4 Sty

4 niedziela wielkanocna . Rok C

 

WSPÓLNOTA  

Jezus powiedział: „Moje owce słuchają mojego głosu, a Ja znam je. Idą one za Mną i daję im życie wieczne. Nie zginą one na wieki i nikt nie wyrwie ich z mojej ręki. Ojciec mój, który mi je dał, jest większy od wszystkich. I nikt nie może ich wyrwać z ręki mego Ojca. Ja i Ojciec jedno jesteśmy” (J 10, 27-30).

Psychologia mówi, że poczucie bezpieczeństwa jest nieodzownym elementem prawidłowego rozwoju osobowości dziecka. Wyrasta ono m.in. ze świadomości przynależności do grupy lub osoby i jest niezależnie od tego, jacy jesteśmy. Nawet, niepoprawne dziecko, karcone przez rodziców nie traci poczucia bezpieczeństwa i radości, bo wie, że przynależy do nich. Rodzina jest naturalną wspólnotą, w której możemy znaleźć zaspokojenie tej potrzeby. Brak tej wspólnoty wywiera bardzo niekorzystny wpływ na rozwój dziecka. Ważna jest także wspólnota narodowa, której korzenie sięgają związków rodzinnych. Oparcie w tej wspólnocie jest nieodzowne w zachowaniu własnej tożsamości. Często rozmawiam z ludźmi, którzy opuścili Polskę, niektórzy z nich sprawiają wrażenie „nie pozbieranych”. Najczęściej są to ci, którzy odcinają się od swych korzeni, odcinają się od polskości.

W całej ostrości, rodzinne i plemienne zależności można zauważyć w życiu jednego z plemion afrykańskich. Jedną z kar, jakie stosuje ta wspólnota jest usuwanie winnego ze społeczności plemiennej. Cała wspólnota odwraca się od skazańca, jest on dla niej nikim. Najczęściej skazaniec nie wytrzymuje tego odrzucenia; przychodzi załamanie, które kończy się śmiercią.

Pragnienia człowieka przekraczają jednak wymiar materialny, doczesny stąd też rodzi się potrzeba przynależności do wspólnoty, która biorąc swój początek tu na ziemi swą pełnię osiąga w wieczności. Tej wspólnocie nie zagraża nawet śmierć. Tylko w Bogu można zbudować taką wspólnotę. Jezus staje przed nami jako Dobry Pasterz, który przygarnia i prowadzi swych wybranych jak pasterz owce. Temu Pasterzowi można ufać, bo oddał życie za swoje owce i dla nich zmartwychwstał. On jest nadal obecny w swym Kościele, który nazywamy Mistycznym Ciałem Chrystusa. Do tej wspólnoty należymy w tym życiu i przynależeć będziemy w przyszłym. Jezus jest Panem życia i śmierci.

Pojawiają się jednak fałszywi pasterze, którzy zakładają swoje wspólnoty i dają złudne poczucie bezpieczeństwa. A koniec ich bywa bardzo tragiczny. Zagłada całych wspólnot. Deprawacja osobowości. Rozczarowanie i krzywda, której nie da się naprawić. Obserwując życie i działanie destruktywnych kultów i wspólnot można zauważyć pewne wspólne cechy.

Oto niektóre z nich:

-Podporządkowanie kierownictwu. Nawet, gdy lider robi większe zmiany w ideologii, wyraźnie wcześniej określonej, od uczniów oczekuje się, stosownej do tego, zmiany poglądów i zademonstrowania przez to swojej wiary.

-Dwubiegunowa wizja świata. Kult jest dobry, świat na zewnątrz – zły.

-Uczucie ważniejsze niż myślenie. Emocje, pozytywne uczucia, intuicja, itp. są uważane za bardziej wiarygodne niż racjonalne wnioski.

-Manipulacja uczuciami przez lidera i członków grupy.

-Potępienie krytycznego myślenia, leżącego w racjonalnej naturze człowieka, jako niepotrzebnej i złej aktywności.

-Zbawienie i (lub) samorealizacja tylko poprzez podporządkowanie się grupie.

-Cele usprawiedliwiają środki. Akceptuje się każde działanie, o ile pomaga w osiąganiu celów grupy.

-Grupa ważniejsza niż jednostka. Interesy grupy wypierają interesy, cele, aspiracje i potrzeby jednostki.

-Obrzędy inicjacji trzymane w tajemnicy, tylko dla wybranych.

-Grożenie surowymi, często nadnaturalnymi, konsekwencjami w przypadku opuszczenia grupy.

-Zerwanie więzów z przeszłością: z rodziną, przyjaciółmi, wcześniejszymi planami,

zainteresowaniami.

-Przekonania grupy są absolutną prawdą, stoją ponad świeckim prawem.

-Przynależność do grupy daje dostęp do specjalnej mocy i przywilejów.

Jako uzupełnienie przytoczę wypowiedź zamordowanej Jeannie Mille, która należała do jednej z takich sekt. Jest to zarazem ostrzeżenie przed bezkrytycznym zaufaniem ludziom, którzy proponują nam przynależność do nowej sekty.

…jeśli spotkacie ludzi najbardziej przyjacielskich, jakich tylko potraficie sobie wyobrazić, otwartych i serdecznych, prawie bajecznych…

…i jeśli spotkacie lidera grupy pełnego natchnienia, wyrozumiałości, czułości i dobroci, jakie nigdy nie doświadczyliście…

…i kiedy cel grupy jest czymś, czego nigdy sobie nie wyobrażaliście

…i kiedy to wszystko wydaje się być zbyt piękne by mogło być prawdziwe…

…to najprawdopodobniej jest to zbyt piękne by mogło być prawdziwe… (por. CIKD, Lublin)

Chrystus, Dobry Pasterz obecny w swym Kościele od dwóch tysięcy lat prowadzi swych wiernych, którzy pełni ufności powtarzają słowa psalmu:

Pan jest moim pasterzem, nie brak mi niczego.

Pozwala mi leżeć na zielonych pastwiskach.

Prowadzi mnie nad wody, gdzie mogę odpocząć:

orzeźwia moją duszę.

Wiedzie mnie po właściwych ścieżkach

przez wzgląd na swoje imię.

Chociażbym chodził ciemną doliną,

zła się nie ulęknę,

bo Ty jesteś ze mną. (…)

Tak, dobroć i łaska pójdą w ślad za mną

przez wszystkie dni mego życia

i zamieszkam w domu Pańskim

po najdłuższe czasy (Ku wolności).

 

POZNANIE PRZEZ MIŁOŚĆ

Ja, Jan, ujrzałem wielki tłum, którego nie mógł nikt policzyć, z każdego narodu i wszystkich pokoleń, ludów i języków, stojących przed tronem i Barankiem. Odziani są w białe szaty, a w ręku ich palmy. I rzekł do mnie jeden ze starców: „To ci, którzy przychodzą z wielkiego ucisku i opłukali swe szaty, i w krwi Baranka je wybielili. Dlatego są przed tronem Boga i w Jego świątyni cześć Mu oddają we dnie i w nocy. A Siedzący na tronie rozciągnie nad nimi namiot. Nie będą już łaknąć ani nie będą już pragnąć, i nie porazi ich słońce ani żaden upał, bo paść ich będzie Baranek, który jest pośrodku tronu, i poprowadzi ich do źródeł wód życia: i każdą łzę otrze Bóg z ich oczu” (Ap 7,9.14b-I7).

Przed laty wchodził na ekrany film pt. „Laura”. Cieszył się on dużą popularnością. Film jest o młodym detektywie, który miał wyjaśnić sprawę zabójstwa młodej, ładnej dziewczyny imieniem Laura. Pewnej nocy ktoś zastukał do drzwi. Laura otwarła je, a wtedy zabójca wymierzył pistolet prosto w twarz i strzelił, zabijając ją na miejscu. Detektyw kilka następnych dni spędził w mieszkaniu Laury. Sprawdzał wszystko co posiadała; ubrania, książki, nagrania, albumy, fotografie. Czytał jej listy i pamiętnik, mając nadzieję, że to naprowadzi go na ślad zabójcy. Po pewnym czasie detektyw zauważył, że rodzi się w nim dziwne uczucie. Coraz bardziej czuł się związany z Laurą. Przyznał się przed samym sobą, że się zakochał. I to w kim? W zmarłej dziewczynie.

Gdy tak pewnej nocy siedział w pokoju Laury analizując badane materiały usłyszał, że ktoś przekręca klucz w zamku. Następnie otwiera drzwi. Osłupiały detektyw widzi w drzwiach Laurę. „Co pan robi w moim mieszkaniu”- pyta nie mniej zdumiona Laura. Detektyw wyjaśnił wszystko co się wydarzyło. Później okazało się, że Laura wyjechała na kilka dni z domu, a w jej mieszkaniu zamieszkała na ten czas jej koleżanka i to ona została zamordowana. Film kończy się szczęśliwie dla detektywa i Laury. Laura odwzajemnia miłość i oboje stają na ślubnym kobiercu.

Można się zakochać od pierwszego wejrzenia. A później przychodzi weryfikacja przez poznanie. Jeśli poznając drugiego człowieka odkryjemy w nim wiele  pozytywnych wartości duchowych, miłość od pierwszego wejrzenia ma szansę przetrwać. Miłość może się także rodzić przez długi czas w miarę wzajemnego poznawania się, nawet bez bliższego kontaktu ze sobą, tak jak w powyższym filmie. Ale nie o miłości narzeczeńskiej zamierzam pisać tym razem. Chcę zwrócić uwagę na rolę wzajemnego poznania w budowaniu relacji między ludzkich, a właściwie naszej relacji do Chrystusa. Bez poznania jest niemożliwe zbudowanie jakiejkolwiek poprawnej więzi między Bogiem a człowiekiem i więzi międzyludzkiej.

Chrystus mówi o sobie, że jest dobrym pasterzem. Pasterz zna swoje owce i kocha je. Owce pod okiem takiego pasterza mogą czuć się bezpieczne. Chrystus używając takiego porównania mówi o bezpieczeństwie i szczęściu tych, którzy uznają Go za swego pasterza i pójdą za Nim. On zna każdego swego ucznia i woła go po imieniu. Jakże jest to ważne w naszym życiu. Ci, którzy przybywają do Stanów Zjednoczonych, nie znając nikogo, wiedzą co to znaczy znaleźć się wśród obcych, nieznanych ludzi, którzy często są obojętni wobec nas a nawet nastawieni wrogo. Wtedy każdy znajomy daje poczucie większego bezpieczeństwa. A jeśli jest nam jeszcze na dodatek życzliwy to naprawdę możemy powiedzieć, że mieliśmy szczęście. Dobry Pasterz oddaje swoje życie za owce. Możemy być pewni, że jest to poznanie przez miłość. A takie poznanie nigdy nie może być wykorzystane przeciw człowiekowi. Dlatego możemy być przy Nim bezpieczni i szczęśliwi, nawet wtedy gdy będziemy przechodzić przez „ciemną dolinę śmierci”, bo On przeszedł przez tę dolinę, zapalając na niej światło zmartwychwstania i życia.

Nie wystarczy jednak to, że Chrystus nas zna. Aby się znaleźć w Jego owczarni my sami musimy poznać naszego Pasterza: „…a moje Mnie znają”. Bez tego poznania możemy rozminąć się z naszym Pasterzem. Twórca elektryczności Aleksander Volta napisał: „Zbadałem najszczegółowiej podstawy naszej religii, sprawdziłem je czytając tak dzieła apologetów, jak też i herezjarchów i ateuszy. I wtedy ujrzałem ową prawdę niezbitą, iż każdy umysł, którego nie zepsuły złe żądze lub namiętności, każdy umysł jasny i prawy musi uznać religię i kochać ją”. Poznanie Chrystusa to wiedza o Jego życiu i nauczaniu. Ale ta wiedza to tylko dobry początek prawdziwego poznania i ukochania. Ważna jest nasza wewnętrzna dyspozycja. Jak mówi Aleksander Volta nasz umysł w tym poznaniu powinien być prawy i jasny, niezepsuty przez żądze. Jeśli tego zabraknie, wtedy bluźniercza myśl nie oszczędzi nawet największej świętości. Tak jak to miało miejsce w muzeum na Brooklynie. Przesłanie sceny Ostatniej Wieczerzy, w której Jezus mówi o wielkiej miłości do człowieka, za którego oddaje swoje życie i staje się dla niego pokarmem na drodze do wieczności został zamazany i splugawiony przez umieszczenie na miejscu Jezusa w czasie Ostatniej Wieczerzy nagiej kobiety. Takie zdjęcie umieszczone w jakimś magazynie byłoby zwykłą pornografią, ale dla wielu sam fakt umieszczenia go w muzeum czyni z niego „dzieło sztuki”. Czy przez takie i tym podobne dzieła można lepiej poznać Dobrego Pasterza?

Poznając prawym umysłem Chrystusa odkrywamy, że możemy Mu zaufać, bezgranicznie zawierzyć i umiłować Go nad życie. A  to poprowadzi nas na najwyższy stopień poznania, który sprawia, że z ochotą słuchamy tego co mówi do nas Pasterz: „„Moje owce słuchają mojego głosu” i z miłością idziemy za Nim: „Idą one za Mną”. I wtedy z radością możemy powtarzać za psalmistą: „Pan mym Pasterzem niczego mi nie braknie”. Pasterz prowadzi nas ziemskimi drogami do wieczności: „i daję im życie wieczne”.

W roku 1974 robotnicy przypadkowo odkryli w Chinach w dolinie Żółtej Rzeki bezcennej wartości naturalnej wielkości postać wojownika na  rydwanie zaprzęgniętym w dwa konie. Badania wykazały, że to znalezisko liczy ponad  2 tys. lat. W toku dalszych prac wykopaliskowych odkryto około 6 tys. podobnych figur. Była to cała armia, którą cesarz Chin kazał wyrzeźbić i pochować razem z nim. Cesarz był znany z lęku przed śmiercią. Armia rzeźbionych figur miała go bronić po śmierci przed wrogami. W martwych rzeźbach szukał wsparcia i otuchy po śmierci.

Dobry Pasterz przeszedł ze śmierci do życia, dlatego Jego owce są zawsze bezpieczne, nawet wtedy, gdy przechodzą przez „ciemna dolinę śmierci” (z książki Nie ma innej Ziemi Obiecanej).

 

BŁOGOSŁAWIONY ZYGMUNT SZCZĘSNY FELIŃSKI

Ja, Jan, ujrzałem niebo nowe i ziemię nową, bo pierwsze niebo i pierwsza ziemia przeminęły i morza już nie ma. I Miasto Święte – Jeruzalem Nowe ujrzałem zstępujące z nieba od Boga, przystrojone jak oblubienica zdobna w klejnoty dla swojego męża. I usłyszałem donośny głos mówiący od tronu: „Oto przybytek Boga z ludźmi: i zamieszka wraz z nimi, i będą oni Jego ludem, a On będzie »Bogiem z nimi«. I otrze z ich oczu wszelką łzę, a śmierci już odtąd nie będzie. Ani żałoby, ni krzyku, ni trudu już odtąd nie będzie, bo pierwsze rzeczy przeminęły”. I rzekł Siedzący na tronie: „Oto czynię wszystko nowe” (Ap 21,1-5a).

Dobry Pasterz prowadzi swoją owczarnię-kościół bezpiecznymi drogami zbawienia. Apostołowie w sposób szczególny zostali powołani przez Chrystusa do udziału w Jego misji pasterskiej. Także na następcach apostołów, biskupach spoczywa specjalna odpowiedzialność za lud im powierzony. Można przytoczyć dziesiątki gorliwych biskupów, którzy za kościół Chrystusowy cierpieli i oddawali życie. Jest wśród nich błogosławiony arcybiskup Zygmunt Szczęsny Feliński. Wierność kościołowi i ojczyźnie stała się powodem zesłania go w głąb Rosji. Przed opuszczeniem Warszawy arcybiskup zatroskany o swoją owczarnię mówił do kapłanów: „Strzeżcie praw Kościoła św., pilnujcie gorliwie tej św. wiary naszej, przeciwnościami nie zrażajcie się, miejcie Pana Boga w pamięci i sercu. Jeżeliby was kto namawiał do takiego czynu, którego popełnić się nie godzi bez uchybienia prawom Bożym i prawom Kościoła, odpowiadajcie każdy: Non possumus, odpowiadajcie wszyscy: Non possumus. Kochajcie się wzajem, żyjcie w jedności i miłości, wspomagajcie się w modlitwie i pracy, módlcie się jedni za drugich, módlcie się i za mnie, jak ja za was modlić się będę. Polecam was opiece Boskiej, polecam ludek wasz, wszystkie owieczki moje, opiece Matki Najświętszej. Niech was Bóg błogosławi Ojciec, Syn i Duch święty”.

Protoplasta rodu Felińskich mieszczanin z Witebska, Marek Ilinicz Łytko, podczas wyprawy wojennej przeciwko Szwedom w latach 1602-1607 wykazał się wielką odwagą, a zwłaszcza przy zdobywaniu twierdzy Felin. Za męstwo sejm polski w Warszawie w 1607 r. nadał mu szlachectwo, herb i nazwisko Feliński. Zaś na sejmie w 1611 r. otrzymał posiadłość na Wołyniu w okolicach Łucka. Ponad dwieście lat później, 1 listopada 1822 r. przyszedł na świat Zygmunt Szczęsny, jako trzecie dziecko Gerarda i Ewy Felińskich. Gerard, wychowanek Uniwersytetu Wileńskiego, właściciel majątku rodzinnego w Wojutynie, pełnił honorowy urząd deputata Sądu Głównego Ziemi Wołyńskiej w Żytomierzu. Ewa, kobieta wielkiego serca, kochająca ojczyznę, znana jest w literaturze polskiej jako autorka „Pamiętników z życia” i „Wspomnień z Syberii”.

Zygmunt Szczęsny wzrastał w religijnej i patriotycznej atmosferze domu rodzinnego. W roku 1830, gdy miał osiem lat wybuchło powstanie listopadowe. Wraz z rodziną przechodził tułaczkę i internowanie pod zaborem austriackim. Po upadku powstania listopadowego Zygmunt kontynuował naukę w gimnazjum w Łucku, Klewaniu i Krzemieńcu. Był to czas bezwzględnej rusyfikacji i tępienia tego, co polskie i katolickie. Jednak zasady religijne i patriotyczne jakie Szczęsny wyniósł z domu uczyniły go odpornym na carską propagandę i prześladowanie. W swoich zmaganiach szukał oparcia w Bogu i Matce Bożej. To wsparcie było szczególnie potrzebne, gdy w roku 1833 boleśnie przeżywał śmierć swego ojca.

Szczęsny Feliński działał aktywnie w Stowarzyszeniu Ludu Polskiego, którego celem było przygotowanie Polski do niepodległości przez ekonomiczną, oświatową i moralną poprawę społeczeństwa. Organizacją kierował Szymon Konarski. Matka Szczęsnego należała do ścisłego kierownictwa. Władze carskie zdekonspirowały związek, w konsekwencji czego Szymon Konarski został stracony, tysiące ludzi dostało się do więzienia, setki wywieziono na Syberię. Taki los spotkał też Ewę Felińską, zesłaną w 1839 r. na Syberię. Żegnając swoje dzieci mówiła: „Oby wam Bóg dodał siły do zniesienia sieroctwa waszego!… we wszystkich cierpieniach niech was ta myśl krzepi, że miłosierna ręka Opatrzności, będzie czuwać nad wami, będzie was podtrzymywać w każdej ciężkiej próbie. Pamiętajcie, że każdy winien się koniecznie przyłożyć swymi zdolnościami do dobra swego kraju, nieście sobie nawzajem pomoc, niech miłość i jedność kierują… waszymi krokami… Znieście mężnie moje oddalenie, nie upadajcie na duchu; wszak Opatrzność czuwa nad wami…. Bogu was polecam… Bóg Wszechmogący wszystko przemienić może”.

Zesłanie matki na Sybir było tragicznym doświadczeniem dla osieroconych dzieci, gorszym niż sama śmierć. Po latach Zygmunt Szczęsny napisze: „Spoza trumny widnieje jeszcze połączenie się w niebie, młodej zaś wyobraźni łatwiej przeskoczyć same progi wieczności, niż przedrzeć się przez tę niezmierzoną, śnieżną pustynię”. Majątek rodziny Felińskich w Wojutynie i Zboroszowie został przez władze carskie skonfiskowany. Sześcioro rodzeństwa pozostało bez dachu nad głową i bez jakiegokolwiek zabezpieczenia materialnego. Ich losem zajęli się krewni i ludzie obcy. Zygmuntem Szczęsnym zaopiekował się bogaty ziemianin Zenon Brzozowski, który sfinansował studia matematyczne Zygmunta na Uniwersytecie im. Łomonosowa w Moskwie. Studia, nie osłabiły wiary i patriotyzmu młodzieńca, wręcz przeciwnie, wpłynęły na pogłębienie życia wewnętrznego i ożywienie miłości Boga i Ojczyzny. O swoich odczuciach napisze: „Upewniony jestem, że zachowując serce nieskażone, religię i miłość braterską dla bliźnich, nie zboczę nigdy z drogi prawej. Choćby nowe głazy zwalono na grób Polski, grabarze jej nie zagrzebią, bo tylko zmarłych grzebią, a Sędzia, który jest na niebie, ostatecznie wymierzy sprawiedliwość uciśnionym”.

Jesienią roku 1847 Zygmunt wyjechał do Paryża, gdzie studiował w Sorbonie i w College de France. Tam też nawiązał bliskie stosunki z księciem Adamem Czartoryskim. W styczniu 1848 r. Feliński poznał osobiście i zaprzyjaźnił się z poetą Juliuszem Słowackim. Na emigracji, Zygmunt Szczęsny poświęcał wiele czasu sprawie narodowej, a gdy w roku 1848 Europę ogarnęły ruchy wolnościowe zwane „Wiosną Ludów” wraz z przyjaciółmi i Juliuszem Słowackim wyruszył do Poznania, gdzie wziął czynny udział w końcowej fazie powstania. Po upadku powstania w randze porucznika strzelców wrócił do Paryża. Klęska powstania a także śmierć przyjaciela, Juliusza Słowackiego, który pojednany z Bogiem zmarł na jego rękach, miały duży wpływ na jego dalsze losy. Powoli dojrzewała w nim myśl poświęcenia się Bogu, w którym widział najlepszą drogę służenia Bogu i bliźnim, a także Ojczyźnie.

W 1851 r. Zygmunt Szczęsny powrócił do kraju i wstąpił do Seminarium Duchownego w Żytomierzu. Po roku biskup Kasper Borowski wysłał go na dalsze studia do Rzymskokatolickiej Akademii Duchownej w Petersburgu. Tam też otrzymał święcenia kapłańskie i przez dwa lata pracował jako wikariusz i nauczyciel w szkołach dominikańskich w parafii Św. Katarzyny w Petersburgu, która liczyła ponad 25 tys. katolików różnych narodowości. W 1857 r. ks. Feliński został powołany na kapelana i ojca duchownego alumnów Akademii Duchownej, a dwa lata później objął katedrę filozofii w tejże uczelni. Ksiądz Feliński zasłynął w Petersburgu jako wybitny kaznodzieja i roztropny spowiednik. Znane są wypadki licznych nawróceń. Uważano go za „apostoła pełnego pokory, nauki i kultury”, za „opiekuna ubogich i sierot”, za „wspaniałego człowieka” i „godnego kapłana”, „za najlepszego księdza w Rosji”.

6 stycznia 1862 r. papież Pius IX mianował Felińskiego Arcybiskupem Warszawskim. Przed święceniami biskupimi, w dniu 25 stycznia 1862 r., ks. Feliński został wezwany na audiencję do cara Aleksandra II. Arcybiskup okazując szacunek dla monarchy jednocześnie bardzo odważnie wyraził swoje poglądy: „Pragnę z całego serca dopomagać do pokojowego rozwoju i szczęścia mego narodu, ale żadnej innej polityki popierać nie przyrzekam. Jeśliby jednak Naród nie uwzględnił mych przedstawień i ściągnął na siebie groźne następstwa represji, ja przede wszystkim spełnię obowiązki Pasterza i podzielę niedolę ludu mego, chociażby sam stał się swych nieszczęść sprawcą”.

Po święceniach biskupich, które odbyły się 26 stycznia 1862 r., arcybiskup wyruszył z Petersburga do Warszawy. Pasterzowanie arcybiskupa Felińskiego w Archidiecezji Warszawskiej przypadło na okres największego wrzenia społecznego, manifestacji patriotycznych i wybuchu powstania styczniowego. Arcybiskup mając w świadomości klęski militarne poprzednich powstań przestrzegał przed bratnim rozlewem krwi: „Na drodze zbrojnego powstania wszystkie poniesione ofiary są zmarnowane, skoro się zamiar nie powiedzie; w pracy zaś dla odrodzenia kraju najdrobniejsza nawet okruszyna wzbogaca zasoby narodowe”. Taka postawa była powodem niechęci wielu zwolenników zbrojnego powstania, posądzano go nawet o wysługiwanie się carowi. Te zarzuty bardzo raniły arcybiskupa, gdyż całym sercem kochał swoją ojczyznę. Świadczą o tym jego słowa: „Polakiem jestem, Polakiem umrzeć pragnę, bo tego chce boskie i ludzkie prawo, uważam nasz język, naszą historię, nasze obyczaje narodowe za drogocenną spuściznę po przodkach, którą następcom naszym święcie przekazać powinniśmy, wzbogaciwszy skarbnicę narodową własną pracą”.

Za tymi słowami szedł czyn. Gdy wybuchło powstanie styczniowe i nastały krwawe represji arcybiskup Feliński odważnie stanął po stronie powstańców. Na znak protestu 12 marca 1863 r. złożył dymisję z Rady Stanu, a 15 marca wysłał list do cara Aleksandra II, w którym pisze: „Krew płynie wielkimi strumieniami, a represje zamiast uspokoić umysły, jeszcze bardziej je rozdrażniają. W imię miłosierdzia chrześcijańskiego i w imię interesów obu narodów, błagam Waszą Cesarską Mość, abyś położył kres tej wyniszczającej wojnie. Polska nie zadowoli się autonomią administracyjną, ona potrzebuje bytu niepodległego”. Arcybiskup wezwany przez cara do Petersburga, został internowany w Gatczynie. Dawano mu szansę powrotu na sprawowany urząd, za cenę wyrzeczenia się kontaktów ze Stolicą Apostolską, i poddania się całkowicie pod rozkazy rządu carskiego. Ksiądz Arcybiskup odrzucił tę prepozycję. W konsekwencji dwadzieścia lat spędził na zesłaniu w Jarosławiu w północnej Rosji.

Pomimo represji, inwigilacji i ograniczeń policyjnych prowadził na zesłaniu szeroką działalność apostolską i dobroczynną. Ta szlachetna i ofiarna postawa sprawiła, że gdy po 20 latach wracał do Polski poprzedzała go opinia świętości. Wszędzie „spotykał się arcybiskup Feliński z największą czcią i uwielbieniem, które sobie zjednał od społeczeństwa niezłomnym charakterem, miłością Ojczyzny i obowiązków kapłańskich”. Ostatnie 12 lat życia spędził w galicyjskiej wsi Dźwiniaczka na terenie archidiecezji lwowskiej. W tym cichym wiejskim ustroniu oddał się całkowicie działalności duszpasterskiej, społecznej i dobroczynnej wśród ludu wiejskiego polskiego i ukraińskiego. Do wszystkich kierował ojcowskie słowa, wzywające do jedności i współpracy w imię ewangelicznego braterstwa, z poszanowaniem odrębności narodowych, religijnych i kulturalnych. Na tych terenach zasłynął jako apostoł pokoju, zgody narodowej i ewangelicznego braterstwa.

We wrześniu 1895 roku stan zdrowia arcybiskupa nagle się pogorszył, lekarze wysłali go do Karlsbadu, ale na kurację było już za późno. W drodze powrotnej zatrzymał się w Krakowie i tam zmarł 17 września tegoż roku. Jedna z gazet krakowskich napisała: „Z głębokim żalem przychodzi nam zapisać zgon Najdostojniejszego Księdza Arcybiskupa Felińskiego. Naród nasz traci w nim jednego z najszlachetniejszych i najcnotliwszych synów, Kościół katolicki kapłana świątobliwego i pełnego głębokiej nauki, nieugiętego stróża i obrońcę wiary, pasterza poświęcającego wszystko dla dobra dusz, jego pieczy powierzonych” (z książki Wypłynęli na głębię).

 

ON NIE ZAPOMNI O TOBIE 

W następny szabat zebrało się niemal całe miasto, aby słuchać słowa Bożego. Gdy Żydzi zobaczyli tłumy, ogarnęła ich zazdrość i bluźniąc, sprzeciwiali się temu, co mówił Paweł. Wtedy Paweł i Barnaba powiedzieli odważnie: „Należało głosić słowo Boże najpierw wam. Skoro jednak odrzucacie je i sami uznajecie się za niegodnych życia wiecznego, zwracamy się do pogan. Tak bowiem nakazał nam Pan: „Ustanowiłem cię światłością dla pogan, abyś był zbawieniem aż po krańce ziemi”. Poganie, słysząc to, radowali się i uwielbiali słowo Pańskie, a wszyscy, przeznaczeni do życia wiecznego, uwierzyli. Słowo Pańskie rozszerzało się po całym kraju (Dz 13, 44-49). 

Na próżno szukałem w wirtualnej przestrzeni Internetu autora poniższego aforyzmu. Nie grzeszy on kunsztem literackim najwyższego lotu, ale zawiera wiele życiowej mądrości i warto go przeczytać, a może nawet zapamiętać:

Doceniaj tych, którzy Cię kochają.

Pomagaj tym, którzy Cię potrzebują.

Przebacz tym, którzy Cię skrzywdzili.

Zapomnij o tych, którzy Cię opuścili.

To prawda, że najpiękniejszym darem jaki możemy otrzymać od drugiego człowieka jest miłość. Przychodzi ona do nas różnymi drogami. Ks. Twardowski pisał o niej: „Jest miłość trudna / jak sól czy po prostu kamień do zjedzenia / jest przewidująca / taka co grób zamawia wciąż na dwie osoby/ niedokładna / jak uczeń co czyta po łebkach / jest cienka jak opłatek, bo wewnątrz wzruszenie / Jest miłość wariatka egoistka gapa / jak jesień lekko chora z księżycem kłamczuchem / jest miłość co była ciałem a stała się duchem / i ta co nie odejdzie – bo znów niemożliwa”. Jaka by nie była, zawsze jest czymś cennym, nawet ta, może przede wszystkim ta, która nie jest nawet słowem wypowiedziana. Widzimy ją w serdecznym uśmiechu, przyjaznych oczach, życzliwie wyciągniętej ręce. To dzięki niej nasze życie jest piękniejsze i bogatsze nie tylko duchowo. Ludzie przychodzący do nas z takim darem, to nieoceniony skarb i trzeba ich szanować.

Mówi się, że fortuna kołem się toczy, a w mojej rodzinnej wsi wyrażano to trochę inaczej: „Raz jesteś na wozie, drugi raz pod wozem”. Motywem pomocy potrzebującemu nie powinno być mniemanie, że gdy ja pomogę, to mogę liczyć na pomoc, gdy sam znajdę się w potrzebie, „pod wozem”. Tak może być, ale nie musi. Zazwyczaj bywa odwrotnie. Zapewne znamy to z własnego doświadczenia. Pomagam, bo widzę człowieka w potrzebie. Kieruję się miłością i to miłością doskonałą, bo miłosierną. Kto napełni się taką miłością i wprowadza ją w czyn dozna w sobie nieogarnionej bożej radości i bożego pokoju. To samo można powiedzieć o miłości przebaczającej. Jeśli tego zabraknie i nie wybaczymy z serca, nie zaznamy wewnętrznego pokoju. Uraza, chęć zemsty i wszelkie negatywne uczucia wynikające z braku wybaczenia, to największa trucizna naszej duszy. To także trucizna w życiu społecznym. Bez tego nie można zbudować harmonijnych relacji międzyludzkich.

Zapomnienie tych, którzy nas opuścili jakoś nie pasuje do miłości, którą odnajdujemy na kartach Pisma św.. Z pewnością, zapomnienie jest pewnego rodzaju doraźnym lekarstwem na uleczenie duszy. Wiem, jak bardzo szamoczą się ludzie, którzy nie mogą zapomnieć, że ktoś ich zostawił, a obiecywał przy ołtarzu, że zostanie do końca życia. Tak bardzo zaufało się temu człowiekowi, a on nas ze wszystkiego okradł i odszedł. Najlepiej zapomnieć, bo nie jest to człowiek godny zapamiętania. Jednak zapomnieniu trzeba nadać pozytywny wymiar. Zwrócić się ku ludziom, ku wartościom, które staną się inspiracją życia i ubogacą nas samych i wspólnotę, w której żyjemy. Trzeba odnajdywać pełnię życia, bo ono może być jeszcze piękniejsze, mądrzejsze, pogłębione cierpieniem opuszczenia. Kiedyś rozmawiałem o tym z młodą mężatką, którą opuścił mąż. Nie może tego zapomnieć. Zdrajca powraca, jak upiór z okradzionego świata i wszystko dalej burzy. Zapomnieć, to pozbawić upiora mocy nad naszym życiem i zwrócić się ku pozytywnym wartościom i nowym wezwaniom. W tym nowo wykreowanym świecie, upiór straci swą destruktywną moc.

Czytanie z Dziejów Apostolskich, zacytowane na wstępie niesie zasadnicze przesłanie o głoszeniu Ewangelii, o naszym zbawieniu, ale niejako po drodze rzuca światło na problemy wyżej poruszane. Św. Paweł nawrócony u bram Damaszku wyruszył w świat, aby głosić Ewangelię o zbawieniu. Przybył do Antiochii Pizydyjskiej i tam nauczał w szabat o Jezusie, o Jego zmartwychwstaniu. Wielu uwierzyło w Jezusa. W następny szabat zbiegli się prawie wszyscy mieszkańcy miasta, i jeszcze więcej pogan uwierzyło w Ewangelię. „Gdy Żydzi zobaczyli tłumy, ogarnęła ich zazdrość i bluźniąc, sprzeciwiali się temu, co mówił Paweł”. A wtedy Paweł powiedział do nich: „Należało głosić słowo Boże najpierw wam. Skoro jednak odrzucacie je i sami uznajecie się za niegodnych życia wiecznego, zwracamy się do pogan”. To było pewnego rodzaju zapomnienie o tych, którzy odrzucili Ewangelię i jej głosicieli. Paweł i Barnaba nie walczyli z nimi, tylko zwrócili się z Dobrą Nowiną do pogan, którzy „słysząc to, radowali się i uwielbiali słowo Pańskie, a wszyscy, przeznaczeni do życia wiecznego, uwierzyli”. Dzięki temu światło Ewangelii ogarniało coraz to nowe zakątki ziemi i nawet tych, którzy wcześniej odwrócili się od Ewangelii.

Chrystus wyznacza nowe standardy „zapomnienia” tych, którzy nas opuścili. Oczywiście, Chrystus naucza o sprawach najważniejszych, nadprzyrodzonych, jednak przez pryzmat tego nauczania możemy spojrzeć na nasze ziemskie problemy. W Ewangelii na dzisiejszą niedzielę, Jezus mówi o sobie jako Dobrym Pasterzu: „Moje owce słuchają mego głosu, a Ja znam je. Idą one za Mną i Ja daję im życie wieczne. Nie zginą one na wieki i nikt nie wyrwie ich z mojej ręki”. Dopełnienie tych słów jest inna przypowieść o Dobrym Pasterzu, który zostawia całe stado, aby szukać zagubionej owcy. A gdy ją znajduje, bierze na swoje ramiona i przynosi do bezpiecznego miejsca. Chrystus nie zapomina nas nawet, gdy się od Niego odwracamy, opuszczamy. On nas szuka, czeka na nas z otwartymi ramionami. Jego miłosierdzie jest niezgłębione.

Możemy przytoczyć wiele przykładów powrotów do Chrystusa ludzi, którzy odwrócili się od Niego, opuścili Go. Jednym z nich jest Peter Steele, lider znanego na świecie zespołu metalowego Type O’Negative. Steele przez długie lata był na bakier z nauką Kościoła, a także z nim walczył. Niejednokrotnie wchodził w konflikt z prawem. Trafił także do więzienia za pobicie. Wszystko zmieniło się w 2005 r. po śmierci jego matki. W 2007 r. wokalista oświadczył, że od niedawna utożsamia się z nauką Kościoła katolickiego. Jak powiedział w wywiadzie dla magazynu „Decibel”, przemiana nastąpiła u niego po poważnym kryzysie jaki przeszedł. Wtedy zdał też sobie sprawę ze swojej śmiertelności: „Kiedy zaczynasz myśleć o śmierci, zaczynasz też myśleć, co się stanie potem. Wtedy też zaczynasz mieć nadzieję, że jest Bóg. Dla mnie to przerażająca myśl, że mógłbyś iść donikąd”. Nie idziemy donikąd, gdy wiernie podążamy za Dobrym Pasterzem (z książki Bóg na drogach naszej codzienności).

 

PODĄŻAĆ ZA PASTERZEM

W dzisiejszych czasach gloryfikuje się prawo indywidualnych wyborów według własnego „widzi mi się”, które często, niesłusznie nazywane jest sumieniem. Towarzyszy temu deprecjonowanie wszelkiego rodzaju autorytetów. A jeśli nawet są uznawane, to bardzo wybiórczo. Na przykład 85 proc. katolików w Stanach Zjednoczonych uznaje autorytet papieża, ale ponad połowa z nich mówi, że w sprawach moralnych kieruje się własnym sumieniem, które nie zawsze jest zgodne z nauczaniem papieża. To zjawisko nazywane jest „katolicką kawiarnią”. Wchodzę do kawiarni i zamawiam, to na co mam ochotę. „Kawiarniani katolicy” należą formalnie do Kościoła, ale wybierają sobie z jego nauki to co im odpowiada, mówiąc, że kierują się własnym sumieniem. Zapominają przy tym, że właściwie uformowane sumienie opiera się na powszechnie przyjętym prawie bożym, które obowiązuje wszystkich. Jeśli nie, to może się powtórzyć sytuacja hitlerowców, którzy skazując na zagładę całe narody byli przekonani, że postępują według własnego sumienia. Bowiem, ich sumienie zostało uformowane przez fałszywe wartości, które dzieliły świat na nadludzi i podludzi. Dla nadludzi, za których się uważali było moralnie dobre to co przynosiło im korzyści. W tej perspektywie, nawet zabijanie podludzi było dobre i zgodne z ich sumieniem. Aby, między innymi, takie historie się nie powtarzały człowiek potrzebuje boskiego autorytetu i boskiego przewodnika, pasterza.

Dzisiejsza niedziela jest zwana niedzielą Dobrego Pasterza. W Ewangelii Chrystus przytacza opowieść o dobrym pasterzu, który prowadzi swoje owce na soczyste pastwiska i do wodopoju, chroni przed niebezpieczeństwami i gdy zajdzie taka potrzeba, to w obronie swych owiec oddaje życie. Pasterz idzie na przedzie a za nim podążają owce, ponieważ go znają. Tym Pasterzem jest Chrystus. Prowadzi nas do źródła wody życia. On oddał za nas swoje życie, abyśmy mieli życie wieczne. Chrystus mówi: „Moje owce słuchają mego głosu”, a potem dodaje: „Idą one za Mną”.

Konsekwencją wsłuchiwania się w głos Chrystusa jest pójście za Nim. Słuchać, to coś więcej niż tylko słyszeć, to raczej postępowanie według tego co usłyszeliśmy. Słowa tych rozważań będą czytane przez tych, którzy na różny sposób przynależą do „owczarni chrystusowej”. Warto zatem zadać sobie pytania, które mogą pomóc nam w odnalezieniu właściwego miejsca w tej owczarni: Czy Chrystus jest moim pasterzem? Czy rzeczywiście słucham Jego głosu? Czy znam mojego Pasterza i Mistrza? Czy nie odrzuciłem Jego niektórych wymagań, ponieważ są trudne i żądają ode mnie zerwania z nałogami lub grzesznym życiem? Czy nie idę za innymi pasterzami, którzy więcej obiecują, a mniej wymagają lub ładniej mówią?

Nieraz człowiek szczerze odpowiada na te pytania i dostrzega w Chrystusie prawdziwego Pasterza, gdy wszystko traci. Za ilustrację tej prawdy niech posłuży opowieść dr Andrew Bonar z książki „Moody’s Anecdotes”. Jest to historia wzięta z życia pasterzy górzystych regionów Szkocji. Owce w poszukiwaniu trawy schodzą nieraz do głębokich rozpadlin, z których późnie nie mogą się wydostać. Pasterz odnajduje zwierzęta, ale nie od razu wyciąga je z pułapki. Czeka trzy, cztery dni, aż zjedzą wszystką trawę i osłabną na tyle, że nie mogą stać na własnych nogach. Wtedy pasterz owiązuje je powrozem i wyciąga z paszczy śmierci. Nie czyni tego wcześniej, bo owce, gdy jeszcze mają siłę, szarpią się i rzucają na wszystkie strony, co grozi upadkiem w przepaść i niechybną śmiercią. Podobnie bywa z człowiekiem, który odszedł od Boga, stracił przyjaciół i wszystko co posiadał. Dobry Pasterz przyjmie go z powrotem w momencie, kiedy on sam zaprzestanie walki o ocalenie i pozwoli Jemu, aby go ocalił na swój sposób.

Człowiek stworzony przez Boga ma w sobie instynkt szukania swego Stwórcy i Pasterza. Potwierdza to historia ludzkości. Jest to coś w rodzaju instynktu macierzyńskiego, o którym mówi poniższa historia. Matka 10-dniowego niemowlęcia wchodząc do domu po schodach usłyszała potężną eksplozję. Przerażona pobiegła do pokoju swojej córeczki. Dziecka w pokoju nie było. Zwróciła uwagę na otwarte okno. Nim zdążyła skojarzyć puste miejsce w kołysce z otwartym oknem, płomienie ogarnęły cały pokój. Matka wraz pozostałymi członkami rodziny uciekła. Dziecko nigdy nie zostało odnalezione. Detektywi ustalili, że szczątki dziecka spłonęły w ogniu. Matka jednak nigdy w to nie uwierzyła.

Sześć lat później uczestniczyła w przyjęciu urodzinowym. Spotkała tam energiczną jasnooką dziewczynkę. Nie miała wątpliwości, że jest to jej dziecko. Mała była bardzo podobna do jej pozostałych dzieci. Matka uświadomiła sobie, że potrzebuje jakiegoś dowodu. Udając, że usuwa z włosów dziewczynki gumę do żucia zabrała kosmek jej włosów. Skontaktowała się z policją. Zdawała sobie sprawę, że jej postępowanie jest trochę dziwaczne, ale niezachwianie wierzyła, że jej dziecko zostało zabrane nim ogień ogarnął pokój. Badania laboratoryjne kodu DNA wykazały, że dziewczynka ponad wszelką wątpliwość jest jej córką. Śledztwo wykazało, że rzeczywiście dziewczynka została porwana sześć lat wcześniej. Mała wróciła do swojej prawdziwej rodziny. Zaś kobieta, która porwała dziecko została aresztowana. Przed dziewczynką były trudne dni. Potrzebowała wiele życzliwości, mądrości, miłości i cierpliwości, aby zaakcentować nową rodzinę. Adwokat, który pomagał matce w odzyskaniu dziecka powiedział, że argumentem do podjęcia się tej sprawy było przekonanie, że „instynkt matki nigdy się nie myli” (Connections, kwiecień 2003 r). Podobnie my, jeśli nie zgłuszymy w sobie „instynktu szukania Boga”, to na pewno odnajdziemy Dobrego Pasterza.

W ubiegłą niedzielę słyszeliśmy opis ewangelicznej sceny, kiedy to Jezus trzykrotnie zapytał Piotra, czy kocha Go. Po trzykrotnym potwierdzeniu, Jezus powiedział do Piotra: „Paś owce moje”.  Chrystus powierzył w widzialnych strukturach swego kościoła władzę pasterską wybranym ludziom, wśród których następcy św. Piotra, papieże zajmują szczególne miejsce. Papież Jan Paweł II mocno wpisał się w nasze życie. Mówi się nawet o pokoleniu JP2. Był pasterzem o wielkim autorytecie. Kochała go młodzież, która jest najbardziej krytyczna wobec wszelkich autorytetów. Oto fragmenty wypowiedzi młodych ze strony internetowej www. sciaga.pl. „Podsumowując, Jan Paweł II to naprawdę wspaniały człowiek, przyjaciel i wychowawca młodzieży, który starał się do nich dotrzeć wyłącznie poprzez miłość. Swoją odwagą, otwartością zaimponował im i stał się dla nich prawdziwym autorytetem. Młodzi kochają go i starają się jego słowa obracać w czyn. Dlatego uważam, że stwierdzenie ‘Jan Paweł II – autorytet młodzieży’ jest w pełni słuszne”. Inna wypowiedź: „Co robić, żeby usłyszeć głos Papieża? Aby rzeczywiście usłyszeć jego głos trzeba się nawrócić. Nie wystarczy słuchać swoimi uszami, trzeba słuchać uszami swojej wiary, a to wymaga łaski, Bożego Ducha. To jest dla wszystkich, ale pomoże tym, którzy są otwarci na otrzymanie duchowej prawdy. Nie wystarczy powiedzieć: oto przyjeżdża Ojciec Święty, on jest jednym z nas, jesteśmy z niego dumni. Aby go naprawdę usłyszeć Jego nauka musi być przyjęta na poziomie podstawowych wartości jakie wyznajemy w życiu. Przyjmowanie Papieża może stać się radosną zbiorową uroczystością, ale przyjęcie jego słów do serca to tak jak czytanie Biblii – można ją czytać jedynie dla informacji, ale można też zdecydować się na pójście za nią i posłuszeństwo jej” ( zksiązki W poszukiwaniu mądrości życia).

 

W RYTMIE BOŻEGO SERCA

W 2013 roku, w Stanach Zjednoczonych głośna była nie wyjaśniona sprawa śmierci 7-miesięcznego Lucasa, który był pod opieką niani i jej chłopaka. W tragicznej sytuacji Heather, matka chłopca zdecydował się na heroiczny czyn. Postanowiła oddać narządy syna dla innych potrzebujących dzieci. Serce Lucasa otrzymała Jordan Drake, która urodziła się z wadą serca. Większość swego życia spędziła w szpitalu dziecięcym w Phoenix. Wszystko się odmieniło w jej życiu 22 czerwca 2013 roku, kiedy to potrzymała nowe serce – serce Lukasa. Prawo amerykańskie gwarantuje przez określony czas anonimowość dawcy i biorcy organu. Matka Lucasa pragnęła dowiedzieć się w kim żyje serce jej synka. Rozpoczęła poszukiwania przez Facebook. I udało się. Po prawie 3 latach matka Lukasa i matka Jordan postanowiły się spotkać. Heather Clark usłyszała wtedy bijące serce swego synka, w klatce piersiowej 4-letniej dziewczynki. Dla wszystkich było to niesamowite przeżycie. Matka Jordan powiedziała: „To co się wydarzyło jest trudne do opisania. Rodzina Lucasa pogrążona w smutku i żałobie okazała ogromną i bezinteresowną miłość innej rodzinie. Jesteśmy teraz rodziną. Jesteśmy przyjaciółmi”. Heather płakała słuchając bicia serca swojego synka. Płakała także matka Jordan, mówiąc, że nie potrafi wyrazić słowami swojej wdzięczności, może tylko serdecznie uściskać tę kobietę. Po czym dodała: „Mam zamiar powiedzieć córce, że Lucas uratował jej życie. Jest to wzruszająca historia o ogromnym darze i poświęceniu matki i jej synka. Lukas ofiarował mojej córeczce życie i wierzę, że z życzliwością patrzy na nią i chce, aby jak najpiękniej i najpełniej wykorzystała dar życia”. Heather powiedziała, że nigdy nie zapomni chwili, gdy usłyszała po raz pierwszy bicie serca Lukasa w małym ciele Jordan. Powiedział między innymi: „Słuchając mocnego bicia serca nie mam wątpliwości, że mój synek, żyje w rytmie tego serca”. Nagrano także bicia serca Lukasa umieszczono wewnątrz pluszaka, by Heather mogła go słuchać, kiedy zechce. Na swojej stronie na Facebooku Heather Clark napisała: „Znów będę mogła trzymać w ramionach Lukasa, słuchać bicia jego serca”. Obie matki zamierzają spotykać się regularnie.

Darowane serce, bijące w piersi małej dziewczynki jest symbolem tak wielu pięknych i ważniejszych wartości w naszym życiu. Symbolem pięknej miłości, która zapomina o własnym cierpieniu i otwiera się na drugiego człowieka i biciem darowanego serca wytycza najpiękniejszą drogę życia, która sięga wieczności i dotyka otwartego Serca Jezusa, o którym mówił św. Jan Paweł II: „To Serce tętni całą niewyczerpaną miłością, która odwiecznie jest w Bogu. Tą miłością jest ku nam wciąż otwarte, jak zostało otwarte włócznią setnika na krzyżu”. W czwartą niedzielę wielkanocny w Roku Miłosierdzia otwarte serce Jezusa prowadzi nas do Dobrego Pasterza, który bierze nas, jak zagubioną owieczkę na swe ramiona. Bóg zawsze szuka zagubionego człowieka. Pragnie okazać mu swoją nieskończoną miłość, która zdolna jest uleczyć nasze rany. On nas ukochał gdy byliśmy jeszcze grzesznikami. Nasze serca winniśmy przemieniać na wzór serca Jezusowego. Apostołka Bożego Miłosierdzia św. Siostra Faustyna tak modliła się przed Najświętszym Sakramentem: „Jezu, przeniknij mnie całą, abym mogła Cię odzwierciedlić w całym życiu swoim. Przebóstwij mnie, aby czyny moje miały wartość nadprzyrodzoną”. Aby przemieniać własne serce na wzór Serca Jezusowego musimy się wsłuchiwać w głos Dobrego Pasterza, który brzmi w rytmie Jego kochającego serca. Głos Dobrego Pasterza jest słyszalny w każdym akcie współczucia, miłosierdzia i przebaczenia. Aby usłyszeć ten głos musimy nieraz wyjść z izolacji własnego smutku i obaw, naszych resentymentów i oczekiwań, musimy usłyszeć głos krzywdzonych, doświadczonych cierpieniem.

Gdy usłyszymy ten głos, to wtedy Dobry Pasterz będzie wytyczał drogę naszego życia. Chrystus mówi w Ewangelii: „Moje owce słuchają mego głosu, a Ja znam je. Idą one za Mną, a Ja daję im życie wieczne. Nie zginą na wieki i nikt nie wyrwie ich z mojej ręki. Ojciec mój, który Mi je dał, jest większy od wszystkich. I nikt nie może ich wyrwać z ręki mego Ojca. Ja i Ojciec jedno jesteśmy”. Dla tych, którzy usłyszą Dobrego Pasterza i pójdą za Nim nawet prześladowania nie pozbawią ich pokoju i radości życia. Mówi o tym pierwsze czytanie. Św. Paweł i Barnaba dotarli z Ewangelią do Antiochii Pizydyjskiej, weszli w dzień szabatu do synagogi i nauczali. Wielu uwierzyło w Chrystusa, ale znaleźli się i tacy, którzy jak mówią Dzieje Apostolskie „wzniecili prześladowanie Pawła i Barnaby i wyrzucili ich ze swoich granic. A oni, strząsnąwszy na nich pył z nóg, przyszli do Ikonium. A uczniowie byli pełni wesela i Ducha Świętego”. Jeśli usłyszymy rytm bicia Serca Jezusowego i zestroimy z nim bicie naszego serca wtedy z pokojem i radością będziemy pokonywać najtrudniejsze odcinki naszej życiowej pielgrzymki, której kres ukazuje św. Jan Apostoł w Apokalipsie: Ja, Jan, ujrzałem: a oto wielki tłum, którego nie mógł nikt policzyć, z każdego narodu i wszystkich pokoleń, ludów i języków, stojący przed tronem i przed Barankiem. Odziani są w białe szaty, a w ręku ich palmy. To ci, którzy przychodzą z wielkiego ucisku i opłukali swe szaty, i w krwi Baranka je wybielili. Nie będą już łaknąć ani nie będą już pragnąć, i nie porazi ich słońce ani żaden upał, bo pasł ich będzie Baranek, który jest pośrodku tronu, i poprowadzi ich do źródeł wód życia: i każdą łzę otrze Bóg z ich oczu”.

Bezgraniczne zaufanie Dobremu Pasterzowi wnosi w nasze życie bezgraniczny pokój i radość, bo On, przeprowadzi nas przez „ciemną dolinę śmierci” do niebieskiego Tronu, o którym pisze św. Jan w Apokalipsie. O takim zaufaniu Dobremu Pasterzowi w radości i cierpieniu opowiada absolwentka Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku, autorka wielu wystaw Ewa Dyakowska-Berbeka w książce – wywiadzie pt. „Jak wysoko sięga miłość? Życie po Broad Peak”. Była ona żoną Macieja Berbeki, artysty malarza, grafika i scenografa jednego z najwybitniejszych polskich himalaistów. Zdobył pięć ośmiotysięczników, z czego na trzy dokonał pierwszego zimowego wejścia. Był pierwszym człowiekiem na świecie, który zimą przekroczył granicę 8000 m n.p.m. w Karakorum. Zaginął 6 marca 2013 schodząc z Broad Peak w Karakorum. Żona Maćka powiedziała: „W momencie, gdy umierał Maciek, czułam się niesamowicie źle. Psychicznie i fizycznie byłam wrakiem. Spokojnie zasnęłam dopiero po odmówieniu koronki”.  Wspomina: „Dla mnie Wiktorówki są od zawsze miejscem, gdzie szukałam ratunku, pocieszenia i wyciszenia. Zresztą razem z Maćkiem uwielbialiśmy to miejsce. Braliśmy tam ślub, chrzciliśmy tam dzieci. I to sąsiedztwo Rusinowej Polany… Maciek uwielbiał tam chodzić. Za każdym razem zachłystywał się tym widokiem i robił rodzinie lekcję topografii. Gdy poszliśmy tam ostatnio, stwierdziliśmy, że nic nie pamiętamy. Teraz jeszcze bardziej zbliżyliśmy się do tego miejsca. Wokół kościoła zamontowane są tablice upamiętniające wspinaczy, którzy zginęli w górach. To też”. Tam umacniała się wiara spotkania z mężem: „Wierzę i nawet myślę, że to, co kiedyś usłyszałam na Wiktorówkach, że teraz się czeka na to spotkanie, to prawda. Nie wiadomo, ile, ale wiadomo, że ono przyjdzie. To spotkanie z Nim tam – to będzie nagroda i to jest dla mnie teraz najważniejsze. Z każdym dniem czekam na nie bardziej”.

Kustosz Sanktuarium w Krzeptówkach, w których była odprawiana Msza pogrzebowa przypomniał, że Maciej Berbeka nie lubił pożegnań, dlatego mówi jedynie: „Do zobaczenia”. Każdy, kto idzie za Dobrym Pasterzem nawet w sytuacji najtragiczniejszego rozstania, jakim jest śmierć może powiedzieć „do zobaczenia”.  Gdy przyjdzie nasz czas zobaczymy nie tylko Dobrego Pasterza, ale wszystkich, z którymi związała nas miłość, bijąca w rytmie Serca Jezusowego i sięgająca nieba (Kurier Plus, 2014r).

 

PODĄŻAĆ ZA DOBRYM PASTERZEM

Targają nami różne pragnienia i marzenia. Spełniają one w naszym życiu bardzo ważna rolę. A znani tego świata wypowiadają wiele mądrych słów na ten temat. Oto kilka z nich: „Bardziej żyjemy naszymi pragnieniami niż naszymi czynami” (Thomas Moore). „Pielęgnuj swoje marzenia. Trzymaj się swoich ideałów. Maszeruj śmiało według muzyki, którą tylko ty słyszysz. Wielkie biografie powstają z ruchu do przodu, a nie z oglądania się do tyłu” (Paulo Coelho). „Marzenia się spełniają. Bez tej możliwości natura nie podburzałaby nas do posiadania ich” (John Hoyer Updike). „Trzeba sięgać dalej niż na wyciągnięcie ręki, bo po cóż byłoby niebo? (autor nieznany). Jednym słowem nasze pragnienia i marzenia nadają sens naszemu życiu, wyznaczają jego kierunek i sprawiają, że mamy poczucie spełnianego życia.

Wiele z tych pragnień możemy spełnić w przemijającej ziemskiej doczesności. Ale jest takie pragnienie, marzenie, które przekracza ziemskie granice. Pisze o nim św. Jan w Apokalipsie: „Nie będą już łaknąć ani nie będą już pragnąć, i nie porazi ich słońce ani żaden upał, bo pasł ich będzie Baranek, który jest pośrodku tronu, i poprowadzi ich do źródeł wód życia: i każdą łzę otrze Bóg z ich oczu”. Jest to pragnienie życia wiecznego, które odnajdujemy w Bogu. Realizujemy to marzenie na drodze naszej wiary, wiary w zmartwychwstanie i życie wieczne. To pragnienie czai się na dnie duszy nawet u tych, którzy nie są pewni istnienia Boga. Zilustruje to poniższym przykładem.

Tuż przed Wielkanocą pewien student zapytał profesora, co robi w Wielkanoc. Profesor powiedział, że te święta nie mają dla niego większego znaczenia, bo historia wielkanocna, to mit. Nie ma Boga i żadnego zmartwychwstania. Wtedy jedna ze studentek powiedziała: „Panie profesorze, ja nie tylko wierzę w Boga, ale wierzę także w zmartwychwstanie”. „Możesz wierzyć w co chcesz, jednak naukowe podejście do rzeczywistości empirycznej wyklucza istnienie takich cudów, jak zmartwychwstanie. Jest to niemożliwe z punktu widzenia naukowego. Nikt kto wierzy w takie cuda nie może poważnie traktować nauki” – powiedział profesor. Aby udowodnić słuszność swojego punktu widzenia, profesor poszedł do lodówki, gdzie przechował materiały potrzebne do eksperymentów laboratoryjnych i wyciągnął jajko. Stanął przy biurku i powiedział: „Zaraz opuszczę jajko na podłogę. Z pewnością się rozbije, udowadniając, że działa tu tylko prawo grawitacji i nauka ma rację”. Po czym zwracając się do studentki, powiedział: „A ty możesz z wiarą modlić się, aby jajko się nie rozbiło. Jeśli rzeczywiście tak się stanie, to udowodnisz, że masz rację. A jeśli jajko się rozbije, to to ja udowodnię, że nauka ma racje i tylko jej prawa się liczą”.

Podekscytowani studenci czekali, jak dalej potoczą się sprawy. Ta nieśmiała studentka wstała i zaczęła się modlić: „Boże Ojcze modlę się, aby profesor opuścił jajko na podłogę i jeśli się ono rozbije to spraw Dobry Boże, aby profesor dostał zawału serca, i umierając doznał łaski Twojego Miłosierdzia”. Wszyscy zamilkli. Nikt się nie śmiał. Nikt nic nie powiedział. Wszyscy czekali co zrobi teraz profesor. A on milczał, patrzył na dziewczynę, potem bez słowa włożył jajko do lodówki i ze złością i rozdrażnieniem powiedział: „Zajęcia już są skończone”. Profesor, gdy tylko tak teoretycznie stanął w obliczu śmierci, nie był tak pewien swoich racji. Obawiał się postawić swojego życia na szali istnienia, czy nie istnienia Boga.

W osiągnięciu tego celu konieczna jest wiara, o której Chrystus mówi: „Zaprawdę, powiadam wam: Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego”. Potrzebna jest wiara w zmartwychwstanie, o którym tak często mówimy w okresie Wielkanocy. W ostatni Wielki Czwartek, kiedy wszyscy przeżywaliśmy tajemnicę śmierci zmartwychwstania Chrystusa zmarł na rękach swojej matki 58-letni Andrzej z parafii św. Stanisława BM w Ozone Park. Jedna z jego wnuczek, która bardzo kochała swojego dziadzia dopytywała się o niego. Ze zrozumieniem przyjmowała tłumaczenie dorosłych. Kilka dni po śmierci jechała ze swoimi rodzicami i w pewnym momencie podniosła rączę i wskazując piękne chmury na błękitnym niebie powiedziała: „Tam jest dziadzio, na pewno jest mu tam dobrze, bawi się z aniołkami. Na pewno też przyjdzie do mnie, aby się bawić także ze mną”. To małe dziecko przez swoją wiarę autentycznie odkrywało tajemnice życia wiecznego.

W spełnieniu ziemskich pragnień i marzeń potrzebujemy nauczyciela, przewodnika, doradcy, przyjaciela, mówiąc językiem ewangelicznym- potrzebujemy pasterza. Tym bardziej jest on potrzebny, gdy zdążamy ziemskimi drogami, narażonymi na wiele niebezpieczeństw do spełnienia najważniejszego ludzkiego pragnienia i marzenia o życiu wiecznym. Dzisiejsza Ewangelia mówi w kim możemy odnaleźć takiego pasterza. Chrystus mówi o sobie: „Ja jestem dobrym pasterzem i znam owce moje, a moje Mnie znają, podobnie jak Mnie zna Ojciec, a Ja znam Ojca. Życie moje oddaję za owce. Moje owce słuchają mojego głosu, a Ja znam je. Idą one za Mną i daję im życie wieczne”. Ten Pasterz z miłości oddał za nas swoje życie. Umarł i zmartwychwstał, niejako przecierając dla nas drogę prowadzącą do spełnienia wiecznych marzeń. Gdy pójdziemy za Nim, to on doprowadzi nas do życia wiecznego, chroniąc równocześnie przez zmarnowaniem piękna życia ziemskiego. Chrystus prowadzi nas swoją drogą na naszych ścieżkach. Droga każdego z nas jest trochę inna, jest tylko taka sama w ostatecznym spełnieniu. Przyjrzyjmy się drodze podążania za Chrystusem znanej aktorki.

Nicole Kidman wystąpiła w kilkudziesięciu filmach. W 2002 r. zdobyła Oscara za rolę w filmie o Virginii Woolf „Godziny”. Aktorka, wychodzą za mąż za Toma Cruisa wstąpiła do kościoła scjentologów. Scjentologia wierzy, że rozwijając ukryte siły lub możliwości ludzkiego umysłu, człowiek potrafi zbawić samego siebie. Używa także terminów chrześcijańskich, ale pozbawia je właściwego im znaczenia. To sprawia, że ludzie myślą, iż są bliscy chrześcijaństwu, a to nie jest prawdą. Aktorka dosyć szybko zorientowała się, że w tej sekcie nie ma prawdziwego Pasterza. Dzisiaj wyznaje: „Katolicyzm mnie prowadzi”. Kidman powróciła do wiary katolickiej w 2006 r. Obecnie mieszka w Nashville w stanie Tennessee. Uczestnictwo we mszy jest dla niej ważną częścią życia rodzinnego. Aktorka mówi, że przez przyznanie do swojej wiary jest szykanowana i wyśmiewana przez towarzystwo. Wszytko przez to, że jest praktykująca i chodzi do kościoła z rodziną. „Katolicyzm mnie prowadzi. Naprawdę mam silną wiarę, staram się regularnie chodzić do kościoła, do spowiedzi. W tym sensie jestem uduchowiona, że absolutnie wierzę w Boga. Tak samo wychowujemy nasze dzieci. Chociaż mój mąż Keith ma własną wiarę, chodzi do kościoła razem z nami. Miałam bardzo katolicką babcię i wychowałam się na modlitwach, które miały na mnie wielki wpływ”.

Aktorka nie przejmuję się przeciwności ze strony hollywoodzkiego środowiska, bo głęboko wierzy słowom Chrystusa, który mówi o tych, którzy idą za Nim: „Nie zginą one na wieki i nikt nie wyrwie ich z mojej ręki” (Kurier Plus, 2019r).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *