4 Sty

4 niedziela Wielkiego Postu . Rok C

O SYNU MARNOTRAWNYM

W owym czasie zbliżali się do Jezusa wszyscy celnicy i grzesznicy, aby Go słuchać. Na to szemrali faryzeusze i uczeni w Piśmie. Ten przyjmuje grzeszników i jada z nimi. Opowiedział im wtedy następującą przypowieść: Pewien człowiek miał dwóch synów. Młodszy z nich rzekł do ojca: Ojcze, daj mi część majątku, która na mnie przypada. Podzielił więc majątek między nich. Niedługo potem młodszy syn, zabrawszy wszystko, odjechał w dalekie strony i tam roztrwonił swój majątek, żyjąc rozrzutnie. A gdy wszystko wydał, nastał ciężki głód w owej krainie i on sam zaczął cierpieć niedostatek. Poszedł i przystał do jednego z obywateli owej krainy, a ten posłał go na swoje pola żeby pasł świnie. Pragnął on napełnić swój żołądek strąkami, którymi żywiły się świnie, lecz nikt mu ich nie dawał. Wtedy zastanowił się i rzekł: Iluż to najemników mojego ojca ma pod dostatkiem chleba, a ja tu z głodu ginę. Zabiorę się i pójdę do mego ojca, i powiem mu: Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Bogu i względem ciebie; już nie jestem godzien nazywać się twoim synem: uczyń mię choćby jednym z najemników. Wybrał się więc i poszedł do swojego ojca. A gdy był jeszcze daleko, ujrzał go jego ojciec i wzruszył się głęboko; wybiegł naprzeciw niego, rzucił mu się na szyję i ucałował go. A syn rzekł do niego: Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Bogu i względem ciebie, już nie jestem godzien nazywać się twoim synem. Lecz ojciec rzekł do swoich sług: Przynieście szybko najlepszą szatę i ubierzcie go; dajcie mu też pierścień na rękę i sandały na nogi. Przyprowadźcie utuczone cielę i zabijcie: będziemy ucztować i bawić się, ponieważ ten mój syn był umarły, a znów ożył; zaginął, a odnalazł się. I zaczęli się bawić. Tymczasem starszy jego syn przebywał na polu. Gdy wracał i był blisko domu, usłyszał muzykę i tańce. Przywołał jednego ze sług i pytał go, co to ma znaczyć. Ten mu rzekł: Twój brat powrócił, a ojciec twój kazał zabić utuczone cielę, ponieważ odzyskał go zdrowego. Na to rozgniewał się i nie chciał wejść; wtedy ojciec jego wyszedł i tłumaczył mu. Lecz on odpowiedział ojcu: Oto tyle lat ci służę i nigdy nie przekroczyłem twojego rozkazu; ale mnie nie dałeś nigdy koźlęcia, żebym się zabawił z przyjaciółmi. Skoro jednak wrócił ten syn twój, który roztrwonił twój majątek z nierządnicami, kazałeś zabić dla niego utuczone cielę. Lecz on mu odpowiedział: Moje dziecko, ty zawsze jesteś przy mnie i wszystko moje do ciebie należy. A trzeba się weselić i cieszyć z tego, że ten brat twój był umarły, a znów ożył, zaginął a odnalazł się (Łk 15,1-3.11-32).

W roku 1987 w stanie Connecticut, Michael B. Ross został skazany na karę śmierci za morderstwa. Swoje więzienne myśli i przeżycia opisał w artykule „Thoughts on Forgivness”, na łamach miesięcznika „Pastoral Life”.

Michael urodził się jako niechciane dziecko. Matka poczęła go w wieku 16 lat. Przerażona, chcąc uniknąć skandalu poślubiła mężczyznę, którego nie kochała. Nie znalazła jednak szczęścia w tym związku. Winę za nieudane życie zrzuciła na niewinne dziecko. Ta niechęć do własnego syna przerodziła się w nienawiść. Matka, bez przyczyny biła chłopca i wymyślała, dając do zrozumienia, że nie jest nikomu potrzebny. To było powodem zaburzeń emocjonalnych Michael’a i zepchnięcia na drogę przestępstwa.

Michael pisze, że każde wspomnienie matki potęgowało w nim ogromną nienawiść do niej i chęć zemsty. Nie był w stanie wybaczyć jej zmarnowanego dzieciństwa. Z czasem zauważył, że ta nienawiść zżera go wewnętrznie i zabija duszę. Widzieli to także jego przyjaciele, którzy dostarczyli mu kilka książek o wybaczeniu. Michael zaczął je pilnie studiować. Po długim zmaganiu się ze sobą mógł powiedzieć: „Wybaczam ci mamo”. O tych zmaganiach tak pisze: „Przeczytałem wiele książek o wybaczeniu- niektóre czytałem wiele razy. Spędziłem wiele czasu na duchowych rozważaniach w mojej celi. Były momenty wielkiego bólu i rezygnacji, nienawiści do samego siebie-, gdy patrzyłem na swoją przeszłość. Ból przeszłości nie jest lekki. Był to jednak czas odkrycia wielkiej prawdy o życiu; wewnętrzny pokój możemy znaleźć tylko wtedy, gdy uświadomimy sobie, że musimy zmieniać samych siebie, a nie ludzi, którzy nas zranili”. Swe rozważania Michael kończy tymi słowami: „Nie było to łatwe, ale ostatecznie nauczyłem się jak przebaczać. I moje życie jest lepsze z tego powodu- mimo oczekiwania na wykonanie wyroku śmierci. Jeśli mi to pomogło, to wyobraź sobie o ile bardziej może to pomóc tobie. Dlaczego nie spróbować?”

Warto spróbować nawet w bardzo małych sprawach. Dla ilustracji posłużę się przykładem, który w innym kontekście porusza ten sam problem, problem przebaczenia. Nie tak dawno jeden z redaktorów pod wpływem emocji, w nieporadny sposób, broniąc słusznej sprawy, nieodpowiedzialnie zniesławił i oczernił ludzi, którzy poświęcają bezinteresownie wiele czasu sprawom polskim i polskości w Stanach Zjednoczonych. Zbigniew, który współpracował z tymi ludźmi poczuł się w obowiązku wypowiedzieć się w tej sprawie. Zadzwonił do redakcji. To zostało wykorzystane przeciw niemu. Redaktor dyżurny, manipulując jego wypowiedzią opublikował ją (bez jego zgody) przypisując mu wiele nieprawdziwych rzeczy. W pierwszy odruchu Zbigniew usiadł do napisania polemiki. Ale już po kilku zdaniach zauważył, że przywołuję ducha swoich adwersarzy; mroczny świat uprzedzeń i niechęci – świat polemiki. „Stop. Przecież to nie jest świat dla mnie. Co ja tu robię, po ciemnej stronie życia, gdzie człowiek nie zaznaje spokoju” – powie później Zbigniew. „Jak się z tego wyrwać?” Było to raczej pytanie retoryczne. Zbigniew dobrze znał naukę ewangeliczną o wybaczeniu. A teraz miał jeszcze jedną okazję, aby zweryfikować ją w życiu. Po długim zmaganiu się ze sobą zdobył się w duchu na wybaczenie swym oszczercom. Poczuł się wtedy wolny i radosny. Wybaczenie jest siłą, która dźwiga człowieka wzwyż i prowadzi jasną stroną życia. Stawia ponad kłamstwem, zawiścią, sporami i nieokiełznanymi emocjami. Po tej stronie jest pokój i miłość. Wybaczenie prowadzi nas po „słonecznej stronie życia” – jak śpiewa Eleni w jednej ze swoich piosenek. Wybaczając zbliżamy się do Boga, który jest pełnią miłosierdzia.

Przypowieść o synu marnotrawnym, jest przypowieścią o nie skończonym miłosierdziu Bożym. Młodszy syn prosi ojca o swoją część majątku. W realiach, w jakich została umieszczona ta przypowieść, prośba dziecka o swoją część majątku za życia ojca była równoznaczna z życzeniem ojcu śmierci. Ojciec daje jednak synowi należną mu część. Marnotrawny syn szybko roztrwonił swój majątek. Po czym rozumiał swój błąd. Skruszony wraca do ojca. Ojciec nie tylko mu wybacza, ale cieszy się z jego powrotu. Z tej okazji wydaje on wielkie przyjęcie, aby wszyscy mogli się radować, „ponieważ ten syn mój był umarły, a znów ożył; zginął a odnalazł się”.

Bóg jest dobrym ojcem, a my bywamy nieraz marnotrawnymi synami. Przypowieść o synu marnotrawnym czytamy w okresie Wielkiego Postu. W tym świętym czasie ma ona nam przypomnieć o konieczności przebaczenia w naszym życiu, jak i też uświadomić nam nasze odejścia od Boga oraz zachęcić do powrotu w ramiona Ojca, który jest miłosierny i zawsze ma dla nas otwarte ramiona. Wystarczy tylko z żalem uznać swój błąd i powiedzieć jak syn marnotrawny: „Ojcze zgrzeszyłem przeciw Bogu i względem ciebie” (z książki Ku wolności).

 

SYN MARNOTRAWNY 

Bracia: Jeżeli ktoś pozostaje w Chrystusie, jest nowym stworzeniem. To, co dawne, minęło, a oto wszystko stało się nowe. Wszystko zaś to pochodzi od Boga, który pojednał nas z sobą przez Chrystusa i zlecił nam posługę jednania. Albowiem w Chrystusie Bóg pojednał ze sobą świat, nie poczytując ludziom ich grzechów, nam zaś przekazując słowo pojednania. Tak więc w imieniu Chrystusa spełniamy posłannictwo jakby Boga samego, który przez nas udziela napomnień. W imię Chrystusa prosimy: pojednajcie się z Bogiem. On to dla nas grzechem uczynił Tego, który nie znał grzechu, abyśmy się stali w Nim sprawiedliwością Bożą (2 Kor 5,17-21).

Jedną z najpopularniejszych przypowieści ewangelicznych jest przypowieść o synu marnotrawnym. Może dlatego, że tak często powtarza się ona w naszym życiu niezależnie od czasu i miejsca.

Dorastający, młody człowiek w pewnym momencie czuje, że dom rodziny jest dla niego za mały, ogranicza jego wolność. Sądzi, że wie, co zrobić ze swoją wolnością. Rady dorosłych jawią się mu jako chęć ograniczenia tej wolności. Pewny swej siły, mądrości chce szukać szczęścia na własną rękę, poza domem. Dawniej opowieści wędrownych kupców i włóczęgów, dzisiaj telewizja i Internet, nęcą młodych perspektywą pełnego wyzwolenia i szczęścia, które według nich jest niemożliwe do osiągnięcia w ramach zasad moralnych wyniesionych z domu rodzinnego. Ewangeliczny syn marnotrawny zażądał od swego ojca należnej mu części majątku. Ojciec, przeczuwając zapewne czym się to skończy, ze smutkiem dał mu należną część. Według Księgi Powtórzonego Prawa starszemu synowi należały się dwie części majątku, młodszemu zaś jedna. Dzisiejszy syn marnotrawny zabiera nie tyle majątek mierzony określoną sumą pieniędzy, choć i to się zdarza, ile wykształcenie, na które łożyli jego rodzice.

Syn marnotrawny, korzystając z młodości, jak i też z majątku, który otrzymał od ojca świetnie się bawił. Nikt mu nie przypominał zasad moralnych, prawd religijnych, według których powinien żyć. Żył pełną wolnością, nie zdając sobie sprawy, że ta „pełna wolność” spychała go w różnego rodzaju inne zniewolenia. Miał kompanów do kieliszka a nierządnice zabiegały o jego względy. Żył pełnią życia, łudząc się, że ma wielu przyjaciół. Aż w końcu roztrwonił swój majątek. Bez pieniędzy był już zerem dla nierządnic i kumpli od kieliszka. Uczciwi patrzyli na niego jak na dno moralne. Takie dno osiągnął. Przypowieść mówi: „a ten posłał go na pole, żeby pasł świnie. Pragnął on napełnić swój żołądek strąkami, które jadły świnie, lecz nikt mu ich nie dawał”. Dla Żyda było to najbardziej upokarzające zajęcie. Przez samo dotknięcie tego zwierzęcia stawał się nieczysty i miał obowiązek dokonać obrzędu obmycia, oczyszczenia. Pasza dla świń to nie jest pokarm dla człowieka, ale syn marnotrawny i tego nie miał.

Syna marnotrawnego ocaliło wspomnienie domu ojca, w świetle, którego zobaczył swoją nędzę duchową i materialną. Było to wspomnienie ładu, porządku i miłości, jaka panowała w domu ojca. Wspomnienie miłości było źródłem nawrócenia i powrotu do domu ojca. Przez to syn marnotrawny ocalił swoje życie.

Każdy z nas po części ma udział w losach syna marnotrawnego. Odchodzimy od wartości domu rodzinnego. A najważniejsze, tak jak w przypowieści opuszczamy dom naszego Ojca Niebieskiego. Od tego Ojca otrzymujemy wiele darów, zabieramy je ze sobą i urządzamy życie według naszych własnych praw. A Ojciec patrzy z bólem jak bezmyślnie trwonimy dary od Niego otrzymane. Opamiętanie przychodzi nieraz, gdy roztrwonimy wszystko. Ale i wtedy możemy liczyć na boże miłosierdzie, jeśli pełni skruchy wrócimy i powiemy: „Ojcze zgrzeszyłem”.

Piętnastoletni Gandhi ukradł swemu bratu jakiś złoty drobiazg. Po pewnym czasie, gdy uświadomił sobie zło swego czynu postanowił wyspowiadać się z tego przed swoim ojcem. Na kawałku papieru napisał o swojej kradzieży, prosił o wybaczenie i wymierzenie kary. Przyrzekał także, że się to nigdy nie powtórzy. I wręczył tę kartkę ojcu, gdy ten leżał chory w łóżku. Skruszony stał przy łóżku, czekając na sąd i karę. Ojciec usiadł i z uwagą zaczął czytać kartkę. W trakcie czytania po policzkach zaczęły spływać łzy. Gandhi płakał także. Ojciec nie tylko nie zdenerwował się, nie wyznaczył kary, ale mocno przytulił swego skruszonego syna. I na tym sprawa się skończyła. Gandhi odzyskał wewnętrzny spokój i pokochał ojca jeszcze bardziej.

Nieskończenie większa jest miłość Ojca niebieskiego, a jego miłosierdzie nie zna granic. Bóg raduje się na widok powracającego z żalem człowieka. Chrystus w przypowieści o zaginionej owcy powie: „Tak samo w niebie większa będzie radość z jednego grzesznika, który się nawraca niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych, którzy nie potrzebują nawrócenia”. Tak przeżywał tę prawdę wielki rosyjski pisarz Fiodor Dostojewski, który przed śmiercią zawołał kapłana, pojednał się z Bogiem i powiedział do swoich dzieci: „Ja kochałem was bardzo, ale moja miłość jest niczym w porównaniu do tej, niezmierzonej, którą żywi Bóg do ludzi stworzonych prze siebie. Jeśli na nieszczęście zdarzy się wam popełnić coś złego, nigdy nie straćcie do Niego zaufania. Jesteście Jego dziećmi. Proście Go o przebaczenie, a on będzie radować się waszym żalem tak, jak niegdyś cieszył się z powrotu syna marnotrawnego”.

Korzystając z Bożego Miłosierdzia nieśmy go innym, bo przez to włączamy się najpełniej w zbawcze dzieło miłosiernego Boga. Wyrazem takiej postawy jest krótka modlitwa, którą napisała nieznana kobieta w obozie koncentracyjnym Ravensbruck. Kartkę z tą modlitwą przypięła do strzępów ubrania zamordowanej małej dziewczynki. „O Panie, pamiętaj nie tylko o ludziach dobrej woli, ale także o tych, którzy kierują się w życiu złą wolą. Ale nie pamiętaj im cierpienia jakie nam zadają. Pamiętaj raczej owoce jakie się zrodziły z tego cierpienia: wdzięczność dla tych, którzy dla nas ryzykują życiem, nasze wzajemne zaufanie, nasze poniżenie, naszą odwagę i wspaniałomyślność, wielkoduszność naszych serc, które umacniają się w trudnych warunkach. A kiedy oni staną na sądzie, niech te owoce, które się w nas zrodziły będą dla nich wybaczeniem” (z książki Nie ma innej Ziemi Obiecanej).

 

KAROL DE FOUCAULD  

Pan rzekł do Jozuego: 'Dziś zrzuciłem z was hańbę egipską'. Rozłożyli się obozem synowie Izraela w Gilgal i tam obchodzili Paschę czternastego dnia miesiąca wieczorem, na równinie Jerycha. Następnego dnia Paschy jedli z plonu tej krainy, chleby przaśne i kłosy prażone tego samego dnia. Manna ustała następnego dnia, gdy zaczęli jeść plon tej ziemi. Nie mieli już więcej synowie Izraela manny, lecz żywili się tego roku z plonów ziemi Kanaan (Joz 5,9a.10-12).

Ewangeliczna historia o synu marnotrawnym często powtarza się w naszym życiu. Doświadczył jej Karol de Foucauld, który na początku opuścił dom Ojca niebieskiego, a gdy doświadczył nędzy duchowej postanowił zmienić swoje życie, powrócić do Ojca i wtulił się w Jego miłosiernie wyciągnięte ramiona.

Karol urodził się w Strasburgu w 1858 r. Pochodził z bardzo starej rodziny szlacheckiej. W wieku sześciu lat został sierotą. Jego wychowaniem zajął się dziadek ze strony matki, pułkownik de Morlet, od początku przygotowując wnuka do kariery wojskowej. W roku 1870 wybuchła wojna między Francją a Niemcami, w wyniku której Francja straciła Alzację i Lotaryngię. Była to osobista tragedia dla pułkownika de Morlet jak i też dla Karola, gdyż Alzacja-Lotaryngia była krajem jego dzieciństwa. W swojej korespondencji Karol postrzega Niemcy jako wcielenie zła, pragnie wojny i rewanżu.

Po przegranej wojnie, Karol wraz ze swymi opiekunami przeniósł się do Nancy. Tu rozpoczął naukę w miejscowym liceum. Profesorowie Karola, wśród których chrześcijanie stanowili zdecydowaną mniejszość, pozostawali pod wpływem filozofii oświecenia. Jako agnostycy czy sceptycy, a co najwyżej deiści w stylu Voltaire’a wywierali głęboki wpływ na młodzieńca. To pod ich wpływem Karol zaczął wątpić i tracić wiarę w Boga. Przejęta dwa lata wcześniej pierwsza Komunia święta i bierzmowanie zostały zepchnięte prawie do niebytu przez ateistyczne wywody profesorów praz problemy związane z okresem dojrzewania.

Utrata wiary przez świeżo upieczonego maturzystę nie zajmowała zbytnio pułkownika de Morlet, dziadka i opiekuna Karola. Najważniejsze było dla niego, że wnuk kultywował patriotyzm francuski i żywił w sobie ducha rewanżyzmu alzacko-lotaryńskiego. Dziadek wysyłał Karola do Paryża, do jezuickiego college’u św. Genowefy, by tam zaliczył rok filozofii, a potem rok przygotowawczy do egzaminu wstępnego do Sait-Cyr. Kontakt z jezuitami nie miał żadnego wpływu na rozwianie wątpliwości i sceptycyzmu Karola. O tym okresie napisze on w 1901 roku te słowa: „Nic się nie wydawało dostatecznie udowodnione. To, że się wyznaje z jednakową wiarą tak różnorodne religie, zdawało mi się być podważeniem wszystkich. A już wiara mego dzieciństwa ze swoim 1=3 wydawała mi się zupełnie nie do przyjęcia”.

Karol nie dyskutował z zakonnikami o religii, a ci z kolei zbyt respektowali osobowość swych wychowanków, by przejmować inicjatywę. Nie przejawiał on więc otwartego, czy agresywnego buntu przeciwko ich autorytetowi, czy przeciw autorytetowi samego Kościoła. Był to jedynie brak jakiejkolwiek wymiany duchowej. Pierwszy rok w colleg’u był średni, a kolejny, przygotowujący do konkursu wstępnego do Saint-Cyr jeszcze gorszy. Karol pracował coraz mniej. W marcu 1876 roku jezuici usunęli go ze szkoły. Ten fakt bardzo zmartwił pułkownika de Morlet. Karol widząc reakcję dziadka zmobilizował się do pracy tak, że zdał egzaminy i został przyjęty do Saint-Cyr. 25 października 1876 roku podpisał również akt ochotniczej służby wojskowej na okres pięciu lat.

Śmierć dziadka, w marcu 1878 roku zdruzgotała Karola i bardzo negatywnie wpłynęła na jego życie. Żył z dnia na dzień i jeszcze bardziej niż przedtem oddawał się rozpuście i hulankom. Latem 1878 roku ukończył Saint-Cyr, a w listopadzie 1879 roku szkołę kawalerzystów w Saumur, jako jeden z najgorszych absolwentów. We wrześniu 1878 roku Karol ukończył 20 lat i prawnie stał się właścicielem odziedziczonego majątku. Naciągany przez przyjaciół, Karol bez umiaru wydawał pieniądze na hulanki i bankiety, nie mówiąc o wydatkach związanych z kurtyzanami. Mimo wszystko pozostało w nim pewne poczucie więzi z religią. Później o tym powie: „Zachowaliście w mojej duszy drzemiące jak ogień pod popiołem, ciągle jednak istniejące przywiązanie do pewnych pięknych i bogobojnych dusz, szacunek dla religii katolickiej i dla zakonników. Wszystka wiara zniknęła, ale respekt i szacunek pozostały nietknięte”.

W wieku 22 lat Karol został oficerem i wyjechał do Algierii. Był to jego pierwszy kontakt ze światem niespotykanej biedy oraz światem islamu i judaizmu. Trzy lata później porzucił wojsko i w przebraniu żydowskiego rabina podjął się niebezpiecznej wyprawy do Maroka. Karol bardzo szybko doświadczył na własnej skórze co to znaczy być Żydem. Po zaledwie trzech dniach pobytu w Teuton usłyszał zaczepkę jakiegoś Marokańczyka muzułmanina: „Niech Allach spali na wieki twojego ojca w piekle, ty brudny Żydzie”. Przekonał się jak bliskie spełnienia jest miejscowe powiedzenie: „Żyd nie jest wart nawet kuli, aby go zabić”. Karol przebrany za rabina poznał od wewnątrz środowisko żydowskie i też nie jest nim zachwycony. W jego zapiskach czytamy: „Izraelici… utrzymują poprzez korupcję urzędników, do których mówią bardzo głośno całując ich po rękach, zgarniają wielkie majątki, ciemiężą biednych muzułmanów, są respektowani przez bogatych i udaje im się rozwiązać trudny problem zaspokojenia własnej chciwości, pychy i nienawiści wszystkiego, co nie żydowskie. Ciągłe życie z Żydami marokańskimi, ludźmi godnymi pogardy i, poza nielicznymi wyjątkami, odrażającymi, to nieznośna męka. Mówią mi ‘bracie’, szczerym sercem chełpiąc się czynami kryminalnymi, zwierzając mi się z nikczemnych uczuć”. Było to bardzo trudne doświadczenie w życiu Karola, o którym napisze: „Pogardzali mną poganie tak, jak pogardzali mną Izraelici… Na każdym miejscu moje życie było zagrożone albo przez Heroda, albo przez faryzeuszy. Zmuszony byłem uchodzić z miejsca na miejsce”.

Ten okres tułaczki był tajemniczym odkrywaniem Boga. Po powrocie do Francji poświęcił się całkowicie studiowaniu islamu. W swym paryskim mieszkaniu żył po arabsku. Spał na podłodze i pracował na dywanach. Czytał wszystko, co mógł znaleźć na temat Maghrebu, Arabów, islamu. Jego ciało było w Paryżu, ale duchem pozostawał w Północnej Afryce. Jednak pod wpływem swojej głęboko wierzącej rodziny i własnych przemyśleń dochoszedł do stwierdzenia: „Mahometanizm jest nadzwyczaj czarujący, oczarował mnie ponad miarę. Ale religia chrześcijańska jest prawdziwa. Łatwo tego dowieść”. Pragnie teraz powrócić do wiary swego dzieciństwa: „Pomyślałem sobie, że najlepiej będzie wziąć lekcje religii katolickiej tak, jak brałem lekcje arabskiego; tak jak szukałem dobrego nauczyciela, żeby mnie nauczył arabskiego, tak też szukałem wykształconego księdza, by dawał mi nauki odnośnie do religii katolickiej”. Takiego księdza znalazł w osobie o. Huvelina, który stał się dla niego ojcem i przyjacielem.

W październiku 1886 roku, mając 28 lat, przeżył nawrócenie. Odtąd zapragnął oddać całe życie Bogu. Pielgrzymka do Ziemi Świętej objawia mu oblicze Jezusa z Nazaretu, za którym będzie podążał i naśladował Go całym swoim sercem. Powodowany tym pragnieniem wstąpił do zakonu trapistów, gdzie spędził siedem lat. Surowy zakon wydał mu się za mało surowy, dlatego opuścił go i przez cztery lata żył w Nazarecie jako pustelnik, obok klasztoru klarysek. Stopniowo jednak odkrywał, że miłość Chrystusa najpełniej możemy wyrazić przez służbę najbardziej opuszczonym. Kierowany tym odkryciem, Karol po święceniach kapłańskich w 1901 roku wyjechał na Saharę najpierw do Beni-Abees, potem do Tamanrasset, gdzie starał się być przyjacielem i bratem koczowników na pustyni; uczył się ich języka, poznawał ich kulturę. Nie usiłował ich nawracać, ale kochał ich i poświecił im całe swoje życie. Oddawał im wszystkie pieniądze jakie otrzymywał od swojej rodziny z Francji. W swoich notatkach zapisał: „Nie obawiać się ani ich brudu ani ich wszy. Nie dążyć do posiadania wszy, ale też nie bać się ich, zachowywać się tak, jakby nie istniały. Kiedy je mam, muszę starać się ich pozbywać (ale bez przesadnego wysiłku), żeby nie dostały się do szat liturgicznych, ale nie obawiać się, że pojawią się znów… Żyć z tubylcami na podobieństwo Jezusa żyjącego z Apostołami, do których był On podobny…”

Pierwszego grudnia 1916 roku jeden z Tuaregów zapukał do mieszkania Karola. A gdy ten otworzył, tuarescy i harateńscy napastnicy, wśród nich znane i obce twarze, rzucili się na jego paczki i skrzynie. Po pewnym czasie rabusie zostali zaatakowani przez Arabów. W ogólnym zamieszaniu jeden z napastników zastrzelił Karola de Foucauld (z książki Wypłyń na głębię).

 

POWRÓT DO DOMU OJCA

W czasie jednej z pielgrzymek do Włoch odwiedziłem dom publiczny w starożytnych Pompejach. Na ścianach były widoczne freski ciał splecionych w kopulacyjnym uścisku, a na ziemi skamieniałe postacie w podobnych pozycjach. 24 sierpnia 79 r. spadł na ten dom rozpusty ogień z nieba, grzebiąc w swoich rozpalonych popiołach bywalców tego przybytku, nie dając im najmniejszej szansy ucieczki. Tego dnia potężna erupcja Wezuwiusza położyła kres istnieniu Pompei, miasta liczącego prawie 30 tysięcy mieszkańców. Pośród wielu bogów, starożytni pompejańczycy największą czcią darzyli Wenerę, boginię miłości. A miłością nazywali także proceder, który miał miejsce w domach publicznych, a przecież to nie ma nic wspólnego z miłością. W mieście archeologowie naliczyli 17 dużych domów publicznych, nie licząc tych mniejszych.  Sprośne rysunki i teksty były wszechobecne w mieście, którego mieszkańcy pławili się w luksusie. Kiedy Pompeje zostały unicestwione ktoś napisał na domu uciech: „Kubek, z którego ta ladacznica odlewała wino na cześć bogów, jest teraz głęboko pod kamieniami i popiołem”.

Przez pryzmat powyższej historii popatrzmy na jedną z najpiękniejszych przypowieści ewangelicznych o synu marnotrawnym. Brat syna marnotrawnego kieruje pretensje do swego ojca: „Oto tyle lat ci służę i nigdy nie przekroczyłem twojego rozkazu; ale mnie nie dałeś nigdy koźlęcia, żebym się zabawił z przyjaciółmi. Skoro jednak wrócił ten syn twój, który roztrwonił twój majątek z nierządnicami, kazałeś zabić dla niego utuczone cielę”. Sformułowanie „roztrwonił majątek z nierządnicami” możemy rozumieć dosłownie, albo też symbolicznie, jako zagubienie się w życiowych nieprawościach. Zanim jednak skupimy uwagę na marnotrawnym synu spójrzmy na „dobrego” syna. Zewnętrznie był on bardzo poprawny. Posłusznie spełniał nakazy ojca. Jednak zabrakło w tym miłości. Zamiast cieszyć się razem z ojcem, że jego brat się nawrócił obraził się i nie chciał wejść do domu. I chociaż nie przekroczył nakazów ojca, to w jego słowach wyczuwa się żal, że jego brat bawił się a on nie. Nie potrafił cieszyć się nie tylko powrotem brata, ale tym co otrzymał od ojca. A otrzymał wiele. Ojciec powiedział do niego: „Dziecko, wszystko moje jest twoje!”. A zatem nie można go nazwać idealnym synem. On też potrzebuje nawrócenia.

Główną postacią tej przypowieści jest jednak ojciec i marnotrawny syn, który wbrew woli ojca wziął przypadającą na niego część majątku i opuścił rodzinny dom. Opuścił nie tylko fizycznie, ale i duchowo. Odszedł od zasad moralnych rodzinnego domu, co w konsekwencji przyczyniło się także do utraty majątku. Było to jednak potrzebne, aby odrodził się duchowo. Dopiero gdy upadlał tak nisko, że był gotowy jeść z koryta dla świń zrozumiał swój błąd. Z wielkim żalem i skruchą postanowił wrócić do domu ojca. I tu zaczyna się najważniejsza część przypowieści, którą możemy nazwać przypowieścią o miłosiernym ojcu. Ojciec nie tylko wybaczył synowi, ale przygotował wspaniałą ucztę, aby wszyscy się radowali z powrotu marnotrawnego syna.

Ta piękna przypowieść jest tak klarowna, że można zostawić ją bez komentarza. Domyślamy się, że miłosiernym ojcem jest Bóg. Przez chrzest staliśmy się Jego domownikami. W tym domu czujemy łagodny powiew miłości, której stabilność odnajdujemy w bożych przykazaniach, w tym domu pełno jest światła, które pozwala wszystko widzieć we właściwym wymiarze. To światło, które zabłysło na ziemi ogarnie nas pełnią w wiecznym domu naszego Ojca. Przebłyski tego światła możemy dostrzec w pięknych katedrach, bogatej liturgii kościoła, pięknych tradycjach, w ręce wyciągniętej w geście miłości… A człowiek nieraz myśląc, że znajdzie lepszy sposób na życie, opuszcza dom Ojca. I gdy życie zniży go, jak syna marnotrawnego do poziomu koryta świń, uświadamia sobie co stracił i powtarza za synem marnotrawnym: „Zabiorę się i pójdę do mego ojca, i powiem mu: Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Bogu i względem ciebie”. A Bóg szeroko otworzy dla niego drzwi swojego domu.

Wrócimy teraz do Pompei. Pierwsza część historii pompejańskiej w skali społecznej, to czas błądzenia syna marnotrawnego, druga, poniższa część jest historią powrotu do domu Ojca. Prawie 1800 lat po zagładzie starożytnych Pompejów przybył tam bł. Bartłomiej Longo, który doświadczył w swoim życiu losu syna marnotrawnego. Pochodził z pobożnej rodziny. Jednak w czasie studiów zaczął oddalać się od wiary. Brał udział w seansach spirytystycznych, aż w końcu całkowicie stracił wiarę. Jednak pod wpływem dominikanina Albert Radente, w wieku 30 lat nawrócił się i wstąpił do Trzeciego Zakonu Dominikańskiego. Zrezygnował z intratnej pracy adwokata i poświęcił się dziełom miłosierdzia  Za radą Leona XIII ożenił się  z wdową, księżną Anną Marią Fornarari de Fusco. Razem przeżyli w czystości 50 lat, poświęcając się realizowaniu wspólnych duchowych ideałów. W czasie tej pracy dopadły go wątpliwości. I wtedy usłyszał głos: „Jeśli poszukujesz zbawienia, znajdziesz je w Różańcu. To obietnica Maryi”.

Zawierzając Matce Bożej Różańcowej swoja posługę apostolską przybył do Pompei. Zetknął się tu z ignorancją ludu, biedą, przestępczością i obojętność religijną. Do Pompei wszedł z obrazem Matki Bożej, który nazywał „narzędziem dla rozpoczęcia jednego z największych zmiłowań Bożego Miłosierdzia”. Wytrwała praca i modlitwa różańcowa przemieniały ludzi. Wielu usłuchało wołania św. Pawła z Listu do Koryntian: „W imię Chrystusa prosimy: pojednajcie się z Bogiem”. Pojednali się i wrócili do domu Ojca. W roku 1876 Bartłomiej Longo rozpoczął budowę sanktuarium Matki Bożej Różańcowej. Wokół sanktuarium powstawały sierocińce, szkoły, przytułki, pracownie dla biednych dzieci. Miasto Królowej Różańca tętniło pobożnością maryjną i miłością ogarniającą każdego człowieka. Bartłomiej sprowadził do Pompei obraz Matki Bożej, który w niedługim czasie zasłynął łaskami. Już pierwszego dnia po przywiezieniu obrazu odnotowano dwa przypadki cudownych uzdrowień. Do Bazylki Matki Bożej Różańcowej ciągnęły tłumy ludzi. Dokonywały się tu cuda uzdrowień duchowych i fizycznych. Matka Boża Różańcowa witała niejako synów marnotrawnych i wprowadzała do domu Ojca.

W apostolskim liście „Rosarium Virginis Mariae” pap. Jan Pawel II wspomina bł. Bartłomieja:  „Chętnie wypowiadam jego wzruszające słowa, jakimi kończy on słynną Suplikę do Królowej Różańca Świętego: ‘O, błogosławiony różańcu Maryi, słodki łańcuchu, który łączysz nas z Bogiem; więzi miłości, która nas jednoczysz z aniołami; wieżo ocalenia od napaści piekła; bezpieczny porcie w morskiej katastrofie! Nigdy cię już nie porzucimy. Będziesz nam pociechą w godzinie konania. Tobie ostatni pocałunek gasnącego życia. A ostatnim akcentem naszych warg będzie Twoje słodkie imię, o Królowo Różańca z Pompei, o Matko nasza droga, o Ucieczko grzeszników, o Władczyni, Pocieszycielko strapionych. Bądź wszędzie błogosławiona, dziś i zawsze, na ziemi i w niebie’” (z książki Bóg na drogach naszej codzienności).

 

SYNU WRÓĆ…

W jednej z moich poprzednich parafii zauważyłem kobietę, która ocierała łzy, gdy w kościele śpiewaliśmy pieśń o marnotrawnym synu: „Pustą samotną drogą, z sercem ciężkim od win. I ze spuszczoną głową szedł marnotrawny syn. Wróć, synu, wróć z daleka. Wróć, synu, wróć, ojciec czeka. I wychodzi na drogę, i wygląda stęskniony, czy nie wracasz do domu. Tyle razy odchodzisz i powracasz skruszony. A on zawsze dla ciebie ma otwarte ramiona”.

Kiedyś rozmowa zeszła na temat dzieci. Okazało się, że ta kobieta jest matką dwudziestoparoletniego syna, który przed kilku laty opuścił rodzinny dom, wpadł w złe towarzystwo i coraz bardziej pogrążał się w grzechu oraz oddalał od Boga. Marnował swoje życie. Zbolała matka mówiła: „Całe życie poświęciłam dla niego. Starałam się wychować na dobrego człowieka. Pomogłam zdobyć przyzwoite wykształcenie. Otoczyłam go miłością. A teraz pozostały mi tylko łzy zgryzoty. Nadal go kocham, oddałabym swoje życie, aby się tylko nawrócił, jak ten ewangeliczny syn. Aby wrócił do Ojca, wiem, że gdy wróci do Niego, to i ja go odzyskam. Modlę się i płaczę, aby stało się to jak najszybciej”.

Wzruszająca jest miłość matki, która zawsze wyciąga ramiona, aby przygarnąć swoje dziecko. Szczęśliwy to czas, gdy mamy świadomość istnienia miłości, czekającej na nas w progu rodzinnego domu. Jednak nieubłagany upływ czasu sprawia, że przy kolejnym powrocie pod rodzinny dach serce nasze przeniknie ból zrodzony ze świadomości, że na progu już nigdy nie pojawi się uśmiechnięta matka. Ten ból łagodzi wiara przekazana nam przez matkę. To ona mówiła o dobrym Ojcu, który jest w niebie. Ona uczyła nas rozmawiać z Nim w modlitwie: „Ojcze nasz, któryś jest w niebie”. Z tej wiary rodziła się pewność, że po naszej ziemskiej wędrówce, w progach niebieskiego domu będzie czekał na nas dobry Ojciec. Mamy także nadzieję, że nie zabraknie tam naszej matki. Upewnia nas w tym przypowieść o synu marnotrawnym, która jest bardziej opowieścią o miłosiernym ojcu. Młodszy syn poprosił o połowę majątku i ku rozpaczy ojca udał się w dalekie kraje, gdzie roztrwonił majątek z nierządnicami. Na dnie upadku, którego symbolem w tamtych czasach było pasienie świń, zrozumiał swój błąd i upodlenie. Zaczął żałować i postanowił wrócić do ojca. Padł na kolana przed nim i wyznał swoje grzechy. Ojciec go nie potępił. Wybaczył, przygarnął i kazał przygotować wspaniałą ucztę, bo syn, który zaginął odnalazł się. Ta wzruszająca historia jest opowieścią o naszym Ojcu niebieskim, który nas kocha i zawsze jest gotowy wybaczyć nam, gdy żałujemy za grzechy i skruszeni wracamy do Niego.

Włoski biblista i teolog kardynał Carlo Maria Martini zwraca uwagę na istotę tej przypowieści: „Najbardziej uderza w tym opowiadaniu jego osobowy charakter. Problemem nie jest to, co syn marnotrawny uczynił, że przepuścił pieniądze, ani to, jak żył w kraju, do którego się udał. Nie podaje się spisu jego grzechów. Najistotniejsze jest to, że syn źle postąpił wobec ojca, że więzy między nimi zniszczone przez brak zaufania, ponieważ syn uwierzył, że lepiej mu będzie poza domem. Więzi między ojcem i synem zostają przywrócone dzięki odbudowaniu zaufania. Grzech jawi się tutaj w najbardziej osobowym aspekcie: człowiek został powołany do zawierzenia Bogu, Bogu jako Ojcu; przez brak zaufania człowiek zerwał ten związek. Całe opowiadanie jest pod znakiem końcowej uczty radości i miłości. I podczas tej uczty na nowo tworzą się więzi, odbudowana zostaje przyjaźń, przywrócona nadzieja”.

Bóg obdarzając nas taką miłością wzywa nas do okazywania jej naszym braciom. Moc do takiej miłości odnajdujemy w jedności z Bogiem. Święty Paweł w drugim liście do Koryntian pisze: „Wszystko zaś to pochodzi od Boga, który pojednał nas z sobą przez Chrystusa i zlecił nam posługę jednania. Albowiem w Chrystusie Bóg pojednał ze sobą świat, nie poczytując ludziom ich grzechów, nam zaś przekazując słowo pojednania”.

Philip Yancey w książce Rumors of Another World: What On Earth Are We Missing? ukazuje jak w praktyce można to realizować. Opisywane zdarzenie miało miejsce w Południowej Afryce w czasie trwania apartheidu. Oficer van de Broek i jego kolega zastrzelili młodzieńca a później pocięli jego ciało na kawałki i spalili. Kilka lat później schwytali ojca zamordowanego chłopca. Przywiązali go do drewnianego pala, oblali benzyną i podpalili. Oficerowie przymusili żonę ofiary mordu, aby na to wszystko patrzyła. Po upadku apartheidu oficerowie zostali postawieni przed komisją śledczą. Po skończeniu zeznań oficera, członek komisji zwrócili się do żony zamordowanego: „Jakiej kary żąda pani dla van de Broeka?” Kobieta powiedziała, że najpierw chciałaby, aby oficer wskazał jej miejsce śmierci męża, aby mogła zabrać jego prochy i urządzić pogrzeb. Oficer skinął głową na znak, że jest gotowy to uczynić. Następnie kobieta powiedziała: „Pan van de Broek zabrał mi całą rodzinę, a ja mam w sobie jeszcze tak wiele miłości. Chciałabym, aby dwa razy w miesiącu przychodził do naszego getta i spędził cały dzień ze mną, ja będę dla niego matką. Chciałbym, aby pan van de Broek wiedział, że Bóg mu wybaczył, dlatego i ja mu wybaczam. Chciałbym go uścisnąć, aby przekonał się, że moje wybaczenie jest prawdziwe. Van de Broek po usłyszeniu tych słów, zemdlał.

Wybaczenie jest potrzebne dla nas samych, uwalnia nas od trucizny rozgoryczenia. Niech za ilustracje posłuży poniższa historia. Charles Bracelen Flood w książeczce „Lee: The Last Years” opisuje zdarzenie jakie miało miejsce w czasie wojny secesyjnej w Ameryce. Dowódca wojsk Konfederacji, generał Robert E. Lee w czasie wizytacji stanu Kentucky wstąpił do jednego z domów, gdzie właścicielka zaprowadziła go na podwórze i pokazała resztki po olbrzymim drzewie. Ze złością narzekała, że artyleria konfederatów zniszczyła gałęzie i uszkodziła pień pięknego drzewa. Generał ubolewał nad tym co się stało, okazał zrozumienie dla żalu kobiety. A po krótkim milczeniu powiedział: „Niech pani wytnie to drzewo i zapomni o tym”. Lepiej jest wybaczyć niesprawiedliwość niż pozwolić, aby rozgoryczenie zapuściło korzenie trucizny na resztę naszego życia.

Wybaczenie jest także zwycięstwem, które przemienia nawet naszych wrogów. Gdy pierwsi misjonarze przybyli do miejscowości Alberta w Kanadzie spotkali się z brutalnym przyjęciem młodego indiańskiego wodza imieniem Maskepetoon. Jednak po pewnym czasie słowa Ewangelii odmieniły młodego wodza tak, że uznał Chrystusa za swego Pana. W niedługim czasie wojownik z plemienia Czarne Stopy zabił ojca Maskepetoona. Maskepetoon przyjechał do wioski, gdzie mieszkał morderca jego ojca. Kazał go przyprowadzić do siebie i powiedział: „Zabiłeś mojego ojca, zatem ty musisz być moim ojcem. Możesz jeździć na moim najlepszym koniu i wkładać moje najlepsze ubrania”. Zdumiony i skruszony morderca wyznał z żalem: „Mój synu, ty mnie zabiłeś”. Chciał przez to powiedzieć, że nienawiść w jego sercu została kompletnie wymazana przez wybaczenie i życzliwość młodego wodza. Stał się innym człowiekiem (Today in the Word, November 10, 1993).

Słysząc w Wielkim Poście przypowieść o miłosiernym ojcu warto jeszcze raz uświadomić sobie, że jesteśmy grzesznikami, i że możemy liczyć na Boże Miłosierdzie, jeśli sami okazywać będziemy miłosierdzie naszym bliźnim. Codziennie deklarujemy taką postawę odmawiając modlitwę Ojcze nasz: „Odpuść nam nasze winy jak i my odpuszczamy naszym winowajcom” (z książki W poszukiwaniu mądrości życia).

 

POWIEDZ PRZEPRASZA – OJCIEC CZEKA

W roku 2000, św. Jan Paweł powiedział do uczestników Kongresu Światowego Towarzystwa Transplantologicznego: „W takim kontekście, bogatym w wartości ludzkie i w miłość, rodzą się także gesty heroiczne. Są one najbardziej uroczystym wysławianiem Ewangelii życia, ponieważ głoszą ją poprzez całkowity dar z siebie; są chwalebnym objawieniem miłości największej, która każe oddać życie za ukochaną osobę; są uczestnictwem w tajemnicy Krzyża, w której Jezus objawia, jak wielką wartość ma dla Niego życie każdego człowieka i jak realizuje się ono w pełni poprzez bezinteresowny dar z siebie. Oprócz faktów powszechnie znanych, istnieje jeszcze heroizm dnia codziennego, na który składają się małe lub wielkie gesty bezinteresowności, umacniające autentyczną kulturę życia. Pośród tych gestów na szczególne uznanie zasługuje oddawanie organów, zgodnie z wymogami etyki, w celu ratowania zdrowia, a nawet życia chorym, pozbawionym niekiedy wszelkiej nadziei (…). Każdy przeszczep narządu ma swoje źródło w decyzji o wielkiej wartości etycznej, decyzji, aby bezinteresownie ofiarować część własnego ciała z myślą o zdrowiu i dobru innego człowieka. Na tym właśnie polega szlachetność tego czynu, który jest autentycznym aktem miłości.”

Szesnaście lat później odbyło się w Polsce XII Sympozjum Polskiego Towarzystwa Transplantacyjnego zorganizowanego z okazji 50-tej rocznicy pierwszego udanego przeszczepienia nerki w Polsce. W sympozjum wziął udział prezydent Polski Andrzej Duda, który nawiązując do słów św. Jana Pawła II powiedział: „Czasem jest to akt odwagi kogoś z rodziny, czasem nawet osoby zupełnie obcej, która darowuje swój organ – to przede wszystkim nerki, ale to także często taki swoisty gest, o którym mówił Ojciec Święty Jan Paweł II. Mówił o geście wielkiej etyki i wielkiego dobra, wielkiego daru, jakim jest podjęcie decyzji o tym, że twój organ będzie oddany albo w momencie, w którym rodzina się na to godzi”. Aby nie być gołosłownym prezydent podpisał oświadczenie woli przekazania po śmierci swoich narządów do przeszczepu. Zaapelował także do Rodaków, aby zastanowili się nad decyzją podpisania podobnego oświadczenia, które może uratować komuś życie. Na taki gest decydują się najczęściej ludzie szlachetnego serca i powinni zasługiwać oni na głęboki szacunek ze strony innych. Jednak okazuje się, że człowiek może być tak zdeprawowany, moralnie zagubiony, daleki od Boga, że nawet tak wzniosły czyn wyśmiewa i kpi z tych, którzy dla ratowania życia bliźniego gotowi są po śmierci oddać swoje organy.

Jedna z pań na swoim profilu Facebookowym z wielką satysfakcją i akceptacją zacytowała wypowiedź polskiego celebryty Kuby W., który kpiąc z decyzji prezydenta powiedział: „W wypadku i konieczności ratowania życia proszę nie przeszczepiać mi żadnego narządu pana prezydenta”. Pomijając zawstydzającą haniebność tej wypowiedzi widzimy wielką głupotę i pychę tego człowieka. Skąd ma on pewność, że to nie jego organy będą przeszczepione innym, oczywiście pod warunkiem, że kiedykolwiek opamięta się i zdobędzie na ten szlachetny czyn, do którego zachęca go nasz prezydent. Najbardziej zdumiały mnie wpisy na tym profilu wtórujące Kubie. Nigdy nie przypuszczałem, że człowiek może tak zdziczeć, tak nisko upaść. Wypowiedzi są tak wulgarne, że nawet ich nie cytuję, bo wiem, że Naczelna Kuriera Plus ze względu na przyzwoitość tej gazet i szacunek dla jej Czytelników i tak by je wykreśliła. Jednak z tego steku obrzydliwych wypowiedzi zacytuje najmniej agresywną i prymitywną: „Ma rację Wojewódzki, do Jaguarów, Porszaków, Mercedesów czy BMW nie wkłada się części od maluchów. Teraz mogę czekać, kiedy Jarosław I Mały przyśle inkwizycję Rydzykową”.

Ewangeliczna przypowieść o synu marnotrawnym, którą słyszymy w czwartą niedzielę Wielkiego Postu niesie nadzieje także dla ludzi, a może przede wszystkim dla nich, że nawet z największego zdziczenia, zdeprawowania, zatracenia wartości bożych i ludzkich możemy powrócić do domu Ojca, który jest domem miłości wybaczającej. Syn marnotrawny, zabierając część majątku przypadającą na niego opuścił dom swojego ojca. W niedługim czasie roztrwonił odziedziczony majątek i spadł na dno moralne i społeczne, co Ewangelia ujmuje w słowach: „Poszedł i przystał do jednego z obywateli owej krainy, a ten posłał go na swoje pola, żeby pasł świnie. Pragnął on napełnić swój żołądek strąkami, które jadały świnie, lecz nikt mu ich nie dawał”. Zapewne w tym momencie, gdy stanął przy korycie świń i nikt nie zapraszał go do świńskiej uczty uświadomił sobie jak bardzo upadł. Zrozumiał swój błąd, postanowił wrócić do ojca, błagając o wybaczenie. Jak postanowił, tak zrobił i w ramionach ojca odnalazł wybaczającą miłość. Początkiem każdego nawrócenia jest uświadomienie sobie własnego upadku, odejścia od domu miłości. I nieraz Bóg pozwala człowiekowi, aby stanął przy korycie z karmą świń, do którego nikt go nie zaprasza. Jakże tragiczny jest los człowieka, gdy to „koryto” przybierze kształt wieka jego własnej trumny.

Włoski biblista i teolog kardynał Carlo Maria Martini napisał: ,,Najbardziej uderza w tym opowiadaniu jego osobowy charakter. Problemem nie jest to, co syn marnotrawny uczynił, że przepuścił pieniądze, ani to, jak żył w kraju, do którego się udał. Nie podaje się spisu jego grzechów. Najistotniejsze jest to, że syn źle postąpił wobec ojca, że więzy pomiędzy synem i ojcem zostały zniszczone przez brak zaufania, ponieważ syn uwierzył, że lepiej mu będzie poza domem. Więzi między ojcem i synem zostają przywrócone dzięki odbudowaniu zaufania. Grzech jawi się tutaj w najbardziej osobowym aspekcie: człowiek został powołany do zawierzenia Bogu, Bogu jako Ojcu; przez brak zaufania człowiek zerwał ten związek. Całe opowiadanie jest pod znakiem końcowej uczty radości i miłości. I podczas tej uczty na nowo tworzą się więzi, odbudowana zostaje przyjaźń, przywrócona nadzieja”.

Przypowieść o miłosierdziu Boga Ojca niesie nadzieję, ale jest także wezwaniem do zastanowienia nad naszymi odejściami od Boga. Przynagla nas także do konkretnych działań z naszej strony na półmetku Wielkiego Postu. Przypomina nam to św. Paweł w słowach skierowanych do mieszkańców Koryntu, ale odnoszących się także do nas: „W imię Chrystusa prosimy: pojednajcie się z Bogiem. On to dla nas grzechem uczynił Tego, który nie znał grzechu, abyśmy się stali w Nim sprawiedliwością Bożą”. Chrystus przez swój Kościół pełni posługę pojednania nas z Bogiem. Święty Paweł pisze: „To, co dawne, minęło, a oto stało się nowe. Wszystko zaś to pochodzi od Boga, który pojednał nas z sobą przez Chrystusa i zlecił nam posługę jednania.” A zatem trzeba przyznać się do swego błędu, zacząć przepraszać, kochać i jednać się z bliźnimi, ale przede wszystkim z Bogiem. Wpatrzeni w syna marnotrawnego, padnijmy na kolana przed Panem, wyznajmy mu nasze grzechy, przeprośmy za nie, a wtedy Ojciec niebiski przygarnie nas, jak ojciec z przypowieści.

Niech w tej drodze do Ojca towarzyszy nam modlitwa o przemianę życia: „Panie Jezu, staję przed Tobą taki jaki jestem. Przepraszam za moje grzechy, żałuję za nie, proszę przebacz mi. W Twoje Imię przebaczam wszystkim cokolwiek uczynili przeciwko mnie. Wyrzekam się szatana, złych duchów i ich dzieł. Oddaję się Tobie Panie Jezu całkowicie teraz i na wieki”. (Kurier Plus, 2014).

 

OPUŚCIĆ „CHLEW”

Pewnego letniego popołudnia ojciec Briana powiedział, że w następną niedzielę przyjadą do nich na obiad kuzyni z Connecticut. Młody Brian miał swoje plany na niedzielę i okazał niezadowolenie z powodu tej wizyty i konieczności zmiany swoich planów. Ojciec spokojnie i rzeczowo starał się wyjaśnić sytuację, na co Brian zareagował niegrzecznie i opryskliwie. Matka spokojnie, ale zdecydowanie postawiła sprawę. Brian powiedział, że jest samolubna. Włączyła się także w dyskusję jego siostra, spokojnie i życzliwie przekonywała go do spotkania z kuzynami. Brian zareagował szyderczo i złośliwie. Nastała niezręczna cisza. Brian spokojnie spojrzał na życzliwe sobie twarze i uświadomił sobie, że coś jest z nim nie tak. Gdy dorósł i zmądrzał tak wspomina to wydarzenie: „Wtedy nie byłem zawstydzony, wstyd przyszedł później. Uświadomiłem sobie kim naprawdę byłem. Zrozumiałem, że byłem głupcem. Oczywiście, przez dłuższy czas trwałem w swojej głupocie. Nie można tak szybko uciec przed sobą. Nasza głupota jest pewnego rodzaju więzieniem, z którego winniśmy się wyrwać, aby dorastać do pełni człowieczeństwa”.

Marnotrawny syn z ewangelicznej przypowieści prawdopodobnie niewiele był starszy od Briana. Wbrew woli ojca zabrał należną mu część majątku i opuścił rodzinny dom. Za tą pierwszą nieprzemyślaną i głupią decyzją poszły następne. Jak mówi Ewangelia roztrwonił swój majątek, żyjąc rozrzutnie i zadając się z nierządnicami. Upadł na dno nie tylko moralne, ale także materialne. Zdecydował się na desperacki krok: „Poszedł i przystał na służbę do jednego z obywateli owej krainy, a ten posłał go na swoje pola, żeby pasł świnie. Pragnął on napełnić swój żołądek strąkami, którymi żywiły się świnie, lecz nikt mu ich nie dawał”. Dla Izraelity świnia to zwierzę nieczyste. A on decyduje się na codzienne przebywanie ze świniami. Co więcej, pragnął nawet jeść z koryta świń. To było kompletne dno. Dopiero wtedy uświadomi sobie, że żyje w świńskim chlewie, jest domownikiem świń. I zapragnął wyrwać się z tego i wrócić do domu ojca.

Dla młodego Briana uznanie swojego samolubstwa i głupoty był momentem uświadomienia sobie, że żyje w „świńskim chlewie”. To stało się impulsem do przemiany postępowania i życia. Wszyscy mamy takie przebłyski świadomości, objawienia, że znaleźliśmy się w „świńskim chlewie”. Dzieje się to wtedy, gdy stajemy w obliczu bałaganu życiowego, naszego egoizmu, naszej niewrażliwość i obojętności, naszej nieuczciwości, które ranią Boga i naszych bliźnich.

Wielki Post wzywa nas do przyjęcia łaski Bożej, która daje nam moc wyrwania się z błota naszych grzechów, „świńskiego chlewu”, aby ponownie wrócić do Boga, rodziny przyjaciół i odnaleźć autentyczny pokój i radość życia w uzdrawiającej mocy zmartwychwstałego Chrystusa. Św. Jan Paweł II w orędziu wielkopostnym mówił: „Wielki Post jest czasem prawdy. Zaiste, wezwany przez Kościół do modlitwy, pokuty i postu, do wewnętrznego i zewnętrznego ogołocenia z siebie, chrześcijanin staje przed Bogiem i uznaje się za tego, kim jest, odkrywa siebie na nowo. Czas głębokiej prawdy, który nawraca, przywraca nadzieję i – stawiając znów wszystko na swoim miejscu – uspokaja i sprawia, że rodzi się optymizm. Czas, który każe rozmyślać o stosunkach z ‘Ojcem naszym’, przywraca ład, który powinien panować między braćmi i siostrami; jest to czas, który nas czyni współodpowiedzialnymi za siebie; wyzwala z egoizmów, małości, miernoty i pychy; jest to czas, który oświeca i pozwala nam lepiej zrozumieć, że – podobnie jak Chrystus – powinniśmy służyć”. Z Listu św. Pawła do Koryntian: „W imię Chrystusa prosimy: pojednajcie się z Bogiem! On to dla nas grzechem uczynił Tego, który nie znał grzechu, abyśmy się stali w Nim sprawiedliwością Bożą”.

21 listopada 2011 w Prospect Park na Brooklynie został posadzony dąb. A na facebookowym profilu „Peter’s Tree Page” czytamy: „Zebraliśmy pieniądze, aby posadzić drzewko i ustawić ławkę zadedykowaną Peter’owi w Prospect Park. Powstała specjalna fundacja nazwana jego imieniem, The Peter Steele Fund, która pomaga opiekować się wszystkimi drzewami w parku, który kochał”. Peter pracował w parkach miejskich na Brooklynie i spełniał się w tym zajęciu. Nazywano go „Zielonym Człowiekiem”. Ksywka wzięła się stąd, że jako pracownik parkowy nosił zielony uniform. Tym kolorem identyfikował się z przyrodą, której był miłośnikiem. Kochał swoją pracę i marzył o powrocie do Departamentu Parków, gdy skończy karierę muzyka. Nie wrócił do tej pracy, bo zmarł na atak serca 14 kwietnia 2010 w wieku 48 lat. W piosence, „I don’t wanna be me”, wyśpiewał prorocze słowa: „Dwa kroki w przód, trzy kroki w tył / Bez ostrzeżenia, atak serca / Zasnął na śniegu / Nigdy się nie obudził, umarł samotny”. Wokalista urodził się 4 stycznia 1962 roku jako Petrus T. Ratajczyk. Tajemnice swojego nazwiska artysta wyjaśnia w tych słowach: „Chciałbym sprostować, bo moje korzenie są bardziej polskie niż rosyjskie. Owszem, mam przodków pochodzących z Rosji, ale to dalsze pokrewieństwo. Moja mama miała pochodzenie szkocko-irlandzko-islandzkie, a ojciec polskie. Z Rosji pochodzili dalsi krewni taty”.

Peter Steele, niezwykły artysta, kontrowersyjny, charyzmatyczny, członek m.in. zespołu muzycznego Type O Negative uchodził za ateistę i przeciwnika kościoła. Wchodził w konflikt z prawem. Raz trafił do aresztu na 30 dni za pobicie. Prowadził hulaszcze życie wypełnione narkotykami i alkoholem. Przez jakiś czas przybywał w szpitalu psychiatrycznym i ośrodku odwykowym z powodu uzależnienia od alkoholu i narkotyków. Wszystko zaczęło się zmieniać w 2005 roku po śmierci matki muzyka. Wspomina: „Kiedy zaczynasz myśleć o śmierci, zastanawiasz się też nad tym, co się stanie potem. Wtedy też zaczynasz mieć nadzieję, że Bóg istnieje. Dla mnie to przerażająca myśl, że mógłbyś iść donikąd. Nie mógłbym także uwierzyć w to, że ludzie tacy jak Hitler czy Stalin po śmierci trafiają w to samo miejsce, co Matka Teresa”.

Możemy powiedzieć, że w tym momencie Peter uświadomił sobie, że znalazł się w „chlewni świń”. I wtedy, jak marnotrawny syn, postanowił wrócić do domu ojca wyznając: „Zabiorę się i pójdę do mego ojca, i powiem mu: Ojcze zgrzeszyłem przeciw Bogu i względem ciebie: już nie jestem godzien nazywać się twoim synem: uczyń mnie choćby jednym z najemników”. I zapewne usłyszał słowa Ojca, skierowane do marnotrawnego syna: „Przynieście szybko najlepszą szatę i ubierzcie go; dajcie mu też pierścień na rękę i sandały na nogi! Przyprowadźcie utuczone cielę i zabijcie: będziemy ucztować i weselić się, ponieważ ten syn mój był umarły, a znów ożył; zaginął, a odnalazł się”. I zaczęli się weselić” (Kurier Plus, 2019).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *