21 Sty

3 niedziela zwykła Rok B

BLISKOŚĆ BOGA.

Gdy Jan został uwięziony, przyszedł Jezus do Galilei i głosił Ewangelię Bożą. Mówił: „Czas się wypełnił i bliskie jest królestwo Boże. Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię”. Przechodząc obok Jeziora Galilejskiego, ujrzał Szymona i brata Szymonowego, Andrzeja, jak zarzucali sieć w jezioro; byli bowiem rybakami. Jezus rzekł do nich: „Pójdźcie za Mną, a sprawię, że się staniecie rybakami ludzi”. I natychmiast zostawili sieci i poszli za Nim. Idąc nieco dalej, ujrzał Jakuba, syna Zebedeusza, i brata jego, Jana, którzy też byli w łodzi i naprawiali sieci. Zaraz ich powołał, a oni zostawili ojca swego, Zebedeusza, razem z najemnikami w łodzi i poszli za Nim (Mk 1,14-20).

Babe Ruth należy do najbardziej znanych postaci w sporcie amerykańskim. Niezapomnianym czasem, w jego życiu osobistym była chłodna, grudniowa noc roku 1946. Dlaczego? Na to pytanie odpowiada w artykule zamieszczonym w „Guideposts”. Tak o tym pisze: „Odszedłem daleko od Kościoła. Miałem własny ołtarz; wielkie okno w luksusowym nowojorskim apartamencie z widokiem na miasto tonące w powodzi świateł. Często klęczałem przed tym oknem i z wielką pokorą prosiłem Boga, aby mi pomógł być takim, jakim On chciałby mnie widzieć.”

W tę grudniową noc Ruth poważnie chory przebywał w nowojorskim szpitalu. Przy łóżku był jego bliski przyjaciel, Paul Carey. W pewnym momencie Paul zwrócił się do Ruth tymi słowami: „Babe, jutro będziesz miał poważna operację. Czy nie sądzisz, że dobrze byłoby spotkać się z kapłanem?” Ruth widząc zatroskanie w oczach przyjaciela, po raz pierwszy w życiu uświadomił sobie, że śmierć może położyć kres jego życiu. „Tak, Paul. Chciałbym abyś zadzwonił po kapłana” – powiedział do Careygo. Tej nocy Ruth bardzo długo rozmawiał o Jezusie. A na koniec z wielką pokorą odbył spowiedź z całego życia. Dokonała się w nim duchowa przemiana, o której później napisze: „Gdy tej nocy leżałem w łóżku myślałem jak wspaniałe jest uczucie wolności od strachu i obaw. Po prostu złożyłem to wszystko na Boga.”

„Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię” – tymi słowami zwraca się do nas Chrystus. Sądzimy nieraz, że te słowa kierowane są przede wszystkim do ateistów i wielkich grzeszników. To oni potrzebują nawrócenia. Siadając do pisania tych rozważań, dla ilustracji chciałem użyć przykładu nawrócenia człowieka, który nie wierzył w Boga, walczył z Kościołem i bliźniego miał za nic. Ale po kilku zdaniach uświadomiłem sobie, że nie ma wielu takich ludzi. I w zamian przytoczyłem zdarzenie z życia Babe Ruth. Wierzył na swój sposób w Boga, dla bliźniego miał otwarte serce. Był jak wielu innych, którzy uważają, że ich relacje z Bogiem i bliźnim są w porządku, i nie potrzebują nawrócenia. Jednak, gdy stanął w obliczu śmierci dostrzegł potrzebę pełniejszej bliskości Boga, dostrzegł potrzebę nawrócenia. Idąc za wewnętrznym głosem stanął w obliczu Boga, który uwolnił go od lęku i strachu. Ruth doświadczył wspaniałego uczucia obecności Boga.

Do Jana Chrzciciela, który wzywał do nawrócenia przychodzili najczęściej zwykli ludzie. Wierzyli w Boga, starali się żyć po bożemu. Przychodzili, bo czuli w sobie potrzebę pełniejszej przemiany, oczyszczenia. Na tej drodze szukali Boga. Podobnie do Chrystusa przychodzili najczęściej ludzie religijni, których Chrystus wzywa także do nawrócenia. To wezwanie koncentruje się na postaci Jezusa, w Nim przychodzi do nas Bóg, w Nim przychodzi do nas Królestwo Boże. Przez Niego i w Nim możemy najpełniej odnaleźć Boga. To wezwanie jest nie tylko wezwaniem do odwrócenia się od zła, ale jest wezwaniem do szukania jeszcze pełniejszego kształtu miłości, miłości, która w najdoskonalszej formie utożsamia się z Bogiem.

„Nikogo nie zabiłem, nie podpaliłem, nie zgwałciłem”. To standard, to norma życiowej doskonałości dla wielu współczesnych wierzących i niewierzących. A zatem nie ma się, z czego nawracać. Taki człowiek nigdy nie postąpi w rozwoju duchowym i moralnym, nie osiągnie pełni człowieczeństwa, nie mówiąc już o pełni zjednoczenia z Bogiem. Św. Paweł pisze: „Kto mówi, że jest bez grzechu ten jest kłamcą.” Potrzebujemy wszyscy nawrócenia. Początkiem nawrócenia jest przyznanie się do winy. Jeśli nie przed ludźmi to przynajmniej wobec Boga. Konieczne jest osobiste przyznanie się do własnych grzechów, nie wystarczy wyliczanie grzechów cudzych, nawet grzechów całego narodu.

Jeden z profesorów, którego znam osobiście, od lat wali się w piersi narodu polskiego za antysemityzm i nietolerancję religijną w Polsce. Tak mocno się wali, że aż mnie bolą piersi, ale nie dlatego, że mam te grzechy na sumieniu. Ale dlatego, że ktoś się za mnie spowiada z grzechów, których nie popełniłem. A to, dlatego, że z Polski wyniosłem inne doświadczenia. Nawet we wspomnieniach moich rodziców nie ma tego, z czego spowiada się za mnie profesor. Być może moi rodzice mieli (w przeciwieństwie do profesora) cudowny dar zapamiętywania tego, co piękne i szlachetne. I to mi przekazali. Wolę to, niż brud historii, który osadza się na duszy i czyni życie obrzydliwym. A to, dlatego, że Polskę traktuje jako matkę. A matce, w imię miłości nie wypomina się błędów, których wypominanie nie ma żadnego wpływu na teraźniejszość i służyć może tylko wrogom. A to, dlatego, że to walenie się w piersi jest w imieniu ludzi, którzy doświadczają bardzo często sytuacji odwrotnej niż profesora widzenie.

Nie, nie chcę się spowiadać z cudzych grzechów. Bo dobrze wiem, że do przemiany nas samych, jak i też przemiany świata konieczne jest osobiste wyznanie grzechów i osobiste nawrócenie. Dopiero wtedy zbudujemy w sobie przestrzeń duchową dla Ewangelii – Dobrej Nowiny. Dopiero wtedy będzie w nas miejsce dla Chrystusa i Jego królestwa. Przedsmak tego królestwa miał Ruth, gdy mówił: „Gdy tej nocy leżałem w łóżku myślałem jak wspaniale jest uczucie wolności od strachu i obaw. Po prostu złożyłem to wszystko na Boga” (z książki Ku wolności).

DZIECI BOGA

Pan przemówił do Jonasza po raz drugi tymi słowami: „Wstań, idź do Niniwy, wielkiego miasta i głoś jej upomnienie, które Ja ci zlecam”. Jonasz wstał i poszedł do Niniwy, jak Pan powiedział. Niniwa była miastem bardzo rozległym – na trzy dni drogi. Począł więc Jonasz iść przez miasto jeden dzień drogi i wołał, i głosił: „Jeszcze czterdzieści dni, a Niniwa zostanie zburzona”. I uwierzyli mieszkańcy Niniwy Bogu, ogłosili post i oblekli się w wory od największego do najmniejszego. Zobaczył Bóg czyny ich, że odwrócili się od swojego złego postępowania. I ulitował się Bóg nad niedolą, którą postanowił na nich sprowadzić, i nie zesłał jej (Jon 3,1-5.10).

Wśród wielu barwnych historii Starego Testamentu jest opowieść o powołaniu Jonasza. Księga Jonasza należy do rodzaju literackiego midrasz, które podawały jakąś budującą lekcję, posługując realnymi wydarzeniami z elementami fikcji literackiej. Jest to jedyna księga Starego Testamentu, gdzie mówi się o wezwaniu pogan do nawrócenia. Być może z tego względu Jonasz ma pewne opory w głoszeniu słowa bożego w pogańskiej Niniwie. Jonasz ucieka przed tym powołaniem. Wsiada na statek, który płynie w przeciwnym kierunku. „Ale Pan zesłał na morze gwałtowny wiatr, i powstała wielka burza na morzu, tak że okrętowi groziło rozbicie” (Jon 1, 4). Żeglarze zorientowali się, że powodem tego wzburzenia żywiołu jest Jonasz. Wyrzucili go zatem za burtę, a wtedy morze się uciszyło. A „Pan zesłał wielką rybę, aby połknęła Jonasza. I był Jonasz we wnętrznościach ryby trzy dni i trzy noce” (Jon 2, 1). Trzeciego dnia Jonasz został wyrzucony na brzeg morza. Było to znak od Boga, że ma się udać do Niniwy i wzywać jej mieszkańców do nawrócenia.

Jonasz przybył do Niniwy. Głoszenie słowa Bożego okazało się bardzo skuteczne.  „I uwierzyli mieszkańcy Niniwy Bogu, ogłosili post i oblekli się w wory od największego do najmniejszego” (Jon 3, 5). A Bóg wejrzał łaskawie na ich pokutę. „Zobaczył Bóg czyny ich, że odwrócili się od swego złego postępowania. I ulitował się Bóg nad niedolą, która postanowił na nich sprowadzić, i nie zesłał jej” (Jon 3, 10). Jednak Jonasz zamiast cieszyć się z nawrócenia, jest zawiedziony i obrażony na Boga, że nie zesłał On kary na to miasto. A wtedy Bóg w sposób bardzo obrazowy wytyka Jonaszowi niewłaściwość jego postawy. Znużony prorok zatrzymał się na odpoczynek w cieniu krzewu rycynowego. Jednak nocą robak podgryzł korzenie i krzew usechł. Jonasz ponownie kieruje słowa żalu do Boga, dlaczego dopuścił do uschnięcia krzewu. A wtedy Bóg odpowiada: „Tobie żal krzewu, którego nie uprawiałeś i nie wyhodowałeś, który w nocy wyrósł i w nocy zginął. A czyż ja nie powinienem mieć litości nad Niniwą, wielkim miastem, gdzie znajduje się więcej niż sto dwadzieścia tysięcy ludzi, którzy nie odróżniają swej prawej ręki od lewej, a nadto mnóstwo zwierząt?” (Jon 4, 11).

Dla Boga wszyscy jesteśmy Jego dziećmi. To z miłości do nas Bóg zesłał swego Syna, aby nas zbawić. Jezus rozpoczyna misję zbawienia od wezwania do nawrócenia: „Czas się wypełnił i bliskie jest królestwo Boże. Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię!” Do głoszenia orędzia zbawienia Chrystus powołuje uczniów. Zacytowany na wstępie fragment Ewangelii ukazuje powołanie pierwszych apostołów. „Przechodząc obok Jeziora Galilejskiego, ujrzał Szymona i brata Szymonowego, Andrzeja, jak zarzucali sieć w jezioro, byli, bowiem rybakami. I rzekł do nich Jezus: „Pójdźcie za mną, a sprawię, że staniecie się rybakami ludzi. A natychmiast porzuciwszy sieci poszli za Nim”. Poszli za Chrystusem głosząc słowem i czynem orędzie o zbawieniu. A własną śmiercią zaświadczyli o jego prawdziwości. Szymon, któremu Jezus nada imię Piotr zaniesie Dobrą Nowiną do Rzymu, gdzie zostanie ukrzyżowany głową do dołu. Zaś jego brat Andrzej uda się z Ewangelią do Azji Mniejszej. Poniesie także śmierć męczeńską na krzyżu w kształcie litery X. Nieraz potrzebna jest i taka ofiara, aby uczeń Chrystusa stał się wiarygodnym świadkiem Ewangelii, aby wypełnił swoje powołanie.

Najczęściej jednak jesteśmy świadkami i głosicielami Ewangelii przez praktykowanie w codziennym życiu miłości heroicznej. Jakże często taką miłością ożywiane jest powołanie rodzicielskie. Wzruszającą opowieść o takim powołaniu usłyszałem w Wigilię Bożego Narodzenia, gdy jechałem z Wiesławem Skutnickim do szpitala, gdzie przebywa sparaliżowany syn Paweł.  W czasie drogi ojciec Pawła snuje swoją opowieść: „Wiara w Boga, którą wyniosłem z rodzinnego domu pomogła mi i mojej żonie Krystynie odnaleźć się w bardzo trudnej sytuacji, w jakiej znaleźliśmy się po niespodziewanym paraliżu naszego jedynego syna Pawła. Często wracam wspomnieniami do religijnej atmosfery mojego domu rodzinnego. Wspominam częste modlitwy mojej mamy, w których prosiła Boga, abym został księdzem. Czasami kładła mi pod głowę modlitewnik, licząc, że to może być pomocne w odkryciu mojego powołania kapłańskiego.

Jednak Bóg miał inne plany względem mnie, obdarzył mnie innym powołaniem. Chciałem założyć rodzinę i jej poświecić swoje życie. Na początku wyglądało, że wszystko się spełnia. Byliśmy z żoną szczęśliwi. Czekaliśmy z nadzieją na pierwsze dziecko. Mijały laty, a my nadal nie mieliśmy dziecka. Nie pomogły wizyty u lekarza. Wtedy jeszcze natarczywiej prosiliśmy Boga o dziecko. Bóg wysłuchał naszej prośby, po dziesięciu latach żona urodziła syna, któremu nadaliśmy imię Paweł. Mieszkaliśmy w Mielcu. Byliśmy szczęśliwi jako rodzice. Patrzyliśmy jak nasz ukochany syn wyrasta na dorodnego młodzieńca. Bóg nie poskąpił mu ani urody, ani inteligencji. Wyróżniał się w klasie, przewodniczył w różnych organizacjach. Do dziś widzę, jak z komżą pod pachą wybiega z kościoła, gdzie służył prawie codziennie do Mszy św.

W ciągu kilku dni całe nasze życie legło jakby w gruszach. W wieku 14 lat, z nieznanych powodów Paweł stracił władzę w rękach i nogach, miał problemy z oddychaniem. Zaczęła się dla nas prawdziwa gehenna. Robiliśmy wszystko dla ratowania naszego dziecka, jednak nie przynosiło to żadnych efektów. Po długich zabiegach i dzięki życzliwości ludzkiej udało się nam załatwić dla Pawła szpital w Stanach Zjednoczonych. Mamy nadzieję, że przy Boże pomocy Paweł odzyska zdrowie. Jesteśmy teraz ze sobą zjednoczeni jak nigdy dotąd. Miłość jaka nas łączy sprawia, że jesteśmy szczęśliwi jako rodzina. Odkrywamy coraz pełniej swoje powołanie rodzicielskie. Jednak dochodziliśmy do tego przez długi czas. Na początku było zniechęcenie i bunt przeciw wszystkiemu, nawet Bogu. Trudno było nam się nawet modlić.

Bóg jednak dał nam łaskę mocy, która obficie spływa z krzyża. Gdy jest mi bardzo ciężko, to przywołuje wtedy na pamięć wizerunek Pana Jezusa na Krzyżu, pod którym stoi jego matka Maryja. Ona miała także jedynego Syna. Rozważam tajemnice męki Chrystusa, której owocem jest zmartwychwstanie. Włączam w tę tajemnicę naszą rodzinną tragedię i wtedy rodzi się we mnie moc i nadzieja. Bóg ma jakieś plany względem nas. Cierpienie nabiera sensu, rodzi się cicha radość i czujemy, że jesteśmy sobie coraz bliżsi. Cierpienie spotęgowało w nas wiarę, która sprawia, że mimo tak wielu trosk odnajdujemy jasność każdego dnia. Cierpienie Pawła jeszcze bardziej zbliżyło nas do siebie, jeszcze bardziej się kochamy, jesteśmy sobie bardziej potrzebni i w tym odnajdujemy sens tego co robimy. Zdumiewająca jest postawa Pawła, który ma w sobie tyle optymizmu i energii psychicznej, że to nam się udziela i dodaje siły. Dziękujemy Bogu za wszystko, dziękujemy Bogu za ludzi, którzy okazali i ukazują nam tak wiele serca i życzliwości. Bez nich byłoby nam ciężko.” W czasie dzielenia się opłatkiem ojciec Pawła powiedział: „Jeszcze nigdy nie byliśmy tak szczęśliwi jako rodzina, jesteśmy ze sobą związani ogromnymi więzami miłości. Jest to nasza wspaniała wigilia”.

Heroiczna miłość rodziców i ich poświęcenie powierzone Bogu sprawiają, że są oni w stanie sprostać swemu powołaniu, nawet w tak ekstremalnych okolicznościach ciężkiej choroby syna (z książki Nie innej Ziemi Obiecane).

ZACZĄĆ ŻYĆ

 Mówię wam, bracia, czas jest krótki. Trzeba więc, aby ci, co mają żony, tak żyli, jakby byli nieżonaci, a ci, co płaczą, tak jakby nie płakali, ci zaś, co się radują, tak jakby się nie radowali; ci, co nabywają, jak gdyby nie posiadali; ci, co używają tego świata, tak jakby z niego nie korzystali. Przemija bowiem postać tego świata. (1 Kor 7,29-31).

Niniwa położona około 400 km na północ od dzisiejszego Bagdadu była stolicą Asyrii. Asyryjczycy podbili królestwo Izraela, okrutnie obchodząc się z jej ludnością. Możemy sobie wyobrazić niechęć i nienawiść Izraelitów do najeźdźców. I w takiej to sytuacji Bóg skierował słowa do proroka Jonasza, aby poszedł do Niniwy, stolicy wroga i wzywał do nawrócenia, bo inaczej Bóg ześle karę i wygubi grzesznych jej mieszkańców. Jonasz opierał się w wypełnieniu nakazu Boga. Usiłował nawet uciec, wsiadając na statek płynący w innym kierunku niż leży Niniwa. Księga Jonasza w obrazowy sposób opisuje, co nastąpiło później. Na morzu zerwała się gwałtowna burza, statek zaczął tonąć. Marynarze uznali, że ktoś zawinił wobec Boga, który zesłał za to karę. Rzucono losy i los padł na Jonasza. Wyrzucono go zatem do morza, które natychmiast się uspokoiło. Jonasza zaś połknęła wielka ryba i po trzech dniach wyrzuciła go na brzeg. Jonasz zrozumiał wtedy, że nie ma wyboru musi iść do Niniwy i wzywać do nawrócenia.  Aby właściwie zrozumieć znaczenie tej opowieści musimy przyjąć bożą optykę patrzenia, pytając, co Bóg chce nam przez to powiedzieć.  W przeciwnym wypadku, gdy zaangażujemy tylko logikę ludzką, to możemy dojść do wniosku, jak mały Jasio w poniższej historii. Na lekcji religii katecheta, po zakończeniu opowieści o Jonaszu zadał pytanie: „Co chciał nam powiedzieć autor biblijny poprzez tę historię?” Po chwili milczenia zgłosił się mały Jasio i powiedział: „Jeżeli wieloryb połknie człowieka, to może zachorować i będzie wymiotował”.

Jonasz niejako przymuszony wzywał do nawrócenia, nie czynił tego z wielkim zapałem. Aby przejść Niniwę trzeba było trzy dni drogi. Prorok już po jednym dniu opuścił miasto i zatrzymał się na odpoczynek, oczekując prawdopodobnie zniszczenia miasta. Jednak mieszkańcy Niniwy nawrócili się i czyni pokutę a Bóg powstrzymał swoją karę. Jonasz był zawiedziony takim obrotem sprawy. Miał nawet do Boga pretensję, że nie zesłał kary na Niniwitów.  W odpowiedzi Bóg sprawił, że nocą robak podgryzł krzew rycynusowy, pod którym odpoczywał Jonasz i krzew usechł. Jonasz z żalem pytał Boga, dlaczego to uczynił. Na co Bóg odpowiedział: „Tobie żal krzewu, którego nie uprawiałeś, który w nocy wyrósł i w nocy zginął. A czyż ja nie powinienem mieć litości na Niniwą, wielkim miastem, gdzie znajduje się więcej niż sto dwadzieścia tysięcy ludzi, którzy nie odróżniają swojej prawej ręki od lewej, a nadto mnóstwo zwierząt?” Ta odpowiedź uzmysławia nam prawdę, że Bóg, jako dobry Ojciec troszczy się o wszystkie swoje dzieci. Pragnie ich nawrócenia, aby nie zginęły. Widzi ich nędzę moralną, to że nieraz nie odróżniają lewej od prawej ręki tzn. nie odróżniają dobra od zła. Zdolność takiego „odróżniania” jest konieczna, aby mądrze przejść przez życie. Biblia mówi, że ta mądrość bierze pod uwagę także wieczność. O tych, którym brakuje tej perspektywy w myśleniu Palm 49 mówi: „Człowiek żyjący bezmyślnie w dostatku. Równy jest bydlętom, które giną”.

W dzisiejszym świecie nie brakuje ludzi, którzy nie odróżniają lewej ręki od prawej. Nie odróżniają dobra od zła. Odrzucają bożą perspektywę, która jest jedynym gwarantem traktowania wszystkich ludzi sprawiedliwie. Dzisiejszy człowiek bardzo często kieruje się takim wartościowaniem: Dobre jest to, co jest korzystne dla mnie, nawet kosztem bliźniego, dobre jest to, co jest korzystne dla mojej partii, nawet gdy jest kosztem zaprzedania swego narodu, dobre jest to, co niesie mi przyjemność, nawet z krzywdą drugiego człowieka, dobre jest to, co jest korzystne dla mojej grupy społecznej, narodowej, nawet gdy to się odbywa kosztem innych narodów. Tę listę można przeciągać w nieskończoność. Takie myślenie i postępowanie spychają świat w kierunku zdziczenia i barbarzyństwa. Nieraz rodzi się pytanie, dlaczego ten świat nie zdziczał do końca, a ludzie jeszcze nie pożarli się wzajemnie. Wydaje się, że odpowiedź jest jedna. Dlatego, że w tym dzikim świecie są ludzie, którzy wsłuchują się w głos Boga litującego się nad Niniwą i starają się wprowadzać Jego naukę w życie. Jest to nauka, która mówi, że wszyscy jesteśmy dziećmi Boga.

Prorok Jonasz mimo swoich ludzkich słabości wypełnił misję zleconą przez Boga, tak że nawet Chrystus nazwał siebie „znakiem Jonasza”. Ten znak jest wezwaniem do nawrócenia i nowego życia. Jan Chrzciciel, który zapowiadał przyjście Chrystusa i wzywał do nawrócenia naraził się Herodowi. Marek w Ewangelii na dzisiejszą niedzielę pisze: „Gdy Jan został uwięziony, przyszedł Jezus do Galilei i głosił Ewangelię Bożą. Mówił: ‘Czas się wypełnił i bliskie jest królestwo Boże. Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię’”.  Jest to odpowiedź na wołanie psalmisty z dzisiejszej niedzieli: „Daj mi poznać Twoje drogi, Panie, naucz mnie chodzić Twoimi ścieżkami. Prowadź mnie w prawdzie według Twych pouczeń, Boże i Zbawco, w Tobie mam nadzieję”. Jezus osobiście wyzwał do nawrócenia i wiary w Ewangelię. Tę misję powierzył Apostołom. Pewnego razu ujrzał nad Jeziorem Galilejskim Szymona i brata Szymonowego, Andrzeja, jak zarzucali sieć w jezioro i powiedział do nich: „Pójdźcie za Mną, a sprawię, że się staniecie rybakami ludzi”. A oni zostawili wszystko o poszli za Nim. Nieco dalej spotkał Jakuba i Jana synów Zebedeusza. Ich także powołał.

Dzisiejszy świat potrzebuje głosicieli bożej prawdy, której przyjęcie wymaga nawrócenia. Prawdopodobnie prorok Jonasz miał łatwiejsze zadanie niż współczesny apostoł Chrystusa wzywający do nawrócenia. Ludzie Niniwy byli ludźmi grzesznymi, ale nieprzewrotnymi i zakłamanymi. Gdy prorok wytknął im ich nieprawości, zastanowili się i stwierdzili, że są grzesznikami. I rozpoczęli pokutę. Współczesny człowiek tak łatwo nie przyznaję się do swojej grzeszności, często odrzuca bożą miarę a przykłada własną przy ocenie życia. I mówi: to ja mam rację, moje prawo jest właściwe. A nic nie może zdarzyć się gorszego człowiekowi jak prawne usankcjonowanie bezprawia i zła. Ludzkość przerabiała to wiele razy. Bezprawie eutanazji w niektórych krajach ośmiela ludzi do dyskusji, czy nie objąć eutanazja także kalek. Z pewnością, nauczycielem w tym mógłby być dla nich sam Hitler. Jakże trudno trafić do tych ludzi ze słowem nawrócenia i pokuty. Dlatego Kościół był, jest i będzie znakiem sprzeciwu wobec tych, którzy chcą urządzać świat według własnych praw z pominięciem bożych. Dla głosiciela Ewangelii zapala się sygnał ostrzeżenia, gdy zaczynają go chwalić media, które są znane ze swej obojętności lub nawet wrogości wobec wartości Ewangelicznych. To do nich w sposób szczególny odnoszą się słowa Chrystusa: „Biada wam, gdy wszyscy ludzie chwalić was będą. Tak samo, bowiem przodkowie ich czynili fałszywym prorokom”.

Podsumowując można powiedzieć, że wszyscy potrzebujemy nawrócenia. Każde nawrócenie uświadamia nam, że nie wszystko w naszym życiu jest w porządku. Ukazuje nam nowe możliwości, których do tej pory nie znaliśmy. Jest to obranie nowego kierunku ku pełniejszemu życiu. Nawrócenie i przemiana mogą zająć wiele czasu i może być bolesne. Ostatecznie jednak rodzi radość istnienia i jest znakiem, że usłyszane słowo Boże zaczęło w nas żyć, poprawniej byłoby powiedzieć my zaczęliśmy żyć (z książki Bóg na drogach naszej codzienności).

WOŁANIE JONASZA

W pierwszym czytaniu na dzisiejszą niedzielę słyszymy opowieść o Jonaszu, którego Bóg posłał do Niniwy, aby wzywał jej mieszkańców do nawrócenia, porzucenia dróg zła. Jeśli tego nie uczynią miasto zostanie za czterdzieści dni zniszczone.  W okresie nowo asyryjskim Niniwa, stolica Asyrii była olbrzymim miastem. Dla porównania warto dodać, że Jerozolima zajmowała wtedy 30 hektarów, zaś Niniwa 800. Za czasów Sanheryba w ósmym wieku przed Chr. Niniwa przeżywała największy rozkwit. Była miastem majestatycznych budowli, kanałów, ogrodów i świątyń, nad którymi górował pałac Sanheryba, tak bogato zdobiony złotem, że blask bijący od niego rozlewał się nad całym miastem. Miasto poświęcone było Isztar, demonicznej bogini zwanej Królową Niebios. W świątyniach Niniwy niewolnice służby świątynnej uprawiały kultowy nierząd, a na ołtarzach składano ofiary z ludzi. Może dlatego Jonasz wzbraniał się przed misją zleconą mu przez Boga. A może nie pragnął ocalenia mieszkańców Niniwy, ponieważ Asyria była wrogiem Izraela. Jednak Bóg, w cudowny sposób sprawił, że Jonasz znalazł się w Niniwie, gdzie zaczął wzywać jej mieszkańców do nawrócenia. Czynił to bardzo skutecznie. W Księdze Jonasza czytamy. „I uwierzyli mieszkańcy Niniwy Bogu, ogłosili post i oblekli się w wory od największego do najmniejszego. Zobaczył Bóg czyny ich, że odwrócili się od swojego złego postępowania. I ulitował się Bóg nad niedolą, którą postanowił na nich sprowadzić, i nie zesłał jej”. Idąc tropem tej opowieści możemy wnioskować, że następne pokolenia znowu zeszły na drogi zła i ignorując wysłanników Boga ściągnęły na siebie zagładę. Otóż Niniwa została zniszczona przez Medów, Persów i Babilończyków w roku 612 przed Chr. Przesłanie powyższej opowieści ma także, a może przede wszystkim wymiar indywidualny. Historia Niniwy rozgrywa się w duszy i sercu każdego z nas.

Historia o Jonaszu, nawiązując do faktów historycznych jest opowieścią o Bogu, który kocha wszystkie swoje dzieci. Nie chce zguby człowieka, ale żeby się nawrócił i żył. Posyła On swoich proroków, aby upominali i wzywali błądzących do nawrócenia. Opowieść o miłującym Bogu powtarza się ciągłe w naszej historii. Najczęściej ma ona charakter indywidualny. Nie zawsze jednak człowiek chce słuchać bożych wysłanników. Nauczanie Jonasza przyczyniło się do nawrócenia tysięcy ludzi, a nieraz bywa tak, że wielu wysłanników bożych jest bezsilnych wobec jednego błądzącego, jak to było w przypadku Jacka z poniższej historii.  Jacek wraz żoną i dwójką dzieci wylosował zieloną kartę i przyjechał do Nowego Jorku. Początki, jak zwykle nie były tu łatwe. Jednak dzięki samozaparciu i ciężkiej pracy udało się im szybko stanąć na nogi. Dorobili się własnego domu, pomogli także dzieciom zdobyć wykształcenie. I gdy wydawało się, że najgorsze mają za sobą, wtedy nad ich rodziną zaczęły się gromadzić ciemne chmury. Jacek wracał z pracy coraz później, a co gorsze, czuć było od niego alkohol. Z dnia na dzień było coraz gorzej. Jacek był głuchy na upomnienia matki, żony i dzieci. Uważał, że w jego przypadku nie ma problemu alkoholowego. Mówił, że w każdej chwili może przestać pić. A w rzeczywistości było inaczej, po prostu bez alkoholu nie potrafił żyć. Pod naciskiem rodziny zgodził się na spotkanie z księdzem. Złożył nawet przyrzeczenie abstynencji alkoholowej. Wytrwał w nim tylko kilka dni. Prawie cały czas był pijany. Stracił także pracę. Siedział w domu i tylko kombinował, jak zdobyć pieniądze na alkohol.  Aby nie słuchać upomnień matki, żony i dzieci, opuścił dom i przyłączył się do grupy bezdomnych, z którymi się upijał. Spał pod mostami i na ławkach w parku. Nieraz jego córka i syn przywozili go nieprzytomnego do domu. Kąpali go, ubierali i mieli nadzieję, że tata zostanie. On jednak, gdy tylko wytrzeźwiał zabierał pieniądze z domu i znikał. Po pewnym czasie słuch o nim zaginął.  Na nic zdały się poszukiwania rodziny.  Aż pewnego zimowego dnia zjawili się w domu policjanci, aby zidentyfikować bezdomnego, którego znaleziono martwego pod mostem. Był to Jacek. Głuchota na boże wezwanie, które docierało do niego przez rodzinę sprowadziła śmierć. Sprawę jego zbawienia, śmierci duchowej zostawiamy w ręku miłosiernego Boga, bo On najlepiej zna ludzkie serce i najsprawiedliwiej osądza ludzkie pragnienie i wysiłki powstania z grzechu.

Każdy z nas w jakiejś mierze potrzebuje nawrócenia, aby być godnym Królestwa Bożego. Chrystus po uwięzieniu Jana Chrzciciela przyszedł do Galilei i głosił: „Czas się wypełnił i bliskie jest królestwo Boże. Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię!”  A święty Paweł w liście do Koryntian dodaje: „Mówię, bracia, czas jest krótki. Trzeba więc, aby ci, którzy mają żony, tak żyli, jakby byli nieżonaci, a ci, którzy płaczą, tak jakby nie płakali, ci zaś, co się radują, tak jakby się nie radowali; ci, którzy nabywają, jak gdyby nie posiadali; ci, którzy używają tego świata, tak jakby z niego nie korzystali. Przemija bowiem postać tego świata”. W wieku kilkunastu lat wydaje się nam, że życie jest tak długie jak nieskończoność.  A gdy mamy na karku siedemdziesiątkę, to z niedowierzaniem spoglądamy wstecz i stwierdzamy, że życie jest bardzo krótkie. Wydarzenia sprzed kilkudziesięciu lat wracają do nas jakby miały miejsce wczoraj. Rzeczywiście, jak mówi św. Paweł „czas jest krótki”. Wobec tego św. Paweł radzi, aby sprawy ziemskie nie przesłoniły nam rzeczywistości Królestwa Bożego. I tak na przykład, posiadając wiele dóbr materialnych, żyjmy jakbyśmy ich nie posiadali. To znaczy nie żyjmy dla nich, tylko wykorzystujmy je w zdobywaniu Królestwa Bożego. Nasze codzienne życie winniśmy ustawić w perspektywie spotkania z rzeczywistością wieczną. Taka zmiana perspektywy widzenia życia wiąże się nieraz z gruntowną przemianą stylu życia. Szczególnie jest to widoczne w życiu ludzi, którym Bóg powierza szczególną misje głoszenia Ewangelii, jak to było w przypadku powołania Piotra, Andrzeja, Jana, Jakuba, którzy opuścili łodzie, by stać się rybakami ludzi. Taki charakter ma każde powołanie kapłańskie. Sakrament kapłaństwa w łasce Chrystusa daje szczególną moc otwierania ludzkich serc na wartości wieczne. Ze względu na ważność tych powołań w Kościele, Chrystus każe na modlić się o nie: „Żniwo wielkie a robotników mało. Proście, więc Pana żniwa, aby wyprawił robotników na swoje żniwo”.

Brak robotników w bożej winnicy boleśnie odczuwali wierni tam, gdzie Kościół był prześladowany. Kardynał Kazimierz Świątek, który osobiście doświadczył prześladowania w Związku Sowieckim wspomina: „Po krótkim pobycie na Ukrainie, gdzie zostałem skierowany po wyzwoleniu z łagru, z wielkim trudem dostałem się do Pińska. I tak oto po dziesięciu latach wszedłem do katedry, gdzie w 1939 r. przyjąłem święcenia kapłańskie. Była niedziela. W pierwszych ławkach siedziało około 30 starszych kobiet. Obok ołtarza kręcił się starszy, kulawy mężczyzna. Stałem pod chórem, opierając się o filar. Można sobie wyobrazić, co się działo w moim sercu, przepełnionym radością i wdzięcznością. A tymczasem ten starszy mężczyzna zajmował się przygotowaniem ołtarza do Mszy św. Położył na ołtarzu ornat, kielich, zapalił świece, uderzył w dzwonek obok wejścia do zakrystii… ale ksiądz do ołtarza nie wyszedł. Kobiety wstały, jedna z nich na głos się przeżegnała, powiedziała, jaka jest dziś niedziela i zaczęła razem z innymi czytać wstępne modlitwy Mszy św. A więc Msza św. bez kapłana! Po czytaniach ze Starego i Nowego Testamentu wszystkie kobiety wstały i jedna z nich zaczęła czytać Świętą Ewangelię… W tym momencie nie wytrzymałem. Zacząłem płakać.” ( z książki w Poszukiwaniu mądrości życia).

ŚWIĘTY EUGENIUSZ MAZENOD

Każdego z nas Bóg powołuje do swojej winnicy. W różnorakości powołań jest jedno bardzo ważne. Jest to powołanie do głoszenia Dobrej Nowiny. Mamy to czynić niezależnie od zadania powierzonego nam na ziemi, czy wykonywanego zawodu. Niektórych jednak Bóg wzywa, aby porzucili wszystko, a głoszenie Ewangelii uczynili najważniejszym celem życia. O takie powołania Chrystus każe nam się modlić, bo żniwo wielkie, a robotników mało. To wołanie jest nieraz bardzo wyraźne i konkretne tak jak było w przypadku apostołów z powyższego fragmentu Ewangelii. Zobaczyli Chrystusa, rozpoznali w Nim Mesjasza, Chrystus powołał ich a oni poszli za Nim. Nieraz jednak powołanie to rozpoznajemy stopniowo, poprzez różnego rodzaju doświadczenia życiowe, tak jak to miało miejsce w życiu św. Eugeniusza de Mazenoda.

Św. Eugeniusz urodził się 1 sierpnia 1782 w Aix-en-Provence, w szlacheckiej rodzinie. Tuż przed wybuchem rewolucji francuskiej, w roku 1789 szlachta prowansalska wybrała Karola-Antonioego de Mazenoda, ojca Eugeniusza na swego przedstawiciela, który miał bronić jej praw. Pertraktacje nie przyniosły spodziewanych rezultatów. Wybuchła rewolucja, a pierwszych jej przeciwników powieszono przed oknami pałacu de Mazenodów. Rodzice Eugeniusza wraz z córką Ninette zmuszeni zostali do ucieczki. Dziewięcioletni Eugeniusz dołączył do nich w Nicei. W niedługim czasie, uchodząc przed wojskami rewolucyjnymi wyjechali do Wenecji. Tutaj Eugeniusz zaprzyjaźnił się z ks. Bartłomiejem Zinelli, który wywarł duży wpływ na życie duchowe przyszłego Świętego. Wtedy po raz pierwszy Eugeniusz poważnie myślał o kapłaństwie. Jednak natłok zdarzeń odsunął tę myśl na daleki plan.

W roku 1797 zubożała rodzina Świętego, barką służącą do przewozu bydła udała się do Neapolu. Dwa lata później wojska rewolucyjne zaatakowały Neapol. W mieście rozpoczęła się nagonka na emigrantów francuskich. Rodzina de Mazenod uszła do Palermo, gdzie dzięki życzliwości książąt Canizzaro, Eugeniusz mógł prowadzić arystokratyczny styl życia. Nauczył się jeździć konno, spędzał czas na polowaniach i grach towarzyskich. Odgrzebał swój rodowy herbarz i przypisał sobie tytuł księcia de Mazenod. Ten styl życia wyraźnie mu odpowiadał. Marzył o świeckiej karierze. Jednak ziarno boże zasiane przez ks. Bartłomieja dawało o sobie znać. Eugeniusz pisze do swego ojca, że pośród zabaw i wybornego towarzystwa „często bierze go tęsknota za czymś innym”.

Po jedenastu latach wygnania, w roku 1802 hrabia Eugeniusz pełen zapału i planów wrócił do Francji. Szybko jednak rozwiały się jego nadzieje i iluzje. Rodzice żyli w separacji. Matka próbowała odzyskać utracony majątek i starała się bogato ożenić syna. Eugeniusz, jeśli brał pod uwagę ożenek to tylko ze względów finansowych. Nie widząc dla siebie perspektyw we Francji postanowił wrócić do Palermo. Wyjazdowi sprzeciwił się Fouché, minister spraw wewnętrznych Francji. Eugeniusz popadł w depresję, z której wyrwała go wiara zaszczepiona przez rodziców i umocniona w Wenecji przez księdza Bartłomieja. Do głosu doszła w nim naturalna cecha troski o biednych i nieszczęśliwych. W rodzinnym mieście został prezesem Towarzystwa Pomocy Więźniom. Starał się zaradzić ogromnej nędzy panującej w więzieniach. Był zdruzgotany poziomem religijnym i moralnym więźniów. Raziły go nadużycia straży więziennej. Aby temu zaradzić podjął bardzo aktywną działalność. Jednak intrygi środowiska udaremniły jego plany i zmusiły do rezygnacji z tej funkcji.

W roku 1807 podczas liturgii Wielkiego Piątku Eugeniusz przeżył olśnienie, które ostatecznie zadecydowało o jego życiu. Słysząc słowa kapłana, ukazującego krzyż: „Oto drzewo krzyża, na którym zawisło zbawienie świata”, uświadomił sobie ogromną miłość Chrystusa, na którą zapragnął odpowiedzieć całym swoim życiem. „Jak to możliwe, że ja, taki wrażliwy i kochający dla wszystkich, mogłem być niewrażliwy i nie kochać tego, Który prawdę mówiąc jest jako jedyny godny miłości?” – zapisał. Eugeniusz miał świadomość, że Kościół, a w nim Chrystus jest prześladowany. Tę świadomość spotęgowało zajęcie Rzymu przez wojska Napoleona. W sytuacji powszechnego zwątpienia i lęku, Eugeniusz wzrastał w miłości do Kościoła i aby mu lepiej służyć, wbrew swojej matce wstąpił do Seminarium Św. Sulpicjusza w Paryżu, gdzie jako kleryk został konspiracyjnym dyrektorem. Tę funkcje powierzyli mu profesorowie seminarium usunięci przez Napoleona za udział w ruchu oporu.

W roku 1811 Eugeniusz przyjął święcenia kapłańskie. Biskup de Demanelox chciał go mianować swym wikariuszem generalnym, lecz Eugeniusz odmówił. Po roku zrezygnował ze stanowiska dyrektora Seminarium Św. Sulpicjusza i wrócił do rodzinnego Aix, gdzie poświęcił się służbie ubogim i młodzieży. Miejscowa arystokracja była trochę zgorszona, że on arystokrata pracuje wśród nędzarzy, więźniów i do tego nazywa ich braćmi. W swej działalności Święty napotykał także na opozycję miejscowego kleru. Wyczerpany pracą, zaraził się tyfusem i był bliski śmierci. Po powrocie do zdrowia znowu wrócił do swojej pracy. Zdawał sobie jednak sprawę, że we wspólnocie może skuteczniej działać. Zaczął gromadzić wokół siebie gorliwych kapłanów, którzy razem z nim wędrowali z wioski do wioski, nauczając prosty lud i długie godziny spędzając w konfesjonale. W okresach wolnych od posługi misjonarze poświęcali wiele czasu na pogłębienie życia wewnętrznego przez modlitwę i naukę. Sami nazwali się „Misjonarzami Prowansji”. Głosząc Ewangelię chcieli przyczynić się do religijnej i moralnej odnowy kraju, w którym Kościół został dotkliwie zraniony przez rewolucję i politykę Napoleona.

Aby jeszcze skuteczniej duszpasterzować, Eugeniusz poprosił o oficjalne zatwierdzenie wspólnoty jako Zgromadzenia zakonnego na prawie papieskim. 17 Lutego 1826 roku Papież Leon XII zatwierdził nową wspólnotę pod nazwą „Oblatów Maryi Niepokalanej”. Eugeniusz został wybrany przełożonym generalnym i pozostał nim aż do śmierci. W roku 1837 Święty został biskupem Marsylii. Diecezja była zrujnowana, część duchowieństwa wymordowano, część zmuszono do współpracy z wrogami Kościoła. Biskup Eugeniusz położył nacisk na wychowanie w seminariach oraz podniesienie poziomu intelektualnego i moralnego duchowieństwa. Osobiście prowadził bardzo prosty i surowy tryb życia. Zajmował najgorszy pokój w domu biskupim, spożywał proste posiłki, sam naprawiał swoje ubrania. Po Marsylii poruszał się jak zwykły ksiądz. Godzinami spowiadał w zimnych kościołach. Do jego domu przybywało wielu ludzi, a on był do ich dyspozycji o każdej porze. Eugeniusz pracując wytrwale dla kościoła lokalnego troszczył się o szerzenie Królestwa Bożego na całym świecie. Misjonarze z założonego przez niego Zgromadzenia Oblatów Maryi Niepokalanej docierali do najdalszych zakątków świata. Dzisiaj głoszą oni Ewangelię w 68 krajach.

21 maja 1861 roku, w wieku 79 lat, Eugeniusz odszedł do domu Ojca. Na łożu śmierci pozostawił Oblatom swój testament: „Wśród was miłość, miłość, miłość, a ponadto gorliwość o zbawienie dusz”. I te cechy podkreślił Jan Paweł II 3 grudnia 1995 roku, ogłaszając Eugeniusza świętym (z książki Wypłynęli na głębię).

CHCIAŁBYM…

Pewnego dnia mały chłopiec, w czasie modlitwy powiedział: „Panie Boże, chciałbym mieć piękny duży dom z werandą i ogrodem. Chciałbym pokochać i poślubić piękną i czarującą kobietę, z długimi czarnymi włosami i niebieskimi oczami, która grałyby na gitarze i pięknie śpiewała. Chciałbym mieć trzech dorodnych synów, z którymi grałbym w piłkę. A gdy dorosną, chciałbym, aby pierwszy z nich został naukowcem, drugi senatorem, a trzeci sławnym pisarzem. Chciałbym także odbyć dalekie podróże, wspinać się na ośnieżone szczyty i przemierzać nieogarnione przestrzenie oceanu. Chciałbym także jeździć czerwonym Ferrari”. Bóg odpowiedział: „To brzmi jak piękny sen, cudowne marzenie. Chciałbym abyś był szczęśliwy”.

Podczas gry w piłkę wspomniany chłopiec doznał poważnej kontuzji kolana. Marzenia o zdobywaniu ośnieżonych szczytów górskich, dalekich wędrówek na zawsze pozostały tylko w sferze marzeń. Zaczął zatem studiować marketing, a później zajął się dostawą sprzętu medycznego. W czasie studiów poznał piękną i sympatyczną kobietę. Nie była jednak muzykiem i tak czarująca jak pragnął, ale za to była wspaniałą gospodynią i miała w sobie wiele kobiecego ciepła. Ze względu na pracę zamieszkali w centrum miasta w mieszkaniu z niewielkim balkonem. Mieli trzy córki. Jedna z nich, była przykuta do wózka inwalidzkiego. Zarabiał wystarczająco dużo pieniędzy, aby zapewnić rodzinie wygodny byt, ale nie stać go było na czerwone Ferrari. Wiele czasu poświęcał swoim córkom.

Pewnego ranka obudził się bardzo smutny i przygnębiony. Wyznał swojemu przyjacielowi, że jest rozczarowany tym, że jego żona nie jest tak piękna i muzykalna jak sobie wymarzył. Przyjaciel przekonywał go, że jego żona jest naprawdę bardzo sympatyczna i miła. Ale on nie chciał tego słuchać. Swoim smutkiem podziel się z żoną, mówiąc, że nie mają takiego wygodnego domu, jakiego pragnął. Nie mają też ogrodu. Żona przekonywała go, że obecny dom jest wygodny, że wystarczająca zarabia i że są szczęśliwi. Ale to go nie przekonało. Udał się do księdza mówiąc, że marzył o trzech synach, a ma trzy córki i to jedna kaleka. Ksiądz był innego zdania. Powiedział, że Bóg obdarzył go pięknymi i mądrymi córkami i powinien Mu za to dziękować. Ale on nie chciał tego słuchać. W końcu udał się ze swoim smutkiem do psychologa, żaląc się, że nie spełniają się jego marzenia o wielkich przygodach i czerwonym Ferrari. Psycholog starał się go przekonać, że jego praca związana z dystrybucją sprzętu medycznego uratowała życie wielu osobom, że to nadaje sens życiu. Ale on nie chciał tego słuchać.

Smutek i przygnębienie wpędziły go w chorobę. Późną nocą w szpitalnym pokoju mężczyzna powiedział do Boga: „Gdy byłem małym chłopcem powiedziałem Ci, co chciałbym w życiu”. „To było piękne marzenie, piękny sen” – powiedział Bóg. „To dlaczego nie dałeś mi tego?”. „Mógłbym ci to dać – powiedział Bóg- ale chciałem cię zaskoczyć tym o czym nie marzyłeś. Otrzymałeś w życiu, wszystko co jest potrzebne do pięknego i szczęśliwego życia.  „Tak? – przerwał mężczyzna- Ale ja myślałem, że dasz mi to czego ja chciałem”. „A ja pragnąłem, abyś się cieszył był szczęśliwy z tego co ci dałem” – odpowiedział Bóg. I tej nocy tragicznie smutny człowiek zaczął śnić nowy sen i dostrzegł spełniające się marzenia. I stał się człowiekiem bardzo szczęśliwym (Adaptacja opowieści „Signs of the Times” Loren Seibold).

W Ewangelii na dzisiejszą niedzielę słyszymy słowa Chrystusa: „Czas się wypełnił i bliskie jest królestwo Boże”. Nie wszyscy słuchający poszli za tym wezwaniem, bo mieli inne wyobrażenie królestwa Bożego, które zacznie się realizować wraz z przyjściem Mesjasza. Prorocy mówili o nadejściu Królestwa Bożego, które będzie oparte na sprawiedliwości, prawdzie i miłości. Te wizje prorockie były często mylnie odczytane przez niektórych Izraelitów. Nadano im bowiem charakter polityczny. Wierzono, że chodzi o idealną społeczność na ziemi, zbudowaną głównie przez Izraelitów przy nadzwyczajnej interwencji Boga. Dlatego rozminęli się z Chrystusem. Chrystus głosił Królestwo Boże, które ma charakter duchowy i jest wieczne. Wielu uwierzyło w to Królestwo i poszło za Chrystusem. Jezus powiedział do rybaków galilejskich: „Pójdźcie za Mną, a sprawię, że się staniecie rybakami ludzi”. A oni, „natychmiast zostawili sieci i poszli za Nim”. Zapewne jak większość Izraelitów mieli obraz Królestwa Bożego skażonego wymiarem politycznym, jednak gdy rozpoznali w Chrystusie Mesjasza, ten obraz się zmienił. A to pociągnęło zmianą ich życia i na tej drodze odkryli prawdziwe piękno Królestwa Bożego, którego nie mogła przesłonić nawet męczeńska śmierć. Na powołanie pierwszych uczniów możemy spojrzeć przez pryzmat przytoczonej na wstępie opowieści. Pierwsi uczniowie mieli swój obraz Królestwa Bożego i Mesjasza i tego oczekiwali, a Bóg zesłał im coś innego i gdy to przyjęli odkryli prawdziwe piękno życia i piękno Królestwa Bożego. Zostawili „swoje sieci”, to wszystko, co do tej pory nadawało sens ich codzienności i poszli za Chrystusem.

Królestwo Boże rozpoczyna się tu na ziemi, w naszych sercach, ale swoją pełnię osiągnie w wieczności, kiedy staniemy twarzą w twarz przed Królem tego królestwa, Jezusem Chrystusem. Chrystus wzywa do przygotowania się na przyjęcie tego Królestwa: „Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię”. Nieraz sądzimy, że na nawrócenie, pogłębienie więzi z Bogiem mamy jeszcze czas. Najlepiej odłożyć to na stare lata. Zapewne do podobnie myślących św. Paweł kierował w pierwszym słowa: „Mówię wam, bracia, czas jest krótki. Przemija bowiem postać tego świata”. Nie trzeba nam przypominać, że przemija postać tego świata. Sam doświadczam tego, gdy spaceruje ulicami Maspeth. Spotykam młodych ludzi, którzy mi mówią: „Ponad 20 lat temu ksiądz udzielił mi chrztu”. A ja myślę: Jak ten czas szybko mija. I jestem coraz bliżej spotkania z Chrystusem Królem w czasach ostatecznych. Chciałbym, aby to spotkanie było radosne i taką mam nadzieję. Ale do tego trzeba się przygotować. W ostatnim czasie stażysta w CNN przeglądał archiwa tej stacji i natrafił na wideo przygotowane na ewentualny koniec świata. W jednej ze scen orkiestra gra pieśń kościelną „Być bliżej Ciebie chcę”, wzorowanej na XIX-wiecznej angielskiej pieśni Nearer, my God, to Thee inspirowanej snem Jakuba z Księgi Rodzaju. Według niektórych świadków ten hymn był grany jako ostatni utwór, przez orkiestrę na tonącym Titanicu”. Jakże wymownie musiała brzmieć ta pieśń na statku, na burtach którego były napisy: „Nawet sam Chrystus nie zatopi tego statku” oraz „Nie ma Boga, który by zdołał ten statek w odmętach morskich pogrążyć”.

Aby być gotowym na przyjęcie Królestwa Bożego winniśmy śpiewać tę pieśń całym naszym życiem nie tylko w ostatniej jego godzinie. Przypominają nam o tym prorocy, których Bóg ciągle posyła do nas, jak proroka Jonasza do grzesznej Niniwy: „Wstań, idź do Niniwy, wielkiego miasta, i głoś jej upomnienie, które Ja ci zlecam”. Jonasz poszedł i wzywał do nawrócenia. Mieszkańcy Niniwy nawrócili się, a Pan powstrzymał każącą rękę. A my, jakże często jesteśmy podobni do małego Kacpra, które siostra katechetka przygotowywała do I Komunii św.. Otóż Kacper przyjechał z rodziną w odwiedziny do swojej babci, u której, poczuł się zbyt swobodnie i zaczął rozrabiać. Babcia powiedziała, że zachowywał się dobrze, bo święta Rita patrzy na niego. Kacper zdziwiony spojrzał na figurkę św. Rity w habicie zakonnym, trochę się uspokoił i grając na komputerze od czasu do czasu podejrzliwie spoglądał na figurkę. Babcia wyszła na chwilę z pokoju, a gdy wróciła zobaczyła figurkę św., Rity odwróconą do ściany. Kacper siedział zadowolony, bo św. Rita nie patrzy na niego. W wypadku dziecka wgląda to zabawnie, ale gdy dorosły tak się zachowuje, to wygląda to żałośnie i tragicznie (Kurier Plus, 2014r.).

POWOŁANIE NA MIARĘ CODZIENNOŚCI

Powołanie przez Boga bardzo często jest kojarzone ze spektakularnym wydarzeniem, które diametralnie odmienia życie. Chociażby powołanie św. Pawła, którego nawrócenie wspominamy w liturgii kościoła 25 stycznia. W drugim czytaniu wzywa on nas do nawrócenie, przemiany życia, bo „Przemija bowiem postać tego świata”. Pochodził on z żydowskiej rodziny silnie zakotwiczonej w tradycji judaistycznej. Gorliwość religijna sprawiła, że w wieku 25 lat stał się gorliwym prześladowcą Kościoła. Uczestniczył jako świadek w kamienowaniu św. Szczepana. Około 35 roku udał się do Damaszku, aby tam ścigać chrześcijan. Jak podają Dzieje Apostolskie, u bram miasta olśniła go nagle światłość z nieba. A gdy spadł z konia usłyszał głos: „Szawle, Szawle, dlaczego Mnie prześladujesz?” – „Kto jesteś, Panie?” – zapytał. I usłyszał odpowiedź: „Jestem Jezus, którego ty prześladujesz. Wstań i wejdź do miasta, tam ci powiedzą, co masz czynić”. Po tym wydarzeniu Paweł nawrócił się i stal się gorliwym wyznawcą Chrystusa i niezwykle skutecznym głosicielem Ewangelii. Swoją wiarę w Chrystusa przypieczętował męczeńską śmiercią.

 Pierwsze czytanie mówi o powołaniu Jonasza, który jest piątym z kolei prorokiem z grona tzw. proroków mniejszych. Wypełniał on swoją misję prorocką wśród Izraelitów. Jednak Bóg, w pewnym momencie powołał go do zadania, które było dla niego niezrozumiale i budziło sprzeciw. Otóż Bóg posłał go do Niniwy, asyryjskiej stolicy, aby wzywał mieszkańców tego miasta do nawrócenia. Dla Hebrajczyka mieszkańcy Niniwy byli kimś więcej niż tylko poganami, byli wrogami, którzy ze szczególnym okrucieństwem prześladowali Izraelitów. Niniwa symbolizowała wszystko to, co było najbardziej nieprawe i okrutne. Trudno się dziwić, że Izraelici, w tym także Jonasz, czuli wrogość wobec Niniwitów. Zamiast wzywać ich do nawrócenia, bardziej pragnęli kary Bożej i zniszczenia ich, jak Sodomy i Gomory. Jonasz, wykręcając się od misji zleconej przez Boga wsiadł na statek płynący w przeciwnym kierunku. Nagle zerwała się burza. Zgodnie z ówczesnym zwyczajem marynarze rzucili losy, aby dowiedzieć się, co jest jej przyczyną. Los padł na Jonasza, który wyznał swój grzech i prosił, aby wrzucono go do morza. Tak też uczyniono. Proroka połknęła wielka ryba, która po trzech dniach wyrzuciła go na brzeg w okolicy Niniwy. Przez cały dzień Jonasz chodził po mieście, nawołując ludzi do modlitwy i postu, przestrzegając ich, że w przeciwnym razie miasto zostanie zburzone. Mieszkańcy uwierzyli słowom proroka. Nawrócili się, czyniąc pokutę. Bóg przebaczył im winy, a Niniwa została ocalona.

Spektakularny charakter miało także powołanie pierwszych apostołów. Byli oni gorliwymi wyznawcami judaizmu i tak jak wszyscy Izraelici oczekiwali przyjścia Mesjasza. Oświeceni łaską Bożą i światłem rozumu rozpoznali w Chrystusie obiecanego Mesjasza. Szymon, jego brat Andrzej oraz Jakub, syn Zebedeusza mieli poukładane w miarę wygodne życie. Ale kiedy przyszedł Jezus, wystarczyło jedno zdanie, żeby zostawili pracę, dom, rodzinę, swoich przyjaciół. Nagle stwierdzili, że jest coś ważniejszego, niż te wartości. Na słowa Chrystusa: „Pójdźcie za mną, a sprawię, że staniecie się rybakami ludzi”, porzucili wszystko i poszli za Nim. Zostawili jezioro Galilejskie, sieci pełne ryb, poranne zorze i śpiew ptaków, jednym zdaniem, całe piękno dotychczasowego życia. Powołanie nad jeziorem Galilejskim ma także wymiar symboliczny. Jezioro jest miejscem, gdzie żyją i pracują Galilejczycy. Jezus szuka i znajduje uczniów w ich własnym środowisku, niezależnie od pracy jaką wykonują i jaką cieszą się reputacją. Powołuje uczciwych rybaków, ale także znienawidzonych celników, siedzących na cle w Kafarnaum. Jezus powołuje jednych i drugich, nie ma miejsc i osób uprzywilejowanych. Od nas zależy, czy właściwie rozeznamy dar powołania, przyjmiemy go i tym samym doświadczymy spełnienia życia w najgłębszym jego wymiarze.

Z realizacją naszego powołania nieodłącznie związana jest nasza wiara. Kardynał Carlo Maria Martini powiedział: „Wiara i powołanie przenikają się w człowieku. Podobnie jak z jednej strony negatywne doświadczenie powołania może spowodować kryzys wiary, tak z drugiej strony wzrastanie w powołaniu pociąga za sobą osobiste dojrzewanie w wierze”. A zatem powołanie jest ciągłym wsłuchiwaniem się w głos Boga i odpowiadanie głębsza wiarą. Wzrastanie w wierze jest rozpoznawaniem naszego powołania, które odczytujemy w naszej zwyklej codzienności. W tym odczytywaniu warto czasami skorzystać z doświadczeń innych.

Znana polska aktorka Ewa Ziętek wyznała: „Kiedyś żyłam zupełnie inaczej, bardzo żałuję, że tak daleko od Boga. Był jeden moment, który jest dla mnie graniczny. Od tego czasu staram się iść tą drogą. Wiem, dokąd idę”. Momentem przełomowym w jej życiu była śmierć ojca. Jej relacje z Bogiem nabrały osobistego wymiaru. Wspomina: „Któregoś dnia modliłam się słowami ‘Wierzę w Ducha Świętego, Pana i Ożywiciela” i zastanowiłam się, co to tak naprawdę znaczy. Dotarło do mnie, że Bóg mnie kocha. Ta świadomość mnie zmieniła. Jak rozpuszczone dziecko zrozumiałam, że cokolwiek zrobię, Bóg zawsze będzie mnie kochał”. Wtedy zrodziło się pragnienie sakramentu pojednania, zaniedbanego przez wiele lat. W Wielki Piątek przystąpiła do spowiedzi. Wspomina, że była ona dla niej wielkim przeżyciem. Jest przekonana, że to ojciec i jej przyjaciele wymodlili dla niej łaskę spowiedzi. Od tej chwili stara się być blisko Chrystusa. Dzięki temu, jak sama mówi wiele zmieniło się na lepsze w rodzinie i otoczeniu. „Doświadczyłam wydarzeń, które nie mogłyby mieć miejsca, mierząc ludzką miarą. To są dla mnie cuda” – wyznaje. Bardzo dużo się modli, ale przede wszystkim chciałaby dawać przykład swoją postawą, choć wie, że nie zawsze jej się udaje: „Upadam każdego dnia. Ale wiem, dokąd idę”. Odczytanie na nowo swojego powołania odmieniło jej codzienność. Wybiera role, które nie kolidują z jej sumieniem. Poprosiła kolegów z Teatru Kwadrat, w którym pracuje, żeby nie przeklinali. Ewa Ziętek była zwolenniczką aborcji na żądanie, ostatnio zmieniła zdanie: „Nie chcę nikogo oceniać, to jest bardzo trudny i delikatny temat, ale jestem orędowniczką nienarodzonych dzieci. To wynika z mojej wiary”. Chodzi po szpitalach, rozmawia z kobietami, które chcą usunąć ciążę i stara się je od tego odwieść. Z tego powodu, czasami, spotykają ją ze strony personelu szpitalnego różnego rodzaju nieprzyjemności.

Po raz pierwszy powołał nas Chrystus. W naszym imieniu na to wołanie odpowiedzieli nasi rodzie i chrzestni. Od tej pory Chrystus ciągle staje nad naszym „jeziorem galilejskim” i woła nas. W odpowiedzi na to wołanie nieraz trzeba całkowicie zmienić naszą codzienność, zostawić dotychczasowe życie i pójść za Chrystusem. Jednak zawsze, niezależnie od naszego stanu czy zawodu odpowiedź na wołanie Chrystusa wiązać się będzie z przesączeniem naszej codzienności ewangelicznymi wartościami, dzięki czemu stajemy się wiarygodnymi uczniami i świadkami Ewangelii (Kurier Plus, 2018).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *