6 Lut

5 niedziela zwykła Rok A

 

SÓL ZIEMI.  

Jezus powiedział do swoich uczniów: „Wy jesteście solą ziemi. Lecz jeśli sól utraci swój smak, czymże ją posolić? Na nic się już nie przyda, chyba na wyrzucenie i podeptanie przez ludzi. Wy jesteście światłem świata. Nie może się ukryć miasto położone na górze. Nie zapala się też światła i nie stawia pod korcem, ale na świeczniku, aby świeciło wszystkim, którzy są w domu. Tak niech świeci wasze światło przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie” (Mt 5,13–16).

„Dlaczego się i kłócicie”- pyta kobieta dwójkę małych dzieci. „My się nie kłócimy, tylko bawimy się w tatusia i mamusię”- odpowiadają dzieci. Wygląda to jak żart. Ale ten „żart” może mieć bardzo tragiczne konsekwencje.

W pomieszczeniach dawnej plebani prokocimskiej w Krakowie urządzono schronisko im. św. brata Alberta dla kobiet. Znajdują tam miejsce kobiety z „pogmatwanymi życiorysami”. Najczęściej w rodzinie miał początek dramat tych kobiet. Oto jeden z tych życiorysów. „Miła 16 lat, kiedy matka popełniła samobójstwo. Powiesiła się na wieszaku w pokoju, wieszaku, który wcześniej zrobił ojciec. Sama dopilnowała, żeby był…Krystyna znalazła ją martwą. Kiedy odcięła ją ze śmiertelnej pętli, długo przytulała się do prawie zimnego ciała matki. Była dla niej wszystkim, matką i przyjaciółką. Nie mogła wybaczyć ojcu, że źle ją traktował. Matka załamana psychicznie coraz częściej sięgała po alkohol i środki uspakajające. Po jej samobójstwie Krystyna bardzo szybko wyszła za mąż i bardzo szybko rozwiodła się. Trafiła w środowisko przyszłych więźniarek i prostytutek. Wykalkulowała, że jej miłością są kobiety, nie mężczyźni. Zmieniała przyjaciółki. Któregoś razu zazdrosna partnerka mocno ją pocięła i może wtedy przyszło na Krystynę przebudzenie? A może później, gdy wieszając do szafy sukienkę, nagle rzuciła ją w kąt, i spróbowała tak, jak jej matka. Z próby samobójczej odratowała ją przyjaciółka, ale ślad na szyi i duszy pozostał. Sama, z własnej woli przyszła do przytuliska. Chce spróbować znów być człowiekiem i kobietą”.(Izabela Pieczara: „Pogmatwane życiorysy”)

Do swoich wyznawców, żyjących także w świecie „pogmatwanych życiorysów” Chrystus kieruje słowa; „Wy jesteście solą ziemi”. Sól to bardzo wymowny symbol rzeczywistości moralnej, duchowej. Sól dodaje smaku potrawom, sól chroni je przed zepsuciem. W czasach Chrystusa, gdy nie było lodówek sól była jedynym sposobem zachowania niektórych rodzajów żywności. Stąd też w tamtych czasach symbolika soli była jeszcze bardziej wymowna niż dziś. Słowo Boże jest solą, która nadaje nową jakość życiu i chroni go przed destrukcją. Chrześcijanin napełniony tym słowem i żyjący nim staje solą tej ziemi. Wiernym- „soli ziemi”, żyjącym wartościami bożymi takimi jak; miłość, sprawiedliwość, pokój itd. ludzkość zawdzięcza istnienie. Oni konserwują i zachowują świat. Nawet złodzieje, zdziercy, oszuści, mordercy, egoiści, zazdrośnicy, plotkarze im zawdzięczają życie. Gdyby to oni zdominowali świat zamieniliby go w piekło samozagłady.

Na wstępie tych rozważań zwróciłem uwagę na rodzinę. Rodzina jest najważniejszą naturalną wspólnotą ludzką. Ona najczęściej decyduje o kształcie życia przyszłych pokoleń, ona decyduje o losie całych społeczeństw. Matka, ojciec mają być solą w rodzinie. Przez zachowanie bożej nauki dają swej rodzinie mocny fundament. Jeśli tego nie spełniają są podobni do zwietrzałej soli, która „na nic się nie przyda, chyba na wyrzucenie i podeptanie przez ludzi”. Oczywiście nie można zawężać tego problemu tylko do wspólnoty rodzinnej. Bóg gromadzi nas w jedną wielką rodzinę dzieci bożych, a zatem nasza odpowiedzialność rozciąga się na każdego człowieka.

Gdy już jesteśmy solą ziemi, boże prawo nadaje kształt naszemu życiu, wtedy Chrystus wzywa nas, byśmy tymi wartościami jaśnieli i pociągali innych. „Wy jesteście światłem świata”.

Anna pracowała latem w hotelu. Pewnego dnia zamieszkał tam pan Smith. Gdy Anna przyszła rano, aby posprzątać jego pokój, Smith wychylił głowę przez drzwi i powiedział, że nie chce sprzątania, wystarczy, jeśli przyniesie mu kilka czystych ręczników. Po kilku dniach pozwolił Annie wejść do środka. W trakcie sprzątania wywiązała się rozmowa. W sobotę wieczorem, po pracy Anna zdążała na Mszę św. Nagle zatrzymał się przy niej samochód, Smith zaproponował Annie podwiezienie do domu. Anna serdecznie podziękowała, mówiąc, że idzie teraz na Mszę świętą. Zatem Smith zaproponował jej podwiezienie do kościoła. W samochodzie Smith zadawał wiele pytań na temat wiary, kościoła, Mszy św. itd., Gdy dojechali na miejsce Smith zaskoczył Annę pytaniem, czy zgodzi się, aby on mógł z nią wejść do kościoła. Anna poczuła się dziwnie, ale się zgodziła. Po Mszy św. Smith wyszedł bardzo szybko, nie mówiąc nawet do widzenia. Następnego dnia Anna weszła do pokoju zajmowanego przez Smitha, był on pusty. Na stoliku zauważyła małą paczkę i notatkę tej treści: „ Droga Anno, ten prezent jest dla ciebie za wspaniałą rzecz, jaką dla mnie zrobiłaś nie wiedząc o tym. Moje małżeństwo było w stanie rozkładu, ostatecznie powiedziałem żonie, że potrzebuję kilka dni, aby to przemyśleć. Im więcej o tym myślałem tym bardziej byłem zagubiony. Kiedy przyjechałem do tego hotelu i spotkałem ciebie byłem poruszony twoją głęboką wiarą w Boga. Msza, w której uczestniczyłem wraz z tobą była pierwszą moją Mszą od dziesięciu lat. W czasie Mszy myślałem o moich sprawach, Bóg oświecił moje wnętrze. Pragnę teraz pozostać z moją żona. Wracam do domu wdzięczny Bogu za wielką łaskę światła, jaką otrzymałem w czasie, gdy mój świat pogrążony był w ciemności. Nigdy nie zapomnę twojej pomocy w ponownym odkryciu mojej wiary”. (por. Mark Link)

Jest to jedna z wielu przykładów realizowania w życiu Chrystusowego wezwania: „Wy jesteście solą ziemi, wy jesteście światłem świata” (z książki Ku wolności).

 

ŚWIATŁO DOBRYCH UCZYNKÓW

To mówi Pan: Dziel swój chleb z głodnym, wprowadź w dom biednych tułaczy, nagiego, którego ujrzysz, przyodziej i nie odwróć się od współziomków. Wtedy twoje światło wzejdzie jak zorza i szybko rozkwitnie twe zdrowie. Sprawiedliwość twoja poprzedzać cię będzie, chwała Pana iść będzie za tobą. Wtedy zawołasz, a Pan odpowie, wezwiesz pomocy, a On rzeknie: „Oto jestem!”. Jeśli u siebie usuniesz jarzmo, przestaniesz grozić palcem i mówić przewrotnie, jeśli podasz twój chleb zgłodniałemu i nakarmisz duszę przygnębioną, wówczas twe światło zabłyśnie w ciemnościach, a twoja ciemność stanie się południem (Iz 58,7–10).

Czas II Wojny Światowej, to okres najbardziej mroczny i ciemny w dziejach ludzkości. Nie chodzi tu o ciemność fizyczną, bo pod tym względem było wtedy jaśniej niż kiedykolwiek. Płonęły wioski i miasta. Przeraźliwym blaskiem oślepiały świat eksplozje bomb i granatów. Była to ciemność duchowa i moralna, ciemność zła i nienawiści. Pośród tej ciemności byli ludzie, którzy nieśli światło dobrych uczynków. Nieśli nadzieję, że Bóg nie umarł, że dobro zwycięży. W sposób szczególny tej ciemności doświadczał naród żydowski. Na miarę tej ciemności rozbłyskało światło potężniejsze aniżeli śmierć.  Najczęściej rozpalali je Polacy. Oni to z narażeniem własnego życia i życia swojej rodziny zdobywali się na odwagę ratowania Żydów. Drzewa życia zasadzone w Yad Vashem przez Polaków są tego dowodem. Tu warto przypomnieć, że tylko w Polsce groziła kara śmierci całej rodzinie ukrywającej Żyda. Mimo to nie zabrakło odważnych ludzi. Kierowali się zwykłą ludzką solidarnością i wskazaniami wyznawanej wiary. Ich czyny stawały się światłem w mrokach wojny.

Takie światło rozpalał papież Pius XII. Z jego to polecenia sam abp Giovanni Ferrofino ocalił podczas drugiej wojny światowej ponad 10 000 Żydów. Amerykański żyd Gary Krupp, założyciel fundacji „Pave the Way”, powiedział: „Był to może największy naoczny świadek podejmowanych na rzecz Żydów wysiłków Papieża Pacellego”. Dyplomaci papiescy zabiegali u rządów państw Ameryki o wizy dla Żydów z okupowanej Europy. Co najmniej dwa razy do roku, staraniem Watykanu płynęli oni statkami z Portugalii i Hiszpanii do Ameryki. Kosztowało to wiele zabiegów. Pewnego razu zrozpaczony odmową pomocy Żydom przez Stany Zjednoczone papież uderzał pięścią w stół i krzyczał: „Dlaczego Amerykanie nie rozumieją, że musimy uratować tę społeczność!?”. Papież uratował więcej Żydów niż wszyscy inni polityczni i religijni przywódcy świata razem wzięci. Izraelski historyk i dyplomata Pinchas Lapide szacował, że Pius XII ocalił blisko 900 tysięcy ludzi!  A wspomniany wcześnie Gary Krupp powiedział: „Po wojnie Piusa XII pod niebiosa wynosiła nie tylko Meir, ale setki innych żydowskich przywódców religijnych i politycznych. Izraelscy pisarze, dyplomaci, duchowni. Wszyscy dziękowali papieżowi, uważali go za dobroczyńcę swojego narodu”.  A w innym miejscu dodaje: „Zrobiłem kiedyś szacunki i oznacza to, że 20 procent żyjących obecnie na świecie Żydów istnieje dzięki niemu!”

Obok głosicieli światła dobrych uczynków pojawiają się głosiciele ciemności i zła. Z jakąś szatańską satysfakcją nagłaśniają, najczęściej wymyślone czyny ciemności tak, aby przesłoniły światło dobra. Dla ilustracji przytoczę ponownie historię papieża Piusa XII. Zaczęło się to w Imperium Zła, jak prezydent Reagan określał Związek Sowiecki. Dla komunistów Kościół katolicki był wrogiem numer jeden. Postanowiono, zatem zaatakować głowę tego kościoła. KGB w akcji pod kryptonimem „Seat – 12” rozpoczęło oczernianie Piusa XII w kontekście zagłady Żydów. Z inspiracji sowieckich służb, niemiecki komunista Rolf Hochhuth napisał głośną sztukę „Namiestnik”, w której papież został przedstawiony, jako zimny cynik patrzący z satysfakcją na zagładę Żydów. Czarna legenda o papieżu bardzo szybko rozprzestrzeniła się po świecie. Papieża okrzyknięto zimnym antysemitą, a gdy zaczęto mówić o jego beatyfikacji ostro zaprotestowało przeciw temu wiele żydowskich organizacji. Wytykając papieżowi między innymi, że nie potępił publicznie Holokaustu. Wielu historyków uważa, że gdyby to zrobił, nic by to nie zmieniło na lepsze, ale przeciwnie, represje wobec Stolicy Apostolskiej związałyby jej ręce, a liczba ofiar Holokaustu byłaby o wiele większa.

Mimo tych ataków głosicieli zła, światło dobrych uczynków w najgłębszej swej istocie nie ponosi żadnego uszczerbku. Głosiciele zła podobni są do morskich bałwanów, których piana wściekłości rozbiją się i nabrzeżne skały. Bóg dostrzega światło dobrych uczynków nawet w odmętach najbardziej wzburzonego morza. Dostrzega i wynagrodzą. Prorok Izajasz w pierwszym czytaniu mówi: „Jeśli u siebie usuniesz jarzmo, przestaniesz grozić palcem i mówić przewrotnie, jeśli podasz twój chleb zgłodniałemu i nakarmisz duszę przygnębioną, wówczas twe światło zabłyśnie w ciemnościach, a twoja ciemność stanie się południem”.  Prorok posługuje się poetyckim językiem przenośni, stąd kilka słów wyjaśnienia. W swej istocie proroctwo to mówi o prawdziwej pobożności. Pobożność rytualna, wrażająca się w przestrzeganiu rytuałów, przepisów kultowych, liturgicznych jest ważna, ale niewiele znaczy przed Bogiem, gdy nie będzie przesycona poczuciem sprawiedliwości społecznej, miłosierdziem wobec potrzebujących. Dopiero, gdy pobożność rytualną wypełnimy tymi wartościami, wtedy zabłyśnie dla nas światło, które jest symbolem bożej obecności i Jego opieki oraz radości i szczęścia. Taka pobożność staje się nie tylko światłem naszej duszy i świata, ale przede wszystkim otwiera przed nami bramy zbawienia.

Do tego światła nawiązuje Ewangelia z dzisiejszej niedzieli. Chrystus powiedział do swoich uczniów: „Tak niech świeci wasze światło przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie”. Tu również autentyczna pobożność połączona jest z dobrymi uczynkami. I jest ona najskuteczniejszym sposobem głoszenia Ewangelii. Ludzie patrząc na dobre czyny wierzących będą wychwalać Boga, od którego pochodzi wszelkie dobro. Uczniowie mają pokazywać dobre czyny, aby inni chwalili Boga. A i po tym ludzie poznają nas, że jesteśmy prawdziwymi wyznawcami Chrystusa, który jest światłością świata. Św. Jan Apostoł napisał: „Po tym poznają, żeście uczniami moimi, jeśli się będziecie wzajemnie miłowali”. Przesyceni światłem Chrystusa mamy nieść to światło światu. Chrystus powiedział do swoich uczniów: „Wy jesteście światłem świata. Nie może się ukryć miasto położone na górze. Nie zapala się też światła i nie stawia pod korcem, ale na świeczniku, aby świeciło wszystkim, którzy są w domu”. A jeśli uczeń Chrystusa nie płonie tym światłem, to jest podobny do zwietrzałej soli: „Na nic się już nie przyda, chyba na wyrzucenie i podeptanie przez ludzi”. Oczywiście nie ma tu mowy o składzie chemicznym soli, ale o tym jak ważna jest sól w konserwacji artykułów żywnościowych. Chrześcijanin ma zachowywać i chronić przed wypaczeniem naukę Chrystusa i tą nauką „dosłać świat” wartościami nadprzyrodzonymi i wiecznymi” (z książki Bóg na drogach naszej codzienności).

 

CZYNIENIE DOBRA

Bracia, przyszedłszy do was, nie przybyłem, by błyszcząc słowem i mądrością, dawać wam świadectwo Boże. Postanowiłem bowiem, będąc wśród was, nie znać niczego więcej, jak tylko Jezusa Chrystusa, i to ukrzyżowanego. I stanąłem przed wami w słabości i w bojaźni, i z wielkim drżeniem. A mowa moja i moje głoszenie nauki nie miały nic z uwodzących przekonywaniem słów mądrości, lecz były ukazywaniem ducha i mocy, aby wiara wasza opierała się nie na mądrości ludzkiej, lecz na mocy Bożej (1 Kor 2,1–5).

Stosując pewne uproszczenia, możemy postrzegać dzieje ludzkości jako historię zmagania się dobra ze złem. I tylko dzięki temu, że dobro zwycięża, ludzkość nadal istnieje. Te zmagania są odbiciem wewnętrznej walki dobra ze złem w samym człowieku. Zwycięstwo nad złem owocuje dobrym czynem. Ważna jest obiektywna wartość dobrego czynu, ale ważniejsza jest nasza wewnętrzna motywacja czynienia dobra. Dla pewnej jasności możemy wyróżnić trzy rodzaje motywacji. Po pierwsze, czynienie dobra sprawia nam przyjemność. Angażujemy się w różne akcje charytatywne, jak zbiórki pieniędzy dla potrzebujących, bale dobroczynne, pomoc bezdomnym itp. Jest to źródłem dobrego samopoczucia, a nawet wymiernych korzyści. A nieraz dla spokoju sumienia przeznaczamy pewną sumę pieniędzy dla ubogich, z milionów zdobytych kosztem najbiedniejszych. Po drugie, czynimy dobro ze względów praktycznych. Znamienna w tym względzie jest wypowiedź Martina Niemollera, luterańskiego pastora uwięzionego przez niemieckich nazistów. „Kiedy naziści więzili komunistów, nic nie mówiłem, ponieważ nie byłem komunistą. Kiedy zaczęli zapełniać obozy koncentracyjne Żydami także milczałem, bo nie byłem Żydem? Kiedy prześladowanie dotknęło katolików milczałem, ponieważ byłem protestantem. A kiedy w końcu zostałem aresztowany, nie było nikogo, kto by wstawił się za mną”. A zatem pomagamy innym, ponieważ może przyjść czas, że sami będziemy potrzebować pomocy. Lyndon Johnson powiedział: „Kochaj swoich nieprzyjaciół, ponieważ pewnego dnia będziesz ich potrzebował jako przyjaciół”. Po trzecie, czynimy dobro kierując się bezinteresowną miłością. Nie szukamy własnej przyjemności, chociaż może ona nam towarzyszyć. Nie szukamy własnej korzyści. Czynię dobro, bo jest to słuszne i konieczne. I tylko taka motywacja daje człowiekowi szansę wzniesienia się na wyżyny świętości i moc przemiany świata.

Młody mężczyzna odwiedził dom dla ubogich w Kalkucie prowadzony przez Matkę Teresę. Przybył w momencie, gdy siostry zabierały z ulicy umierającego biedaka. Niezauważony obserwował całe to zdarzenie. Widział z jak wielką delikatnością i miłością siostry zajęły się umierającym człowiekiem. Zauważył jak siostra myła tego człowieka, obdarzając go życzliwym uśmiechem. Całą swoją uwagę skupiła na umierającym. Kilka dni później ów młody mężczyzna zwrócił się do Matki Teresy tymi słowami: „Kiedy tutaj przybyłem byłem człowiekiem niewierzącym w Boga, było we mnie pełno nienawiści. A teraz opuszczam to miejsce wierząc w Boga. Widziałem miłość Boga w działaniu. Przez ręce sióstr, przez ich delikatność i gesty miłości dla tego umierającego żebraka widziałem jak miłość boża zstępowała na ziemię. Teraz jestem wierzący”. Taka, bezinteresowna miłość przemienia świat i ludzi.

Siostry wniosły boże światło w życie umierającego człowieka z ulicy, jak też światło wiary dla człowieka, który odwiedził dom dla ubogich w Kalkucie. Jest to światło, o którym pisze prorok Izajasz: „Dziel swój chleb z głodnym, wprowadź w dom biednych tułaczy, nagiego, którego ujrzysz, przyodziej i nie odwróć się od współziomków. Wtedy twoje światło wzejdzie jak zorza i szybko rozkwitnie twe zdrowie. Sprawiedliwość twoja poprzedzać cię będzie, chwała Pan iść będzie przed tobą” (Iz 58, 7-10).

Powyższe rozważania są odpowiedzią na pytanie, co znaczą słowa Chrystusa skierowanie do uczniów: „Wy jesteście solą ziemi. Wy jesteście światłem świata”. Sól ma właściwości konserwujące i dodaje smaku, światło rozświetla mroki i jest źródłem życia. Taką rolę mają spełniać w świecie uczniowie Chrystusa. Wprowadzając naukę Ewangelii w życie zachowują świat od zepsucia i nadają życiu nową jakość. Są także światłem w świecie, pełnym mroków i błędnych dróg. Uczeń Chrystusa staje się solą i światłem świata, jeżeli jego życie jest zgodne z nauką, która głosi. Jeśli pojawia się rozdźwięk między głoszoną nauką a życiem, wtedy uczeń Chrystusa jest, jak zwietrzała sól, która „na nic się już nie przyda, chyba na wyrzucenie i podeptanie przez ludzi”.

W jednej parafii kościół był codziennie otwarty do późnych godzin wieczornych. Proboszcz miał zwyczaj, że zamykał go przed pójściem do łóżka. Pewnego wieczoru kapłan zorientował się, że mimo ciemności w kościele modli się jeszcze jeden parafianin. Proboszcz pozostawił drzwi otwarte i zaproponował zapalanie światła, ale parafianin odpowiedział, że światło jest niekonieczne, gdyż siedząc w cichym, pogrążonym w ciemnościach kościele głęboko przeżywa obecności Chrystusa. „Niech ksiądz popatrzy na wieczną lampkę, która jest symbolem obecności Chrystusa. Gdy siedzi się długo w ciemności, wtedy źrenice oka rozszerzają się tak szeroko, że w świetle wiecznej lampki można dostrzec wszystko. Lubię siedzieć w ciszy kościoła aż do momentu, gdy widzę wszystko w świetle wiecznej lampki”. Dosłownie i w przenośni to zdarzenie ukazuje nam, gdzie leży źródło mocy dla ucznia Chrystusa, aby być solą ziemi i światłem świata. Trwanie w obliczu Chrystusa, tak długo aż w Jego świetle będziemy widzieć i oceniać świat. Wyciszenie w obliczu Pana jest potrzebne do skutecznego niesienia światła zapędzonemu światu. „Tak nich wasze światło jaśnieje przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca, który jest w niebie”.

W jednym z miast żył asceta, który słynął z wielkiej pobożności. Każdego dnia wiele czasu spędzał na czytaniu Biblii, modlitwie, medytacjach. Pewnego dnia przybył do tego miasta święty mąż. Asceta chciał się z nim spotkać. Szukał go w kościele, ale nie znalazł, szukał go w sanktuarium, też i tam nie było, aż wreszcie znalazł go na targu. Uczeń zapytał świętego męża: „Przybyłem tu, aby szukać u ciebie rady, jak mogę służyć Bogu jeszcze lepiej”. Święty mąż mu odpowiedział: „Łatwo być mądrym i pobożnym w swoim pokoju. Powinieneś pójść na rynek i tam być świętym” (z książki Nie ma innej Ziemi Obiecanej).

 

LATARNIA ZA HORYZONTEM NASZEGO ŻYCIA

Samotnie stojąca na urwisku skalnym latarnia morska i spieniane fale rozbryzgujące się o nabrzeżną skałę, to jeden z najpiękniejszych motywów utrwalanych na płótnie przez malarzy. Jednak istotę tego urzekającego piękna dostrzegamy, gdy ciemność spowija ziemię i słyszy się złowieszczy ryk spienionych fal. W tej ciemności widać tylko niewielkie światło latarni, które prowadzi żeglarzy do bezpiecznego portu zatrzymania. To niepozorne światło, prowadzące do bezpiecznej przystani ocaliło życie niejednemu żeglarzowi. Dzisiaj latarnie nie są już tak potrzebne, bo zastąpiono je elektronicznymi przyrządami nawigacji. Ale nawet gdy całkowicie latarnie morskie wyjdą z użycia, to z pewnością na długie lata pozostaną nie tylko jako temat malarski, ale obraz i ilustracja ludzkiego życia. Żeglując na bezkresnym oceanie życia widzimy jego doczesny horyzont, który wyznacza granica śmierci, a światło spływające z nieba podpowiada nam, że nie jest to kres naszego żeglowania. A zatem potrzebujemy światła, latarni, która wskazywałaby kierunek poza horyzontem śmierci. Nawet gdy już uchwycimy kierunek żeglowania potrzebujemy światła latarni, aby nie zboczyć z kursu, szczególnie w czasie nawałnic życiowych. Różne latarnie wyznaczają kierunek ziemskiego żeglowania. Może to być sława, pieniądze, władza, czy zwykle wygodne życie. Te latarnie gasną, gdy docieramy do horyzontu wyznaczanego przez śmierć. W tym miejscu człowiek spogląda w niebo, gdzie może dostrzec latarnię wieczności, którą zapala miłość i mądrość boża. O tym świetle mówią czytania biblijne na dzisiejszą niedzielę.

Jezus mówi o sobie: „Ja jestem światłością świata, kto idzie za Mną, będzie miał światło życia”. Chrystus jest tym światłem, latarnią, która wskazuje kierunek naszego pielgrzymowania i rozświetla naszą drogę w życiowych ciemnościach. Jest to Światło, które przezwyciężyło śmierć, stając się dla nas latarnią poza jej horyzontem. Kto idzie za światłem Chrystusa bezpiecznie dotrze do swojej ostatecznej przystani. Chrystus, światłość świata mówi do swoich uczniów: „Wy jesteście światłem świata”. A zatem w łączności z Chrystusem i napełnieni Jego światłem mamy być dla innych, latarnią, drogowskazem prowadzącym do Chrystusa. Za ilustrację tej prawdy niech posłuży poniższa historia. W roku 1800 przeprowadzano renowacje Monumentu Waszyngtona. Jeden z pracowników w czasie tych prac zauważył wyryty napis na monumencie następującej treści: „Ktokolwiek z ludzi będąc narzędziem w ręku Boga, nawróci choć jedną duszę, to monument jego pamięci jest wyższy i ważniejszy niż ten”. Nieznany autor tego napisu zawarł bardzo ważną prawdę, która współgra z czytaniami mszalnymi. Jeśli ktoś napełniony światłem bożym staje się latarnią prowadzącą do Boga buduje sobie ogromny pomnik pamięci, którym jest życie wieczne.

W szczególny sposób mamy sposobność napełnienia się światłem Chrystusa w Kościele, który jest nazywany mistycznym Ciałem Chrystusa.  Św. Paweł porównuje Kościół, czyli wspólnotę ochrzczonych, do ludzkiego ciała. W Pierwszym Liście do Koryntian pisze: „Podobnie jak jedno jest ciało, choć składa się z wielu członków, a wszystkie członki ciała, mimo iż są liczne, stanowią jedno ciało, tak jest i z Chrystusem. Wszyscyśmy bowiem w jednym Duchu zostali ochrzczeni, aby stanowić jedno Ciało”. Patrząc w kategoriach społecznych możemy powiedzieć, że Kościół jest latarnią, światłem świata. O jakie światło tutaj chodzi? W pierwszym czytaniu prorok Izajasz podpowiada nam: „Dziel swój chleb z głodnym, wprowadź w dom biednych tułaczy, nagiego, którego ujrzysz, przyodziej i nie odwróć się od współziomków. Wtedy twoje światło wzejdzie jak zorza i szybko rozkwitnie twe zdrowie. Sprawiedliwość twoja poprzedzać cię będzie, chwała Pana iść będzie za tobą. Jeśli u siebie usuniesz jarzmo, przestaniesz grozić palcem i mówić przewrotnie, jeśli podasz twój chleb zgłodniałemu i nakarmisz duszę przygnębioną, wówczas twe światło zabłyśnie w ciemnościach, a twoja ciemność stanie się południem”. Jest to światło duchowe, którego zasadniczą barwą jest miłosierdzie, miłość. To one wyznaczają kierunek naszego ziemskiego żeglowania.

Nasze indywidualne napełnienie się światłem Chrystusa przekłada się na jasność całego kościoła, który ma być latarnią dla całego świata. Trafnie to obrazuje poniższa historia. Przed laty zbudowano w Szwajcarii na wysokiej górze mały kościółek. Mieszkańcy okolicznych dolin dbali o piękny wygląd swojej świątyni. Jedynym mankamentem był brak w światła w kościele. Było on bowiem zbudowany z dala od linii elektrycznej i z tego powodu były trudności z doprowadzeniem prądu. Jednak każdej niedzieli, okoliczni mieszkańcy mogli obserwować ciekawe zjawisko. Gdy rozlegał się głos dzwonu kościelnego, wtedy wierni zdążali do maleńkiego kościółka i nagle kościół wypełniał się światłem. Otóż mieszkańcy przybywali do kościoła ze swymi latarniami i stawiali je na specjalnych półkach umocowanych na ścianach wokół kościoła. Jeśli do kościoła przyszło niewielu wiernych, wtedy światło było słabo widoczne w okolicznych miejscowościach. Jeśli zaś kościół był wypełniony wiernymi, wtedy światło wylewało się olbrzymimi strumieniami na zewnątrz i było widziane w całej okolicy.

Rozważania zakończę modlitwą znanego włoskiego poety i librecisty Lorenzo Da Ponte: „O słodki Jezu, spraw, abym był solą ziemi nawet wtedy, gdybym musiał przejść przez ogień i wodę, by stać się solą. Nie dozwól, abym zamiast dać jej smak, pogorszył go i by ziemia posypana solą nie stała się z mojej winy bezpłodną, gdybym przemieniał na jej szkodę zadanie, jakie Ty mi powierzyłeś dla jej pożytku. O słońce sprawiedliwości. Ty dajesz światło gwiazdom Kościoła, spraw, abym był jedną z nich, wolny od wszelkiej ciemności; bym pozostając tam, gdzie mnie postawiłeś, biegł natychmiast na każde Twoje wezwanie i oświecał z radością świat, który stworzyłeś dla swojej chwały. Ty tak bardzo pragniesz chwały swojego Ojca przedwiecznego, udziel mi więc takiej jasności życia, aby dzięki niej rosła Jego chwała na ziemi i rozszerzała się między ludźmi, aby Go wszyscy uwielbiali. O Odkupicielu świata, Ty ukazałeś Pawłowi, Twemu naczyniu wybranemu i pozwoliłeś mu tego doświadczyć, jak wiele powinien cierpieć dla Twojego imienia, udzielając mu równocześnie smaku cierpienia. Wybierz również mnie jako swoje naczynie, w które mógłbyś wylać w obfitości utrapienia razem z bogactwem pociech, wśród cierpień dla Twojej miłości” (z książki w Poszukiwaniu mądrości życia).

 

ŚWIETY HILARY

W dzisiejszych czasach coraz częściej zauważa się tendencje usuwania religii z życia publicznego i spychania jej w sferę prywatności. Gdyby te trendy zwyciężyły byłby to oczywisty sukces ateistów i ludzi niechętnych religii, ale zarazem byłaby to klęska wyznawców Chrystusa. Chrystus wyraźnie mówi, że poprzez swoją wiarę stajemy się światłem dla świata i nasze światło ma świecić przed ludźmi, tak, aby poznawano Boga i oddawano Mu cześć. Aby jednak być tym światłem, wcześniej trzeba podjąć wewnętrzne zmaganie między moralną jasnością a ciemnością w nas samych. Gdy odnosimy wewnętrzne zwycięstwo nad ciemnością automatycznie jaśniejemy światłem wiary na zewnątrz i jesteśmy w stanie przeciwstawić się zewnętrznym siłom ciemności, które chciałyby to światło przygasić, lub przynajmniej zmusić do ukrycia. Święci pokonując te przeszkody jaśnieli światłem, dzięki, któremu rodzili się nowi wyznawcy Chrystusa. Wśród nich jest św. Hilary, którego światło usiłowała zagasić, stłumić władza świecka, jak i też błędy ludzi, którzy mieniąc się chrześcijanami zamazywali jasność nauki Chrystusowej. Należeli do nich wyznawcy arianizmu, herezji odmawiającej Chrystusowi bóstwa i odrzucającej dogmat Trójcy Świętej. Święty Hilary skutecznie opierając się tym atakom stał się dla wielu przekonywującym światłem Ewangelii.

Święty Hilary urodził się około 310 roku w Poitiers, we Francji jako potomek starego francuskiego rodu szlacheckiego. Wychowany w duchu pogańskim zdobył bardzo gruntowne wykształcenie i został retorem. Szukając zaś Boga sięgnął po Pismo św. i poprzez gorliwe oraz  dogłębne jego studiowanie odkrył objawiającego się Boga. W Starym Testamencie szczególną uwagę zwrócił na scenę ukazania się Boga Mojżeszowi w gorejącym krzewie i objawienie imienia bożego: „Jestem, Który Jestem”. Hilary spędzał także długie godziny na lekturze Ewangelii św. Mateusza i św. Jana. Pod wpływam tej lektury nawrócił się i przyjął w roku 345 chrzest jako żonaty mężczyzna. Miał także córkę imieniem Abra, która również została świętą. Za zgodą żony wprowadził w domu klasztorny styl życia, a sam przygotowywał się do przyjęcia kapłaństwa. Co niebawem stało się faktem. Kapłani i lud, znając pobożność i gorliwość św. Hilarego obwołali go w roku 350 biskupem rodzinnego miasta Poitiers. Zgodnie z ówczesną praktyką żonaci mężczyźni mogli pełnić funkcje kapłańskie czy biskupie. Celibat nie był jeszcze wówczas w Kościele powszechnym zwyczajem.

Święty Hilary zasiadał na stolicy biskupiej w bardzo trudnym czasie. Wprawdzie ustały krwawe prześladowania chrześcijan przez pogańskich władców, ale za to doszło do wewnętrznych walk i prześladowań w samym kościele Chrystusowym, a to za sprawą herezji ariańskiej po stronie, której opowiedział się cesarz Konstancjusz. O tym smutnym rozdarciu Hilary pisze do cesarza: „Dałby Bóg, żebyśmy jeszcze zostawali pod panowaniem Dioklecjanów i Neronów. Lepsze było ono gwałtowne prześladowanie, wymierzone przeciw imieniowi chrześcijańskiemu, nad teraźniejszą wojnę głuchą i ukrytą, którą nam nieprzyjaciel wypowiedział. Walcząc za wiarę świętą, przyodziani zbroją niebieską, korzyść i zwycięstwo po naszej mielibyśmy stronie. Gorejące stosy, bicze, blachy rozpalone i wszelkiego rodzaju tortury nie zdołałyby nas przerazić, a z rąk katów naszych, wstydem i sromotą pokrytych, wydarlibyśmy palmy zwycięskie. Ale dziś nie rusztowania, ale sidła zdrady zastawiają, a ukryte zasadzki miejsce tortur zajęły. Nie w otwartej walce z tyranem mężnie się potykamy, ale walczymy z nieprzyjacielem w ukryciu zdrady knującym”.

Hilary bardzo skutecznie przeciwstawiał się arianom, trafnie wytykając ich błędy. Był nieustraszonym i skutecznym obrońcą dogmatu bóstwa Chrystusa i Trójcy Świętej. Arianie byli bezradni wobec żarliwości i mądrości argumentów św. Hilarego. Mieli jednak za sobą cesarza Konstancjusza, który za ich radą skazał Hilarego na wygnanie do Frygii. Kilka lat pobytu na wygnaniu św. Hilary wykorzystał na dokładne zapoznanie się z teologią Wschodu, której bogactwo, subtelność i precyzję pojęć starał się po powrocie z wygnania rozpowszechnić w Kościele łacińskim. Napisał wtedy wiekopomne dzieła, w którym wyjaśniał i uzasadniał tajemnicę Trójcy Świętej oraz bóstwo i człowieczeństwo Jezusa. Są to dzieła, które odegrały ogromną rolę w kształtowaniu świadomości chrześcijańskiej ówczesnego kościoła. Na wygnaniu utrzymywał bardzo żywą więź z diecezją. Pisał listy do wiernych, aby ich utwierdzić w wierze świętej. Przez swoją postawę, kazania i pisma uchronił swoją ojczyznę, Galię, od arianizmu i zyskał przydomek obrońcy Galii.

W czasie wygnania świętego Hilarego cesarz Konstancjusz zwołał do Seleucji ariański sobór, na który wezwał także Hilarego, mając nadzieję, że uda się przeciągnąć go na swoją stronę. Jednak Hilary swoją wymową i argumentami zrobił tak ogromne wrażenie, że wielu arian się nawróciło. Wprawdzie sam cesarz został przy arianizmie, ale pod wpływem mów Hilarego odwołał karę wygnania i pozwolił Świętemu na powrót do własnej diecezji. Po ponownym objęciu stolicy biskupiej św. Hilary czynił wszystko, co było w jego mocy, aby zabliźnić rany, zadane Kościołowi przez arian i ich protektorów. Jego też zasługą było zwołanie synodu do Paryża w roku 360, na którym biskupi Galii przyjęli wyznanie wiary, ułożone na soborze w Nicei w roku 325. Święty zgromadził wokół siebie wielu wybitnych ludzi. Do jego uczniów należał św. Marcin, biskup Tours. Wierni czcili Hilarego za życia jako świętego. Przypisywano mu nawet wskrzeszenie dziecka, które umarło bez chrztu świętego.

Święty Hilary zmarł w roku 367. Jego śmiertelne szczątki złożono w bazylice cmentarnej. Fanatyczni kalwini dużą ich część zniszczyli w roku 1562. Ocalała ich tylko ta część, która przedtem została umieszczona w kościele Św. Dionizego w Paryżu i druga znaczna część podarowana dla kościoła Św. Jerzego w Le Puy. Te ostatnie relikwie sprowadzono do Poitiers w roku 1698, gdzie doznają szczególnej czci. Św. Hilary należy do pierwszych wyznawców, któremu Kościół na Zachodzie zaczął oddawać publicznie liturgiczną cześć. Wcześniej było to niemal wyłącznym przywilejem męczenników. Jako nauczyciel i obrońca prawd wiary został ogłoszony doktorem Kościoła (z książki Wypłynęli na głębię).

 

ŚWIATŁO W CIEMNOŚCIACH

Naszą przeszłość wypełniają ludzie, którzy na różne sposoby wpisali się w nasze życie i drogą wspomnień często powracają do nas. Na początku tego roku w takiej podróży wspomnień stanął przede mną jak żywy ubiegłoroczny obraz Agaty i Szymona oraz ich kilkumiesięcznej córeczki Kayla z Middle Village. Przed dwoma laty Agata w stanie błogosławionym wraz z mężem Szymonem wyjechała na wakacje, w czasie których Szymon niefortunnie zanurkował w jeziorze, uderzając ramieniem o kamień. W wyniku czego zostały zmiażdżone dwa kręgi szyjne i przerwany rdzeń kręgowy. Szymon został sparaliżowany od ramion w dół. Rok temu, w okresie Bożego Narodzenia odwiedziłem Agatę i Szymona. W łóżeczku leżała kilkumiesięczna córeczka, której tata nie mógł wziąć na ręce. Zapewne myślał o tym, gdy patrzył na nią a po policzkach spływały rzęsiste łzy. Wobec tej rzeczywistości bezsilna wydawała się jakakolwiek ludzka mądrość i moc. 

Wspominając spotkanie sprzed roku zadałem sobie pytanie: Co z nimi teraz się dzieje, jak dają sobie radę? Z tym pytaniem siadłem do komputera i wszedłem na stronę facebooka i ku swemu zaskoczeniu zobaczyłem list od Agaty, która pytała mnie, czy nie mógłbym przyjechać do nich, wyspowiadać Szymona i udzielić mu Komunii św.  Umówiliśmy się niedzielę, piątego stycznia. Tym razem na moje spotkanie wyszła mamą z małą Kayla, a w wózku inwalidzkim czekał sparaliżowany Szymon. Ku mojemu zaskoczeniu, Szymon uczynił znak krzyża. Agata widząc moje zdziwienie powiedziała, że z wielkim trudem, ale jest on w stanie sam spożyć posiłek. To budzi nadzieję. Jednak ciągle borykają się trudnościami. Brakuje pieniędzy na rehabilitację, a ponad to właściciele chcą ich usunąć z domu. Sprawa toczy się w sądzie. Szukają mieszkania, ale nie jest to łatwe w takiej sytuacji. Nie poddają się jednak. W pewnym momencie mała Kayla pociągnęła mnie do drugiego pokoju, uklęknęła przy łóżeczku, dając mi w ten sposób znak, że powinienem się z nią pomodlić. Pomodliliśmy się. Po czym pobłogosławiłem ją i jej pokoik. Agata powiedziała, że kilka tygodni temu, w nocy zmarł właściciel tego domu. Od tamtego czasu, w godzinie jego śmierci mała Kayla budzi się z przeraźliwym płaczem i trudno ją utulić. Na pytanie, dlaczego płacze odpowiada, że boi się pana, który przy jej łóżeczku. Agata mówi, że modli się i kropi mieszkanie wodą świeconą i wtedy córeczka trochę się uspokaja.

Tak jak przed rokiem tak i tym razem czułem się w pewnym sensie bezradnym wobec tej sytuacji. Ludzkie słowa i mądrość były zbyt małe, płaskie. Pewności dodawała mi świadomość, że przychodzę ze słowem bożym i bożą mądrością. Przychodzę z mocą bożą w sakramencie Pojednania i Eucharystii. Tak bliskie były mi wtedy słowa z zacytowanego na wstępie Listu św. Pawła do Koryntian: „nie przybyłem, by błyszcząc słowem i mądrością, dawać wam świadectwo Boże”. Patrząc na cierpienie Szymona  i całej jego rodziny odkrywałem głębię słów św. Pawła z wyżej wspomnianego listu: „Postanowiłem bowiem, będąc wśród was, nie znać niczego więcej, jak tylko Jezusa Chrystusa, i to ukrzyżowanego”. Bo właśnie w nim odkrywamy prawdziwą mądrość i moc. W jednej z pieśni wielkopostnych śpiewamy: „W krzyżu cierpienie, w krzyżu zbawienie, / W krzyżu miłości nauka, / Kiedy cierpienie, kiedy zwątpienie / Serce ci na wskroś przepali, / Gdy grom się zbliża, pośpiesz do krzyża / On ciebie wesprze, ocali”. Mądrość krzyża daje moc zmierzenia się z największymi doświadczeniami życiowymi, prowadząc do zwycięstwa, do zmartwychwstania. Nie wiemy do końca jak kształt przybierze to zwycięstwo, ale jednego możemy być pewni, że w mocy i mądrości krzyża na pewno ono przyjdzie.

Boża mądrość staje się światłem w mrokach naszego życia. Ogarnięci tym światłem, mamy go rozsiewać wokół nas i nieść go innym. Ewangelia z dzisiejszej niedzieli mówi:  „Wy jesteście światłem świata. Nie może się ukryć miasto położone na górze. Nie zapala się też światła i nie stawia pod korcem, ale na świeczniku, aby świeciło wszystkim, którzy są w domu”. Prorok Izajasz w pierwszym czytaniu na dzisiejszą niedzielę mówi jaki kształt przybiera to światło w naszej codzienności: „Dziel swój chleb z głodnym, wprowadź w dom biednych tułaczy, nagiego, którego ujrzysz, przyodziej i nie odwróć się od współziomków. Wtedy twoje światło wzejdzie jak zorza i szybko rozkwitnie twe zdrowie. Sprawiedliwość twoja poprzedzać cię będzie, chwała Pana iść będzie za tobą. Wtedy zawołasz, a Pan odpowie, wezwiesz pomocy, a On rzeknie: ‘Oto jestem!’. Jeśli u siebie usuniesz jarzmo, przestaniesz grozić palcem i mówić przewrotnie, jeśli podasz twój chleb zgłodniałemu i nakarmisz duszę przygnębioną, wówczas twe światło zabłyśnie w ciemnościach, a twoja ciemność stanie się południem”. Prorok nie mówi o płomiennych słowach, żarliwej modlitwie, ale o czynie, który ciemność zamienia w blask południa. Potrzebne są słowa, ale one mogą kłamać, potrzebna jest modlitwa, ale może być ona pusta, na pokaz, tylko dobry czyn nie kłamie i jest najskuteczniejszym sposobem ukazywania światu bożego światła.

Świetnie ilustruje ten problem kaznodzieja Billy Sunday: „Chodzenie do kościoła nie czyni cię bardziej chrześcijaninem niż odwiedzanie zakładu mechanicznego, gdzie naprawiasz swój samochód”. Można chodzić do kościoła, odmawiać modlitwy i kopcić zamiast świecić bożą prawdą. Tak się dzieje, gdy światło słowa bożego usłyszane w kościele nie staje się czynem. W Ewangelii czytamy: „Tak niech świeci wasze światło przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie”. A zatem dobre czyny mają wskazywać i prowadzić do Boga. Dobro czynione dla własnej chwały, jest kulawym dobrem. I staje się często powodem niesnasek i kłótni. Przypomina o tym św. Paweł: „Przeto czy jecie, czy pijecie, czy cokolwiek innego czynicie, wszystko na chwałę Bożą czyńcie”.

Światło Boże nieraz stawia nas przed największą ofiarą. Stanęli przed nią 24 stycznia 1874 roku męczennicy z Pratulina na Podlasiu. Bronili swojego kościoła przed moskalami. W raporcie ks. Teodora Telakowskiego czytamy: „Stein zarządził załadowanie karabinów kulami. Wówczas wierni odrzucili kołki i kamienie, które trzymali w rękach. Padli na kolana jak jeden mąż i zaczęli śpiewać pobożne pieśni polskie: Święty Boże, a następnie psalm: Kto się w opiekę. Stein rozkazał: ognia! Kule posypały się jak grad. Padli zabici wieśniacy. Pochyliły się głowy rannych. Śpiew nie ustawał. Żołnierze byli ustawieni w półkole za parkanem cmentarnym i prowadzili ogień. Pierwszy padł zabity Wincenty Lewoniuk. Jednocześnie padł martwy młodzieniec Anicet Hryciuk ze wsi Zaczopki. Ludzie pozostawali w niewielkiej odległości od wojska i byli skupieni w zwartą grupę. Liczba zabitych byłaby zapewne większa, gdyby niektórzy żołnierze, powodowani współczuciem, nie strzelali w powietrze. Żaden jęk nie wyszedł z piersi umierających. Żadne przekleństwo nie splamiło ust rannych. Wszyscy umierali w Bogu i z Bogiem za wiarę, która jako dar pochodzi od Boga” (Kurier Plus, 2016).

 

PRAWDZIWA ŚWIATŁOŚĆ

Słysząc słowo „kościół” nie tylko dzieci, ale także dorośli w pierwszym odruchu kojarzą to słowo z budynkiem kościelnym, a dopiero potem przychodzi refleksja kościoła jako wspólnoty, o którym Katechizm Kościoła Katolickiego mówi: „Kościół jest owczarnią, której jedyną i konieczną bramą jest Chrystus. Jest trzodą, której sam Bóg zapowiedział, że będzie jej pasterzem, i której owce, chociaż rządzone przez pasterzy – ludzi, są jednak nieustannie prowadzone i karmione przez samego Chrystusa, Dobrego Pasterza i Księcia pasterzy, który oddał swoje życie za owce”. A zatem serce Kościoła bije w sercach jego członków. Nie w budynkach kościelnych, nie w strukturach Kościoła, chociaż jedne i drugie są potrzebne.

W czasie ostatnich letnich wakacji wraz z grupą podróżników odwiedziłem najpiękniejsze zakątki naszej ojczyzny. Pośród wielu wspaniałych zabytków, budowli kościoły zajmują wyjątkowe miejsce. Nie tylko ze względu na architektoniczne i artystyczne piękno, ale przede wszystkim na obecność w nich sacrum. Wierni nie szczędzą wydatków, aby ich kościoły wyglądały jak najokazalej. I rzeczywiście w większości wypadków lśnią one czystością, są rozświetlone i zadbane. Przyjemnie wejść do takiej świątyni. Może nawet i łatwiej się modlić, choć co do tego to nie mam pewności. Zapewne to światło i jasność kościoła są także miłe Bogu, ale któż to wie, bo przecież Bóg inaczej widzi niż człowiek, patrzy na to co jest w sercu człowieka.

To całe piękno i światłość świątyń wpadają w fałszywe tony, gdy zabraknie w nich światłości, którą mają promieniować członkowie wspólnoty kościoła, uczniowie Chrystusa. O tej światłości mówi prorok Izajasz w pierwszym czytaniu: „Wtedy twoje światło wzejdzie jak zorza i szybko rozkwitnie twe zdrowie”. Prorok konkretnie wskazuje jakiego rodzaju jest to światło: „Dziel swój chleb z głodnym, do domu wprowadź biednych tułaczy, nagiego, którego ujrzysz, przyodziej i nie odwracaj się od współziomków. Jeśli u siebie usuniesz jarzmo, przestaniesz grozić palcem i mówić przewrotnie, jeśli podasz twój chleb zgłodniałemu i nakarmisz duszę przygnębioną, wówczas twe światło zabłyśnie w ciemnościach, a twoja ciemność stanie się południem”.

W Ewangelii Chrystus zwraca się do swoich uczniów: „Wy jesteście światłem świata. Nie może się ukryć miasto położone na górze. Nie zapala się też lampy i nie umieszcza pod korcem, ale na świeczniku, aby świeciła wszystkim, którzy są w domu. Tak niech wasze światło jaśnieje przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie”. Rozmodlony człowiek jest wspaniałym świadkiem prawdy Bożej, ale nie to pochwa Chrystus w dzisiejszej Ewangelii. Wybudowanie świątyni, dbanie o nią to też cenna i piękna rzecz, ale Chrystus w dzisiejszej Ewangelii zwraca naszą uwagę na coś innego. Piękne i przekonywujące głoszenie słowa Bożego to też bardzo ważny element naszego apostolstwa, ale Chrystus mówi, że jest coś ważniejszego w naszym świadczeniu o Nim. Pisanie niedzielnych rozważań może być pobożną lekturą, ale Chrystus wskazuje na skuteczniejsze sposoby głoszenia Ewangelii. Najważniejsze są dobre uczynki: „aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie”. Wtedy to zapalamy na świecie światło, o którym mówi także prorok Izajasz.  Jeśli autentycznie napełniły się Chrystusem, to niejako automatycznie zaczniemy świecić dobrymi czynami.

Napełnieni tym światłem mamy je rozsiewać w otaczającym nas świecie: „Tak niech wasze światło jaśnieje przed ludźmi”. Czyn jest najskuteczniejszym sposobem niesienia światu światła Ewangelii. Wszystkie nasze religijne poczynania mają prowadzić do dobrego czynu, a jeśli jest inaczej to znaczy, że w tych naszych poczynaniach tkwi błąd. Ana Mendez Ferrell w książce „Światło Boże” pisze: „Być światłem znaczy chodzić w szczerości i prawdzie. Jedna z zasad duchowego życia brzmi: ciemność traci formę w obecności światła. Nie muszę krzyczeć na ciemność przez 3 godziny, za każdym razem, gdy zapalam światło w moim domu. Ciemność znika automatycznie, w momencie pojawienia się światła. I tak, jeśli Jezus jest światłem, które w nas mieszka, to dlaczego ciemność wokół nas nie znika automatycznie? Odpowiedzią na to pytanie jest to, że duża część światła jest ciągle przysłonięta prawdziwymi, trwałymi strukturami, które diabeł zbudował za pomocą ludzi. Takie zasłony ciemności są jak twarda skorupa założona na żarówkę. Światło istnieje. Jest realne. Mieszka w wierzących, ale jest przysłonięte mocami nieprawości i strukturami myśli, w których zostaliśmy wychowani, a które są sprzeczne z prawdą Chrystusa. W związku z tym jedną sprawą jest obecność światła w życiu tych, którzy zostali uczynieni synami Bożymi, a drugą sprawą jest widzialna manifestacja tego światła w życiu tych, którzy wierzą”.

Po II Wojnie Światowej ks. Kazimierz Majdański, były więzień obozu koncentracyjnego w Dachau, późniejszy arcybiskup udał się do Weissenburgu w Niemczech, aby odwiedzić Heinricha Stoehra, swojego obozowego anioła. Heinrich już nie żył, a zatem ks. Majdański odwiedził jego grób, na którym był napis: „Wasze życie było walką, Wasze czyny dobrem. Niezrównane Wasze umiłowanie ludzi”. W obozie niemieccy lekarze prowadzi pseudonaukowe nieludzkie eksperymenty na więźniach. Takim eksperymentom został poddany Kazimierz Majdański, który był wtedy klerykiem piątego roku studiów teologicznych. Majdański został celowo zarażony ropnicą. Groziła mu śmierć w męczarniach i wtedy pojawił się Heinrich Stoehr przełożony pielęgniarzy. On to powiedział do kleryka: „Chciałbym cię uratować. Ale masz obowiązek milczeć o tym najzupełniej, bo gdyby sprawa wyszła na jaw, mnie zdejmą głowę, a ty zginiesz”. Stoehr w tajemnicy przed doktorem Heinrichem Schuetzem podał Majdańskiemu serię zastrzyków, które uratowały mu życie. Nawet w tak mrocznym miejscu, nawet pod taką presją można przez dobre czyny zapalić światło w mrokach obozowego piekła.

Oprawca z tego samego obozu w Dachau dr Heinrich Schuetz usprawiedliwiał się z braku dobrych czynów sytuacją w jakiej się znalazł. W październiku 1975 roku w Monachium odbył się proces tego okrutnego zbrodniarza. W akcie oskarżenia czytamy: „Zabijał, bo życie tych, na których wykonywano eksperymenty, było dla niego bezużyteczne i bezwartościowe. Swoim ofiarom zadawał cierpienie i ból, kierując się obojętnością, okrucieństwem i fanatyzmem rasowym”. Na proces przyjechał abp Majdański, który na sali rozpraw spotkał twarzą w twarz swojego oprawcę i podał mu rękę w geście przebaczenia. Abp Majdański wspomina: „Dr Schuetz nie chciał puścić ze swych dłoni mojej prawicy, gdy mu na sali sądowej powiedziałem: Przecież możemy spojrzeć sobie w oczy! I szeptał: Musiałem. Ale czyniłem mniej niż musiałem… Czy zbrodniarz nie należy do najbiedniejszych istot, jakie nosi ta ziemia?”. Rzeczywiście jakże biednym jest człowiek, który zamiast światła dobrych czynów rozsiewa wokół siebie ciemność piekła.

Św. Jan Paweł II mówił, że źródłem mocy świadczenia światłem dobrego czynu jest Chrystus i otwarcie się ma działanie Ducha Świętego: „Aby świadczyć o Chrystusie, człowiek musi sam Go spotkać i rozwijać osobistą więź z Nim przez modlitwę, Eucharystię i sakrament pojednania, czytanie i rozważanie słowa Bożego, studium chrześcijańskiej nauki, służbę innym. Zawsze też, jeśli świadectwo to jest autentyczne, jest dziełem Ducha Świętego w znacznie większej mierze niż człowieka” (Kurier Plus, 2020).

 

PRAWDZIWA ŚWIATŁOŚĆ

Jest to historia trochę sfabularyzowana, choć jak najbardziej prawdziwa. Przed wielu laty do parafii przyszedł młody gorliwy zarządca. Zaczęło się od generalnych porządków i remontów. Jest to zawsze najwdzięczniejsza, co nie znaczy najważniejsza część pracy kapłańskiej. Posprzątasz kościół, wkręcisz żarówkę i widzisz od razu efekt swojej pracy. Z duszą ludzką jest inaczej. Napracuje się nieraz duszpasterz, inaczej pasterz dusz nad ludzką duszą i może nawet nie zobaczyć owocu swojej pracy. Wspomniany zarządca w niedługim czasie doprowadził do tego, że w kościele jakby przybyło światła a to za sprawą wymienionych żarówek, nowych lamp i świeczników na ołtarzu itd. To światło pomnażało się w odbiciach wyzłacanej monstrancji, świeczników, wypolerowanej posadzki, posprzątanego kościoła. Przyjemnie wejść do takiej świątyni. Może nawet i łatwiej się modlić, choć co do tego to nie mam pewności. Zapewne to światło i jasność kościoła są także miłe Bogu, ale któż to wie.

To całe piękno i światłość wpadają w fałszywe tony, gdy zabraknie światłości, o której mówi prorok Izajasz w pierwszym czytani: „Wtedy twoje światło wzejdzie jak zorza i szybko rozkwitnie twe zdrowie”. Prorok konkretnie wskazuje jakiego rodzaju jest to światło: „Dziel swój chleb z głodnym, do domu wprowadź biednych tułaczy, nagiego, którego ujrzysz, przyodziej i nie odwracaj się od współziomków. Jeśli u siebie usuniesz jarzmo, przestaniesz grozić palcem i mówić przewrotnie, jeśli podasz twój chleb zgłodniałemu i nakarmisz duszę przygnębioną, wówczas twe światło zabłyśnie w ciemnościach, a twoja ciemność stanie się południem”. We wspomnianej parafii spontanicznie powstała organizacja charytatywna, która wspierała osierocone dzieci. Woluntariusze poświęcali swój czas, pieniądze, pracę i dzięki temu powstawały wspaniale dzieła miłości. Zapalali oni skutecznie światło, o którym mówi prorok Izajasz.

Nowy zarządca tę ludzką spontaniczną dobroć i ofiarność postanowił sformalizować, wciskając ją w ramy bardzo restrykcyjnej interpretacji prawa i wcielić w struktury urzędnicze, które na własną działalność bardzo często przeznaczają część ofiar zbieranych dla biednych. Oczywiście w Kościele potrzebne jest prawo, potrzebne są także struktury urzędnicze. Ale jeśli one nie potęgują światła, o którym pisze prorok Izajasz lub nawet je przygaszają to znaczy, że jest tutaj coś nie tak i to nie ze strony światła, o którym mówią dzisiejsze czytania mszalne. Otóż w trakcie formalizowania działalności wspomnianej wspólnoty charytatywnej, mimo że kościół tonął w świetle, to bożego światła było mniej. Mniej pieniędzy docierało do głodujących sierot, stanęła budowa sierocińca, bo członkowie wspólnoty charytatywnej zamiast, tak jak dawniej koncentrować na zbieraniu funduszy dla biednych musieli się zmagać z urzędniczym formalizmem. Z poza muru praw i urzędów nie wychyliła się do nich żadna życzliwa ręka, która by doceniła światło rozpalane przez tę wspólnotę, która by pomogła umieścić ją w strukturach prawnych, nie gasząc światła, o którym mówi także dzisiejsza Ewangelia. A przecież szerzenie tego światła jest główna misja Kościoła Chrystusowego.

W Ewangelii Chrystus zwraca się do swoich uczniów: „Wy jesteście światłem świata. Nie może się ukryć miasto położone na górze. Nie zapala się też lampy i nie umieszcza pod korcem, ale na świeczniku, aby świeciła wszystkim, którzy są w domu. Tak niech wasze światło jaśnieje przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie”. Rozmodlony człowiek jest wspaniałym świadkiem prawdy Bożej, ale nie to pochwala Chrystus w dzisiejszej Ewangelii. Wybudowanie świątyni, dbanie o nią to też cenna i piękna rzecz, ale Chrystus w dzisiejszej Ewangelii zwraca naszą uwagę na coś innego. Piękne i przekonywujące głoszenie słowa Bożego to też bardzo ważny element naszego apostolstwa, ale Chrystus mówi, że jest coś ważniejszego w naszym świadczeniu o Nim. Pisanie inspirujących niedzielnych rozważań może pomóc wielu ludziom odnaleźć Boga, ale Chrystus wskazuje na skuteczniejsze sposoby głoszenia Ewangelii. Najważniejsze są dobre uczynki: „aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie”. Jeśli autentycznie napełniły się Chrystusem, to niejako automatycznie zaczniemy świecić dobrymi czynami.

Napełnieni tym światłem mamy rozjaśniać nim otaczający nas świat: „Tak niech wasze światło jaśnieje przed ludźmi”. Czyn jest najskuteczniejszym sposobem niesienia światu światła Ewangelii. Wszystkie nasze religijne poczynania mają prowadzić do dobrego czyny, a jeśli jest inaczej to znaczy, że w tych naszych poczynaniach tkwi błąd. Ana Mendez Ferrell w książce „Światło Boże” pisze: „Być światłem znaczy chodzić w szczerości i prawdzie. Jedna z zasad duchowego życia brzmi: ciemność traci formę w obecności światła. Nie muszę krzyczeć na ciemność przez 3 godziny, za każdym razem, gdy zapalam światło w moim domu. Ciemność znika automatycznie, w momencie pojawienia się światła. I tak, jeśli Jezus jest światłem, które w nas mieszka, to dlaczego ciemność wokół nas nie znika automatycznie? Odpowiedzią na to pytanie jest to, że duża część światła jest ciągle przysłonięta prawdziwymi, trwałymi strukturami, które diabeł zbudował za pomocą ludzi. Takie zasłony ciemności są jak twarda skorupa założona na żarówkę. Światło istnieje. Jest realne. Mieszka w wierzących, ale jest przysłonięte mocami nieprawości i strukturami myśli, w których zostaliśmy wychowani, a które są sprzeczne z prawdą Chrystusa. W związku z tym jedną sprawą jest obecność światła w życiu tych, którzy zostali uczynieni synami Bożymi, a drugą sprawą jest widzialna manifestacja tego światła w życiu tych, którzy wierzą”.

Po II Wojnie Światowej ks. Kazimierz Majdański, były więzień obozu koncentracyjnego w Dachau, późniejszy arcybiskup udał się do Weissenburgu w Niemczech, aby odwiedzić Heinricha Stoehra, swojego obozowego anioła. Heinrich już nie żył, a zatem ks. Majdański odwiedził jego grób, na którym był napis: „Wasze życie było walką, Wasze czyny dobrem. Niezrównane Wasze umiłowanie ludzi”. W obozie niemieccy lekarze prowadzi pseudonaukowe nieludzkie eksperymenty na więźniach. Takim eksperymentom został poddany Kazimierz Majdański, który był wtedy klerykiem na piątym roku studiów. Majdański został zarażony ropnicą. Groziła mu śmierć w męczarniach i wtedy pojawił się Heinrich Stoehr przełożony pielęgniarzy. On to powiedział do kleryka: „Chciałbym cię uratować. Ale masz obowiązek milczeć o tym najzupełniej, bo gdyby sprawa wyszła na jaw, mnie zdejmą głowę, a ty zginiesz”.  Stoehr w tajemnicy przed doktorem Heinrichem Schuetzem podał Majdańskiemu serię zastrzyków, które uratowały mu życie.

W październiku 1975 roku w Monachium odbył się proces okrutnego zbrodniarza z obozu Dachau dr Heinricha Schuetza. W akcie oskarżenia czytamy: „Zabijał, bo życie tych, na których wykonywano eksperymenty, było dla niego bezużyteczne i bezwartościowe. Swoim ofiarom zadawał cierpienie i ból, kierując się obojętnością, okrucieństwem i fanatyzmem rasowym”. Na proces przyjechał abp Majdański, który na sali rozpraw spotkał twarzą w twarz swojego oprawcę i podał swemu oprawcy rękę w geście przebaczenia. Abp Majdański tak wspomina. Dr Schuetz nie chciał puścić ze swych dłoni mojej prawicy, gdy mu na sali sądowej powiedziałem: Przecież możemy spojrzeć sobie w oczy! I szeptał: Musiałem. Ale czyniłem mniej niż musiałem… Czy zbrodniarz nie należy do najbiedniejszych istot, jakie nosi ta ziemia?”.

Żadne prawo nie zwalnia nas z obowiązku szerzenia dobrym czynem światła, o którym mówią dzisiejsze czytania biblijne.

 

 

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *