta dopiero jest kością z moich kości i ciałem z mego ciała. Ta będzie się zwała niewiastą, bo ta z mężczyzny została wzięta’. Dlatego to mężczyzna opuszcza ojca swego i matkę swoją i łączy się ze swą żoną tak ściśle, że stają się jednym ciałem”.

Gdy asystuję narzeczonym przy ołtarzu w czasie przysięgi małżeńskiej: „ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz że cię nie opuszczę aż do śmierci” nie mam najmniejszej wątpliwości, że w tym postanowieniu pragną oni wytrwać do końca życia, widzę także jedność ich serc, dusz i ciał w każdym spojrzeniu i geście. Przysięga małżeńska przy ołtarzu przetłumaczona na język codzienności mogłaby brzmieć: „Ślubuję Ci, że zrobię wszystko, abyś była szczęśliwa w naszym małżeństwie, będę przy tobie w chwilach radości i smutku”. Brak tłumaczenia uroczystego ślubowania przy ołtarzu na język codzienności sprawia, że małżeństwa nie wytrzymują próby i powielają historie małżeństw ukazanych przez węgierskiego dramaturga Jánosa Háy w sztuce „Ślubuję ci miłość i wierność”. Analizuje on zachodzące zmiany między partnerami po kilku, kilkunastu latach związku małżeńskiego. Pokazuje jak współczesny świat przy biernej postawie małżonków zmienia relacje najbliższych sobie osób: rozchodzenie się dróg i oczekiwań partnerów, poszukiwanie innych wrażeń, zawiedzione nadzieje, niespełnienie, nuda, pustka emocjonalna, nieczułość, wypalenie, niezrozumienie i samotność w związku. Pozostają związki bez miłości i wzajemnego wsparcia. Żadna historia nie kończy się optymistycznie. Autor nie podaje gotowego rozwiązania, jak ratować rzeczywistość wyrażoną słowami przysięgi małżeńskiej. Nie odpowiada też na żadne pytanie. Sztuka jest wezwaniem do spojrzenia na siebie na swój związek. Może wtedy odkryjemy, że jesteśmy na równej pochyłej tracenia miłość i sakramentalnej mocy małżeństwa. I uświadomimy sobie, że można jeszcze wszystko odwrócić i rozpocząć wspinaczkę do ołtarza, gdzie z promiennymi sercami bożej mocy ślubowaliśmy sobie dozgonną miłość i wierność. Jeśli tego nie uczynimy wtedy zostaną nam weselne słowa z „Wesela” Wyspiańskiego: „Miałeś, chamie, złoty róg, / miałeś, chamie, czapkę z piór: / czapkę wicher niesie, / róg huka po lesie, / ostał ci się ino sznur, / ostał ci się ino sznur”. Słowa o złotym rogu, który miał poderwać naród polski do wyzwoleńczej walki, możemy odnieść także do tych, którzy beztrosko trwonili miłość małżeńską, aż w końcu ją utracili.

Św. Jan Paweł II, którego pap. Franciszek ogłosił patronem rodziny powiedział: „To prawda, że w świadomości uczniów Chrystusa nierozerwalność małżeństwa została dodatkowo potwierdzona przez jego charakter sakramentalny, znak oblubieńczego przymierza między Chrystusem a Jego Kościołem. Ale ta wielka tajemnica nie wyklucza, a przeciwnie zakłada istnienie etycznej zasady nierozerwalności także na płaszczyźnie prawa naturalnego. Niestety ‘zatwardziałość serc’ piętnowana przez Jezusa utrudnia powszechne przyjęcie tej zasady lub tworzy sytuacje, w których jej przestrzeganie wydaje się wręcz niemożliwe. Kto jednak rozumuje spokojnie i ma przed oczyma ideał małżeństwa, z łatwością dochodzi do wniosku, że trwałość węzła małżeńskiego wypływa z samej istoty miłości i rodziny. Kocha się naprawdę i do końca tylko wówczas, gdy kocha się na zawsze, w radości czy smutku, bez względu na dobro, czy zły los”.

W ostatnim czasie papież Franciszek wydał dwa dokumenty, motu proprio Mitis Iudex Dominus Iesus oraz motu proprio Mitis et misericors Iesus, które poruszają między innymi sprawę małżeństw i rozwodów. W mediach pojawiło się sporo powierzchownych artykułów na ten temat, które sprowokowały wiele pytań. Ich wielość świadczy o tym, że osoby które doświadczyły tragedii rozpadu małżeństwa chcą swoje potargane życie układać w bliskości Boga. Wśród tych pytań padały i takie: „Od kiedy będą rozwody w Kościele katolickim?” W Kościele katolickim nie ma rozwodów, a zasadniczym powodem są słowa Jezusa z dzisiejszej Ewangelii: „Co więc Bóg złączył, tego człowiek niech nie rozdziela”. Gdy jednak sakramentalne małżeństwo rozpada się, to rodzą się pytania, czy małżeństwo było ważnie zawarte, czy nie zaistniała kanoniczna przeszkoda zrywająca (informacje o przeszkodach znajdziemy na stronie internetowej:   http://www.opoka.org.pl/biblioteka/T/TA/TAI/pr_malzenskie_04.html). Jeśli zaistniała taka przeszkoda, to wtedy małżeństwo od samego początku jest nieważne. Nie jest to jednak rozwód, nawet nie jest to unieważnienie małżeństwa tylko stwierdzenie nieważności małżeństwa. Papież Franciszek pisze o pewnych ułatwieniach w procesie stwierdzenia nieważności małżeństwa. Ks. dr hab. Janusz Gręźlikowski, oficjał Sądu Kościelnego Diecezji Włocławskiej powiedział: „Należy podkreślić, że papież Franciszek poprzez te dokumenty niczego nie zmienia w nauczaniu Kościoła o małżeństwie, nie wprowadza ‘kościelnych rozwodów’, a tylko ze względów duszpasterskich upraszcza niektóre procedury kanoniczne. Znaczącą innowacją jest ustanowienie tzw. procesu skróconego. Proces skrócony nie będzie się odnosił do wszystkich wnoszonych do sądów kościelnych spraw, ale tylko do tych, dla których będą istniały jednoznaczne, jasne, oczywiste i pewne dowody oraz przesłanki wskazujące na nieważność małżeństwa, takie np., jak krótkie pożycie małżeńskie, pozostawanie w związku pozamałżeńskim w chwili zawierania małżeństwa lub zaraz potem, zatajenie niepłodności, poważnej choroby zakaźnej, bądź faktu posiadania dzieci zrodzonych z poprzedniego związku albo pobytu w więzieniu, przemoc fizyczna i niepoczytalność potwierdzona orzeczeniem lekarskim”.

A na zakończenie słowami papieża Franciszka niech przemówi bardziej miłość i miłosierdzie niż prawo. Papież podkreślił, że Kościół jest powołany, aby zawsze był otwartym domem Ojca, w którym jest miejsce dla każdego, także dla tych poranionych rozpadem małżeństwa. Na zakończenie katechezy o rozwiedzionych powiedział: „Zwłaszcza rodziny chrześcijańskie mogą współpracować z Nim troszcząc się o rodziny zranione, towarzysząc im w życiu wiary wspólnoty. Niech każdy wypełnia swoją rolę, podejmując postawę Dobrego Pasterza, który zna każdą ze swych owiec i żadnej nie wyklucza ze swej nieskończonej miłości!” (Kurier Plus 2014).

 

 

MSZA UZDROWIENIA, CZY OMDLENIA ?

Do takiego tytułu rozważań sprowokowała mnie Jagoda, matka dwóch dorosłych synów, która w życiu bardzo wiele przeszła, między innym zmaganie się guzem mózgu. A dziś pracuje w hospicjum i na codzień ociera się o granicę życia i śmierci, doczesności i wieczności. Niejeden raz była świadkiem, jak jej podopieczni toczyli ostatnią walkę nim stanęli przed Wtszechogacym. Niejako na wlanej skórze doświadcza prawdy, co w życiu jest najważniejsze. Takie przeżycia w sposób szczególny uczą mądrości życia, pogłębiają wiarę i przybliżają do Boga.

W czasie spotkania Jagoda zadała mi pytanie, co sądzę o tzw. mszach o uzdrowienie w czasie, których kapłan wkłada ręce na wiernych, czemu towarzyszą często omdlenia, które dla wielu stają się miernikiem otrzymanej łaski uzdrowienia. Wyznała także, że takie ostentacyjne uwypuklanie omdleń jest dla niej trochę dziwne, a ktoś jej powiedział, że w tym obrzędach i upadkach mogą się kryć jakieś siły, które niekoniecznie pochodzą od Boga. I tak na wszelki wypadek, aby się uchronić przed tymi siłami i przed upadkiem oplata ręce różańcem i w czasie wkładania rąk modli się: „Jezu ufam Tobie”, rozumując, że Chrystus ją uchroni przed tym co ewentualnie może być złe w tym rytuale i przed upadkiem, ale jeżeli już upadnie, to upadnie z Chrystusem.

Muszę przyznać, że bylem zaskoczony takim rozumowaniem. Jest w nim wiele racji. Jezus uzdrawiał na różne sposoby. Czasami także przez wkładanie rąk. Jednak w tym wszystkim te zewnętrzne znaki i gesty były najmniej ważne, najważniejsza była wiara proszącego o uzdrowienie. A dzisiaj, gdy ktoś czyni to w imieniu Chrystusa, to jego wiara jest także bardzo ważna. Gdy zewnętrzne gesty stają się ważniejsze od wiary, to wtedy może to przybrać formę spektakularnego show omdleń i upadków. W takiej sytuacji jest coś nie tak. Muszę przyznać, że kiedyś uczestniczyłem w takiej Mszy w kościele św. Krzyża. Kapłan prowadzący mszę uzdrowienia poprosił nas, miejscowych kapłanów o pomoc. Bylem zaskoczony, gdy wkładając ręce wierni osówili się na ziemię. Jednak nie zdobyłem wtedy pewności, że to omdlenie było miarą otrzymanej łaski i czy człowiek leżący na podłodze doznał uzdrowienia fizycznego, czy też duchowego, które w życiu codziennym powinno przejawiać się bardziej świętym życiem. Po długiej rozmowie z Jagodą, moją odpowiedzią na jej pytanie były jej słowa: „Biorę czasami udział w Mszach o uzdrowienie, ale najbardziej czuje uzdrawiającą moc Chrystusa, gdy klęczę w pustym kościele, przed Eucharystycznym Chrystusem u krytym w tabernakulum”.

Na różne sposoby chcemy doświadczyć obecności Boga w świecie, w naszym życiu. Dla wielu będzie zapewne uczestnictwo w Mszach o uzdrowienie, nawet, gdy czasami przybiera ona formę showu, chwilowego zachwytu, które nie ma większego wpływu na naszą codzienność. Dla innych będzie to cicha adoracja Najświętszego Sakramentu w świętej ciszy kościoła. A jeszcze dla innych zdarzenia, które przybierają formę cudu, uznanego przez Kościół lub nie.

7 października wypada Święto Matki Bożej Różańcowej, stąd też przytoczę kilka cudownych zdarzeń wymodlonych na różańcu. Święto zostało ustanowione na pamiątkę zwycięstwa floty chrześcijańskiej nad wojskami tureckimi, odniesionego pod Lepanto 7 października 1571 r. Flota sułtana tureckiego była liczniejsza niż chrześcijańska. Papież św. Pius V, gorący czciciel Matki Bożej, ze łzami w oczach zaczął zanosić żarliwe modlitwy do Maryi, powierzając Jej swoją troskę w modlitwie różańcowej. Błagał o ocalenie chrześcijańskiej Europy przed zalewem islamu. Wezwał także cały chrześcijański świat do modlitwy różańcowej. W czasie modlitwy papież miał wizję, że znalazł się na miejscu bitwy pod Lepanto. Zobaczył ogromne floty, przygotowujące się do starcia. Nad nimi ujrzał Maryję, która patrzyła na niego spokojnym wzrokiem. Nieoczekiwana zmiana wiatru pokrzyżowała szyki muzułmańskie. Flota chrześcijańska odniosła spektakularne zwycięstwo. Po zaledwie czterech godzinach walki zatopiono sześćdziesiąt galer wroga, zdobyto połowę okrętów tureckich, uwolniono dwanaście tysięcy chrześcijańskich galerników, śmierć poniosło 27 tys. Turków, kolejne 5 tys. dostało się do niewoli. Dla papieża i dla walczących był to znak z nieba.

6 sierpnia 1945 roku, w uroczystość Przemienienia Pańskiego miało miejsce wydarzenie, które niemiecki jezuita, ojciec Hubert Schiffer tak wspomina: „Potężna eksplozja rozdarła powietrze. Niewidzialna siła uniosła mnie w górę, wstrząsała mną, rzucała, wirowała niczym liściem podczas jesiennej zawieruchy”. Po odprawieniu porannej mszy świętej ojciec Schiffer poszedł na plebanię na śniadanie. Właśnie zaczął jeść, gdy oślepił go krótki błysk. Przez chwilę wszystko pogrążyło się w bezruchu. Sekundę później nad miastem eksplodowało niebo. Ogromna kula ognia o temperaturze 3000 stopni Celsjusza stopiła wszystko w promieniu 400 metrów. Zrzucona bomba atomowa w mgnieniu oka zrównała z ziemią okoliczne zabudowania. Gdy kapłan znalazł się na ziemi i otworzył oczy, zobaczył, że wokół domu zakonnego, gdzie przebywał, nie było niczego. Wszystko zostało zniszczone. Przetrwał tylko budynek, w którym mieszkał z pozostałymi duchownymi. Od epicentrum eksplozji dzieliło ich tylko 1300 metrów. Ojcu Schifferowi ani jego współbraciom nic się nie stało, podczas gdy w promieniu kilku kilometrów zginęli wszyscy. Tego dnia, w jednej chwili, śmierć poniosło około 70 tysięcy mieszkańców Hiroszimy, a setki tysięcy zmarło potem na skutek promieniowania. Spodziewano się, że zakonnicy  w ciągu kilkunastu dni umrą na chorobę popromienną. Tymczasem wszyscy cieszyli się dobrym zdrowiem. Było to tak niezwykłe i niewytłumaczalne zjawisko, że amerykańscy naukowcy badali je ponad dwieście razy. Odpowiedzi na pytanie, dlaczego on i pozostali jezuici przeżyli nuklearne piekło, nie uzyskali. Dr Stephen Rinehart, fizyk z Departamentu Obrony USA będący ekspertem w dziedzinie wybuchów jądrowych, przyznawał ze zdziwieniem: „Siedziba jezuitów powinna być ponad wszelką wątpliwość zniszczona. W takich warunkach nie jest możliwe, aby ktokolwiek przeżył”. Naukowcy nie mieli wytłumaczenia tego zjawiska, zaś dla zakonników, to był oczywisty cud. „To był cud. W naszym domu zakonnym żyliśmy orędziem fatimskim i codziennie modliliśmy się na różańcu. Uratowała nas Matka Boża”- mówili zakonnicy.

Podobnie było kilka dni później podczas zrzucenia bomby atomowej na Nagasaki. Tam cudownie ocalał zbudowany przez wielkiego czciciela Matki Bożej, św. Maksymiliana Kolbego klasztor franciszkański. Zakonnicy, podobnie jak w Hiroszimie, wyszli z katastrofy nietknięci. Przed wybuchem osłoniło ich zbocze góry Hikson, miejsce, które Kolbe wybrał na budowę świątyni. Współbracia, z którymi w 1930 roku przybył do Nagasaki, próbowali nakłonić go do zmiany lokalizacji, ale nie chciał się zgodzić. Matka Boża w wizji ukazała św. Maksymilianowi jaka będzie przyszłość tego miejsca. „Tu wkrótce spadnie ognista kula i wszystko zniszczy” – mówił. I tak się stało.

My, dorośli potrzebujemy takich znaków, aby ugruntować i pogłębić swoją wiarę. Dziecko zaś bezgranicznie ufa swoim rodzicom, wystarczy miłosne wtulenie w ich ramiona i wszystko staje jasne, piękne, cudowne. Dlatego Chrystus w dzisiejszej Ewangelii wzywa nas do takiej wiary. A cudowne wydarzenia są potrzebne niektórym, aby dorastali do wiary dziecka (Kurier Plus 2018).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *