9 Maj

5 Niedziela Wielkanocy Rok A

 

DOM.      

Jezus powiedział do swoich uczniów: „Niech się nie trwoży serce wasze. Wierzycie w Boga? I we Mnie wierzcie. W domu Ojca mego jest mieszkań wiele. Gdyby tak nie było, to bym wam powiedział. Idę przecież przygotować wam miejsce. A gdy odejdę i przygotuję wam miejsce, przyjdę powtórnie i zabiorę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie Ja jestem. Znacie drogę, dokąd Ja idę”. Odezwał się do Niego Tomasz: „Panie, nie wiemy, dokąd idziesz. Jak więc możemy znać drogę?”. Odpowiedział mu Jezus: „Ja jestem drogą i prawdą, i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie. Gdybyście Mnie poznali, znalibyście i mojego Ojca. Ale teraz już Go znacie i zobaczyliście”.  Rzekł do Niego Filip: „Panie, pokaż nam Ojca, a to nam wystarczy”. Odpowiedział mu Jezus: „Filipie, tak długo jestem z wami, a jeszcze Mnie nie poznałeś? Kto Mnie zobaczył, zobaczył także i Ojca. Dlaczego więc mówisz:» Pokaż nam Ojca? «. Czy nie wierzysz, że Ja jestem w Ojcu, a Ojciec we Mnie? Słów tych, które wam mówię, nie wypowiadam od siebie. Ojciec, który trwa we Mnie, On sam dokonuje tych dzieł. Wierzcie Mi, że Ja jestem w Ojcu, a Ojciec we Mnie. Jeżeli zaś nie, wierzcie przynajmniej ze względu na same dzieła. Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Kto we Mnie wierzy, będzie także dokonywał tych dzieł, których Ja dokonuję, owszem i większe od tych uczyni, bo Ja idę do Ojca” (J 14,1-12).

Płonący dom sąsiada jest jednym z wielu obrazów, który najgłębiej zapadł w moją dziecięcą pamięć. Szalejący ogień w przeciągu krótkiego czasu obracał w popiół drewniane, kryte strzechą zabudowania, na oczach spopielał dorobek całego życia. Nie zapomnę rodziny dotkniętej tym nieszczęściem, która przeszukiwała dymiące jeszcze zgliszcza w nadziei, że coś ocalało z tej pożogi. Gdy zbliżała się noc pogorzelcy doświadczali w całej pełni bezdomności. Mogli jednak liczyć na życzliwość i pomoc sąsiadów. Ale po kilku tygodniach rodziła się nadzieja i radość budowania nowego domu. Wiemy, co to znaczy mieć własny dom, własny kąt na tym świecie.

Nie tak dawno podeszła do mnie młoda kobieta w czerni i powiedziała: „Proszę księdza kilka lat temu byłam w Polsce na pogrzebie taty, a wczoraj wróciłam z pogrzebu mamy. Czuję, że wraz ze śmiercią rodziców tak jakbym utraciła dom, nie cieszy mnie myśl o odwiedzinach rodzinnych stron”. W słowie dom kryje się przebogata treść. Budynek materialny to najmniej ważny element domu, najważniejsi są bliscy nam ludzie, którzy go wypełniają. Cóż jest wart dom, gdy ich zabraknie w nim. Prawie każdy z nas ma swój czas radosnego wzrastania domu i jego trwania. Później przychodzi czas odchodzenia. Coraz więcej pustki i niepotrzebnych nikomu rzeczy. Zostają stare wydeptane buty, wytarta marynarka, bezużyteczny wałek do ciasta, zakurzony kapelusz na szafie, stare książki i fotografie z lat najszczęśliwszych. Fotografie zabieramy ze sobą do miejsca, gdzie się zaczyna historia nowego domu.

Stając, wobec tego przemijania czujemy, że wszystko w nas niejako woła za nieskończonością. Pragniemy życia bez końca, miłości trwalszej niż czas, piękna, które nie zna zachodu, szczęścia, które odporne będzie na przeciwności losu, pragniemy także domu, nad którym nie ciążyłoby widmo utraty. Czyżby te nasze pragnienia były wybrykiem natury? Czyżby natura wyposażyła nas w nie bez możliwości ich zaspokojenia? Każde stworzenie, z wyjątkiem człowieka znajduje swe spełnienie w naturze. Tylko człowiek sięga dalej i łaknie wieczności. Nie, człowiek nie jest wybrykiem natury, on jest koroną całego stworzenia jak mówi Pismo Święte. To Stwórca wszczepił w nas te pragnienia. Byśmy szukając wznieśli się ponad naturę i odkryli samego Boga, w którym znajdują spełnienie wszystkie nasze pragnienia. W okresie wielkanocnym Chrystus Zmartwychwstały otwiera przed nami perspektywę wieczności. A w Ewangelii z dzisiejszej niedzieli wskazuje na jeden z aspektów tej wieczności. Wieczność to dom, któremu nie grozi przemijanie ani utrata. Ten dom stanowi Bóg i nieprzeliczone rzesze naszych bliskich, którzy w bliskości Boga stają się świętymi. Tam odnajdziemy swój dom, bo będą tam ci, po których zostały wydeptane buty, wytarta marynarka, niepotrzebny wałek do ciasta……

Jaka droga wiedzie do tego domu? Odpowiedź na to pytanie daje Chrystus: „Ja jestem drogą i prawdą, i życiem”. W innym miejscu Chrystus mówi: „Kto idzie za Mną nie będzie chodził w ciemności, lecz będzie miał światło życia”. Pójście za Chrystusem związane jest z pewnym trudem, czytamy w Ewangelii: „Jeśli kto chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech co dnia bierze krzyż swój i niech Mnie naśladuje”. I to jest zapewne powód, że wielu rezygnuje z prawdy, jaką jest Chrystus a wybierają półprawdy, które są łatwiejsze do przyjęcia, ale półprawda to jakby zatrzymanie się w półdrogi. Kierując się półprawdami w życiu nigdy nie dojdziemy do domu Ojca. Świetnie to ilustruje Anthony de Mello w obrazowej przypowieści.

„Nie wierzyłem własnym oczom, kiedy

zobaczyłem napis na sklepie: Sklep z prawdą.

Grzeczne ekspedientka zapytała mnie,

jaki rodzaj prawdy chciałbym kupić;

prawdę częściową czy prawdę pełną.

Oczywiście chciałem pełną prawdę… Ekspedientka

zaprowadziła mnie do innej części sklepu,

gdzie sprzedawano pełną prawdę.

Tam sprzedawca spojrzał na mnie

współczująco i wskazał etykietę z ceną.

-Cena jest bardzo wysoka, proszę pana- powiedział

-Jaka jest? – zapytałem, zdecydowany nabyć

prawdę za każdą cenę.

-Cena polega na tym- mówił-

że jeśli pan tę prawdę zabierze,

nie będzie już pan miał wytchnienia

do końca życia.

Wyszedłem ze sklepu smutny…

Nie jestem jeszcze gotów na Prawdę”.

Chrystus jest pełną prawdą i w świetle tej prawdy można dojść do domu Ojca. Wschodnia legenda mówi o podróżnych szukających skarbów w labiryncie. Pierwszy znalazł złoto i chwycił je, bo szukał skarbów. Drugi wziął miecz, bo chciał zdobyć sławę. Trzeci sięgnął po owoc, bo marzył o rozkoszach. Czwarty, najbardziej roztropny wziął zapaloną pochodnię i z nią przeszedł szczęśliwie. Tamci zginęli w mrokach korytarza.

Nasze życie podobne jest do wędrówki krętymi drogami labiryntu. Na tych drogach spotykamy prawdy, półprawdy, kłamstwa strojące się w prawdę. Na tej drodze stoi także Chrystus jak świeca wielkanocna zwana paschałem i mówi: „Ja jestem drogą i prawdą, i życiem” (z książki Ku wolności).

 

DOM OJCA  

Zbliżając się do Pana, który jest żywym kamieniem, odrzuconym wprawdzie przez ludzi, ale u Boga wybranym i drogocennym, wy również, niby żywe kamienie, jesteście budowani jako duchowa świątynia, by stanowić święte kapłaństwo, dla składania duchowych ofiar, przyjemnych Bogu przez Jezusa Chrystusa. To bowiem zawiera się w Piśmie: „Oto kładę na Syjonie kamień węgielny, wybrany, drogocenny, a kto wierzy w niego, na pewno nie zostanie zawiedziony” (1 P 2,4-6).

Wspomnienia wakacyjnych powrotów do domu rodzinnego powracają do mnie jak senne marzenia. Pola, łąki, lasy oraz drogi i ścieżki pośród nich układają się w niezapomniany pejzaż wakacyjnych wędrówek. Dotknięcie rodzinnej ziemi, to nie tylko zaspokojenie tęsknoty, ale także źródło wewnętrznego umocnienia, które najpełniej odnajdujemy w kątach rodzinnego domu. Te same ściany, tak samo buzujący ogień pod kuchnią, stół i stare krzesła i przepocony kapelusz na szafie, którego właściciel już tu nie mieszka. Kapelusz został, jako rodzinna pamiątka. Są to jednak elementy drugorzędne, niejako tło do pięknego obrazu pod tytułem: „Rodzinny dom”. Najważniejsi są ludzie, którzy żyli, żyją i będą żyć w tym miejscu. Ludzie, z którymi łączą nas więzy silniejsze aniżeli śmierć.  Śmierć przychodzi, a my ożywieni tą miłością pozostajemy razem. Dom rodzinny, to przede wszystkim bliscy naszemu sercu ludzie. I gdy kogoś z nich zabraknie odnosimy wrażenie, że nasz rodzinny dom rozpada się. Tracimy go.

Mieszkając w Nowym Jorku dwa razy dotknęło mnie poczucia utraty rodzinnego domu. Zarówno w przypadku mamy jak i taty, zdawałem sobie sprawę, że ich choroba zmierza w jednym kierunku. Gdy przyjechałem na pogrzeb taty miałem wrażenie, jakby w połowie ten dom się rozpadł. Żyła jeszcze mama.  Po śmierci mamy, jakaś przerażająca pusta ogarnęła mój rodzinny dom. Czułem całkowitą jego utratę. Zapewne tak by pozostało na zawsze, gdybym nie odnalazł tego domu na innej, duchowej płaszczyźnie. W tamtym czasie szczególnego znaczenia nabierały słowa z dzisiejszej Ewangelii, która przedstawia fragment mowy pożegnalnej Chrystusa. Do zgromadzonych w wieczerniku apostołów Chrystus mówi o swoim odejściu do Ojca. Apostołowie odczuwali z tego powodu niepokój i smutek. A wtedy Jezus powiedział do nich: „Niech się nie trwoży serce wasze. Wierzycie w Boga? I we Mnie wierzcie. W domu Ojca mego jest mieszkań wiele. Gdyby tak nie było, to bym wam powiedział. Idę przecież przygotować wam miejsce. A gdy odejdę i przygotuję wam miejsce, przyjdę powtórnie i zabiorę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie Ja jestem”. A zatem to, co w Bogu zaczęło się tu na ziemi ma swą kontynuację w niebie. Nasz rodzinny dom zapuszczający głęboko korzenie w polskiej ziemi sięga swoim kwiatem i owocem nieba. Gdy czas się dopełni, to wtedy, jak w najpiękniejszych dniach rodzinnego szczęścia zasiądziemy razem na uczcie niebieskiej gdzie, jak mówią obrzędy pogrzebowe nie będzie bólu i narzekania, lecz pokój i radość.

W tym momencie wspomnę jeszcze godzinę śmierci błogosławionego Jana Pawła II. W pokoju, w którym umierał, na stoliku, w zasięgu jego wzroku stała fotografia jego rodziców. A on, słabym głosem mówił do obecnych w pokoju: „Pozwólcie mi odejść do domu Ojca”. Drogę do domu Ojca rozpoczynał ze swoimi rodzicami w rodzinnym domu. A teraz z wielką wiarą i ufnością zdążał do domu, w którym czekał na niego Chrystus oraz najbliżsi, z którym dzielił wspólny, ziemski dom: matka, ojciec i brat. Błogosławiony Jan Paweł II przez swoje życie, śmierć i świętych obcowanie pomaga nam w odnalezieniu drogi do domu Ojca. W drugim numerze (2011 r.) miesięcznika „Miłujcie się” znajdziemy artykuł pt. „Byłem ateistą”. Bohater tej historii pisze między innymi: „Czas powojenny w naszej Ojczyź¬nie był okresem ideowej walki z Bogiem i niepodległością Narodu. Ze mnie zro¬biono tam zaangażowanego człowieka ZMP. Jedynie (i aż tyle) moja siostra z AK potajemnie zaprowadziła mnie kie¬dyś do pierwszej spowiedzi i Komunii św. Zaraz po maturze wysłano mnie do wojskowej szkoły partyjnej, a pół roku później powierzono mi kierownicze stanowisko w ZMP. Działałem w Bieszczadach, walcząc z „bandami” niepodległościo¬wymi. Dla mnie samego dziwne jest to, jak dobrze pamiętam, że kiedyś zerwałem kobiecie z szyi dość duży krzyż i wrzuci¬łem go w otwarte palenisko pieca”. Władze komunistyczne doceniły jego ideowość i zapał. Szybko piął się w komunistycznej i państwowej hierarchii.

Tak było do roku 2004 r., kiedy zdiagnozowano u niego raka prostaty i to w zaawansowanym stadium. Pisze o tym: „Dodam jeszcze, że zmagając się ze swoją chorobą, z dziwnym dla mnie samego zainteresowaniem śledziłem w telewizji ostatnie cierpienia i śmierć Jana Pawła II. Na razie jednak nic z tego zainteresowania nie wynikało, aż do dnia przed Wigilią 2005 roku. W kwietniu podziwiałem, jak pięk¬nie umierał na oczach całego świata. Nie myślałem w tamtej chwili o tym, że kiedy żył, był dla mnie nikim, z wyjąt¬kiem dumy z tego, że Polak jest na takim stanowisku w Watykanie. Wyszedłem do swojego pokoju. Tak naprawdę bardzo bałem się śmierci, a oto ona była o krok ode mnie… To z lęku przed nią odmówiłem: Ojcze nasz, Zdro¬waś Mario, Wierzę w Boga i Aniele Boży. Powodowany tym samym lękiem zwróciłem się – w myślach – do Ojca św. Jana Pawła II, prosząc, bym w tej chwili, w chwili swej śmierci, był tak spo¬kojny jak on. Sam nie wiem, jak to się stało, że zaraz po wyrażeniu tej prośby zacząłem mówić – ciągle w myślach –do niego, jak gdyby był tuż obok mnie…. Rano – ku osłupieniu rodziny – przyszedłem na śniadanie. Zdrowy. Zdrowy do dziś, na miarę wysportowanego, zahartowanego mężczyzny. Nadal pra¬cuję. Lekarz powiedział, że to cud. Tak samo mówiła żona”.

Wystarczy uwierzyć słowom Chrystusa: „Niech się trwoży serce wasze…”, a wtedy uwolnimy się od lęku i trwogi, nawet gdy jest to trwoga śmierci. U kresu naszej drogi otwierają się dla nas drzwi nie do nicości, ale domu Ojca. W czasie mowy pożegnalnej Chrystusa jeden z najbardziej dociekliwych apostołów, Tomasz zwany niewiernym lub wątpiącym zapytał Jezusa,  jaka jest droga do domu Ojca. Na co otrzymał odpowiedź: „Ja jestem drogą i prawdą, i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie”. Inny apostoł Filip prosił Jezusa, aby pokazał im Ojca, na co Jezus odpowiedział:, „Kto Mnie zobaczył, zobaczył także i Ojca”.

W życiu różnym drogami zdążamy ku wyznaczonym celom. Drogi te są oznakowane na różne sposoby. Gdy zlekceważymy te znaki i wskazania nie dotrzemy do wyznaczonego celu. Bociany wracają do swoich rodzinnych gniazd kierując się instynktem. Człowiek obdarzony rozumem i wolną wolą w swojej drodze musi się nimi kierować.  One podprowadzają nas do momentu, kiedy Bóg obdarza nas łaską wiary, która jest najważniejszym drogowskazem na drodze do domu naszego Ojca. Ta wiara wskazuje nam Chrystusa, jako prawdziwą drogę do domu Ojca. Jezus jest prawdą, prze Niego poznajemy Ojca. Boża prawda, w odróżnieniu od ludzkiej jest niezmienna i mówi o najważniejszym przeznaczeniu człowieka. Chrystus jest życiem i to pełnym. Nawet najbardziej dostanie życie naznaczone jest stygmatem śmierci. Pełnia, to wieczność, a to odnajdujemy w Chrystusie. I On, jak pisze św. Piotr w liście zacytowanym na wstępie tych rozważań jest kamieniem węgielnym naszej wiary, która znajduje spełnienie w domu naszego niebieskiego Ojca: „Oto kładę na Syjonie kamień węgielny, wybrany, drogocenny, a kto wierzy w niego, na pewno nie zostanie zawiedziony” (z książki Bóg na drogach naszej codzienności).

 

DOM

Gdy liczba uczniów wzrastała, zaczęli helleniści szemrać przeciwko Hebrajczykom, że przy codziennym rozdawaniu jałmużny zaniedbywano ich wdowy. Dwunastu, zwoławszy wszystkich uczniów, powiedziało: «Nie jest rzeczą słuszną, abyśmy zaniedbali słowo Boże, a obsługiwali stoły. Upatrzcie zatem, bracia, siedmiu mężów spośród siebie, cieszących się dobrą sławą, pełnych Ducha i mądrości. Im zlecimy to zadanie. My zaś oddamy się wyłącznie modlitwie i posłudze słowa». Spodobały się te słowa wszystkim zebranym i wybrali Szczepana, męża pełnego wiary i Ducha Świętego, oraz Filipa, Prochora, Nikanora, Tymona, Parmenasa i Mikołaja, prozelitę z Antiochii. Przedstawili ich apostołom, którzy, modląc się, nałożyli na nich ręce. A słowo Boże szerzyło się, wzrastała też bardzo liczba uczniów w Jerozolimie, a nawet bardzo wielu kapłanów przyjmowało wiarę (Dz 6, 1-7).

W mojej rodzinnej wiosce Oseredek bocian cieszył się szczególnymi względami. Był ptakiem prawie nietykalnym. Za dobry znak dla gospodarstwa poczytywano sobie jego gniazdo w zagrodzie. Gospodarze przygotowywali odpowiednie miejsca na założenie gniazda. Takich miejsc zawsze było więcej niż bocianich par gotowych do skorzystania z gościnnego gestu. Klucze bocianów na niebie były znakami zbliżających się zmian w przyrodzie i w rytmie pracy gospodarstwa. Szyki bocianów ciągnące na południe zwiastowały nadchodzącą jesień. Z pewnym sentymentem patrzyliśmy na puste gniazda. Mijała zima, a na niebie pojawiały się znowu klucze bocianów, tylko lecących w odwrotnym kierunku. Zwiastowały one wiosnę. Załamywały się wtedy szyki na niebie, a bocianie pary bezbłędnie trafiały do swoich starych gniazd. Kierowane instynktem wracały z odległej o tysiące kilometrów Afryki. Na drodze do gniazda pokonywały przeciwne wiatry, ulewy i śnieżyce, upały i chłody, długie dnie i noce. Jednak nic nie potrafiło ich zmylić w tych powrotach. Zadziwiająca jest precyzja tego instynktu. Zdumiewająca jest celowość w świecie stworzonym przez Boga.

Powracamy jak ptaki do rodzinnych gniazd. Brzmi to prawie dosłownie dla tych, którzy przed laty opuścili rodzinny dom w Polsce i przylecieli do Nowego Jorku, do Ameryki. Często wracamy do tego domu i bezbłędnie rozpoznajemy swoje gniazdo. Ojciec z nieukrywaną radością otwiera dla nas bramę zagrody. Rozpromieniona matka wraz z zapachem ulubionych przez nas potraw

wychodzi z kuchni na nasze powitanie. Gdzieś na podwórku brat pośpiesznie kończy swoją pracę. A głuchnący Azor waruje przy nas i przyjaźnie merda ogonem. Po wielu latach takich radosnych powrotów przychodzi ten jeden, w czasie, którego jakby nie poznajemy swojego gniazda. Brama do zagrody związana rdzewiejącym łańcuchem, drzwi kuchni zamknięte na amen. I tylko pies sąsiada szczeka na obcego. „Gdzie jest mój dom?” – przez myśl przebiega pytanie. Szukamy go na znajomych ścieżkach. Zatrzymujemy się przy pomnikach, na których wyryte są imiona rodziców. Nie omijamy rodzinnego kościoła. Gdzieś musi być ten dom, czujemy to całym sercem i duszą. Gdzieś musi być dom, w który jest ogromny stół a przy nim wszyscy, których kochamy. Gdzieś musi być nasze trwałe gniazdo. To są najgłębsze pragnienia naszej duszy. A zatem jeśli wszystko Bóg stworzył celowo, to także nasze pragnienie wiecznego domu jest celowe i ma swoje spełnienie.

Wspólnota założona przez Chrystusa stawała się dla uczniów domem duchowym. Czuli się w niej jak w prawdziwym domu. Chrystus był fundamentem tej rodziny. I oto przychodzi czas wielkiej próby. Chrystus zapowiada swoją śmierć. Apostołowie odczuli to jako utratę wspólnoty rodzinnej, utratę domu

A wtedy Chrystus mówi do nich: „Niech się nie trwoży serce wasze. Wierzycie w Boga? I we Mnie wierzcie! W domu Ojca mego jest mieszkań wiele”. Mamy zatem swój trwały niebieski dom. Chrystus mówi, że odchodzi, aby przygotować nam miejsce. Oczyma wiary możemy dostrzec ten dom. Tak jak instynkt prowadzi bezbłędnie bociany do rodzinnego gniazda, tak samo wewnętrzny głos wiary wskazuje człowiekowi kierunek wiecznego domu. Ten wewnętrzny głos w swej delikatności nie niweczy ludzkiej wolnej woli, która czasami sprawia, że człowiek błądzi w drodze do rodzinnego gniazda w wieczności.

Bóg nie tylko obdarza nas „instynktem” wiary, ale stawia swego Syna na naszej drodze, aby był dla nas przewodnikiem. Jeden z najdociekliwszych apostołów- św. Tomasz żąda dokładniejszych wskazówek na drodze do domu Ojca: „Panie, nie wiemy, dokąd idziesz. Jak więc możemy znać drogę”. A wtedy Chrystus wskazuje na siebie: „Ja jestem drogą i prawdą, i życiem”. Wystarczy tylko iść za Chrystusem.

Przed kilku dniami odwiedziłem w Valhalla 16 letniego Pawła, który od 8 miesięcy leży w dziecięcym szpitalu. Ma on uszkodzony rdzeń kręgowy w okolicach karku. Nie może poruszać ani rękami, ani nogami. Matka spędza przy nim dnie i noce. Ojciec po operacji serca pracuje ponad siły, aby choć trochę zdobyć pieniędzy na pokrycie ogromnych kosztów, związanych z pobytem w Stanach. Przed rokiem, dzięki ludziom dobrej woli przywieziono z Polski Pawła do Ameryki, w nadziei, że tu znajdzie uzdrowienie.  Wszyscy ze wzruszającym poświeceniem trwają przy sobie. W tym szpitalu nie ma kapelana. Matka w czasie Wielkanocy była ze znajomą w kościele. Przyjęła Komunię św. i odrobinę hostii przyniosła swojemu synowi do szpitala. Przez znajomą także poprosiła o księdza. Wybrałem się zatem w drogę. Jechałem w te strony po raz pierwszy. Mapa jakoś nie przystawała do rzeczywistości. Kilka razy pytałem o drogę. Aż w końcu jeden z przypadkowo spotkanych kierowców zamiast tłumaczyć skomplikowaną drogę dojazdu mówi do mnie: „Niech ksiądz jedzie za mną. Ja zaprowadzę.” Jechaliśmy ponad półgodziny, pokonując dziesiątki skrzyżowań i zakrętów. Dzięki temu przewodnikowi łatwo i bezpiecznie dotarłem do celu. Chrystus mówi: „Idź za mną, a ja cię bezpiecznie zaprowadzę do domu Ojca”.

A tymczasem mamy dom duchowy, którego kamieniem węgielnym jest Jezus Chrystus.  Św. Piotr w pierwszym liście pisze: „Najmilsi: Zbliżając się do Pana, który jest żywym kamieniem, odrzuconym wprawdzie przez ludzi, ale u Boga wybranym i drogocennym, wy również niby żywe kamienie jesteście budowani jako duchowa świątynia, by stanowić święte kapłaństwo dla składania duchowych ofiar przyjemnych Bogu, przez Jezusa Chrystusa” (1 P 2, 4-5). Tu mamy braci i siostry, którzy towarzyszą nam w naszej podróży do innego, niebieskiego domu, gdzie czeka nas Bóg.

Po pięcioletnim pobycie w Australii małżeństwo wraca do domu. Gdy wylądowali w Anglii, żona dzwoni do swojej matki, która miała czekać na nich na lotnisku w Dublinie. Mówi ona do niej: „Aby mamie było łatwiej mnie rozpoznać ubiorę się w jasnoczerwony płaszcz”. Gdy matka to usłyszała odpowiedziała: „Co ty mówisz? Czy ty myślisz, że ja mogłabym nie rozpoznać swojej córki?”

Dla Boga jesteśmy najdroższymi dziećmi. On nas rozpozna i przygarnie, gdy wrócimy do Niego z dalekiej podróży, gdy wrócimy do swego rodzinnego gniazda (z książki Nie ma innej Ziemi Obiecanej).

 

NIE LĘKAJCIE SIĘ

W Jerozolimie na wzgórzu Syjońskim, w pobliżu symbolicznego grobu Dawida i Wieczernika umieszczono napis: „Światowe centrum pokoju”. Sama nazwa tego miasta znaczy „miasto pokoju”. Izraelscy mieszkańcy tego miasta pozdrawiają się i żegnają słowem: „pokój”. Wydaje się, że dla nich pokój jest dobrem najwyższym. W tym świętym mieście panuje względny pokój. Jest on jednak zewnętrzny i bardzo kruchy. Niewiele trzeba, aby przerodził się w wojnę. Gwarantem tego pokoju są młodzi Izraelczycy w kamizelkach kuloodpornych z karabinami na ramieniu. Spotkać ich można w każdym zaułku miasta. Jednak pokój oparty na karabinach jest niewystarczający, aby wyzwolić człowieka z poczucia lęku, co jest nieodzownym elementem ludzkiego szczęścia. Wyrazem tego lęku są bardzo szczegółowe przeszukiwania pasażerów na lotnisku i dziesiątki pytań zadawanych podróżnym przez pracowników lotniska. Ale nawet, gdyby udało się usunąć wspomniane źródła lęku pozostają inne, z którymi człowiek musi się zmierzyć niezależnie od tego w jakim zakątku świata przyjdzie mu żyć. Jest to lęk przed chorobą, utratą pracy, samotnością itd. Nikt z ludzi nie potrafi nas uwolnić od najważniejszego lęku, jakim jest lęk przed śmiercią. Od najdawniejszych czasów człowiek szukał uwolnienia od niego w rzeczywistości przekraczającej wymiar ziemski, materialny.

Znakami tego szukania są między innymi, górujące nad pustynnym krajobrazem piramidy egipskie. 26 listopada 1922 roku po ośmioletnich poszukiwaniach Howard Carter wraz ze swoim przyjacielem i sponsorem badań, lordem Carnarvonem odkrył w Dolinie Królów nietknięty od trzech tysięcy lat grobowiec faraona Tutenchamona. Grobowiec wypełniony był bezcennymi bogactwami. Przy drzwiach grobu stała rzeźba wielkości człowieka przedstawiająca Tutenchamona z insygniami władzy królewskiej w rękach. Młody władca panował 9 lat i zmarł w tajemniczych okolicznościach ok. roku 1350 przed narodzeniem Chrystusa. Liczył wtedy 18 lat. Zabalsamowane zwłoki, ogromne bogactwa zgromadzone w grobowcu, przedmioty codziennego użytku miały zapewnić faraonowi szczęśliwe życie po śmierci. Egipcjanie wierzyli, że po śmierci człowiek odbywa niezwykłą podróż w specjalnej łodzi, zdążając ku zachodowi słońca na drugi brzeg życia. Tam jest przyjmowany przez boga Ozyrysa, który zapewnia człowiekowi wieczność i szczęście. W grobowcu faraona Tutenchamona była także łódź, którą miał odbyć ostatnią podróż do krainy szczęścia. Oczywiście, ta łódź nigdy nie odpłynęła. Ku wieczności podążamy inną drogą. O tej drodze mówi Chrystus w dzisiejszej Ewangelii.

Apostołowie stawali w obliczu różnych niebezpieczeństw życiowych, które w pewnym sensie przybliżały perspektywę śmierci. Do zalęknionych Apostołów Chrystus powiedział: „Niech się nie trwoży serce wasze. Wierzycie w Boga? I we Mnie wierzcie! W domu Ojca mego jest mieszkań wiele”. Tomasz, który był jednym z najdociekliwszym uczniów zapytał swego Mistrza o drogę do domu Ojca. Poznanie celu, do którego zdążamy oraz pewność drogi prowadzącej do niego są nieodzownymi elementami odnajdywania wewnętrznego pokoju, który daje poczucie szczęścia. Jezus odpowiedział na to pytanie słowami: „Ja jestem drogą i prawdą, i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie”. Chrystus jest najpewniejszą drogą do domu Ojca. Jest to droga miłości, która w każdym człowieku pomaga odkrywać bliźniego. Wspólnota ludzka utworzona na tej drodze daje szansę zbudowania trwałego pokoju i uwolnienia człowieka z wielu lęków. W czasie ostatniej pielgrzymki do Ziemi Świętej odwiedziliśmy ochronkę dla dzieci z rodzin muzułmańskich, prowadzoną przez polskie siostry Elżbietanki. Jedna z sióstr opowiedziała o chłopcu, który wymownym gestem pokazał, jak to będzie podrzynał chrześcijanom gardła, gdy przyjdzie na to czas. Siostra powiedziała wtedy do niego: „Pomyśl, jak troszczymy się o ciebie. Przygotowujemy posiłki, pierzemy twoje ubrania, posyłamy cię do szkoły. I ty byś poderżnął mi gardło?” Chłopiec zastanowił się chwilę i powiedział: „Ja bym to zrobił bardzo szybko, żeby nie bolało”. Takie myślenie ukształtowało w nim muzułmańskie środowisko. Z pewnością nie jest to droga do budowania pokoju wyzwalającego z lęku. Również w oparciu o pewne formy judaizmu talmudycznego trudno zbudować pokój, według którego wszyscy poza wspólnotą żydowską są gojami. Goj jest niejako gorszą kategorią człowieka, wobec którego obowiązują inne standardy moralne. Np. oszukanie Żyda jest złem zaś oszukanie goja może być poczytywane za zasługę.

Papież Jan Paweł II świadom, że tylko droga chrystusowej miłości może uwolnić człowieka od wszelkich lęków i dać mu prawdziwy pokój wołał na Placu św. Piotra w Rzymie, 22 października 1978: „Nie lękajcie się! Otwórzcie, otwórzcie na oścież drzwi Chrystusowi! Otwórzcie drzwi Jego zbawczej władzy, otwórzcie jej granice państw, systemy ekonomiczne i polityczne, szerokie obszary kultury, cywilizacji i rozwoju. Nie lękajcie się! Chrystus wie, co kryje się we wnętrzu człowieka. Jedynie On to wie! Dziś człowiek tak często nie wie, co nosi w sobie, w głębi swej duszy, swego serca. Jak często jest niepewny sensu swego życia na tej ziemi. Ogarnia go zwątpienie, które przeradza się w rozpacz”. Do tego nawiązał papież Benedykt XVI, który w pierwszym przemówieniu, wspominając swego poprzednika, skierował do kardynałów wzruszające słowa: „Zdaje mi się, że czuję jego silną dłoń, ściskającą moją rękę, zdaje mi się, że widzę jego pełne uśmiechu oczy i słyszę jego słowa skierowane w tej chwili zwłaszcza do mnie – Nie lękaj się!”

Otworzyć drzwi Chrystusowi, to zawierzyć Mu całym swoim życiem. Z tym zawierzeniem bywa różnie. Często jesteśmy w tym zawierzeniu podobni do pięcioletnio Johnnego, którego matka poprosiła o przyniesienie ze spiżarni puszki zacieru pomidorowego. Mały chłopiec lękał się tam wejść, mówiąc: „Tam jest ciemno, ja się boję”. Matka przekonywała go, że nie ma powodu, aby się bać, że nic mu tam nie grozi. Ale chłopiec był nie przekonany. Wtedy matka powiedziała: „No dobrze, Nie bój się, Jezus będzie tam z tobą”. Johnny niepewnie podszedł do drzwi spiżarni i ostrożnie je otworzył. Zajrzał do środka i przerażony ciemnością zaczął się wycofywać. Ale nagle wpadł na pomysł. Zatrzymał się i głośno zawołał: „Jezu, jeśli tam jesteś, to czy mógłbyś mi podać puszkę przecieru pomidorowego?” (Charles Allen, Victory in the Valleys).

Usłuchajmy zatem słów naszego Rodaka: „Otwórzcie, otwórzcie na oścież drzwi Chrystusowi”. Gdy to uczynimy, to On nas uwolni od lęki i poprowadzi drogą pokoju do domu naszego Ojca (z książki W poszukiwaniu mądrości życia).

 

BŁOGOSŁAWIONA ANNA MARIA TAIGI

Lęk jest nierozłącznym towarzyszem naszej ziemskiej wędrówki. Mąci on, a nieraz zabiera radość życia. Chrystus wiele razy przypominał swoim uczniom, aby wyzbyli się wszelkich lęków. Powinniśmy zrobić, co w naszej mocy a resztę zawierzyć Ojcu. Chrystus zachęca byśmy uczyli się ufności od ptaków niebieskich, które radośnie śpiewając nie zamartwiają się o dzień jutrzejszy, albo też lilii wodnych, które z woli Ojca Niebieskiego są tak piękne, że nie można ich porównać z żadnymi dziełami ludzkimi. Najważniejszy lęk czai się u kresu naszych dni. Jest to lęk przed śmiercią. Do ogarniętych tym lękiem Chrystus mówi: „Niech się nie trwoży serce wasze… W domu Ojca mego jest mieszkań wiele”. A na pytanie, jak dojść do tego domu, odpowiada: „Ja jestem drogą i prawdą, i życiem”. A zatem Chrystus jest niezawodną drogą do domu Ojca, niezależnie od tego, na jakiej drodze realizujemy nasze ziemskie powołanie. Bł. Anna Maria Taigi jest wspaniałym przykładem jak kroczyć za Chrystusem do domu Ojca, będąc matką i żoną.

Anna Maria Gianetti urodziła się 29 maja 1769 r. w Sienie we Włoszech w zubożałej rodzinie kupieckiej.  W poszukiwaniu środków do życia rodzina przeprowadziła się do Rzymu. Gianetti byli ludźmi głęboko wierzącymi i w tym duchu wychowywali swoje jedyne dziecko. Anna Maria wyrosła na piękną, dobrze wychowaną, pracowitą i oddaną swoim rodzicom dziewczynę. Z powodu trudnej sytuacji materialnej rodzice umieścili trzynastoletnią Annę u bogatej arystokratki, Marii Serra Marini. Anna swoim zachowaniem i mądrością zyskała przyjaźń i szacunek swojej opiekunki, u której pozostała aż do ślubu. W wieku 20 lat wyszła za mąż za Domenico Taigi, który będąc z natury dobrym człowiekiem bywał nieraz uparty, porywczy i szorstki. Kontrastowało to z delikatnością i wrażliwością Anny. Mimo tych przywar okazał się mężem wymodlonym przez Annę. Był on praktykującym katolikiem, pracowitym człowiekiem o wielkim sercu. Praktykowanie ewangelicznych wskazań, szczególnie przez Annę sprawiało, że małżeństwo należało do bardzo udanych. Łagodnością i wyrozumiałością potrafiła zjednać męża, który ulegał porywom złości i zmiennym nastrojom. To dzięki niej, jak mówił sam Domenico w domu panował zawsze „niebiański pokój”. I w tym domu Anna Maria urodziła i wspaniale wychowała 4 synów i 3 córki.

Na początku małżonkowie prowadzili beztroskie, szczęśliwe życie. Anna Maria z całym oddaniem zajęła się prowadzeniem domu i wychowaniem dzieci. Jako młoda mężatka lubiła piękne stroje i korzystała z rozrywek, co nie przeszkadzało jej w praktykowaniu wiary. Tak było do stycznia 1791 roku, kiedy to weszła z mężem do bazyliki św. Piotra w Rzymie. Spotkała tam kapłana, z którym nie zmieniała słowa, a które to spotkanie wywarło wielki wpływ na jej życie. W sercu Anny zostało zasiane ziarno bożego niepokoju. Tym kapłanem był, cieszący się opinią świętości Angelo Verardi, wikariusz w parafii św. Marcelego, gdzie odbył się ślub Anny i Domenico. Kapłan ten usłyszał wewnętrzny głos: „Przyjrzyj się tej młodej kobiecie. Pewnego dnia zwróci się do ciebie, a wtedy doprowadź ją do nawrócenia, gdyż to Ja wybrałem ją, aby została świętą.”

Kilka miesięcy później, czując wewnętrzne przynaglenie Anna Maria udała się do kościoła św. Marcelego, aby przystąpić do sakramentu pojednania. Spotkała tam ojca Angelo, od którego usłyszała słowa: „Nareszcie jesteś!” I tak, pod kierownictwem duchowym ojca Angelo rozpoczął się dla Anny nowy okres w życiu, okres duchowego wzrostu i zacieśniania mistycznej więzi z Chrystusem. W czasie jednej z wizji Chrystus powiedział do niej: „Przeznaczyłem cię do tego, byś nawracała dusze i pocieszała osoby każdego stanu”. Tej wewnętrznej przemianie towarzyszyła radykalna przemiana zewnętrzna. Rozmawiała o tym z mężem i za jego zgodą wprowadzała zmiany w swoim życiu. Wstąpiła do III zakonu świeckiego Trójcy Przenajświętszej od Wykupu Niewolników. Zaczęła ubierać się jak najprościej i żyć skromnie, z dala od wielkiego świata. Starała się codziennie przyjmować Komunię św., modlić się i czytać Ewangelię. Aby to pogodzić z obowiązkami matki i żony, wstawała wcześnie rano i pracowała do późnej nocy. Wychowując dzieci, wpajała im wartości religijne, podkreślała znaczenie pracy, a lenistwo traktowała jako źródło wszystkich innych grzechów. Często zabierała dzieci ze sobą w odwiedziny do chorych i ubogich, aby nauczyły się wrażliwości na ludzką niedolę. Znała wiele wpływowych i bogatych osób, u których mogła bez trudu uzyskać jakieś korzyści, awanse dla swoich dzieci, ale nigdy o to nie poprosiła. Najważniejsze było dla niej to, aby dzieci wyrosły na dobrych chrześcijan, dobrych i szlachetnych, uczciwych i pracowitych ludzi.

Na początku roku 1791 r. doświadczyła wizji, która będzie jej towarzyszyć do końca życia. Przebywała wtedy sama w pokoju, skupiona na modlitwie i zobaczyła przed sobą wielką jasność, jak słońce przysłonięte lekkimi obłokami. Zmieniła miejsce, przetarła oczy, ale „słońce” znajdowało się dalej tam, gdzie poprzednio. Tajemnicze słońce będzie jej towarzyszyć do końca życia. Chrystus objawił jej znaczenie tej wizji: „Pokazuję ci zwierciadło, dzięki któremu zrozumiesz, co jest dobre, a co złe”. Anna Maria zadziwiała współczesnych proroctwami, które ujawniała na wyraźne polecenie spowiednika. Między innymi, 8 lat wcześniej zapowiedziała, że Giovanni Mastai Ferretti, który nie był jeszcze kardynałem zostanie papieżem, co spełniło się po jej śmierci. Przepowiedziała także pewne szczegóły z jego pontyfikatu. Anna Maria nie tylko znała na bieżąco różne epizody z życia Napoleona, ale zapowiedziała też jego śmierć na Wyspie św. Heleny i opisała pogrzeb tak, jakby była na nim obecna. Przepowiedziała także przedwczesną i niespodziewaną śmierć 48-letniego rosyjskiego cara, Aleksandra, 1 grudnia 1825 r. na Krymie. Te, jak i inne przepowiednie są dokładnie udokumentowane. W aktach procesu beatyfikacyjnego zapisano także wiele cudów uzdrowień duchowych i fizycznych za wstawiennictwem Anny Marii.

W czasie ekstaz Anna Maria odrywała się od świata materialnego i zanurzała w rzeczywistości nadprzyrodzonej, stając się obojętną na to, co się wokół niej działo. Według jej spowiednika, ekstazy były tak częste, że prosiła Chrystusa: „Panie, zostaw mnie w spokoju, jestem matką rodziny!” Chrystus zamiast uwolnić ją od mistycznych przeżyć, obdarzył ją łaską roztropnego wykorzystania czasu, tak aby mogła dobrze wypełnić obowiązki wypływające z rodzinnego powołania. W czasie procesu beatyfikacyjnego jej mąż powiedział: „Nigdy się nie sprzeczała, poświadczam to na chwałę Bożą, ja, który spędziłem czterdzieści osiem lat z tą błogosławioną duszą. Żyliśmy w niezmiennym spokoju, niczym w raju”. Anna Maria z wielką wyrozumiałością odnosiła się do tych, którzy ją oczerniali. Niektórzy rozpowszechniali oszczerstwa, że Anna jest kobietą egzaltowaną lub czarownicą. Mąż słysząc to wpadał w furię, a wtedy ona uspokajała go, co więcej, pomagała nawet oszczercom. I tak przyczyniła się do uwolnienia z więzienia sąsiadki, którą Domenico oskarżył przed sądem o zniesławienie żony.

W okresie największej biedy Anna Maria nie skarżyła się, ale godnie wychodziła naprzeciw wezwaniom. Pracowała jeszcze więcej niż zwykle, wyrabiała obuwie, szyła kobiece suknie i gorsety. A jeśli zaszła taka konieczność, to stawała w kolejce razem z gromadą nędzarzy, aby zapewnić chleb swojej rodzinie. Nie skorzystała z propozycji królowej Etrurii, Marii Luizy, która dzięki modlitwom Anny została uzdrowiona z epilepsji. Królowa nalegała, aby Anna z całą rodziną przeprowadziła się do jej pałacu.

Anna Maria, wyniszczona chorobą zmarła 5 maja 1837 r. w wieku 68 lat. Zaś 30 maja 1920 r., podczas uroczystej ceremonii na Placu św. Piotra, w obecności nieprzebranego tłumu, Anna Maria została ogłoszona błogosławioną (z książki Wypłynęli na głębię).

 

DLACZEGO SIĘ LĘKASZ?

Podczas pielgrzymki na kanonizację św. Jana Pawła II zatrzymaliśmy się w uroczym górskim miasteczku Cascia. Późnym wieczorem, z grupą pielgrzymów wstąpiłem do kawiarni, rodem ze średniowiecza. Od razu widać, że właścicielem musi być ktoś więcej, niż tylko biznesmen. I rzeczywiście tak było. Antonio, właściciel tego niezwykłego przybytku bardzo serdecznie nas powitał nas. Poczęstował trunkiem własnej roboty i wędzonymi smakołykami wiszącymi u sufitu. Byliśmy zaskoczeni, gdy nie chciał przyjąć od nas zapłaty. Co więcej, zaproponował nam nocny spacer. Dzięki niemu poznaliśmy to niezwykłe miasto. Rozmawialiśmy w języku migowym, angielskim, włoskim i polskim. Dodam, że migowy stanowił podstawę porozumienia. Spacerowaliśmy do godz. 1:00 w nocy. Przy rozstaniu, Antonio, ze łzami w oczach poprosił nas, abyśmy zaczekali, a on za chwilę wróci. Wrócił z prezentami dla nas. Każdy otrzymał różaniec. To co mnie urzekło w tym człowieku, to była ogromna wewnętrzna radość, otwartość na drugiego, jakiś boża beztroska, brak jakiegokolwiek lęku. Przez lata pracował w Rzymie jako architekt. Po pewnym czasie stwierdził, że to rozkrzyczane i zapędzone miasto nie jest dla niego. Zamieszkał w niewielkiej wiosce, gdzie jak sam mówi ma małe zoo – koty, kury, psy, kozy itp. oraz kawiarnię w mieście, gdzie gawędzi z ludźmi, cieszy się życiem. Poszedł za głosem swego serca, a wszelki troski złożył niejako na barki Boga. Troska i lęk o jutro nie pozbawiały go dzisiejszej radości. Patrząc na niego przypominałem sobie słowa Chrystusa: „Przypatrzcie się liliom polnym, jak rosną; nie pracują ani przędą. A powiadam wam: nawet Salomon w całym swym przepychu nie był ubrany jak jedna z nich. Jeśli więc ziele polne, które dziś jest, a jutro do pieca będzie wrzucone, Bóg tak przyodziewa, to czyż nie tym bardziej was, ludzie małej wiary?” 

W Cascia znajduje się sanktuarium św. Rity, które nawiedziliśmy w czasie pielgrzymowania. W świątyni są relikwie św. Rity, która obok św. Judy Tadeusza czczona jest w kościele jako patronka od beznadziejnych spraw. Wyrażenie „sprawy beznadziejne” w kontekście wiary jest nieoprawne. Są sprawy bardzo trudne, które z ludzkiego punktu widzenia wyglądają na beznadziejne, jednak wiara w takich sytuacjach staje się źródłem nadziei. Tak było w życiu św. Rity.  Święta pragnęła wstąpić do zakonu, jednak zgodnie z wolą rodziców, w wieku 12 lat poślubiła Paola Manciniego, który był człowiekiem brutalnym o bardzo trudnym, awanturniczym charakterze. Miał wielu wrogów. Przez lata Rita, cierpiąc z tego powodu zanosiła wytrwałe modły o przemianę męża. I wyprosiła tę łaskę, ale niedługo mogła się tym cieszyć, ponieważ mąż został zamordowany w walkach zwaśnionych rodów. Rita została z dwoma synami, którzy pragnęli pomścić śmierć ojca. Święta znowu gorąco błagała Boga, aby uchronił synów przed dokonaniem zemsty, bo to rozpętałoby jeszcze większe zło i synowie naraziliby się na zatratę wieczną. Jakże bolesne było wysłuchanie tej prośby. Synowie zmarli w czasie zarazy, jaka nawiedziła tę okolicę. Przed śmiercią jednak, pod wpływem matki żałowali za popełnione grzechy, w tym także za pragnienie zemsty.

W wieku 36 lat Rita postanowiła zrealizować swoje powołanie zakonne. Jednak zakon augustianek, do którego chciała wstąpić nie przyjmował wdów. Rita zaczęła modlitwą szturmować niebo. I stał się cud. Pewnego ranka w niewyjaśniony sposób św. Rita znalazła się za murami klasztoru augustianek w Cascia. Otworzyły się dla niej drzwi klauzury. Odczytano to jako znak z nieba i przyjęto ją do zakonu. W zakonie należała do sióstr wykonujących najtrudniejsze prace. Jednak nigdy się nie skarżyła z tego powodu. Pragnęła cierpieć jeszcze więcej. A Bóg ją wysłuchał. Pewnego dnia podczas adoracji krzyża, cierń z korony utkwił w jej czole, stając się źródłem bólu do końca życia. Do dzisiaj, ślad tej rany możemy zobaczyć na jej czole. Odeszła do Boga 22 maja 1457 roku. Po śmierci zasłynęła wieloma cudami. Dlatego jej ciało umieszczono w szklanej trumnie w kościele w Cascia. Święta była wolna od lęku nawet w obliczu śmierci. Odchodziła z radością na spotkanie Chrystusa i tych, których kochała w życiu ziemskim. Bezgranicznie zaufała słowom Jezusa, które czytamy w czasie dzisiejszej liturgii mszalnej: „Niech się nie trwoży serce wasze. Wierzycie w Boga? I we Mnie wierzcie. W domu Ojca mego jest mieszkań wiele. Gdyby tak nie było, to bym wam powiedział. Idę przecież przygotować wam miejsce”.

Aby jednak powyższe słowa Chrystusa usunęły wszelki lęk, nawet przed najgorszym i stały się źródłem pokoju winna nam towarzyszyć ufna wiara, której przykładem jest poniższa historia. Teresa, jedna z uczestniczek pielgrzymki na kanonizację św. Jana Pawła II przywiozła z Cascia dla swojej siostry Marii figurkę św. Rity, którą zainteresowała się trzyletnia Emilka. Potraktowała ją jako jeszcze jedną wersję Barbi do swojej kolekcji. Mama wytłumaczyła jej, że nie jest to zabawka, ale figurka świętej Rity, którą bawić się nie można. „A kto to św. Rita?’ – zapytała mała Emilka. Mama opowiedziała jej historię św. Rity, o licznych cudach, które dokonały się za jej wstawiennictwem, i że pomaga ona w sprawach bardzo trudnych. Trzeba ją tylko prosić. Wieczorem Maria zauważył, że jej córeczka klęczy na łóżku, patrzy na figurkę św. Rity i coś tam szepcze. „Co ty mówisz? – zapytała mama. „Proszę św. Ritę, aby przestał mnie boleć brzuszek” – z rozbrajającą szczerością odpowiedziała Emilka. „I co, przestał boleć?” – pyta mama „Jeszcze nie, ale na pewno przestanie”- tymi słowami mała dziewczynka wyznała swoją wiarę. Kilka dni później Emilka z całą rodziną wybrała się do parku, gdzie niefortunnie upadła, raniąc dotkliwie kolano. Kulała, płakała, marudziła i chciała wrócić do domu. Po powrocie wzięła figurkę św. Rity i zaczęła co jej szeptać do ucha. Po pewnym czasie postawiła figurkę na swoim miejscu i powiedziała wszystkim, że kolano już ją nie boli. I właśnie taka wiara może się zmierzyć z każdym lękiem, który waruje każdego dnia u naszych drzwi.

A to już ostatnia opowieść, która na drogach codziennego życia pomaga nam odkrywać sens czytań biblijnych na dzisiejszą niedzielę. Eryka w ostatnim czasie miała problemy zdrowotne. Musiała przejść różnego rodzaju badania. W takich sytuacjach przychodzą różne myśli, nawet te najczarniejsze. Eryka wyznała, że to pomogło jej uświadomić sobie, co w zasadzie w życiu jest najważniejsze. Troszczymy się i lękamy nadmiernie o wiele spraw, które naprawdę nie mają większego znaczenia, gdy stajemy wobec najważniejszego życiowego wezwania, stajemy w obliczu śmierci. W takim momencie Chrystus kieruje do nas słowa: „Niech się nie trwoży serce wasze”. Tę trwogę można zwyciężyć wiarą, jaka miała św. Rita i wiarą małej Emilki. Jeśli w tej wierze zwyciężymy największy lęk, to tym bardziej w tej wierze uporamy się z lękami o obawami naszej codzienności. Zrób co do ciebie należy, a resztę zawierz Bogu. On cię obdarzy pokojem i bezpiecznie poprowadzi drogami życia.

Chrystus ciągle powtarza: „Niech się nie trwoży serce wasze”. Te słowa Jezusa powiedział w Wieczerniku. Mówił o swoim odejściu, co budziło obawy, lęk apostołów. Chrystus pragnie ich pocieszyć, mówiąc najpierw o domu Ojca i o swoim odejściu, aby przygotować dla nich miejsce. Następnie powiedział o drodze prowadzącej do domu Ojca: „Ja jestem drogą i prawdą, i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie”. Znamy zatem drogę do uwolnienia się od trwogi i drogę do pokoju, którego nic zakłócić nie może (Kurier Plus 2017).

 

CO JEST WAŻNIEJSZE?

W kontekście szalejącej pandemii koronawirusa, chyba najczęściej cytowanym purpuratem jest papieski jałmużnik kardynał Konrad Krajewski. Jego słowa znajdują wielkie uznanie i szacunek, bo potwierdza on je swoimi czynami. W jednym ze swoich wywiadów, z myślą o potrzebujących powiedział: „Jeśli my (duchowni) się nimi nie zajmiemy, to nikt inny dzisiaj nie ma większych możliwości. Zapraszam wszystkich kardynałów, biskupów i księży do wyjścia na ulicę i pomagania tym ludziom, a także do otwarcia im swoich domów, żeby mogli skorzystać z toalet i zadbać o higienę osobistą. Kiedy siedem lat temu obejmowałem urząd jałmużnika papieskiego, Ojciec Święty powiedział mi, że mam być biskupem ulicy, że mam sprzedać swoje biurko i wyjść na ulice – wtedy nie bardzo wiedziałem, o co mu chodzi. Teraz wiem doskonale. Trzeba być z ludźmi, bo tylko wtedy wiadomo, czego oni potrzebują. Pomaganie zza biurka może być fatalne w skutkach – ja będę się czuł dobrze, bo pomagam, ale może okazać się z czasem, że ta pomoc wcale nie była dla nich, że dałem im to, czego oni dzisiaj zupełnie nie potrzebują. To, czego potrzebują nasi biedni, można zauważyć tylko wtedy, kiedy się z nimi jest. Musimy zawsze myśleć, czego biedni potrzebują. Dziś oczekują naszego wsparcia, ponieważ wszystko jest zamknięte. Musimy zadbać, aby mieli się, gdzie umyć i co jeść. Księża mają teraz najlepsze możliwości, aby pomóc bezdomnym”. Ta wypowiedź ma się nijak do zarządzeń, których muszę przestrzegać. Nie tylko potrzebujący wsparcia materialnego nie może wejść na plebanię, ale także wierny z potrzebą duchową.

W mediach społecznościowych niektórzy z wielkim upodobaniem cytują te wypowiedzi, wyraźnie wypunktowując duchownych, którzy powinni zająć się działalnością charytatywną, a siebie samych niejako zwalniają z tej odpowiedzialności. Wskazywanie na duchownych jest jak najbardziej na miejscu. Spójrzmy jednak na ten problem przez pryzmat pierwszego czytania z Dziejów Apostolskich na dzisiejszą niedzielę. Apostołowie powiedzieli do uczniów: „Nie jest rzeczą słuszną, abyśmy zaniedbali słowo Boże, a obsługiwali stoły. Upatrzcie zatem, bracia, siedmiu mężów spośród siebie, cieszących się dobrą sławą, pełnych Ducha i mądrości. Im zlecimy to zadanie. My zaś oddamy się wyłącznie modlitwie i posłudze słowa”. Na pierwszym miejscu w posłudze duchownych jest modlitwa i głoszenie słowa oraz zadbanie o to, aby znaleźć ludzi, którzy wyruszą z chlebem do potrzebujących. Oczywiście nie zwalnia to duchownych od wyruszenia z tym chlebem razem z innymi. To będzie nie tylko konkretny czyn, ale również inspirujący przykład. Wszyscy stanowimy Kościół Chrystusowa, jesteśmy jego członkami i każdy powinien zrobić to co do niego należy. To jest pierwsze, a drugie to upomnienie tych, którzy zaniedbują czynienia dobra, do którego są zobowiązani, nie tylko prawem miłości Boga i bliźniego. Oczywiście, czyn miłosierny możemy uczynić wspaniałym skutecznym głoszeniem słowa Bożego, ot chociażby jak to robi kardynał Krajewski. Ale trzeba pamiętać, że to z modlitwy i głoszenia słowa Bożego rodzi się autentyczny czyn miłosierdzia Bożego.

Nasze życie przekracza wymiar materialny. W sferze duchowej sięga wieczności. Tego ducha mamy karmimy modlitwą i słowem Bożym, dlatego jak mówią Dzieje Apostolski są one na pierwszym miejscu w życiu ucznia Chrystusa. Gdyby nie perspektywa wieczność to trzeba by nam powtarzać za mędrcem biblijnym słowa nierozsądnych: „Nasze życie jest krótkie i smutne. Nie ma lekarstwa na śmierć człowieczą, nie znamy nikogo, kto by wrócił z Otchłani. Urodziliśmy się niespodzianie i potem będziemy, jakby nas nigdy nie było. Dech w nozdrzach naszych jak dym, myśl jak iskierka z uderzeń serca naszego, gdy ona zgaśnie, ciało obróci się w popiół, a duch się rozpłynie jak niestałe powietrze. Imię nasze pójdzie z czasem w niepamięć i nikt nie wspomni naszych poczynań. Przeminie życie nasze jakby ślad obłoku i rozwieje się jak mgła, ścigana promieniami słońca i żarem jego przybita. Czas nasz jak cień przemija, śmierć nasza nie zna odwrotu: pieczęć przyłożono i nikt nie powraca”. Mędrzec napełniony mądrością Bożą dodaje: „Tak pomyśleli – i pobłądzili, bo własna złość ich zaślepiła. Nie pojęli tajemnic Bożych, nie spodziewali się nagrody za prawość i nie docenili odpłaty dusz czystych. Bo dla nieśmiertelności Bóg stworzył człowieka – uczynił go obrazem swej własnej wieczności. A śmierć weszła na świat przez zawiść diabła i doświadczają jej ci, którzy do niego należą”.

Chrystus, który jest odwiecznym Słowem Bożym, przez swoją śmierć i zmartwychwstanie wprowadza nas w realną rzeczywistość nadprzyrodzonej wieczności. A do swoich uczniów powiedział: „Niech się nie trwoży serce wasze. Wierzycie w Boga? I we Mnie wierzcie! W domu Ojca mego jest mieszkań wiele. Gdyby tak nie było, to bym wam powiedział. Idę przecież przygotować wam miejsce. A gdy odejdę i przygotuję wam miejsce, przyjdę powtórnie i zabiorę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie Ja jestem. Znacie drogę, dokąd Ja idę”. Tomasz dla pewności zapytał o drogę do nieba. Jezus odpowiedział mu: „Ja jestem drogą i prawdą, i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie”. Tę drogę trzeba znać, aby trafić do nieba. Dlatego tak ważna jest modlitwa i głoszenie słowa, którego wcieleniem jest Jezus Chrystus.

Różne sytuacje życiowe mogą być bardzo pouczające w naszej drodze do Domu Ojca. Ot chociażby doświadczenie pandemii. Felietonistka Yvonne Abraham w wielkanocnym artykule, opublikowanym w The Boston Globe zastanawia się, czy ta Wielkanoc może być początkiem czegoś niezwykłego: „Jak wyglądałby świat, gdybyśmy wartości, które stały się dla nas tak ważne podczas tej pandemii zachowali w życiu po jej ustaniu? Jak wyglądałoby nasze życie, gdybyśmy przez całe życie kierowali się priorytetami czasów pandemii? Gdybyśmy zawsze byli dla siebie tak życzliwi, zatroskani o los całego świata jak dzisiaj? Gdybyśmy zachowali te wartości to życie wyglądałby na pewno inaczej. Nasze ręce byłyby zawsze czyste. Mielibyśmy większy szacunek dla nisko opłacanych pracowników, którzy zaspokajają nasze podstawowe potrzeby. Inaczej byśmy oceniali pracowników sklepów spożywczych i innych, którzy dostarczają żywności na nasze stoły. Docenilibyśmy kierowców, którzy przynoszą paczki do najbardziej nieszczęśliwych między nami. Zapewne inaczej byśmy oceniali służby medyczne, sanitarne, dozorców, którzy z narażeniem życia starali się nas chronić.

Z pewnością, gdybyśmy pamiętali o czasach pandemii wydalibyśmy mniej pieniędzy na rzeczy, które w zasadzie niczemu nie służą poza pokazaniem swojego statusu społecznego, czy zaimponowania innym. Mniej marnowalibyśmy darów jakie otrzymujemy od życia. Więcej czasu spędzilibyśmy z rodziną, więcej tego czasu mielibyśmy dla przyjaciół, dla ludzi chorych, starszych. Bylibyśmy bardziej świadomi naszego ogromnego szczęścia, że są z nami, zwłaszcza ci starsi. Więcej byłoby w naszym życiu czułości, przytulenia, docenienia czyjeś obecności. Pracowalibyśmy razem, nie dając do zrozumienia, że nasz współpracownik jest gorszy. Bylibyśmy bardziej wdzięczni za wszystko, co mamy. Bardziej zaangażowani w realizację sprawiedliwości społecznej. Bardziej skoncentrowani na tym co my robimy niż na krytycznej ocenie czego inni nie robią. Gdyby tak się stało na pewno bylibyśmy szczęśliwsi”.

Każdy z nas będzie miał własne doświadczenia z czasów pandemii, wśród nich doświadczenia natury religijnej. Z pewnością będą to doświadczenia, które pozytywnie będą się wpisywać w naszą drogę do domu naszego Ojca (Kurier Plus 2020).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *