10 Mar

5 niedziela Wielkiego Postu Rok B

 

KTO CHCIAŁBY MI SŁUŻYĆ NIECH IDZIE ZA MNĄ

Wśród tych, którzy przybyli, aby oddać pokłon Bogu w czasie święta, byli też niektórzy Grecy. Oni więc przystąpili do Filipa, pochodzącego z Betsaidy Galilejskiej i prosili go, mówiąc: „Panie, chcemy ujrzeć Jezusa”. Filip poszedł i powiedział Andrzejowi. Z kolei Andrzej i Filip poszli i powiedzieli Jezusowi.  A Jezus dał im taką odpowiedź: „Nadeszła godzina, aby został uwielbiony Syn Człowieczy. Zaprawdę, zaprawdę powiadani wam: Jeżeli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeżeli obumrze, przynosi plon obfity. Ten, kto miłuje swoje życie, traci je, a kto nienawidzi swego życia na tym świecie, zachowa je na życie wieczne. A kto by chciał Mi służyć, niech idzie za Mną, a gdzie Ja jestem, tam będzie i mój sługa. A jeśli ktoś Mi służy, uczci go mój Ojciec.   Teraz dusza moja doznała lęku i cóż mam powiedzieć? Ojcze, wybaw Mnie od tej godziny. Nie, właśnie dlatego przyszedłem na tę godzinę. Ojcze, uwielbij imię Twoje”. Wtem rozległ się głos z nieba: „I uwielbiłem, i znowu uwielbię”. Tłum stojący usłyszał to i mówił: „Zagrzmiało!” Inni mówili: „Anioł przemówił do Niego”. Na to rzekł Jezus: „Głos ten rozległ się nie ze względu na Mnie, ale ze względu na was. Teraz odbywa się sąd nad tym światem. Teraz władca tego świata zostanie precz wyrzucony. A Ja, gdy zostanę nad ziemię wywyższony, przyciągnę wszystkich do siebie”. To powiedział zaznaczając, jaką śmiercią miał umrzeć (J 12,20-33).

Wydarzenie to miało miejsce nocą w czasie burzy. Do maleńkiego hotelu przyszedł starszy mężczyzna ze swoją żoną, prosząc o pokój. Młody pracownik odpowiedział, że wszystkie miejsca są już zajęte i po chwili dodał: „Ale nie mogę odesłać tak miłej pary w deszcz o pierwszej godzinie w nocy, jeśli państwo chcecie to mogę odstąpić swój pokój”. „Ale gdzie pan będzie spał?”- zapytali spóźnieni goście. „Jakoś sobie poradzę, nie martwcie się o mnie ” – odpowiedział młody człowiek. Następnego dnia po zapłaceniu rachunku starszy pan powiedział do pracownika: „Jesteś dobrym kierownikiem i powinieneś być dyrektorem najlepszego hotelu w Stanach Zjednoczonych. Może któregoś dnia wybuduję go dla ciebie”.

Dwa lata później młody pracownik hotelu otrzymał list z Nowego Jorku wraz z biletem lotniczym. Z listu dowiedział się, że starszy pan, którego przyjął w czasie burzy chce się z nim spotkać. Po przyjeździe do Nowego Jorku starszy mężczyzna prowadzi go na róg 5 Alei i 34 ulicy na Manhattanie. Pokazuje mu piękny nowy budynek, powiedział: „To jest ten hotel, który zbudowałem, abyś nim zarządzał”. Młody człowiek, George C. Boldt oniemiały z wrażenia dziękował swemu dobroczyńcy, którym okazał się William Waldorf Astoria. Hotel Waldorf Astoria był w tamtym czasie jednym z najokazalszych i najbardziej ekskluzywnych hoteli w Stanach Zjednoczonych.

Jest to spektakularny przykład jak nieraz niespodziewanie może zaowocować nasze poświęcenie czy wyrzeczenie. Takie są reguły życia, że każdy trud czy wyrzeczenie przynosi owoc chociaż nie tak szybko jak się spodziewamy i może nie w takiej formie jakiej oczekujemy. Alpinista chce zdobyć szczyt, ale z różnych powodów planu nie zrealizował. Czy jest to zmarnowany trud? Na pewno nie, w czasie tej wyprawy stężał jego charakter, porażka jakiej doznał pomogła mu mądrzej patrzeć na wiele spraw, a także zauważył, że w życiu jest wiele innych ważniejszych problemów.

Cokolwiek chcemy w życiu osiągnąć musimy liczyć się z poświęceniem, ofiarą. Rodzice bardzo dobrze wiedzą, ile poświęcenia wymaga dobre wychowanie dzieci. Za tytułem naukowym kryje się wiele nieprzespanych nocy i rezygnacji z przyjemności bieżącego dnia. Piękne domy tonące w kwiatach kryją nieraz w sobie tajemnicę długich lat wzmożonego trudu i poświęcenia obecnych właścicieli. Mówiąc językiem ewangelicznym konieczne jest obumieranie dla jednych wartości by zdobyć inne, wyższego rzędu.

Podobni jesteśmy do ziarna rzuconego w ziemię, które obumiera aby wydać obfity plon. Jeżeli ziarno nie obumrze nie wyda plonu tylko zbutwieje i zostanie samo. Ma to bardzo konkretne przełożenie w naszym życiu. Człowiek, który nie jest zdolny do wysiłku do poświęcenia nie wydaje plonu, jego życie mija bezowocnie. Zostaje sam z pretensjami do świata, że jest opuszczony i nikt się nim nie interesuje. Był zamknięty dla innych, zamknięty w swoim egoizmie. Nastawiony tylko na branie. Nawet gdyby wytężał pamięć do utraty przytomności nie przypomni sobie ani jednego bezinteresownego czynu. Jest jak zbutwiałe ziarno w ziemi, które nie wydało żadnego plonu. Została tylko skłębiona masa instynktów, żądz i pragnień zamknięta w skorupie skrajnego egoizmu. Nie otworzył się ani na drugiego człowieka ani na Boga. Zbyt bardzo kochał swoje życie i dlatego je stracił. Taka jest wymowa ewangelicznych słów: „Ten, kto miłuje, swoje życie, traci je.”

Przypowieść Chrystusa o ziarnie rzuconym w ziemię w swym przesłaniu ukierunkowana jest na wieczność. Mówi ona o owocowaniu poza granicą transformacji życia, którą nazywamy śmiercią. Poza tą granicą mamy do czynienia tylko z wartościami natury duchowej. W powszechnie przyjętej skali wartościowania, wartości duchowe należą do wartości wyższego rzędu. Aby te wartości osiągnąć człowiek zmuszony jest nieraz do zaparcia się samego siebie czy rezygnacji z pewnych wartości natury materialnej. Jest to obumieranie dla świata i owocowanie dla wieczności. To obumieranie włączone w tajemnicę śmierci i zmartwychwstania Chrystusa rodzi owoc wieczności (z książki Ku wolności).

 

KU ZMARTWYCHWSTANIU

Pan mówi: „Oto nadchodzą dni, kiedy zawrę z domem Izraela i z domem judzkim nowe przymierze. Nie jak przymierze, które zawarłem z ich przodkami, kiedy ująłem ich za rękę, by wyprowadzić z ziemi egipskiej. To moje przymierze złamali, mimo że byłem ich władcą, mówi Pan. Lecz takie będzie przymierze, jakie zawrę z domem Izraela po tych dniach, mówi Pan: Umieszczę swe prawo w głębi ich jestestwa i wypiszę na ich sercu. Będę im Bogiem, oni zaś będą Mi narodem. I nie będą się musieli wzajemnie pouczać mówiąc jeden do drugiego: «Poznajcie Pana». Wszyscy bowiem od najmniejszego do największego poznają Mnie, mówi Pan, ponieważ odpuszczę im występki, a o grzechach ich nie będę już wspominał” (Jr 31,31-34).

Sportowiec na podium zwycięzcy, aktor ze statuetką nagrody Oskara, poeta , pisarz, naukowiec z nagrodą Nobla są symbolami ludzkiego sukcesu, zaszczytu i chwały. Oprócz talentu kryje się za tym ogromna praca, poświecenie, zapieranie się samego siebie. Dla osiągnięcia takiej chwały człowiek jest nieraz gotowy poświęcić całe życie. Wyniesienie na ołtarze jest też pewnego rodzaju chwałą człowieka. Może mieć ona wyraz w rzeczywistości ziemskiej, jednak jej najważniejszy wymiar realizuje się w przestrzeni, o której mówi zacytowany na wstępie fragment Ewangelii. Jest to chwała wieczna. Ziemska chwała ma wyznaczony czas; umiera wraz z przemijaniem świata. Zaś chwała człowieka zbudowana na Bogu jest wieczna.

Chrystus mówi o swojej chwale, która jest chwałą Ojca. „Ojcze, wsław imię Twoje! Wtem rozległ się głos z nieba: Już wsławiłem i jeszcze wsławię.” Chrystus mówił to w kontekście zbliżającej się męki i śmierci, które są konieczne dla ukazania Jego chwały. Doświadczyć śmierci, a później zwyciężyć ją przez zmartwychwstanie, to szczyt chwały, uwieńczonej wiecznością. Chrystus doznaje lęku przed zbliżająca się męką, ale z poddaniem Ojcu mówi: „Teraz dusza moja doznała lęku i cóż mam powiedzieć? Ojcze, wybaw mnie od tej godziny. Ależ właśnie, dlatego przyszedłem na tę godzinę”. To było potrzebne, abyśmy mogli dostrzec chwałę Chrystusa. Przez cierpienie i śmierć ku zmartwychwstaniu. Jezus mówi, że ten schemat owocowania, zdobywania sławy funkcjonuje także w rzeczywistości materialnej. I dla przybliżenia tej prawdy używa porównania do ziarna pszenicznego. Ziarno, aby wydało plon musi samo obumrzeć. Rzucone w wilgotną glebę obumiera, radząc życie, które rozsadza ziemię i delikatną zielenią pnie się ku słońcu. A gdy przychodzi czas pochyla się ku ziemi kłosem pełnym złotych ziaren. Obumarłe ziarno raduje oczy rolnika obfitym plonem.

Kontynuacją i wyjaśnieniem opowieści o ziarnie pszenicznym może być historia tybetańskiego mnicha. W 1950 r. Chiny zajęły Tybet, a rok później zawarły układ o „pokojowym wyzwoleniu Tybetu” z dalajlamą, gwarantujący autonomię Tybetu. W rzeczywistości „wyzwalanie” było zniewalaniem Tybetańczyków i niszczeniem ich bogatej kultury. Doprowadziło to do antychińskiego powstania, które w roku 1959 zostało krwawo stłumione. Przywódca Tybetu Dalajlama XIV ratował się ucieczką do Indii, gdzie powołał rząd emigracyjny. Komunistyczne prześladowania były szczególnie wymierzone w mnichów buddyjskich. Wielu zostało zamordowanych lub osadzonych w więzieniach. Jeden z nich spędził w więzieniu dwadzieścia pięć lat. Był torturowany, bity, poniżany. Jego ciało wyglądało jak ludzki wrak. Zaś umysł, duch zachowały niezwykłą sprawność i jasność. W jego oczach nie widać było zgorzknienia, załamania, nienawiści. Płonęły one nadzwyczajnym żarem. Wyglądał on jakby dwadzieścia pięć lat spędził na rekolekcjach, a nie w więzieniu. Ku zdziwieniu wszystkich mówił o swojej wdzięczności dla Chińczyków, twierdząc, że bardzo mu pomogli w umocnieniu postawy miłości i współczucia dla tych którzy go prześladowali, ranili. Stary mnich wyjaśnił, że więzienie zmobilizowało go do ogromnej pracy duchowej. W takich okolicznościach staczasz się na dół, albo wyrastasz ponad nienawiść i cierpienie, i tym samym odnosisz zwycięstwo. Po opuszczeniu więzienia mnich był wolny od negatywnych uczuć, czuł tylko miłość i zrozumienie dla swoich oprawców. Nauczył się głębszego znaczenia swojej religii rozumienia głębokich związków ludzi między sobą i z Bogiem (Ani Tensen Palmo: Teachings on Practical Buddhism).

Zmaganie duchowe, podobne do tych przez które przechodził mnich włączone w logikę zbawienia Chrystusowego przybierają formę zmartwychwstania, które wprowadza nas do wiecznej chwały.  „Kto chciałby Mi służyć, niech idzie za Mną, a gdzie Ja jestem, tam będzie i mój sługa”. Droga to tej chwały jest nieraz drogą trudną. Chrystus mówi o tym w sposób bardzo obrazowy. „Ten, kto kocha swe życie, traci je, a kto nienawidzi swego życia na tym świecie, zachowa je na życie wieczne”. Pełniejsze zrozumienie powyższych słów możemy odnaleźć historii zamieszczonej na łamach dwumiesięcznika „Miłujcie się” (styczeń 2003 r).

Georg dowiedział się, że jego żona Grażyna jest w ciąży. Dla pewności udali się do ginekologa, który potwierdził przypuszczenia. Radość z tego faktu nie trwała długo, gdyż po kilku dniach przyszła następna wiadomość ze szpitala. Badania wykazały, że Grażyna ma raka piersi, na tyle dużego, że jego usunięcie  musiało nastąpić natychmiast. Ze skierowaniem zgłosili się do Kliniki Uniwersyteckiej w Hamburgu. Tam padła propozycja przerwania ciąży. Małżonkowie się nie zgodzili na to. Nastąpiły liczne badania i ostatecznie potwierdzono konieczność usunięcia ciąży, dodając, że w przeciwnym razie nie ma żadnych szans na przeżycie dziecka i tylko niewielką szansę przejścia przez poród dla jego matki. Małżonkowie zostali wystawieni na wielką próbę. Po wielu zmaganiach Grażyna musiała podjąć ostateczną decyzję. Ze łzami w oczach odpowiedziała lekarzowi: „Jestem osobą wierzącą. Jak mam żyć w zgodzie z moim Bogiem i sumieniem, jeśli zabije moje własne dziecko? Nie, nie mogę tego zrobić. Chcę moje dziecko urodzić, bez względu na konsekwencje”. „Z Bożą pomocą Grażynka przeszła tę ciężką operację. Przez cały czas odczuwaliśmy ogromną pomoc i wstawiennictwo Matki Bożej, do której kierowaliśmy nasze modlitwy (…) 11 stycznia urodziła się nam zdrowa dziewczynka, która była i jest do dzisiaj żywym zaprzeczeniem lekarskiej diagnozy i najpiękniejszym dowodem działalności Bożej w naszym życiu” – mówi Georg. Jednak choroba zaczęła się z czasem rozwijać. 5 grudnia 2000 roku Grażyna zmarła. Georg mówi o swoich przeżyciach: „W swoim miłosierdziu Bóg dał żonie dwa lata, aby mogła być przy swoim dziecku, patrzeć, jak rośnie, jak zaczyna stawiać pierwsze kroki i mówi pierwsze słowa. Dla matki są to najpiękniejsze chwile w życiu. Ale to nie jedyny dowód miłości i miłosierdzia Bożego, o jakim mógłbym napisać”.

Taką postawę może zrozumieć tylko ten, kto uwierzył i przyjął na serio słowa Chrystusa z dzisiejszej Ewangelii: „Ten, kto kocha swe życie, traci je, a kto nienawidzi swego życia na tym świecie, zachowa je na życie wieczne”. Dla Georga i Grażyny była to bardzo trudna decyzja, wymagała zaparcia się samych siebie, poświęcenia, jakby „znienawidzenia swego życia”. Poszli za Chrystusem. Pozornie wyrzekając się życia prawdziwie zyskali życie. Zyskali życie ukochanego dziecka. Okazało się także, że usunięcie ciąży nie uratowałoby Grażyny przed śmiercią. W imię Chrystusa zaparła się swego życia i zyskała życie, o którym mówi jej mąż Georg: „Wierzę z całego serca, że teraz moja żona zaznaje radości życia wiecznego, które Jezus sam przecież obiecał” (z książki Nie ma innej Ziemi Obiecanej).

 

PRAWO ZAPISANE W SERCU

Chrystus głośnym wołaniem i płaczem za dni ciała swego zanosił gorące prośby do Tego, który mógł Go wybawić od śmierci, i został wysłuchany dzięki swej uległości. A chociaż był Synem, nauczył się posłuszeństwa przez to, co wycierpiał. A gdy wszystko wykonał, stał się sprawcą zbawienia wiecznego dla wszystkich, którzy Go słuchają (Hbr 5,7-9).

W książce pt. „Kim jest dla ciebie Chrystus?” A.M. Carre OP zebrał i opracował odpowiedzi na pytanie postawione w tytule książki. Oto wypowiedź kobiety imieniem Teresa: „Moi rodzice życzyli sobie, żebym była ochrzczona, jak tylko się urodziłam. Chodziłam na lekcje religii aż do bierzmowania. A później zwątpiłam, czy Bóg naprawdę istnieje….Minęły lata, chodziłam tylko na mszę niedzielną i raz do roku przystępowałam do Komunii, bo to było obowiązkowe, żeby nie być w stanie grzechu. Aż do chwili, kiedy odkryłam Chrystusa — który umarł i zmartwychwstał. To było prawdziwe spotkanie z Chrystusem żyjącym teraz, dzisiaj jako Bóg i jako człowiek. Serce moje płonęło jak serca apostołów, którzy szli obok Niego, nie poznając Go. Nastąpiło prawdziwe nawrócenie, które odmieniło całe moje życie: bo teraz żyję z Nim i niosę Go innym”.

Przez pryzmat powyższej historii spójrzmy na zacytowane na wstępie słowa proroka Jeremiasza. Prorok zapowiada zawarcie Nowego Przymierza między Bogiem a narodem wybranym. Nowe przymierze będzie inne od tych, które Bóg wcześniej zawierał z praojcami narodu wybranego. Mimo, że naród wybrany łamał poprzednie przymierza Bóg pozostał wierny i zapowiedział zawarcie nowego przymierza, przymierza zapisanego w sercu. Poprzednie przymierza, czczone w zewnętrznych formach, nie wpisywały się skutecznie w ludzkie serca. Ot chociażby przymierze wyryte na kamiennych tablicach dziesięciu przykazań. Przechowywano je w najświętszym miejscu świątyni jerozolimskiej i oddawano cześć w licznych, rozbudowanych rytuałach religijnych. To było potrzebne, ale jeszcze bardziej potrzebny był ich zapis na tablicy ludzkich serc. Współcześnie ten sam problem może przybierać podobne lub nieco odmienne formy. Możemy spotkać ludzi wierzących, których religia sprowadza się tylko do uczestnictwa w ceremoniach religijnych. Regularnie uczestniczą we Mszy św. zachowują przykazania kościelne, ale nie posuwają się dalej, aby lepiej zrozumieć i pokochać to wszystko, niejako zapisać w swoim sercu, tak, aby uczestnictwo, np. we Mszy św. nie było obowiązkiem, ale potrzebą serca.

W znaczeniu biblijnym serce było miejsce podejmowania najważniejszych decyzji, miejscem spotkania z Bogiem. Można powiedzieć, że przymierze wyryte na kamiennych tablicach było niejako na zewnątrz człowieka. Wprawdzie kształtowało życie, ale nie przesączało go dogłębnie, stąd też łatwo było się z nim rozminąć. Nowe przymierze, w zasadzie niewiele zmieni się co do treści. Zmieni się sposób jego przyjęcia. Przyjęcie sercem nowego przymierza sprawi, że mniej będzie potrzebny proces myślowy, uzasadniający postępowanie według przykazań przymierza. Po prostu zachowanie tych przykazań ma się stać potrzebą naszego serca. Tak jak matka nie potrzebuje nakazów i praw uzasadniających potrzebę kochania dziecka. To w niej jest, jest niejako zapisane w jej naturze. Prorok Jeremiasz nie mówi o konkretnym czasie zawarcia nowego przymierza. My jednak pouczeni bożym natchnieniem wiemy, że jest nim przymierze zawarte z Bogiem w Jezusie Chrystusie. Możemy powiedzieć, że formalnie zawarliśmy to przymierze w sakramencie chrztu świętego. To jest dobry początek. Jednak nowe przymierze głoszone przez proroka Jeremiasza staje się naszym udziałem, gdy przykazania zapisane w zewnętrznych formach, wypiszemy w swoje serce, gdy staną się one naszą drugą naturą. Tak jak w przypadku dziewczyny, której wypowiedź zacytowałem na wstępie tych rozważań. Powiedziała ona: „Serce moje płonęło jak serca apostołów, którzy szli obok Niego, nie poznając Go”. Stało się to w momencie, gdy zewnętrzne nakazy prawa przyjęła swoim sercem.

Proces dochodzenia do takiego kształtu przymierza bywa nieraz bardzo trudny. Chrystus w Ewangelii na dzisiejszą niedzielę mówi: „Nadeszła godzina, aby został uwielbiony Syn Człowieczy. Zaprawdę, zaprawdę powiadani wam: Jeżeli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeżeli obumrze, przynosi plon obfity. Ten, kto miłuje swoje życie, traci je, a kto nienawidzi swego życia na tym świecie, zachowa je na życie wieczne”. Jest to proces umierania dla świata, jak pisze św. Jan. Czyżby to znaczyło odrzucenie cudownego, wspaniałego świata, darowanego nam przez Boga? „Świat” według ewangelisty oznacza ten sam świat tylko w opozycji do tego, co naucza Jezus. Człowiek mocno związany z materią wybiera łatwiejszą drogę samorealizacji, która w końcu okazuje się destrukcją. I tak na przykład zamiast miłości wybiera nienawiść. Łatwiej bowiem odpłacić tym samym naszemu krzywdzicielowi niż wybaczyć w imię miłości. Łatwiej zabiegać tylko o swoje dobro niż dzielić się bliźnim. Egoizm jest łatwiejszy niż miłość ogarniająca wszystkich. Łatwiej kombinować i kraść niż uczciwie zapracować itd. I właśnie ten świat mamy „nienawidzić”, bo inaczej, jak mówi ewangelia: „Ten, kto miłuje swoje życie, traci je”. Trud umierania dla takiego świata owocuje pięknem duchowym, nieprzemijającym, którego z symbolem jest owoc ziarna rzuconego w ziemię.

Chrystus porównuje nasze obumieranie do ziarna rzuconego w ziemię. Obumiera ono, aby pomnożyć dobro ofiarowane mu przez naturę, obumiera, aby wydać dorodny plon. Dopełnieniem obrazu obumierającego ziarna niech będzie jeszcze jeden obraz wzięty z natury. W czasie wyjazdów do Chin można podziwiać całe połacie jezior pokrytych pięknymi dywanami, utkanymi z kwiatów lotosu. W Chinach kwiat lotosu ma wiele symbolicznych znaczeń. Nasiona lotosu są niezwykle trwałe. W Japonii wykiełkowały nasiona liczące ponad dwa tysiące lat. Lotos jest wieloletnią byliną wodną o sezonowych liściach. Korzenie lotosu tkwią głęboko w bagnistym dnie jeziora. Delikatny pęd przebija się przez błoto i pnie się wytrwale ku słońcu i rozkwita, gdy dosięgnie tafli wody, zachwycając pięknym i cudownym kwiatem. Dla Chińczyków kwiat lotosu jest symbolem piękna, czystości, szlachetności, która się wyłania, pokonując ciemność i błoto. Kwiat lotosu jest symbolem ludzkiego zmagania się z trudami życia, cierpieniem, niesprzyjającą sytuacją, po to, aby z tego narodziło się coś nowego, wspaniałego. Podejmując te wszelkie niedogodności życia pniemy się ku słońcu, aby w jego blaskach zakwitnąć cudownymi kolorami kwiatu lotosu.

Chrystus mówi: „A Ja, gdy zostanę nad ziemię wywyższony, przyciągnę wszystkich do siebie”. Został wywyższony na krzyżu, w zmartwychwstaniu i wniebowstąpieniu i z tego wywyższenia pociąga nas ku sobie. Jest On dla nas światłem i słońcem. Chrystus wzywa nas abyśmy przedzierali się przez trudy życia i pieli się ku światłu, ku słońcu, ku Chrystusowi. Aż przyjdzie moment, kiedy ogranie nieskończone i nieogarnione światło Chrystusa. W tym świetle dojrzeje owoc naszego życia wiecznego. I wtedy spełnią się słowa z dzisiejszej Ewangelii: „A kto by chciał Mi służyć, niech idzie za Mną, a gdzie Ja jestem, tam będzie i mój sługa” (z książki Bóg na drogach naszej codzienności).

 

NA TRUDNEJ DRODZE SUMIENIA

Kilka tygodni temu wróciłem z grupą naszych parafian z Peru. Powoli już zapominamy o problemach zdrowotnych spowodowanych wysokością. Nie spodziewaliśmy się, że przebywanie 4500 metrów nad poziom morza może być tak dokuczliwe dla naszych organizmów. W miarę upływu czasu zapominamy o tych problemach a w pamięci zostają cudowne peruwiańskie krajobrazy. Ośnieżone szczyty górskie, chmury prawie dotykające tafli jeziora położonego 3000 metrów ponad poziom morza, piękne zabytki wspanialej cywilizacji Inków. Byliśmy pod wrażeniem miasta-twierdzy- sanktuarium Machu Picchu, które 7 lipca 2007 zostało ogłoszone jednym z siedmiu nowych cudów świata. Jednak najpiękniejsze moje wspomnienia wiążą się z małymi dziećmi indiańskimi. Są one urocze. Doświadczają biedy materialnej, ale z tym się obnoszą. Mają w sobie głęboko zakodowaną godność.  W ich oczach można zobaczyć ujmująca pokorę i jakby prośbę. Nie żebrzą jednak, tylko starają się coś sprzedać, pozować do pamiątkowych fotografii, za co nie dopominają się zapłaty, ale w ich oczach widać oczekiwanie. Urzeczony byłem ich uczciwością. Jedna z pań zgubiła aparat fotograficzny, a zauważyła to dopiero, gdy indiańskie dziecko przyniosło jej zgubę. Podobnie było z portfelem, zgubionym przez innego pielgrzymowicza. Dla tego dziecka aparat, portfel to prawdziwy skarb i zarazem ogromna pokusa, aby je zatrzymać. Prawdopodobnie te dzieci mocowały się wewnętrznie, zanim zwyciężył głos uczciwego sumienia. Oto jeszcze jedna scena.  Mała dziewczynka indiańska „sprzedała” jednej z pań kolorowy sznureczek. Dostała jednego dolara. Uczestniczka pielgrzymki, językiem migowym zachęcała ją, aby schowała pieniądze głęboko do torebki. Dziewczynka zrozumiała te gesty inaczej. Wyciągnęła spod sukieneczki mały woreczek zawieszony na szyi i wyspała z niego na dłoń kilka drobnych grosików. I wyciągnęła rączkę do pani, która kupiła ozdobny sznurek. Dziecko myślało, że to za dużo i trzeba resztę wydać. Zobaczyłem ogromną radość na rozpromieniej buzi dziewczynki, gdy zrozumiała, że niczego nie musi wydawać. To małe dziecko gotowe było na wyrzeczenie, aby być w zgodzie z wartościami, które przekazali mu rodzice, być w zgodzie ze swoim sumieniem. Można powiedzieć, że to dziecko może nie w pełni świadome tego, ale realizowało słowa Chrystusa z dzisiejszej Ewangelii: „Ten, kto kocha swe życie, traci je, a kto nienawidzi swego życia na tym świecie, zachowa je na życie wieczne”. Jak łatwo było zachować dla siebie zgubiony aparat, portfel, zatrzymać głęboko schowane pieniążki, a jednak dzieciaki kierując się uczciwością, sumieniem, traciły te wartości. Patrząc jednak przez pryzmat Ewangelii zyskiwały więcej. 

Życie według właściwie uformowanego sumienia, wymaga nieraz wyrzeczenia, poświęcenia, w pewnym sensie rezygnacji z życia. Jednak to wyrzeczenie, ta utrata, w świetle zacytowanych na wstępie słów Ewangelii jest zyskiem. Zyskujemy w Chrystusie uszczęśliwiającą pełnię życia, które nie zna końca. Czym zatem jest sumienie? Teolog moralista, profesor Roman Kuligowski porównuje sumienie do oka. Podobnie jak oko nie decyduje o kształcie rzeczywistości, ale ją odczytuje i rejestruje, podobnie sumienie nie decyduje o tym co jest dobre, a co złe, ale rozpoznaje rzeczywistość moralną uwarunkowaną prawem bożym, nauczaniem Chrystusa. Nim jeszcze prawo boże zostało spisane na kartach Biblii, człowiek rozpoznawał je w tak zwanym prawie naturalnym. Prawo naturalne wynika z natury człowieka, stworzonej przez Boga. Dane jest człowiekowi wraz z jego naturą. Jest ono rozpoznawane przez naturalne światło rozumu ludzkiego. Prawo naturalne wyraża pierwotny zmysł moralny człowieka, który pozwala mu rozpoznać, czym jest dobro i zło, prawda i kłamstwo. Człowiek prowadzony światłem rozumu odczytywał takie zasady życia: czyń dobro a unikaj zła; nie czyń drugiemu, co tobie jest niemiłe; poznaj prawdę o Stwórcy i porządku świata; szanuj życie. Z tych zasadniczych praw na drodze dedukcji rozumowej człowiek odkrywa bardziej szczegółowe wskazania. Prawo naturalne ma charakter obiektywny, jest więc niezależne od woli poszczególnych jednostek czy zbiorowości. Człowiek skażony grzechem nie zawsze jasno odczytywał prawo naturalne, dlatego konieczne było objawienie boże przez które prawdy religijne i moralne mogły być poznane łatwo, pewnie i bez domieszki błędu. Pełnię tego objawienia otrzymaliśmy w Chrystusie. Dlatego poprawność naszego sumienia odczytujemy w zgodności z nauczaniem Jezusa. A zatem im większa jest więź duchowa z Chrystusem, tym poprawniejsze jest sumienie człowieka. Lepiej potrafi on odczytywać, co jest dobre a co jest złe w perspektywie zbawienia.  Można zatem powtórzyć za wybitnym pisarzem Victorem Hugo „Sumienie człowieka jest myśleniem Boga”.

Jezus wprowadza nową jakość sumienia. Jest nią miłość ofiarna, która jest wezwaniem do wyrzeczenia, obumieranie dla wyższych wartości. W Encyklice „Bóg jest Miłością”, papież Benedykta XVI pisze: „Jezus opisuje swoją osobistą drogę, która poprzez krzyż prowadzi do zmartwychwstania – drogę ziarna pszenicy, które pada w ziemię i obumiera i dzięki temu przynosi obfity owoc. Wychodząc z istoty Jego ofiary osobistej miłości, która w Nim osiąga swoje dopełnienie, tymi słowami opisuje On także istotę miłości i istnienia ludzkiego w ogóle”. Piękny przykład wypełnienia życia według nauki o ziarnie daje Ignacy Antiocheński.  W czasie prześladowań chrześcijan przez cesarza Trajana Ignacy został aresztowany i skazany na śmierć przez rozszarpanie dzikich zwierząt. W drodze na miejsce kaźni pisał listy do chrześcijan, w których prosił, aby nie starali się o uwolnienie go od męczeńskiej śmierci: „Pozwólcie mi się stać pożywieniem dla dzikich zwierząt, dzięki którym dojdę do Boga. Jestem Bożą pszenicą. Zostanę starty zębami dzikich zwierząt, aby się stać czystym chlebem Chrystusa. Proście za mną Chrystusa, abym za sprawą owych zwierząt stał się żertwą ofiarną dla Boga (…). Piękna to rzecz zejść z tego świata do Boga, by znowu powstać ku Niemu… Nic mi na świecie całym, nic mi po królestwach tego wieku! Wolę umrzeć w Chrystusie Jezusie, aniżeli królować po krańce ziemi. Tego ja szukam, który umarł dla nas. Tego ja pragnę, który dla nas zmartwychwstał. Nadeszła chwila moich urodzin. Módlcie się za mnie, abym doszedł do celu”.

Sumienie uformowane na miarę chrystusowych wymagań nie tylko powstrzymuje nas od czynienia zła, ale jest wezwaniem do miłości ofiarnej, do obumierania, którego znakiem jest krzyż na Golgocie. Obumierania na drodze sumienia, uformowanego przez Ewangelię przybiera w naszym życiu różnoraką formę. Jest to bardzo trudna droga. Doskonale rozumieją to rodzice, którzy gotowi są wszystko poświęcić dla swoich dzieci. Nie żałują wyrzeczenia, obumierania, ale radują się, gdy ich poświecenie owocuje dobrem w życiu ich dzieci. W ostatecznej perspektywie naszego życia Bóg i nasze zbawienie jawią się jako najważniejsze wartości, dla których warto poświecić dobra przemijające, z których rezygnacja może być jak ból umierania. Chrystus wzywając do tak trudnej drogi życia chce, aby jego nauczanie trafiało do nas nie tylko na drodze słowa, ale czynu i mocy bożej. Po słowach Jezusa o obumieraniu ziarna, o braniu Jego krzyża rozległ się głos z nieba: „Już wsławiłem i jeszcze wsławię.” Stojący tłum usłyszał i mówił: „Zagrzmiało.” Inni mówili: „Anioł przemówił do Niego.” Na to rzekł Jezus: „Głos ten rozległ się nie ze względu na Mnie, ale ze względu na was”. Bóg daje nam wiele znaków, abyśmy uwierzyli, że droga sumienia uformowana na miarę nauki i życia Jezusa jest trudna, ale zawsze prowadzi do zbawienia (z książki W poszukiwaniu mądrości życia)

 

ŚWIĘTY BRUNON, OPAT

Obumieranie jest wpisane w nasze życie. Od nas jednak zależy, czy wyda ono owoc. Zdobywanie wartości wyższych zawsze wiąże się z poświęceniem, które jest formą obumierania dla pewnych spraw. I tak sportowiec, jeśli chce zdobyć medal rezygnuje z wielu przyjemności, koncentrując się na wyczerpujących treningach. Młodzieniec, który chce zdobyć tytuł naukowy poświęca całe wieczorny na studiowanie, gdy tymczasem jego koledzy spędzają przyjemnie czas na zabawach. I tak jest w każdej dziedzinie życia. To „obumieranie” ustawione w bożej perspektywie przypomina o bożych przykazaniach, których zachowanie wiąże się nieraz z samozaparciem i poświęceniem. Takie obumieranie przynosi owoc doczesny w formie piękniejszego i uporządkowanego życia oraz owoc życia wiecznego. Jest to obumieranie ziarna pszenicy wydającego obfity plon. Nieraz trudno nam zrozumieć ludzi, którzy wybierają bardzo rygorystyczne, pustelnicze zakony. Wydaje się, że oni umierając dla świata, wiele tracą. A w rzeczywistości tkwią oni bardzo mocno w życiu i osobiście odnajdują najpełniejszą radość, o której święty Brunon, opat, założyciel Zakonu Kartuzów pisze: „Ile zaś samotność i cisza pustelni niesie miłośnikom swoim pożytku i boskiej radości, wiedzą tylko ci, którzy tego doświadczyli. Tu święci się pracowity odpoczynek i w spokojnym odpoczywa działaniu. Tu za trud bitewny odpłaca Bóg swoim bojownikom upragnioną nagrodą, pokojem właśnie, którego nie zna świat i radością w Duchu Świętym”. W tej perspektywie, ci ludzie „obumierają” najowocniej, bo ich owoc trwa na wieki.

Św. Brunon urodził się w Kolonii około 1030 roku w znakomitej szlacheckiej rodzinie. Pierwsze nauki pobierał w domu rodzinnym a później w miejscowej szkole. W wieku dwudziestu lat przybył do Reims, gdzie studiował w słynnej szkole katedralnej. Następnie udał się do Tours, gdzie kontynuował studia pod kierunkiem słynnego filozofa i teologa, Berengariusza. W roku 1048 wrócił do Kolonii. Niebawem został mianowany kanonikiem przy kościele św. Kuniberta. Około roku 1055 przyjął święcenia kapłańskie. Po czym biskup zlecił mu prowadzenie szkoły katedralnej w Reims. Dla młodego człowieka kierowanie tak ważną uczelnią było wielkim wyróżnieniem i świadczyło o nieprzeciętnych zdolnościach Świętego.

W owym okresie trwał spór Kościoła z władzami świeckimi o inwestyturę, czyli o to, kto ma decydować o obsadzaniu stanowisk kościelnych. Święty opowiedział się przeciw ingerencji państwa w sprawy kościelne. I kiedy arcybiskupem Reims został popierany przez władze świeckie Manasses, Brunon wraz z innymi przeciwnikami ingerencji państwa w sprawę obsadzania stanowisk kościelnych sprzeciwił się temu. Była to niezręczna sytuacja dla Brunona i z tego względu, że wcześniej arcybiskup mianował go swoim kanclerzem. W konsekwencji arcybiskup karierowicz zmusił Świętego do opuszczenia Reims. Brunon nie z zemsty, ale z poczucia odpowiedzialności za Kościół wystąpił z publicznym oskarżeniem arcybiskupa Manassesa na Synodzie w Autun. Synod potępił Manassesa i pozbawił go urzędu. Jednak decyzji synodu nie udało się wprowadzić w życie, gdyż za arcybiskupem stała władza świecka. Zapewne był to trudny okres w życiu Brunona. Stracił stanowisko, pracę i dom. Jednak ten trud „obumierania” nie był bezowocny. Brunon dojrzewał do wypełnienia misji wyznaczonej mu przez Chrystusa.

W roku 1080 zmarł arcybiskup Manasses i św. Brunon z Kolonii powrócił do Reims. Proponowano mu objęcie stolicy arcybiskupiej, ale jej nie przyjął. Podjął pracę w szkole katedralnej. Jednak po kilku latach zrezygnował ze wszystkich stanowisk i wraz z dwoma towarzyszami wyruszył na poszukiwanie pustelni. Dotarli do cysterskiego opactwa w Molesme i zamieszkali w znajdującej się w pobliżu pustelni. Wkrótce dwaj jego towarzysze przyłączyli się do wspólnoty cysterskiej zaś Brunon opuścił Molesme i udał się na poszukiwanie nowego miejsca. Jak mówią najstarsze kroniki kartuskie Święty wraz z sześcioma towarzyszami przybył do byłego swego ucznia, św. Hugona biskupa Grenoble. Hugon przyjął z wielką radością swego mistrza i oddał mu w posiadanie odległą o 24 km. od Grenoble pustelnię, zwaną Kartuzja. Tutaj, wśród szczytów alpejskich Święty założył pierwszy klasztor i stąd nazwa zakonu. Klasztor bardzo szybko się rozrastał, tak, że wkrótce nazwano go Wielką Kartuzją. Z dala o zgiełku świata Brunon przez wyrzeczenia, posty, modlitwę, pracę wzrastał w Bogu, który napełniał go pokojem i radością.

Święty Brunon niedługo cieszył się pokojem pustelni. W roku 1090, jeden z jego uczniów, nowo wybrany papież Urban II wezwał go do Rzymu i mianował swoim doradcą. Papież liczył na wsparcie Świętego w prowadzeniu reform Kościoła rozpoczętych przez papieża Grzegorza VII. Był to bardzo niespokojny czas. Papież musiał się zmagać z antypapieżem Guibertem z Rawenny, popieranym przez cesarza Henryka IV. A gdy antypapież najechał Rzym papież Urban II i Brunon zmuszeni byli do ucieczki i szukania pomocy u króla Normanów, Rogera. Brunon nie czuł się dobrze w tych światowych rozgrywkach, dlatego prosił papieża, aby pozwolił mu wrócić do swojej pustelni. Papież zgodził się na odejście z Watykanu, ale nie pozwolił na powrót do Francji. Zaproponował mu, biskupstwo, ale Brunon odmówił. Król Roger ofiarował Świętemu piękny górzysty teren na nową kartuzję w Kalabrii w miejscu zwanym La Torre (dziś Serra San Bruno). Brunon zamieszkał tam w roku 1092.

Brunon pisał do braci w jednym ze swoich listów: „Cieszcie się, bracia umiłowani, szczęściem, które wam przypadło w udziale, oraz hojnością danej wam łaski. Cieszcie się, że uniknęliście tak wielu niebezpieczeństw i nieszczęść w zawierusze tego świata. Cieszcie się, że znaleźliście spokojną i bezpieczną przystań w doskonale chronionym porcie; wielu pragnie się tam dostać, wielu dokłada starań, a jednak nie dochodzą. Liczni zaś, chociaż doszli, zostali usunięci, ponieważ nie otrzymali łaski z wysoka”. W tym przepięknym miejscu Brunon dokonał swego żywota 6 października 1101 roku. Nawet po śmierci omijały go „zaszczyty”. Nigdy nie został kanonizowany w sposób uroczysty. Dopiero w XVII stuleciu papież Grzegorz XV rozszerzył istniejący wcześniej lokalny kult Brunona na cały Kościół (z książki Wypłynęli na głębię).

 

CZY CHCIAŁBYŚ UJRZEĆ JEZUSA?  

W Ewangelii na dzisiejszą niedzielę słyszymy słowa: „Wśród tych, którzy przybyli, aby oddać pokłon Bogu w czasie święta, byli też niektórzy Grecy. Oni więc przystąpili do Filipa, pochodzącego z Betsaidy Galilejskiej i prosili go, mówiąc: ‘Panie, chcemy ujrzeć Jezusa’”. Sądzę, że każdy z nas chciałby ujrzeć Jezusa, tak jak wiedzieli Go jego apostołowie. Może wydaje się nam, że dokumentalny film z życia Jezusa byłby bardziej przemawiający do nas niż cztery Ewangelie. Wyobraźmy sobie, że mamy do dyspozycji wehikuł czasu, który może nas przenieść w czasy Jezusa, dwa tysiące lat wstecz. Korzysta z niego ekipa filmowa i kręci film o Jezusie i Jego życiu. Po zrobieniu filmu wsiada do wehikułu czasu i wraca do czasów współczesnych. Wydawać by się mogło, że obejrzenie dokumentalnego filmu z życia Jezusa byłoby niesamowitym przeżyciem. Widzieć, jak On wygląda, gdy wyrzuca złe duchy, sprzedających w świątyni, dźwiga krzyż na Golgotę, czy jak mówi słowa z dzisiejszej Ewangelii: „Jeżeli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeżeli obumrze, przynosi plon obfity”. I gdybyśmy stanęli przed wyborem: spisana Ewangelia, czy dokumentalny film o życiu Jezusa, wielu wybrałoby film, sądząc, że on dokładniej ukaże Jezusa i Jego misję na ziemi, że przez film pełniej doświadczymy spotkania z naszym Panem i Mesjaszem. Ale czy rzeczywiście dokumentalny film o Jezusie ukazałby więcej?

W życiu Jezusa jest wiele momentów i to dotyczących spraw najważniejszych, które bez późniejszego światła byłyby po prostu niezrozumiałe. Ewangelia wiele razy mówi o czynach i słowach Jezusa, których nie rozumieli słuchający. I to byłoby utrwalone na dokumentalnym filmie o Jezusie. Po prostu nie rozumielibyśmy do końca ani słów, ani czynów Jezusa. Pewnego razu Jezus powiedział: „Jam jest chleb życia. Ojcowie wasi jedli mannę na pustyni i pomarli. To jest chleb, który z nieba zstępuje: kto go spożywa, nie umrze”. Wielu słuchaczy mówiło: „Trudna jest ta mowa. Któż jej może słuchać?”. Po wysłuchaniu tej trudnej mowy wielu odeszło. Ekipa filmowa zapewne nie rozumiałaby także tych słów, ale kręciłaby film dalej. A my oglądając ten epizod utrwalany na kliszy filmowej też nie wiele byśmy rozumieli. Inna scena ukazuje Jezusa jak wypędza przekupniów ze świątyni. Pytają go wtedy, jakim znakiem, cudem może się wykazać, że ma prawo to czynić, na co Jezus odpowiada: „Zburzcie tę świątynię, a Ja w trzech dniach wzniosę ją na nowo”. To wprawiło w zdumienie nie tylko słuchających, ale i uczniów Jezusa. Mówili: „Czterdzieści sześć lat budowano tę świątynię, a Ty ją wzniesiesz w przeciągu trzech dni?”. Taką scenę ujrzelibyśmy w filmie. Byłaby dla nas także nie zrozumiała. Dopiero później przyszło zrozumienie: „On zaś mówił o świątyni swego ciała. Gdy więc zmartwychwstał, przypomnieli sobie uczniowie Jego, że to powiedział, i uwierzyli Pismu i słowu, które wyrzekł Jezus”. Oto jeszcze jeden przykład. Triumfalny wjazd Jezusa do Jerozolimy nie był do końca zrozumiały dla apostołów. Św. Jan w Ewangelii napisze: „Z początku Jego uczniowie tego nie zrozumieli. Ale gdy Jezus został uwielbiony, wówczas przypomnieli sobie, że to o Nim było napisane i że tak Mu uczynili”.

Chrystus mówi nam co jest potrzebne, aby zrozumieć sens zdarzeń, które zanotowałaby kamera filmowa: „Gdy jednak przyjdzie Pocieszyciel, którego Ja wam poślę od Ojca, Duch Prawdy, który od Ojca pochodzi, On będzie świadczył o Mnie”. A zatem do zrozumienia zapisanych w Ewangelii zdarzeń i słów potrzebne jest światło Ducha Świętego. A zatem Ewangelia pisana jest nie tylko wydarzeniami z życia Jezusa i Jego słowami, ale także światłem Ducha Świętego. A tego światła Bóg udzielał, piszącym Ewangelię i nam, co jest potrzebne do naszego osobistego spotkania z Chrystusem. Musimy ciągle otwierać się na to światło, aby zrozumieć bardziej Chrystusa i pełniej spotkać się z Nim. Zilustruję tę prawdę przykładem fotografii z Polaroidu. Zapewne wielu z nas pamięta czas, kiedy to aparat fotograficzny Polaroid był bardzo popularny. Zrobiłeś zdjęcie i z aparatu wysuwał się gotowa fotografia, może nie tak do końca gotowa. Na początku wydzielmy pustą kartkę fotograficzną, która pod wpływem światła zmieniała się. Na początku pojawiały się niewyraźne kontury fotografowanego obiektu, później w miarę naświetlenia fotografia nabierała ostrości i kolorów. I tak rodziła się wyraźna i kolorowa fotografia. Podobnie wydarzenia Ewangeliczne stały się wyraźne i klarowne pod wpływem światła Ducha Świętego. W naszym życiu osobistym te wydarzenia na tyle stają się klarowne i zrozumiałe na ile otworzymy się na światło Ducha Świętego. A zatem jeśli chcemy ujrzeć Jezusa, winniśmy podążać za światłem Ducha Świętego.

W ostatnim czasie miele zaskoczył mnie Lukas Gojlik, uczeń drugiej klasy szkoły podstawowej, klasy którą przygotowuję do I Komunii św. w parafii Matki Bożej Częstochowskiej w Dolnym Brooklynie. Napisał wiersz, który jest pewną formą szukania Chrystusa, który wstąpił do nieba. Oto słowa tego wiersza:

„The haven is the future

the future is invisible

you can’t fell it …

because you are

not there”

Co możemy przetłumaczyć: „Niebo jest przyszłością / przyszłość jest niewidzialna / nie możesz jej doświadczyć / ponieważ nie jesteś tam/. Lukas w swoim sympatycznym i mądrym wierszu przypomina bardzo ważną prawdę o naszym życiu duchowym.   Dopiero w niebie w pełni doświadczymy w obecności Chrystusa i radości zbawienia. A teraz jesteśmy w drodze, szukamy tej obecności. Św. Paweł w Liście do Koryntian pisze: „Teraz widzimy, jakby w zwierciadle, niejasno; wtedy zaś zobaczymy twarzą w twarz. Teraz poznaję po części, wtedy zaś poznam tak, jak i zostałem poznany”.

Niebo na ziemi dokonuje się w spotkaniu z Chrystusem, szczególnie w Eucharystii. Dlatego Eucharystia jest tak bardzo ważna w życiu Kościoła i naszym osobistym. W niej doświadczamy szczególnego związania realnej obecności Chrystusa pod postaciami chleba i wina oraz głoszonego słowa Bożego. Przypominają o tym związku przepisy liturgiczne zawarte w Wprowadzeniu do Mszału Rzymskiego. W homilii powinny być słowa, które mają związek z czytaniami biblijnymi. Zaś słowo boże, homilię powinien głosić kapłan sprawujący mszę św. Główny celebrans w imieniu Chrystusa staje przy ołtarzu konsekruje i głosi słowo. O kapłanie sprawującym Mszę św. mówi się: „alter Christus” – drugi Chrystus. W punkcie 66 Wprowadzenia czytamy: „Homilię winien z zasady głosić kapłan celebrujący. Może on ją zlecić kapłanowi koncelebrującemu lub niekiedy, zależnie od okoliczności, także diakonowi, nigdy zaś osobie świeckiej. W szczególnych przypadkach i ze słusznej przyczyny homilię może wygłosić także biskup lub prezbiter, który uczestniczy w celebracji, choć nie może koncelebrować”.

W ramach przygotowania dzieci do przyjęcia pierwszej Komunii św. zachęcam je do uczestnictwa we Mszy św. Aby je do tego bardziej zmobilizować drukuję kartki, które kapłan podpisuje po Mszy św., jako potwierdzenie uczestnictwa w liturgii Eucharystycznej. Nie tak dawno przyszła jedna z uczennic, prosząc o podpisanie. Jakże byłem zdziwiony, gdzie w miejscu podpisu był napis: „Ferie zimowe”. Dziewczynka w czasie ferii zimowych, wzięła sobie również ferie od Mszy świętych. Dziecku to ujdzie, ono jest na początku drogi. Jeśli zaś my chcemy spotkać Chrystusa nie możemy mieć ferii od Mszy św., modlitwy, zachowania przykazań i tak dalej (Kurier Plus, 2014).

 

SZUKANIE WIECZNOŚCI

Wiele lat temu stałem, nie z nabożności, ale ciekawości na Placu Czerwonym w Moskwie w długiej kolejce do mauzoleum „wiecznie żywego”, ale zabalsamowanego Lenina. Kilka tygodni temu wraz z podróżnikami z Nowojorskiego Klubu Podróżnika stałem na placu Ba Dình w Hanoi w jeszcze dłuższej kolejce do mauzoleum zbudowanego na wzór moskiewskiego z typowymi elementami wietnamskiej architektury. Spoczywa w nim zabalsamowany komunistyczny przywódca Wietnamu Ho Chí Minh. Na frontonie mauzoleum umieszczono olbrzymi napis: „Ho Chí Minh wiecznie pozostanie żywy w naszych sercach”. Budowla liczy 21,6 m wysokości i 41,2 m szerokości. Plac przed mauzoleum podzielony jest na 240 zielonych kwadratów, w których rośnie prawie 250 gatunków roślin i kwiatów, które pochodzą z różnych regionów Wietnamu. Zabalsamowane ciało przywódcy spoczywa w centralnej sali budynku, przy którym wartę pełni straż honorowa. Ciało leży w szklanym sarkofagu z przyćmionymi światłami. Aby wejść do mauzoleum trzeba mieć zakryte ramiona i nogi, nie można robić zdjęć, rozmawiać, wskazywać palcem, a nawet mieć odpowiednio złożone ręce. Jednej z uczestniczek naszej wycieczki, strażnik pomagali w odpowiednim ułożeniu rąk. A najlepiej to zachować smutną twarz i ronić łzy, jak to czynią niektórzy z odwiedzających. Chyba w żadnej świątyni świata nie ma tak wymuszonej nabożnej powagi, jak w tym mauzoleum.

Dla wielu Wietnamczyków mauzoleum jest pewnego rodzaju świątynią, gdzie spoczywa „wiecznie żywy w ich sercach” przywódca narodu nazywany często wujkiem.  Stał się on symbolem wyzwolenia i szczęśliwego życia, które ma spełnić ludzkie pragnienia szczęśliwej wieczności. Zapytałem przewodnika, czy rzeczywiście Wietnamczycy są szczęśliwi w komunistycznym państwie. Bez wahania odpowiedział, że tak. Mają kawałek pola, mogą produkować żywność, nie są głodni, mają się w co ubrać. I jak tu nie być szczęśliwym. Niektórzy w tych komunistycznych celebracjach odnajdują namiastkę religii, coś co przekracza szarzyznę życia. Chociażby te podniosłe skoncentrowane wokół mauzoleum Ho Chí Minha ceremonie. Mauzoleum odwiedzają ogromne rzesze Wietnamczyków. Dominująca grupą wśród odwiedzających są dzieci. Wystrojone w szkole mundurki z nabożną czcią procesjonalnie nawiedzają mauzoleum. Później uczestniczą w sesjach zdjęciowych i poczęstunku, który ma wiele wspólnego z odpustowym rozgardiaszem.

Także celebrowanie wspomnień wojny z Amerykanami i ich sojusznikami stało się pewnego rodzaju religią. Wspomnienie tamtych wydarzeń pielęgnowane jest z niebywałą pieczołowitością. Oczywiście cała ta wojenna historia przedstawiona jest jako zmaganie się sil szatańskich, tzn. amerykańskich z siłami dobra, które prezentują komuniści z Ho Chí Minhem na czele. W muzeach przedstawiane jest okrucieństwo żołnierzy amerykańskich i niewyobrażalne cierpienie narodu wietnamskiego, ze szczególnym uwypukleniem cierpienia niewinnych dzieci. W jednej z licznych ekspozycji wojennych można dopatrzeć się ewangelicznej nuty: „Wszyscy, którzy za miecz chwytają, od miecza giną’. Jest nią sala przedstawiająca pułapki jakie zastawiano w dżungli na amerykańskich żołnierzy. Na samą myśl, że można wpaść do takiej pułapki dreszcz przenika ciało. Żołnierz wpadając do tej pułapki nie ginął od razu, ale jego ciało przeszywały różnego rodzaju metalowe szpikulce, które bardzo często były wykonywane z bomb, jakie Amerykanie zrzucali na wioski i miasta wietnamskie. Amerykanie nadziewali się na metal, który sami „dostarczali” Wietnamczykom. Odnosiłem wrażenie, że te celebracje są wyrazem szukania piękniejszego świata, który ma wypełnić pragnienie człowieka za szczęśliwym życiem wiecznym.

W czasie tego samego wyjazdu do Wietnamu odwiedziliśmy także miejsce, które wskazuje na trudną, ale prawdziwą drogę spełnienia naszych snów o szczęśliwej wieczności. Celebrowaliśmy Mszę św. i odprawialiśmy Drogę Krzyżową w Sajgonie w kościele pod wezwaniem wietnamskich męczenników św. Andrzeja Dung-Lac i 116 towarzyszy. 18 czerwca w 1988 roku, podczas uroczystej Mszy św. sprawowanej przed bazyliką św. Piotra w Rzymie, św. Jan Paweł II wyniósł ich na ołtarze. Umierali oni w swojej Ojczyźnie w latach 1773-1862 za to, że publicznie wyznawali swoją wiarę w Jezusa Chrystusa. Obok misjonarzy przybyłych z Europy i miejscowych kapłanów ginęli także katechiści i ludzie świeccy, m. in. Agnieszka Le Thi Than, matka sześciorga dzieci. Woleli oni raczej umrzeć aniżeli wyprzeć się Chrystusa. W świątyni są relikwie męczenników, a w głównym ołtarzu wisi ogromny krzyż, u stóp którego jest olbrzymia rzeźba przedstawiająca świętych męczenników wietnamskich. Scena z ołtarza świetnie ilustruje słowa z dzisiejszej Ewangelii: „Kto chciałby Mi służyć, niech idzie za Mną, a gdzie Ja jestem, tam będzie i mój sługa”. Męczennicy wietnamscy służyli Chrystusowi do ostatniego tchnienia i na tej drodze osiągnęli wieczną chwałę, otrzymali życie wieczne. W nich spełniły się słowa z dzisiejszej Ewangelii: „Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: jeśli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemie nie obumrze, zostanie samo jedno, ale jeśli obumrze, przynosi plon obfity”. Tym obfitym plonem jest chwała zbawionych. Autor Listu do Hebrajczyków w drugim czytaniu upewnia nas, że Chrystus przez cierpienie i śmierć prowadzi ku szczęśliwej wieczności: „Chrystus z głośnym wołaniem i płaczem, za swych dni doczesnych, zanosił gorące prośby i błagania do Tego, który mógł Go wybawić od śmierci, i został wysłuchany dzięki swej uległości. I chociaż był Synem, nauczył się posłuszeństwa przez to, co wycierpiał. A gdy wszystko wykonał, stał się sprawcą zbawienia wiecznego dla wszystkich, którzy Go słuchają”.

Jeśli jesteśmy otwarci na światło spływające z nieba wtedy nawet nasze ziemskie doświadczenia upewniają nas o życiu wiecznym. Ojciec Tilmann Pesch w książce „Chrześcijańska filozofia życia” pisze: „Tęsknota ludzkiego serca za życiem przyszłym okazuje się również we właściwej sobie sile, gdy wspomnimy na tych, którzy blisko nas w życiu stali. Mieliżbyśmy bowiem wierzyć, że te szlachetne dusze nie są czymś więcej, jak tworem zwierzęcym, jak kupą atomów, które śmierć doszczętnie rozrzuci? Oto syn zamknął oczy umierającemu ojcu, matka złożyła do trumny swoje dziecię. Czy ludzkie czujące serce ma się pogodzić z tą myślą, że wszystko przepadło, że poza grobem już się nie zobaczą? Któż nie czuje jak przeciwne naturze takie przypuszczenie? Toteż nawet Rousseau powiedział: ‘Żadna sofistyka fałszywej nauki nie zachwieje we mnie choćby na chwilę wiary w nieśmiertelność duszy; ja ją czuję, ja ją pragnę, będę jej bronił do ostatniego mojego tchnienia. Syn kiedyś odnajdzie drogiego ojca, a ojciec zobaczy ukochane dziecko” (Kurier Plus, 2018).

 

CO JEST NASZYM PRZEZNACZENIEM?

Znany przywódca Indii, myśliciel Mahatma Gandhi powiedział:

„Twoje przekonania stają się twoimi myślami,

Twoje myśli stają się twoimi słowami,

Twoje słowa stają się twoimi czynami,

Twoje czyny stają się twoimi zwyczajami,

Twoje zwyczaje stają się twoimi wartościami,

A twoje wartości stają się twoim przeznaczeniem”.

Odwracając tok myślowy możemy zacząć od pytania: Co jest naszym przeznaczeniem? Inaczej: Jaki jest cel naszego życia? Te pytania docierają do nas w pełnej ostrości, gdy doświadczamy bólu istnienia i poczucia braku sensu życia. Odpowiedzi na te pytania są konieczne, aby w harmonii i pokoju wieść życie i podejmować trud przezwyciężania przeszkód na drodze realizacji naszego przeznaczenia i osiągnięciu celu naszego życia. O tym wyrzeczeniu w sposób drastyczny mówi Chrystus w dzisiejszej Ewangelii: „Ten, kto kocha swe życie, traci je, a kto nienawidzi swego życia na tym świecie, zachowa je na życie wieczne”. Mówi także, że naszym celem, naszym przeznaczeniem jest „życie wieczne”.

Realizację swego przeznaczenia rozpoczynamy od myśli, a myśl rodzi się z zasłyszanego słowa. Co więcej z usłyszanego słowa rodzi się wiara jak pisze św. Paweł w Liście do Rzymian: „Przeto wiara rodzi się z tego, co się słyszy, tym zaś, co się słyszy, jest słowo Chrystusa”. Słowo rodzące wiarę dociera do nas na różne sposoby. Oczywiście najważniejsze jest słowo Biblii. Może ono docierać także do nas przez historie, które budzą wątpliwości co do ich prawdziwości. Niosą one jednak jak najprawdziwsze przesłanie, mimo bajkowej formy przekazu. Należy do nich opowieść, którą kiedyś zasłyszałem, a teraz chcę ją opowiedzieć.

Chłopiec założył ubranie na zimno, a potem powiedział swojemu ojcu: ′′

„Tata jestem gotowy” – powiedział 9- letni chłopiec.  „Na co jesteś gotowy′′- zapytał ojciec, pastor jednej ze wspólnot protestanckich. „Mieliśmy roznosić wielkopostne ulotki” – odpowiedział chłopiec. „Ależ synu, na dworze jest zimno i pada deszcz′′. Chłopiec spojrzał zdziwiony na swego ojca i powiedział: „Tata, ludzie powinni słyszeć o dobrym Bogu nawet w zimne deszczowe dni”. Na co usłyszał odpowiedź: „Pójdziemy, jak będzie ładna pogoda, dzisiaj darujmy sobie to wyjście. Ja dzisiaj zostaję w domu”. Jednak chłopiec był nieustępliwy: „Tato, czy mogę iść sam? Proszę!” Ojciec z miłością spojrzał na swojego syna, podał mu ulotki, mówiąc: „Synu, możesz iść. Oto ulotki, tylko uważaj na siebie.”

Uradowany chłopiec wybiegł z domu. Przez dwie godziny w zimnie i deszczu chodził ulicami miasta i rozdawał ulotki. Pod wieczór deszcze się wzmógł i ulice opustoszały, a chłopiec miał jeszcze kilka ulotek do rozdania. Rozglądał się, komu tu jeszcze je wręczyć. W końcu zdecydował się, że wstąpić do najbliższego domu. Dzwonił kilkakrotnie i czekał, ale nikt nie otwierał. Zrezygnowany odszedł, ale coś go wewnętrznie tknęło. Zawrócił zaczął dzwonić i stukać. W końcu drzwi się uchyliły i pojawiła się w nich smutna starsza kobieta i zapytała: „Co mogę dla ciebie zrobić, dziecko? Z radością w oczach i uśmiechem na twarzy chłopiec powiedział: „Chciałem tylko pani powiedzieć, że Bóg bardzo panią kocha. Przyniosłem dla pani ulotkę, która mówi o Bogu i Jego wielkiej miłości”. Zdziwiona kobieta wzięła ulotkę, mówiąc: „Dziękuję ci synu, niech Cię Bóg błogosławi!”

W najbliższą niedzielę w czasie homilii pastor zapytał zgromadzonych: „Czy ktoś ma jakieś świadectwo wiary lub coś, czym chciałby się podzielić?” Wtedy wstała starsza pani, która ze łzami w oczach i promiennym uśmiechem na twarzy zaczęła mówić: „Zapewne nikt w tym kościele mnie nie zna. Nigdy tu nie byłam, nie jestem zbyt gorliwą chrześcijanką. Nie tak dawno zmarł mój mąż, zostawiając mnie na tym świecie całkowicie samą. Nie mogłam sobie z tym wszystkim poradzić. Krzyż cierpienia przygniatał mnie do ziemi. Depresja, która ogarnęła moje serce nasiliła się w zimny i deszczowy dzień. Tego dnia opuściła mnie wszelka nadzieja. Nie chciałam żyć i postanowiłam skończyć ze sobą. Przygotowałam śmiertelną dawkę środków usypiających. Gdy byłam już gotowa do ich zażycia wtedy usłyszałam natarczywy dzwonek i stukanie do drzwi.

Czekałam i czekałam, aż ustanie dzwonienie i pukanie, ale ono się wzmagało. Zdecydowałam się wyjść i zobaczyć tego natręta. Kiedy otworzyłam drzwi, nie mogłam uwierzyć w to, co widzą moje oczy, przed moimi drzwiami stał promienny, anielski chłopiec. Uśmiechał tak słodko, że nie mogę tego opisać. Anielskim głosem powiedział do mnie: „Chcę tylko pani powiedzieć, że Bóg naprawdę panią kocha ′′. W tym momencie moje serce, które już umarło ożyło radosną nadzieją. Kiedy mały aniołek odszedł, zamknęłam drzwi i kilkakrotnie przeczytałam ulotkę, którą zostawił mi mały chłopiec. Po czym podeszłam do stolika wzięłam środki usypiające i wrzuciła je do śmietnika. Już ich nie potrzebowałam. Jak widzicie. Teraz jestem szczęśliwa, krzyż mojego życia nie jest ciężki, bo niosę go razem z Chrystusem, który wszelkie cierpienie przemienia w łaskę zmartwychwstania i życia. Ponieważ chłopiec przyszedł do mnie z tego kościoła i uratował mi życie i to doczesne, a przede wszystkim wieczne, dlatego przyszłam tutaj, aby podziękować Bogu i aniołkowi, którego posłał do mnie w zimny, deszczowy dzień”.

W życiu tej kobiety wypełniły się słowa z Listu do Hebrajczyków: „Chrystus z głośnym wołaniem i płaczem, za swych dni doczesnych, zanosił gorące prośby i błagania do Tego, który mógł Go wybawić od śmierci, i został wysłuchany dzięki swej uległości. I chociaż był Synem, nauczył się posłuszeństwa przez to, co wycierpiał. A gdy wszystko wykonał, stał się sprawcą zbawienia wiecznego dla wszystkich, którzy Go słuchają”. Każdy z nas podąża droga, którą przeszedł Jezus. W tę drogę wpisuje się krzyż, który jest wołaniem samego Jezusa: „Chrystus z głośnym wołaniem i płaczem, za swych dni doczesnych, zanosił gorące prośby i błagania do Tego, który mógł Go wybawić od śmierci’. Chrystus wybawia nas od śmierci wiecznej, bo ta ziemska jest wpisana w naszą naturę, jest częścią naszego życia. Wcześniej czy później jej doświadczymy.

Możemy jednak ulegać złudnej iluzji, że wygoda życia ziemskiego jest najważniejsza, a ziemska śmierć jest czymś najgorszym co może się przydarzyć w naszym życiu. I dla ratowania wygody życia i uniknięcia cierpienia śmierci ziemskiej zatracamy to co jest najważniejsze w naszym życiu, a czego doświadczył Chrystus. Słyszymy w Ewangelii: „Wtem rozległ się głos z nieba: Już wsławiłem i jeszcze wsławię”. Jezus przez swoje cierpienie i śmierć oddał chwałę Ojcu, stając się uczestnikiem tej chwały. Tą chwała będzie udziałem kto usłucha słów Chrystusa z dzisiejszej Ewangelii: „Kto chciałby Mi służyć, niech idzie za Mną, a gdzie Ja jestem, tam będzie i mój sługa. A jeśli ktoś Mi służy, uczci go mój Ojciec” (Kurier Plus 2021).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *