4 sty

3 niedziela Wielkiego Postu Rok C

 

PRZYPOWIEŚĆ O BOŻYM MIŁOSIERDZIU

W tym czasie przyszli niektórzy i donieśli Mu o Galilejczykach, których krew Piłat zmieszał z krwią ich ofiar. Jezus im odpowiedział: Czyż myślicie, że ci Galilejczycy byli większymi grzesznikami niż inni mieszkańcy Galilei, że to ucierpieli? Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy podobnie zginiecie. Albo myślicie, że owych osiemnastu, na których zwaliła się wieża w Siloam i zabiła ich, było większymi winowajcami niż inni mieszkańcy Jerozolimy? Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy tak samo zginiecie. I opowiedział im następującą przypowieść: Pewien człowiek miał drzewo figowe zasadzone w swojej winnicy; przyszedł i szukał na nim owoców, ale nie znalazł. Rzekł więc do ogrodnika: Oto już trzy lata, odkąd przychodzę i szukam owocu na tym drzewie figowym, a nie znajduję. Wytnij je: po co jeszcze ziemię wyjaławia? Lecz on mu odpowiedział: Panie, jeszcze na ten rok je pozostaw; ja okopię je i obłożę nawozem; może wyda owoc. A jeśli nie, w przyszłości możesz je wyciąć (Łk 13,1-9).

Sprawiedliwość jest jedną z najważniejszych wartości w życiu człowieka. Jest ona konieczna w ułożeniu poprawnych stosunków międzyludzkich. Słowo sprawiedliwość bywa często nadużywane. W imię sprawiedliwości prowadzi się wojny i wszczyna rewolucje. W jej imię człowiek zabijał człowieka. Dlaczego tak się dzieje? Zapewne zasadniczym powodem takiego stanu jest subiektywne pojmowanie prawdy; sprawiedliwe jest to, co jest korzystne dla mnie. Jest to moralność Kalego , którego znamy z powieści H. Sienkiewicza, „W pustyni i puszczy”. Kali uważa, że dzieje się niesprawiedliwość gdy jemu skradną krowę, ale gdy Kali ukradnie krowę to jest wszystko w porządku. Taką moralnością kierują się nieraz jednostki jak i tez cale narody. Hitlerowcy pustosząc ziemie polskie głosili, że czynią to w imię sprawiedliwości; bronią swych rodaków prześladowanych w Polsce i prawa do przestrzeni życiowej dla swego narodu. A wiec nawet zbrodniarz, w swych niecnych czynach stara się podpierać hasłami sprawiedliwości.

Aby uniknąć subiektywizmu w pojmowaniu sprawiedliwości ludzkość tworzy kodeksy prawa oparte na ogólnie przyjętych normach moralnych, które dla wszystkich miałyby taką samą moc obowiązującą. Na podstawie tego prawa sądzono zbrodniarzy hitlerowskich. Według prawa niemieckiego byli niewinni, sądzono ich, zatem na prawie opierającym się na normach ogólnoludzkich. Najczęściej przyjmuje się, że źródłem tego prawa jest Bóg. Człowiek odkrywa je poprzez swą naturę np. szacunek dla swych rodziców, lub też przez objawienie nadprzyrodzone jak np. Dekalog. W zasadzie prawo, jakim kierują się dzisiejsze sądy, w krajach autentycznie demokratycznych opiera się na prawie bożym.

Mając sprawiedliwe prawo nie zawsze można liczyć na sprawiedliwy wyrok. Bywa nieraz tak jak w tej anegdocie. Pewnego razu nad stawem lis schwytał gęś. – Mam cię teraz, pływałaś po moich wodach, i to nie pierwszy raz. Teraz dopadłem cię; ukażę cię i zjem na obiad. -Chwileczkę, lisie- broniła się gęś. Ja mam takie samo prawo do tych wód, jak i ty. Jeżeli wątpisz, to chodźmy do sądu po sprawiedliwość! I poszli do sądu. Jednak tam gęś nie doczekała się sprawiedliwości, ponieważ sędzia był lisem, prokurator był lisem, ławnicy byli lisami, nawet protokolant był lisem. Ci wszyscy przesłuchiwali „doprowadzoną” gęś, skazali ją, wykonali wyrok i wspólnie obgryźli jej kości..

Żyjąc nawet w krajach praworządnych można doznawać niesprawiedliwości. Bogaci w majestacie prawa wykorzystują biednych, nadużywając swego bogactwa. Władcy nadużywają władzy, aby ominąć prawo. I tak ci, co mają prawo za sobą, a przeciw sobie bogactwo i władzę mogą doznawać krzywdy. W takiej sytuacji rodzi się bunt i nienawiść, czasami pozostaje wołanie o sprawiedliwość do Boga lub bolesna rezygnacja; dobrze, że istnieje śmierć- jedyna sprawiedliwość na świecie.

W Bożej sprawiedliwości jest miejsce na miłosierdzie, czego brakuje nieraz w ludzkim jej wydaniu. Przykładem tego jest wyrok śmierci, jaki wykonano na Karli Tucker. Zabrakło tego miłosierdzia ze strony stróżów prawa, ale Karla liczyła bardziej na miłosierdzie Boże, niż ludzkie. Z łagodnym uśmiechem i modlitwą na ustach szła na miejsce egzekucji. „Idę na spotkanie Jezusa twarzą w twarz. Zobaczymy się, gdy tam przyjdziecie. Będę na was czekać”- to były jedne z ostatnich jej słów wypowiedzianych przed egzekucją. Swą wiarę w Bożą sprawiedliwość i miłosierdzie czerpała z Ewangelii.

Fragment Ewangelii o drzewie figowym jest przypowieścią o bożym miłosierdziu. Jesteśmy jak te drzewa zasadzone w Bożym ogrodzie. Mamy owocować dobrymi uczynkami. Gdy nie owocujemy, Bóg zanim wyciągnie sprawiedliwą rękę przychodzi do nas ze swym miłosierdziem i daje szansę pojednania w Jezusie i wydania owocu. Jak ten ogrodnik wstawiający się za bezowocną figą (z ksiązki Ku wolności).

 

DRZEWO FIGOWE

Nie chciałbym, bracia, żebyście nie wiedzieli, że nasi ojcowie wszyscy co prawda zostawali pod obłokiem, wszyscy przeszli przez morze i wszyscy byli ochrzczeni w imię Mojżesza, w obłoku i w morzu; wszyscy też spożywali ten sam pokarm duchowy i pili ten sam duchowy napój. Pili zaś z towarzyszącej im duchowej skały, a skałą był Chrystus. Lecz w większości z nich nie upodobał sobie Bóg; polegli bowiem na pustyni. Stało się zaś to wszystko, by mogło posłużyć za przykład dla nas, iżbyśmy nie byli skłonni do złego, jak oni zła pragnęli. Nie szemrajcie, jak niektórzy z nich szemrali i zostali wytraceni przez dokonującego zagłady. A wszystko to przydarzyło się im jako zapowiedź rzeczy przyszłych, spisane zaś zostało ku pouczeniu nas, których dosięga kres czasów. Niech przeto ten, komu się zdaje, że stoi, baczy, aby nie upadł (1 Kor 10,1-6.10-12).

Ewangeliczne drzewo figowe znalazło się w uprzywilejowanej sytuacji. Zasadzono je w winnicy. Winnice zakładano na najurodzajniejszej ziemi, wybierając najbardziej korzystne warunki klimatyczne. Mimo tak korzystnych warunków i osiągnięcia wieku owocowania drzewo figowe pozostało bezowocne. Logika nakazuje takie drzewo wyciąć. Taka jest decyzja gospodarza. A jednak ogrodnik, jak gdyby wbrew ludzkiej logice prosi o rok zwłoki.

Przypowieść o drzewie figowym mówi o rzeczywistości przekraczającej ziemską perspektywę, dlatego też logika tej przypowieści przekracza wymiar doczesny. Jest to przypowieść o człowieku, który jak drzewo figowe ma wydać owoc we właściwym czasie. A zatem kto i jakiego owocu oczekuje od nas? Dla pewnej jasności, odpowiadając na to pytanie należałoby uwzględnić dwie uzupełniające się płaszczyzny aktywności człowieka. Płaszczyzna doczesna. Dla ilustracji użyję przykładu. Uczniowi zapewniamy wszystko, co jest konieczne do nauki. Owocem, jakiego oczekujemy mają być dobre wyniki w nauce. Zaś na płaszczyźnie nadprzyrodzonej owocem ludzkiego życia jest zbawienie, życie wieczne. Ten cel osiąga się w łączności z Bogiem, idąc drogą przykazań. Na tej drodze człowiek owocuje dobrem każdego dnia i to się sumuje na owoc całego życia. W tej perspektywie owocowanie na płaszczyźnie doczesnej rodzi owoc wieczny. I tak przez solidne potraktowanie nauki szkolnej lepiej możemy służyć Bogu i bliźniemu.

Na owocowanie możemy spojrzeć także inaczej. Co Bóg może uczynić przez nas? Popatrzmy jeszcze raz na drzewo figowe. Z ziemi otrzymuje wodę i pokarm, liście czerpią energię od słońca, kwiaty są zapylane przez wiatr i owady. Owoc jest efektem tych czynników. Głównym zadaniem drzewa figowego jest wykorzystanie tego, co Bóg mu daje do dyspozycji, aby wydać owoc. Podobnie jest z człowiekiem. Otrzymujemy od Boga tak wiele darów naturalnych przez, które Bóg może działać w nas na rzecz nas samych i naszych bliźnich. Gdy otworzymy się w pełni na boże działanie, On zamieszka w nas, przez co nasze życie jest w stanie zaowocować wiecznością. A zatem pytanie o owoc naszego życia przybiera bardziej poprawną formę: co ja robię z darami jakie otrzymuje od Boga?.

Na pustyni Bóg objawił się Mojżeszowi w gorejącym krzaku. Mojżesza zaintrygowało to, że krzak płonie, ale nie ulega spaleniu. Mojżesz poprzez to objawienie napełnił się ogniem bożym i dokonał nadzwyczajnych rzeczy. Wyprowadził Naród Wybrany z niewoli egipskiej, przeprowadził przez Morze Czerwone i pustynię oraz wprowadził do Ziemi Obiecanej. Jego życie wydało wspaniały owoc. Otwarcie się na łaskę bożą i przyjęcie jej całym sercem sprawia, że płonie w nas ogień boży, który nie niszczy naszych naturalnych zdolności, cech osobowości ale uzdalnia je do wydania wiecznego owocu.

Jakże często powtarza się w naszym życiu sytuacja drzewa figowego, które zasługiwało na „wycięcie” . Logika ludzka sugeruje potępienie i odrzucenie człowieka, gdy nie wydaje owocu. Bardzo często nie daje człowiekowi drugiej szansy. Inaczej Bóg, który jest pełnią miłości. W tej miłości jest miejsce na nieskończone boże miłosierdzie. Dlatego mamy zawsze drugą szansę nawrócenia, aby wydać właściwy owoc.

James Colainni opowiada historię związaną z obrazem przedstawiającym grę w szachy młodego człowieka z szatanem. Stawką jest dusza młodzieńca. Na obrazie widzimy zadowolonego szatana, przed którym zwycięski ruch i przygnębionego młodzieńca, który nie widzi żadnej szansy zwycięstwa. Szachiści, oglądający obraz z sympatią patrzyli na młodzieńca, który znalazł się jakby w ślepej uliczce. Obraz ten zaintrygował także słynnego szachistę Paula Murphy. Pewnego razu studiując ułożenie figur na szachownicy dostrzegł to czego inni nie widzieli wcześniej. W pewnym momencie podekscytowany zawołał do młodzieńca z obrazu: „Nie poddawaj się! Masz wspaniały ruch. Jest ciągle nadzieja wygrania”.

Mamy ciągle nadzieję wygrania, dlatego, że jest przy nas Chrystus, który ufa nam, daje siłę i czeka na nasze nawrócenie. Daje nam jeszcze jedną szansę. Tak jak w tej historii Teresy Wright Hayden zamieszczonej w „The Catholic Digest (Lipiec,1988 r.). Teresa w młodym wieku opuściła Kościół. Gdy pytano dlaczego? Odpowiadała: „Jest zbyt wiele powodów, aby je wyliczyć”. Przez cztery lata pozostawała poza wspólnotą wiary, nie zaznając przy tym szczęścia. Pewnego razu zginął w wypadku samochodowym jej bliski przyjaciel. Zdecydowała się pójść do kościoła na pogrzeb. Tak pisze o tym: „Niespodziewanie ogarnęło mnie ogromne wzruszenie, gdy patrzyłam na białe przykrycie trumny i słowa kapłana, który powiedział, że to białe przykrycie symbolizuje chrzest przez, który ten młody człowiek został włączony w Chrystusa. Jeśli pozwolimy Chrystusowi w nas działać, wtedy nasze życie owocuje wiecznością. To było jakby przebudzenie z długiego koszmarnego snu. Po raz pierwszy zadałam sobie pytanie dlaczego odeszłam od kościoła. To był początek uświadomienia sobie, jak bardzo Bóg nas kocha, i jak ważne jest życie we wspólnocie wiary, gdzie Bóg jest obecny”. Dla Teresy ten pogrzeb był jak gdyby drugą szansą spotkania Boga i przyjęcia Go całym sercem. Bóg dał jej drugą szansę, tak jak ewangeliczny gospodarz dał jeszcze jedną szansę dla drzewa figowego.

Teresa wykorzystała tę szansę, mówi o tym tymi słowami: „Miało to miejsce rok temu. W tym czasie Bóg odnowił mnie i uzdrowił moją duszę. Duch Święty ukazał mi pełnię w Kościele i drogę do duchowej pełni. Znalazłam to wszystko po raz drugi w moim życiu”.

Okres Wielkiego Postu jest dla nas kolejną szansą (z książki Nie ma innej Ziemi Obiecanej).

 

ŚWIĘTY JAN BOSKO

Mojżesz pasł owce teścia swego Jetry, kapłana Madianitów; zawiódł pewnego razu owce w głąb pustyni i przyszedł do góry Bożej Horeb. Wtedy ukazał mu się anioł Pana w płomieniu ognia w środku krzewu. Mojżesz widział, jak krzew płonął ogniem, a nie spłonął od niego.  Rzekł wtedy Mojżesz: ”Zbliżę się, aby ujrzeć lepiej to niezwykłe zjawisko, dlaczego krzew się nie spala”. Gdy zaś Pan ujrzał, że Mojżesz się zbliżał, aby lepiej mógł ujrzeć, zawołał doń Bóg: ”Mojżeszu, Mojżeszu!”. On zaś odpowiedział: ”Oto jestem”. Rzekł mu: ”Nie zbliżaj się tu. Zdejm sandały z nóg, gdyż miejsce, na którym stoisz, jest ziemią świętą”. Powiedział jeszcze Pan: ”Jestem Bogiem ojca twego. Bogiem Abrahama, Bogiem Izaaka i Bogiem Jakuba”. Mojżesz zasłonił twarz, bał się bowiem ujrzeć Boga. Pan mówił: ”Dosyć napatrzyłem się na udrękę ludu mego w Egipcie i nasłuchałem się narzekań jego na ciemięzców, znam tedy dobrze jego uciemiężenie. Zstąpiłem, aby go wyrwać z jarzma egipskiego i wyprowadzić z tej ziemi do ziemi żyznej i przestronnej, do ziemi, która opływa w mleko i miód”. Mojżesz zaś rzekł Bogu: ”Oto pójdę do synów Izraela i powiem im: »Bóg ojców naszych posłał mię do was«. Lecz gdy oni mnie zapytają, jakie jest Jego imię, to cóż im mam powiedzieć?”. Odpowiedział Bóg Mojżeszowi: ”Ja jestem, który jestem”. I dodał: ”Tak powiesz synom Izraela: »Ja jestem posłał mię do was«”. Mówił dalej Bóg do Mojżesza: ”Tak powiesz synom Izraela: Pan, Bóg ojców waszych, Bóg Abrahama, Bóg Izaaka i Bóg Jakuba przysłał mnie do was. To jest imię moje na wieki i to jest moje zawołanie na najdalsze pokolenia” (Wj 3,1-8a.13-15).

Przypowieść o drzewie figowym mówi o bożej miłości, która cierpliwie czeka, aby człowiek wydał odpowiedni owoc życia. Bóg nie jest skory do potępienia, ale cierpliwie czeka, aby człowiek się nawrócił i żył wiecznie. Bóg nie łamiąc ludzkiej wolnej woli robi wszystko, aby człowiek zaowocował dobrem. Jest to także wskazówka w naszych odniesieniach do bliźnich. Powinniśmy być bardziej skorzy do pomocy człowiekowi w jego wzroście ku dobremu, niż do pochopnego osądzania i przekreślania go. Przypowieść stawia nas także przed pytaniem, czy uczyniliśmy wszystko, aby nasz bliźni, który stanął na drodze naszego życia doświadczył z naszej strony pomocy, aby jeszcze pełniej zaowocować. Ma to szczególne znaczenie w relacjach dorosłych z dziećmi i młodzieżą. Wzorem do naśladowania w tym względzie może być św. Jan Bosko. O wychowaniu i pomocy dzieciom i młodzieży tak pisał: „Wychowanie jest sprawą serca. Ten, kto wie, że jest kochany, sam też kocha. Ten, kto jest kochany, osiąga wszystko, zwłaszcza z młodzieżą. A kiedy miłość blednie, wszystko przestaje się układać”.

Św. Jan Bosko urodził się 16 sierpnia 1815 roku, w małej włoskiej wiosce Becchi, leżącej w odległości 30 km od Turynu. Na chrzcie nadano mu imiona: Jan, Melchior. W dwa lata później umarł jego ojciec. O tej bolesnej stracie Jan Bosko napisze: „Nie miałem jeszcze dwóch lat, kiedy umarł mój ojciec. Nie pamiętam nawet jego twarzy, pamiętam tylko słowa matki: Mój Janku, nie masz już ojca. Wszyscy wychodzili z pokoju, w którym leżał zmarły, tylko ja upierałem się, aby tam zostać. Cóż mogło rozumieć dziecko w tym wieku. Miałem wtedy dwa lata. Od tego pierwszego cierpienia aż do piątego roku życia nie zachowałem żadnego innego wspomnienia”.

Matka Jana Bosko, Małgorzata miała 29 lat, gdy została wdową. Jej życie było wzorem pracowitości i macierzyńskiego oddania. Odznaczała się wrodzonym instynktem wychowawczym. Z roztropnym umiarem unikała zarówno przesadnej surowości jak i fałszywej słodyczy. Wychowanie trzech synów pochłaniało większość jej czasu. Jan Bosko tak wspomina swoją matkę: „Jej wielkość oceniam dokładniej dopiero teraz, po latach. W domu było nas pięcioro: ona, chora matka naszego ojca i my trzej, którzy nie zawsze byliśmy aniołkami. Byliśmy biedni, nie dziw się, że chciała, żebyśmy umieli pracować. Zresztą sama dawała tego najlepszy przykład. Ale nade wszystko chciała przekazać nam swoją wiarę: „Bóg was widzi, moje dzieci. Ja mogę być daleko, On zawsze jest obecny” – powtarzała często. A potem, kiedy miałem już dziesiątki i setki chłopców, jakim wspaniałym była pomocnikiem! I pomyśleć, że nie umiała nawet czytać”.

9 letni Jan miał widzenie senne, które odczytał, jako znak, co do swojego powołania: „Śniło mi się dzisiaj coś niezwykłego – opowiadałem przy śniadaniu. – Zdawało mi się, że znalazłem się w tłumie chłopców, którzy krzyczeli i przeklinali. Chciałem uciszyć ich wrzask, krzycząc jeszcze głośniej, potem za pomocą pięści. Ujrzałem wówczas nieznajomą, tajemniczą Postać i usłyszałam jej słowa: Nie! Nie gwałtownością, lecz słodyczą możesz pozyskać ich, przyjaźń. Wtedy ci nicponie, którzy na chwilę stali się dzikimi zwierzętami, zmienili się w posłuszne baranki. Słyszałem dalej głos: Janku, prowadź ich na pastwisko. Później zrozumiesz znaczenie tego, co teraz widzisz”. Józef, brat Jana po wysłuchaniu tej opowieści orzekł: „Może zostaniesz pastuchem bydła”. Drugi brat zawyrokował: „Raczej wodzem bandytów”. Zaś matka wypowiedziała prorocze słowa, które Jan Bosko będzie wspominał: „A może zostaniesz księdzem”? I właśnie tak, mały Jan zrozumiał swój sen.

Jan widział jak wielką popularnością wśród mieszkańców cieszą się kuglarze i cyrkowcy. Zaczął się im dobrze przyglądać i naśladować. A następnie sam dawał pokazy sztuki cyrkowej dla zgromadzonych mieszkańców swojej dzielnicy. Te pokazy były przeplatane modlitwą, pobożnym śpiewem i „kazaniem”, które było najczęściej powtórzeniem tego, co zdołał zapamiętać, będąc w kościele na Mszy św. Już wtedy miał jasną wizję swojego kapłaństwa. „Miałem już 11 lat, a umiałem zaledwie czytać i pisać. Wiedziałem już, że mam być księdzem. Dobry ks. Calosso uczył mnie łaciny, ale sytuacja w domu była taka, że musiałem go opuścić. Trafiłem do dalekich krewnych czy tylko znajomych mamy i zostałem u nich prawie dwa lata”. Jan wybrał się do rodziny Moglia w Moncuco i tam czasowo pozostał. W tygodniu pracował, w niedzielę zbierał chłopców, aby uczyć ich katechizmu lub opowiedzieć jakiś fragment z Ewangelii.

W wieku 14 lat Jan zamieszkał u księdza emeryta Calosso, który udzielał mu lekcji. Po roku Calosso zmarł. Dalsze nauki Jan pobierał w szkole o której napisał: „Matka postanowiła, że będę chodził do Castelnuovo na kurs łaciny. Dobrze powiedzieć: będę chodził! 20 kilometrów codziennie pieszo, bagatela, czasem boso, by zaoszczędzić obuwia. Przy okazji nauczyłem się krawiectwa, co miało przydać mi się w przyszłości. Dopiero w Chieri rozpoczęła się prawdziwa nauka. Byłem tak szczęśliwy, że nie przeszkadzały mi drobne „urozmaicenia”: korepetycje, posługiwanie u gospodyni, praca od świtu do nocy”. W roku 1834 Jan Bosko wstąpił do seminarium duchownego w Chieri. Spędził tam 6 lat. W przeddzień święceń profesorowie wypisali obok jego nazwiska opinię: bardzo dobrze z wyróżnieniem. Postawę religijno-moralną określili jako pełną gorliwości. 5 czerwca 1840 roku Jan Bosko otrzymał święcenia kapłańskie. Jako kapłan pragnął poświęcić się młodzieży: „Zapragnąłem czym prędzej zostać księdzem aby wejść między młodzież, poznać ją dobrze i być jej przyjacielem”.

3 listopada 1841 roku ks. Jan Bosko rozpoczął swoją pracę wśród młodzieży: gromadził młodych chłopców w tzw. oratorium, modlił się z nimi, bawił, uczył, wychowywał, zaopatrywał materialnie w miarę swoich niewielkich możliwości. Zapotrzebowanie na taką pracę było ogromne. W Turynie liczącym 140.000 mieszkańców były w 1848 roku aż cztery więzienia dla nieletnich. Chłopcy, początkowo nieufni, zaczęli napływać dziesiątkami. Ks. Bosko wyszukiwał dla nich miejsca dla wspólnej zabawy i modlitwy, organizował spotkania, przewodniczył, rozmawiał indywidualnie. Mimo trudności dzieło rozrastało się. W 1852 roku 150 opuszczonych chłopców znalazło na stałe dom i rodzinę pod dachem swojego opiekuna i ojca, który w poszukiwaniu młodych dusz dokonywał rzeczy niezwykłych. W 1855 roku np. wyprowadzał 300 młodych więźniów na przechadzkę niedzielną i wszystkich przyprowadził z powrotem – bez niczyjej pomocy. Przy zupełnym braku własnych funduszy ks. Bosko podejmował niezwykłe akcje. W 1860 roku utrzymywał już kilkuset chłopców. Zorganizował dla nich pracownie: szewską, krawiecka, stolarską, introligatornię i kuźnię, wreszcie drukarnię. Sam napisał około 70 różnych prac oraz wydał wiele książek i broszur. Wybudował, oprócz kościoła św. Franciszka Salezego i domów dla młodzieży, trzy wielkie bazyliki: dwie w Turynie i jedną w Rzymie. Jan Bosko pomyślał o kontynuacji swojej misji, zakładając zgromadzenie salezjańskie złożone z księży i braci zakonnych. 14 maja 1862 roku 22 młodych ludzi złożyło śluby zakonne na ręce ks. Bosko. W ten sposób zaczęło się życie nowej wspólnoty w Kościele Chrystusowym.

Intensywna praca wyniszczała organizm Świętego. Na wszelkie sugestie odpoczynku odpowiadał: „Będę odpoczywał, kiedy diabeł przestanie szkodzić”. W roku 1884 Combal, profesor uniwersytetu zalecił mu wypoczynek: „Ksiądz zrujnował sobie zdrowie przez nadmiar pracy. Organizm księdza jest jak ubranie, zniszczone z powodu ciągłego używania. Jedynym lekarstwem jest włożyć je do szafy”. „Drogi doktorze” – odpowiedział ks. Bosko – to jest jedyne lekarstwo, którego nie mogę zastosować. Zbyt wiele jest do zrobienia”. Trzy lata później inny lekarz pisał: „W nim wszystko jest zaatakowane, serce jest zagrożone, zaatakowana jest wątroba, rdzeń pacierzowy powoduje paraliż dolnych kończyn, już prawie nie może mówić. Prócz tego źle działają nerki, a jeszcze gorzej płuca. Ks. Bosko nie umiera z powodu jakiejś określonej choroby. On jest jak lampa, która gaśnie z powodu braku oliwy”.

18 stycznia 1888 roku o godz. 4,45 nad ranem ta lampa zagasła. Odszedł do Pana po nagrodę wielki apostoł naszych czasów, który całe swoje życie poświęcił biednej i opuszczonej młodzieży. W czasie kanonicznego procesu naoczni świadkowie w detalach opisywali cuda, jakie dokonały się za wstawiennictwem Jana Bosko. Były to wypadki uzdrowienia ślepych, głuchych, chromych, sparaliżowanych, nieuleczalnie chorych i co najmniej jeden wypadek wskrzeszenia umarłych. Święty posiadał dar bilokacji. Najwięcej jednak rozgłosu przyniosły Świętemu dar czytania w sumieniach ludzkich, którym po-sługiwał się niemal na co dzień, oraz dar przepowiadania przyszłości (z książki Wypłyń na głębię).

 

SZUKANIE BOGA

Tomasz Merton, mnich-eremita, poeta, pisarz, duszpasterz, artysta malarz i fotografik, mistyk, znawca duchowości Dalekiego Wschodu, ekumenista, pacyfista, ikona pop kultury doby dzieci-kwiatów w książce „Szukanie Boga” napisał: „Wszyscy bowiem ludzie mają swój cel nadprzyrodzony – widzenie Boga. Mają osiągnąć ten cel posługując się swymi władzami naturalnymi, szczególnie intelektem i wolą, wspomaganymi łaską Boga. Łaska nigdy nie zawiedzie tego, kto czyni wszystko, co w jego mocy, by znaleźć Boga”. Merton był wychowany przez ojca w duchu indyferentyzmu religijnego i swobody moralnej. Jednak wewnętrzny głos przynaglał go do szukania Boga. W czasie studiów w Columbia University zapoznał się z pracami św. Augustyna, Tomasza a Kempis, Ignacego Loyoli. Pod ich wpływem nawrócił się i w 1938 przyjął chrzest, a w roku 1949 wstąpił do zakonu trapistów w Gethsemani w stanie Kentucky. O swoim szukaniu Boga napisał w wyżej wspomnianej książce: „Światło udzielane jest nam w takim stopniu, w jakim oddajemy się coraz więcej i doskonałej Bogu, przez pokorną uległość i miłość. To nie jest tak, że najpierw widzimy, potem działamy; najpierw działamy, potem widzimy”’.

Na różne sposoby dążymy do pełniejszego spotkania z Bogiem. Jednym z nich jest pielgrzymowanie do miejsc uświęconych niejako dotknięciem samego Boga. Najważniejszym takim miejscem jest Ziemia Święta. W czasie pielgrzymki do Ziemi Świętej pielgrzymi wyruszają nocą na górę Synaj, aby w blaskach wschodzącego słońca rozpamiętywać wydarzenie w czasie, którego Mojżesz pośród dymu i ognia otrzymał od Boga tablice Dziesięciu przykazań. Wracając z góry Synaj pielgrzymi zatrzymują się w klasztorze św. Katarzyny, gdzie rośnie gorejący krzew, przypominający spotkanie Mojżesza z Bogiem. Boże dotknięcie tej ziemi sprawiło, że stała się ona święta. Mojżesz usłyszał głos: „Nie zbliżaj się tu. Zdejm sandały z nóg, gdyż miejsce, na którym stoisz, jest ziemią świętą”. Obuwie uchodziło za nieczyste i nie wolno było go nosić w miejscu świętym. To spotkanie z Bogiem umocniło wiarę Mojżesza i dało siłę wypełnienia misji, jaką Bóg mu zlecił- wyprowadzenie Narodu Wybranego z niewoli egipskiej. Tu Bóg objawił Mojżeszowi swoje imię „Ja jestem, który jestem”, inaczej Jahwe. Pielgrzymi nie zdejmują w tym miejscu sandałów, ale wiedzą, że chodzą po ziemi świętej, a w sercu czują szczególną obecność Boga.

W Ewangelii na dzisiejszą niedzielę Chrystus mówi o bezowocnym drzewie figowym. Gospodarz kazał je wyciąć. Jednak ogrodnik prosił: „Panie, jeszcze na ten rok je pozostaw; ja okopię je i obłożę nawozem; może wyda owoc. A jeśli nie, w przyszłości możesz je wyciąć”. Jest to opowieść o nas samych. Tak wiele darów otrzymujemy od Boga, które mają owocować dobrem w naszym życiu. A my często owocujemy złem.  Ale nawet w takiej sytuacji Bóg okazuje człowiekowi miłosierdzie, czeka na jego nawrócenie i wydanie owoców. Jednak miłosierdzie dotyka sprawiedliwości i dyktuje słowa dzisiejszej Ewangelii o bezowocnym drzewie: „…w przyszłości możesz je wyciąć”. Dobre owoce, jakie wydajemy nie tylko nas samych przybliżają do Boga, ale stają się znakami, pomagającymi innym spotkać Boga.

W czasie naszego pielgrzymowania śladami św. Damiana, apostoła podziwialiśmy niespotkane piękno hawajskiej przyrody. Jeden z uczestników pielgrzymki powiedział, że jest tu jak w raju. Doświadczałem tego samego uczucia, szczególnie świtem. Wędrowałem zielonymi i ukwieconymi ogrodami w kierunku plaży, a towarzyszył mi śpiew porannych ptaków. Spacerując pustą plażą, słuchając ptaków i szumu morza i podziwiając poranne zorze odmawiałem Różaniec. Czułem się jak w najpiękniejszej świątyni zbudowanej rękami samego Boga. A na myśl przychodziły mi słowa z Księgi Mądrości: „Głupi z natury są wszyscy ludzie, którzy nie poznali Boga: z dóbr widzialnych nie zdołali poznać Tego, który jest, patrząc na dzieła nie poznali Twórcy”. A zatem według biblijnego autora otwarty umysł i wrażliwe serce może dostrzec w cudownej hawajskiej przyrodzie znak bożej obecności, ale nie na takie znaki chcę zwrócić uwagę w tych rozważaniach.

Przed głównym gmachem władz stanowych Hawajów, w centralnym miejscu stoi pomnik św. Damiana. Nieopodal jest katedra Matki Bożej Pokoju, w której św. Damian przyjął święcenia kapłańskie i sprawował pierwszą Mszę św. To miejsce jest pełne jego obecności, nie tylko w formie różnego rodzaju pamiątek, które możemy kupić, ale w sercach ludzi, którzy przez swoich rodziców i dziadków spotkali świętego. Z tymi ludźmi mieliśmy okazję wspólnie sprawować Mszę świętą i doświadczyć ich szczególnej życzliwości. Na początku Mszy św. poproszono naszą grupę o powstanie. Powitano nas brawami, po czym każdemu nałożono naszyjnik z muszelek. Proboszcz tej parafii, który jest emigrantem z Ukrainy, a który w wieku 14 lat przyjął chrzest w Polsce powitał nas bardzo ciepło. Mając w sercu to serdeczne przyjęcie wyruszyliśmy w dalszą pielgrzymkę śladami św. Damiana.

Największym duchowym przeżyciem było nawiedzenie wyspy Molokai, którą współcześni św. Damianowi nazywali wyspą śmierci, piekłem na ziemi. Na wyspę Molokai zwożono chorych na trąd z całych Hawajów, aby powstrzymać epidemię tej strasznej, nieuleczalnej choroby. Było też zarządzenie, że każdy, kto znalazł się na Molokai, obojętnie, chory czy zdrowy, musi pozostać na wyspie do końca życia. Chorzy w brutalny sposób oderwani od najbliższych, pozbawieni jakiejkolwiek opieki medycznej, przebywali tu w kompletnej izolacji, w okropnych warunkach, zdani wyłącznie na siebie i ewentualnie sporadyczną pomoc rodzin. Wyspa praktycznie stała się wielką umieralnią, gdzie zdeformowani chorobą ludzie umierali w cierpieniach i opuszczeniu. Tej nędzy materialnej towarzyszyła nędza moralna. Św. Damian udał się dobrowolnie na tę wyspę, aby pracować wśród trędowatych. W liście do swoich rodziców wyraził swą radość, że może wreszcie „Służyć Panu w jego biednych, chorych dzieciach, odrzuconych przez innych ludzi”. Ojciec Damian, jak było do przewidzenia zaraził się trądem i po kilku latach zmarł.  Zostawił po sobie piękny owoc życia, Inni rozważając jego mają szansę spotkania życie Boga w bezgranicznej miłości bliźniego (z książki Bóg na drogach naszej codzienności).

 

PO OWOCACH ICH POZNACIE

Najczęściej patrzymy na człowieka przez pryzmat owoców jakie wydaje, dzieł jakich dokonuje. W tych ocenach możemy się mylić, gdy zapominamy o godności człowieka i jego ostatecznym przeznaczeniu. Tych, którzy dokonali wielkich dzieł wynosi się na piedestały, stawia pomniki i czci jako bohaterów. Zakrawa to nieraz na groteskę, gdy wynosi się na piedestał dzieła człowieka, które mają być tylko środkiem do osiągnięcia ostatecznego celu, a nie stać się celem samym w sobie. Taką sytuację widzimy w filmie Andrzeja Wajdy „Człowiek z marmuru”. Mateusz Birkut bije rekordy w układaniu ilości cegieł na budowie. To staje się najważniejszym celem, obsesją jego życia. Ogłoszono go przodownikiem pracy. Zdobył sławę, otrzymał mieszkanie, a jego marmurowa rzeźba zdobiła wystawę w „Zachęcie”. W tej pogoni nie zauważał swego bliźniego. Aż w końcu, w trakcie bicia kolejnego rekordu ktoś podał mu rozpaloną cegłę, w efekcie czego został kaleką. Po wielu przemyśleniach zrozumiał, że w życiu nie jest najważniejsza ilość położonych cegieł. Takie historie zdarzały się rzeczywiście.

Do sztandarowych bohaterów Polski Ludowej należał Wincenty Pstrowski, członek PPR uznany za wzór przodownika pracy. Pracując jako rębacz w kopalni napisał list otwarty do wszystkich górników, wzywając ich do współzawodnictwa. Pisał między innymi: „Od maja ubiegłego roku pracuję jako rębacz na kopalni ‘Jadwiga’. W lutym br. wykonałem 240 procent normy, wyrąbując 72,5 m chodnika. W kwietniu wykonałem 293 proc., wyrąbując 85 m chodnika. W maju było to już 270 proc., wyrąbując 78 m chodnika”. Odznaczany był najwyższymi orderami przez samego Bieruta. Cena jaką zapłacił za tę rywalizację była przedwczesna śmierć. Nie wiem, czy miał czas zrozumieć, że w życiu nie jest najważniejsza długość wyrąbanego chodnika w kopalni. Dzisiaj nie ogłupiająca propaganda komunistyczna, ale krwiożerczy kapitalizm i chciwość właścicieli, każą oceniać człowieka tylko przez pryzmat ilości wyprodukowanych dobór materialnych. Zmuszają oni swoich podwładnych do pracy nawet w niedzielę, bo dla nich wartość człowieka mierzy się ilością wykonanej pracy. A przecież niedziela jest potrzebna nie tylko do odpoczynku, ale i do tego, aby przemyśleć, co jest najważniejszym celem, owocem życia. Ostatecznie jednak, każdy osobiście podejmuje decyzję, płacąc nieraz wysoką cenę za „ratowanie swojej duszy”.

A zatem, co jest najważniejszym owocem naszego życia? Odpowiadając na to pytanie powrócę myślami do Seminarium Duchownego w Lublinie, gdzie przygotowywałem się do kapłaństwa. Na korytarzach gmachu seminaryjnego są zawieszone tablice ze zdjęciami kapłanów z poszczególnych lat. Wszyscy na fotografiach są młodzi, chociaż w rzeczywistości wielu z nich to dziś staruszkowie, a niektórzy odeszli już do Pana. Ale to jest na mniej ważne, o wszystkich z nich kiedyś, ktoś powie: „Świętej pamięci ksiądz…”. Niektóre fotografie zatrzymują dłużej naszą uwagę, ale nie dlatego że jest to przystojny ksiądz, czy pełnił ważną funkcję w kościele. Uwagę przyciągają fotografie kapłanów, o których mówiono, że byli to święci kapłani, których kościół ogłosił błogosławionymi lub sługami bożymi. Wydali oni wspaniałe owoce życia. Do dziś jeszcze funkcjonują dzieła dobroczynne, które rozpoczęli. Jeszcze dziś wspomina się ich żarliwość apostolską, dobre i współczujące serce. Wydali tak wspaniałe owoce, bo mocno tkwili w Bogu, który jest źródłem wszelkiego dobrego owocowania. To w bliskości Boga człowiek wydaje owoce miłości, uczciwości, szlachetności, dobra. Są to wartości, które owocują wieczną nagrodą.

Dorothy Bass w książce Receiving the Day pisze: „W wielu rodzinach, rodzice układając swoje dziecko do snu pytają jak minął dzień. Dziecko przytulając się do mamy opowiada co działo się w szkole i na placu zabaw. Zaś jedna z matek zadawała swoim dzieciom przed snem inne pytanie: „Gdzie dzisiaj spotkałeś Pana Boga?” Dzieciaki odpowiadały: „W nauczycielu, który życzliwie pomógł mi, w bezdomnym, któremu dałem w parku drobne pieniądze, w pięknie kwitnącym drzewie”. Po czym matka opowiadała o swoim dniu i o sytuacjach, w których doświadczyła obecności Boga. Następnie, wszyscy świadomi obecności Boga w modlitwie kończyli dzień wspólnym odmówieniem pacierza. Przykład ten ukazuje nam, jak na różnych drogach możemy spotykać Boga. Jednak pod warunkiem, że jesteśmy otwarci na nadprzyrodzoną rzeczywistość.

Spotkanie z Bogiem wyzwala nas z niewoli grzechu i innych złych ograniczeń, które uniemożliwiają właściwe owocowanie. Pierwsze czytanie z niedzieli dzisiejszej mówi o ukazaniu się Boga Mojżeszowi w gorejącym krzewie. W czasie tego spotkania Bóg wezwał Mojżesza, aby wyprowadził Naród Wybrany z niewoli egipskiej. Wsparty potężnym dziełami Boga, Mojżesz wyprowadził swój lud z niewoli. Na pamiątkę tego wydarzenia Izraelici obchodzą najważniejsze święta, święta Paschy. Dla nas chrześcijan te wydarzenia były zapowiedzią Wielkanocy, kiedy to świętujemy śmierć i zmartwychwstanie Chrystusa, w którym jest nasze wyzwolenie z niewoli grzechu i śmierci oraz szansa wydania owocu wieczności.

Bóg jest cierpliwy w czekaniu na owoc człowieka. Mówi o tym zacytowany na wstępie fragment Ewangelii. Chrystusowi doniesiono o Galilejczykach, których krew Piłat zmieszał z krwią ich ofiar. Zasugerowano Chrystusowi, że jest to kara za grzechy. Jezus im odpowiedział: „Czyż myślicie, że ci Galilejczycy byli większymi grzesznikami niż inni mieszkańcy Galilei, że to ucierpieli? Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy podobnie zginiecie. Albo myślicie, że owych osiemnastu, na których zwaliła się wieża w Siloe i zabiła ich, było większymi grzesznikami niż inni mieszkańcy Jerozolimy? Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy tak samo zginiecie”. Chrystus jakby pomija związek śmierci tych ofiar z grzesznością, a wykorzystuje to wydarzenie, aby powiedzieć zebranym, że jeśli zamiast dobrych owoców wydawać będą złe, to także zginą. Interpretując tę w wypowiedź w szerszym kontekście ewangelicznym wiemy, że chodzi tu o śmierć duchową, potępienie wieczne. I zaraz Chrystus dodaje, że Bóg nie jest rychliwy w wymierzaniu kary. Czeka cierpliwie, aby się człowiek nawrócił i żył. Chrystus używa porównania nieurodzajnego drzewa figowego. Gospodarz chce je wyciąć. Ale ogrodnik prosi o czas. Nie czeka jednak bezczynnie, ale robi wszystko, aby drzewo zaowocowało. Obkłada je nawozem. Jest to wezwanie do ostrożności w przekreślaniu człowieka, gdy ten czyni zło oraz pomocy, aby się nawrócił i wydal dobre owoce.

W Sudanie w misyjnym szpitalu, misjonarze Bob i Marion Bowers czuwali przy umierającym młodym człowieku. Po ukąszeniu jadowitej żmii leżał nieprzytomny i sparaliżowany. Misjonarze przygotowali go do przyjęcia Chrystusa jako swego Zbawiciela. On jednak ciągle odwlekał tę chwilę. Wydawało się, że już nigdy świadomie nie wzniesie myśli do Chrystusa. W takich wypadkach śmierć następuje bardzo szybko, a on wprawdzie nieprzytomny, ale żył. Jakby ktoś darował mu czas. W piątym dniu ku zaskoczeniu wszystkich w cudowny sposób odzyskał przytomność. Po południu przyszła do niego grupa studentów i zaczęli czytać fragment Ewangelii o bożej cierpliwości. Po wysłuchaniu młody człowiek przyjął Chrystusa jako swego Zbawcę. A o północy przestało bić jego serce.

Okres Wielkiego Postu jest czasem takiego przebudzenia, aby w bliskości Chrystusa zacząć wydawać dobre owoce (z książki W poszukiwaniu mądrości życia).

 

PO OWOCACH POZNAJ WAROŚĆ CZŁOWIEKA

W moich wspomnieniach bardzo często powraca obraz sadu z rodzinnego domu. Za stodołą rosły różne drzewa i krzewy owocowe. Pamiętam jak wiosną sad zamieniał się w różnobarwny rajski ogród pachnący kwiatami i miodem, który zbierały pracowite pszczoły. Kwitnący sad radował oczy i obiecywał pyszne owoce. Zapewne wielu z nas pamięta pierwsze dojrzałe jabłka w sadzie, które w moich roztoczańskich stronach nazywano papierówkami. Tego smaku się nie zapomina i na próżno go szukać w nowojorskich sklepach zawalonych owocami. Nawet zimą, patrząc na drzewa owocowe ogołocone z liści dobrze wiedzieliśmy, które z nich rodzi najsmaczniejsze owoce. Nie kupowało się wtedy gotowych sadzonek drzew owocowych, tylko tata zaszczepiał dzikie drzewko zrazem szlachetnej jabłoni, czy innego drzewa. Czasami jednak zaszczepione drzewo rodziło półdzikie owoce, niezbyt dobre do spożycia. Wtedy tata ścinał to drzewo i zaczepił od nowa. Te sentymentalne wspomnienia przywołała Ewangelia na dzisiejszą niedzielę o owocowaniu i bezowocnej fidze.

Ziemia Święta ma swoje piękne i niepowtarzalne ogrody i sady, które zachwycają śródziemnomorską roślinnością. Szczególnie piękne sady i ogrody możemy oglądać w Galilei nad Jeziorem Tyberiadzkim, inaczej Galilejskim. Urodzony w 37 roku historyk żydowski Józef Flawiusz pisał o Galilei: „Jest tak żyzna, że nie ma rośliny, która by tu nie krzewiła się, a jej mieszkańcy uprawiają wszelkie gatunki. Umiarkowany klimat jest odpowiedni dla różnych rodzajów. Drzewa orzechowe, które wymagają w porównaniu z innymi roślinami większego chłodu, rosną tam w ogromnej ilości, a dalej palmy, które potrzebują gorącego klimatu, oraz drzewa figowe i oliwne, bliższe tym, dla których wskazana jest łagodniejsza aura. Można by rzec, że natura przejawia jakąś szczególną ambicję, żeby na siłę ściągnąć na jedno miejsce przeciwne sobie gatunki albo że jest to jakieś szlachetne współzawodnictwo pór roku, z których każda jakby ubiegała się o tę okolicę”. Jezus doświadczając żyzności i piękna tej ziemi użył jej jako obrazu ilustrującego życie człowieka, a konkretnie jego owocności. Chrystus mówi, że po owocach poznajemy wartość człowieka. Drzewa – ludzie, które nie wydają owocu będą usunięte, jak mówi Ewangelia: „Pewien człowiek miał drzewo figowe zasadzone w swojej winnicy; przyszedł i szukał na nim owoców, ale nie znalazł. Rzekł więc do ogrodnika:» Oto już trzy lata, odkąd przychodzę i szukam owocu na tym drzewie figowym, a nie znajduję. Wytnij je: po co jeszcze ziemię wyjaławia? «. Lecz on mu odpowiedział:» Panie, jeszcze na ten rok je pozostaw; ja okopię je i obłożę nawozem; może wyda owoc. A jeśli nie, w przyszłości możesz je wyciąć «”.

W dzisiejszych czasach bardzo często wartość człowieka ocenia się miarą osiągniętego sukcesu, który przybiera formę sławy, popularności, majątku, otrzymanej godności czy stanowiska. Chrystus tego nie przekreśla, tylko mówi o rzeczywistości, która nadaje sens wyżej wymienionym wartościom, sens całemu naszemu życiu. Jeśli tego zabraknie, to wtedy nawet gdybyśmy umierali u szczytu sławy i w złotym pałacu, to i tak Przedwieczny powie: Dlaczego przychodzisz z pustymi rękami, gdzie jest owoc twojego życia? Szukając prawdziwego i wiecznego owocu naszego życia spójrzmy na tych, do których Chrystus na sądzie ostatecznym powiedział: „Pójdźcie, błogosławieni Ojca mojego, weźcie w posiadanie królestwo, przygotowane wam od założenia świata!”. Są nimi ludzie, których Kościół ogłosił publicznie świętymi i ci nie ogłoszeni, ale my patrząc na owoc ich życia jesteśmy pewni, że i oni otrzymali koronę wieczności. ale wszyscy, o których my nieraz mówimy to było dobry, święty człowiek. Wśród nich jest święta Aniela Merici, założycielka zakonu Urszulanek. W Testamencie duchowym napisała: „Matki i Siostry w Jezusie Chrystusie! Przede wszystkim usiłujcie z pomocą Bożą dojść do przeświadczenia i je zachować, że jedyną pobudką waszych trosk i rozporządzeń ma być miłość Boża i gorliwość o zbawienie dusz. Jedynie zakorzeniona w tej dwojakiej miłości i z niej wyrastająca działalność wychowawcza przyniesie zbawienne i dobre owoce. Chrystus przecież powiedział: ‘Dobre drzewo nie może złych owoców rodzić’. Dobre drzewo – powiada – to jest dobre serce oraz duch ożywiony miłością – może wykonywać tylko dobre i święte czyny. Dlatego święty Augustyn mawiał: „Miłuj i czyń, co chcesz”, to znaczy: miej miłość i dobroć, a możesz czynić, co chcesz. To tak, jak gdyby powiedział otwarcie: „Miłość zgrzeszyć nie może”. Proszę was, abyście się troszczyły o każdą z waszych córek i miały je jakby wypisane w sercu. Nie tylko z imienia, ale w ich uwarunkowaniach i możliwościach. Nie będzie to dla was trudne, skoro otoczycie je żywą miłością”. Zadziwiający jest owoc jej życia Świętej i zakonu, który założyła.

A zatem to miłość sprawia, że owoc naszego życia jest piękny i zasługuje na wieczną nagrodę, gdy włączymy ją w nadprzyrodzoną miłość Trójcy Przenajświętszej. Ta miłość przybiera najprzeróżniejsze i wzruszające formy w naszym codziennym życiu. Jedna z nich została opisana na portalu internetowym viralka.pl.. oto fragment tej opowieści: „Po 21 latach małżeństwa moja żona poprosiła mnie, abym zabrał inną kobietę na kolację i do kina. Powiedziała: ‘kocham cię, ale wiem, że ta druga kobieta też cię kocha i chciałaby spędzić z tobą trochę czasu’. Ta druga kobieta, to moja matka, która od 19 lat jest wdową. Ze względu na obowiązki zawodowe i rodzinne mogłem odwiedzać ją tylko okazjonalnie. Tego wieczoru zadzwoniłem do niej, aby zaprosić ją na kolację i do kina. W następny piątek trochę się stresowałem jadąc po nią. Zakręciła włosy i miała na sobie tę samą sukienkę, którą założyła na ostatnią rocznicę ślubu. Jej uśmiech był tak jasny jak uśmiech anioła. Poszliśmy do restauracji, która być może nie była zbyt elegancka, ale za to bardzo przytulna i sympatyczna. Podczas kolacji odbyliśmy miłą rozmowę – niby nic nadzwyczajnego, ale nadrobiliśmy stracony czas, opowiadając sobie o najnowszych wydarzeniach z naszych żyć. Kilka dni później moja mama zmarła na atak serca. Jakiś czas później otrzymałem kopertę z kopią rachunku z tej samej restauracji, gdzie byliśmy z mamą na kolacji. Na załączonej notce widniał napis: ‘Opłaciłam ten rachunek z góry. Nie byłam pewna, czy dotrę. Niemniej jednak opłaciłam danie dla dwojga – dla ciebie i twojej żony. Chyba nigdy nie zrozumiesz, jak wiele tamten wieczór dla mnie znaczył. Kocham cię synku!’ W tamtej chwili zrozumiałem nagle jak ważne jest powiedzieć w porę ‘kocham cię’, oraz podarować tym, których się kocha czas, na który zasługują”.

Bóg darował na jeszcze jeden okres Wielkiego Postu, który jest jak najbardziej stosownym czasem, aby powiedzieć Bogu i bliźniemu, słowem i czynem: kocham cię. A to na pewno zrodzi obfity owoc naszego życia. Jeśli nie owocujemy wystarczająco Bóg w swoim miłosierdziu daje nam jeszcze jeden wyjątkowy rok. Papież Franciszek ustanowił w całym Kościele katolickim Nadzwyczajny Rok Miłosierdzia. Jego obchody rozpoczęły się 8 grudnia ubiegłego roku, a zakończą 20 listopada 2016 roku. Przez cały ten okres będziemy kontemplować tajemnicę miłosierdzia Bożego. W ten Rok wpisują się pięknie słowa z dzisiejszej Ewangelii. Gdy gospodarz chce wyciąć bezowocną figę, wtedy ogrodnik prosi: „Panie, jeszcze na ten rok je pozostaw; ja okopię je i obłożę nawozem; może wyda owoc. A jeśli nie, w przyszłości możesz je wyciąć”. Ten darowany rok, czas Wielkiego Postu daje nam wiele możliwości przemiany, aby zacząć wydawać dobre owoce naszego życia. A jeśli owocujemy, to słuchajmy słów św. Pawła: „Niech przeto ten, komu się zdaje, że stoi, baczy, aby nie upadł” (Kurier Plus 2014).

 

BÓG CZEKA NA NASZ OWOC

W czasie naszej wyprawy na wyspy Galapagos i do Ekwadoru oglądaliśmy piękny Wodospad Peguche, który w obrzędowości miejscowych Indian odgrywa bardzo ważną rolę. W dniach przesilenia letniego potomkowie Inków celebrują tu Festiwal Inti Raymi, inaczej Festiwal Słońca. Kolorowo ubrani odprawiają swoje rytuały, do których należy także oczyszczająca kąpiel w wodach wodospadu. W drodze do Peguche przejeżdżaliśmy przez niewielkie miasteczko Otavalo, położone około 3 km od wodospadu, które jest jednym z najbardziej znanych miast w całej Ameryce Południowej, a to za sprawą najsłynniejszego targu indiańskiego, którego tradycje sięgają czasów preinkaskich. Indianie Otavalo zachowują wiele zwyczajów sięgających czasów preinkaskich. Mają także własne prawa, które są respektowane przez władze państwowe. Egzekwowanie jednego z tych praw mogliśmy oglądać, przejeżdżając przez to miasto.

Przez okno autobusu zauważyłem coś w rodzaju procesji, którą skojarzyłem z konduktem pogrzebowym. Na przedzie jechał samochód, za nim szło dwóch młodych mężczyzn rozebranych do spodenek. Byli przystrojeni zielenią i na plecach nieśli jakieś tobołki. Za nimi kroczyła spora gromada ludzi, trzymających w rękach pędy zielonych roślin i coś w rodzaju skórzanych rzemyków. „Kondukt” zamykało czterech policjantów. Zapytaliśmy przewodnika co to za pogrzeb. Przewodnik odpowiedział, że to nie jest kondukt żałobny, ale „karna kompania”. Tych dwóch półnagich mężczyzn przyłapano na kradzieży. Rozebrano ich, włożono na plecy ukradzione rzeczy i przybrano zielenią rośliny, która jest podobna do pokrzywy. Zwołano rodzinę i znajomych złodziei oraz mieszkańców miasta. Pędzono ich ulicami z miejsca kradzieży na główny rynek. Tam ich rozbierano i każdy ich chłostał rzemykami z bydlęcej skóry i pokrzywami. Na koniec przynoszono wodę schodzoną w zamrażarce i polewano ich. Po czym skazańcy przepraszali wspólnotę Indian i prosili o wybaczenie. Przebaczenie otrzymywali, ale musieli opuścić wspólnotę, w której żyli. Największa karą dla skazańców był wstyd i publiczne upokorzenie.

Patrząc na to wydarzenie przez pryzmat dzisiejszej Ewangelii możemy powiedzieć, że skazańcy zamiast dobrych owoców życia wydawali złe. Plemienna wspólnota dała im szansę naprawy, wydania dobrego owocu „obkładając” ich nawozem w formie pokrzywy, rzemyków skórzanych, lodowatej wody i publicznego wstydu. Indianie z tego plemienia uważają, że jest to dobry sposób, aby przemienić człowieka, aby wydawał dobre owoce swojego życia. Gdyby tę metodę zastosować w barbarzyńskich wspólnotach, które uważają się za cywilizowane, to na pewno byłoby mnie złodziei i oszustów. Wyobraźcie sobie na przykład nowojorczyka, którego przyłapano na oszustwie, złodziejstwie i rozebranego pędzono ulicami Nowego Jorku. Sadzę, że szybko i skutecznie wyleczono by go ze złodziejstwa. Nie jeden już się uśmiecha na samą myśl, że coś takiego mogłoby się zdarzyć. Cudownie byłoby tak sobie rzemyczkiem ulżyć. I jeszcze do tego pomyśleć, że jest to kara boża.

Pismo św. mówi, że Bóg nie jest skory do karania. Daje człowiekowi szansę nawrócenia. W Księdze Ezechiela czytamy: „Czyż ma mi zależeć na śmierci występnego, mówi Pan Bóg, a nie raczej na tym, by się nawrócił i żył?”. Chrystus pogłębia tę naukę w przypowieści nieurodzajnym drzewie figowym. Przypowieść odnosi się nie tylko do Narodu Wybranego, ale przede wszystkim do każdego z nas. Nasze życie ma być owocne. Figowiec w symbolice biblijnej jest drzewem, które daje pewność urodzaju, jako że w Palestynie figi owocują dwa razy w roku, stąd owocowanie figowca jest czymś niemalże pewnym. Tak pewnym, że oczekiwanie na owoce figowca staje się z czasem metaforą oczekiwania czegoś oczywistego, co na pewno prędzej czy później nadejdzie. W tym kontekście widzimy, jak zatwardziały jest figowiec w swej nieurodzajności i jak bardzo cierpliwy i wyrozumiały jest ogrodnik, który prosi gospodarza jeszcze o jeden rok, a on obłoży nieurodzajne drzewo nawozem, otoczy szczególną troską, dostarczy wszystko co jest potrzebne do owocowania.

Św. Grzegorz Wielki przez pryzmat tej przypowieści mówi o naszej ludzkiej społeczności, szczególnie o społeczności wierzących w Chrystusa: „Po raz trzeci przychodzi Pan do figi, ponieważ szukał rodzaju ludzkiego przed Prawem, pod Prawem i pod łaską, oczekując, napominając, nawiedzając, ale skarży się, że mimo trzech lat nie znalazł owocu, skoro przewrotne umysły wielu nie zostały naprawione przez natchnione prawo naturalne, nie pouczyły też ich przepisy ani nie nawróciły cuda Jego wcielenia. Lecz z wielką trwogą słuchać trzeba tego, co mówi dalej: ‘wytnij ją więc, po cóż i ziemię zajmuje’? Każdy bowiem zgodnie ze swoim stanem, jakie w obecnym życiu zajmuje, jeśli nie ujawnia dobrych czynów, to zajmuje ziemię niczym bezowocne drzewo, ponieważ w miejscu, w którym jest, odbiera innym okazję do działania”.

Nawet, gdy ludzkie sądy skazują nieurodzajną figę na wycięcie, to Ten, który uprawia winnicę daje szansę owocowania, jak w poniższej historii. Claud Newman urodził się w 1923 r. w małej miejscowości nad rzeką Missisipi, w Stanach Zjednoczonych. Kiedy skończył 5 lat, uciekł od swojej matki i razem z bratem wychowywał się u babci Ellen, gdzie ciężko pracował na plantacjach. Pewnego razu 19 letni Claude zobaczył, jak przyszywany dziadek katował jego ukochaną babcię. W przypływie nagłej złości zabił napastnika i uciekł z miejsca zbrodni. Kilka tygodni później został schwytany i skazany na karę śmierci na krześle elektrycznym. Pewnego wieczoru, siedząc w celi wraz z czterema innymi więźniami, Claude zauważył na szyi jednego z nich medalik i wypytywał co to jest. Współwięzień, nie umiejąc mu tego dostatecznie wyjaśnić, zerwał medalik i, przeklinając, rzucił Claude’owi pod nogi. On podniósł go i zawiesił sobie na szyi, ciesząc się z nowej ozdoby.

Pewnej nocy, po tym wydarzeniu Claude miał dziwną wizję, o której opowiedział później kapłanowi. Nagle w środku nocy poczuł, że ktoś go dotyka. Przerażony obudził się. Stała przy nim Pani, „najpiękniejsza spośród tych, jaką Bóg mógł stworzyć”. Na początku był bardzo wystraszony i nie wiedział, co robić, ale Ona powiedziała: „Jeśli chcesz być moim dzieckiem i mieć Mnie za Matkę, każ zawołać księdza”, i zniknęła. Niemający do czynienia z Kościołem Claude usłuchał Pani i nawiązał kontakt z księdzem, a przez niego z Chrystusem. Taki był początek nawrócenia i owocowania Claudela. Dla księdza to było także niezwykłe spotkanie. Pewnego razu Claude powiedział do niego: „Pani powiedziała mi też, że za każdym razem, kiedy przyjdzie księdzu zwątpienie lub strach, powinienem księdzu przypomnieć o obietnicy złożonej przez księdza w 1940 roku w okopach w Holandii, na której wypełnienie Ona wciąż czeka”. Rzeczywiście tak było.

Kwadrans przed egzekucją, przybył szeryf z decyzją przesunięcia wykonania wyroku o 2 tygodnie. Claude się rozpłakał. Ojciec O’Leary i szeryf myśleli, że były to łzy radości, ale Claude mówił: „Nic nie rozumiecie! Czy kiedykolwiek widzieliście Jej twarz i czy patrzyliście w Jej oczy? Gdyby tak było, nie chcielibyście żyć ani dnia dłużej. Co złego zrobiłem w ciągu tych ostatnich dni?” – pytał księdza – „że Bóg odmawia mi powrotu do domu? Dlaczego muszę pozostać jeszcze przez dwa tygodnie na ziemi?”

To wydarzenie daje nadzieję, że życie Claudela zaowocowało wiecznością, a jest to najważniejszy owoc naszego życia (Kurier Plus, 2019).

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *