17 Lut

4 Niedziela Wielkiego Postu Rok A

 

ŚWIATŁO.

Jezus przechodząc ujrzał pewnego człowieka, niewidomego od urodzenia. Uczniowie Jego zadali Mu pytanie: „Rabbi, kto zgrzeszył, że się urodził niewidomy – on czy jego rodzice?” Jezus odpowiedział: „Ani on nie zgrzeszył, ani rodzice jego, ale stało się tak, aby się na nim objawiły sprawy Boże. Potrzeba nam pełnić dzieła Tego, który Mnie posłał, dopóki jest dzień. Nadchodzi noc, kiedy nikt nie będzie mógł działać. Jak długo jestem na świecie, jestem światłością świata”. To powiedziawszy splunął na ziemię, uczynił błoto ze śliny i nałożył je na oczy niewidomego, i rzekł do niego: „Idź, obmyj się w sadzawce Siloe” – co się tłumaczy: Posłany. On więc odszedł, i obmył się i wrócił widząc. A sąsiedzi i ci, którzy przedtem widywali go jako żebraka, mówili: „Czyż to nie jest ten, który siedzi i żebrze?” Jedni twierdzili: „Tak, to jest ten”, a inni przeczyli: „Nie, jest tylko do tamtego podobny”. On zaś mówił: „To ja jestem”. Mówili więc do niego: „Jakżeż oczy ci się otwarły?” On odpowiedział: „Człowiek zwany Jezusem uczynił błoto, pomazał moje oczy i rzekł do mnie: «Idź do sadzawki Siloe i obmyj się». Poszedłem więc, obmyłem się i przejrzałem”. Rzekli do niego: „Gdzież On jest?” On odrzekł „Nie wiem”. Zaprowadzili więc tego człowieka, niedawno jeszcze niewidomego, do faryzeuszów. A dnia tego, w którym Jezus uczynił błoto i otworzył mu oczy, był szabat. I znów faryzeusze pytali go o to, w jaki sposób przejrzał. Powiedział do nich: „Położył mi błoto na oczy, obmyłem się i widzę”. Niektórzy więc spośród faryzeuszów rzekli: „Człowiek ten nie jest od Boga, bo nie zachowuje szabatu». Inni powiedzieli: „Ale w jaki sposób człowiek grzeszny może czynić takie znaki?” I powstało wśród nich rozdwojenie. Ponownie więc zwrócili się do niewidomego: „A ty co o Nim myślisz w związku z tym, że ci otworzył oczy?” Odpowiedział: „To jest prorok”. Jednakże Żydzi nie wierzyli, że był niewidomy i że przejrzał, tak że aż przywołali rodziców tego, który przejrzał, i wypytywali się ich w słowach: „Czy waszym synem jest ten, o którym twierdzicie, że się niewidomym urodził? W jaki to sposób teraz widzi?” Rodzice zaś jego tak odpowiedzieli: „Wiemy, że to jest nasz syn i że się urodził niewidomym. Nie wiemy, jak się to stało, że teraz widzi, nie wiemy także, kto mu otworzył oczy. Zapytajcie jego samego, ma swoje lata, niech mówi za siebie”. Tak powiedzieli jego rodzice, gdyż bali się Żydów. Żydzi bowiem już postanowili, że gdy ktoś uzna Jezusa za Mesjasza, zostanie wykluczony z synagogi. Oto dlaczego powiedzieli jego rodzice: „Ma swoje lata, jego samego zapytajcie”. Znowu więc przywołali tego człowieka, który był niewidomy, i rzekli do niego: „Daj chwałę Bogu. My wiemy, że człowiek ten jest grzesznikiem”. Na to odpowiedział: „Czy On jest grzesznikiem, tego nie wiem. Jedno wiem: byłem niewidomy, a teraz widzę”. Rzekli więc do niego: „Cóż ci uczynił? W jaki sposób otworzył ci oczy?” Odpowiedział im: „Już wam powiedziałem, a wyście mnie nie wysłuchali. Po co znowu chcecie słuchać? Czy i wy chcecie zostać jego uczniami?” Wówczas go zelżyli i rzekli: „Bądź ty sobie Jego uczniem, my jesteśmy uczniami Mojżesza. My wiemy, że Bóg przemówił do Mojżesza. Co do Niego zaś nie wiemy, skąd pochodzi”. Na to odpowiedział im ów człowiek: „W tym wszystkim to jest dziwne, że wy nie wiecie, skąd pochodzi, a mnie oczy otworzył. Wiemy, że Bóg grzeszników nie wysłuchuje, natomiast wysłuchuje Bóg każdego, kto jest czcicielem Boga i pełni Jego wolę. Od wieków nie słyszano, aby ktoś otworzył oczy niewidomemu od urodzenia. Gdyby ten człowiek nie był od Boga, nie mógłby nic uczynić”. Na to dali mu taką odpowiedź: „Cały urodziłeś się w grzechach, a śmiesz nas pouczać?” I precz go wyrzucili. Jezus usłyszał, że wyrzucili go precz, i spotkawszy go rzekł do niego: „Czy ty wierzysz w Syna Człowieczego?” On odpowiedział: „A któż to jest, Panie, abym w Niego uwierzył?” Rzekł do niego Jezus: „Jest Nim Ten, którego widzisz i który mówi do ciebie”. On zaś odpowiedział: „Wierzę, Panie!” i oddał Mu pokłon. Jezus rzekł: „Przyszedłem na ten świat, aby przeprowadzić sąd, aby ci, którzy nie widzą, przejrzeli, a ci, którzy widzą, stali się niewidomymi”. Usłyszeli to niektórzy faryzeusze, którzy z Nim byli, i rzekli do Niego: „Czyż i my jesteśmy niewidomi?” Jezus powiedział do nich: „Gdybyście byli niewidomi, nie mielibyście grzechu, ale ponieważ mówicie: «Widzimy», grzech wasz trwa nadal” (J 9, 1-41).

Jedna z naukowych teorii mówi, że 65 milionów lat temu Ziemia zderzyła się z jednym lub wieloma asteroidami. W wyniku tej kolizji ogromne masy pyłów otuliły Ziemię. Prawdopodobnie na kilkaset lat ciemność i chłód ogarnęły ziemski glob. W tym czasie wyginęła większość gatunków istot żyjących, w tym najbardziej znane dinozaury.

Światło jest nieodzownym warunkiem biologicznego życia, bez niego wszystko karłowacieje i umiera. Spełnia ono także inną funkcję; oświetlając drogę chroni nas przed błądzeniem i zagubieniem. Ciemność jest odwrotnością światła i sprowadza śmierć oraz zagubienie.

Biblia bardzo często odwołuje się do rzeczywistości światła i ciemności. Ciemność i światło stają się symbolami rzeczywistości duchowej. Fragment Ewangelii z dzisiejszej niedzieli używa tych pojęć w takim znaczeniu. Światło to życie, które bierze początek w Bogu i nigdy się nie kończy, zaś ciemność to zło i grzech, który sprowadza śmierć. Chrystus uzdrawia niewidomego od urodzenia. Możemy sobie wyobrazić jak szokujące było to przeżycie dla uzdrowionego. To przejrzenie fizyczne stanie się początkiem przejrzenia duchowego.

John Howard Griffin w czasie II wojny światowej w czasie wybuchu samolotu stracił kompletnie wzrok. Przez dwanaście lat otaczała go fizyczna ciemność. Po tych latach ciemności, szedł pewnego razu ulicą i zobaczył przed sobą „czerwony piasek”. Był to początek pełnego odzyskania wzroku. Po tym wydarzeniu Griffin powiedział reporterowi: „Ty nie wiesz, co to znaczy dla ojca zobaczyć swoje dzieci po raz pierwszy. Było to wspanialsze aniżeli mogłem wyobrazić to sobie w najśmielszych marzeniach.”.

Ewangeliczny niewidomy ujrzał wszystko po raz pierwszy. Mimo takiego natłoku przeżyć dokonało się w nim najważniejsze przejrzenie. W Chrystusie dostrzegł Mesjasza, uwierzył. W tym momencie zapłonęło dla niego światło, którego nie może pochłonąć żadna ciemność. To światło nigdy nie zagaśnie, nawet wtedy, gdy śmierć gasić będzie w jego oczach gwiazdy na niebie i na słońce zaciągnie czarny kir. Ale zanim to nastąpi światło, jakie odkrył w Chrystusie będzie niezawodnym przewodnikiem na drogach jego życia.

W życiu doświadczamy rożnego rodzaju ciemności; choroba, śmierć, utrata sensu życia, nałóg. W tej ciemności przychodzi do nas światło wraz z odpowiedzią na pytanie Jezusa „Czy ty wierzysz w Syna Człowieczego?” „Wierzę, Panie”. Tak jak to się stało w życiu nieuleczalnie chorej młodej dziewczyny Benedetty Bianchi Porro. Świadoma zbliżającej się śmierci, w jednym ze swoich listów pisze: „Osobiście jestem pogodna. Nie obawiajmy się Boga. Jesteśmy w Jego rękach. To najczulsze ręce, które prowadzą na drogę miłości i pokoju. Jeżeli oddamy się im, nie będziemy nigdy, nawet przez jedno tchnienie, opuszczone. Bóg troszczy o kwiaty na łąkach i ptaki w powietrzu- choć nie sieją, nie zbierają i nie składają w spichlerzach. Tym bardziej otoczy opieką nas, jesteśmy o wiele więcej niż ziele i ptaki! „Szukajcie Królestwa Bożego i Jego sprawiedliwości, a wszystko inne będzie wam dane”. Oto, dlaczego jestem pełna radości:, ponieważ dni mijają w oczekiwaniu na Tego, którego tak bardzo kocham w powietrzu, w słońcu; którego już nie widzę, lecz ciepło promieni, którego czuję, gdy wpadają przez okno, by ogrzać moje ręce; w deszczu, który spływa z nieba, by obmyć ziemie. Mój list musiałam dyktować; muszę porozumiewać się z innymi za pośrednictwem rąk, ponieważ straciłam wzrok i słuch”. („Oblicza nadziei”)

Jezus każe niewidomemu pójść do sadzawki Siloe i tam się obmyć. Po obmyciu niewidomy uzyskuje wzrok. Woda z sadzawki Siloe była używana do obrzędów rytualnych w Świątyni Jerozolimskiej. Jest to nawiązanie do wody, jaka spłynęła na nasze głowy w czasie chrztu świętego. Przez chrzest włączeni jesteśmy w Chrystusa i mamy nieograniczony dostęp do bożej światłości. Dlatego św. Paweł pisze do pierwszych chrześcijan: „Niegdyś byliście ciemnością, lecz teraz jesteście światłością w Panu: postępujcie jak dzieci światłości”. Święty Paweł pisze dalej, że po owocach poznajemy na ile jesteśmy zanurzeni w światłości; „Owocem, bowiem światłości jest wszelka prawość i sprawiedliwość, i prawda.”

Czwarta Niedziela Wielkiego Postu jest pytaniem o boże światło w nas i o owoce, jakie winniśmy wydać (z książki Ku wolności).

 

WZROK DUSZY

Pan rzekł do Samuela: «Napełnij oliwą twój róg i idź: Posyłam cię do Jessego Betlejemity, gdyż między jego synami upatrzyłem sobie króla». Kiedy przybył, spostrzegł Eliaba i powiedział: «Z pewnością przed Panem jest jego pomazaniec». Pan jednak rzekł do Samuela: «Nie zważaj ani na jego wygląd, ani na wysoki wzrost, gdyż odsunąłem go, nie tak bowiem, jak człowiek widzi, widzi Bóg, bo człowiek widzi to, co dostępne dla oczu, a Pan widzi serce». I Jesse przedstawił Samuelowi siedmiu swoich synów, lecz Samuel oświadczył Jessemu: «Nie ich wybrał Pan». Samuel więc zapytał Jessego: «Czy to już wszyscy młodzieńcy? » Odrzekł: «Pozostał jeszcze najmniejszy, lecz on pasie owce». Samuel powiedział do Jessego: «Poślij po niego i sprowadź tutaj, gdyż nie rozpoczniemy uczty, dopóki on nie przyjdzie». Posłał więc i przyprowadzono go: był on rudy, miał piękne oczy i pociągający wygląd. Pan rzekł: «Wstań i namaść go, to ten». Wziął więc Samuel róg z oliwą i namaścił go pośrodku jego braci. Od tego dnia duch Pański opanował Dawida (1 Sm 16, 1b. 6-7. 10-13b).

Homer, grecki poeta, żyjący prawdopodobnie w VIII wieku przed Chrystusem uważany jest za autora wielkich eposów „Iliady” i „Odysei”, pierwszych zachowanych utworów w literaturze europejskiej. Poematy Homera były w Grecji podstawą wykształcenia, inspirowały starożytną literaturę i sztukę, uchodziły za skarbnicę wiedzy. Według legend Homer był synem boga rzeki Meles płynącej koło Smyrny i nimfy Kreteis. W świecie greckim osobom wyjątkowo wybitnym przypisywano boskie lub półboskie pochodzenie. O miano jego ojczyzny spierało się siedem miast. Według tradycji Homer był ociemniałym śpiewakiem wędrownym. Pozbawiony fizycznego wzroku otrzymał wyjątkowy dar widzenia intelektualnego i duchowego. Przenikał tym wzorkiem najtajniejsze zakamarki ludzkiej duszy i odnajdywał mądrość, która do dziś, dla wielu jest źródłem inspiracji i wiedzy. Otwierał ludziom wzrok na rzeczywistość, której nie można dostrzec fizycznym zmysłem wzroku.   

Rzeczywistość, w której żyjemy jest o wiele bogatsza niż ta, którą dostrzegamy, poznajemy zmysłami, czy umysłem. Do granicy poznania tej rzeczywistości podprowadzają nas zmysły i umysł, tak, blisko, że wystarczy uczynić krok do przodu, aby ją poznać i jej doświadczyć. W przekraczaniu tej granicy staje przy nas Chrystus, który obdarza nas nowym wzrokiem, wzrokiem wiary. Dzięki temu wkraczamy do tej rzeczywistości nie pośród ciemności, ale światła, które nie ma żadnych granic. Chrystus nie jest postacią legendarną, ale jak najbardziej realną, rzeczywistą. A Jego bóstwo także nie jest wytworem legendy, ale jest głęboko osadzone w Jego słowie, które potwierdzają Jego czyny, w tym wskrzeszania umarłych, uzdrowienia i najważniejsze; Jego zmartwychwstanie. Jest On tak ważną postacią, że prawie cały świat liczy swoje dzieje przed i po Jego narodzeniu. Przywraca On lub umacnia wzrok naszej wiary. A czyni to, wykorzystując rzeczywistość poznawaną zmysłami i rozumem. Przykład tego odnajdujemy w Ewangelii na dzisiejszą niedzielę, która mówi o uzdrowieniu niewidomego.

Chrystus wykorzystał uzdrowienie fizyczne w przywróceniu wzroku w moralnym i duchowym wymiarze zebranym wokół Niego.  Apostołowie widząc niewidomego od urodzenia zapytali Jezusa: „Rabbi, kto zgrzeszył, że się urodził niewidomy – on czy jego rodzice?” W tamtych czasach uważano, że cierpienie jest karą za grzechy. A i do dzisiaj pokutuje w świadomości niektórych ludzi takie przekonanie. Gdy ktoś, uważający się za sprawiedliwego, pobożnego doświadcza cierpienia, czy nieszczęścia pyta nieraz: Za jakie grzechy Bóg mnie karze? Albo inni patrząc na nieszczęścia złego człowieka mówią: Bóg go pokarał. Takie myślenie nie jest myśleniem miłosiernego Boga. Pouczył nas o tym Chrystus odpowiadając apostołom: „Ani on nie zgrzeszył, ani rodzice jego, ale stało się tak, aby się na nim objawiły sprawy Boże”. I rzeczywiście prawie, że od ręki, za przyczyną tego kalectwa objawiły się sprawy boże. Jezus przywrócił niewidomemu wzrok. A to było ewidentnym znakiem wyciągniętej ręki Boga.   Można powiedzieć, że cierpienie podjęte razem z Chrystusem objawia sprawy boże. I z tym nie trzeba nieraz czekać wieczności.

Faryzeusze zgorszeni tym, że Jezus uzdrowił w szabat zapytali uzdrowionego, co o tym sądzi. On odpowiedział: „To jest prorok”. Faryzeusze upierali się, że Jezus jest grzesznikiem, bo uzdrowił w szabat. A wtedy niewidomy odpowiedział: „Wiemy, że Bóg grzeszników nie wysłuchuje, natomiast wysłuchuje Bóg każdego, kto jest czcicielem Boga i pełni Jego wolę”. Niewidomy dostrzegł w Jezusie posłańca Bożego. Chrystus prowadził go jeszcze dalej, pytając: „Czy ty wierzysz w Syna Człowieczego?” Ten odpowiedział: „A któż to jest, Panie, abym w Niego uwierzył?” Rzekł do niego Jezus: „Jest Nim Ten, którego widzisz i który mówi do ciebie”. On zaś odpowiedział: „Wierzę, Panie!” i oddał Mu pokłon. I tak uzdrowiony uwierzył w Chrystusa, który powiedział o sobie: „Ja jestem światłością świata, kto idzie za mną, nie będzie chodził w ciemności”. A zatem wiara w Chrystusa jest światłem nawet pośród największych ziemskich ciemności. Jest drogą, która prowadzi do światła, która nigdy nie gaśnie.

Chrystus przewraca nam wzrok wiary, wzrok moralny, abyśmy osobiście mogli dostrzec, co jest w naszym życiu dobre a co złe. Byśmy wierząc nawracali się i wzrastali ku zbawieniu. Czasami człowiek wzrokiem moralnym prześwietla innych, zapominając o sobie. Jest to wtedy zwykły faryzeizm, który Chrystus tak często potępiał. Zilustruje to poniższym przykładem. W ostatnim czasie rząd Stanów Zjednoczonych upomniał Polskę za opieszałość w zwrocie mienia żydowskiego utraconego głównie w czasie II wojny światowej.  Specjalny doradca sekretarza stanu ds. Holocaustu Stuart Eizenstat wezwał, w imieniu rządu USA, rząd polski do restytucji prywatnego mienia żydowskiego. Polski minister spraw zagranicznych w odpowiedzi na reprymendę rządu Stanów Zjednoczonych powiedział, że „reprywatyzacja ma w Polsce miejsce poprzez sądy, gdzie obywatele różnych narodowości i wyznań odzyskują swoje mienie. Polska szczodrze zwróciła mienie komunalne gminom żydowskim”. Zacytował także umowę z lat 60., „na mocy której Stany Zjednoczone zrzekły się prawa do reprezentowania w tego typu sprawach swoich obywateli i wzięły na siebie obowiązek dystrybuowania tych wielomilionowych odszkodowań, które Polska wtedy wypłaciła Stanom Zjednoczonym”. Polski minister dodał: „Jeśli Stany Zjednoczone chciały coś zrobić dla polskich Żydów, to dobrym momentem były lata 1943-44, gdy większość z nich jeszcze żyła i gdy ustami Jana Karskiego Polska o to błagała; teraz ta interwencja jest cokolwiek spóźniona”. Tu można wspomnieć statek z Żydami, który rząd Stanów Zjednoczonych odesłał z powrotem do Europy na pewną śmierć. Można zacytować Papieża Piusa XII, który uderzał w stół i krzyczał, dlaczego Amerykanie nie rozumieją, że ten naród trzeba uratować.

Podobną postawę możemy przyjąć w życiu osobistym. Wyostrzonym wzrokiem wiary i moralności możemy prześwietlać innych, zapominając o sobie. I to jest ślepota, tylko trochę innego rodzaju. Taki ślepiec potrzebuje uzdrowienia, aby zbawienie stało się jego udziałem. Tylko po takim uzdrowieniu spełniają się w naszym życiu zbawcze słowa Chrystusa z listu św. Pawła do Efezjan: „Niegdyś byliście ciemnością, lecz teraz jesteście światłością w Panu: postępujcie jak dzieci światłości. Owocem bowiem światłości jest wszelka prawość i sprawiedliwość, i prawda” (z książki Bóg na drogach naszej codzienności).

 

PRZEJRZEĆ

Bracia: Niegdyś byliście ciemnością, lecz teraz jesteście światłością w Panu: postępujcie jak dzieci światłości. Owocem bowiem światłości jest wszelka prawość i sprawiedliwość, i prawda. Badajcie, co jest miłe Panu. I nie miejcie udziału w bezowocnych czynach ciemności, a raczej piętnując, nawracajcie tamtych. O tym bowiem, co u nich się dzieje po kryjomu, wstyd nawet mówić. Natomiast wszystkie te rzeczy piętnowane stają się jawne dzięki światłu, bo wszystko, co staje się jawne, jest światłem. Dlatego się mówi: „Zbudź się, o śpiący, i powstań z martwych, a zajaśnieje ci Chrystus” (Ef 5,8–14).

Portugalski laureat nagrody Nobla José Saramago rozpoczyna swoją książkę pt. „Miasto ślepców” od następującej sceny. Na ruchliwej ulicy jednej z metropolii zachodnich na czerwonym świetle zatrzymują się samochody, a gdy zapala się zielone, ruszają wszystkie z wyjątkiem jednego. Środkowy pas ruchu został zablokowany. Rozlega się wycie klaksonów, rozwścieczeni kierowcy pomstują. Jedni chcą zepchnąć samochód na pobocze, inni walą pięściami w szyby. Kierowca, który zatarasował ruch, powtarza zrozpaczony: „Jestem ślepy, jestem ślepy”. Niewidomego kierowcę odwozi do domu przygodny świadek tego zdarzenia, który okaże się zwyczajnym złodziejem. Niedługo oślepnie również on. Niewidomy kierowca udaje się do okulisty. Lekarz nie odnajduje u pacjenta uszkodzeń ani schorzeń. Wieczorem ślepnie też sam okulista. I tak oto w mieście wybucha epidemia ślepoty.

Dotknięci epidemią zostają internowani. Władze postanawiają izolować ich od społeczeństwa na obrzeżach miasta, w szpitalu dla obłąkanych. Jednak epidemia szerzy się. Internowanych dopada głód, a w jego konsekwencji przychodzi okrutna i zarazem groteskowa walka o przetrwanie. W końcu internowani uciekają ze szpitala. Metropolia przypomina teraz wysypisko śmieci. Ludzie kierują się najprymitywniejszymi instynktami. Tylko mała grupka towarzysząca okuliście i jego żonie zachowuje wrażliwość, czułość i solidarność. Tajemnicza epidemia kończy się nagle. Żona okulisty, wracając do minionych dni snuje refleksje: „Dlaczego oślepliśmy, Nie mam pojęcia, być może kiedyś się dowiemy, Chcesz wiedzieć, co ja o tym myślę, Oczywiście, Uważam, że my nie oślepliśmy, lecz jesteśmy ślepi, Jesteśmy ślepcami, którzy widzą, Ślepcami, którzy patrzą i nie widzą”.

Saramago używając alegorii mówi o człowieku cywilizacji zachodniej, który ma wzrok, ale nie widzi prawdziwej wartość człowieka. Zaślepia go egoizm, pogoń za sukcesem, robienie kariery. Wyzysk drugiego człowieka osiągnął diabelską doskonałość. Nie liczy się drugi człowiek, najważniejszy jest zysk. Człowiek otumaniony propagandą nie jest w stanie myśleć samodzielnie. Myśli za niego telewizor, za którym, jak małpa, bezkrytycznie powtarza, co usłyszy. Globalizacja zabija różnorodność sposobów życia, promując w ich miejsce uniformizację, płyciznę duchową i banał. Sam jednak Saramago zachowuje się także jak ślepiec. Uważa, że komunizm może przynieść człowiekowi przejrzenie, odkryć prawdziwą jego wartość. Nie przyjmuje do wiadomości bankructwa tej idei. Uważa, że komunizm, który zachował się na Kubie jest szansą człowieka. W jednym z wywiadów powiedział:, “Jeśli gdzieś na świecie istnieje szansa na to, by istota ludzka żyła naprawdę >po ludzku<, istnieje ona na Kubie”.

Z pewnością na Kubie może być takie miejsce, ale nie dzięki komunizmowi, ale wartościom, jakim służy ojciec Marian Żelazek. Polski misjonarz werbista opiekuje się kolonią trędowatych w świętym indyjskim mieście Puri nad Zatoką Bengalską. W Indiach jest od 52 lat. Niedawno przez Fundację Pomocy Humanitarnej Redemptoris Missio oraz przez organizację pracujących w Indiach wolontariuszy Majtri został zgłoszony do pokojowej Nagrody Nobla. Oficjalny wniosek podpisali Wisława Szymborska, Czesław Miłosz, polscy i indyjscy parlamentarzyści oraz najwyższy kapłan w świątyni w Puri. Ojciec Marian formalnie nie jest zwierzchnikiem kolonii. Jego władza opiera się tylko na autorytecie i zaufaniu. Gdy stanął tu po raz pierwszy, kolonia była miejscem przeklętym, zamkniętym światem. Nie wiadomo, kiedy powstała, prawdopodobnie w latach 20. Nie miała pitnej wody, mnożyły się szczury. W nocy ogryzały pozbawione czucia kończyny chorych. Trędowaci nie mogli oczekiwać żadnej pomocy. Pierwszego dnia ojciec Marian usłyszał przejmujący krzyk: – Zjadają mnie kury! Na ziemi leżała stara kobieta, a kury wydziobywały robactwo z jej otwartych ran.

Ojciec Marian stworzył tu różne warsztaty pracy. Szewcy wytwarzają obuwie chroniące okaleczone stopy. Kobiety pracują w tkalni i powrozowni, szyją ozdobne torby, poszewki na poduszki, zabawki. Warsztaty działają na zasadzie spółdzielni. Dochód przynosi też wzorowo prowadzona kurza ferma. Na kawałku dawnego nieużytku powstał Ogród Nadziei – wykopano studnię, sadzawkę. Rosną tu palmy kokosowe i uprawia się jarzyny. Łatwo zapomnieć, że to kolonia trędowatych. Dla najbiedniejszych i najbardziej chorych powstała Kuchnia Miłosierdzia. Działa też niewielki szpitalik. Powstał, gdyż przed trędowatymi drzwi szpitali często się zamykają. Tuż po otwarciu, kilkanaście lat temu, w ciągu jednego dnia przeprowadzono tu 17 operacji oczu na zaćmę i kataraktę. I wszystkie się udały! Ojciec Marian zapamiętał do dziś starca, który po zdjęciu opatrunku wykrzykiwał jak uzdrowiony z Ewangelii: „Ja widzę! Ja widzę!”. (Wywiad dla Gazety Wyborczej).

Ojciec Marian niesie światu światło, o którym św. Paweł w liście do Efezjan pisze: „Bracia: Niegdyś byliście ciemnością, lecz teraz jesteście światłością w Panu: postępujcie jak dzieci światłości. Owocem, bowiem światłości jest wszelka prawość, i sprawiedliwość, i prawda”. Tym światłem jest Chrystus. A scena uzdrowienia niewidomego, z zacytowanego na wstępie fragmentu Ewangelii jest rzeczywistością i obrazem przybliżającym nas do tej prawdy. Dla niewidomego przejrzenie zmysłowe miało ogromne znaczenie, lecz celem jego było doprowadzenie do przejrzenia duchowego, które pozwoliło niewidomemu upaść przed Chrystusem i wyznać, że On jest Mesjaszem i Panem.

Ojciec Marian przez czyn i słowo niesie światu to Światło i pomaga odkrywać prawdziwą wartość człowieka w wymiarze doczesnym i wiecznym, niesie on prawdziwe przejrzenie (z książki (z książki Nie ma innej Ziemi Obiecanej).

 

PODWÓJNE PRZEJRZENIE

Ksiądz Karol Gnocchi w czasie drugiej wojny światowej służył w armii włoskiej jako kapelan. Po wojnie zostało wiele osieroconych dzieci, którymi ks. Karol postanowił się zaopiekować, szczególnie chorymi i niepełnosprawnymi. Zakładał dla nich we Włoszech domy opieki i szpitale. W 1956 r., po latach ofiarnej i wyczerpującej pracy odszedł do Pana. Liczył wtedy 54 lat. Dzieciom skrzywdzonym przez los chciał służyć także po śmierci, ofiarując ociemniałym swoje oczy. Prawo włoskie w tym czasie nie pozwalało na transplantacje ludzkich organów, dlatego w tajemnicy pobrano rogówki z oczu zmarłego księdza. Jedną z nich wszczepiono, 11-letniemu chłopcu imieniem Silvio, który stracił wzrok w wyniku opryskania gorącym wapnem. Po operacji prof. Galeazzi, otoczony asystentami i pielęgniarkami, stanął przy łóżku małego Silvia i kazał zdjąć z jego oczu bandaże. Następnie zapytał: „Czy widzisz?”  „Tak, widzę… Boże mój, mamo, widzę!”- odpowiedział podekscytowany chłopiec. Po wyjściu ze szpitala, w czasie jednej z rozmów Silvio powiedział: „Gdy poznałem smutne życie tylu innych dzieci niewidomych, wówczas zdałem sobie sprawę, jak wielki dar otrzymałem. Zrozumiałem, że powinienem pomagać tym, którzy cierpią, tak jak i mnie udzielono pomocy”. Drugą rogówkę wszczepiono Amabile, która po ukończeniu studiów podjęła pracę w fundacji ks. Gnocchi, opiekując się niepełnosprawnymi. Wdzięczna za dar przejrzenia powiedziała: „Być niewidomym, to znaczy wiele cierpieć… Ilekroć zatrzymam się, by popatrzeć na kwiat albo na dziecko, ogarnia mnie wielka radość. I wówczas myślę, że tej radości doznaję dzięki człowiekowi, który okazał mi tak szlachetną pomoc, mimo że mnie nigdy nie widział. Dlatego postanowiłam poświęcić swe życie tym, którzy cierpią”.

Można powiedzieć, że Silvio i Amabile doznali podwójnego przejrzenia: ujrzeli piękno świata materialnego oraz piękno świata duchowego, którego najdoskonalszym przejawem jest ofiarna miłość bliźniego. Taka miłość sięga samego Boga. Chrystus powiedział: „Cokolwiek uczyniliście jednemu z braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili”. Uzdrowienie niewidomego przez Jezusa ma wieloraki wymiar i także prowadzi do spotkania z Bogiem. Wprowadziło ono w zdumienie świadków tego cudu. Znali niewidomego od urodzenia. Sądzili, że to nieszczęście jest owocem grzechu. Nawet uczniowie zadali Jezusowi pytanie: „Rabbi, kto zgrzeszył, że się urodził niewidomy – on czy jego rodzice?” Jezus nie opowiedział wprost na to pytanie, ale uczynił cud, który sprawił, że kalectwo stało się źródłem łaski. Ci, którzy widzieli ten cud oniemieli z wrażenia. Zadawali sobie pytanie: Kim jest ten Człowiek, który czyni takie rzeczy? Jednak najbardziej zdumiony był sam uzdrowiony. Trudno sobie nawet wyobrazić przeżycia człowieka, który po raz pierwszy w życiu ujrzał piękny i cudowny świat. Mimo tego natłoku wrażeń docierających do niego z zewnętrznego świata, uzdrowiony skierował swoją uwagę na Chrystusa. Niedowierzającym faryzeuszom odpowiedział: „Od wieków nie słyszano, aby ktoś otworzył oczy niewidomemu od urodzenia. Gdyby ten człowiek nie był od Boga, nie mógłby nic uczynić”. Faryzeusze nie chcieli tego słuchać i wyrzucili go z sali przesłuchań. W drodze do domu, uzdrowiony ponownie spotkał Jezusa, który zadał mu pytanie: „Czy ty wierzysz w Syna Człowieczego?” Niewidomy nie wiedział, kim jest Syn Człowieczy. A wtedy Jezus pouczył go i wskazał na siebie. Uzdrowiony odpowiedział: „Wierzę, Panie” i oddał Jezusowi pokłon. Przejrzenie fizyczne doprowadziło niewidomego do przejrzenia duchowego. Ujrzał w Chrystusie Mesjasza i Zbawcę. Chrystus stał się dla niego światłem duchowym. W tym świetle człowiek dostrzega Boga i sens swojego życia.

Do tej światłości nawiązuje św. Paweł w liście do Efezjan. „Niegdyś byliście ciemnością, lecz teraz jesteście światłością w Panu: postępujcie jak dzieci światłości”. Kto się napełni tą prawdą wyda wspaniałe owoce: „Owocem bowiem światłości jest wszelka prawość i sprawiedliwość, i prawda”. Do tych zaś, którzy uwierzyli Chrystusowi, a później stali się chrześcijanami tylko z nazwy, św. Paweł kieruje upomnienie: „Zbudź się, o śpiący, i powstań z martwych, a zajaśnieje ci Chrystus”. Ciemność, o której mówią czytania biblijne ma charakter duchowy. Jest to ciemność trwania w grzechu i nieznajomości Pana. Poznanie Chrystusa i przyjęcie Go napełnia nas światłem, które rozświetla mroki grzechu i rodzi nas ku zmartwychwstaniu. Ta prawda w spektakularny sposób została ukazana na Golgocie, gdzie stanął krzyż Chrystusa, a trzy dni później przy pustym grobie Chrystusa, bo Ten którego tam złożono zmartwychwstał. Wiara w Chrystusa jest światłem, które przez cierpienie i śmierć prowadzi nas do jasności zmartwychwstania.

Napełnieni tym światłem mamy je wnosić na różne sposoby w życie naszych bliźnich. Nieraz będzie to przybierać niepozorną, ale bardzo ważną formę jak w poniższej historii, opisanej przez Kenta Nerbuma w książce „Uczyń mnie narzędziem jego pokoju”. Wspomina on czas, kiedy pracował jako taksówkarz. Pewnej nocy o godzinie 2:30 ktoś zadzwonił prosząc o taksówkę. Sądził, że wzywa go ktoś po zakończonej nocnej zabawie lub dziewczyna, która pokłóciła się z narzeczonym. Tak to najczęściej bywało. Ku swemu zaskoczeniu zobaczył w drzwiach osiemdziesięcioletnią szczupłą staruszkę. Ubrana była w staromodną sukienkę. Podobnie jej kapelusz był modny kilkadziesiąt lat temu. Obok niej stała niewielka walizka. W pustym pokoju było kilka prostych mebli przykrytych prześcieradłami i karton wypełniony fotografiami i drobnymi pamiątkami. Kent wziął walizkę i pomógł staruszce wsiąść do samochodu. Podała mu ona adres, pod który ma ją zwieźć i powiedziała: „Czy mógłby pan przejechać przez dolne miasto”. „Ale to nie jest najkrótsza droga”- odpowiedział Kent. „Nieważne. Ja nigdzie się nie spieszę. Przenoszę się do hospicjum. Nie mam żadnej rodziny. A doktor powiedział mi, że już nie wiele zostało mi życia”. Kierowca wyłączył licznik i zapytał gdzie maja jechać. Przez dwie godziny jeździli ulicami miasta. Zatrzymali się przed domem, gdzie przez wiele lat staruszka pracowała jako operator windy, przed domem gdzie mieszkała z mężem zaraz po ślubie, przed restauracją, gdzie odbyło się ich przyjęcie weselne. Czasami prosiła kierowcę, aby zwolnił. Patrzyła przez okno, nic nie mówiąc. Gdy pojawiły się pierwsze zorze poranne powiedziała: „Jestem zmęczona. Jedźmy do hospicjum”.

Podjechali pod niewielki budynek hospicjum. Dwóch pracowników pomogło jej wysiąść z samochodu. Kent wziął jej walizkę. Staruszka zapytała ile ma zapłacić. „Nic”- odpowiedział Kent. „Ale przecież pan zarabia w ten sposób na życie”- nalegała. „Będę miał innych klientów, którzy zapłacą”- odpowiedział Kent. Następnie, uściskał staruszkę, która mocno przytuliła się do niego i powiedziała: „Dałeś starej kobiecie trochę radości. Dziękuję”. Zamyślony Kent długo patrzył, jak w słabym świetle poranka staruszka znika w drzwiach hospicjum.

Ten odruch ludzkiej życzliwości był dla staruszki promykiem, który rozświetlił jej ostatnie dni życia. Takie drobne promyki miłości sumują się i prowadzą do światłości prawdziwej, która w Chrystusie rodzi nas ku pełni życia (z książki W poszukiwaniu mądrości życia).

 

ŚWIĘTA JOANNA D’ARC, DZIEWICA

Chrystus uzdrowił niewidomego od urodzenia. Dla niewidomego, jak też zgromadzonego tłumu był to ewidentny cud, wskazujący na Chrystusa jako proroka, męża Bożego, a może kogoś większego. Jednak znalazła się grupa ludzi, do których te argumenty nie trafiały. Mieli oni własne interesy, w imię, których wygodniej było im potępić Chrystusa i nazwać go grzesznikiem. Podobne historie będą miały miejsce w życiu uczniów Chrystusa. W całej pełni doświadczyła tego Joanna d’ Arc. Była podziwiana i czczona jak święta, a mimo to rozpalono dla niej stos, na którym spłonęła żywcem. Obok stosu umieszczono napis głoszący jej winę: „Joanna, która zwała siebie Dziewicą: zakłamana, szkodliwa, zabobonna, bluźniąca, bałwochwalcza, rozpustna, obrończyni diabłów, odstępczyni, heretyczka”.

19-letnią Joannę postawiono przed trybunałem kościelnym, któremu przewodniczył Pierre Cauchon, biskup Beauvais, książę i par Francji, doktor prawa kanonicznego i świeckiego. Cauchon, człowiek błyskotliwego umysłu za wszelką cenę chciał doprowadzić do skazania Joanny. W zasadzie o losie świętej zadecydowano już przed procesem. Cauchon miał w tym swój interes. W czasie wojny francusko- angielskiej współpracował z angielskim najeźdźcą. On i jego poplecznicy chcieli się pozbyć się młodej dziewczyny, która ich upokorzyła w Orleanie. To ona przyczyniła się do koronacji Karola na króla Francji, a podzielony kraj zjednoczyła i w sposób niemal cudowny natchnęła naród do walki z okupantem i przyczyniła się ostatecznie do wyzwolenia Francji.

Historia tej niezwykłej dziewczyny zaczyna się w niewielkiej wiosce Domremy nad rzeką Mozą w Lotaryngii. To tu Święta przyszła na świat około roku 1411. Była jedną z pięciorga dzieci ubogiej chłopskiej rodziny. Bieda w domu nie pozwoliła na kształcenie dzieci, stąd też Joanna pozostała analfabetką. Od najmłodszych lat Joanna zadziwiała otoczenie pobożnością, mądrością i wrażliwością na ludzka nędzę. W wieku trzynastu lat miła wizję. Mówi o tym tak: „Kiedy miałam 13 lat, usłyszałam głos Boga, który mną pokierował. Za pierwszym razem bardzo się bałam. A przyszedł ten głos około południa, w lecie, w ogrodzie mojego ojca. Usłyszałam głos z prawej strony, od kościoła… To był głos zesłany mi przez Boga. Gdy usłyszałam go jeszcze 3 razy, dowiedziałam się, że był to głos anioła”.  Wkrótce Joanna poznała, że tym aniołem był św. Michał Archanioł, który powierzył jej misję wyzwolenia Francji, prawie całkowicie opanowanej przez Anglików. Później do głosu Michała Archanioła dołączyły się głosy św. Małgorzaty, dziewicy ściętej w Antiochii w roku 307 i św. Katarzyny, dziewicy, zamęczonej w Aleksandrii w roku 309. W przedziwny sposób głosy z nieba przygotowywały Joannę do świętości i coraz bardziej upewniały ją, że jej misją jest wyzwolenie Francji. W czasie trzech lat Joanna bardzo szybko dojrzała duchowo. Często przystępowała do spowiedzi i Komunii św. Miała szczególne nabożeństwo do Najświętszego Sakramentu i dusz czyśćcowych. Mówiono o niej, że żyła jak święta. Złożyła ślub dziewictwa w obecności Dziewic, których głosy słyszała nieba.

W maju 1428 r. Joanna udała się do Vaucouleurs do kapitana de Baudricourt, aby go prosić o eskortę, umożliwiającą dotarcie do króla. Zaskoczony kapitan powiedział do jednego ze swych żołnierzy: „Spoliczkować i odprowadzić do ojca”. Kilka miesięcy później Joanna znowu ponowiła swoją prośbę. Tym razem pod wpływem wydarzeń i przepowiedni kapitan Baudricourt, poważnie potraktował Joannę. Dał jej eskortę siedmiu mężczyzn. Mieszczanie i rzemieślnicy w Vaucouleurs kupili jej konia i ekwipunek. 6 marca, w czwartą niedzielę Wielkiego Postu Joanna wraz z eskortą przybyła do Chinon. Przyjął ją król Karol VII, wcześniej poddając pewnej próbie. Otóż w orszaku królewskim był, udający króla, książę Clermont. Jednak Joanna, która po raz pierwszy widziała zgromadzonych, minęła go i poszła prosto do króla, mówiąc: „Niech Bóg da ci dobre życie, drogi królu!” „Nie jestem królem – odpowiada Karol. – On jest królem”, wskazując na księcia Clermont. „Drogi królu, w imię Boga to wy, a nie ktoś inny”. W czasie rozmowy Joanna powiedziała: „Drogi królu, jestem Joanna Dziewica. Przyszłam udzielić pomocy królestwu i wam. Król Niebios życzy sobie za moim pośrednictwem, namaszczenia i ukoronowania króla w Reims i abyście zostali namiestnikiem w Luy, prawdziwej siedzibie króla Francji!”. Król był pod wrażeniem tego spotkania i rozmowy, ale dla wszelkiej pewności, czy nie jest to szatańska sprawa odesłał ją do trybunału kościelnego w Poitiers. Po trzech tygodniach badań, trybunał orzekł: „Znaleziono w niej jedynie dobro, pokorę, niewinność, pobożność, uczciwość, prostotę”.

Po tym orzeczeniu trybunału Karol VII zawierzył ubogiej wieśniaczce los Francji. Zanim Joanna wyruszyła do walki, głosy z nieba objawiły jej, że za ołtarzem w kościele w Fierbois jest zakopany miecz z wygrawerowanymi pięcioma krzyżami. Rzeczywiście odnaleziono ten miecz we wskazanym miejscu. Podania mówią, że miecz należał do Karola Młota – zwycięzcy arabskich wojsk pod Poitiers. Głosy z nieba powiedziały jej, że ma się zaopatrzyć jeszcze w sztandar z wyszytymi na nim liliami i imionami Jezusa i Maryji. 27 kwietnia 1429 wojsko, pod wodzą 17-letniej Joanny, wyruszyło w kierunku Orleanu. Na czele mnisi śpiewali Veni Creator Spiritus. Wojska dowodzone przez Joannę zwyciężyły Anglików, oblegających Orlean. Od 30 kwietnia Joanna, stojąc na barykadzie przy Katedrze Krzyża, na moście, błagała wycofujących się Anglików: „Wracajcie do waszych domów, a ocalicie życie!”. Wieść o wyzwoleniu Orleanu lotem błyskawicy obiega całą Francję, zagrzewając do walki Francuzów. W czasie jednej z walk strzała z kuszy, tak jak wcześniej przepowiedziała Joanna przeszyła jej gardło na wylot. Po obandażowaniu, pokonując ogromny ból powróciła zaraz na pole bitwy.

Tymczasem głosy z nieba przypominały jej, że pozostało jej niewiele życia, dlatego usilnie nakłaniała króla Karola VII, aby udał się do Reims celem odbycia koronacji. Król dał się przekonać. 17 lipca 1429 arcybiskup Katedry Najświętszej Maryi Panny w Reims namaścił Karola VII na króla. Joanna padła przed królem i powiedziała: „Miły królu, oto dopełniła się radość Boga, który chciał, abym wyzwoliła Orlean i abym was przyprowadziła tu, do miasta Reims, abyście zostali ukoronowani. Chciał wskazać, że wy jesteście prawdziwym królem i tym, do którego musi przynależeć to królestwo Boga”. Po koronacji, król stanął na czele armii. Jednak jego niezdecydowanie sprawia, że zwycięska armia spod Orleanu poniosła klęskę i ostatecznie ulega rozproszeniu.

Joanna znowu stanęła do walki. Wiosną 1430 roku w potyczce z Burgundami pod Compiegne pod naporem przeważających sił wroga usiłowała wycofać się do miasta. Jednak z niewyjaśnionych przyczyn przed jej oddziałem zamknięto przedwcześnie bramy Compiegne. Joanna dostała się w ręce Burgundów, którzy za 10 000 franków w złocie odsprzedali ją Anglikom. A ci, zanim zadali jej śmierć postanowili pozbawić ją czci, jaką darzyła ją cała Francja. Aby to osiągnąć posłużyli się niegodnymi członkami inkwizycji kościelnej pod przewodnictwem wspomnianego na wstępie biskupa Beauvais, Piotra Cauchon. Po długim procesie, połączonym z torturami fizycznymi i moralnymi skazano ją na śmierć pod zarzutem czarów i herezji. 30 maja 1431 roku umierała na stosie w płomieniach, wołając ku niebu: „Jezu, miej nade mną litość! Dziewico Maryjo, święty Michale módlcie się za mną!” A do oprawców skierowała słowa: „Wybaczam wam zło, jakie mi wyrządziliście”. Tłum płakał. Nawet Cauchon nie potrafi powstrzymać łez. Z płomieni słychać było jeszcze słowa: „Głosy pochodziły od Boga. Wszystko, co uczyniłam, pochodziło z Bożego rozkazu. Moje objawienia pochodziły od Boga”.

Śmierć Joanny wywołała wzburzenie w całej Francji. Karol VII w roku 1452 powołał komisję pod przewodnictwem kardynała d’Estouteville do zbadania tej sprawy. Przesłuchano wielu świadków. Zasięgano opinii teologów i kanonistów. Także papież Kalikst III wydał polecenie zbadania akt procesu Joanny. 7 lipca 1456 Rzym uznał trybunał inkwizycji, skazujący Joannę na śmierć za sprzeczny z prawem i hańbiący. Zaś 18 kwietnia 1909 roku papież św. Pius X zaliczył Joannę do grona błogosławionych, a papież Benedykt XV w roku 1920 do grona świętych (z książki Wypłynęli na głębię).

 

BEZBOŻNA CIEMNOŚĆ

W piękny słoneczny poniedziałek 11 września 2001 roku błękitne niebo nad Nowym Jorkiem przysłoniły kłęby czarnego dymu z płonących wieżowców WTC na Manhattanie. Nad Nowym Jorkiem zaległa ciemność, nie tyle fizyczna co duchowa. Wydawało się, że szatan triumfuje. W jednym momencie zginęło prawie trzy tysiące niewinnych ludzi. Wielu pytało: „Gdzie jest Bóg, który dopuścił do takiej tragedii?” Może był z tymi, którzy w Jego imię porwali samoloty i zniszczyli wieżowce? Przecież z jego imieniem na ustach ginęli w apokaliptycznych płomieniach. Prawdziwy Bóg nie był z nimi. Był z nimi, przez nich wymyślony krwawy bożek. Prawdziwy Bóg nie ma na rękach niewinnej ludzkiej krwi. On jest Ojcem kochającym wszystkie swoje dzieci. Bóg jest miłością, a miłość jest światłem. Gdy zabraknie Boga, prawdziwej Miłości wtedy świat ogarnia bezbożna ciemność.

W programie „Today” telewizji NBC dziennikarz, nawiązując do zamachu z 11 września zadał pytanie Anne Graham Lotz, córce znanego kaznodziei Billy Grahama: „Jak Bóg mógł pozwolić na coś takiego?” Anne odpowiedziała: „Jestem przekonana, że Bóg jest do głębi zasmucony z tego powodu, podobnie jak i my, ale od wielu już lat mówimy Bogu, żeby wyniósł się z naszych szkół, z naszych rządów oraz z naszego życia, a ponieważ jest dżentelmenem, jestem przekonana, że w milczeniu wycofał się. Jak możemy się spodziewać, że Bóg udzieli nam swojego błogosławieństwa i ochroni nas, skoro my żądamy, aby On zostawił nas w spokoju?” A potem przytoczyła wiele przykładów rugowania Boga ze społecznego życia. Zacytuję niektóre z nich: „Zobaczmy – myślę, że zaczęło się to wówczas, kiedy Madeline Murray O’Hare (została zamordowana) narzekała nie chcąc żadnych modlitw w naszych szkołach, a my powiedzieliśmy OK. Potem ktoś powiedział, żeby nie czytano w szkole Biblii, która mówi: nie zabijaj, nie kradnij, kochaj swego bliźniego jak siebie samego. A my powiedzieliśmy OK. Następnie dr Beniamin Spock powiedział, że nie powinniśmy dawać klapsa dzieciom, kiedy się źle zachowują, ponieważ ich małe osobowości się zniekształcają i możemy zniszczyć u nich szacunek do samych siebie (syn dr Spock’a popełnił samobójstwo). A my powiedzieliśmy, że ekspert powinien wiedzieć, o czym mówi. Dlatego powiedzieliśmy OK. Następnie ktoś powiedział – pozwólmy naszym córkom na aborcję, jeśli chcą. Nawet nie muszą o tym mówić swoim rodzicom. A my powiedzieliśmy OK. Po czym ktoś powiedział – drukujmy czasopisma ze zdjęciami nagich kobiet i nazwijmy to zdrowym, trzeźwym podziwem dla piękna kobiecego ciała. A my powiedzieliśmy OK. Po czym przemysł rozrywkowy rozpoczął produkcję widowisk TV i filmów promujących przemoc, profanację, zakazany seks. Rozpoczął nagrania muzyki zachęcającej do gwałtu, narkotyków, zabójstwa, samobójstwa oraz satanizmu. My powiedzieliśmy że to tylko rozrywka, to nie ma żadnych szkodliwych skutków. To śmieszne, jak prostym jest dla ludzi wyrzucić Boga, a potem dziwić się, dlaczego świat zmierza do piekła”.

Zacytowany na wstępie list św. Pawła do Efezjan nawiązuje do symbolu światła i ciemności: „Bracia: Niegdyś byliście ciemnością, lecz teraz jesteście światłością w Panu”. Tu trzeba zauważyć, że w Starym Testamencie światło było symbolem szczęścia i dobra, a ciemność niepowodzenia i zła. W Nowym Testamencie światło staje się symbolem Królestwa Bożego, gdzie panuje dobro i sprawiedliwość zaś ciemność jest utożsamiana z królestwem szatana, w którym rządzi zło i nieprawość. Św. Paweł wskazuje na Chrystusa jako światło, które rozświetla drogi naszego życia. Przed poznaniem Chrystusa, przed Jego przyjęciem w sakramencie chrztu Efezjanie byli pogrążeni w duchowej ciemności. Zaś po przyjęciu Chrystusa ogarnęła ich światłość Królestwa Bożego, stali się dziećmi światłości. Św. Paweł pisze, że ta godność jest zobowiązaniem: „Postępujcie jak dzieci światłości”. I zaraz dodaje po czym poznajemy, że chrześcijanin jest dzieckiem światłości: „Owocem bowiem światłości jest wszelka prawość i sprawiedliwość, i prawda”. Apostoł narodów zauważa, że nie tylko poganie kroczą drogą ciemności, ale także wyznawcy Chrystusa. Jeśli owocem ich życia nie jest sprawiedliwość, prawość i prawda, to tacy chrześcijanie zapisali się do królestwa Bożego, królestwa światłości, ale faktycznie należą do królestwa szatana, królestwa ciemności. Dlatego św. Paweł wzywa: „I nie miejcie udziału w bezowocnych czynach ciemności, a raczej piętnując, nawracajcie tamtych”. W gminie efeskiej nie działo dobrze. Św. Paweł pisze: „O tym bowiem, co u nich się dzieje po kryjomu, wstyd nawet mówić”. Gdyby św. Paweł stanął dzisiaj na ambonie w którymś z kościołów, chyba niewiele musiałby zmieniać w swoim kazaniu. A jego słowa: „Zbudź się, o śpiący i powstań z martwych, a zajaśnieje ci Chrystus” byłby tak samo aktualne dla nas, jak i dla Efezjan sprzed prawie dwóch tysięcy lat.

Św. Paweł głosił tę naukę z wielkim przekonaniem i gdy przyszedł czas potwierdził ją męczeńską śmiercią. Światło Chrystusa ogarnęło go pod Damaszkiem, zwaliło z konia i przepaliło jego duszę. Stał się gorliwym głosicielem Królestwa Bożego i zmartwychwstałego Chrystusa. Zapewne nauczając Efezjan wspominał wydarzenie, opisane w dzisiejszej Ewangelii o uzdrowieniu niewidomego. Jezus z uczniami przechodził obok niewidomego. W tamtych czasach uważano, że nieszczęście owocem grzechu, dlatego uczniowie pytają Jezusa, kto zgrzeszył, że ten człowiek urodził się niewidomy. A On odpowiedział: „Ani on nie zgrzeszył, ani rodzice jego, ale stało się tak, aby się na nim objawiły sprawy Boże”. Przez cud uzdrowienia wielu poznało, że Jezus jest światłością. Chrystus mówił: „Jak długo jestem na świecie, jestem światłością świata”. Jezus dokonał cudu uzdrowienia. Niewidomy po raz pierwszy w życiu ujrzał słońce na niebie, kwiaty wokoło i twarze swoich rodziców. Możemy sobie wyobrazić radość uzdrowionego. Cud przejrzenia sprawił, że sam uzdrowiony, jak i świadkowie uzdrowienia ujrzeli w Chrystusie, prawdziwe Światło. Byli także tacy, którzy zamknęli swoje serce na to światło. Faryzeusze mówili: „Człowiek ten nie jest od Boga, bo nie zachowuje szabatu”. Zapytali rodziców uzdrowionego, co o tym sądzą. Oni jednak nie chcąc się narazić faryzeuszom odpowiedzieli: „Ma swoje lata, jego samego zapytajcie”. Zapytano zatem uzdrowionego, a on odpowiedział: „Gdyby ten człowiek nie był od Boga, nie mógłby nic uczynić”. Wyrzucili go mówiąc: „Cały urodziłeś się w grzechach, a śmiesz nas pouczać?” Po tym cały incydencie Jezus spotkawszy uzdrowionego zapytał go: „Czy ty wierzysz w Syna Człowieczego?” A ten odpowiedział pytaniem: „A któż to jest, Panie, abym w Niego uwierzył?”. Na co usłyszał odpowiedź: „Jest Nim Ten, którego widzisz i który mówi do ciebie”. Na te słowa uzdrowiony wyznał swoją wiarę: „Wierzę, Panie!”.

W okresie Wielkiego Postu Chrystus częściej niż zwykle pyta nas o naszą wiarę. Gdy odpowiemy jak ewangeliczny niewidomy: „Wierzę, Panie”, wtedy światło Chrystusa rozproszy mrok naszego życia i staniemy się dziećmi światłości (Kurier Plus 2017).

 

DROGAMI PRZEJRZENIA 

W ostatni poniedziałek wróciłem z pielgrzymki do Ziemi Świętej. Była to już moja 10 pielgrzymka do świętych miejsc. Jednak dopiero za dziesiątym razem zatrzymałem się z pielgrzymami z Nowojorskiego Klubu Podróżnika nad sadzawką Siloe, o której mówi dzisiejsza Ewangelia. Jest ona w kompleksie Miasta Dawida w Jerozolimie. Odwiedziliśmy to miejsce, bo zewnętrzne okoliczności związane z propagandą koronawirusa nie pozwalały nam realizowanie programu, który wcześniej opracowywaliśmy. Wszyscy odczuwaliśmy, że Ktoś inny pisze dla nas program pielgrzymki. Dziś wiemy, że ten program pisany przez Opatrzność był duchowo o wiele bogatszy od tego przygotowanego przez nas. Program Opatrzności zaprowadził nas między innymi do sadzawki Siloe. Jest to bardzo ważne miejsce. Św. Jan podkreśla jego ważność przez wyjaśnienie znaczenia samej nazwy: „Idź, obmyj się w sadzawce Siloam – co się tłumaczy: Posłany”.

Chrystus nawiązywał także do symboliki sadzawki Siloe. Św. Jan Ewangelista pisze: „A w ostatnim wielkim dniu święta Jezus stanął i zawołał, mówiąc: Jeżeli kto pragnie, niech do mnie przyjdzie, a pije. Kto wierzy we mnie, jak mówi Pismo, rzeki wody żywej popłyną z jego wnętrza. A to mówił o Duchu, którego otrzymać mieli ci, co w Niego uwierzyli”. Okazją wygłoszenia powyższych słów był obrzęd obmycia w ostatnim dniu Święta Namiotów, obchodzonego na pamiątkę pobytu na pustyni po opuszczeniu Egiptu. W tym dniu kapłani, otoczeni ludem, grającymi na harfach i fletach, lewitami zdążali do sadzawki Siloe. Tam czerpano złotym dzbanem wodę i wnoszono uroczyście do świątyni, wchodząc przez bramę, którą z tej racji nazwano ,,bramą wody”. Odśpiewanie przez wszystkich obecnych tzw. wielkiego Hallelu kończyło uroczystości.

Chrystus nawiązując do tego obrzędu, porównał siebie samego do sadzawki Siloe, z której pić będą wierzący w Niego. On bowiem jest ,,Posłanym”, który może zaspokoić wszelkie ludzkie pragnienia. Cud uzdrowienia niewidomego jest potwierdzeniem prawdziwości słów Jezusa. Św. Ireneusz tak wyjaśnia sam obrzęd uzdrowienia niewidomego przez pomazanie jego oczu gliną: „Otóż owe dzieła Boże to ukształtowanie człowieka, o którym powiada Pismo: I wziął Bóg gliny z ziemi i ukształtował człowieka. Właśnie dlatego Pan splunął na ziemię i uczynił glinę i nałożył ją na oczy niewidomemu. Odwołując się do pierwszego stworzenia człowieka, pokazuje wszystkim, którzy potrafią to zrozumieć, tę Rękę Bożą, która ukształtowała człowieka z gliny. Ten sam Rzemieślnik, który dozwala kształtować się płodowi w łonie matki, dopełnia swojego dzieła na oczach wszystkich: aby objawiły się dzieła Boże. Ta sama Ręka Boża, która ukształtowała nas na początku i kształtuje człowieka w łonie matki, w tych czasach ostatecznych szuka nas zagubionych, odnajduje swoją zagubioną owieczkę, bierze ją na ramiona i ku radości współtowarzyszy przywraca wspólnocie, w której króluje na wieki”.

Nasze pielgrzymowanie po Ziemi Świętej prowadziło nas do pełniejszego odkrywania w Chrystusie światła i źródła wody zaspakajającej nasze najgłębsze pragnienia. A doświadczenia związane z koronawirusem upewniały nas, że Ktoś nas prowadzi swoimi śladami do pełniejszego przejrzenia. Dlatego naszymi odczuciami na pielgrzymkowym szlaku. Można powiedzieć, że mieliśmy wyjątkowe szczęście, które odbieraliśmy jako dar Opatrzności Bożej.

Z lotniska przyjechaliśmy do Betlejem (Autonomia Palestyńska). Rozlokowaliśmy się w hotelu i wtedy dowiedzieliśmy, że jest zakaz wjazdu do Betlejem. Myśleliśmy, że mieliśmy szczęście. Wyszliśmy na wieczorny spacer. Palestyńczycy zasłaniali twarze, omijali nas, zamykali przed nami drzwi swoich sklepów i restauracji, otwierali okna samochodów i krzyczeli „corona, corona”. Robiło się groźnie. Wróciliśmy do hotelu. Rano, po śniadaniu przygotowywaliśmy się do wyjazdu z myślą o powrocie na nocleg do tego samego hotelu. Jednak otrzymaliśmy wiadomość, że mamy spakować się i wyjechać z Betlejem. Po kilkunastu minutach nowa wiadomość – granice Autonomii Palestyńskiej są zamknięte nie możemy wyjechać. Mimo tego zakazu udaliśmy się na przejście graniczne. Rzeczywiście autokary były zawracane. Nasz kierowca nie poddawał się, pojechał na inne przejście, do którego droga była kręta, górzysta i do tego śliska. Nikogo nie był na tym przejściu. Przejechaliśmy bez żadnej kontroli. Co za ulga. Później dowiedzieliśmy się, że kilka grup z Polski było zmuszonych do pozostania w Betlejem. Po trzech nocach spędzonych w hotelu, pod eskortą policji autokary przewiozły pielgrzymowiczów na lotnisko.

Zatrzymaliśmy się w Nazaret. Nawiedzaliśmy święte miejsca w Galilei i sanktuaria nad Jeziorem Galilejskim. Po dwóch dniach udaliśmy w kierunku granicy Jordańskiej. Według naszej agencji można było ją przekroczyć. Na miejscu okazało się, że granica jest zamknięta. Kolejny zawód. jednak na drugi dzień okazało się, że była to łaska, ponieważ każdy kto wjechał do Jordanii i chciał wrócić do Izraela musiał przejść 14-dniową kwarantannę. Z granicy pojechaliśmy do Jerozolimy i zatrzymaliśmy się w pięknie położonym hotelu na szczycie Góry Oliwnej. I tam pozostaliśmy do końca. Nawiedzaliśmy najświętsze sanktuaria Jerozolimy i wyjeżdżaliśmy do innych świętych miejsc poza Jerozolimą. Wykorzystaliśmy każdą chwilę na nawiedzenie świętych miejsc.

W przedostatnim dniu pielgrzymki nasz przewodnik musiał wrócić do kraju, była to ostania szansa wylotu do Polski. Została nam jeszcze niedziela. W drodze na lotnisko mieliśmy odwiedzić Emaus i Jaffę, gdzie przewidziany był obiad i Msza św. Jednak rankiem dotarły do nas informacje, że stara Jerozolima została zamknięta dla pielgrzymów i turystów i że wszyscy obcokrajowcy mają opuścić Izrael do poniedziałku, 16 marca. Obawialiśmy się, że podobnie może być w Jaffie, dlatego zdecydowaliśmy się na Mszę św. i obiad w Jerozolimie. Ostatnią pielgrzymkową Mszę św. sprawowaliśmy na zboczu Góry Oliwnej w kościele Dominus Flevit w którym, gdy stoimy przy ołtarzu, przez olbrzymie okno-witraż oglądamy panoramę Jerozolimy. Widzimy drogę Krzyżową, Bazylikę Golgoty i Zmartwychwstania Chrystusa. To była niesamowita Msza św.  Widzimy miejsca, gdzie dokonała się krwawa ofiara Chrystusa, której w sposób bezkrwawy doświadczamy na ołtarzu Mszy św. Widać także Miasto Dawida, w którym jest sadzawka Siloe.

Po Mszy św. i obiedzie wyruszyliśmy w kierunku lotniska. Po drodze odwiedziliśmy Emaus i pobliski klasztor trapistów oraz Jaffę. Na lotnisku pustki. Bez problemów przeszliśmy wszystkie kontrole lotniskowe. W samolocie była tylko nasza grupa pielgrzymkowa, która prawdopodobnie była ostatnią, która opuszczała Ziemię św. Wracaliśmy w towarzystwie młodzieży żydowskiej, która nic sobie nie robiła z histerii wirusowej. Na lotnisku Kennedy’ego nie było jakiś dodatkowych kontroli np. badanie temperatury, tak że bez problemów dotarliśmy do naszych domów.

Była to nadzwyczajna pielgrzymka nie tylko dlatego, że nawiedziliśmy tak wiele najświętszych miejsc, ale także dlatego, że przebiegała ona w nadzwyczajnych warunkach, które wymagały wiele zabiegów logistycznych od organizatorów, a uczestnikom dostarczały dreszczyku niepewności, co będzie następnego dnia, dreszczyku, który mobilizował nas do jeszcze większego zaufania Bogu i pełniejszego przejrzenia (Kurier Plus 2020).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *