20 kw.

3 Niedziela Wielkanocna Rok A

 

SZUKAJCIE PANA W DZIELENIU SIĘ CHLEBEM. 

Oto dwaj uczniowie Jezusa tego samego dnia, w pierwszy dzień tygodnia, byli w drodze do wsi, zwanej Emaus, oddalonej sześćdziesiąt stadiów od Jerozolimy. Rozmawiali oni ze sobą o tym wszystkim, co się wydarzyło. Gdy tak rozmawiali i rozprawiali ze sobą, sam Jezus przybliżył się i szedł z nimi. Lecz oczy ich były niejako na uwięzi, tak że Go nie poznali. On zaś ich zapytał: „Cóż to za rozmowy prowadzicie ze sobą w drodze?”. Zatrzymali się smutni. A jeden z nich, imieniem Kleofas, odpowiedział Mu: „Ty jesteś chyba jedynym z przebywających w Jerozolimie, który nie wie, co się tam w tych dniach stało”. Zapytał ich: „Cóż takiego?”. Odpowiedzieli Mu: „To, co się stało z Jezusem z Nazaretu, który był prorokiem potężnym w czynie i słowie wobec Boga i całego ludu; jak arcykapłani i nasi przywódcy wydali Go na śmierć i ukrzyżowali. A myśmy się spodziewali, że właśnie On miał wyzwolić Izraela. Teraz zaś po tym wszystkim dziś już trzeci dzień, jak się to stało. Co więcej, niektóre z naszych kobiet przeraziły nas: były rano u grobu, a nie znalazłszy Jego ciała, wróciły i opowiedziały, że miały widzenie aniołów, którzy zapewniają, iż On żyje. Poszli niektórzy z naszych do grobu i zastali wszystko tak, jak kobiety opowiadały, ale Jego nie widzieli”. Na to On rzekł do nich: „O, nierozumni, jak nieskore są wasze serca do wierzenia we wszystko, co powiedzieli prorocy! Czyż Mesjasz nie miał tego cierpieć, aby wejść do swojej chwały?”. I zaczynając od Mojżesza poprzez wszystkich proroków wykładał im, co we wszystkich Pismach odnosiło się do Niego. Tak przybliżyli się do wsi, do której zdążali, a On okazywał, jakoby miał iść dalej. Lecz przymusili Go, mówiąc: „Zostań z nami, gdyż ma się ku wieczorowi i dzień się już nachylił”. Wszedł więc, aby zostać z nimi. Gdy zajął z nimi miejsce u stołu, wziął chleb, odmówił błogosławieństwo, połamał go i dawał im, Wtedy otworzyły się im oczy i poznali Go, lecz On zniknął im z oczu. I mówili nawzajem do siebie: „Czy serce nie pałało w nas, kiedy rozmawiał z nami w drodze i Pisma nam wyjaśniał?”. W tej samej godzinie wybrali się i wrócili do Jerozolimy. Tam zastali zebranych Jedenastu i innych z nimi, którzy im oznajmili: „Pan rzeczywiście zmartwychwstał i ukazał się Szymonowi”. Oni również opowiadali, co ich spotkało w drodze i jak Go poznali przy łamaniu chleba (Łk 24,13–35).

Holenderski malarz Rembrandt namalował wiele obrazów o tematyce biblijnej. Jednym z nich jest obraz „Wieczerza w Emaus”, nawiązujący do Ewangelii zacytowanej na wstępie. Malarz uchwycił i wyeksponował ogromną radość na twarzach apostołów bezpośrednio po rozpoznaniu Chrystusa.

Przewodnik muzeum, w którym znajduje się wspomniany obraz, oprowadzając turystów zatrzymał się przed „Wieczerzą w Emaus” i rozpoczął opowieść o tym ewangelicznym zdarzeniu. Wśród zwiedzających było małżeństwo Browne, których syn kilka dni temu zginął w tragicznym wypadku samochodowym. Byli oni wewnętrznie zdruzgotani tym wydarzeniem przyszli do muzeum w nadziei, że znajdą tutaj choć trochę ukojenia. Na początku bez większego zainteresowania słuchali opowieści przewodnika. Ale powoli, z coraz większą uwagą zaczęli wsłuchiwać się w jego słowa, a pod koniec byli urzeczeni jego słowami. Po zakończeniu zwiedzania podeszli do przewodnika i powiedzieli: „Wiele razy słyszeliśmy tę historię, ale nigdy nas tak nie poruszyła. Opowiedział ją pan z takim uczuciem i przekonaniem”. „Był czas, że robiłem to inaczej; mówiłem bez serca, mechanicznie” – odpowiedział przewodnik. „Trzy lata temu- kontynuował – moja żona zachorowała na raka, jej agonia trwała długie miesiące. Patrzyłem jak umiera z dnia na dzień. Nie mogłem zrozumieć potwornego cierpienia i nieuchronnie zbliżającej się śmierci. Była wspaniałym człowiekiem. Nie zasłużyła na to. Byłem załamany. Po jej śmierci wydawało mi się, że cały świat zdąża ku końcowi. Opanowała mnie apatia. Zostałem jednak przez przyjaciół przekonany, aby powrócić do pracy w muzeum. Zacząłem tak samo jak przedtem, może jeszcze bardziej mechanicznie opowiadać historię apostołów zdążających do Emaus.

Aż pewnego razu, nagle coś przełamało się w mnie. Uświadomiłem sobie, że ta historia nie jest tylko historią dwóch uczniów Jezusa, ona jest także moją historią. Tak jak ci dwaj uczniowie byłem załamany i smutny, samotny na swej drodze życia. Byłem wierzącym, ale Chrystus był jakimś bladym cieniem żyjącym tylko na kartach Ewangelii. Teraz uzmysłowiłem sobie, że to dla mnie zamieszkał On wśród ludzi. Czułem Jego obecność przy sobie, jak obecność przyjaciela, który zna i rozumie najgłębsze ludzkie cierpienie. Gdy opowiadam tę historię to czuję jak moje serce nabrzmiewa radością, rodzi się we mnie pełnia życia, które wiecznością obejmuje tych, którzy odeszli z tej ziemi”. Państwo Browne słuchając tej opowieści nie mogli powstrzymać łez. „To dziwne- powiedzieli – ale jak pan opowiadał czuliśmy, że w naszych sercach rodzi się nadzieja, przychodzi pociecha, powraca radość życia. Pan tak cudownie mówi o tych sprawach”.

Opowieść o uczniach idących do Emaus tchnie nadzieją i optymizmem. Możemy sobie wyobrazić przeżycia uczniów Chrystusa, którzy patrzyli na śmierć swojego Mistrza na krzyżu. Tak wiele się po Nim spodziewali. Mówią o tym, gdy rozmawiają z nierozpoznanym Jezusem w drodze do Emaus: „A myśmy się spodziewali”. Spodziewali się, że Jezus, który był tak potężny w słowie i czynie nie pozwoli, żeby spotkał Go taki koniec. Spodziewali się może, tak jak wielu w tamtym czasie, że Mesjasz odbuduje królestwo Izraela tu na ziemi, a oni będą mieć udział w chwale tego królestwa. Stało się jednak inaczej. Chrystus umarł na krzyżu, a wraz z nim umierały wszelkie nadzieje apostołów. Pozostała rozpacz, lęk i obawa przed aresztowaniem. Apostołowie ulegli rozproszeniu. Dwaj z nich chcą być jak najdalej od miejsca tragedii, udają się w kierunku Emaus. Nierozpoznany Chrystus dołącza się do nich. Wyjaśnia im Pisma, tłumaczy, że to wszystko musiało się stać, aby Mesjasz wypełnił swoją misję. Zasłuchani apostołowie proszą, aby został z nimi na wieczerzy, gdyż ma się już ku wieczorowi. Są szczęśliwi, że mogą jeszcze w czasie wieczerzy słuchać kogoś, kto tak pięknie mówi o bożych sprawach. Radość sięga zenitu, gdy przy łamaniu chleba rozpoznają w nieznajomym zmartwychwstałego Jezusa. Ogromny smutek przemienił się w ogromną radość, którą tak świetnie ujął Rembrandt na swoim obrazie.

Jakże często droga uczniów do Emaus powtarza się w naszym życiu. Nie jeden raz różne zdarzenia, a wśród nich najokrutniejsza śmierć zabierały radość i pozbawiały nas nadziei. Może tak jak uczniowie uciekaliśmy od miejsca, gdzie rozegrała się tragedia. Ale przed tymi przeżyciami nie ma ucieczki. W takich wypadkach smutek i beznadzieja zawsze podążają za nami. Potrzebujemy wtedy kogoś, kto by z nami szedł, okazał miłość i znalazł dla nas mądre słowa pociechy. Gdy ludzkie słowa są za małe możemy być pewni, że idzie z nami Chrystus ze słowem pełnym miłości i mocy. Ale żeby odczuć Jego kojącą i zbawczą obecność musimy tak jak uczniowie w drodze do Emaus uważnie wsłuchiwać się w Jego słowa. On do nas mówi na kartach Biblii, w modlitwie, przez miłość, zdarzenia. Nie wystarczy jednak tylko wsłuchiwanie się, trzeba jeszcze tak jak apostołowie zaprosić Go do domu swego życia. Zaprosić Go do stołu, gdy On przychodzi do nas. A przychodzi do nas także w potrzebujących.

O tym ostatnim zaproszeniu św. Augustyn pisze tymi słowami:

Jeśli pragniesz zachować życie,

czyń to co apostołowie czynili.

Oni ofiarowali Mu gościnę.

Pan chciał kontynuować swoją podróż,

ale oni zatrzymali Go.

A pod koniec podróży powiedzieli do Niego:

„Zostań z nami, gdyż dzień nachylił się ku wieczorowi”

Pan objawił samego siebie w łamaniu chleba.

Gościnność przywróciła im utraconą wiarę.

Jeśli ty chcesz rozpoznać Zbawiciela,

przyjmij obcych.

Szukaj Pana w dzieleniu się chlebem (z książki Ku wolności).

 

NADZIEJA SIĘGAJĄCA WIECZNOŚCI

Wiecie bowiem, że z waszego odziedziczonego po przodkach złego postępowania zostaliście wykupieni nie czymś przemijającym, srebrem lub złotem, ale drogocenną krwią Chrystusa, jako baranka niepokalanego i bez zmazy. On był wprawdzie przewidziany przed stworzeniem świata, dopiero jednak w ostatnich czasach się objawił ze względu na was. Wy przez Niego uwierzyliście w Boga, który wzbudził Go z martwych i udzielił Mu chwały, tak że wiara wasza i nadzieja są skierowane ku Bogu (1 P 1,18–21)

Jak ważna jest nadzieja w naszym życiu przekonujemy się nieraz dopiero po jej utracie, gdy życie dosłownie staje się beznadziejne. Są różne nadzieje: wielkie i małe. Jedne rodzą się rankiem i spełniają wieczorem. Na spełnienie innych trzeba czekać latami. Wszystkie są jednakowo ważne. A może ważniejsze są nadzieje jednego dnia, bo sumują się na radość całego życia i nadają mu sens. Dobrze przeżyte poszczególne dni składają się na całe udane życie. Dlatego nie wolno lekceważyć ani jednej sekundy, ani jednej minuty, bo zmarnowane minuty sumują się także, tylko że na chybione życie.

Najczęściej sami odkrywamy cele, a nadzieja ich osiągnięcia staje się źródłem radości i poczucia sensu życia. Ważną rolę w budzeniu nadziei odgrywa drugi człowiek. Magazyn „Parade” przytacza historię milionera Eugena Land’a, który dzięki własnemu wysiłkowi wiele osiągnął. Pewnego razu został zaproszony do jednej ze szkół wschodniego Harlemu w Nowym Jorku, gdzie miał wygłosić przemówienie do 59 uczniów. W tej szkole był duży odsetek uczniów, którzy opuszczali ją przed ukończeniem nauki. Eugene miał ich zachęcić do większej wytrwałości. Stanął przed klasą w której większość uczniów stanowiły dzieci murzyńskie i portorykańskie. Po chwili milczenia Eugene odłożył notatki z przygotowanym przemówieniem i powiedział między innymi: „Zostańcie w szkole, ja pokryję opłaty szkolne każdego z was”. Okazało się, że te słowa trafiły do uczniów, bo zrodziły nadzieję na lepsze życie. Jeden z uczniów powiedział: „Nareszcie miałem cel, który chciałem osiągnąć, a ten cel niejako czekał na mnie. To było wspaniałe uczucie”. Prawie 90 proc. uczniów z tej klasy ukończyło szkołę, co w tamtych warunkach było czymś nadzwyczajnym.

Człowiek jest koroną całego stworzenia, jest kimś najważniejszym w tej rzeczywistości, stąd też najważniejsze nadzieje wiążą się z drugim człowiekiem. Małe dzieci spoglądają z nadzieją na rodziców, rodzice pokładają nadzieje w swoich dzieciach. Nieraz dziecko staje się jedyną i najważniejszą nadzieją ich życia. Wszystko inne jest podporządkowane tej nadziei. Jakże ogromną nadzieję pokładają w sobie młodzi ludzie, którzy zamierzają związać się na całe życie. Nieraz nie widzą świata poza sobą. Jak wielka jest radość nadziei, tak wielki jest ból tragedii, gdy jedna ze stron zawodzi. Wtedy całe życie rozsypuje się w gruzy, traci sens. Trzeba nieraz wiele czasu, aby na tym rumowisku zrodziła się nowa nadzieja. Nadzieję związaną z drugim człowiekiem może zniweczyć także śmierć wybranej i ukochanej osoby. Wraz ze śmiercią wszystko się wali. Otacza nas beznadziejna ciemność. Długie godziny spędzone na cmentarzu przy grobie ukochanej osoby stają się bolesnymi powrotami do niespełnionych nadziei. Trzeba przejść przez wiele bólu i cierpienia, przeżyć wiele bezsennych nocy, aby powoli zaczęła się odradzać nadzieja, a wraz nią sens życia. Nie wszystkim to się udaje. W odradzaniu się tej nadziei, nieodzowny jest Ktoś, kto jest w stanie dać nadzieję sięgającą poza grób.

Przytoczony na wstępie fragment Ewangelii mówi o nadziei, sięgającej poza horyzont śmierci. Dwaj uczniowie Jezusa idą do Emaus. Chcą opuścić miejsce, gdzie legła w gruzach ich nadzieja. Jak cały Naród Wybrany czekali na obiecanego Mesjasza. Rozpoznali Go w Jezusie Chrystusie. Poszli za Nim. Nie mieli wątpliwości, że On jest tym Mesjaszem, Zbawicielem. Słuchali jego słów o Bogu, który kocha swoje dzieci jak ojciec. Kochający Ojciec daje szansę przezwyciężenia śmierci i szansę życia wiecznego. Nie były to tylko puste słowa. Na potwierdzenie tej nauki Jezus czynił cuda. Uzdrawiał chorych, wskrzeszał umarłych. Przy Chrystusie apostołowie mieli poczucie bezpieczeństwa i szczęścia. Byli pewni, że w Chrystusie spełnią się ich wszystkie nadzieje, że Jego królestwo będzie ich udziałem. Mimo, że nieraz wyobrażali sobie to królestwo trochę inaczej niż było to w zamyśle bożym, to jednak w jednym się nie mylili: Będzie to Królestwo życia wiecznego, miłości, sprawiedliwości. Królestwo radosnego przebywania z Bogiem i z tymi, którzy wcześniej przeszli do wieczności. To wszystko miało się spełnić w Jezusie, On stał się dla nich najważniejszą nadzieją. Dla Niego zostawili wszystko i poszli za Nim. Na Golgocie wszystkie ich nadzieje legły w gruzach. Śmierć Jezusa bardziej do nich przemawiała niż zapowiedzi o zmartwychwstaniu. Nawet pogłoski o zmartwychwstaniu Jezusa nie docierały do nich. Załamani i smutni, chcą uciec od tych tragicznych wydarzeń. Wybierali najprostszy sposób: opuścić miejsce tragedii. Jest to łatwy sposób, ale nie skuteczny, bo problemy człowiek zabiera ze sobą.

Szli do Emaus. W drodze przyłączył się Nieznajomy, który zaczął im wyjaśniać pisma odnośnie Mesjasza. A mówił tak pięknie i przekonywująco, że zaczęła się w nich rodzić radość i nadzieja. Nie chcieli się z Nim rozstać. Przymusili Go, aby pozostał z nimi na kolacji. I został. Zaczął łamać chleb, a wtedy otworzyły się oczy i uszy uczniów i poznali, że jest to Jezus. Dotarło do nich, że Jezus zwyciężył śmierć, że zmartwychwstał. Odżyły wszystkie nadzieje jakie pokładali w Chrystusie, a wraz z nimi zrodziła się nieogarniona radość. Nim zdążyli oddać pokłon Chrystusowi, On im zniknął z oczu. I tak będzie do końca naszych dni. Chrystus pozostanie wśród nas obecny w sposób niewidzialny. Jest to obecność jak najbardziej realna. Na tej obecności możemy budować nadzieję, która przekraczając grób napełnia nasze życie radością i sensem, nawet wtedy, gdy nasze ziemskie nadzieje rozsypują się w gruzy.

Warto dla tej nadziei poświęcić wiele. Dla ilustracji przytoczę historię z życia Aleksandra Wielkiego, który w swoim czasie był panem prawie całego świata. Aleksander Wielki opuszczając podbite terytoria w Azji chciał zabezpieczyć finansowo swoich zwolenników, aby podczas swojej nieobecności nie cierpieli z powodu braku środków do życia. Rozdał między nich prawie wszystkie swoje posiadłości i dochody. Widząc to, jego przyjaciel generał Perdiccas zapytał króla, czy zostawił coś dla siebie. „Nadzieję”- odpowiedział Aleksander. „Dlatego też – powiedział Perdiccas – my którzyśmy dzielili twoje trudy chcemy mieć udział także w twojej nadziei”. Po czym odmówił przyjęcia przypadających mu skarbów. W ślad za nim poszło wielu przyjaciół króla.

Jeśli są ludzie, którzy dzielą przemijające nadzieje ziemskich władców, to o ileż bardziej sensowne wydaje się pragnienie udziału w nadziei Króla wieczności. W odnajdywaniu i umacnianiu tej nadziei możemy być pewni, że towarzyszy nam Chrystus, jak uczniom w drodze do Emaus. Aby Go jednak rozpoznać musimy uważnie wsłuchiwać w Jego słowa. Szukać Go w modlitwie i jej najdoskonalszej formie jaką jest Msza św., którą w pierwszych wiekach nazywano „łamaniem chleba”. Spotkanie Chrystusa staje się zawsze źródłem nadziei sięgającej nieba (z książki Bóg na drogach naszej codzienności).

 

NADZIEJA SIĘGAJĄCA WIECZNOŚCI

W dniu Pięćdziesiątnicy stanął Piotr razem z Jedenastoma i przemówił donośnym głosem: «Mężowie Judejczycy i wszyscy mieszkańcy Jeruzalem, przyjmijcie do wiadomości i posłuchajcie uważnie mych słów! Jezusa Nazarejczyka, Męża, którego posłannictwo Bóg potwierdził wam niezwykłymi czynami, cudami i znakami, jakich Bóg przez Niego dokonał wśród was, o czym sami wiecie, tego Męża, który z woli, postanowienia i przewidzenia Boga został wydany, przybiliście rękami bezbożnych do krzyża i zabiliście. Lecz Bóg wskrzesił Go, zerwawszy więzy śmierci, gdyż niemożliwe było, aby ona panowała nad Nim, bo Dawid mówi o Nim: „Miałem Pana zawsze przed oczami, gdyż stoi po mojej prawicy, abym się nie zachwiał. Dlatego ucieszyło się moje serce i rozradował się mój język, także i moje ciało spoczywać będzie w nadziei, że nie zostawisz duszy mojej w Otchłani ani nie dasz Świętemu Twemu ulec rozkładowi. Dałeś mi poznać drogi życia i napełnisz mnie radością przed obliczem Twoim”. Bracia, wolno powiedzieć do was otwarcie, że patriarcha Dawid umarł i został pochowany w grobie, który znajduje się u nas aż po dzień dzisiejszy. Więc jako prorok, który wiedział, że Bóg przysiągł mu uroczyście, iż jego Potomek zasiądzie na jego tronie, widział przyszłość i przepowiedział zmartwychwstanie Mesjasza, że ani nie pozostanie w Otchłani, ani ciało Jego nie ulegnie rozkładowi. Tego właśnie Jezusa wskrzesił Bóg, a my wszyscy jesteśmy tego świadkami» (Dz 2, 14. 22b-32).

Jak ważna jest nadzieja w naszym życiu przekonujemy się nieraz dopiero po jej utracie, gdy życie dosłownie staje się beznadziejne. Są różne nadzieje: wielkie i małe. Jedne rodzą się rankiem i spełniają wieczorem. Na spełnienie innych trzeba czekać latami. Wszystkie są jednakowo ważne. A może ważniejsze są nadzieje jednego dnia, bo sumują się na radość całego życia i nadają mu sens. Dobrze przeżyte poszczególne dni składają się na całe udane życie. Dlatego nie wolno lekceważyć ani jednej sekundy, ani jednej minuty, bo zmarnowane minuty sumują się także, tylko że na chybione życie.

Najczęściej sami odkrywamy cele, a nadzieja ich osiągnięcia staje się źródłem radości i poczucia sensu życia. Ważną rolę w budzeniu nadziei odgrywa drugi człowiek. Magazyn „Parade” przytacza historię milionera Eugena Land’a, który dzięki własnemu wysiłkowi wiele osiągnął. Pewnego razu został zaproszony do jednej ze szkół wschodniego Harlemu w Nowym Jorku, gdzie miał wygłosić przemówienie do 59 uczniów. W tej szkole był duży odsetek uczniów, którzy opuszczali ją przed ukończeniem nauki. Eugene miał ich zachęcić do większej wytrwałości. Stanął przed klasą, w której większość uczniów stanowiły dzieci murzyńskie i portorykańskie. Po chwili milczenia Eugene odłożył notatki z przygotowanym przemówieniem i powiedział między innymi: „Zostańcie w szkole, ja pokryję opłaty szkolne każdego z was”. Okazało się, że te słowa trafiły do uczniów, bo zrodziły nadzieję na lepsze życie. Jeden z uczniów powiedział: „Nareszcie miałem cel, który chciałem osiągnąć, a ten cel niejako czekał na mnie. To było wspaniałe uczucie”. Prawie 90 proc. uczniów z tej klasy ukończyło szkołę, co w tamtych warunkach było czymś nadzwyczajnym.

Człowiek jest koroną całego stworzenia, jest kimś najważniejszym w tej rzeczywistości, stąd też najważniejsze nadzieje wiążą się z drugim człowiekiem. Małe dzieci spoglądają z nadzieją na rodziców, rodzice pokładają nadzieje w swoich dzieciach. Nieraz dziecko staje się jedyną i najważniejszą nadzieją ich życia. Wszystko inne jest podporządkowane tej nadziei. Jakże ogromną nadzieję pokładają w sobie młodzi ludzie, którzy zamierzają związać się na całe życie. Nieraz nie widzą świata poza sobą. Jak wielka jest radość nadziei, tak wielki jest ból tragedii, gdy jedna ze stron zawodzi. Wtedy całe życie rozsypuje się w gruzy, traci sens. Trzeba nieraz wiele czasu, aby na tym rumowisku zrodziła się nowa nadzieja. Nadzieję związaną z drugim człowiekiem może zniweczyć także śmierć wybranej i ukochanej osoby. Wraz ze śmiercią wszystko się wali. Otacza nas beznadziejna ciemność. Długie godziny spędzone na cmentarzu przy grobie ukochanej osoby stają się bolesnymi powrotami do niespełnionych nadziei. Trzeba przejść przez wiele bólu i cierpienia, przeżyć wiele bezsennych nocy, aby powoli zaczęła się odradzać nadzieja, a wraz nią sens życia. Nie wszystkim to się udaje. W odradzaniu się tej nadziei, nieodzowny jest Ktoś, kto jest w stanie dać nadzieję sięgającą poza grób.

Przytoczony na wstępie fragment Ewangelii mówi o nadziei, sięgającej poza horyzont śmierci. Dwaj uczniowie Jezusa idą do Emaus. Chcą opuścić miejsce, gdzie legła w gruzach ich nadzieja. Jak cały Naród Wybrany czekali na obiecanego Mesjasza. Rozpoznali Go w Jezusie Chrystusie. Poszli za Nim. Nie mieli wątpliwości, że On jest tym Mesjaszem, Zbawicielem. Słuchali jego słów o Bogu, który kocha swoje dzieci jak ojciec. Kochający Ojciec daje szansę przezwyciężenia śmierci i szansę życia wiecznego. Nie były to tylko puste słowa. Na potwierdzenie tej nauki Jezus czynił cuda. Uzdrawiał chorych, wskrzeszał umarłych. Przy Chrystusie apostołowie mieli poczucie bezpieczeństwa i szczęścia. Byli pewni, że w Chrystusie spełnią się ich wszystkie nadzieje, że Jego królestwo będzie ich udziałem. Mimo, że nieraz wyobrażali sobie to królestwo trochę inaczej niż było to w zamyśle bożym, to jednak w jednym się nie mylili: Będzie to Królestwo życia wiecznego, miłości, sprawiedliwości. Królestwo radosnego przebywania z Bogiem i z tymi, którzy wcześniej przeszli do wieczności. To wszystko miało się spełnić w Jezusie, On stał się dla nich najważniejszą nadzieją. Dla Niego zostawili wszystko i poszli za Nim. Na Golgocie wszystkie ich nadzieje legły w gruzach. Śmierć Jezusa bardziej do nich przemawiała niż zapowiedzi o zmartwychwstaniu. Nawet pogłoski o zmartwychwstaniu Jezusa nie docierały do nich. Załamani i smutni, chcą uciec od tych tragicznych wydarzeń. Wybierali najprostszy sposób: opuścić miejsce tragedii. Jest to łatwy sposób, ale nie skuteczny, bo problemy człowiek zabiera ze sobą.

Szli do Emaus. W drodze przyłączył się Nieznajomy, który zaczął im wyjaśniać pisma odnośnie Mesjasza. A mówił tak pięknie i przekonywująco, że zaczęła się w nich rodzić radość i nadzieja. Nie chcieli się z Nim rozstać. Przymusili Go, aby pozostał z nimi na kolacji. I został. Zaczął łamać chleb, a wtedy otworzyły się oczy i uszy uczniów i poznali, że jest to Jezus. Dotarło do nich, że Jezus zwyciężył śmierć, że zmartwychwstał. Odżyły wszystkie nadzieje jakie pokładali w Chrystusie, a wraz z nimi zrodziła się nieogarniona radość. Nim zdążyli oddać pokłon Chrystusowi, On im zniknął z oczu. I tak będzie do końca naszych dni. Chrystus pozostanie wśród nas obecny w sposób niewidzialny. Jest to obecność jak najbardziej realna. Na tej obecności możemy budować nadzieję, która przekraczając grób napełnia nasze życie radością i sensem, nawet wtedy, gdy nasze ziemskie nadzieje rozsypują się w gruzy.

Warto dla tej nadziei poświęcić wiele. Dla ilustracji przytoczę historię z życia Aleksandra Wielkiego, który w swoim czasie był panem prawie całego świata. Aleksander Wielki opuszczając podbite terytoria w Azji chciał zabezpieczyć finansowo swoich zwolenników, aby podczas swojej nieobecności nie cierpieli z powodu braku środków do życia. Rozdał między nich prawie wszystkie swoje posiadłości i dochody. Widząc to, jego przyjaciel generał Perdiccas zapytał króla, czy zostawił coś dla siebie. „Nadzieję”- odpowiedział Aleksander. „Dlatego też – powiedział Perdiccas – my którzyśmy dzielili twoje trudy chcemy mieć udział także w twojej nadziei”. Po czym odmówił przyjęcia przypadających mu skarbów. W ślad za nim poszło wielu przyjaciół króla.

Jeśli są ludzie, którzy dzielą przemijające nadzieje ziemskich władców, to o ileż bardziej sensowne wydaje się pragnienie udziału w nadziei Króla wieczności. W odnajdywaniu i umacnianiu tej nadziei możemy być pewni, że towarzyszy nam Chrystus, jak uczniom w drodze do Emaus. Aby Go jednak rozpoznać musimy uważnie wsłuchiwać w Jego słowa. Szukać Go w modlitwie i jej najdoskonalszej formie jaką jest Msza św., którą w pierwszych wiekach nazywano „łamaniem chleba”. Spotkanie Chrystusa staje się zawsze źródłem nadziei sięgającej nieba (z książki W poszukiwaniu mądrości).

 

SŁUGA BOŻY PAPIEŻ JAN PAWEŁ II

Dwaj apostołowie zdążali do wioski Emaus. Chcieli być jak najdalej od Jerozolimy, gdzie rozegrała się ich największa tragedia życiowa. Zaufali do końca Chrystusowi, który był potężny w słowie i czynie. Całe swoje nadzieje życiowe i marzenia wiązali z swoim Mistrzem. Spędzili z Nim trzy cudowne lata. Chrystus nauczał o Królestwie, którego będzie królem. Apostołowie liczyli, że w tym Królestwie znajdą swoje miejsca. Ale ważniejsza od tego ziemskiego wyrachowania była szczera miłość do Chrystusa. Jednak wszystkie te najpiękniejsze plany legły w gruzach, gdy ich Mistrz zawisł na krzyżu. Rozpacz, smutek i beznadzieja ogarnęły ich serca. Może pamiętali zapowiedź Chrystusa, że po trzech zmartwychwstanie, ale przybladło to w konfrontacji z okrutną rzeczywistością śmierci krzyżowej. Załamani zdążają do Emaus. Po drodze dołączył się do nich Nieznajomy. Zaczął z nimi rozmawiać. A jego słowa były jak balsam dla ich zbolałej duszy. A gdy podróż dobiegła kresu przymusili Nieznajomego, aby pozostał z nimi. Usłuchał ich, a gdy spożywali wieczerzę wziął chleb błogosławił, łamał i dawał im. I wtedy apostołowie rozpoznali swego Mistrza. Wróciła nadzieja i radość, życie znowu miało sens.

W życiu niejednego z nas powtarza się powyższa scena ewangeliczna. Smutni, zbolali, załamani, z beznadzieją raną w sercu zdążamy do swojego Emaus. Chcemy uciec z miejsca, gdzie dopadło nas cierpienie, gdzie życie utraciło sens. Gdy w swej wędrówce jesteśmy otwarci, wtedy możemy zauważyć, że idzie z nami Nieznajomy, który ma słowa kojącej mądrości i wyciągniętą rękę, aby nas podnieść. Tym nieznajomym jest Chrystus, który bardzo często w widzialny sposób przychodzi do nas przez swoich uczniów. Na pewno takiego kogoś spotkaliśmy w życiu i jest on tylko nam znany. Nieraz Bóg posyła gigantów ducha, którzy mocą samego Boga podnoszą upadłych, wskazują drogę zagubionym, dają moc cierpiącym i braterską ręką przygarniają do siebie tak, że nie czujemy się samotni, zagubieni. Takim gigantem dzisiejszych czasów był i jest sługa boży Papież Jan Paweł II. W mediach nazywa się go Wielkim. Wszystko co czynił, mówił było wielkie, tę wielkość ciągle odkrywamy w jego duchowej spuściźnie. Za naszej pamięci nikogo cały świat tak nie opłakiwał jak odejście Jana Pawła II. O nikim nie mówiono w ten sposób. Nie ma nikogo, z kim można by porównać jego wielkość. Cały świat nie tylko go opłakiwał, ale i modlił się za niego. Modlili się katolicy, prawosławni protestanci, żydzi, muzułmanie. A niewierzący kierowali ku niemu najszlachetniejsze uczucia i myśli. Wszyscy oni doświadczyli dobroci wyciągniętej dłoni Papieża, która niosła miłość, dobroć, mądrość, zatroskanie o zbawienie bliźniego i była niejako wyciągniętą ręką miłosiernego Chrystusa.

Tego giganta ducha wydała nasza ojczyzna, Polska. Już dziś mówi się, że jest to największy Polak wszechczasów. On sam umiłował tę ojczyznę i nosił ją w swoim sercu. W roku 1997, we Wrocławiu mówił: „Każdy powrót do Polski to tak jak powrót pod znajomą strzechę domu rodzinnego, gdzie każdy najdrobniejszy przedmiot przypomina tak wiele”. Dwa lata później, w Krakowie powiedział: „Nie opuszczam mego rodzinnego kraju. Zabieram w pamięci widok ojczystej ziemi, od Bałtyku do gór, a w sercu zachowuję wszystko to, czego mi było dane doświadczyć pośród moich Rodaków”. Rozumiemy to i cenimy. Czesław Miłosz zapisał w swoim dzienniku 1 września 1988: „Na dnie swojej nędzy Polska dostała króla, i to takiego, o jakim śniła, z piastowskiego szczepu, sędziego pod jabłoniami, nieuwikłanego w skrzeczącą rzeczywistość polityki”. Wspominając te bliskie naszemu sercu odniesienia nie możemy zapomnieć, że był on wielkim i umiłowanym pasterzem całego kościoła katolickiego, a w pewnym sensie całego świata.

Papież zachwycał, zadziwiał i pociągał cały świat za sobą, a właściwie za swoim Mistrzem, którego umiłował do końca. A czynił to do ostatniej chwili ziemskiego życia. Stawał przy nas, jak ewangeliczny Nieznajomy pełen miłości i zatroskania o bliźniego. Renato Buzzonetti, osobisty lekarz Papieża powiedział: „Umierający Jan Paweł II przypominał mi Chrystusa, z tą różnicą, że Chrystus na krzyżu mógł mówić, Papież zaś odchodził w milczeniu”. Po czym dodaje: „Daleki jestem od ulegania pokusie tego rodzaju porównań, takie jednak miałem wrażenie w dniach, które spędziłem w pokoju Ojca Świętego”. Jan Paweł II odchodził do Pana w wigilię ustanowionego przez siebie święta Miłosierdzia Bożego godnie, z wewnętrznym spokojem a jego myśl zatopiona w Bogu obejmowała bliźnich. W ostatnich godzinach poprosił o kartkę, na której z wielkim trudem, przy pomocy arcybiskupa Dziwisza napisał: „Jestem radosny, wy też bądźcie. Módlmy się razem z radością. Dziewicy Maryi powierzam wszystko radośnie”. A gdy już bramy nieba otworzyły się dla niego, kardynał Angelo Sodano w czasie mszy św. za duszę Ojca Świętego, nazywając papieża Janem Pawłem Wielkim drżącym głosem powiedział: „Jego życie nie zostało przerwane, ale zmieniło się… W wigilię niedzieli Miłosierdzia Bożego na trzecie piętro Pałacu Apostolskiego wleciał Anioł Pański i łagodnym szeptem zaprosił Ojca Świętego do siebie”. Ojciec Święty odszedł do Pana, w którym otrzymał pełnię życia. Odchodząc pozostał z nami w tajemnicy wiary świętych obcowania. Pozostał także w bogatej spuściźnie. A jest ona tak ogromna, że tego pokarmu duchowego wystarczy nam do końca naszych dni, a także dla następnych pokoleń. Nieraz odczujemy obecność Ojca Świętego, gdy będziemy zdążać do swojego Emaus. On nam pomoże przemienić smutek w radość, odnaleźć sens życia, ukaże źródło mocy, która przemienia świat i nas samych na miarę Chrystusowej miłości.

Zazwyczaj w cyklu „Niedzielnych spotkań” przytaczam życiorysy „spotykanych” postaci. W tych rozważaniach, zamiast życiorysu przytoczę, kilkanaście wypowiedzi ludzi, którzy doświadczyli wielkości, miłości, dobra, mądrości i mocy Ojca Świętego. Zacznę od wypowiedzi pisanych sercem z polskiego portalu internetowego „Onet”: „Choć Jan Paweł Wielki odszedł i zostaliśmy sami na te trudne czasy to pozostawił wiele bezcennych drogowskazów! Ten wielki skarb to nauki Jana Pawła Wielkiego! Żyjmy według nich! Niech Jan Paweł Wielki jest dla nas wzorem! (Karolia-Kaja). „Śmierć jest sensem naszego życia, drogą do Jezusa Chrystusa. Pokonać tak trudną i długą trasę można jedynie z dokładną mapą zawierającą legendę. Ty Ukochany Ojcze Święty jesteś właśnie  dla mnie ową ‘MAPĄ’. Nie jest mi dlatego straszna żadna przeszkoda, która stanie na mojej drodze, ponieważ wiem, że jeśli będę uważnie czytał ‘MAPĘ’ – to w odpowiednim czasie kiedy i  moja  droga znajdzie  swój  koniec spotkam Ciebie  – Tato. Powiem Ci wówczas, że… cały Świat nigdy nie miał wspanialszego Przewodnika i Ojca” (Maniek). „Twoja śmierć i to, co dzieje się po niej na świecie jest podsumowaniem ogromnej pracy intelektualnej i duchowej, jaką wykonałeś za życia. Z bólem w sercu spoglądam na zestawienie dat;1920-2005. Chciałoby się wciąż znać tylko tą pierwszą. Nikt nigdy wcześniej nie zjednał tak milionów ludzi na całym świecie. Pokazałeś nam drogę, którą powinniśmy podążać. Czy damy rade? Obiecuje, że będę próbował… (Andrzej). „Kochany Ojcze św. byłeś naszą ostoją, aniołem stróżem, pokazywałaś nam jak kochać czystą miłością. Nidy Cię nie zapomnę, zawsze będę kochać i wierzę, że będziesz nadal nad nami czuwał… (Ola Kalisz). „Ojcze Święty dziękuje Bogu, że mogłam poznać najlepszego człowieka na ziemi. Mój żal i łzy nie mają granic, ale wiem, że tam osiągnąłeś Ojcze wieczne szczęście. Nigdy Cię nie spotkałam, ale będę robić wszystko, żeby pójść twoją drogą i tam móc ucałować Twoja dłoń” (Jagna i Tomasz). „Kocham Cię Janie Pawle 2! Chociaż odeszłaś już z tego świata, to nadal będziesz gościł w moim małym serduszku. Nie mogę już nic więcej napisać, bo po prostu brak mi słów. Powiem tylko tyle Kocham Cię, zawsze Cię będę kochała i jesteś moim drugim najlepszym ojcem” (Karolinka W.). „Kochany Ojcze! Zawsze pozostaniesz w moim sercu, jesteś mym autorytetem, ponieważ pokazałeś, jak iść przez góry i doliny mego życia poprzez Twoje życie-pełne miłości, oddania, prawdy i radości a Twe słowa jakże proste, lecz prawdziwe ‘Nie lękajcie się’ pozostaną w mej pamięci i będą pociechą w chwilach zwątpienia i smutku” (Ewa ze Skoczowa).

A na koniec kilka wypowiedzi ludzi z życia publicznego: „Wszyscy papieże należą do całego świata, ale Amerykanie mają szczególny powód, aby kochać tego człowieka z Krakowa, który był natchnieniem dla milionów Amerykanów. Jesteśmy wdzięczni Bogu za wysłanie takiego człowieka, syna Polski, aby został biskupem Rzymu i bohaterem na wieki. Z jego odejściem świat utracił obrońcę wolności” (Prezydent George Bush). „Odeszła od nas osoba niezwykła, jeden z największych twórców współczesności. Człowiek, który poruszył niebo i ziemię i dotarł do najdalszych zakątków globu, aby odnajdywać drogę do duszy innych ludzi. On miał przez całe swoje długie życie tylko jeden cel, aby na świecie i w każdym z nas zwyciężało: dobro, mądrość i sprawiedliwość (Prezydent Aleksander Kwaśniewski). „Szczególne słowa solidarności pozwalam sobie skierować do narodu polskiego, który w Karolu Wojtyle miał jednego z najbardziej poważanych synów. Był tym, który odegrał istotną rolę w zjednoczeniu Europy oraz w rozwoju idei wolności i demokracji” (Przewodniczący Komisji Europejskiej Jose Manuel Barroso). „Jan Paweł II był mądrym i wrażliwym człowiekiem, który całe życie poświęcił idei miłości do człowieka, idei ludzkiej dobroci, pokory i pomocy słabszym, a także idei ludzkiej wolności, godności i odpowiedzialności” (Prezydent Czech Vaclav Klaus). „Francja składa hołd niestrudzonemu pielgrzymowi dialogu, pojednania i pokoju” (Prezydent Jacques Chirac). „Papież był człowiekiem, który promieniował tak silną duchowością, że mieliśmy do czynienia ze świętym, który teraz zasługuje na beatyfikację” (Przewodniczący Francuskiej Rady Wyznania Muzułmańskiego). „Jan Paweł II był największym autorytetem moralnym na świecie” (Prezydent Austrii Heinz Fischer). „W pamięci obywateli Ukrainy, prawosławnych i katolików… na zawsze pozostanie jasny obraz Ojca Świętego. Jego sympatia i miłość do mego narodu, poszanowanie jego europejskiej historii i kultury, zawsze spotykały się z głęboką wdzięcznością Ukraińców, którzy dumni są z więzów krwi łączących ich z tym Wielkim Człowiekiem” (Prezydent Ukrainy Wiktor Juszczenko) (z książki Wypłynęli na głębię).

 

„NIE BĄDŹ GŁUPI”

Sformułowanie użyte w tytule tego artykułu, w mowie potocznej używane jest w różnych sytuacjach. W poniższych rozważaniach chcę spojrzeć na nie w kontekście religijnym. Ale za nim do tego przejdę przytoczę historię mężczyzny zaprezentowaną przez amerykańską telewizję informacyjną CBS News, 8 listopada 2013 roku. John walczył w czasie II Wojny Światowej w  Normandii. Za waleczność i odwagę został odznaczony dwoma medalami Purple Hearts i wielu innymi. Po powrocie do domu w Oklahomie założył rodzinę. Jako cywil pracował w bazie sił powietrznych Stanów Zjednoczonych. W czasie rozmowy wyznał, że najtrudniejszą rzeczą w jego życiu była nauka czytania. Przez 70 lat ukrywał swój analfabetyzm. Współpracownicy wypełniali za niego wszelkiego rodzaju formularze i raporty. Zaś w domu wszystkie formalności wymagające znajomości czytania i pisania załatwiała żona, która zmarła w ubiegłym roku po 62 latach wspólnego życia małżeńskiego. John wiele razy podejmował próby nauki czytania, ale bezskutecznie. Podawał się uczeń albo nauczyciel. Pewnego razu przyjaciel owego mężczyzny zapoznał go z profesorem Stanowego Uniwersytetu w Oklahomie, specjalistą od nauki czytania. Analfabeta powiedział, że to nie ma sensu, jest to marnowanie czasu. Profesor nie dał za wygraną, mówiąc: „W porządku. Spotkajmy się jednak kilka razy w tygodniu na taką luźna rozmowę”. Mężczyzna przystał na tę propozycję. Spotkania zaczęły owocować. Aż przeszedł dzień, kiedy to 89- letni mężczyzna był w stanie przeczytać biografię Jerzego Waszyngtona na poziomie trzeciej klasy podstawowej szkoły. Czytanie zakończył ze łzami oczach. Po niecałym roku nauki czyta on książki na poziomie siódmej klasy. 90- letni mężczyzna wyznał: „Czytanie zmieniło moje życie. Jestem teraz innym człowiekiem”.

Ten etap w naszej edukacji mamy za sobą. Umiemy czytać, ale ciągle musimy się uczyć rzeczywistości zapisywanej nie literami, ale zdarzeniami naszego życia, uczyć się drugiego człowieka, uczyć się Boga. W książce Anny Walczak „Spalona róża” jest zdanie: „Człowiek uczy się przez całe życie, a i tak umiera głupi”. Takie stwierdzenie można usłyszeć także w mowie potocznej. Jest ono do pewnego stopnia prawdziwe. Sprawdza się przy zdobywaniu mądrości, wiedzy, która nie wytrzymuje konfrontacji ze śmiercią i wydaje się niczym, gdy śmierć ogarnie nas swoim cieniem. Można by przytoczyć wiele przykładów, które mówią o głupim, czy raczej tragicznym końcu życia. Oto dwa z nich. Magda, żona Goebbelsa, szefa propagandy hitlerowskiej zanim popełniła z mężem samobójstwo podała w cukierkach szóstce swoich małych dzieci zabójczy cyjanek. Tak uzasadniała swoją decyzję: „Lepiej, by umarły niż by musiały znosić hańbę i pośmiewisko. W Niemczech, które nastaną po wojnie, nie ma miejsca dla moich dzieci”. Jakże głupia była śmierć Stalina, jednego z największych krwawych morderców. Rankiem znaleziono go leżącego na ziemi, zalanego moczem i częściowo sparaliżowanego. Świadkowie wspominają moment przebudzenia się Stalina, który przytomnym, ale przerażonym i szaleńczym wzrokiem spojrzał na otaczających go ludzi, zaczął grozić ręką i coś bełkotać. Jego córka twierdziła potem, że wyszeptał „Wszyscy zginiecie”.

Tydzień temu, razem z pielgrzymami uczestniczyłem na Placu św. Piotra w niezapomnianej uroczystości kanonizacji Jana Pawła II. Samo wspomnienie Świętego niesie nadzieję, radość, pokój. Kanonizacja była ziemskim znakiem ukoronowania mądrego i świętego życia. Widzieliśmy to piękno i mądrość w chwili gdy odchodził do domu Ojca. Tego piękna i mądrości nie było w stanie przesłonić nawet całe okrucieństwo śmierci. Ostanie chwile Jana Pawła nie tylko wyciskały łzy wzruszenia, ale stawały się dla wielu momentem przemiany życia, nawrócenia, zwrócenia się ku Bogu, odwrócenia się od zła, uczenia się prawdziwej mądrości. Śmierć była ukoronowaniem mądrego i owocnego życia. Jan Paweł II, w bliskości Chrystusa uczył się mądrości, która mogła się zmierzyć z samą śmiercią i zwyciężyć. Tej mądrości uczymy się w szkole Chrystusa. Ewangelia na dzisiejszą niedzielę ukazuje jedną z lekcji bożej mądrości jakiej udziela Chrystus zmartwychwstały swoim uczniom: „Oto dwaj uczniowie Jezusa tego samego dnia, w pierwszy dzień tygodnia, byli w drodze do wsi, zwanej Emaus, oddalonej sześćdziesiąt stadiów od Jerozolimy”.

Było to w dniu zmartwychwstania Jezusa, ale ci dwaj uczniowie nie byli przekonani co do tego. Z lęku przed prześladowaniem opuścili Jerozolimę, a może chcieli być jak najdalej od miejsca, gdzie się rozgrała tragedia, która była ich osobistą tragedią. Oto ich Mistrz, któremu zawierzyli wszystko, który był mocny w słowie i czynie został ukrzyżowany. Dla Niego zostawili wszystko. Może po ludzku wyobrażali sobie Królestwo Boże, o którym Jezus nauczał. Może widzieli swoje miejsce właśnie w takim królestwie. I wszystkie te nadzielę legły w gruzach. Nawet wcześniejsze zapowiedzi Jezusa o zmartwychwstaniu nie mogły ich uchronić przez smutkiem i zwątpieniem. Nawet opowieści kobiet o pustym grobie Jezusa nie rozproszyły ich wątpliwości: „Co więcej, niektóre z naszych kobiet przeraziły nas: były rano u grobu, a nie znalazłszy Jego ciała, wróciły i opowiedziały, że miały widzenie aniołów, którzy zapewniają, iż On żyje’. W czasie wędrówki przyłączył się do nich Chrystus, którego nie rozpoznali. Zaczęli opowiadać Nieznajomemu o ukrzyżowaniu ich Mistrza i zaprzepaszczonych nadziejach: „A myśmy się spodziewali, że właśnie On miał wyzwolić Izraela”. Po wysłuchaniu ich Nieznajomy powiedział: „O, nierozumni, jak nieskore są wasze serca do wierzenia we wszystko, co powiedzieli prorocy!” I zaczął im wyjaśniać wszystko od nowa. A mówi tak przekonywująco i pięknie, że dzień minął jak chwila, dlatego proszą Go: „Zostań z nami, gdyż ma się ku wieczorowi i dzień się już nachylił”. I został, zasiadł z nimi do stołu. Zaczął łamać chleb i wtedy otworzyły się im oczy. Poznali, że jest to Chrystus zmartwychwstały. Stali się innymi ludźmi, ich życie się odmieniło, tak jak życie wspomnianego na wstępie analfabety, tylko w nieporównanie pełniejszym stopniu.

Św. Paweł pisze o Chrystusie: „Wy przez Niego uwierzyliście w Boga, który wzbudził Go z martwych i udzielił Mu chwały, tak że wiara wasza i nadzieja są skierowane ku Bogu”. Aby uwierzyć trzeba, jak dwaj uczniowie rozpoznać Chrystusa. W tym rozpoznaniu potrzebna jest znajomość Pisma św., świadectwo innych o pustym grobie Jezusa, ale najważniejsze jest osobiste spotkanie Chrystusa, którego doświadczyli dwaj apostołowie przy „łamaniu chleba”.  W pierwszych wiekach chrześcijaństwa, sprawowanie Eucharystii nazywano „łamaniem chleba”. Tak jak w pierwszych wiekach, tak i dzisiaj Eucharystia jest rzeczywistością najpełniejszego spotkania z Chrystusem zmartwychwstałym. Chrystus idzie z nami przez życie i jeśli słuchamy Jego słów i zasiadamy z Nim przy stole na „łamanie chleba”, wtedy rozpoznamy Go jako naszego Pana, w którym jest mądrość naszego życia (Kurier Plus, 2017).

 

ROZPOZNAĆ CHRYSTUSA

Na FB krąży humor związany z pandemią. Diabeł mówi do Boga: „Koronawirusem pozamykałem Twoje kościoły”. „A ja przeciwnie, we wszystkich domach pootwierałem kościoły” – odpowiedział Bóg. Prawdę tego humoru zdaje się potwierdzać życie. Osobiście brakowało mi liturgii wielkanocnej uroczyście sprawowanej w kościele w otoczeniu mojej wspólnoty wiary. Brakowało mi ołtarza grobu Pańskiego, uroczystej procesji rezurekcyjnej i wielu innych rzeczy. Z poczuciem tego braku stanąłem przy domowym ołtarzu w moim nowojorskim pokoju kwarantanny. Zacząłem sprawować Mszę św. Przy tym ołtarzu nie byłem sam. Na monitorze mojego komputera widziałem, nieliczną wspólnotę wiary, która czynnie, przez czytanie tekstów liturgicznych, odpowiedzi, modlitwę włączała się w sprawowanie liturgii mszalnej. Muszę przyznać, że ta Mszą św. wielkanocna, pod pewnymi względami była niepowtarzalna i swoją mocą sięgała najgłębszych pokładów mojego serca. Gdy przyjdzie czas sprawowania liturgii wielkanocnej w normalnych warunkach, to wspomnienie pandemicznej liturgii wielkanocnej pozostanie jej najgłębszym dopełnieniem.

W podobnym duchu słyszałem wypowiedzi moich znajomych. Z jakimś niedosytem włączali się do liturgii transmitowanej przez media. Wcześniej jednak własne domy zamieniali niejako na kościoły domowe. Były w nich ołtarzyki, przy których wspólnie modlili się i włączali do liturgii transmitowanej przez media. Niektórzy, uczestnicząc w obrzędzie poświęcenia paschału w świątyni zapalali własny paschał w swoim nowojorskim mieszkań. I teraz, gdy uczestniczą w transmitowanej Mszy św. zapalają swój rodzinny paschał. I chociaż bardzo odczuwali brak uroczystej liturgii paschalnej w świątyniach, to liturgia w rodzinnych domach głęboko przeorywała ich serca. Te przeżycia będą nieocenionym pogłębieniem przeżywania tajemnic paschalnych, gdy będą uczestniczyć w nich w świecie wolnym od pandemii koronawirusa. Nasze przeżycie tajemnicy paschalnej nie mierzy się ilością kroków dzielących nas od naszego kościoła, nie mierzy się także ilością kroków i zwrotek pieśni w czasie procesji rezurekcyjnej, chociaż jest to bardzo ważne i bliskie naszemu sercu. Najważniejsza jest droga, którą pokonujemy w naszym sercu, gdzie spotykamy się ze swoim Bogiem. Tak jak dla apostołów z dzisiejszej ewangelii, którzy zdążali do Emaus nieważne były kilometry, które przeszli z Nieznajomym. Najważniejsze było ich wyznanie: „Czy serce nie pałało w nas, kiedy rozmawiał z nami w drodze i Pisma nam wyjaśniał?” Najpełniej doświadczamy obecności Chrystusa zmartwychwstałego na drodze naszego serca.

W czasie naszej ostatniej pielgrzymki do Ziemi Świętej odwiedziliśmy trzy miejsca, w których lokowane jest ewangeliczne Emaus. Tradycja mówi, że najbardziej prawdopodobne miejsce ewangelicznego Emaus znajduje się w Emmaus- Nicopolis. W Ziemi Świętej, zmieniające się warunki polityczne uniemożliwiały nawiedzanie autentycznego Emaus, stąd też wyznaczano inną miejscowość „oddaloną o sześćdziesiąt stadiów od Jeruzalem”. I tak się stało, że nie mamy stuprocentowej pewności, która z tych miejscowości jest ewangelicznym Emaus. Może to i dobrze, bo przez to ewangeliczna scena koncentruje naszą uwagę nie na drodze mierzonej kilometrami do konkretnej miejscowości, ale wskazuje na drogę duchową, drogę serca, która prowadzi do rozpoznania obecności Chrystusa w naszym życiu. Rozpoznanie Chrystusa, tak jak w przypadku apostołów rodzi ogromną radość, ukazuje sen życia, daje nadzieję. Zrozpaczeni apostołowie chcą być jak najdalej od Jerozolimy, gdzie rozgrała się ich osobista tragedia- tam został ukrzyżowany ich imitowany Mistrz, który był ich nadzieją i sensem życia. W drodze do Emaus dołączył do nich Nieznajomy, który tak pięknie mówił o tym wszystkim co się stało. Przymusili Go, aby został z nimi na kolacji. Przy łamaniu chleba, w Nieznajomym rozpoznali Chrystusa. I to był najważniejszy moment w ich życiu.

Każdy z nas ma swoje Emaus. Najczęściej idziemy z Chrystusem całe życie i tylko na drodze serca potęguje się w nas miłość do Niego. Innym razem na drodze niepewności, słuchania podszeptu serca, sumienia poznajemy Chrystusa u schyłku naszego życia, mówiąc językiem ewangelicznym, gdy nasze życie: „ma się ku wieczorowi i dzień się już nachylił”. Autentyczne odnalezienie Chrystusa daje poczucie ogromnej radości z faktu odnalezienia najgłębszego sensu życia. Doświadczył tego Charlie Rich, który urodził się w pobożnej rodzinie żydowskiej w małej wiosce na Węgrzech.

Kiedy Charlie był jeszcze niemowlęciem, jego ojciec wyjechał do Stanów Zjednoczonych, aby zarabiać na utrzymanie rodziny. Wychowywała go więc matka oraz pobożni Żydzi. Już jako kilkuletni chłopiec Charlie codziennie, wczesnym rankiem, chodził do synagogi na modlitwę. Po latach wspominał, że ta modlitwa była dla niego źródłem wielkiej radości. Odczuwał wówczas bliskość i miłość Boga. Kiedy Charlie miał 10 lat, jego ojciec uzbierał wystarczającą ilość pieniędzy i sprowadził całą rodzinę do Nowego Jorku. W nowym środowisku chłopiec utracił dziecięcą wiarę i stał się ateistą. Decydujący wpływ na zmianę poglądów Charliego miał jego nauczyciel, który był agnostykiem.

Utrata wiary w istnienie Boga nie zniszczyła jednak w nim silnego pragnienia poznania prawdy. Mówiąc językiem dzisiejszej Ewangelii „serce w nim pałało”. Gdy miał trzydzieści trzy lata, rozczytywał się w książkach św. Augustyna, św. Tomasza z Akwinu, św. Bernarda, św. Katarzyny ze Sieny itd. Był nimi zafascynowany. Trudno mu było jednak uwierzyć w to, że Jezus Chrystus jest Bogiem. Brak w Boga sprawił, że Charlie zaczął odczuwać coraz większą pustkę i nie widział sensu życia. W końcu przyszedł taki dzień, kiedy Charlie popadł w rozpacz i uznał, że jedynym rozwiązaniem będzie samobójstwo. Poszedł do parku i gdy już miał zarzucić sznur na konar jednego z drzew, usłyszał za sobą czyjeś kroki, obejrzał się i nie zobaczył nikogo. Przestraszony odstąpił od swojego planu.

W niedługim czasie po tym wydarzeniu przechodził obok kościoła. Dla ochłody i odpoczynku wstąpił do niego. Patrząc na witraż przedstawiający ewangeliczną scenę uciszenia burzy przez Jezusa, Charlie odczuł wielkie pragnienie, aby uwierzyć z taką samą pewnością i mocą jak ci, którzy tu przychodzą, modlą się i wierzą, że Chrystus rzeczywiście istnieje, że umarł i zmartwychwstał, a Jego słowa zapisane w Ewangelii są prawdziwe. Jednak wydawało mu się zbyt cudowne i nierealne, żeby było prawdą. Gdy tak rozmyślał, nagle usłyszał bardzo wyraźnie słowa, które wprawiły go w osłupienie: „Oczywiście, że to jest prawda. Chrystus jest Bogiem, który zstąpił na ziemię i stał się prawdziwym człowiekiem. Słowa Ewangelii są prawdą”.

Od tego momentu, jak sam napisał, historia jego życia nabrała nowej duchowej jakości, którą trudno opisać ludzkimi słowami, ponieważ dotyczy ona poznania miłości Chrystusa przewyższającej wszelką wiedzę. To mistyczne doświadczenie przemieniło całe jego życie. Charlie klęczał i dziękował za to, że sam Pan przybył mu na ratunek i osobiście powiedział mu, że Chrystus jest Bogiem. Po przyjęciu chrztu Charlie wyznał: „Od chwili mojego chrztu i Pierwszej Komunii Świętej posiadłem szczęście, którego nie oddałbym za nic w świecie. Dało mi ono pokój duszy i czystość oglądu, jakiej nie uważałem za możliwą w tym życiu, pokój Boży, który przewyższa wszelki umysł” (Kurier Plus, 2020).

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *