2 Lis

31 niedziela zwykła Rok B

 

CZAS ZNA WIELKOŚĆ I WSPANIAŁOŚĆ MIŁŚCI .                  

Jeden z uczonych w Piśmie zbliżył się do Jezusa i zapytał Go: „Które jest pierwsze ze wszystkich przykazań?” Jezus odpowiedział: „Pierwsze jest: «Słuchaj, Izraelu, Pan, Bóg nasz, Pan jest jedyny. Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją duszą, całym swoim umysłem i całą swoją mocą». Drugie jest to: «Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego». Nie ma innego przykazania większego od tych”. Rzekł Mu uczony w Piśmie: „Bardzo dobrze, Nauczycielu, słusznieś powiedział, bo Jeden jest i nie ma innego prócz Niego. Miłować Go całym sercem, całym umysłem i całą mocą i miłować bliźniego jak siebie samego daleko więcej znaczy niż wszystkie całopalenia i ofiary”.  Jezus widząc, że rozumnie odpowiedział, rzekł do niego: „Niedaleko jesteś od królestwa Bożego”. I już nikt więcej nie odważył się Go pytać (Mk 12,28b-34).

Przed wielu laty na jednej z wysp mieszkało Szczęście, Smutek , Wiedza, Próżność, Bogactwo, Miłość i wiele innych uczuć. Pewnego dnia ogłoszono, że w niedługim czasie wyspa znajdzie się pod wodą. Wszyscy zatem zaczęli przygotowywać łodzie, aby opuścić wyspę. Miłość zdecydowała się pozostać do ostatniego momentu. Gdy wyspa prawie całkowicie zanurzyła się w wodzie, wtedy dopiero Miłość zdecydowała się poprosić o pomoc. Szukając jej, zauważyła przepływającą obok bogato wyposażoną, olbrzymią łódź. Płynęło w niej Bogactwo. „Bogactwo, czy możesz mnie zabrać”- zapytała Miłość. „Nie, nie mogę. W łodzi jest wiele złota i srebra. Nie ma miejsca dla ciebie”- padła odpowiedź. Miłość zdecydowała się prosić o pomoc Próżność, która płynęła przepięknym, luksusowym statkiem. „Próżność, proszę, pomóż mi”- błaga Miłość. „Nie mogę ci pomóc. Jesteś cała mokra i mogłabyś mi zabrudzić statek”- odpowiedziała Próżność. W pobliżu znalazł się Smutek w swej łodzi. Miłość ponowiła prośbę. Smutek odpowiedział: „Jestem bardzo smutny. Muszę pozostać sam ze sobą. Nie mogę cię zatem zabrać”. Przepływało także Szczęście, ale tak było rozradowane i roześmiane, że nie usłyszało wołania Miłości. Aż tu nagle, strapiona Miłość słyszy głos: „Miłość, przyjdź tutaj. Zabiorę cię”. Miłość była tak uradowana, że zapomniała zapytać o imię starca, który zabrał ją do łodzi. Gdy dopłynęli do suchego lądu, starzec poszedł dalej swoją drogą. A gdy znikł za zakrętem, wtedy Miłość uświadomiła sobie, jak wiele zawdzięcza starcowi. Zapytała zatem Wiedzę o imię starca, który jej pomógł. „To był Czas”- odpowiedziała Wiedza. „Czas?”- zapytała Miłość- „Dlaczego Czas mi pomógł?” Wiedza uśmiechając, uśmiechem, przez który przebija najgłębsza mądrość, powiedziała: „Ponieważ tylko Czas jest w stanie zrozumieć jak wielka i wspaniała jest Miłość” (http://www.newfunpages.com).

Dysponujemy wspaniałym darem jakim jest czas. Targujemy się nieraz z życiem o długość tego czasu. A w sumie wartość życia nie zależy od jego długości, ale od tego czym jest wypełnione. Parafrazując historię o tonącej wyspie możemy powiedzieć, że Czas zna prawdę o życiu, które staje się wielkie i wspaniałe tylko wtedy, gdy wypełnimy je miłością. Czas rozciągając się w wieczność dosięga samego Boga, który jest pełnią miłości. Zanurzeni w tej pełni możemy nasycić swoje życie miłością, która niesie zbawienie. Dlatego też wiara w Boga kieruje naszą uwagę na zasadniczy jej problem jakim jest miłość.

Uczeni w Piśmie często pytali, które z 615 przepisów Starego Testamentu są najważniejsze. W 25 roku przed narodzeniem Jezusa sławny rabin Hillel powiedział: „Nie czyń bliźniemu swemu tego, co tobie niemiłe. Takie jest prawo, reszta to tylko komentarz. Idź i ucz tego innych”. Pytanie o miłość zadane Chrystusowi przez uczonych w Prawie wskazuje, że problem miłości zajmował ważne miejsce w ich dysputach religijnych. Chrystusowa odpowiedź ma jakby dwa człony. Pierwszy jest prawie dosłownym powtórzeniem rabinistycznej tradycji wywodzącej się z Księgi Powtórzonego Prawa: „Słuchaj, Izraelu, Pan, Bóg nasz, Pan jest jedyny. Będziesz miłował Pana, Boga twojego, z całego serca swego, z całej duszy swojej, ze wszystkich swych sił. Niech pozostaną w twym sercu te słowa, które ja ci nakazuję”. Drugi człon odpowiedzi zaskoczył zapewne uczonych w Piśmie, gdyż tradycja rabinistyczna trochę inaczej widziała ten problem. Według niej relacje międzyludzkie były regulowane przez różne prawa, w tym prawo miłości. Chrystus słowu „miłość” nadaje nowe znaczenie. Nowość polega na tym, że bliźnim jest nie tylko współplemieniec, ale każdy człowiek. Tak pojmowana miłość jest ważniejsza niż modlitwy i ofiary całopalne. I z takiej miłości kiedyś będziemy musieli zdać Bogu sprawę, tak jak w poniższej historii.

Mnich Bonifacy bardzo dokładnie zachowywał regułę zakonną. Przez lata pełnił różne funkcje w klasztorze i był przekonany, że wypełniał je bardzo dobrze. Zbiory z pól były obfite, gdy on był za nie odpowiedzialny. Kiedy zarządzał kuchnią, posiłki były proste, ale smaczne. Kiedy głosił kazania był przekonany, że jego słowa są mądre i zrozumiale przez słuchaczy. Jednym słowem, był zadowolony z siebie i z tego co robił. Nie był jednak skory do dzielenia się swoimi umiejętnościami ze współbraćmi.

Chlubił się ze swoich osiągnięć, to napawało go dumą, przy tym jednak nie potrafił docenić i cieszyć się osiągnięciami swoich współbraci. Uważał, że inni mnisi nie zachowują reguły zakonnej, są mniej zdolni, zaś jego zdolności i wierność regule są niedoceniane. Cierpiał z tego powodu, że nie został opatem. Stał się bardzo krytyczny wobec opata i jego zarządzeń. Uważał, że opat jest zbyt miłosierny, że powinien twardą ręka kierować wspólnotą zakonną. I to on jest powodem rozluźnienia dyscypliny w klasztorze. Prywatnie i publicznie wytykał różne sprawy, które według niego prowadzą do upadku życia zakonnego. Ciągle powtarzał, że wyżywienie było lepsze za czasów, gdy on odpowiadał za kuchnię. Przytaczał liczby, aby wykazać, że zbiory były wyższe, gdy on był odpowiedzialny za pola. Gdy tak to wszystko rozważał, potęgowała się w nim gorycz życia. Jego surowość i oschłość zabierała młodym nowicjuszom zakonnym odwagę i radość życia. Sytuacja w zakonie stawała się coraz gorsza. Aż w końcu mnich Bonifacy zmarł. Odprawiono pogrzeb, na którym nie zauważono szczególnego żalu i smutku.

Po śmierci Bonifacy stanął przed obliczem Chrystusa. Czuł się bardzo zmieszany i zagubiony. Desperacko starał przypomnieć sobie plony, jakie zbierał w czasie żniw, jadłospis, który przygotowywał dla swoich braci zakonników, słowa swoich kazań, jakimi napominał słuchaczy. Lecz w głowie czuł wielką pustkę. Nic nie pamiętał. I nagle ogarnął go lęk o swoje zbawienie. Jednak w spojrzeniu Jezusa nie dostrzegł żadnego potępienia. Widział tylko miłość. I wtedy uświadomił sobie ogromną winę i ogarnęło go uczucie wielkiej straty. Po raz pierwszy zrozumiał bezsens swojej surowości i odkrył prawdziwe znaczenie religii. Zobaczył ból, jaki zadał bliźnim przez swoją obojętność, brak ludzkich odruchów i swoje małostkowe ambicje. Zrozumiał, że jego lata wytężonej pracy, surowe zachowanie reguły, jego zdolności nic się nie liczą, bo nie były wypełnione bezgraniczną miłością. Wiedział teraz, że droga do nieba się zamyka się dla niego.

Jakże był bardzo zaskoczony, gdy Chrystus go nie potępił. Chrystus bowiem wiedział, że Bonifacy miał trudne dzieciństwo, że wychowywał się w patologicznej rodzinie, że popełniono błędy w jego edukacji religijnej. Nikt nie nauczył go prawdziwej miłości. To wszystko sprawiło, że wina mnicha była ograniczona. Mając to na uwadze Jezus zaprosił Bonifacego do nieba. Ale mnich nie mógł z tego skorzystać. Czuł się bardzo winny. Odmawiał wejścia do nieba do czasu, gdy będzie miał okazję przeprosić tych, których surowo osądzał, zabijając w nich nadzieję i radość życia. Czekał długie lata przed bramą raju, aż wszyscy jego współbracia zakonni umarli i zjawili się u bram raju. A wtedy Bonifacy pozdrawiał ich i prosił o wybaczenie.

Miłość jest kluczem naszego zbawienia. Bramy nieba otworzą się przed nami, gdy nasze życie przesączymy miłością. Przed Bogiem zdołamy przypomnieć sobie tylko to, co ma znamię miłości ( z książki Nie ma innej Ziemi Obiecanej)

 

 

JAK W LIŚCIE MIŁOSNYM

Mojżesz tak powiedział do ludu: „Będziesz się bał Pana, Boga swego, zachowując wszystkie Jego nakazy i prawa, które ja tobie rozkazuję wypełniać, tobie, twym synom i wnukom, po wszystkie dni życia twego, byś długo mógł żyć. Słuchaj, Izraelu, i pilnie tego przestrzegaj, aby ci się dobrze powodziło i abyś się bardzo rozmnożył, jak ci przyrzekł Pan, Bóg ojców twoich, że ci da ziemię opływającą w mleko i miód.  Słuchaj, Izraelu, Pan, Bóg nasz, Pan jest jedyny. Będziesz miłował Pana, Boga twojego, z całego serca swego, z całej duszy swojej, ze wszystkich swych sił. Niech pozostaną w twym sercu te słowa, które ja ci nakazuję” (Pwt 6,2-6).

Wraz z erą krótkich esemesów i listów mailowych, połączeń skypowych i portali społecznościowych umiera śmiercią naturalną piękna tradycja pisania listów miłosnych. Można je jednak odnaleźć w zakurzonych starych księgach. Urzekają one literackim kunsztem i pięknem słowa o miłości ogarniającej serce człowieka. Pisali je między innymi Mickiewicz, Ludwik XV, Napoleon, Stendhal, Hugo, Dumas, Boccaccio, Mazzini, Garibaldi, Henryk VIII, Nelson, Byron, Schiller, Mozart, Beethoven, Goethe, Wagner, Kierkegaard, Gustaw Adolf, Ibsen i inni. Król Jan Sobieski spod Wiednia pisał do swojej Marysieńki: „Cudowna rzecz to, moja panno, że mi się to ni o czym myśleć nie chce, jeno o tobie, i gdybyś ty tu była, moje serce, wszystkie by tu lepiej mogły pójść rzeczy, boby mi się na wieki obóz nie uprzykrzył, a ta włóczęga za największe byłaby u mnie delicje; ale bez ciebie, moja duszo, nie tylko zażyć czego, ale i żyć się przykrzy”. Nie jedna kobieta uroniłaby łzę wzruszenia, słysząc od swego wybranka serca takie wyznanie, i nie koniecznie musiałoby być on królem, czy księciem.

Ale i dzisiaj są niepoprawni romantycy, którzy nie tylko piszą podobne listy miłosne, ale nawet dają wskazówki, jak je pisać. Profesor Tom Chiarella w czasopiśmie „Esquire Magazine” opublikował artykuł, w którym daje wskazówki, jak pisać listy miłosne. Ujął je w pięciu punktach. Po pierwsze pamiętaj, że list miłosny nie jest pocztówką z gotowym tekstem. To, co chce wyrazić sercem nie da się kupić. Jeśli nie potrafisz wyrazić tego, co czujesz, to zastanów się, czy twoje uczucie jest naprawdę miłością. Po drugie, usiądź spokojnie, pomyśl i zacznij pisać. Pisanie listu wymaga czasu. Słowa mają swój miłosny rytm. Nie ujmuj go w punkty tematyczne i nie używaj zapożyczonych słów. Słowa w liście muszą wypływać z serca. Po trzecie, pamiętaj, że list miłosny ma wyrażać szacunek i uznanie  do kochanej osoby. I jest on przywołaniem wspólnych najpiękniejszych wspomnień. Ma zachować to, co było i jest między wami najpiękniejsze. Po czwarte, zanim powiesz kocham, powiedz ukochanej osobie, za co ją kochasz. Po piąte, nie przesadzaj w wrażaniu swych uczuć. Pisz spokojnie i jasno. Pamiętaj, że list miłosny jest czymś prywatnym, stąd też niesie pewne ryzyko. Tak napisany list miłosny jest odbierany jak sama miłość.

Do związku, jaki istnieje między listem miłosnym a czytaniami liturgicznymi na dzisiejszą niedzielę wrócę na końcu tych rozważań. A teraz skupmy się na czytaniach biblijnych, które zwracają naszą uwagę na przykazanie miłości. Mojżesz przed swoją śmiercią i przed wejściem do Ziemi Obiecanej zgromadził naród wybrany na Polach Moabskich i przypominał mu przymierze zawarte z Bogiem. Znakiem wierności przymierzu z Bogiem jest zachowanie Jego przykazań. Bóg zapowiada, że życie według przykazań będzie owocować już tu na ziemi: „Pilnie tego przestrzegaj, aby ci się dobrze powodziło i abyś się bardzo rozmnożył, jak ci przyrzekł Pan, Bóg ojców twoich, że ci da ziemię opływającą w mleko i miód”. Rozpatrując ten tekst w szerszym kontekście biblijnym wiemy, że dobra materialne są znakiem bożego błogosławieństwa, znakiem wartości duchowych i zbawienia. Następnie Mojżesz przypominał najważniejsze przykazanie, przykazanie miłości Boga. Jest ono ważne, dlatego, bo ten, który miłuje Boga będzie starał się zachowywać Jego przykazania, aby Go nie urazić. Mamy miłować Boga całym swoim jestestwem: „Będziesz miłował Pana, Boga twojego, z całego serca swego, z całej duszy swojej, ze wszystkich swych sił”. Obydwa wezwania do zachowania przykazań i miłowania Boga zaczynają się słowami „Słuchaj Izraelu”. Są to tak ważne słowa, że Izraelici odmawiają je rano i wieczorem. Te słowa rozpoczynają liturgię żydowską i są wypowiadane w godzinie śmierci.

W Ewangelii na dzisiejszą niedzielę słyszymy pytanie uczonego w Piśmie skierowane do Jezusa, które przykazanie jest najważniejsze. Jezus dosłownie zacytował fragment z Księgi Powtórzonego Prawa o miłości Boga i jeszcze dodał: „Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego. Nie ma innego przykazania większego od tych”. Jezus przykazania miłości bliźniego nie ogranicza tylko do narodu wybranego, ale rozciąga na całą ludzkość. Te dwa przykazania stanowią fundament naszego życia i życia wspólnoty ludzkiej. Bł. Jan Paweł II powiedział: „Będziesz miłował Pana Boga swego ponad wszystko – będziesz miłował człowieka, bliźniego twego jak siebie samego. Ten moralny fundament jest od Boga, dla człowieka, dla jego dobra prawdziwego. Jeśli człowiek burzy ten fundament, szkodzi sobie: burzy ład życia i współżycia ludzkiego w każdym wymiarze. Zaczynając od wspólnoty najmniejszej, jaką jest rodzina, i idąc poprzez naród aż do tej ogólnoludzkiej społeczności, na którą składają się miliardy ludzkich istnień”. Miłość Boga i bliźniego porządkuje nasze życie w każdym wymiarze. Każda sytuacja i każda chwila, każde słowo i każdy czyn przepojone miłością harmonijnie ukierunkowują nasze życie na Boga, w którym jest nasze zbawienie i życie. Miłość Boga więcej znaczy niż modlitwy i ofiary. Chrystus powie: „Miłować Go całym sercem, całym umysłem i całą mocą i miłować bliźniego jak siebie samego daleko więcej znaczy niż wszystkie całopalenia i ofiary”. Chrystus mówi, że ważne są modlitwy i ofiary, ale tracą na wartości lub nic nie znaczą, gdy zabraknie w nich miłości. Bez niej życie ludzkie traci sens. A gdy przesączymy miłością nasz życie, to już na ziemi otwiera człowiekowi niebo.  

A teraz spójrzmy na miłość Boga, o której mówią czytania biblijne przez pryzmat listu miłosnego. Jak w dobrym liście miłosnym nasza miłość winna być całkowicie skoncentrowana na Jezusie. Tak jak Bóg kocha nas tak i my winniśmy Go ukochać całym sobą, angażując wszystko czym jesteśmy i co posiadamy- nasze serce, naszą duszę, nasz umysł, nasze siły, całą naszą uwagę, nasz czas, naszą wdzięczność. Jak w dobrym liście potrzebny jest czas i uważność. Nie ważne, czy nasze słowa są naiwne, niezdarne, ważne, aby płynęły z głębi naszego serca. Miłość do Boga przywołuje najpiękniejsze przeżycia duchowe, łaski otrzymane od Niego. Zapewne pamiętamy wiele cudownych uniesień mistycznych i radości z poczucia bliskości Boga. To trzeba pamiętać i do tego wracać. Czasami miłość Boga może postawić nas w trudnej sytuacji niezrozumienia lub zranienia, ale podejmujemy to ryzyko ze względu na kochaną osobę, ze względu na Boga. Jest to miłość całkowita i bezkompromisowa, bezinteresowna i ofiarna. Taka miłość daje nam udział w życiu samego Boga, który jest naszym Zbawcą (z książki Bóg na drogach naszej codzienności).   

 

 

KALECTWO BRAKU MIŁOŚCI

Bracia: Wielu było kapłanów poprzedniego Przymierza, gdyż śmierć nie zezwalała im trwać przy życiu. Ten właśnie, ponieważ trwa na wieki, ma kapłaństwo nieprzemijające. Przeto i zbawiać na wieki może całkowicie tych, którzy przez Niego przystępują do Boga, bo wciąż żyje, aby się wstawiać za nimi. Takiego bowiem potrzeba nam było arcykapłana: świętego, niewinnego, nieskalanego, oddzielonego od grzeszników, wywyższonego ponad niebiosa, takiego, który nie jest zobowiązany, jak inni arcykapłani, do składania codziennej ofiary najpierw za swoje grzechy, a potem za grzechy ludu. To bowiem uczynił raz na zawsze, ofiarując samego siebie. Prawo bowiem ustanawiało arcykapłanami ludzi obciążonych słabością, słowo zaś przysięgi, złożonej po nadaniu Prawa, ustanawia arcykapłanem Syna doskonałego na wieki (Hbr 7, 23-28).

Michał po bardzo poważnym wypadku samochodowym nigdy nie odzyskał poprzedniej sprawności ciała. Mieszkał w bloku, mając za sąsiadów Jolantę i jej męża Marka. Jolanta chętnie pomagała Michałowi ilekroć do niej zadzwonił, prosząc o jakąś drobną przysługę. Pewnego wieczoru zadzwonił Michał, ale nie zastał Jolanty tylko jej męża, który był zajęty pisaniem artykułu, który miał się ukazać następnego dnia. Marek wysyłając faks równocześnie rozmawiał przez telefon: „Cześć Machał! Jolanty nie ma w domu”.  „O tak. Szkoda….”- wymamrotał Michał.  Nastała krótka cisza.  … Marek czytając e-mail mruknął coś pod nosem,. Michał zorientował się, że Marek jest zajęty czymś innym: „Wygląda na to, że jesteś bardzo zajęty”. „O tak- skwapliwie podchwycił Marek- na jutro muszę skończyć artykuł”.  I zadał retoryczne pytanie: „Czy mogę ci w czymś pomoc?” Michał wyczuwając udawaną chęć pomocy odpowiedział: „Nie, nie. Wszystko jest w porządku”. Marek teraz już wiedział, że Michał nie będzie chciał żadnej pomocy, dlatego jeszcze raz zapytał: „Czy jesteś pewien, że niczego nie potrzebujesz?” „Na pewno. Zaczekam na Jolantę ”- odpowiedział Michał.  Marek szybko odłożył słuchawkę. Jednak czuł, że postąpił chyba nie tak. Ale szybko znalazł usprawiedliwienie: Gdyby Michał miał naprawdę jakiś problem, to na pewno by wyjaśnił o co chodzi. Następnego dnia Jolanta powiedziała do męża, że Michał dzwonił wczoraj do niego, bo miał problem z zapięciem guzika u koszuli.  Nie mógł zrobić tego sam bo po wypadku miał niedowład rąk. Marek wziął głęboki oddech i poczuł na plecach ciarki. „Nie miałem dwóch minut, aby sąsiadowi pomoc w zapięciu guzika. Który z nas jest większym kaleką?”- zadał sobie pytanie (Jason Love, Spirituality & Health).

Każde kalectwo jest uciążliwe, jednak największym kalectwem życiowym jest dotknięty ten, w którego sercu nie ma miłości i wrażliwości. Jest to kalectwo, które pozbawia człowieka prawdziwego szczęścia i rani innych. Dotknięci tym kalectwem nie tylko nie spełniają się w ziemskim życiu, ale także stawiają pod znakiem zapytania swoją wieczność. Chyba nikt nie chciałby być kaleką pod tym względem. Każdy chce być kochany i każdy chciałby, aby jego serce było ożywiane uszczęśliwiająca miłością. Mimo takich pragnień brakuje nieraz prawdziwej miłości w naszym życiu, popełniamy wiele błędów. A to sprawia, że niektórzy wątpia i pytają, czy jest prawdziwa miłość, miłość na dobre i na złe. I nieraz dochodzą do wniosku, że taka miłość to utopia. Patrząc na dzisiejsze czasy wydaje się, że istnieje tylko wyrachowanie, miłość na jakiś czas. Na jednej ze stron internetowych młoda dziewczyna chełpiła się jak to udało się jej oszukać w uczuciach żonatego, starszego i bogatego biznesmena, który uwierzył, że go kocha i gotowy był zrobić dla niej wszystko. Dzięki udawanej miłości zwiedziła prawie cały świat, a w zasadzie luksusowe hotele na świecie. Hotele to jej ulubione miejsca. Na pamiątkę pobytu w nich kolekcjonowała hotelowe kapcie, jakie otrzymywali klienci. Myślała, że udało się jej oszukać biznesmena, ale najbardziej oszukaną osobą w tym związku jest ona. Sprzedaje swoje serce i swoje ciało za bezcenną rzecz jaką jest prawdziwa miłość. I nie wykluczone, że z tej wielkiej przygody życia zostanie jej zmarnowana młodość, no i hotelowe kapcie. 

Biblijne czytania na niedzielę dzisiejszą mówią o miłości, która jest najważniejsza w naszym życiu. Dla przybliżenia tej prawdy posłużę się obrazem czteropokojowego domu. Pierwsze pomieszczenie, to świetnie zaopatrzona kuchnia, gdzie przygotowywane są smaczne posiłki i serwowane najlepsze wina. Inny pokój to biblioteka z wygodnym fotelami i szafami zapełnionych najlepszymi książkami. Trzecim pomieszczeniem jest dobrze wyposażona pracownia, gdzie można wykonać prace stolarskie, malarskie oraz inne.  Ostatni pokój wyposażony jest w urządzenia elektroniczne najnowszej generacji, jak teatr domowy, komputery. Aby jak najpełniej żyć powinniśmy korzystać z tych czterech pomieszczeń. Gdybyśmy skoncentrowali się tylko na kuchni, delektowalibyśmy się smacznymi potrawami i dobrym winem, to upodobnialibyśmy się pulchnych aniołków Rubensa, ale nasza dusza była by pusta. Może byłoby to wygodne życie, ale ostatecznie nie spełnione. Dla pełni życia trzeba zajrzeć i pobyć w innych pokojach. Nasze życie jest mieszkaniem o wielu pokojach. Najważniejszym pokojem jest pokój z do lektury książek. Tam się uczymy jak mądrze korzystać z innych pokoi. Tam jest także najważniejsza księga, jaką jest Biblia. Przez nią przemawia do nas Bóg, który mówi o naszym wiecznym przeznaczeniu i najważniejszej wartości w naszym życiu. Jeśli zdecydujemy się żyć tylko w jednym pokoju, może to i nieraz wygodne i bezpieczne do czasu, ale w sumie jest to kalekie życie.

I jeszcze jedno porównanie. Hinduskie przysłowie mówi, że każdy z nas jest mieszkaniem, w którym są cztery pomieszczenia: fizyczne, psychiczne, uczuciowe i duchowe. Żyjemy zatem w tych czterech wymiarach. Źle się dzieje, gdy ktoś koncentruje się tylko na jednym wymiarze np. na sferze fizycznej i goni tylko za dobrami materialnymi i przyjemnościami lub uczuciowej i goni tylko za wzruszeniami obojętnie jakimi. Pomieszczenie duchowe jest najważniejsze w naszym życiu, a to dlatego, że jest miejscem spotkania z Bogiem. Aby spełniało takie zadanie musi być odpowiednio umeblowane, inaczej napełnione najważniejszymi wartościami.  Jakie są to wartości? Odpowiedź odnajdujemy w dzisiejszych czytaniach biblijnych. W pierwszym czytaniu słyszeliśmy słowa: „Będziesz miłował Pana, Boga twojego, z całego swego serca, z całej duszy swojej, ze wszystkich swych sił. Niech pozostaną w twym sercu te słowa, które ja ci dziś nakazuję”.  Zaś w Ewangelii Chrystus mówi: „Pierwsze jest: Słuchaj, Izraelu, Pan Bóg nasz, Pan jest jeden. Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją duszą, całym swoim umysłem i całą swoją mocą. Drugie jest to: Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego”. Gdy w meblowaniu naszego duchowego pokoju na centralnym miejscu postawimy miłość, wtedy wszystkie inne „meble” będą na właściwym miejscu.

W pierwszym rzędzie mamy kochać Boga, nawet przed naszymi rodzicami. Dla ilustracji tej prawdy przytoczę wspomnienie jednego z najpiękniejszych miejsc w naszej pielgrzymce do Włoch, a mianowicie Asyżu, miejsca urodzenia św. Franciszka. Franciszek całe swe życie pragnął poświecić Bogu, a ojciec chciał, aby prowadził jego kupiectwo.  Zdesperowany ojciec zaprowadził syna do biskupa Asyżu Gwidona II i oficjalnie go wydziedziczył. Franciszek wtedy powiedział: „Kiedy wyrzekł się mnie ziemski ojciec, mam odtąd prawo wyłącznie Ciebie, Boże, nazywać swoim Ojcem”. Dzięki postawieniu Boga na pierwszym miejscu tak wiele św. Franciszek zrobił dla bliźniego i Kościoła, a sam zyskał koronę świętości. Gdy postawimy Boga na pierwszym miejscu, On nam pomoże właściwie kochać bliźniego, którego miłość Bóg stawia na drugim miejscu.

Postawienie miłości bliźniego na pierwszym może stać się powodem zatracenia życia.  Marek był jedynakiem. Otrzymywał od rodziców wszystko czego potrzebował. Czasami w niedzielę wymawiał się od pójcie do kościoła, bo jest zmęczony po nocnej eskapadzie. Rodzice w imię fałszywej miłości tolerowali nocne wypady, zaniedbywanie praktyk religijnych. Widzieli także, że syn lekceważąc prawa boże odwiedza podejrzane miejsca, wraca do domu pijany. Nie stać było ich na zdecydowana reakcję. W imię fałszywej miłości do syna spychali na drugie miejsce miłość Boga. Aż przyszedł czas, że zrozumieli że popełnili błąd, a czas pokaże, czy nie jest już za późno na naprawienie tego błędu. Miłość Boga i bliźniego to jasna gwiazda, która prowadzi nas mrocznymi drogami życia do światła, które w Bogu staje się dla nas wiecznością (z książki W poszukiwaniu mądrości życia). 

 

 

ŚWIĘTY IWO Z BRETANII

Generalnie wszyscy się zgadzają, że miłość stanowi najważniejszą wartość życia. Rozbieżności pojawiają się w jej rozumieniu i praktykowaniu. Miłością nazywa się nieraz to, co z Bożej perspektywy jest złem. Ot choćby, nazywanie miłością zdrady małżeńskiej. W Bożej perspektywie miłość Boga jest na pierwszym miejscu. Praktykujemy ją między innymi przez zachowanie bożych przykazań, które wyznaczają przestrzeń miłości bliźniego. Ta przestrzeń nie pozwala na wypaczenie miłości i nazywanie jej imieniem zachowań, które łamią przykazania, są złem. Życie świętych jest obrazem malowanym codziennością, który ukazuje heroiczną realizację przykazania miłości na drogach ziemskiego pielgrzymowania. I chociaż nie zawsze możemy dosłownie naśladować świętych, to warto poznawać i zgłębiać ich życie, bo oni pociągają nas wzwyż i wskazują kierunek naszej ziemskiej pielgrzymki. Idźmy zatem śladami świętego Iwona z Bretanii.

W VI wieku pierwsi emigranci z Wielkiej Brytanii osiedlili się w północnych regionach Francji, zwanych Bretanią. Wiek później kwitło już tu chrześcijaństwo, które zostało zniszczone przez najazdy Normandów. W  XIII wieku, czasach Iwona, Bretania odradziła się. Dziadek Świętego otrzymał od księcia tytuł szlachecki i ziemię Kermartin. W rodzinnej posiadłości, w pobliżu Tréguier, 17 października 1253 roku przyszedł na świat Iwo. Jako najstarszy syn w rodzinie odziedziczył nazwisko po tej posiadłości. Miał on wszelkie dane, aby zrobić karierę świecką, co było po myśli ojca. Jednak Iwo od najmłodszych lat widział swoją przyszłość inaczej. Wcześnie osierocony przez ojca był wychowywany przez pobożną matkę oraz domowego nauczyciela. W wieku 14 lat wyjechał ze swoim nauczycielem do Paryża, aby na tamtejszym uniwersytecie studiować sztuki wyzwolone i prawo kanoniczne.

Po 10 latach spędzonych w Paryżu, Iwo przeniósł się do Orleanu, gdzie na tamtejszym uniwersytecie studiował dalej prawo kanoniczne oraz prawo rzymskie, które było zakazane ma uniwersytecie paryskim. Znajomość prawa świeckiego pozwoli mu w przyszłości skuteczniej bronić biednych i pokrzywdzonych. Traktował on bowiem zarówno studia prawnicze jak i wykonywanie praktyki adwokackiej jako służbę bliźniemu, szczególnie biednemu i bezbronnemu. Iwo ożywiony miłością Boga i bliźniego podejmował rożne praktyki ascetyczne i angażował się w działalność charytatywną. Sypiał na wiązce słomy a za poduszkę służył mu kamień lub opasła książka oprawiona w skórę. Zrezygnował z spożywania mięsa i wina, aby zaoszczędzone tym sposobem pieniądze przekazać ubogim. Po odziedziczeniu rodzinnej posiadłość Kermartin, dom ojcowski oddał na klasztor i szpital-przytułek dla ubogich. Zaś dochody z majątku przeznaczał na cele charytatywne. Wszystko rozdawał potrzebującym, ubierał  ich, żywił, dawał schronienie, opłacał naukę, leczył, organizował pogrzeby. To samo będzie czynił ze swoimi dochodami otrzymywanymi z racji pełnienia funkcji oficjała, czy rektora kościoła.

Jak trzydziestoletni, świetnie wykształcony prawnik Iwo wrócili do Rennes w Bretanii, gdzie miejscowy arcybiskup powołał go na stanowisko oficjała, czyli diecezjalnego sędziego duchownego. W tamtym czasie oficjał rozstrzygał nie tylko sprawy kościelne, ale także świeckie. W krótkim czasie Iwo zdobył sławę świetnego prawnika i świętego męża. Zapewne ta sława sprawiła, że Święty, po czterech latach został wezwany przez biskupa z Tréguier do rodzinnej diecezji, gdzie powierzył mu także funkcję oficjała. Iwo, opuszczając Rennes sprzedał konia, podarowanego mu przez arcybiskupa, a otrzymane z sprzedaży pieniądze rozdał ubogim. Iwo obejmując swój urząd w Tréguier przyjął też święcenia kapłańskie. Tutaj Święty również zyskał opinię bezstronnego, nieprzekupnego i sprawiedliwego sędziego, który w rozstrzyganiu sporów nie miał względu na osoby, na równi traktował bogatych z ubogimi. Łączył zawsze sprawiedliwość ziemską z przykazaniem miłości bliźniego. Robił wszystko, aby pogodzić zwaśnione strony i uniknąć procesu. Zwykle, zanim zajął się sprawą jako sędzia, odprawiał w ich intencji Mszę św. Bardzo często po takiej Mszy, skłóceni zmieniali swoje nastawienie do przeciwnika i godzili bez rozprawy. Jeśli już musiało do dojść do procesu, to Iwo opłacał biednym koszty postępowania sądowego. Święty odwiedzał skazanych w więzieniach i wspomagał ich rodziny, a szczególną troską otaczał wdowy i sieroty. Nazywano go adwokatem ubogich. Niektóre jego procesy i wyroki sądowe porównywano z Salomonowymi.

Święty adwokat prowadził surowy tryb życia. Do poprzednich praktyk ascetycznych dodał jeszcze post o chlebie i wodzie w środy i piątki. Zrezygnował z konia oraz kosztownych szat oficjała, a uzyskane pieniądze przekazywał biedakom z hospicjum w Tréguier. Sam przywdział zwykły chłopski strój z płótna, pod którym nosił ostrą włosiennicę. Mówił, że nie może dłużej być świadkiem Chrystusa ubogiego, paradując w zbytkownym stroju, nie chciał też oznajmiać ludziom sprawiedliwości, samemu będąc odzianym w symbole dominacji i tryumfu.

Biskup powierzył Świętemu także posługę duszpasterską w niewielkiej parafii Trédrez, a później w Louannec. Iwo, przykładem ubóstwa, żarliwą wiarą, wytrwałą modlitwą i oddaniem wiernym szybko zjednał sobie parafian. Aby jednak jeszcze bardziej poświecić się pracy duszpasterskiej wśród swych parafian, Iwo zrezygnował z urzędu oficjała, Nadal jednak występował jako adwokat i sędzia w szczególnych przypadkach.

Bezkompromisowo stawał po stronie prawdy, sprawiedliwości, w obronie ubogich, wdów i sierot. To stawało się nieraz powodem konfliktu ze znakomitymi przedstawicielami Kościoła i państwa, nie wyłączając nawet samego króla Francji, Filipa IV Pięknego. Posługa duszpasterska Iwona, całe jego życie wypełnione było ogromną miłością Boga i bliźniego. Pokutniczy tryb życia i cuda, które towarzyszyły jego działalności były dla wiernych znakiem jego świętości. Po znojnym dniu zamykał się w swoim pokoju i całe noce spędzał na modlitwie. Nieraz kilka dni bez jedzenia i picia trwał w mistycznej bliskości Boga. W czasie tych mistycznych uniesień nabierał mocy do dalszej działalności. Mówiono o nim, że: „Przez swe kazania i dobry przykład prowadził złych ku byciu lepszymi, a lepszych ku byciu dobrymi”. 

Spalany miłością Boga i bliźniego, po Wielkanocy roku 1303 ciężko  zachorował. 19 maja 1303 roku odszedł do swego Pana, którego umiłował w biednych. Miał wtedy 50 lat. Zaraz po jego śmierci książęta, duchowni i wierni prosili papieża o kanonizację. W 1330 roku 250 świadków złożyło zeznania w procesie kanonizacyjnym. Przytoczyli oni setki przykładów świadczących o heroicznej cnocie miłości, jak i też wiele cudów, które dokonały się za wstawiennictwem Świętego. 18 maja 1347 roku Iwo został ogłoszony świętym przez papieża Klemensa VI. Grób Świętego znajduje się w Tréguier i jest miejscem pielgrzymek ludzi z całego świata. Kaplica zbudowana przez samego św. Iwona w 1297 r., po jego kanonizacji zamieniona została na jego sanktuarium . Co roku 19 maja, na odpust św. Iwona z katedry św. Tugduala w Tréguier wyrusza procesja prawników z całego świata ubranych w togi, którzy niosą procesjonalnie relikwie Świętego, nawiedzając miejsce jego urodzenia, kościół w Minihy (z książki Wypłynęli na głębię).

 

 

JAK BLISKO JESTEŚ OD KRÓLESTWA BOŻEGO

W lutym przyszłego roku wybieramy się na wycieczkę do Ekwadoru  i na wyspy Galapagos. Jest to jeden z najpiękniejszych zakątków świata. W naszych podróżach szukamy miejsc, które w sposób szczególny dotknęła ręka Boża, miejsc objawień. Na wyszukiwarce wypisałem „objawienia w Ekwadorze”. Na pierwszym miejscu pojawiły się objawienia w Quito, stolicy Ekwadoru. Zacząłem szukać dokumentów Kościoła, które by potwierdzały ich autentyczności. Mimo wielkiej popularności tych objawień, takiego dokumentu nie znalazłem. Napisałem zatem do ks. Dariusza, który pracuje na misjach w Ekwadorze. Otrzymałem od niego taką odpowiedź: „Tak, czy inaczej, objawienia są uznane, kościół istnieje, na starym mieście, niedaleko pałacu prezydenta, figura Matki Bożej także. Tak przynajmniej twierdzi ks. Leon Juchniewicz, kanclerz kurii z Santo Domingo”. A zatem są to objawienia prywatne uznawane przez Kościół. Takich objawień są tysiące. Przed laty mój kolega postanowił napisać pracę doktorską na temat tych objawień. Bardzo szybko zrezygnował z tego, gdyż w każdym kraju były ich tysiące. Ileż to trzeba czasu, aby je wszystkie ogarnąć. Tu warto dodać, że pełnię objawienia otrzymaliśmy w Jezusie Chrystusie i żadne inne nic nie może do niego dodać. Mogą one jednak stać się inspiracją dla naszej wiary, pobożności pod warunkiem, że są zgodne z objawieniem w Jezusie Chrystusie. Zapewne do nich należą objawienia w Quito.

Matka Boża objawiła się kilkakrotnie przełożonej sióstr Niepokalanego Poczęcia w Quito Mariannie Franciszce de Jesús Torres y Berriochoa (1563–1635). Marianna Franciszka urodziła się w Hiszpanii 1563. W 1577 roku opuściła Hiszpanię razem z ciotką, matką Marią de Jesús Taboada i czterema innymi zakonnicami, aby założyć klasztor w stolicy Ekwadoru, gdzie miały miejsce objawienia, którym towarzyszyły cudowne wydarzenia. Biskup Quito, w imię posłuszeństwa zobowiązał ją do spisania autobiografii oraz objawień. Tekst ten został aprobowany przez biskupa Piotra de Oviedo, dziesiątego biskupa ordynariusza Quito. Po śmierci Marianny, kierownik duchowy i spowiednik o. Michał Romero OFM napisał jej biografię.

Pierwsze objawienie miało miejsce, gdy Marianna znalazła się w trudnej zakonnej sytuacji. W czasie modlitwy Matka Boża powiedziała do Niej: „Szatan próbuje zniszczyć to Boże dzieło, posługując się Moimi niewiernymi córkami, lecz nie osiągnie celu, bo ja jestem Królową zwycięstwa i Matką Dobrego Zdarzenia, i pod tym tytułem pragnę być znana dla zachowania mego klasztoru i jego mieszkańców”. W kościele Niepokalanego Poczęcia w Quito znajduje się figura Matki Bożej, którą wykonano na polecenie Maryi: „W mojej prawej ręce umieść pastorał oraz klucze jako symbol mojej władzy oraz znak, że klasztor jest moją własnością”. Kiedy praca dobiegła końca, rzeźbiarz zadecydował, że pojedzie do Europy, aby znaleźć najlepsze farby do pomalowania figurki Madonny. Jednak w nocy przed jego wyjazdem twarz figury została w cudowny sposób pomalowana. Rzeźbiarz potwierdził pod przysięgą autentyczność cudu. Pod spisanym przez niego oświadczeniem widnieje również podpis biskupa Quito, który wkrótce kazał przygotować się przez nowennę na uroczystą intronizację figury. 2 lutego 1611 roku poświęcił uroczyście cudowną figurę pod wezwaniem Matki Bożej Dobrego Zdarzenia.

Objawienia zostały spisane kilkaset lat temu, a tak bardzo psują do dzisiejszych czasów. Oto kilka fragmentów tych wizji: „Wiedz, że od końca XIX, a szczególnie w XX wieku namiętności wybuchną i dojdzie do zupełnego zepsucia obyczajów, bo Szatan prawie całkowicie panował będzie. Sakrament małżeństwa, symbolizujący związek Chrystusa ze swoim Kościołem, będzie przedmiotem ataków i profanacji w najściślejszym znaczeniu tego słowa. Duch chrześcijański szybko upadnie, drogocenne światło wiary zgaszone będzie do tego stopnia, że nastąpi prawie całkowite zepsucie obyczajów. Skutki zeświecczonego wychowania będą się nawarstwiać, powodując m. in. niedostatek powołań kapłańskich i zakonnych. Sakrament kapłaństwa będzie ośmieszany, lżony i wzgardzony. Diabeł prześladować będzie szafarzy Pana w każdy możliwy sposób. Będzie działać z okrutną i subtelną przebiegłością, odwodząc ich od ducha powołania, aby przez nich uwieść wielu. Owi zdeprawowani kapłani, którzy zgorszą chrześcijański lud, wzbudzą nienawiść złych chrześcijan oraz wrogów Rzymskiego, Katolickiego i Apostolskiego Kościoła, którzy zwrócą się przeciwko wszystkim kapłanom. Ten pozorny tryumf Szatana przyniesie ogromne cierpienia dobrym pasterzom Kościoła.

Poza tym, w owych nieszczęśliwych czasach, nastąpi niepohamowany zalew nieczystości, która popychając resztę ludzi do grzechu, pociągnie niezliczone lekkomyślne dusze na wieczne potępienie. Nie będzie można znaleźć niewinności w dzieciach, ani skromności u niewiast. W owych chwilach największej potrzeby Kościoła, ci, którzy mają mówić, będą milczeć!. Popełnione zostaną wszystkie rodzaje zbrodni pociągając za sobą wszelki rodzaj kary: zaraza, głód, konflikty społeczne wewnętrzne i zewnętrzne, apostazja, to wszystko przyczyni się do zatraty licznych dusz. Aby rozproszyć te czarne chmury, przeszkadzające Kościołowi cieszyć się jasnym dniem wolności, wybuchnie straszliwa wojna, w której popłynie krew swoich i obcych, kapłanów i zakonników. Noc ta będzie straszna do tego stopnia, że ludzie będą myśleć, iż zło zatryumfowało. Wtedy wybije Moja godzina: zdetronizuję pysznego, przeklętego szatana, zetrę go pod moimi stopami i zrzucę w przepaść piekielną. W ten sposób Kościół oraz ten kraj uwolniony zostanie na końcu od jego okrutnej tyranii”.

Musimy przyznać, że wizje wyrażone w średniowiecznej formie i stylu są niezwykle aktualne dzisiaj. Generalizując, można powiedzieć, że słowa Chrystusa z dzisiejszej Ewangelii, a skierowane do uczonego w Prawie: „Niedaleko jesteś od królestwa Bożego”, w żaden sposób nie odnoszą się do współczesnego świata. Wręcz przeciwnie Chrystus powiedziałby zapewne: „Odchodzisz daleko od Królestwa Bożego”. A jeśli odchodzisz od tego Królestwa, to zbliżasz się do jego przeciwieństwa, mrocznego królestwa zła, królestwa szatana. O drodze przybliżającej nas do Królestwa Bożego słyszymy w pierwszym czytaniu z Księgi Powtórzonego: „Będziesz się bał Pana, Boga swego, zachowując wszystkie Jego nakazy i prawa, które ja tobie rozkazuję wypełniać, tobie, twym synom i wnukom, po wszystkie dni życia twego, byś długo mógł żyć.

Słuchaj, Izraelu, i pilnie tego przestrzegaj, aby ci się dobrze powodziło i abyś się bardzo rozmnożył, jak ci przyrzekł Pan, Bóg ojców twoich, że ci da ziemię opływającą w mleko i miód”. Ustami uczonego w Prawie Chrystus przypomina, że te wszystkie prawa zawierają się w jednym prawie, prawie miłości. Miłością mają być przesączone wszystkie inne prawa: „Miłować Go całym sercem, całym umysłem i całą mocą i miłować bliźniego jak siebie samego znaczy daleko więcej niż wszystkie całopalenia i ofiary”.

Powyższe rozważają stawiają nas przed najważniejszym pytaniem, najważniejszym, bo skierowanym osobiście do każdego z nas: „Jak daleko jesteś od Królestwa Bożego?” A jest to pytanie o naszą miłość Boga i bliźniego (Kurier Plus, 2018).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *