16 Lis

33 niedziela zwykła Rok B

 

ŻYĆ PIĘKNIE I MĄDRZE .                                 

Jezus powiedział do swoich uczniów: „W owe dni, po wielkim ucisku słońce się zaćmi i księżyc nie da swego blasku. Gwiazdy będą padać z nieba i moce na niebie zostaną wstrząśnięte. Wówczas ujrzą Syna Człowieczego, przychodzącego w obłokach z wielką mocą i chwałą. Wtedy pośle On aniołów i zbierze swoich wybranych z czterech stron świata, od krańca ziemi aż do szczytu nieba. A od drzewa figowego uczcie się przez podobieństwo. Kiedy już jego gałąź nabiera soków i wypuszcza liście, poznajecie, że blisko jest lato. Tak i wy, gdy ujrzycie, że to się dzieje, wiedzcie, że blisko jest, we drzwiach. Zaprawdę powiadam wam: Nie przeminie to pokolenie, aż się to wszystko stanie. Niebo i ziemia przeminą, ale moje słowa nie przeminą. Lecz o dniu owym lub godzinie nikt nie wie, ani aniołowie w niebie, ani Syn, tylko Ojciec” (Mk 13,24-32).

 W pewnych okresach historii mnożą się proroctwa zapowiadające koniec świata. Można odnaleźć zbiory przepowiedni współczesnych, jak i starożytnych, które precyzyjne wyznaczają datę końca świata. Magia liczb zaczyna zwyciężać. Tak było przed rokiem tysięcznym. Odnajdywano stare i wymyślano nowe przepowiednie o końcu świata w roku tysięcznym. Pod wpływem tych przepowiedni tysiące ludzi porzuciło swoje obowiązki i z trwogą wyczekiwało ostatecznego dnia i sądu bożego. Przed rokiem dwutysięcznym mnożyły się przepowiednie końca świata, ale ludzie nie potraktowali ich tak poważnie, jak przed tysięcznym rokiem. 21 grudnia 2012 roku zaliczymy kolejny koniec świata, która zapowiada kończący się na tej dacie kalendarz Majów. Bardzo często, przepowiadacze końca świata starali się Biblią uzasadniać swoje proroctwa, nie licząc się z tym, że na pytanie apostołów, kiedy nastąpi koniec świata, Chrystus odpowiedział, że tego nikt nie wie, nawet aniołowie w niebie.

Biblia często mówi o końcu świata, również Chrystus w swym nauczaniu do tego nawiązuje. Ale nie ma tam podstaw do precyzyjnego wyznaczenia daty, kiedy to nastąpi. Biblia bardzo obrazowo opisuje ostatnie dni; gasnące słońce, spadające gwiazdy i szczególe znaki na niebie. Na tle tej scenerii Chrystus zstąpi na ziemię, aby dokonać sądu. Nietrudno wyobrazić sobie taki scenariusz końca świata, czy raczej cywilizacji ludzkiej na Ziemi. Uczeni wykorzystując dane naukowe na temat zmian w kosmosie mogą określić z dużym prawdopodobieństwem, kiedy nastąpi koniec życia biologicznego na Ziemi. Ale także poza wszelkimi przewidywaniami, wystarczy jeden większy meteoryt spadający z nieba, aby zniszczyć życie na Ziemi. Ponadto, sam człowiek może zgotować sobie taki koniec przez uruchomienie zasobów broni atomowej i innych śmiercionośnych systemów. Takie prawdopodobieństwo ciągle wzrasta w miarę doskonalenia i upowszechniania środków masowej zagłady. Sumy wydawane na zbrojenia wskazują, że dużymi krokami zdążymy w tym kierunku.

Zostawmy na chwilę spektakularne, jak w filmach Spielberga obrazy końca świata, a popatrzmy na inny koniec, który na pewno przyjdzie, dotknie nas najbardziej, a którego może nawet nie zauważyć lokator z sąsiedniego mieszkania. Każdy doświadczy indywidualnego końca świata. Przyjdzie czas, że w naszych oczach gasnąć będzie słońce i gwiazd nie będzie dla nas na niebie, a cały świat będzie wstrząsany bólami konania, a potem nastanie błękitna cisza na tle, której pojawi się jasna postać Chrystusa i w tej jasności każdy zobaczy siebie, jakim jest naprawdę i wyda o sobie sąd. Nawet wtedy, gdy sąd będzie dla nas niekorzystny, możemy liczyć na nieogarnione Boże Miłosierdzie.

Ale taki koniec świata nie rozpala wyobraźni, nie wstrząsa człowiekiem, staje się tak normalny i obojętny jak pogrzeb nieznajomego, który przypadkowo mijamy na ulicy. Być może, dlatego Chrystus używał spektakularnych obrazów końca świata, aby człowieka poruszyć, aby człowiek w swym życiu brał pod uwagę koniec swych dni. Wtedy może mądrzej i piękniej przeżyć swój czas na ziemi. Ktoś może powiedzieć, że myśl o końcu świata i śmierci zabiera radość życia i wpływa destruktywne na życie. Czy rzeczywiście tak jest?

W odpowiedzi na to pytanie posłużę się fabułą filmu pt. „Occurrence at Owl Creek Bridge.” Jest to historia człowieka, którego skazano na śmierć przez powieszenie. Egzekucję wykonywano na moście. Wszystko było już przygotowane. Podchodzi żołnierz i strąca skazańca z mostu. Sznur zrywa się i skazaniec z wysokiego mostu wpada do wody. Po uwolnieniu się z więzów uświadomił sobie, że życie daje mu drugą szansę, zaczyna szybko płynąć w dół rzeki. Szukając schronienia przed pościgiem, zobaczył płynącą, dużą gałąź drzewa. Uchwycił się jej. Cały świat wyglądał teraz inaczej. Zobaczył, ile jest piękna w tej gałęzi pokrytej liśćmi. Zauważył także pająka tkającego sieć. Nigdy tego nie widział; krople rosy w pajęczynie wyglądały jak najpiękniejsze diamenty. Błękitne niebo i delikatne chmury na nim nigdy nie wyglądały tak pięknie jak dziś. Wreszcie wyczerpany dopłynął do brzegu. Pełną piersią wdychał niepowtarzalny zapach piasku na brzegu i zielonej trawy. Od tych zapachów dostawał zawrotów głowy. Strzały grupy pościgowej podrywają go do dalszej ucieczki. Dociera do domu rodzinnego. Nie mógł uwierzyć, że jest w domu. Jakże cudownie być w domu, wśród kochających ludzi, tego tak mocno nigdy nie odczuwał. Jak wspaniałe jest życie, jak cudowny jest świat. Woła swoją żonę; jeszcze nigdy nie czuł do niej tak wielkiej miłości. Wybiega żona i obejmuje go. I w tym momencie kamera przenosi nas na miejsce egzekucji. Na sznurze zwisa martwe ciało skazańca. Przesłanie filmu jest klarowne. Skazaniec nie miał drugiej szansy. Tylko jego wyobraźnia dała mu taką szansę, na kilka minut przed egzekucją. Jakże inaczej patrzył wtedy na świat, jakże inaczej chciał żyć. Gdyby miał drugą szansę na pewno przeżyłby życie mądrzej i piękniej.

Przesłanie tego filmu jest zbieżne z zapowiedzią Chrystusa o końcu świata. Każdego z nas czeka koniec, nie będziemy mieć drugiej szansy przeżyć od nowa naszego życia. Przeżyjemy je, więc jak najpiękniej i jak najmądrzej. Tyle jest piękna, którego nie zauważymy. Umykają nam nieraz wartości, które w życiu są najważniejsze. A zatem jakie są to wartości?
Przed kilku tygodniami znalazłem w księgarni książkę pt. „Death and Dying” napisaną przez dr Kubler- Ross. Bardzo interesujący jest fragment o etapach reakcji człowieka na świadomość nieuchronnie zbliżającej się śmierci. Świadomość śmierci, przeradza się w bunt i gniew, bunt się wyczerpuje i umierający stara się zawrzeć układ z Bogiem; jeśli wyzdrowieje to odpłaci się dobrem. Ten etap przechodzi w depresję, następnie umierający godzi się ze swoim losem i w Bogu szuka nadziei. W tym ostatnim etapie człowiek analizując swoje życie uświadamia sobie, co było najważniejsze w jego życiu. „W ostatecznych analizach widzą oni, że tylko dwie rzeczy są najważniejsze: dobro, jakie wyświadczyliśmy innemu i miłość. Wszystko inne rzeczy, które uważamy za ważne jak sława, pieniądze, prestiż i siła są nieważne.” Te odczucia pokrywają się z nauczaniem Jezusa o miłości, która wyraża się w służbie Bogu i ludziom. Z miłości też będziemy sądzeni, gdy w ostatnim dniu naszego życia staniemy przed Chrystusem (z książki Ku wolności).

 

                           

MĄDRZEJ ŻYĆ

 W owych czasach wystąpi Michał, wielki książę, który jest opiekunem dzieci twojego narodu. Wtedy nastąpi okres ucisku, jakiego nie było, odkąd narody powstały, aż do chwili obecnej. W tym czasie naród twój dostąpi zbawienia, każdy, kto się okaże zapisany w księdze. Wielu zaś, co posnęli w prochu ziemi, zbudzi się: jedni do wiecznego życia, drudzy ku hańbie, ku wiecznej odrazie. Mądrzy będą świecić jak blask sklepienia, a ci, którzy nauczyli wielu sprawiedliwości, jak gwiazdy przez wieki i na zawsze (Dn 12,1-3).

Niedziela 13 maja 1917 roku, dla trójki dzieci: Łucji, Hiacynty i Franciszka była dniem, który na stałe odmienił ich życie. Była wtedy piękna wiosenna pogoda. Dzieci udały się ze swoim stadem na pastwisko Cova da Iria. Zaczęły się bawić. Nagle ujrzały coś, co przypominało błyskawicę. Obawiając się burzy, postanowiły zatem wrócić do domu. Schodząc ze zbocza góry, obok dużego dębu po raz drugi zobaczyli błyskawicę, a w chwilę później pojawiła się postać kobieca promieniująca światłem niezwykłej mocy. Pani w białej sukni wznosiła się w powietrzu nie dalej jak półtora metrów od pastuszków. Między Łucją a „Panią w bieli” wywiązał się dialog:

-Nie bójcie się, nic złego wam nie zrobię.

-Skąd Pani jest?

-Przychodzę z nieba.

-A czego chce Pani ode mnie?

-Przyszłam was prosić, abyście przychodzili tu przez sześć kolejnych miesięcy, dnia 13 o tej samej godzinie. Potem powiem wam, kim jestem i czego chcę. Następnie wrócę siódmy raz.

Taki był początek najbardziej znanych objawień Matki Bożej w Fatimie. Trójka dzieci 13 dnia każdego miesiąca miała widzenie Matki Bożej. Z każdym miesiącem gromadziło się coraz więcej ludzi na miejscu objawień. Równocześnie dzieci były posądzane o kłamstwo i wymyślanie historii o widzeniach. Nawet ze strony najbliższych przychodziło cierpienie. Zostały także przez pewien czas osadzone w areszcie. Doświadczając tego niezrozumienia, prosiły Matkę Bożą o znak, który by przekonał wszystkich o prawdziwości objawień. Maryja obiecała taki znak w ostatnim miesiącu objawień, czyli13 października. Tego dnia zgromadziło się w dolinie Cova da Iria około 70 tys. ludzi. Byli wśród nich także ludzie, którzy przybyli na to miejsce, aby ośmieszyć przed całym światem te objawienia.

Poranek tego dnia był pochmurny i deszczowy. Nagle rozstąpiły się chmury i pokazało się słońce. Miało ono dziwny srebrzysty kolor i nie raziło w oczy. Nagle tarcza słoneczna zaczęła wirować z ogromną prędkością wokół własnej osi, emanując we wszystkich kierunkach żółte, niebieskie i czerwone promienie. Zjawisko to powtórzyło się trzy razy na oczach tłumu krzyczącego: „Cud, cud!”. W chwilę później słońce zaczęło zniżać się zygzakiem i wydawało się, że spadnie na ziemię. Ludzie padli na kolana, w szoku wzywając Boga, wyznając swoje grzechy. Sądzili, że to koniec świata. Zjawisko to trwało 10 minut. Prości chłopi, dziennikarze, stateczni mieszczanie, księża i dzieci, analfabeci i uczeni przerażeni powtarzali, że był to znak z nieba. Nauczycielka Delifina Periera Lopez mówi, że obok niej stał człowiek niewierzący, który naśmiewał się cały ranek z tych wszystkich naiwnych ludzi, którzy przyszli do Fatimy, by zobaczyć jakieś dzieci. Spojrzałam na niego- był sparaliżowany strachem i miał wzrok wlepiony w słońce. Po chwili zaczął się trząść od stóp do głów i, podnosząc ręce ku niebu, ukląkł w błocie krzycząc: „Nasza Pani! Nasza Pani!” (por. Włodzimierz Rędzioch: Matka Boska Fatimska). 

Znaki widziane na fatimskim niebie mogły być odebrane jako zapowiedź końca świata. Myśl o końcu świata często przewija się na kartach Biblii. Koniec świata zapowiadany przez Biblię będzie czasem ostatecznego zwycięstwa nad złem i czasem zbawiającej łaski Boga. W Księdze proroka Daniela czytamy: „W owych czasach wystąpi Michał, wielki książę, który jest opiekunem twojego narodu. Wtedy nastąpi okres ucisku, jakiego nie było, aż do chwili obecnej. W tym czasie naród twój dostąpi zbawienia, każdy, kto się okaże zapisany w księdze. Wielu zaś, co posnęli w prochu ziemi, zbudzi się: jedni do wiecznego życia drudzy ku hańbie, ku wiecznej odrazie”. Bardzo często Biblia mówiąc o końcu świata mówi o znakach na niebie. Powołuje się na nie także Chrystus: „W owe dni, po wielkim ucisku słońce się zaćmi i księżyc nie da swego blasku. Gwiazdy będą padać z nieba i moce na niebie zostaną wstrząśnięte”.

Nie wiemy dokładnie, czy te słowa należy odczytywać dosłownie, czy też są one obrazem zdarzeń, które napełniając trwogą cały świat, wskazywać będą na Boga jako jedyne źródło ocalenia. Tego typu pytania nie mają większego sensu, tak jak i pytanie, kiedy to nastąpi. Uczniowie byli ciekawi czasu końca świata. W odpowiedzi Chrystus odpowiada im: „Lecz o dniu owym lub godzinie nikt nie wie, ani aniołowie w niebie, ani Syn, tylko Ojciec”. Zapowiedzi końca świata mają inny cel niż wyznaczenie konkretnego dnia, czy pisania scenariusza zdarzeń, które będą miały miejsce w tym dniu. Najważniejszym przesłaniem tych zapowiedzi jest uświadomienie człowiekowi, że kiedyś doświadczy na samym sobie „końca świata”, że stanie w tym dniu przed zbawiającym Bogiem, miłosiernym sędzią, ale sędzią. Świadomość pełni życia, pełni, w którą wpisana jest śmierć jest bodźcem do tego, aby mądrzej przeżyć swoje życie. Ta świadomość końca świata oraz spotkania z Bogiem w sposób dramatyczny dotarła do niedowiarka w Fatimie, o którym mówi nauczycielka Delifina Periera Lopez. I rzuciła go na kolana z wyznaniem na ustach: „Nasza Pani! Nasza Pani!”. I o to przecież chodzi, aby człowiek uznał Boga, który jest najdoskonalszą miłością i w blasku tej miłości układał swoje życie.

Na stronach internetowych można znaleźć informację o Gabrielu Garcia Marquez, 74-letnim wybitnym pisarzu kolumbijskim, autorze m.in. słynnej powieści „Sto lat samotności”, laureacie Literackiej Nagrody Nobla z 1982 roku. Według tej informacji jest on ciężko chory. Wycofał się z życia publicznego i do swoich przyjaciół rozesłał pożegnalny list. Oto fragment tego listu: „Gdybym wiedział, że dzisiaj po raz ostatni zobaczę cię śpiącego, objąłbym cię mocno i modliłbym się do Pana, by pozwolił mi być twoim aniołem stróżem. Gdybym wiedział, że są to ostatnie minuty, kiedy cię widzę, powiedziałbym „kocham cię”, a nie zakładałbym głupio, że przecież o tym wiesz. Zawsze jest jakieś jutro i życie daje nam możliwość zrobienia dobrego uczynku, ale jeśli się mylę, i dzisiaj jest wszystkim, co mi pozostaje, chciałbym ci powiedzieć jak bardzo cię kocham i że nigdy cię nie zapomnę. Jutro nie jest zagwarantowane nikomu, ani młodemu, ani staremu. Być może, że dzisiaj patrzysz po raz ostatni na tych, których kochasz. Dlatego nie zwlekaj, uczyń to dzisiaj, bo jeśli się okaże, że nie doczekasz jutra, będziesz żałował dnia, w którym zabrakło ci czasu na jeden uśmiech, na jeden pocałunek, że byłeś zbyt zajęty, by przekazać im ostatnie życzenie. Bądź zawsze blisko tych, których kochasz, mów im głośno, jak bardzo ich potrzebujesz, jak ich kochasz i bądź dla nich dobry, miej czas, aby im powiedzieć „jak mi przykro”, „przepraszam”, „proszę”, dziękuję” i wszystkie inne słowa miłości, jakie tylko znasz. Proś, więc Pana o siłę i mądrość, abyś mógł je wyrazić. Okaż swym przyjaciołom i bliskim, jak bardzo są ci potrzebni”.

Ewangeliczne przypomnienie końca świata jest wezwaniem do życia, którego piękno i pełnia realizują się w harmonijnym ułożeniu naszych relacji z Bogiem i naszym bliźnim. Głównym motywem tej przepięknej symfonii zbawiającej człowieka jest motyw miłości. (z książki Nie ma innej Ziemi Obiecanej).

 

 

TYKANIE ZEGARA

W Starym Przymierzu każdy kapłan staje codziennie do pełnienia swej służby, wiele razy te same składając ofiary, które żadną miarą nie mogą zgładzić grzechów. Jezus Chrystus przeciwnie, złożywszy raz na zawsze jedną ofiarę za grzechy, zasiadł po prawicy Boga, oczekując tylko, „aż nieprzyjaciele Jego staną się podnóżkiem nóg Jego”. Jedną bowiem ofiarą udoskonalił na wieki tych, którzy są uświęcani. Gdzie jest odpuszczenie, tam już więcej nie zachodzi potrzeba ofiary za grzechy (Hbr 10,11-14.18).

Kościół św. Krzyża w Maspeth jest otwarty cały dzień, do godziny 21:00. Każdy, o każdej porze dnia może wejść do świątyni na chwilę modlitwy. W październiku, tak jak wszystkie kościoły polonijne rozbrzmiewa on modlitwą różańcową. Najbardziej lubię odmawiać różaniec wieczorem, gdy idę zamknąć kościół. Najczęściej świątynia jest już wtedy pusta. Przed ołtarzem Matki Bożej bezszelestnie przesuwam paciorki różańca, a wszechogarniającą i przejmującą ciszę przerywa tylko tykanie zegara. To jest jedyny i chyba najdoskonalszy akompaniament mojego różańcowego nabożeństwa. Tykanie zegara przypomina mi o upływie czasu. Każde tyknięcie, to już przeszłość, już nigdy nie wróci. Miliony tych tyknięć złoży się na całe nasze życie. I przejdzie ostatnie tyknięcie zegara, które zbiegnie z ostatnim uderzeniem naszego serca. Gdybyśmy tylko taką miarę przykładali do naszego życia, byłaby to rozpaczliwa miara. To tykanie zegara przywołuje mi na pamięć słowa bł. Jana Pawła II wypowiedziane w rodzinnych Wadowicach: „Czas ucieka wieczność czeka”. A zatem ktoś, poza granicą śmierci czeka na nas. Piszę „ktoś”, bo wieczność to Bóg, a Bóg to nieogarniona miłość.

Wierni gromadzą się także na wspólną modlitwę różańcową wieczorem w godzinach nieuwzględnionych w biuletynie parafialnym. W półmroku świątyni wspólnie odmawiają różaniec. Siadam wtedy z tyłu kościoła i przyłączam się do tej modlitwy. Słyszę tykanie zegara, ale nie tak wyraźnie jak w samotnej porze. A jeszcze mniej słyszę głos zegara, gdy sam przewodniczę nabożeństwu różańcowemu i towarzyszy temu bardzo bogata oprawa muzyczna. Nie chcę przez to powiedzieć, że oprawa muzyczno – słowna jest niepotrzebna, czy przeszkadza w modlitwie. Wręcz przeciwnie. Jest jak najbardziej potrzebna, a nieraz konieczna, by doprowadzić człowieka do bardzo osobistego spotkania z Bogiem i bardzo osobistej modlitwy, w czasie której usłyszy on tykanie niebieskiego zegara i słowa: „Czas ucieka wieczność czeka”. Jeśli zabraknie momentów takiego wyciszenia, to w harmidrze codzienności, nawet modlitewnym możemy nie usłyszeć przychodzącego Chrystusa. Oby nie zastał nas nieprzygotowanych. Dzisiejsze czytania liturgiczne mówią, że na pewno On przyjdzie na końcu czasów. Przyjdzie na pewno, nie wiemy tylko, czy to przyjście przybierze charakter bardzo osobisty i tylko my sami ujrzymy przychodzącego Chrystusa, czy będzie miało ono charakter bardziej spektakularny, kiedy cały świat zatrwoży się z powodu wielkich znaków.

Chrystus w Ewangelii na dzisiejszą niedzielę mówi o końcu świata w tych słowach: „W owe dni, po wielkim ucisku słońce się zaćmi i księżyc nie da swego blasku. Gwiazdy będą padać z nieba i moce na niebie zostaną wstrząśnięte”. Pośród tej zatrważającej scenerii przyjdzie Chrystus: „Wówczas ujrzą Syna Człowieczego, przychodzącego w obłokach z wielką mocą i chwałą”. Abyśmy nie mieli wątpliwości, że to się stanie, Chrystus powiedział: „Niebo i ziemia przeminą, ale moje słowa nie przeminą”. Aby przyjście Jezusa nie zaskoczyło nas potrzebujemy bardzo osobistej, modlitewnej ciszy, w czasie, której usłyszymy tykanie zegara wieczności i słowa: „Czas ucieka wieczność czeka”.

A zatem musimy być czujni i gotowi na spotkanie z Chrystusem w czasach ostatecznych. Przygotowujemy się na to spotkanie z pewnością przez modlitwę. Ale gdybyśmy poprzestali na samej modlitwie, to byłoby za mało. Modlitwa ma owocować dziełami miłości. Pięknie o tym pisze św. Wincenty a Paulo: „Posługa ubogim powinna być przedkładana ponad wszelką inną działalność i niezwłocznie spełniana. Jeśliby więc w czasie modlitwy należało podać lekarstwo albo udzielić innej pomocy potrzebującemu, idźcie z całym spokojem, ofiarując Bogu wykonywaną czynność, jak gdyby trwając na modlitwie. Nie potrzebujecie się niepokoić w duchu ani wyrzucać sobie grzechu z powodu opuszczenia modlitwy ze względu na spełnioną wobec potrzebującego posługę. Nie zaniedbuje się Boga, kiedy się Go opuszcza ze względu na Niego samego, to jest kiedy się opuszcza jedno dzieło Boga, aby wykonać inne. Kiedy zatem opuszczacie modlitwę, aby okazać pomoc potrzebującemu, pamiętajcie, że służyliście samemu Bogu.  Miłość bowiem jest ważniejsza niż wszystkie przepisy, owszem, właśnie do niej wszystkie one powinny zmierzać. Ponieważ miłość to wielka władczyni, dlatego wszystko, co rozkaże, należy czynić. Z odnowionym uczuciem serca oddajmy się służbie ubogim; szukajmy najbardziej opuszczonych: otrzymaliśmy ich bowiem jako naszych panów i władców”.

W tym przygotowaniu na ostateczne przyjście Chrystusa musimy zmagać się ze złem. Mówi o tym zacytowany na wstępie fragment z Księgi Daniela. Księga ma charakter apokaliptyczny, w której wydarzenia historyczne przekraczają ramy historii i wychylają się ku wieczności, czasom ostatecznym i życiu nadprzyrodzonemu. Księga Daniela opisując zmaganie dobra ze złem, zgodnie z konwencją apokaliptyczną ukazuje rozszerzanie się zła, triumf zła. Ale to nie do zła należeć będzie należeć ostatnie słowo. Gdy przebierze się niejako miara zła, wtedy przyjdzie czas Boga i triumf dobra. Do walki ze złem wystąpi Archanioł Michał. Imię Michał znaczy z hebrajskiego „Któż jak Bóg”. Według tradycji żydowskiej i chrześcijańskiej, te słowa miał wypowiedzieć Michał, gdy Lucyfer wraz z innymi aniołami zbuntował się przeciw Bogu. W Nowym Testamencie Archanioł Michał ukazywany jest, jako pogromca duchów piekielnych. W pismach ojców kościoła uchodzi za księcia aniołów, archanioła, któremu Bóg powierza zadania wymagające szczególnej mocy. Stoi on u wezgłowia umierających, którym następnie towarzyszy w drodze do wieczności.

W czasie rozmowy jedną z pań, zauważając zło dzisiejszego świata, odrzucenie wszelkich norm moralnych, łamanie bożych przykazań powiedziała: „To nie może dłużej trwać, musi być koniec świata i sąd boży”. Takie myślenie jest bliskie dzisiejszym czytaniom. Gdy zło zdaje się przebierać wszelką miarę, przychodzi kara i nawrócenie człowieka. Nie wiemy jednak, kiedy nastąpi ostateczna rozprawa ze złem i Szatanem w formie apokaliptycznej. Chrystus mówi: „Lecz o dniu owym lub godzinie nikt nie wie, ani aniołowie w niebie, ani Syn, tylko Ojciec”. Ale nim to nastąpi w takiej formie spektakularnej, możemy mieć wcześniej swoją prywatną apokalipsę. Doświadczymy w sobie zmagania dobra ze złem, może nieraz wydawać się, że zło triumfuje. Jednak, jeśli zwrócimy się do Boga On ześle moc i siłę, która pomoże zwyciężyć zło i zatriumfować dobru, które zjaśnieje pełnym blaskiem wieczności, gdy dopełni się czas apokalipsy. Aby jednak być gotowym na przyjęcie tej mocy musimy być wrażliwi na tykanie zegara wieczności i słowa: „Czas ucieka wieczność czeka” (z książki Bóg na drogach naszej codzienności).

 

 

KIEDY BĘDZIE KONIEC ŚWIATA  

Każdy z nas przeżył już w swoim życiu kilka razy koniec świata zapowiadany przez różnych wizjonerów. Ostatni miał nastąpić w roku dwutysięcznym. Przeżyliśmy to. A przed nami nowe przepowiednie i nowe daty.. Jedną z najczęściej powtarzanych dat to dzień 21 grudnia 2012 roku. Ma to związek z kalendarzem Majów, którzy mierząc czas wyznaczali krótkie cykle kalendarzowe, które powtarzały się co 52 lata. Wielokrotność krótkiego cyklu stanowiła podstawę do wyznaczania długiego cyklu. Ostatni długi cykl zaczął się 13 sierpnia 3113 przed Chr. a zakończy się 21 grudnia 2012 roku po Chr. Według wierzeń Majów nastąpi wtedy koniec dotychczasowego świata. Nie brakuje takich, którzy tę datę starają się podeprzeć naukowo. Astrofizyk Patrick Geryl uważa, że istnieje wiele dowodów na to, że w 2012 nastąpi wielka katastrofa, która może doprowadzić do zagłady ludzkości. W tym to bowiem czasie słońce ma osiągnąć niepotykaną aktywność. Ogromne wybuchy na słońcu wytworzą potężne pole magnetyczne, które po dotarciu do Ziemi może zmienić jej biegunowość, co z kolei stanie się powodem niewyobrażalnych kataklizmów, które mogą położyć kres naszej cywilizacji.

Takich i podobnych teorii można przytoczyć o wiele więcej. Sądzę, że gdy do tego czasu nie dopadnie nas indywidualny koniec świata, to będziemy mieć jeszcze jedną niespełnioną przepowiednię końca świata za sobą. W Pisma św., które w apokaliptycznych obrazach maluje koniec świata, nie ma konkretnej daty tego zdarzenia.  Zresztą, w biblijnym wymiarze data nie jest ważna. W tej, może bardzo dalekiej perspektywie końca, mamy odkrywać wymiar duchowy i moralny tego wydarzenia w naszej osobistej historii, której ostatnia kartka przewróci się w wyobrażalnej przyszłości. A zatem biblijny sens zapowiedzi końca świata winniśmy odkrywać w naszych osobistych doświadczeniach. I tu można by się odwołać do zamachu terrorystycznego na Manhattanie 11 września  2001 roku.

Ewangelia maluje koniec świata obrazami gasnącego słońca i księżyca,  spadających gwiazd i drżącego w posadach Wszechświata. 11 września 2001 obecni w wieżowcach World Trade Center widzieli zapewne takie obrazy. Słońce gasło w kłębach dymu, a wieżowce symbole potęgi gospodarczej świata trząsały się w posadach. Pośród tych przerażających obrazów dokonywał się koniec świata dla prawie trzech tysięcy ludzi. Wśród których była 30 letnia kobieta Anna Nelson, życzliwa, pełna życia młoda kobieta z Stanley, Południowa Dakota. Zdolna, pełna inicjatywy zdobyła pozycję cenionego brokera dla firmy Cantor Fitzgerald. Jak zawsze pogodna i uśmiechnięta zasiadła 11 września przy swoim biurku na 104 piętrze World Trade Center. Anna Nelson liczyła wtedy 30 lat.

Po tym tragicznym dniu, przyjaciele zapakowali jej rzeczy i posłali do jej rodziców w Dakocie Południowej. Rodzice przejrzeli jej u brania i papiery, laptop zaś schowali w piwnicy, gdzie pozostawał przez trzy lata. Pewnego jesiennego dnia, rodzice zdecydowali się włączyć komputer Anny. Znaleźli tam fotografie, notatki. Jeden z plików był zatytułowany „Top 100”. Rodzice nie zwrócili uwagi na ten plik, bo myśleli, że jest tam muzyka. Jednak po paru miesiącach zdecydowali się sprawdzić, co on zawiera. Znaleźli tam listę najważniejszych celów w życiu córki. Lista ukazuje jak ta młoda kobieta poważnie brała życie we wszystkich jego aspektach. Tej nocy rodzice razem czytali listę Anny, której obecność wyczuwali przy sobie. Niektóre postanowienia odnosiły się do zdrowia i rozwoju osobowości: 2. Dbaj o zdrowie. 13. Zawsze staraj się robić lepiej. 14. Czytaj każdego dnia. 30. Spaceruj- ćwicz. 35. Pij wodę. Inne postanowienia dotyczyły rzeczy, których chciała się nauczyć: 5. Zrobić narzutę. 9. Nauczyć się obcego języka. 19. Nauczyć się gotować. 20. Poznawać sztukę. Jeszcze inne postanowienia świadczą, że Anna pragnęła być lepszą córką, przyjacielem, siostrą, człowiekiem: 3. Dochowuj tajemnicy. 11, Nie wstydź się tego kim jesteś. 12. Zachowaj godność. 18. Udzielaj się w akcjach dobroczynnych. 23. Spędzaj więcej czasu z rodziną. 24. Pamiętaj o urodzinach. 32. Miej czas dla przyjaciół. Ostatni, 37 punkt był nie zapisany. Ojciec Anny czytając listę wartości według, których starała się żyć jego córka, powiedział: „Nie zobaczysz tam Corvetty w garażu ani innych materialnych rzeczy, które pragnie posiadać ktoś w tym wieku. Anna poznała i ceniła wartości, które pozwalają mądrzej przeżyć życie” (The New York Times, 2006).

I w naszym życiu przyjdzie moment, kiedy nie dopiszemy ostatniego punku. Będzie to dzień dopełnienia naszego ziemskiego życia, inaczej koniec naszego ziemskiego świata. Ten koniec będzie dla nas ukoronowaniem ziemskiego życia, jeśli będziemy zapisywali „punkty” naszego życia i według nich żyli, aby, jak to powiedział ojciec tragicznie zmarłej córki „mądrzej przeżyć życie”. Dla nas wierzących Bóg zapisuje główne punkty naszego życia. Wystarczy się ich trzymać i dopisywać własne, które są zgodne z tym głównymi, a wtedy możemy być pewni, że mądrze przeżyjemy życie, którego ostateczny kształt nie będzie zależał od „gasnącego słońca i spadających gwiazd”, bo nasze życie będzie w rękach Pana czasów, Pana życia i śmierci. W pierwszym czytaniu na niedzielę dzisiejszą słyszymy słowa proroka Daniela: „Mądrzy będą świecić jak blask sklepienia, a ci, którzy nauczyli wielu sprawiedliwości, jak gwiazdy przez wieki i na zawsze”. Koniec świata dla mądrych, mądrością bożą będzie czasem chwały. Świadomy tej prawdy psalmista, podobnie jak my w czasie Mszy św.  wyśpiewywał z radością:  „Dlatego cieszy się moje serce i dusza raduje, a ciało moje będzie spoczywać bezpiecznie bo w kraju zmarłych duszy mej nie zostawisz i nie dopuścisz, bym pozostał w grobie”. W tej perspektywie nie mają wielkiego znaczenia różnego rodzaju przepowiednie Majów, czy Nostradamusa. Może tak będzie, jak przepowiadają, ale gdy to przyjdzie my będziemy zajęci ważniejszymi sprawami.

O tych ważniejszych sprawach przypomina nam Jezus w dzisiejszej Ewangelii: „Zaprawdę powiadam wam: Nie przeminie to pokolenie, aż się to wszystko stanie. Niebo i ziemia przeminą, ale moje słowa nie przeminą”.  W pierwszych wiekach chrześcijaństwa, niektórzy dosłownie potraktowali słowa Jezusa, że nie minie to pokolenie aż to się stanie. Czekali końca świata za ich życia. Tę wiarę  wzmacniało zapewnienie Jezusa, że świat przeminie a Jego słowa trwać będą. Świat się zmieni, ale nie Jego słowa. Jednak za ich pokolenia koniec świata nie przybrał apokaliptycznego wymiaru. Oczekując jakby przeoczyli inne słowa Jezusa: „Lecz o dniu owym lub godzinie nikt nie wie, ani aniołowie w niebie, ani Syn, tylko Ojciec”. I dzisiaj jeśli ktoś, nawet kapłan, opierając się na różnych przesłankach głosi rychły koniec świata, nie rozumie Pisma św., jest po prostu szarlatanem. Powtarzam: Data jest najmniej ważna. Bo jakie to ma dla mnie znaczenie, czy koniec świata będzie w roku 2050, czy 2055. Nawet gdybym stosował dietę cud, to i tak nie doczekam tego, wcześniej muszę się przygotować do mojego indywidualnego końca świata. A znaków zapowiadających ten koniec przybywa, ot chociażby moje siwe włosy. Ten koniec będzie miał miejsce, jak mówi Chrystus za tego pokolenia: „Nie przeminie to pokolenie, aż się to wszystko stanie”. To pokolenie zaśpiewa na moim pogrzebie: „Dobry Jezu, a nasz Panie…” (z książki W poszukiwaniu mądrości życia).

 

 

BŁOGOSŁAWIONY SZYMON Z LIPNICY

Biblia często mówi o końcu świata jako realnej rzeczywistości, którą winniśmy brać pod uwagę w naszym życiu, bez względu na to czy będzie to koniec całego świata, czy też nasz indywidualny. Nasz osobisty koniec ma także wymiar apokaliptyczny. W naszych oczach „słońce się zaćmi i księżyc nie da swego blasku”. Patrząc przez pryzmat apokaliptycznych obrazów biblijnych odbieramy nieraz koniec świata w kategoriach horroru. Jednak za tymi obrazami kryje się inny wymiar. Koniec świata niesie nadzieję radosnego spotkania z Chrystusem w rzeczywistości niebieskiej. I to jest najważniejszy wymiar chrześcijańskiego spojrzenia na śmierć. Wzorem takiego przyjmowania śmierci są święci, którzy nieraz z utęsknieniem czekali na ten moment. Błogosławiony Szymon z Lipnicy w obliczu śmierci tak się modlił: „Przyjdź o słodki Zbawicielu, wywiedź moją duszę z ciała, a zaprowadź ją na niebieskie gody. Pragnę rozstać się ze światem, a połączyć z Tobą, o Chryste Jezu”. Aby tak przyjąć śmierć konieczne jest przygotowanie się do niej. Gdy patrzymy na życie błogosławionego Szymona z Lipnicy widzimy, jak to czynił. Z pewnością trudno byłoby naśladować we wszystkim Błogosławionego, nie mniej jednak warto z uwagą przejść śladami jego świętości. Niesie to bowiem umocnienie nadziei radosnego spotkania z Chrystusem przy końcu świata i zachętę do uważniejszego przygotowania się na ten moment.

Szymon urodził się około 1437 roku w Lipnicy niedaleko Bochni. Rodzice Szymona, Grzegorz i Anna byli właścicielami piekarni i należeli do zamożniejszych mieszkańców miasteczka. Byli ludźmi uczciwymi i pobożnymi i te wartości przekazali swemu dziecku. Zadbali także o wykształcenie syna, który od najmłodszych lat zdradzał zamiłowanie do nauki. W szkole parafialnej w Lipnicy chłopiec otrzymał podstawowe wykształcenie w zakresie czytania, pisania, katechizmu, ministrantury, śpiewu kościelnego, łaciny i rachunków. Szymon należał do najzdolniejszych i najpilniejszych uczniów. Rodzice, widząc zdolności syna wysłali go na dalsze nauki do Akademii Krakowskiej. W rejestrze studentów z roku 1454 jest notatka: „Szymon, syn Grzegorza z Lipnicy dał jeden grosz”. Zamożniejsi studenci płacili wtedy 6 groszy. Mimo, że rodzice Szymona byli średnio zamożni, to jednak pokrycie studiów było dla nich dużym wysiłkiem finansowym. Stąd też Szymon skorzystał ze zniżki w opłatach oraz zamieszkał w bursie dla ubogich studentów założonej przez królową Jadwigę. Bursy słynęły wówczas z surowej dyscypliny. Dla Szymona ten rygor nie był uciążliwy, gdyż osobiście stawiał sobie jeszcze większe wymagania. Prowadził święte i czyste życie, poświęcając wiele czasu na kontemplację w samotności i na modlitwę.

Szymon ukończył Akademię Krakowską w roku 1457 z tytułem bakałarza. Pośród wielu możliwości, jakie się przed nim rysowały Szymon wybrał stan zakonny. Wstąpił do zakonu obserwantów, zwanych później bernardynami. Niemały wpływ na tę decyzję miało spotkanie w czasie studiów natchnionego kaznodziei, świętego Jana Kapistrana, który przemierzając drogi całej Europy, wzywał do pokuty i nawrócenia oraz nawoływał do krucjaty przeciw, zagrażającym Europie muzułmańskim Turkom. W Krakowie na rynku witał Jana król, kardynał oraz ogromne tłumy wiernych. W tym tłumie był zapewne Szymon w raz z 10 towarzyszami, z którymi razem wstąpił do bernardyńskiego klasztoru założonego w Stradomiu, dzisiejszej dzielnicy Krakowa przez Jana Kapistrana. Zakon w tamtym czasie cieszył się wielką popularnością, którą zawdzięczał głównie swemu założycielowi oraz świątobliwemu życiu swych członków. Zakonnicy prowadzili życie nadzwyczaj surowe, pełne umartwień i niewygód.

Po odbyciu nowicjatu, w roku 1458 Szymon złożył śluby zakonne i rozpoczął studia teologiczne w Krakowie, po ukończeniu których, w roku 1460 otrzymał święcenia kapłańskie. Pierwszym miejscem pracy duszpasterskiej był Tarnów. Po kilku latach, mimo młodego wieku został wybrany gwardianem konwentu w Tarnowie, co świadczy, że współbracia doceniali cnotliwy i ascetyczny tryb życia oraz wiedzę i powagę Szymona. Jednak pokorny zakonnik nie czuł się dobrze w roli przełożonego. Po dwóch latach wrócił do Krakowa, gdzie powierzono mu bardzo szanowaną i poważaną funkcję kaznodziei zakonnego. Do pełnienia tej funkcji wybierano najzdolniejszych i najbardziej uduchowionych zakonników. Szymon był także kaznodzieją katedralnym. Dotąd ten zaszczytny i odpowiedzialny urząd pełnili wyłącznie dominikanie i profesorowie teologii Akademii Krakowskiej. Szymon był pierwszym, który przełamał tę tradycję jako bernardyn. Kazania w katedrze wygłaszano do elity umysłowej Krakowa w języku łacińskim. Płomienne kazania Błogosławionego gromadziły ogromne rzesze wiernych. Pod ich wpływem ludzie zrywali z grzechem, naprawiali krzywdy i wstępowali na drogę bożych przykazań. Wielu z nich decydowało się na życie zakonne. Mocy tym kazaniom przydawały głęboka wiara Szymona, mądrość, ogromna pokora oraz ascetyczny tryb życia. Chodził we włosiennicy, biczował się, przepasywał się żelaznym paskiem, który ranił ciało. Gdy współbracia upominali go, że zbyt umartwia swoje ciało i nie daje mu odpoczynku, Szymon wskazywał na grób i mówił: „Tu ono dosyć odpocznie, teraz zaś niech zarabia na nagrody niebieskie”.

Szymon cieszył się wielkim poważaniem współbraci zakonnych, o czym świadczy powierzanie mu różnych misji. Wybrano go między innymi na członka delegacji prowincji polskiej bernardynów na uroczystości przeniesienia relikwii założyciela zakonu, św. Bernardyna, do nowego kościoła wystawionego ku jego czci w Akwilei. W roku 1474 został delegatem prowincji polskiej bernardynów na kapitułę generalną do Pawii. Po odbyciu kapituły Szymon wyruszył na pielgrzymkę do Ziemi Świętej bez żadnych zasobów materialnych, zdając się całkowicie na Opatrzność Bożą. Po odbyciu pielgrzymki wrócili do Krakowa, który nawiedziła kolejna bardzo groźna zaraza, która dziesiątkowała mieszkańców grodu nad Wisłą. W samym konwencie obserwantów w Krakowie zmarło na nią wówczas 25 zakonników. Przerażeni mieszkańcy opuszczali miasto. Nawet niektórzy duszpasterze, z lęku przed zarazą uchodzili z miasta , opuszczając powierzonych im wiernych. Szymon pozostał. Leczył i pielęgnował chorych, przygotowywał ich na spotkanie z Chrystusem. Nie lękał się zarażenia i śmierci. Odważnie wychodził naprzeciw temu wezwaniu. W niedługim czasie zaraził się i ciężko zachorował. W szóstym dniu trwania choroby około godziny 15:00 zakończył życie. Było to w czwartek 18 lipca 1482. Ze względu na panującą epidemię, pogrzeb odbył się w tym samym dniu w godzinach wieczornych. Ciało pochowano w kościele klasztornym pod wielkim ołtarzem, umieszczając je wraz ze szczątkami Tymoteusza i Bernardyna, zmarłych w opinii świętości. Zaraz po jego śmierci miało miejsce aż 377 cudownych uzdrowień i łask za jego wstawiennictwem.

W roku 1488 błogosławiony Władysław z Gielniowa, ówczesny prowincjał bernardynów za pozwoleniem papieża Innocentego VIII dokonał przeniesienia relikwii Szymona do osobnej kaplicy kościoła, co było wówczas uważane za formalną beatyfikację. Odtąd bowiem można było słudze Bożemu oddawać cześć publiczną. Grobowiec Szymona nawiedzali liczni pielgrzymi, a nagromadzone wota są dowodem skuteczności jego orędownictwa. Formalny dekret beatyfikacji Szymona ogłosił papież błogosławiony Innocenty XI  24 lutego 1685 roku (z książki wypłynęli na głębię).

 

 

PRZEŻYĆ KONIEC ŚWIATA

Co pewien czas wizjonerzy, magicy, samozwańcy prorocy, przepowiadacze przyszłości a także naukowcy malują przed nami wizję końca świata. Naukowe teorie ukazują koniec życia na ziemi na różne sposoby. Najczęściej straszą nas nadlatującymi asteroidami, które w kolizji z Ziemią mogą spowodować zagładę życia. Naukowcy z NASA ogłosili, że 31 października tego roku obok Ziemi przeleci groźna asteroida. Ma w przybliżeniu 2,5 kilometra średnicy i mogłaby stanowić wielkie zagrożenie dla świata. Będzie to miało miejsce w Halloween, kiedy to każdy każdego straszy kościotrupami i duchami. Dojdzie nam zatem jeden strach, chociaż naukowcy uspokajają nas, że chyba asteroida ominie Ziemię. Gdy będziemy czytać te słowa, to będziemy mogli powiedzieć, że mieliśmy tym razem szczęście – rzeczywiście asteroida nas ominęła. No cóż jeden strach mamy za sobą, ale inny przed nami. Otóż tym razem ufolodzy straszą nas tajemniczą „różową planetą”, która ma zagrozić Ziemi w grudniu 2015 roku. Ich zdaniem niebezpieczny obiekt kosmiczny będzie widziany jako wielka różowa kula, która pochłonie życie na Ziemi. A zatem murowany koniec świata. NASA nie wypowiada się na ten temat, być może sprawa wygląda niepoważnie lub zbyt poważnie. Kiedyś na pewno to się stanie, wskazuje na to nawet rachunek prawdopodobieństwa. Ze swej strony nie radził bym jednak rezygnować z przygotowań do uroczystego powitania Nowego Roku.

Gdyby się spełnił któryś z powyższych scenariuszy, to na pewno mieściłby się w szeroko pojmowanej interpretacji słów z dzisiejszej Ewangelii, która mówi o końcu świata: „W owe dni, po wielkim ucisku słońce się zaćmi i księżyc nie da swego blasku. Gwiazdy będą padać z nieba i moce na niebie zostaną wstrząśnięte”. Jednak nikt z nas nie wie, kiedy to nastąpi: „Lecz o dniu owym lub godzinie nikt nie wie, ani aniołowie w niebie, ani Syn, tylko Ojciec”. Zapewne dla nas to lepiej, że nie znamy konkretnej daty końca świata. Ta nieokreśloność jest wezwaniem dla każdego pokolenia, dla każdego z nas do przygotowania się na ten dzień. Bo w tym dniu będzie miało miejsce coś ważniejszego niż spadające gwiazdy. Ewangelia mówi: „Wówczas ujrzą Syna Człowieczego, przychodzącego w obłokach z wielką mocą i chwałą”. Będzie to dla nas dzień spotkania z naszym Zbawicielem. W tym całym zamęcie świata najważniejsze jest to spotkanie i nasze przygotowanie do niego. Znamienne są słowa Jezusa z dzisiejszej Ewangelii: „Nie przeminie to pokolenie, aż się to wszystko stanie”. A zatem każdy z nas niejako na własnej skórze doświadczy rzeczywistości końca świata. Może nie będziemy widzieć spadających gwiazd, bo to nie jest najważniejsze w tych wydarzeniach. Najważniejsze będzie spotkanie z Chrystusem.

Tego spotkania, niejako w sposób dotykalny doświadczyli ludzie, którzy znaleźli się w stanie śmierci klinicznej. Ich relacje, pod znamiennym tytułem „życie po śmierci” stały się tematem wielu książek. W 1991 roku sondaż Instytutu Gallupa wykazał, że dwanaście milionów Amerykanów doświadczyło śmierci klinicznej. Oto najczęściej pojawiajcie się doświadczenia z tego stanu: przejście przez tunel, przebywanie w jakimś innym świecie lub wymiarze, wszechogarniające uczucie spokoju, przegląd wszystkich wydarzeń z życia, bardzo precyzyjne postrzeganie pozazmysłowe, święte światło emanujące życzliwością i dobrem, które przez wielu było identyfikowane z Chrystusem. Teorii wyjaśniających to zjawisko jest wiele. Jedna z nich mówi, że w czasie śmierci klinicznej nasz mózg produkuje endorfinę i dzięki niej powstają owe wizje. Przedstawiciele tej teorii uważają, że nie ma podstaw, aby te przeżycia stanowiły argument za istnieniem życia wiecznego. Jednak ta teoria nie wytrzymuje konfrontacji z rzeczywistością tych przeżyć.

Ciekawe w tym temacie są ostatnie badania naukowców z Uniwersytetu Southampton w Anglii, którzy przez cztery lata przebadali ponad 2000 osób, które przeżyły śmierć kliniczną. Okazało się, że prawie 40 procent badanych odczuwało swego rodzaju „świadomość” również w czasie, gdy byli oni w stanie śmierci klinicznej. 57-letni pracownik socjalny z Southampton, był formalnie martwy przez około trzy minuty. Gdy akcja jego serca powróciła, stwierdził, że wszystko pamięta i opisał w szczegółach działania personelu medycznego. Jego przypadek szczególnie zainteresował ekspertów, ponieważ według oficjalnej doktryny medycznej, mózg nie może funkcjonować, gdy serce przestaje bić. Jednak w tym przypadku mózg kontynuował pracę przez przynajmniej trzy minuty w czasie, w którym serce przestało bić. Teoretycznie mózg zwykle przestaje przyjmować bodźce po 20-30 sekundach od zatrzymana akcji serca. Badania nie mówią ci dzieje się dalej po śmierci, ale sugerują, że świadomość i ciało są w jakiś sposób ze sobą powiązane, lecz mogą po śmierci rozdzielić i „pójść własnymi drogami”.

Św. Jan Paweł II w Encyklice „Fides et ratio” pisze: „Wiara domaga się, aby jej przedmiot został poznany przy pomocy rozumu; rozum osiągając szczyt swoich poszukiwań uznaje jak konieczne jest to, co ukazuje mu wiara”. Gdybyśmy uznamy wyniki badań uczonych z Uniwersytetu Southampton za szczyt swoich poszukiwań w wyżej wspomnianej materii, to możemy powiedzieć, że stawiają one nas przed koniecznością tego co ukazuje nam wiara. A wiara prowadzi nas do Bożego Objawienia zawartego na kartach Biblii. W pierwszym czytaniu z Księgi Daniela słyszymy słowa mówiące o końcu świata: „W owych czasach wystąpi Michał, wielki książę, który jest opiekunem dzieci twojego narodu. Wtedy nastąpi okres ucisku, jakiego nie było, odkąd narody powstały, aż do chwili obecnej. W tym czasie naród twój dostąpi zbawienia, każdy, kto się okaże zapisany w księdze. Wielu zaś, co posnęli w prochu ziemi, zbudzi się: jedni do wiecznego życia, drudzy ku hańbie, ku wiecznej odrazie”. W Chrystusie „proch” znajduje moc do „przebudzenia” się do życia wiecznego. W Liście do Hebrajczyków czytamy: „Jedną bowiem ofiarą udoskonalił na wieki tych, którzy są uświęcani. Gdzie jest odpuszczenie, tam już więcej nie zachodzi potrzeba ofiary za grzechy”. Opromieniony światłem Bożego Objawienia  św. Ignacy Antiocheński pisał: „Nie chcę rozkoszy tego świata i królestwa doczesnego. Wolę umrzeć, by połączyć się z Chrystusem niż królować aż po krańce ziemi. Tego szukam, który za nas umarł. Tego pragnę, który dla nas zmartwychwstał. Bliskie jest moje narodzenie”.

Św. Jan Paweł II, spoglądając na nas z nieba przypomina nam: „Jeśli ktoś lub coś każe ci sądzić, że jesteś już u kresu, nie wierz w to! Jeśli znasz odwieczną Miłość, która Cię stworzyła, to wiesz także, że w Twoim wnętrzu mieszka dusza nieśmiertelna. Różne są w życiu ‘pory roku’: jeśli czujesz akurat, że zbliża się zima, chciałbym abyś wiedział, że nie jest to pora ostatnia, bo ostatnia porą Twego życia będzie wiosna: wiosna zmartwychwstania. Całość twojego życia sięga nieskończenie dalej niż jego granice ziemskie: Czeka cię niebo” (Kurier Plus, 2014).

 

 

CZAS UPRZĄTNĄĆ ŻYCIOWY BAŁAGAN

Annie Caddell zamieszkała w Brownsville w Południowej Karolinie w dzielnicy zdominowanej przez czarnoskórych mieszkańców, którzy bardzo serdecznie ją powitali. Jednak w niedługim czasie doszło do konfliktu, który trwał siedem lat.  A to za sprawą flagi Konfederatów z czasów wojny secesyjnej, w czasie której Południe Stanów Zjednoczonych walczyło z Północą. Dla Annie flaga była symbolem jej dziedzictwa i serdecznym wspomnieniem krewnych, którzy walczyli w szeregach armii Konfederatów, zaś dla jej sąsiadów była ona bolesnym symbolem rasizmu i nienawiści. I tak rozpoczęła się bardzo długa, publiczna walka. Ponad 270 mieszkańców podpisało petycję domagającą się, aby miasto administracyjnie zakazało wywieszania flagi, ale urzędnicy orzekli, że Annie ma prawo do jej wywieszania. Wtedy sąsiedzi zebrali pieniądze i zbudowali wysokie ogrodzenie, które po bokach zasłaniało flagę. W odpowiedzi na to, Annie postawiła jeszcze wyższy maszt, dzięki czemu flaga znowu była widoczna ze wszystkich stron. Konflikt zaognił się. Annie zaś przysięgała, że ​​wcześniej umrze, niż zdejmie flagę Konfederatów.

Na początku 2018 roku Annie doznała zawału serca i stanęła w obliczu śmierci. Jednak szczeliwie przeszła operacje wszczepienia potrójnych bajpasów. Gdy wróciła ze szpitala do domu była już całkiem inną kobietą. Doświadczenia w obliczu śmierci skłoniły ja do do głębokich refleksji nad dotyczasowym życiem, nad  wyborami i decyzjami jakie podejmowała, w tym także decyzje odnośnie flagi. „Nie mogę nikogo skrzywdzić decyzją, którą podjęłam bez większego zastanowienia. Nigdy nie myślałam o tym jak bardzo moglam ranić moich sąsiadów, wywieszając flagę Konfederatów. To mnie po prostu nie interesowało. Aż w końcu, stając w obliczu śmierci przeżyłam olśnienie, które otworzyło mi oczy na bliźniego. Tak wiele wtedy zrozumiałam”.

Po siedmiu długich latach konflikt  Annie z mieszkańcami Brownsville dobiegł końca. Annie przekazała flagę do Community Resource Centre w Brownsville, którego założycielem był Louis Smith, jeden z najbardziej zaciekłych jej przeciwników. Przyjął on flagę z szacunkiem i wdzięcznością, mówiąc, że jest to ważny moment i wspaniała uroczystość dla całej wspólnoty. Ostatecznie flaga została przekazana do miejscowego muzeum. Między Annie a jej sąsiadami zapanowała zgoda. Sąsiedzi rozebrali płot, który zasłaniał flagę. Co więcej, życzliwie i przyjaźnie zaczęli ją pozdrawiać. Annie inaczej patrzyła teraz na świat. Odnalazła radość i pokój. Wspomina: „Nadchodzi czas i miejsce, kiedy trzeba zrezygnować z własnych spraw, aby w przyjaźni żyć z innymi. Czasami trzeba wiele przejść, stanąć w obliczu śmierci, aby zobaczyć jak ranimy innych… Kiedy masz atak serca i powiedziano ci, że możesz nie przeżyć, stajesz w obliczu własnej śmiertelności, to wtedy jesteś przynaglony do podjęcia najważniejszych, życiowych decyzji. Musiałam posprzątać bałagan swojego życia, który był wynikiem podejmowania błędnych decyzji i upartego trzymania się ich. Poprosiłam o wybaczenie tych, których uraziłam swoim postępowaniem” (CBS News, 10 marca 2018 r.).

Każdy z nas stanie kiedyś w obliczu śmierci, ale już bez szansy, aby coś zmienić w naszym życiu na lepsze. Liczyć wtedy będziemy mogli tylko na miłosierdzie Boże. Ale Bóg pragnie, aby nasze życie na tej ziemi było jak najpiękniejsze, dlatego stawia nas w obliczu śmierci, abyśmy mieli czas usunąć bałagan z własnego życia i zauważyć jego piękno w przyjaźni z Bogiem i ludźmi. Chrystus w Ewangelii na dzisiejszą niedzielę mówi o końcu świata, o naszym końcu: „W owe dni, po wielkim ucisku, ‚słońce się zaćmi i księżyc nie da swego blasku. Gwiazdy będą spadać z nieba i moce na niebie’ zostaną wstrząśnięte. Wówczas ujrzą Syna Człowieczego, przychodzącego w obłokach z wielką mocą i chwałą. Wtedy pośle On aniołów i zgromadzi swoich wybranych z czterech stron świata, od krańca ziemi po kraniec nieba’”. Napewno to się stanie, lecz nikt nie wie kiedy: „Lecz o dniu owym lub godzinie nikt nie wie, ani aniołowie w niebie, ani Syn, tylko Ojciec”. Nawet samobójca nie wie kiedy to się stanie, bo może przydarzyć się historia, jak w tym czarnym żarcie. Niedoszły samobójca zarzucił sznur na gałęzi drzewa rosnącego nad jeziorem. Gdy zawisł na drzewie sznur się urwał i niedoszły samobójca wpadł do wody. Rozpaczliwie zaczął machać rękami i wyszedł na brzeg, mrucząc pod nosem: „Przez to głupie wieszanie, bym się utopił”.

Księga Daniela w pierwszym czytaniu tak mówi o końcu świata: „W owym czasie wystąpi Michał, wielki książę, który jest opiekunem dzieci twojego narodu. Wtedy nastąpi okres ucisku, jakiego nie było, odkąd narody powstały, aż do chwili obecnej. W tym czasie naród twój dostąpi zbawienia: ci wszyscy, którzy zapisani są w księdze. Wielu zaś, co śpi w prochu ziemi, zbudzi się: jedni do wiecznego życia, drudzy ku hańbie, ku wiecznej odrazie”. Michał Archanioł czczony jest w Kościele jako pogromca duchów piekielnych, pogromca zła. W duchu powyższych słów możemy powiedzieć, że stając w obliczu końca, śmierci mamy rozprawić się ze zlem. W tej walce mamy wsparcie samego Boga, który posyła do nas pogromcę duchów piekielnych. Zło może tak być zakorzenione w świecie w nas samych, że bez pomocy nieba nie uporamy się z nim. Tak jest w przypadkach opętania przez zlega ducha.

Przed kilkunastu laty, pracując w parafii św. Krzyża spotkałem młodą dziewczynę, którą przysłała do mnie pani psycholog, uważając, że ona bardziej potrzebuje modlitwy kapłana niż porady psychologa, uważała, że ta dziewczyna jest opętana przez szatana. A zaczęło się niewinnie od wywoływania duchów. A później niewidzialna siła popychała ją do odrażających czynów, jak picie ludzkiej krwi, chęć zabójstwa koleżanki. Nie jestem nominowanym przez biskupa egzorcystą, ale jako kapłan wraz z jej rodziną modliłem o uwolnienie jej od zła. W czasie modlitwy wykonywała przerażające ruchy, bełkotała przekleństwa. Najbardziej to się nasilało, gdy wzywaliśmy wstawiennictwa św. Michała Archanioła. Ktoś może powiedzieć, że średniowiecze, może tak się wydawać, ale ja tego doświadczyłem.

Św. Jan Paweł II, który już doświadczył tajemnicy końca świata tak mówił: „Potrzebne jest ciągłe, nieustanne nawracanie, które wymaga wewnętrznego oderwania się od wszelkiego zła i przylgnięcia do dobra w jego pełni, a które w praktyce dokonuje się często etapami, prowadzącymi coraz dalej. Rozwija się w ten sposób proces dynamiczny, przebiegający powoli przez stopniowe włączanie darów Bożych i wymagań Jego ostatecznej i najdoskonalszej Miłości w całe życie osobiste i społeczne człowieka. Dlatego też konieczny jest pedagogiczny proces wzrostu, w którym poszczególni wierni, rodziny i ludy, a nawet sama cywilizacja, będą prowadzeni cierpliwie dalej, od tego, co już przejęli z Tajemnicy Chrystusa — dochodząc do coraz bogatszego poznania i pełniejszego włączenia tej Tajemnicy w ich życie” (Kurier Plus, 2019).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *