27 Sty

4 niedziela zwykła Rok B

 

 

OTWIERANIE DRZWI.

W mieście Kafarnaum Jezus w szabat wszedł do synagogi i nauczał. Zdumiewali się Jego nauką; uczył ich bowiem jak ten, który ma władzę, a nie jak uczeni w Piśmie. Był właśnie w synagodze człowiek opętany przez ducha nieczystego. Zaczął on wołać: „Czego chcesz od nas, Jezusie Nazarejczyku? Przyszedłeś nas zgubić. Wiem, kto jesteś: Święty Boży”. Lecz Jezus rozkazał mu surowo: „Milcz i wyjdź z niego”. Wtedy duch nieczysty zaczął go targać i z głośnym krzykiem wyszedł z niego. A wszyscy się zdumieli, tak że jeden drugiego pytał: „Co to jest? Nowa jakaś nauka z mocą. Nawet duchom nieczystym rozkazuje i są mu posłuszne”. I wnet rozeszła się wieść o Nim wszędzie po całej okolicznej krainie galilejskiej (Mk 1,21-28).

Niektórzy współcześni teologowie i egzegeci próbują interpretować wypowiedzi o szatanie w sensie symbolicznym. Określenie „szatan” miałoby być jedynie uosobieniem zła, mającego swe ostateczne korzenie w ludzkiej wolności i grzechu. W odpowiedzi na taką interpretację papież Paweł VI w przemówieniach z dn. 29 czerwca i 15 października 1972 r. przypomniał tradycyjne chrześcijańskie przekonanie o istnieniu szatana. Szatan, bardzo często ukazywany jest jako przywódca złych duchów, usiłuje kusić człowieka do złego, wpływając na jego uczucia lub wyobraźnię. Sądzi się także, że niekiedy może dochodzić do wypadków fizycznego podporządkowania sobie człowieka przez szatana, co nazywa się opętaniem. Dostrzegalnym znakiem opętania jest poważne zakłócenie normalnego sposobu życia. Głównym celem działania złych duchów jest doprowadzenie człowieka do odstępstwa od Boga. Działanie złego ducha owocuje także zatwardziałością ludzkiego serca, odrzuceniem nauki Chrystusa i bałwochwalstwem.

Aby zrozumieć sens biblijnych opisów dokonywanych przez Jezusa uzdrowień ludzi opętanych, trzeba zdawać sobie sprawę, że nie są to reportaże odtwarzające dokładnie przebieg wydarzeń, lecz płynące z wiary w Jezusa jako Mesjasza i Syna Bożego pouczenia, które jednak nawiązują do konkretnych wydarzeń z Jego życia. Wyrzucanie złych duchów – zapowiadane przez proroków starotestamentalnych- należą do zbawczego posłannictwa Mesjasza i są znakiem nadejścia Królestwa Bożego. Uzdrowienia opętanych, których dokonuje Jezus, stanowią znak, że w Jego osobie objawia się nieskończona moc samego Boga, która łamie przewrotność i potęgę szatana, a ludzi uwalnia z niewoli zła i grzechu (por. Słownik teologiczny pod redakcją, ks. Andrzeja Zuberbiera).

Patrząc na ogrom zła, jakie może wyrządzić jeden człowiek odnosi się wrażenie, że jest on na usługach jakiejś nadnaturalnej potęgi zła. Jeden z dziennikarzy obecny na procesie w Norymberdze napisał: „Patrząc na zbrodniarzy hitlerowskich trudno uwierzyć, że ogrom zła, jakiego dokonali jest tylko ich dziełem. Wydaje się niemożliwe, aby tak kruchy człowiek o własnej mocy dokonał takiego zniszczenia. Odnosiłem wrażenie, że ci zbrodniarze byli na usługach jakieś nadprzyrodzonej, transcendentnej potęgi zła.” Opętanie przez złego ducha przybiera różne formy. Mogą to być opętańcze systemy, jak faszyzm czy komunizm. Opętani przez diabła wymyślają i produkują broń masowej zagłady z myślą jej użycia. Opętani przez diabła zachłannie zawłaszczają dobra materialne, skazując innych na śmierć głodową. Opętani przez diabła w telewizji, prasie i radiu propagują amoralny styl życia i kreują świat bez Boga. Pracuję z młodzieżą i widzę jak z zgubny jest wpływ tego typu programów. Dla wielu z tych młodych ludzi seks, pieniądze, pogoń za przyjemnościami za wszelką cenę stały się naczelnymi wartościami życia. Drugi człowiek się nie liczy. Dali się opętać.

W roku 1964 władze rumuńskie osadziły w więzieniach wiele osób ze względów politycznych i religijnych. Wśród uwięzionych znalazł się ks. Richard Wumbrand. Spędził on w więzieniu 14 lat. W książce pt. „In God’s Underground” opisuje więzienne lata. Przebywał w podziemnej celi, w której cały czas świeciła się żarówka. Jedynym meblem była twarda prycza. Do ubikacji wyprowadzał strażnik, na którego nieraz trzeba było czekać długie godziny. Pewnej nocy Richard usłyszał stukanie w ścianę. To jego nowy sąsiad-więzień dawał znak o sobie. To pukanie denerwowało Wumbranda. Później jednak zorientował, że jego sąsiad, radiooperator chce go nauczyć alfabetu Morsa. Po opanowaniu tej sztuki porozumiewania się Richard zapytał, czy radiooperator jest chrześcijaninem. Po długiej ciszy radiooperator wystukał: „Nie mogę powiedzieć tak.” Przez wiele miesięcy prowadzili ze sobą długie rozmowy. Aż pewnej nocy radiooperator wystukał: „Chciałbym wyznać moje grzechy. „Ta prośba poruszyła bardzo głęboka Wumbranda. Spowiedź, przerywana milczeniem trwała bardzo długo. Gdy radiooperator skończył ks. Wumbrand głęboko wzruszony przekazał alfabetem Morsa słowa rozgrzeszenia. Był to dramatyczny moment dla tych dwóch mężczyzn. W odpowiedzi na rozgrzeszenie radiooperator wystukał te słowa: „To są moje najszczęśliwsze chwile w ciągu moich ostatnich lat.”

Jaki jest związek ewangelicznej sceny uzdrowienia opętanego z powyższą historią? W jednym i drugim wypadku doszło do autentycznego spotkania z Jezusem. W jednym i drugim wypadku Chrystus uwalnia z niewoli zła. W jednym i drugim wypadku uwolnienie od zła niesie wewnętrzny pokój i radość i staje się znakiem przychodzącego do nas w Jezusie Chrystusie Królestwa Bożego.

Autentyczne spotkanie z Chrystusem uwalnia nas od zła i czyni odpornym na wpływ złego ducha. Dlatego papież tak często woła: „Otwórzcie drzwi Chrystusowi”. Otwórzcie drzwi państw, domów, a przede wszystkim drzwi swoich serc (z książki Ku wolności).

Fot. Ruiny synagogi w Kafarnaum

 

 

SŁOWO MOCY I PRAWDY

Mojżesz tak przemówił do ludu: „Pan Bóg twój wzbudzi ci proroka spośród braci twoich, podobnego do mnie. Jego będziesz słuchał. Właśnie o to prosiłeś Pana Boga swego na Horebie, w dniu zgromadzenia: «Niech więcej nie słucham głosu Pana Boga mojego i niech już nie widzę tego wielkiego ognia, abym nie umarł»”. I odrzekł mi Pan: „Dobrze powiedzieli. Wzbudzę im proroka spośród ich braci, takiego jak ty, i włożę w jego usta moje słowa, będzie im mówił wszystko, co rozkażę. Jeśli ktoś nie będzie chciał słuchać moich słów wypowiedzianych w moim imieniu, Ja od niego zażądam zdania sprawy. Lecz jeśli który prorok odważy się mówić w moim imieniu to, czego mu nie rozkazałem, albo wystąpi w imieniu bogów obcych, taki prorok musi ponieść śmierć” (Pwt 18,15-20).

Willis King był pierwszym biskupem protestanckim pochodzenia afrykańskiego w Ameryce, który obronił pracę doktorską ze Starego Testamentu. Zan Holmes w publikacji World Outlook przytacza historię opowiedzianą przez biskupa Kinga. Po ukończeniu studiów King przez pewien czas przebywał w domu rodziców. W tym czasie zdecydował się na zaciągnięcie pożyczki w banku na pierwszy w swoim życiu samochód. Ojciec Kinga chciał pójść z synem do banku, aby za nim poręczyć. Ale młody King nie przyjął oferty swego ojca mówiąc, że teraz sam jest w stanie zadbać o swoje sprawy. Jest już dorosły, a ponadto ma doktorat. Pracownik banku zapytał Kinga: „Czym możesz poręczyć żądaną sumę. Jeśli chcesz pożyczyć 500 dolarów, to musisz podać nam poręczenie takiej samej wartości”. King dumnie powiedział, że poręczeniem może być jego doktorat. Pracownik banku oświadczył, że jest mu bardzo przykro, ale doktorat nie ma żadnej wartości jako poręczenie pożyczki. Zmieszany King zamierzał wrócił do domu. Ale gdy się odwrócił zobaczył, że zanim stoi jego ojciec, który zaproponował podpisanie dokumentu poręczającego pożyczkę. „Ależ ojcze, ty nie umiesz pisać, jedynie możesz postawić znaczek „X” – odpowiedział syn. Słysząc tę rozmowę pracownik banku powiedział: „Może to i prawda, że twój ojciec nie umie pisać. Jest w stanie postawić tylko znaczek „X”. Ale to dzięki temu znaczkowi „X” mogłeś otrzymałeś pożyczkę na opłacenie swoich studiów. Jeśli chcesz otrzymać w naszym banku pożyczkę na samochód, ten sam znaczek „X”, którym się podpisuje twój ojciec może ci to umożliwić”. Znaczek „X” miał większą wymowę i moc aniżeli cała praca doktorska Kinga. Za tym prostym symbolem, kryła się prawda, która mogła wpływać na kształt życia, decydować o rzeczywistości.

Na różne sposoby zdobywamy wiedzę o świecie i nas samych. Pragniemy tej wiedzy, aby mądrzej żyć. Mądrość życia, po części jest owocem wiedzy, ale przede wszystkim rodzi się ona z rozświetlonej bożą prawdą refleksji nad wydarzeniami z naszego życia i życia naszych bliźnich. W procesie odkrywania mądrości życia, słowo spełnia niezastąpioną rolę. Nie każde słowo ma jednakową moc przekonania. Słysząc słowa staramy poznać kto za tym słowem stoi, kto je wypowiedział. Sami zaś, gdy chcemy przekazać komuś jakąś prawdę cytujemy bardzo często ludzi o ugruntowanym autorytecie, którzy zasłynęli swoją mądrością poprzez słowo lub czyn. I w ostatecznym argumencie sięgamy po słowo, które ma swe źródło w samym Bogu.

W Starym Testamencie uczeni w Piśmie byli nauczycielami mądrości. Mądrość ich słowa była na tyle wiarygodna na ile miała oparcie w słowie bożym. Dlatego też uczeni w Piśmie często w swoim nauczaniu odwoływali się do tego słowa, które było zawarte w księgach zapisanych przez ludzi wybranych przez Boga. Uczeni w Piśmie jak i też prorocy nie byli ostateczną miarą mądrości. Tą miarą był Bóg. W Księdze Powtórzonego Prawa czytamy: „Dobrze powiedzieli. Wzbudzę im proroka spośród ich braci, takiego jak ty, i włożę w jego usta moje słowa, będzie im mówił wszystko, co rozkażę. Jeśli ktoś nie będzie chciał słuchać moich słów wypowiedzianych w moim imieniu, Ja od niego zażądam zdania sprawy. Lecz jeśli który prorok odważy się mówić w moim imieniu to, czego mu nie rozkazałem, albo wystąpi w imieniu bogów obcych, taki prorok musi ponieść śmierć” (Pwt 18, 18-20).

Inaczej wygląda sprawa z nauczaniem Jezusa. Sięga On po Świętą Księgę, aby karmić mądrością w niej zawartą zgromadzone tłumy. Jednak Biblia nie stanowi ram ograniczających Jego nauczanie. Chrystus odkrywa przed słuchaczami nowe prawdy, które dla uczonych w Piśmie brzmią jak bluźnierstwa. A lud słucha z zapartym tchem słów Jezusa, bo te słowa mają w sobie wewnętrzną moc. „Zdumiewali się Jego nauką; uczył ich, bowiem jak ten, który ma władzę, a nie jak uczeni w Piśmie”. Zachowując należne proporcje możemy powiedzieć, że słowo Jezusa miało taką moc jak podpis ojca Kinga, o którym pisałem na wstępie. Ta moc nie kryła się w wyrafinowanej, często zwodniczej formie słów, ale realnej rzeczywistości. Słowo Chrystusa miało moc sprawczą.

Chrystus wiele razy potwierdzał prawdziwość swoich słów przekonywującymi dowodami w formie cudów, które wskazywały, że jest On ostatecznym źródłem zbawiającej mądrości. Spotkanie z opętanym przez ducha nieczystego stało się także okazją dla Chrystusa, aby pokazać moc swego słowa. Szatan, które według Biblii jest duchem inteligentnym i przebiegłym rozpoznaje w Chrystusie Syna Bożego: „Czego chcesz od nas, Jezusie Nazarejczyku? Przyszedłeś nas zgubić. Wiem, kto jesteś: Święty Boży”. Mocą słowa Chrystus wyrzuca złego ducha z opętanego. To było widocznym znakiem, że nauczanie Jezusa jest inne aniżeli nauczanie uczonych w Piśmie. Zdumieni słuchacze pytali: „Co to jest? Nowa jakaś nauka z mocą. Nawet duchom nieczystym rozkazuje i są Mu posłuszne.”

Scena wyrzucenia złego ducha nie jest tylko formą przypowieści, ale mówi o realnej rzeczywistości istnienia szatana. Potwierdzają to także przypadki opętania w dzisiejszych czasach. W roku 1970 nakręcono film „Egzorcysta”, który opowiada historię młodej dziewczyny opętanej przez ducha nieczystego. Film opiera się na autentycznym przypadku opętania przez ducha nieczystego czternastoletniego chłopca, który żył w Mt. Rainier, Maryland. W roku 1949 Newsweek opisuje to wydarzenie tymi słowami: „Obrazy, krzesła, łóżko chłopca nagle przesuwały się. Chłopiec nie mógł w nocy zasnąć. Po przewiezieniu go do szpitala, zaczął on bluźnić w starożytnych językach. Był bardzo agresywny, dlatego przypięto go pasami do łóżka. Niespodziewanie pojawiły się na jego ciele długie czerwone zadrapania”. Chłopiec został uwolniony z szatańskiego opętania przez obrzędy egzorcyzmu i obecnie żyje w Waszyngtonie.  Starszy kapłan, który odmawiał egzorcyzmy nad opętanym przyrzekł, że nigdy o tym nie będzie rozmawiał. I rzeczywiście nic na ten temat nie mówił, ale wszyscy widzieli, że życie tego kapłana zmieniło się nie do poznania. Zachowywał się tak, jakby doświadczył w swoim życiu ogromnego zła, któremu może sprostać tylko potęgi Boga. W konsekwencji, całym swoim życie przylgnął do Boga.

Wyrzucenie złego ducha opisane w Ewangelii było także znakiem, że wraz z przyjściem Chrystusa, na ziemi zaczyna zwyciężać Królestwo Boże. Jezus zainaugurował Królestwo Boże. Ale nie jest ono jeszcze kompletne, dlatego Chrystus uczy nas modlitwy, w której powtarzamy; „Przyjdź królestwo Twoje”. A nasze słowo, w mocy Boga ma moc spełnienia (z książki Nie ma innej Ziemi Obiecanej).

 

 

NAUKA Z MOCĄ 

I odrzekł mi Pan: „Dobrze powiedzieli. Wzbudzę im proroka spośród ich braci,    takiego jak ty, i włożę w jego usta moje słowa, będzie im mówił wszystko, co   rozkażę. Jeśli ktoś nie będzie chciał słuchać moich słów wypowiedzianych w moim imieniu, Ja od niego zażądam zdania sprawy. Lecz jeśli który prorok odważy się mówić w moim imieniu to, czego mu nie rozkazałem, albo wystąpi w imieniu bogów obcych, taki prorok musi ponieść śmierć” (Pwt 18,17-20).

Dostęp do Internetu to wielkie dobrodziejstwo dla dzisiejszego człowieka, ale wcale to nie znaczy, że go ubogaca, nieraz może być wręcz przeciwnie. Internet daje każdemu możliwość wypowiedzenia się. Gdy zaczniemy czytać wypowiedzi czytelników na poruszany temat, dostrzegamy jak wielkim i obrzydliwym śmietnikiem może być Internet. W tych wypowiedziach bardzo często dostrzegamy bezgraniczną głupotę, bełkot z pianą nienawiści na ustach, drwinę nawet z największej ludzkiej tragedii, nieuszanowanie żadnego autorytetu i wartości. Najczęściej wypowiadający odwołują się do jedynego autorytetu, jakim jest ich własna głupota i moralne zdeprawowanie. Nieraz po lekturze kilku wypowiedzi czuję się jakbym wpadł do szamba. Wyskakuję z niego bardzo szybko, zostawiając w szambie kotłujące się i obrzucające fekaliami anonimowe towarzystwo. W tym kotle słowo nie ma żadnego znaczenia i autorytetu. Czuje się jakby za tymi wulgarnymi słowami nienawiści i głupoty stał jakiś władca duchów nieczystych, o których mówi Ewangelia z dzisiejszej niedzieli. Ale oprócz tych anonimowych zapluwaczy Internetu są ludzie znani po imieniu, obdarzeni społecznym zaufaniem, często posadzeni na poselskich fotelach, którzy używają w mediach podobnego języka. Tacy ludzie rozsiewają wokół siebie zło, prowadza do eskalacji podziałów i konfliktów.  .

W forsowaniu swoich poglądów są oni bardzo często podobni do kapitana z poniższej historii.  W czasie manewrów marynarki wojennej Stanów Zjednoczonych pogorszyła się pogoda, ograniczając do minimum widoczność.  Nagle jeden z oficerów dyżurnych zameldował, że na kursie okrętu widoczne jest światło. Wyglądało na to, że ten drugi okręt jest na kursie kolizyjnym, dlatego kapitan nakazał nadać sygnał świetlny alfabetem morsa tej treści: „Jesteśmy na kursie kolizyjnym. Proszę zmienić kurs o 20 stopni”. „Zalecamy wam również zmianę kursu o 20 stopni”- przyszła odpowiedź. Kapitan nakazał wysłać następującą wiadomość: „Jestem kapitanem i żądam zmiany kursu”. Na co otrzymał odpowiedź: „Ja jestem tylko podoficerem, ale radzę zmianę kursu o 20 stopni”. Wściekły kapitan wysłał następny sygnał tej treści: „Jestem kapitanem okrętu wojennego i natychmiast żądam zmiany kursu waszego okrętu o 20 stopni”.  Na co otrzymał odpowiedź: „Jesteśmy latarnią morską. Zmieniliśmy już kurs” (Max Lucado, In the Eye of the Storm).

Pośród Internetowego bełkotu można usłyszeć ludzi, którzy pełni mądrości i wewnętrznego pokoju potrafią uszanować drugiego człowieka, jego poglądy, umieją mądrze i życzliwie się różnić. Ci ludzie wprowadzają wokół siebie pokój, łagodzą napięcia. Takich ludzi trzeba szukać, jak to się mówi ze świecą w ręku. Można ich jednak znaleźć. W wypowiedziach tych ludzi czuje się autorytet, który przekracza ludzkie partykularne widzenie. W Starym Testamencie takimi ludźmi byli prorocy. Ich słowo było ważne i cenne, bo z nimi stał autorytet boży. W pierwszym czytaniu zacytowanym na wstępie słyszymy słowa Boga skierowane do Mojżesza: „Dobrze powiedzieli. Wzbudzę im proroka spośród ich braci, takiego jak ty, i włożę w jego usta moje słowa, będzie im mówił wszystko, co rozkażę”. Kto jednak nie usłucha proroka ściąga na siebie karę: „Jeśli ktoś nie będzie chciał słuchać moich słów wypowiedzianych w moim imieniu, Ja od niego zażądam zdania sprawy”. Używając obrazu historii z kapitanem okrętu wojennego możemy powiedzieć, że ci, którzy nie chcą słuchać słów proroka podobni są do kapitana żądającego zmiany kursu latarni morskiej. Słowo Boże jest światłem latarni, wskazującym bezpieczny kurs żeglowania. Trwanie w swoim uporze prowadzi zawsze do katastrofy.

Prorok, zapowiedziany w Księdze Powtórzonego Prawa w pełni objawi się w Jezusie. Słuchający Chrystusa w synagodze w Kafarnaum „Zdumiewali się Jego nauką; uczył ich bowiem jak ten, który ma władzę, a nie jak uczeni w Piśmie”. Uczeni w Piśmie i prorocy przemawiali w imieniu Boga, a Chrystus, będąc Bogiem nauczał jak ten, który ma władzę. W synagodze Chrystus ukazał swoją moc nad duchami nieczystymi. Zdumieni słuchacze mówili: „Co to jest? Nowa jakaś nauka z mocą. Nawet duchom nieczystym rozkazuje i są mu posłuszne”.  I tu dotykamy sprawy opętania przez duchy nieczyste. Z pewnością każde zło dosięgające człowieka jest w pewnym sensie opętaniem przez duchy nieczyste. Ale w tym wypadku chodzi o opętanie przez zło, które przybiera formę osobową zwana szatanem, diabłem. Chrystus ma władze nad szatanem, którą to władzę przekazuje swoim uczniom. Dawniej w Kościele katolickim klerycy przygotowujący się do kapłaństwa otrzymywali święcenia niższe, do których należała także posługa egzorcysty. W latach siedemdziesiątych zrezygnowano z tego. Dzisiaj narasta problem opętania, stąd też biskupi diecezjalni powierzają niektórym kapłanom posługę egzorcysty. Pojawia się coraz więcej ludzi z zaburzeniami, których nie potrafi wytłumaczyć i wyleczyć psycholog. Potrzebny jest egzorcysta. Pacjent przechodzi normalną procedurę terapeutyczną. Specjaliści starają się nie tylko wykluczyć chorobę, ale też inne przyczyny, i gdy to nie przynosi rezultatów kierują pacjenta do egzorcysty.

W artykule Małgorzaty Szamockiej „Dochodzenie w sprawie szatana” ks. Andrzej Grefkowicz egzorcysta z Warszawy mówi: „Egzorcysta to osoba, która ma stawić czoło szatanowi. Ma być mocniejsza od niego. Bez pomocy Jezusa Chrystusa jest to niemożliwe, bo świat duchów przerasta nas pod każdym względem. Jest nieograniczony czasem, przestrzenią. Ma też nieograniczone możliwości działania; tak szkodzenia, jak i pomagania nam. Osoby, przez które zły duch działa, bywają nad wyraz silne. Kapłan sprawujący egzorcyzm musi być w jedności z Bogiem i to jest najważniejsze. Skuteczność egzorcyzmów jest uwarunkowana osobistą więzią z Chrystusem, który mówił: ‘Gdy latorośl jest wszczepiona w krzew winorośli, to czerpie z niego soki. Gdy nie czerpie, to usycha’”. We wspomnianym artykule autorka przytacza wiele przypadków osób, które zostały skierowane przez psychologa do egzorcysty. Oto jeden z nich. „Przystojny blondyn, Krzysztof (inżynier, lat 35) do poradni na Bednarskiej trafił po wielu latach zmagania się z depresją. Ma za sobą kilka prób samobójczych. – Leczyłem się psychiatrycznie, brałem psychotropy, chodziłem na terapię. Wydałem mnóstwo pieniędzy, nic i nikt nie jest w stanie mi pomóc. Prawie nie śpię. Czuję na czole zimny pot, a w żołądku lód. I taką wszechogarniającą pustkę. A potem spadam i spadam, bez końca. W głowie huczy i słyszę jakiś dziwny chichot. Chcę, żeby to się skończyło. Chcę umrzeć…Niedawno miałem uczestniczyć w uroczystości Pierwszej Komunii Świętej mojej siostrzenicy. Ale kiedy wszedłem do kościoła – nie praktykuję od lat – dostałem strasznych mdłości i znowu usłyszałem ten rechot, a potem miałem wrażenie, że czuję myśli innych ludzi. To było nie do zniesienia. Uciekłem na dwór”.

Takie i tym podobne wypadki upewniają nas, że historia opisana w Ewangelii może się zdarzyć i dzisiaj. Jednak to nie szatan ma ostanie słowo, ale Chrystus, w Jego mocy jesteśmy w stanie wyzwolić się z szatańskiego opętania. Opętanie przychodzi bardzo często, gdy człowiek zaczyna pogrążać się grzechu, sięga po wróżby, wywoływanie duchów, sztuki magiczne. Są to sprzyjające okoliczności do zawładnięcia szatana nad człowiekiem. Aby wyzwolić się z tej niewoli trzeba zawierzyć swoje życie Chrystusowi, a nieraz sięgnąć po egzorcyzmy (z książki Bóg na drogach naszej codzienności).

 

 

MOC SŁOWA

Co jakiś czas świat obiega wiadomość o tragedii, której powodem są różnego rodzaju sekty religijne. Rodzą się one najczęściej przez fałszywe słowa, które nie mają pokrycia w rzeczywistości. Są po prostu wytworem chorego lub przewrotnego umysłu. Nie stoi za nimi żądana moc, jednak pokrętnie użyte znajdują podatną glebę w umysłach niektórych ludzi.  Mimo, że najczęściej są to słowo puste i fałszywe, to jednak na krótką metę mogą być bardzo skuteczne. Dziwimy się nieraz jak ci ludzie mogli uwierzyć w takie bzdury. Przykładem opętańczej mocy fałszywego słowa może być David Koresh, przywódca apokaliptycznej sekty Gałąź Dawida . Uważał siebie za kolejne wcielenie mesjasza. Swoim słowem potrafił omamić wielu ludzi, którzy mu uwierzyli.  Wierzyli mu nawet wtedy, gdy ogłosił, że ma prawo posiadać wiele żon, wśród których były nieletnie dziewczyny. Wobec licznych nadużyć, które miały miejsce w sekcie, w marcu 1993 roku, policjanci zamierzali aresztować Koresha, wtedy zabarykadował się on wraz ze swoimi współwyznawcami na farmie w Waco w Teksasie. Wywiązała się strzelanina między członkami Gałęzi Dawidowej a agentami FBI. Podczas akcji Służb Federalnych farma stanęła w płomieniach. Po ugaszeniu pożaru odnaleziono szczątki Davida Koresha. Wraz z nim zginęło 74 współwyznawców (w tym dzieci). Cztery lata później, 26 marca 1997 roku na Rancho Santa Fe, Kalifornia zbiorowe samobójstwo popełniło trzydziestu dziewięciu członków sekty Bramy Niebios. Członkowie tej sekty byli zdolnymi informatykami, utrzymywali się z projektowania stron internetowych dla różnych osób i instytucji. Zostali jednak otumanieni słowami  Marshalla Herffa Applewhita i jego życiowej miłości Bonnie Lu Trousdale Nettles. Swoim przekonywującym słowem nakłonił członków sekty do zbiorowego samobójstwa, które zbiegło się z pojawieniem komety Hale-Boppa. Według przywódcy sekty miała ona być zwiastunem końca świata. Członkowie sekty wierzyli, że w ślad za kometą podąża statek kosmitów, który przeniesie ich w bezpieczne miejsce we wszechświecie. Na statek mieli się dostać przez popełnienie samobójstwa. Takich zjawisk nie można ograniczyć tylko do sfery religijnej.  Wiemy jak ogromny wpływ na nazistowskich słuchaczy miały słowa zapluwającego się demagogią Hitlera. Wiemy także jak wielki wpływ w czasach dzisiejszych mają lansowane w mediach wzorce stylu życia, wykorzystujące często dla pozyskania swych „wyznawców”  ludzkie słabości. Jak widzimy  słowo może zabijać , zarażać śmiertelną chorobą duszy, prowadzić  do zatracenia. Stąd też tak wielka odpowiedzialność za słowo przyjmowane i wypowiadane.

W kakofonii ludzkich słów brzmią słowa dobra i miłości, sprawiedliwości i pokoju, radości i pełnego życia, są to słowa samego Boga. Za tymi słowami kryje się ogromna moc, która może przemienić największego grzesznika w świętego, może przeprowadzić człowieka przez ciemną dolinę śmierci ku jasności życia wiecznego. Pismo Święte, jak i doświadczenie  życiowe uczą nas, że człowiek może głosić swoją naukę w imieniu Boga. Mówi o tym Księga Powtórzonego Prawa z pierwszego czytania: „Lecz jeśli który prorok odważy się mówić w moim imieniu to, czego mu nie rozkazałem, albo wystąpi w imieniu bogów obcych – taki prorok musi ponieść śmierć”. Słysząc te słowa, trudno oprzeć się wrażeniu,  że spełniły się one w przypadku wyżej wspomnianych sekt. Chociaż myślenie biblijne przypomina nam, że ostateczne osądzenie człowieka należy do Boga i dokona się, gdy on stanie twarzą w twarz przed swoim Miłosiernym Ojcem, ale Sprawiedliwym Sędzią.  W tej samej księdze czytamy: „Wzbudzę im proroka spośród ich braci, takiego jak ty, i włożę w jego usta moje słowa, będzie im mówił wszystko, co rozkażę. Jeśli ktoś nie będzie słuchać moich słów, które on wypowie w moim imieniu, Ja od niego zażądam zdania sprawy”. Słowo boże jest zapisane na kartach Biblii. Poprzez to słowo odnajdujemy samego Boga. W Chrystusie Słowo Boga stało się ciałem, nabrało realnego kształtu w rzeczywistości ziemskiej i ludzkiej. Stąd też nauczanie Jezusa było inne niż nauczanie uczonych w Piśmie. Słuchający Go ludzie, jak mówi Ewangelia: „Zdumiewali się Jego nauką; uczył ich, bowiem jak ten, który ma władzę, a nie jak uczeni w Piśmie”. Jezus nie odwołuje się do żadnych autorytetów, mówi we własnym imieniu:  „Mojżesz wam powiedział…, a Ja wam powiadam”.  Moc tych słów Chrystus potwierdzał swoim życiem.  A było to życie przepełnione nieogarnioną miłością do człowieka, było samą miłością. Ta miłość zaprowadziła Jezusa na krzyż, gdzie oddał swoje życie za nas. Jeśli ktoś oddaje swoje życie za bliźniego zasługuje na wiarę. A w przypadku Chrystusa jest coś więcej niż oddanie życia. Jest cud zmartwychwstania. Ta miłość bardzo często przybierała formę cudu. Chrystus uzdrawiał, wskrzeszał umarłych, rozmnażał chleb dla zgłodniałych. Ewangelia zacytowana na wstępie przedstawia cud uwolnienia opętanego przez złego ducha. Zdumieni świadkowie mówili: „Nowa jakaś nauka z mocą. Nawet duchom nieczystym rozkazuje i są Mu posłuszne”.  Te wszystkie cuda uzdrawiającej miłości Chrystusa są ukierunkowane na uzdrowienie duszy i zbawienie.

Dzisiaj Chrystus działa w swoim kościele i poprzez kościół. Moc naszego słowa jest na tyle skuteczna na ile jesteśmy złączeni z Chrystusem. A najskuteczniejsze jest wtedy gdy możemy powtórzyć słowa św. Pawła z listu do Galatów: „żyję już nie ja, lecz żyje we mnie Chrystus”. W Katechizmie Kościoła Katolickiego czytamy: „Papież i biskupi są autentycznymi, czyli upoważnionymi przez Chrystusa nauczycielami, którzy powierzonemu sobie ludowi głoszą wiarę, w która powinien wierzyć i którą powinien stosować w życiu. Zwyczajny i Powszechny Urząd Nauczycielski papieża i biskupów pozostających w jedności z nim głosi wiernym prawdę, w którą maja wierzyć; miłość, którą mają praktykować, oraz szczęście, w którym mają pokładać nadzieję”. Chrześcijanie żyjący Chrystusem mogą w Jego mocy bardzo skutecznie nie tylko nauczać, ale także czynić cuda tak jak było w przypadku św. Antoniego z Padwy. Antoni głosił kazania we Włoszech i Francji. Przemawiał w kościołach, a gdy brakowało tam miejsca wychodził na zewnątrz i tam głosił kazania. W jego słowach wyczuwało się moc przekonania, płomienną gorliwość, wewnętrzną siłę, której trudno było się oprzeć. Słuchacze przychodzili nie tylko z miejscowości, gdzie się pojawił, ale i z dalszych okolic. Aby zająć lepsze miejsce wstawano już w nocy i czekano godzinami. Nawet przedstawiciele znamienitych rodów przybywali na miejsce kazania przed wschodem słońca. Zebrani jak urzeczeni słuchali, zapominając nieraz o swoich obowiązkach. Owoc tych kazań był zdumiewający. Kronikarze odnotowują, że grzesznicy gromadami cisnęli się do konfesjonałów i wyznawali swoje grzechy. Zawzięci wrogowie po kazaniu jednali się, ciemiężyciele uwalniali swoje ofiary. Lichwiarze i złodzieje zwracali mienie niesprawiedliwie nabyte. Rozpustnicy zrywali grzeszne znajomości, nałogowcy wracali na uczciwą drogę. Niekiedy całe miasta na skutek jego kazań odmieniały swoje obyczaje, stawały się inne, lepsze. Mocy temu nauczaniu przydawały liczne cuda, które dokonywały się za przyczyną Świętego.   Antoni wycisnął szczególne piętno na mieszkańcach Padwy. Gdy po raz pierwszy przybył do tego miasta było ono uwikłane w ciągłe wojny z sąsiednimi miastami rozdzierane także wewnętrznymi walkami miedzy stronnictwami i partiami. Towarzyszyło temu rozluźnienie obyczajów, wzajemna nienawiść i chęć zemsty. Pod wpływem kazań Antoniego miasto zaczęło się zmienić. Kościoły Padwy nie mogły pomieści wiernych. Na czas jego kazań zamierało miasto, ustawał handel, zamykano warsztaty. Kazań słuchał miejscowy biskup z całym duchowieństwem. Płomienne mowy Antoniego potwierdzane cudami stawały się źródłem licznych nawróceń. Konfesjonały były oblężone. Niejednokrotnie grzesznicy publicznie pokutowali i naprawiali krzywdy. Padwa do niedawna pogrążona w moralnym upadku w ciągu kilku miesięcy odmieniła się całkowicie. Taka jest skuteczność słowa bożego, gdy głosimy je w bliskości i mocy Chrystusa (z książki W poszukiwaniu mądrości życia).

 

 

SŁUŻEBNICA BOŻA MARTA ROBIN

Ewangelia wiele razy mówi o opętanych przez szatana. Są to fragmenty, które nastręczają wiele trudności w interpretacji. Nie brakuje ludzi, w tym teologów, którzy usiłują tłumaczyć te sceny zaburzeniami psychicznymi. Jest to dla nich łatwiejsze do zrozumienia niż przyjęcie siły osobowej szatana, który może zawładnąć człowiekiem. Jednak wymowa Biblii jest jednoznaczna: Istnieje szatan, który w sposób osobowy może atakować człowieka. O swojej walce z szatanem mówią często święci. Nieraz jest to walka, po której zostają dowody materialne. Tak było w życiu św. Ojca Pio. Doświadczyła tego także Marta Robin. Świadkami jej walki byli kanonik Berardier, proboszcz z parafii św. Ludwika w Saint-Etienne, ojciec Finet i dr Ricard. W sierpniu 1942 r. Marta jęczała z bólu, zebrani zaczęli odmawiać Różaniec, nagle jej ciało zostało gwałtownie ciśnięte najpierw w prawo, a potem w lewo, uderzając głową o szafkę. Było to niewytłumaczalne z punktu widzenia medycyny, gdyż Marta była sparaliżowana. Doktor Ricard znalazł kiedyś wyraźne ślady duszenia. Słyszano, jak Marta wydawała charczące dźwięki, jakby ktoś ją dusili. Marta zwierzała się swojemu kierownikowi duchowemu, że to demony, które krążą wokół niej i próbują ją udusić.

Marta Robin przyszła na świat 13 marca 1902 roku w niewielkiej wiosce Châteauneuf-de-Galaure we Francji. Była najmłodszym dzieckiem z sześciorga rodzeństwa. Rodzice byli właścicielami dziesięciohektarowego gospodarstwa, które zapewniało rodzinie skromne utrzymanie. Ojciec, Józef Robin, nie był zbyt gorliwym katolikiem, w kościele pojawiał się tylko w wielkie święta. Podobnie jak wielu mieszkańców tej, w dużej mierze zdechrystianizowanej okolicy. Wychowaniem religijnym dzieci zajęła się żona Amelia. Marta była wesołym dzieckiem, skorym do tańca, śmiechu i żartów. Lubiła się także modlić. W czasie pilnowania krów na pastwisku odmawiała różaniec. W wieku pięciu lat w życiu Marty miało miejsce znamienne wydarzenie. Otóż, ojciec Marty wykonał i zawiesił w domu drewniany krzyż, ale bez pasyjki. Marta powiedziała wtedy do ojca, jeśli na krzyżu nie ma Jezusa, „To w takim razie my tam będziemy”. Być może w proroczym natchnieniu, przepowiedziała ogrom cierpień, których doświadczy w swoim życiu.

Marta uczęszczała do miejscowej szkoły podstawowej, zaś lekcje religii pobierała w parafialnym kościele oddalonym cztery kilometry od domu. Jednakże ze względu na słabe zdrowie proboszcz zezwolił na naukę katechizmu w rodzinnej miejscowości. Marta z wielką pasją poznawała prawdy wiary i oddawała się modlitwie. W wieku dziesięciu lat przyjęła I Komunię św. Zwierzyła się wtedy: „Sądzę, że moja pierwsza, prywatna Komunia św. była całkowitym wzięciem mnie w posiadanie przez naszego Pana. On w tamtej chwili mną zawładnął”. W roku 1815 Marta opuściła szkołę, aby pomagać rodzicom w prowadzeniu gospodarstwa. Niezbyt zamożny dom Robinów był otwarty dla żebraków i chorych. Ta atmosfera miała wpływ na wychowanie dzieci. Marta wspominając to powiedziała: „Jeśliby mi pozwolono, przeszłabym góry i doliny, żeby dotrzeć do jakiegoś chorego. Nie po to, żeby się nim opiekować, lecz żeby mu okazać miłość.”

Pod koniec I Wojny Światowej 16-letnia Marta zaczęła podupadać na zdrowiu. W czasie potwornego bólu głowy traciła przytomność. Przychodziły momenty paraliżu. Marta nie mogła znieść światła. Nie mogła także przyjmować pokarmów. Coraz częściej musiała pozostawać w łóżku. Lekarze nie mogli zdiagnozować choroby. W roku 1921, w czasie odwiedzin księdza proboszcza Marta straciła przytomność i odzyskała ją dopiero po miesiącu. Kilka dni później, Alicja, siostra Marty została obudzona przez nadzwyczajną jasność. Zdziwiona zapytała o źródło tego urzekającego światła. Marta jej odpowiedziała: „Tak, to piękne światło, ale ja widziałam też Najświętszą Dziewicę”. To była pierwsza wizja z licznych objawień, jakie miała Marta w swoim życiu. Po tej wizji nastąpiła czasowa poprawa zdrowia, tak że Marta sądziła, że jest całkowicie uzdrowiona. Nosiła się zamiarem wstąpienia do zakonu Karmelitańskiego. Jednak pod koniec listopada powróciły bóle i paraliż nóg. Leżąc w łóżku, modliła się na różańcu, czytała Ewangelię, żywoty świętych, prowadziła także notatki. Nie chciała być ciężarem dla rodziny, dlatego wiele haftowała w celach zarobkowych. W czasie lektury jednej z książek Marta zatrzymała swoją uwagę na słowach: „Dlaczego szukasz pokoju kiedy stworzona jesteś do walki, dlaczego szukasz przyjemności kiedy stworzona jesteś do cierpienia”. Marta odniosła te słowa do siebie. Jednak wiele musiała się wewnętrznie zmagać, aby całym sercem podjąć to wezwanie.

W roku 1926 stan 24-letniej Marty pogorszył się tak, że spodziewano się rychłej śmierci. Po trzech tygodniach śpiączki Marta obudziła się i powiedziała: „Sądzę, że nie umrę”, potem dodała: „Widziałam świętą Teresę”. W czasie tej sennej wizji, św. Teresa od Dzieciątka Jezus dała jej wybór: mogła od razu pójść do nieba albo przyjąć cierpienie w intencji odrodzenia Kościoła i życia chrześcijańskiego we Francji. Postanowiła złożyć ofiarę ze swego cierpienia. Po tej wizji napisała akt ofiarowania się Bogu: „W dniu dzisiejszym oddaje się Tobie bez reszty, o umiłowany mojej duszy! To jedynie Ciebie pragnę i dla Twojej miłości wyrzekam się wszystkiego. Kocham Cię, błogosławię Cię, uwielbiam Cię, całkowicie oddaje się Tobie, w Tobie się chronię. Ukryj mnie w Sobie, gdyż moja natura drży pod brzemieniem okrutnych doświadczeń, jakie zewsząd mnie przygniatają i dlatego, że ciągle jestem sama. Mój umiłowany, pomóż mi, zabierz mnie ze Sobą. To jedynie w Tobie pragnę żyć i jedynie w Tobie umrzeć. Pomóż mi!”.

Z roku na rok cierpienia Marty nasilały się. Sparaliżowana przez 47 lat, aż do swojej śmierci pozostanie w łóżku w jednej pozycji, na plecach z podgiętymi nogami. Światło, a także każdy dotyk stawał się źródłem ogromnego bólu. Ponadto Marta cierpiała na bezsenność. Nie przyjmowała także żadnych pokarmów, co budziło powszechne zdziwienie. Była poddana obserwacji przez sceptyków, którzy uważali ją za oszustkę. Jednak nie mogli udowodnić jakiegokolwiek oszustwa. Tak będzie przez kilkadziesiąt lat, aż do samej śmierci. Jedynym pokarmem, który mogła przełknąć była Eucharystia. Marta obdarzona stygmatami przeżywała, ponad 50 lat Mękę Chrystusa. Od czwartku wieczora, od godziny agonii w Getsemani do piątku, do godziny 15-tej Marta bardzo cierpiała. Kiedy bóle się kończyły, wyglądała jak martwa. Powracała do siebie dopiero w niedzielny poranek, w godzinie zmartwychwstania Jezusa Chrystusa. Marta mimo potwornych cierpień odnajdywała szczęście w zjednoczeniu z Bogiem.

Marta doświadczała wielu wizji mistycznych. Świadkowie potwierdzają kilka przypadków bilokacji. Miała też dar zgadywania. Poznawała treść listu zanim go otwarto i przeczytano. Potrafiła także rozpoznać intencję odwiedzających ją osób. W ciągu życia odwiedziło ją przeszło 100.000 osób. Dla każdego z nich spotkanie z Martą było niepowtarzalnym przeżyciem, inspiracją do lepszego życia, każdy kto opuszczał jej pokój wychodził odmieniony. Nawet ci, którzy przychodzili dla żartu. Kiedyś odwiedziło ją 3 młodych ateistów, jeden mężczyzna i dwie kobiety, przyszli tylko po to, aby się z niej wyśmiać, Marta przywitała ich słowami: „Tak to prawda, jestem śmiechu godna”, taki był początek rozmów, które doprowadziły do przemiany tych ludzi i podjęcia decyzji wstąpienia do surowych zakonów. Mężczyzna wstąpił do Trapistów, dwie kobiety do Karmelu.

Bardzo zagadkowa była śmierć Marty Robin. 6 lutego 1981 roku, godz.17:00 ojciec Finet wszedł do jej pokoju. To co zobaczył przeraziło go. Martwa Marta leżała na podłodze, wokół niej były porozrzucane różne przedmioty. Marta wiele razy w fizyczny sposób doświadczała przemocy ze strony szatana. Okoliczności śmierci świadczą, że była to ostatnia walka z szatanem, w której Marta odniosła duchowe zwycięstwo, okupione ostateczną ofiarą z życia. Pogrzeb odbył się 12 lutego, Martę pochowano w Saint-Bonnet-de-Galaure obok rodziców, brata i sióstr (z książki Wypłynęli na głębię).

 

 

UJRZEĆ ŚWIATŁO WIELKIE

Dzisiejsze rozważanie o wezwaniu każdego z nas do szukania „wielkiej światłości”, która rozświetla mroki naszego życia, ukazuje nasze miejsce na ziemi i w wieczności rozpocznę od sympatycznego dialogu Kasi Ziółkowskiej, autorki Kuriera Plus ze swoją 6 –letnią córeczką Agnieszką:

– Mamo dlaczego księża nie mają rodziny?

– Bo jakby mieli rodziny to nie mieliby tyle czasu dla wiernych i dla Pana Boga, bo byliby zajęci swoimi problemami i swoimi rodzinami

– Mamo, ale człowiek który nie ma rodziny jest bardzo samotny

– Wiem córuś dlatego my, wierni musimy kochać księży, żeby nie czuli się samotni, ale mieli świadomość, że jest ktoś, kto się o nich troszczy i jest im życzliwy

– Mamo, jak będę dorosła, to będę pierwszą kobietą księdzem i to zmienię i księża będą mieli rodziny.

Gdy Agnieszka dorośnie, a ja jeszcze będę żył, to zapytam ją, jak wygląda sprawa obietnicy z roku 2015 odnośnie rodzin księży. Zapewne zobaczę rozbawioną minę, przypominającą bardzo prostą, dziecięcą receptę na szczęśliwe życiowe. I wtedy porozmawiamy o powołaniu każdego człowieka, które jest realizowane na różne sposoby i na różnych drogach. Szczęśliwy ten, kto rozpoznał swoje powołanie i poszedł za jego głosem.  W przeciwnym wypadku nie zazna radości życia i szczęścia. Będzie smutnym i nieszczęśliwym wyrobnikiem księdzem, wyrobnikiem lekarzem, wyrobnikiem ojcem, wyrobnikiem matką, wyrobnikiem dziennikarzem, wyrobnikiem politykiem i tak dalej.

Dla większości z nas rodzina jest miejscem realizowania życiowego powołania i odnajdywania radości życia. Wystarczy jednak, że jeden z małżonków sprzeniewierzy się powołaniu, które potwierdził przy ołtarzu, a wtedy zamiast rodzinnego szczęścia pojawia się cierpienie. Napisała o tym do mnie kilka miesięcy temu młoda matka, Agnieszka: „Szczęść Boże , Proszę księdza mam straszny problem, moje życie się rozpadło. Mąż po 7 latach małżeństwa zostawił mnie z 3 miesięcznym synkiem na którego czekaliśmy 5 lat i bez słowa wyjaśnienia odszedł do innej kobiety, zostawił nas bez środków do życia i podał mnie o rozwód, nie kontaktuje się ani ze mną ani z synkiem, mamy ślub kościelny, nie wiem jak mam dalej żyć, nie rozumiem tego co się stało, nie potrafię sobie tego wytłumaczyć, jako katoliczka czuję się bezsilna, modlę się żeby Bóg pozwolił mi przebaczyć mężowi, ale mąż zachował się wobec nas strasznie. Jechaliśmy do Polski na chrzest naszego synka a mąż 200 km. od domu wyrzucił nas z samochodu, wyrzucił nasze rzeczy i bez słowa odjechał, pozostawiając nas w nocy bez żadnej pomocy. Na chrzest syna w ogóle nie przyszedł, teraz mieszka z inną kobietą i układa sobie nowe życie, podeptał nasz ślub, przysięgę małżeńską, zniszczył nasze małżeństwo, porzucił synka i nie ma żadnych wyrzutów sumienia, teraz czekamy na rozwód cywilny, którego ja nigdy nie chciałam i nadal nie chcę, ale jestem postawiona przed faktem i nie wiem jak mam dalej żyć, co według księdza powinnam zrobić, czy mam prawo jako katolik ułożyć sobie kiedyś życie i nie mieć grzechu, czy do końca życia powinnam zostać sama, proszę mnie nie zrozumieć źle, nie szukam przygód, ani nowej miłości, jestem po prostu bardzo smutna, załamana. Bardzo księdza proszę o jakąś radę, potrzebuje jej. Pozdrawiam serdecznie”.

W śpiewie przed Ewangelią na dzisiejszą niedzielę słyszymy słowa: „Lud, który siedział w ciemności, ujrzał światło wielkie, i mieszkańcom cienistej krainy śmierci wzeszło światło”. Ewangelia wskazuje na Chrystusa, który jest tą Światłością. Zaś Chrystus swoimi czynami potwierdza tę prawdę. Nauczając w synagodze w Kafarnaum wyrzucił złego ducha z opętanego, tak że zebrani pytali jeden drugiego: „Co to jest? Nowa jakaś nauka z mocą. Nawet duchom nieczystym rozkazuje i są mu posłuszne”. Chrystus jest światłością, która rozświetla mroki naszej duszy i ma moc zwycięstwa nad złem i śmiercią. Naszym zasadniczym powołaniem jest odkrywanie tej Światłości i podążanie za nią. To odnosi się także do rodziny. Gdy małżonkowie odkryją to powołanie i pójdą za nim, wtedy taka sytuacja, jak u Agnieszki nie zdarzy się. Ale nawet w „zdekompletowanej”, zranionej rodzinie, światło Chrystusa umożliwia odnalezienie szczęścia i radości, którym minione cierpienia dodają wyjątkowej głębi.

Misja niesienia światu tego Światła jest tak ważna, że Bóg powołuje niektórych z nas, aby głoszenie światła słowa Bożego stało się głównym celem życia, ważniejszym nawet niż założenie własnej rodziny. Jeśli powołany otworzy się na to Światło, wtedy nigdy nie odczuje samotności. Chrystus powiedział: „I każdy, kto dla mego imienia opuści dom, braci lub siostry, ojca lub matkę, dzieci lub pole, stokroć tyle otrzyma i życie wieczne odziedziczy”. W to „stokrotne” pomnożenie bliskich osób wpisuje się także życzliwe i otwarte serduszko małej Agnieszki. Takie serduszka są bardzo ważne w posłudze kapłańskiej, niosą one wiele radości i umocnienia. Są one jak róże na naszej drodze, jak uśmiech przyjaźni spotkany na ulicy. A za tym wszystkim, bardzo często kryje się modlitwa, która jest źródłem ogromnej mocy. Powstał nawet Apostolat Modlitwy Margaretka. Na stronach tego Apostolatu czytamy: „To niezwykle potrzebne w naszych czasach dzieło modlitwy za kapłanów, dlatego zachęcamy wszystkich wiernych – proście Pana Żniwa, aby nie zabrakło głosicieli Dobrej Nowiny! Istotą Apostolatu jest codzienna modlitwa za konkretnych kapłanów, jako odpowiedź na prośbę Maryi Królowej Pokoju. Za danego kapłana modli się stale siedem osób, każda w wybranym dniu tygodnia. Każda osoba przyjmuje na siebie obowiązek odmawiania wybranej modlitwy za kapłana + koronkę z Medziugorja”.

Znam po imieniu osoby z mojej Margareteki i nieraz odczuwam moc tej modlitwy i życzliwego wsparcia. Oczywiście, ja pamiętam w swojej modlitwie kapłańskiej o członkach mojej Margaretki. Tym sposobem dokonuje się wymiana duchowych darów, która jest bardzo ważna dla całej wspólnoty wierzących. Na koniec wysłuchajmy słów św. Jana Pawła II, który ogarnięty Światłem Chrystusa tak pięknie zrealizował swoje powołanie, pomagając innym odkrywać to Światło: „Jasno dostrzegałem, że to, co odczuwałem we własnym sercu nie było ludzkim głosem ani moim własnym wymysłem. Chrystus wołał mnie do służenia Jemu jako kapłan. I mogę powiedzieć, że jestem głęboko wdzięczny Bogu za moje kapłańskie powołanie. Nic nie ma dla mnie takiego znaczenia i nie daje większej radości od codziennego sprawowania Mszy św. i służenia Ludowi Bożemu w Kościele. I jest tak od pierwszego dnia moich święceń kapłańskich. Nic tego nie zmieniło, nawet fakt zastania papieżem. Każda osoba ludzka powołana jest do zjednoczenia się z Bogiem. Pan stworzył nas po to, abyśmy poznali Go, kochali i Jemu służyli. W czynieniu tego kryje się tajemnica nieustannej radości” (Kurier Plus 2014).

 

 

MOC SŁOWA

Słowa mają wielką moc przemiany nas samych i naszych bliźnich. Wyobraźmy sobie, że między bliskimi osobami coś zaczęło niebezpiecznie iskrzyć. Nieporozumienia, wzajemne obwinianie wpędzało ich w ślepy zaułek niechęci i urazy. Nagle jedna ze stron ocknęła się i zauważyła, to co jest między nimi najważniejsze i powiedziała: „Kocham cię bardzo”. To był punkt zwrotny w narastającym konflikcie. Zatrzymali nakręcającą się spiralę wzajemnej niechęci i oddalenia. Później zaczęły padać inne słowa: „jesteś wspaniała”, „jesteś dla mnie najważniejsza”, „dobrze, że jesteś”, „dziękuję za twoją obecność”. Po tych słowach wszystko uległo gruntowanej przemianie. Miłość między nimi nabrała nowego kolorytu, stała się jeszcze głębsza i piękniejsza. Aby jednak tak się stało wypowiadane słowa muszą być szczere, autentyczne i wyrażać się w czynie. W przeciwnym razie nic one nie znaczą, co więcej ranią, bo są oszustwem. Gdy mówisz: „dziękuję za twoją obecność”, a szukasz okazji, aby wymknąć się z domu dla innego towarzystwa, to te słowa nie wnoszą nic dobrego, wręcz przeciwnie, poprzez swoją kłamliwość pogłębiają rozłam. Te słowa nie mają żadnej pozytywnej mocy sprawczej, są bezużyteczne i szkodliwe.

Słowa mocno zakotwiczone w czynie i osobowości mówiącego mają ogromną moc przemiany bliźniego i całego świata. Doświadczamy tego w czasie realizowania przez Wspólnotę Dobrego Samarytanina pięknego projektu misyjnego siostry Rut w Tanzanii. Słyszymy tak wiele pięknych i dobrych słów. Są one przekonywujące, bo za nimi stoją czyny przesączone ewangeliczną miłością. Tak wielu wspaniałych ludzi włączyło się w to dzieło. W tym rozważaniu wspomnę popularnego polskiego reżysera i scenarzystę Patryka Vegę. Po ostaniem spotkaniu z nim, Małgosia, koordynatorka Wspólnoty Dobrego Samarytanina, była pod wrażeniem jego postawy i otwartości na potrzeby innych. Słowa Patryka Vegi o miłości, o wierze, mają ogromną moc przekonania, bo są mocno zakotwiczone w czynie. Ofiarował on na sierociniec w Tanzanii sto tysięcy dolarów. 16 stycznia tego roku zaczął kręcić w Tanzanii film o głodujących sierotach i sierocińcu, który buduje dla nich siostra Rut. Zapewne film rozpropaguje to dzieło i przybierze konkretne formy wsparcia materialnego. Moc jego słowa jest zakotwiczona w mocy słowa które spływa z nieba, a o którym mówi prorok Izajasz: „Zaiste, podobnie jak ulewa i śnieg spadają z nieba i tam nie powracają, dopóki nie nawodnią ziemi, nie użyźnią jej i nie zapewnią urodzaju, tak iż wydaje nasienie dla siewcy i chleb dla jedzącego, tak słowo, które wychodzi z ust moich, nie wraca do Mnie bezowocne, zanim wpierw nie dokona tego, co chciałem, i nie spełni pomyślnie swego posłannictwa”.

Wspomniany reżyser w sposób szczególny doświadczył mocy z nieba, która odmieniła jego życie i sprawia, że jego słowa staja się przekonywującym świadectwem ewangelicznej prawdy. W wywiadzie na portalu DEON powiedział: „Kiedy jechaliśmy na wigilię do Radomia z żoną i z dzieckiem, wjechaliśmy na lodowisko. Od strony lasu nie docierało słońce, w związku z czym ulica zamieniła się w lodowisko. Pędząc terenowym mercedesem, uderzyłem czołowo w pędzące z naprzeciwka infiniti. Gdybym jechał osobowym samochodem, to prawdopodobnie byśmy tutaj nie siedzieli (…). Co prawda kierowca drugiego samochodu był na obserwacji przez trzy dni w szpitalu, ale nie miał żadnych poważnych obrażeń, stracił tylko przytomność. Gdyby nie lód, to cała siła uderzenia poszłoby w samochody. Pamiętam, że syn tego kierowcy wyskoczył z samochodu i zaczął krzyczeć: „Zabiłeś mi ojca!”. Nasz samochód leżał na boku. Zacząłem wyciągać z niego dziecko i żonę. I przyszła mi taka myśl: kurczę, miałem jechać do Radomia, zjeść pierogi z rodziną na wigilii, ale nic takiego się nie wydarzy, bo zabiłem człowieka i prawdopodobnie zaraz pójdę do więzienia. Moje życie właśnie się w tym momencie skończyło. To wtedy uświadomiłem sobie, że tak naprawdę nie jestem w stanie stworzyć sytuacji, w której się zabezpieczę. Bo nawet jeśli sobie ustawię kwestie materialne w życiu, to i tak w ciągu ułamka sekundy mogę stracić wszystko.

Zrozumiałem, że prawdziwe bezpieczeństwo to nie jest kasa, tylko relacja z Bogiem. (…). Chodziłem wcześniej do kościoła, ale to wydarzenie uświadomiło mi, że jeżeli mam zbudowaną relację z Jezusem Chrystusem, to się nie muszę niczego bać. Przecież On jest miłosierdziem i chce mojego dobra. A cokolwiek mi się w życiu przydarza, jest po coś – żeby stać się lepszym człowiekiem i iść coraz głębiej w relację z Bogiem. I dlatego nie muszę się niczego obawiać, bo nawet te pozornie tragiczne wydarzenia mogą mnie zmieniać i sprawiać, że będę się stawać lepszym człowiekiem. Tamtego dnia przypomniałem sobie wszystkie sytuacje z mojego życia, wszystkie głupstwa, rzeczy, które mogły mnie doprowadzić do więzienia, a nawet do śmierci. Pan Bóg wyciągał mnie z tak beznadziejnych sytuacji, że doszedłem do takiego momentu w życiu, w którym wiedziałem, że muszę podjąć decyzję: albo Mu wierzę, albo nie. On wie, co robi. W przeciwieństwie do mnie. Poczułem, że nie jest istotny mój plan, tylko Boski plan. To, czego najbardziej bym w życiu chciał, to żeby moje wszystkie działania coraz lepiej się pokrywały z Jego planem. Nie chcę zarabiać kupy kasy, tylko chciałbym robić właściwe rzeczy”. Mówi: „Kocham Jezusa, chodzę do kościoła, modlę się, rozmawiam z Nim”. W kontekście zaangażowania reżysera w budowę sierocińca w Tanzanii te słowa brzmią przekonywująco i mają moc świadectwa.

Moc słowa ludzkiego jest tylko odbiciem mocy słowa samego Boga, które jest nieomylne i kreuje rzeczywistość. Jezus nauczał mądrze, pięknie, obrazowo, używał figur retorycznych i głębokich metafor. Jednak Ewangeliści nie zwrócili na to uwagi i tego nie zanotowali, zwrócili jednak uwagę na coś bardzo istotnego: „Ludzie zdumiewali się jego nauką. Uczył ich bowiem, jak ten, który ma władzę”. Jezus używał słowa jako narzędzia do kreowania rzeczywistości.

Możemy tego doświadczyć w modlitwie – zawierzeniu Sługi Bożego księdza Dolindo Ruotolo: „Dlaczego zamartwiacie się i niepokoicie? Zostawcie mnie troskę o wasze sprawy, a wszystko się uspokoi. Zaprawdę mówię wam, że każdy akt prawdziwego, głębokiego i całkowitego zawierzenia Mnie wywołuje pożądany przez was efekt i rozwiązuje trudne sytuacje. Zawierzenie Mnie nie oznacza zadręczania się, wzburzenia, rozpaczania, a później kierowania do Mnie modlitwy pełnej niepokoju, bym nadążał za wami; zawierzenie to jest zamiana niepokoju na modlitwę. Zawierzenie oznacza spokojne zamknięcie oczu duszy, odwrócenie myśli od udręki i oddanie się Mnie tak, bym jedynie Ja działał, mówiąc Mi: Ty się tym zajmij”.

W sobotę kilka miesięcy temu siostra Rut z Tanzanii zadzwoniła do Małgosi, koordynatorki Wspólnoty Dobrego Samarytanina, mówiąc ze smutkiem: „Małgosiu, chyba wstrzymamy budowę drugiego skrzydła sierocińca, bo nie mamy już pieniędzy”. Po ludzku sprawa wyglądała beznadziejnie. I wtedy Wspólnota Dobrego Samarytanina zaczęła szturmować niebo natarczywą modlitwą: Jezu, Ty się tym zajmij. W poniedziałek siostra Rut otrzymała od Patryka Vegi list z informacją, że przesłał on 60 tysięcy dolarów na sierociniec. To nie ludzkie słowa, ale moc Boża, z która nauczał Chrystus stała za tym cudem (Kurier Plus, 2018)

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *