2 Lut

5 niedziela zwykła Rok B

 

 

DOKĄD ZDĄŻASZ?                                                                 

Jezus po wyjściu z synagogi przyszedł z Jakubem i Janem do domu Szymona i Andrzeja. Teściowa zaś Szymona leżała w gorączce. Zaraz powiedzieli Mu o niej. On zbliżył się do niej i ująwszy ją za rękę podniósł. Gorączka ją opuściła i usługiwała im. Z nastaniem wieczora, gdy słońce zaszło, przynosili do Niego wszystkich chorych i opętanych; i całe miasto było zebrane u drzwi. Uzdrowił wielu dotkniętych rozmaitymi chorobami i wiele złych duchów wyrzucił, lecz nie pozwalał złym duchom mówić, ponieważ wiedziały, kim On jest. Nad ranem, gdy jeszcze było ciemno, wstał, wyszedł i udał się na miejsce pustynne, i tam się modlił. Pośpieszył za Nim Szymon z towarzyszami, a gdy Go znaleźli, powiedzieli Mu: „Wszyscy Cię szukają”. Lecz On rzekł do nich: „Pójdźmy gdzie indziej, do sąsiednich miejscowości, abym i tam mógł nauczać, bo na to wyszedłem”. I chodził po całej Galilei, nauczając w ich synagogach i wyrzucając złe duchy (Mk 1,29-39).

Przez wieś pędzi na rozszalałym koniu jeździec. „Dokąd tak spieszysz” – pyta rolnik stojący we wrotach. „Nie pytaj mnie, pytaj o to konia” – odpowiada jeździec.

Nasza codzienność często podobna jest do rozszalałego konia, nad którym nie panujemy do końca. Pochłania nas aktywność, ciągle jesteśmy zajęci, ciągle coś musimy robić. Gdy jest taka potrzeba i gdy jej nie ma. Obawiamy się pozostania ze swoimi myślami, sam na sam ze sobą. Ślizgamy się na powierzchni życia. A gdy zajdzie taka konieczność, w odpowiedzi na pytanie „Dokąd tak pędzisz?” – wskazujemy na „konia”. Ale czy „koń” może odpowiedzieć na pytanie, z którym człowiek nie może sobie nieraz poradzić? Dajemy także odpowiedzi, które nie wytrzymują próby czasu. Elżbieta od kilku lat przebywa na „wakacjach” w Stanach Zjednoczonych. Tylko wiza amerykańska mówi o wakacjach zaś rzeczywistość jest całkiem inna. Elżbieta pracuje od świtu do nocy, a jak nie pracuje to szuka pracy. Nie ma czasu na nic poza pracą. Dla kogo tak pracuje? Dokąd tak pędzi? Dla rodziny w Polsce, odkłada także na spokojniejszą przyszłość. I właśnie takie odpowiedzi nie wytrzymują próby czasu. Godne podziwu jest to poświecenie. Ale… potrzebujemy także troski o samych siebie. Potrzebujemy czasu dla siebie. Potrzebujemy chwili odpoczynku, spokoju, zastanowienia się nad sobą. Potrzebujemy czasu, aby wznieść myśl do Boga, aby w jego świetle wszystko poustawiać w swoim życiu na właściwym miejscu. I pełniej żyć. Gdy tego zabraknie możemy się zredukować do wymiaru materialnego, do roli robota, który po zużyciu nikomu nie jest potrzebny. A ponadto może się okazać, że to nasze poświęcenie wcale nie wyszło na dobre naszej rodzinie, lub też nie doczekaliśmy spokojnej przyszłości.

Wokół Jezusa gromadziły się ogromne rzesze ludzkie. Spragnieni byli słów Jezusa. Przychodzili także, aby szukać uzdrowienia duszy i ciała. Bo jak mówi Ewangelia: „Uzdrowił wielu dotkniętych rozmaitymi chorobami i wiele złych duchów wyrzucił”. Możemy sobie wyobrazić jak bardzo Jezus był zajęty. Ale nie dał się pochłonąć do końca szaleńczej aktywności, bo jak mówi Ewangelia: „Nad ranem, gdy jeszcze było ciemno, wstał wyszedł i udał się na miejsce pustynne, i tam się modlił”. Nawet Jezus potrzebował czasu dla siebie, odpoczynku i modlitwy. Potrzebował przede wszystkim kontaktu ze swoim Ojcem i to był sekret Jego ogromnej mocy i skuteczności działania.

My także potrzebujemy kontaktu z Bogiem, aby naładować się bożą energią, która pomaga pełniej i sensowniej żyć. Dzisiejszy człowiek popada, jak nigdy dotąd w różnego rodzaju depresje, gubi się w życiu, a to dlatego, że zagubił zdolność kontaktu ze źródłem życia, zdolność kontaktu z Bogiem. Kontakt z Bogiem zastępuje różnego rodzaju metodami relaksującymi, czy medytacją wschodu. To są tylko namiastki i nigdy nie zastąpią autentycznego spotkania z Bogiem.

Stechnicyzowany świat jest dla wielu blokadą na drodze do Boga. Dla ilustracji użyje przypowieści o myszach. Pewna mysz uwiła sobie gniazdo w dolnej części fortepianu. Z przyjemnością słuchała muzyki w wykonaniu świetnego artysty. Nie widziała go, ale podziwiała Wielkiego Artystę. Z czasem przybywało mysz w gnieździe. Najstarsza mysz opowiadała jak potężny i wspaniały jest Wielki Artysta. Te opowieści czyniły życie bardziej radosnym, kolorowym, szczęśliwym i otwierały mysi horyzont nowy wspaniały świat. Ten piękny świat runął w gruzy, a to za przyczyną dwóch niespokojnych i podejrzliwych myszy. Pierwsza z nich wydrapała się trochę wyżej i zobaczyła naciągnięte struny, które wydawały dźwięki. Mysz wróciła z tej wyprawy i napisała rozprawę doktorską o muzyce, której od dawna myszy słuchały. Nie ma żadnego Wielkiego Muzyka są tylko metalowe struny, to one są źródłem muzyki. Konsternacja w mysim gnieździe. Stara mysz broni zaciekle swojej wiary w Wielkiego Muzyka. Postanowiono posłać jeszcze jedną mysz, która w naukach zdobyła już kilka doktoratów. Dr mysz solidnie wzięła się do roboty. Po powrocie napisała nową rozprawę na temat muzyki. Napisała, że poprzednia mysz nie miała do końca racji. Nie tylko struny ale także młoteczki, które uderzają w nie są odpowiedzialne za muzykę. Wobec tak niezbitych dowodów, Wielkiego Muzyka uznano za mit. Nie ma żadnego Wielkiego Muzyka są tylko struny metalowe i młoteczki. Mysi świat jakby poszarzał, skurczył się, stracił perspektywę, która przekraczała materialny krąg mysiej egzystencji.

Nie mogę się powstrzymać w tym miejscu od przypomnienia wypowiedzi radzieckiego kosmonauty, który po powrocie z kosmosu powiedział: „Byłem tak wysoko, ale Pana Boga tam nie widziałem”. A czymże była ta podróż w kosmos w skali Wszechświata, nie więcej niż pchli skok. Człowiek w swej podejrzliwości i zatwardziałości serca potrafi sprowadzić swój świat do takiego wymiaru, że jego horyzont wyznacza łopatą grabarz na cmentarzu.

Papież Jan Paweł II prowadził bardzo aktywny tryb życia. Emanowała od niego moc. Żył pełnią życia jak mało kto. Ale pośród tej aktywności mogliśmy zobaczyć go często zatopionego na modlitwie. To właśnie tu leżał sekret skutecznego działania, życiowego sukcesu. W kontakcie z Bogiem odnajdujemy siłę i mądrość życia (z książki „Ku wolności).

 

 

CIERPIENIE

Job przemówił w następujący sposób: „Czyż nie do bojowania podobny byt człowieka? Czy nie pędzi on dni jak najemnik? Jak niewolnik, co wzdycha do cienia, jak robotnik, co czeka zapłaty. Zyskałem miesiące męczarni, przeznaczono mi noce udręki. Położę się, mówiąc do siebie: «Kiedyż zaświta i wstanę?» Lecz noc wiecznością się staje i boleść mną targa do zmroku. Czas leci jak tkackie czółenko i przemija bez nadziei. Wspomnij, że dni me jak powiew. Ponownie oko me szczęścia nie zazna” (Job 7,1-4.6-7).

Niezbyt rozgarnięty pilot wsiadł do helikoptera, aby wykonać pierwszy samodzielny lot. Koledzy obserwowali go z dołu. Nagle helikopter runął na ziemię. Nieprzytomnego pilota zabrano do szpitala. Po odzyskaniu przytomności koledzy pytają, co się stało, dlaczego zatrzymało się śmigło. Co zrobiłeś? „Nic takiego” – odpowiada ranny pilot- „Poczułem chłód w kabinie i wyłączyłem wiatrak”.

Lubimy wygodne życie, szukamy przyjemności i na ile to możliwe unikamy przykrych doświadczeń. Jednym słowem uciekamy przed cierpieniem. Wśród tych uciekinierów są ludzie podobni do pilota z powyższej anegdoty. Zapominają, że podejmowanie cierpienia jest nieraz konieczne dla zachowania życia czy zdobycia wyższych wartości. Nie zdają sobie sprawy, że unikanie za wszelką cenę poświecenia, z którym często wiąże się cierpienie grozi nawet utratą życia w wymiarze doczesnym i wiecznym. Zachowują się oni jak nierozgarnięty pilot; wyłączają śmigło, które według nich jest źródłem przykrych doświadczeń… i spadają na ziemię. Czasami da się ich odratować, czasami- nie. Rolę tego wyłącznika może pełnić narkotyk, alkohol itp.

Tymczasem, za każdym sukcesem życiowym kryje się ciężka praca, wyrzeczenia, które odbieramy jako pewnego rodzaju cierpienie. Jest ono nieodzowne we wzroście i rozwoju człowieka. Nawet cierpienie związane z chorobą jest potrzebne. Alarmuje, że coś w naszym organizmie dzieje się niedobrego. Idziemy na badania i wtedy dowiadujemy się, że potrzebujemy leczenia. Gdyby nie ten ból, mogłoby by się okazać, że jest już za późno. Taki ból jesteśmy w stanie zrozumieć, dojrzeć jego sens. Trudniej jednak dostrzec sens bólu, który potęgując się z dnia na dzień nieuchronnie pcha nas w ramiona śmierci. Myśląc o tym przywołujemy na pamięć niewinnie cierpiące dzieci w obozach koncentracyjnych, dzieci przykute na całe życie do wózków inwalidzkich. Jeśli nie odnajdziemy sensu tego cierpienia, to nie odnajdziemy sensu naszego życia. W takiej sytuacji pozostaje jedno sensowne wyjście, pozostaje szukanie.

W niektórych księgach Starego Testamentu znajdujemy odpowiedź; cierpienie jest karą Bożą za nasze grzechy, jeśli nie nasze osobiste, to na pewno za grzechy naszych przodków. Mimo, że od tamtych czasów minęło już tysiące lat, niektórzy myślą dzisiaj podobnie, gdy pytają: Za jakie grzechy Bóg mnie skarał? Biblia wskazując na Mesjasza odwodzi nas od wiązania przyczynowego cierpienia z karą za grzechy. Próbę wytłumaczenie cierpienia, w tym duchu podejmuje Księga Hioba.

Hiob był bardzo bogatym i szczęśliwym człowiekiem. Nagle wszystko obróciło się przeciw niemu. Traci swoje stada, traci swój majątek, giną jego dzieci, a na koniec sam został dotknięty bolesną chorobą. Leży na kupie gnoju. Przychodzą przyjaciele i zamiast go pocieszyć, pytają go czym zgrzeszył, że Bóg zesłał na niego taką karę. Zaś żona kpi z jego wierności Bogu. Pyta, co z tego ma. Zachęca go do bluźnierstwa przeciw Bogu. Hiob mówi o swoim bólu: „Zyskałem miesiące męczarni, przeznaczono mi noce udręki. Położę się mówiąc do siebie: Kiedyż zaświta i wstanę? Lecz noc wiecznością się staje i boleść mną targa do zmroku. Czas leci jak tkackie czółenko i przemija bez nadziei. Wspomnij, że dni me jak powiew. Ponownie me oko szczęścia nie zazna” (Hi 7, 6-7). Hiob żali się przed Bogiem, ale do końca i bezgranicznie Mu ufa. To trwanie przy Bogu sprawiło, że Hiob owocnie przeżył swoje cierpienie, co autor biblijny przedstawił w sposób obrazowy; Hiob wraca do zdrowia odzyskuje wszystko, co stracił. Jest ponownie szczęśliwy.

W zacytowanym na wstępie fragmencie Ewangelii możemy odnaleźć odpowiedź na pytanie o miejsce cierpienia w naszym życiu. Jest to jednak odpowiedź nie taka, jakiej się spodziewamy. Odpowiada na nie Chrystus przez swoją postawę wobec cierpienia. Wokół Chrystusa gromadzą się chorzy i cierpiący, a On pochyla się nad nimi z wielka miłością i uwalnia od cierpienia, uzdrawia ich. Można powiedzieć, że w tej sytuacji zarówno choroba jak i uzdrowienie świadczą o prawdzie orędzia Chrystusowego o Królestwie Bożym. I w tym kontekście zarówno choroba jak i cierpienie nabierają sensu. A ponadto budowanie Królestwa Bożego wymaga nieraz wyrzeczenia, cierpienia. Jednak wartość tego Królestw przewyższa wszystko, co nas dotyka, dlatego jest w stanie ukazać człowiekowi pogrążonemu w bólu jasną perspektywę.

W postawie Chrystusa wobec ludzkiego cierpienia widzimy, nie każące, ale litościwe i współczujące oblicze Boga. A gdy stajemy pod krzyżem Chrystusa doświadczamy ogromnej miłość, która swą mocą przewyższa każde cierpienie. Nie jest to tylko zabieg psychologiczny. To zwycięstwo nabrało realnych kształtów, gdy Chrystus przez cierpienie i krzyż przeszedł do chwały zmartwychwstania. Nasze trwanie w cierpieniu przy Chrystusie jest odpowiedzią na pytanie o sens cierpienia.

Modlitwa jest jedną z form trwania przy Bogu. Chrystus uczy nas modlitwy słowem i przykładem: „Nad ranem, kiedy było jeszcze ciemno, wstał, wyszedł i udał się na miejsce pustynne, i tam się modlił”. Bez zamyślenia modlitewnego nie zrozumiemy cierpienia i nie wystarczy nam siły do jego godnego i owocnego dźwigania. Świątynia jest szczególnym miejscem modlitewnej zadumy, ale nie jedynym. Może nieraz dobrze udać się na miejsce pustynne, aby odnaleźć Boga. Pustynia może być symbolem. Zostajemy w tym samym miejscu zaś myślą i sercem opuszczamy zabiegany świat i zostajemy sam na sam z Bogiem.

Pewien mężczyzna często wychodził daleko do lasu. Jego przyjaciel był ciekawy, co on tam robi. I pewnego razu poszedł za nim. Bardzo się zdziwił, gdy go zobaczył siedzącego w zadumie na zwalonym pniu. „Co ty tu robisz” – zapytał. „Modle się” – usłyszał odpowiedź. „Dlaczego jednak przyszedłeś aż tak daleko?” – pyta dalej przyjaciel.  „Ponieważ w tym miejscu czuję szczególną bliskość Boga” – odpowiada. „Czy nie możemy odnaleźć Boga wszędzie, czy ten sam Bóg nie jest w każdym miejscu?” – pada pytanie. „To prawda Bóg jest wszędzie, ale ja nie jestem wszędzie” – odpowiada modlący się mężczyzna.

Jest wiele takich miejsc, gdzie czujemy niepowtarzalną dla nas obecność Boga. Może są piękne gotyckie katedry, a może zwykle drewniane kościoły, które odwiedzamy w czasie naszych powrotów w rodzinne strony. Tu był nasz chrzest, Pierwsza Komunia św. Tu były także pogrzeby naszych bliskich. Siadamy w starej skrzypiącej ławce, wracają wspomnienia dawnych dni, kiedy byliśmy tak blisko Boga. I wtedy niepostrzeżenie nasza zaduma staje się najpiękniejszą modlitwą. W obliczu Boga spoglądamy na minione lata i pytamy czy dzisiaj jesteśmy bliżej piękna, dobra, czy jest więcej miłości w naszym życiu. Modlitwą może się stać letni wieczór i zachodzące słońce i cisza zalegające nad lekko falującym jeziorem. Tak wiele piękna, że samoczynnie rodzi się w nas dziękczynienie Bogu za to wszystko.

W tych chwilach modlitwy człowiek odkrywa coraz pełniej Boga a wraz z tym przychodzi także pełniejsze zrozumienie życia, z którym nieodłącznie związane jest cierpienie (z książki Nie ma innej Ziemi Obiecanej).

 

 

DNI BEZNADZIEI

Biada mi, gdybym nie głosił Ewangelii. Gdybym to czynił z własnej woli, miałbym zapłatę, lecz jeśli działam nie z własnej woli, to tylko spełniam obowiązki szafarza. Jakąż przeto mam zapłatę? Otóż tę właśnie, że głosząc Ewangelię bez żadnej zapłaty, nie korzystam z praw, jakie mi daje Ewangelia. Tak więc nie zależąc od nikogo, stałem się niewolnikiem wszystkich, aby tym liczniejsi byli ci, których pozyskam. Dla słabych stałem się jak słaby, aby pozyskać słabych. Stałem się wszystkim dla wszystkich, żeby w ogóle ocalić przynajmniej niektórych. (1 Kor 9,16-19)

W czasie jednego z kazań poruszałem problem cierpienia, starając się w świetle Biblii i wiary odnaleźć jego sens i siłę do zmierzenia się z nim. Wspomniałem także o cierpieniu rodziców, którzy tracą swoje dziecko, zaznaczając, że nawet nie jestem w stanie wyobrazić sobie ich cierpienia. Po Mszy św. podszedł do mnie mężczyzna i z pewnym żalem powiedział: „Dobrze księdzu o tym mówić, bo ksiądz nie stracił swojego dziecka”. Powiedział to to ojciec, który kilka tygodni wcześniej pochował swojego syna. W pewnym stopniu ojciec miał swoją rację by tak powiedzieć, ale ja również miałem rację, nie licytując się wielkością cierpienia, tylko wskazując na Chrystusa, w którym możemy się zmierzyć z największym cierpieniem, które nas dotyka. Mówiąc lub pisząc o cierpieniu odwołuję się bardzo często do ludzi, którzy w cierpieniu odnaleźli nadzieję. Nie zapominam także słów, które kilka godzin przed śmiercią, w wielkim cierpieniu powiedział kardynał Veuillot, arcybiskup Paryża: „Umiemy pięknie mówić o cierpieniu. Ja też mawiałem o nim z żarem. Powiedzcie kapłanom, żeby lepiej nic nie mówili. Nie wiemy, czym ono jest i ubolewam nad tym.” Rzeczywiście lepiej o tym nie mówić, gdybyśmy mieli prześliznąć się nad cierpieniem gładkim i pięknym słowem.

Wyznanie Krystyny na stronie internetowej ADONAI.PL pełne jest cierpienia, które jednak nie prowadzi ku beznadziejnej rozpaczy, ale nadziei: „Nie będę opisywać całego zdarzenia i okoliczności śmierci mojej córki. Pojechała do znajomej rodziny i już nie wróciła. Przeżyłam straszne cierpienie, nie mogłam uwierzyć, że straciłam swoje jedyne dziecko. To było ponad moje siły. Podczas Mszy świętej pogrzebowej ujrzałam na ołtarzu kielich, z którego piłam w moim śnie. Podczas Ofiarowania oddałam Bogu swoje życie i cierpienie, swoją gorycz, która złączona z cierpieniem Jezusa przeradzała się w słodycz. Prosiłam także Maryję o pomoc i otrzymałam ją. Codzienny swój krzyż łączę z cierpieniami Jezusa, Eucharystia umacnia mnie, tak że odczuwam pokój serca i wewnętrzną siłę, aby kroczyć dalej i swym życiem naśladować Maryję. Miałam też wiele snów z moją córeczką. We śnie mówiła mi, że jest z dobrą Panią, którą ja też znam. Wiem, że jest szczęśliwa w niebie z najlepszą Panią, Maryją (…). Dziękuję dziś Bogu za życie, za cierpienie, za siły, którymi mnie obdarza. Jak Maryja, trwając na modlitwie, pragnę powtarzać hymn uwielbienia. Kiedy patrzę na krzyż Jezusa, moje cierpienie odchodzi. Moje przewinienia, grzechy, cierpienia gładzi męka Chrystusa. Moje szare dni nabierają wartości. Wierzę, że jak w różańcu, tak i w życiu są tajemnice radosne i bolesne, i wiem, że kiedyś nadejdzie w tajemnicy chwalebnej najprawdziwszy poranek zmartwychwstania Jezusa Chrystusa”.

Księga Joba, zacytowana na wstępie wprowadza nas w tajemnicę cierpienia. Rzuca snop światła w mrok, który ogarnia cierpiącego człowieka. Mówi o cierpieniu sprawiedliwego i pobożnego męża imieniem Job. Łatwiej wytłumaczyć z punku moralnego cierpienie człowieka bezbożnego, grzesznego. Można to skwitować stwierdzeniem, że jest kara boża za grzechy. Nie jest to jednak myślenie biblijne. Bóg bardziej czeka na nawrócenie człowieka niż śpieszy z wymierzeniem kary. Cierpienie ma wiele głębszy sens niż wymierzanie sprawiedliwości bożej. Chociaż takie myślenie do dzisiaj pokutuje w świadomości wielu wiernych. Przybiera ono nieraz formę żalu człowieka, uważającego się za uczciwego i pobożnego, który mówi: „Za co mnie tak Pan Bóg karze?” Job, człowiek prawy i pobożny stracił majątek oraz dzieci, a na koniec sam został dotknięty bolesną chorobą. Przyjaciele pytali, czym zgrzeszył, że Bóg go dotknął takimi nieszczęściami, nawet żona drwiła z niego, że taki wierny Bogu i co z tego ma. Podjudzała go, aby złorzeczył swemu Stwórcy. Job żalił się i płakał przed Bogiem, ale Mu nie złorzeczył. Prosił Boga o śmierć, ale sam nie podniósł ręki na swoje życie. Żalił się jak skrzywdzone dziecko, nie tracił jednak wiary i ufności pokładanej w Bogu. Księga mówi, że Bóg wystawił Joba na wielką próbę wiary, którą bogobojny mąż przeszedł zwycięsko. To zwycięstwo zaowocowało dobrem duchowym, które autor biblijny przedstawia w obrazie ziemskiego powodzenia. Job został uzdrowiony, odzyskał bogactwa, Bóg obdarzył go dziećmi. Ponownie stał się szczęśliwym człowiekiem, wielbiącym Boga. Tylko Bóg może poprowadzić nas zwycięską ręką poprzez cierpienie.

Ewangelia z dzisiejszej niedzieli mówi o cierpieniu w kontekście uzdrowień Jezusa. Chrystus nie przechodził obojętnie wobec ludzkiej niedoli. Ewangelia mówi, że po uzdrowieniu teściowej Piotra do Jezusa przychodzili chorzy, oczekując uzdrowienia. „Z nastaniem wieczora, gdy słońce zaszło, przynosili do Niego wszystkich chorych i opętanych; i całe miasto było zebrane u drzwi. Uzdrowił wielu dotkniętych rozmaitymi chorobami i wiele złych duchów wyrzucił”. Uzdrowienia wspomniane w Ewangelii z pewnością były wielkim aktami takiej zwyklej ludzkiej miłości, jednak zasadnicze ich przesłanie miało charakter mesjański. Uzdrowienia były znakami nadejścia czasów mesjańskich. Prorok Izajasz zapowiadając je pisał: „Wtedy przejrzą oczy niewidomych i uszy głuchych się otworzą. Wtedy chromy wyskoczy jak jeleń i język niemych wesoło krzyknie”. Chrystus przyszedł na ziemię, aby wyzwolić ludzi z niewoli grzechu i śmierci. A cuda uzdrowienia były potwierdzeniem, że ma On taką moc wyzwolenia. One też sprawiały, że cierpienie nabierało nowego sensu.  W Katechizmie Kościoła Katolickiego (1505) czytamy: „Jezus nie wyzwolił ludzi od cierpienia. Nadał mu jednak nowy sens. Na krzyżu Chrystus wziął na siebie cały ciężar zła (Iz 53,4-6) i zgładził grzech świata (J 1,29), którego skutkiem jest właśnie choroba. Przez swą mękę i śmierć na krzyżu Chrystus nadał cierpieniu nowe znaczenie; teraz może ono upodabniać nas do Niego i jednoczyć nas z Jego zbawczą męką”.

Według tego Katechizmu (1500- 1501) choroba stanowi wielkie wezwania dla człowieka: „Choroba i cierpienie zawsze należały do najpoważniejszych problemów, poddających próbie życie ludzkie. Człowiek doświadcza w chorobie swojej niemocy, ograniczeń i skończoności. Choroba może prowadzić do niepokoju, do zamknięcia się w sobie, czasem nawet do rozpaczy i buntu przeciw Bogu, ale może także być drogą do większej dojrzałości, może pomóc lepiej rozeznać w swoim życiu to, co nieistotne, aby zwrócić się ku temu, co istotne. Bardzo często choroba pobudza do szukania Boga i powrotu do Niego”. To doświadczenie przeżywane w łączności z Chrystusem rodzi zwycięstwo. Tak mówi o tym wspomniany Katechizm (272): „Wiara w Boga Ojca wszechmogącego może być wystawiona na próbę przez doświadczenie zła i cierpienia. Niekiedy Bóg może wydawać się nieobecny i niezdolny do przeciwstawienia się złu. Bóg Ojciec objawił jednak swoją wszechmoc w sposób najbardziej tajemniczy w dobrowolnym uniżeniu i w zmartwychwstaniu swego Syna, przez które zwyciężył zło. Chrystus ukrzyżowany jest więc mocą Bożą i mądrością Bożą. To bowiem, co jest głupstwem u Boga, przewyższa mądrością ludzi, a co jest słabe u Boga, przewyższa mocą ludzi (1 Kor 1,24-25). W zmartwychwstaniu i wywyższeniu Chrystusa Ojciec na podstawie działania swojej potęgi i siły okazał przemożny ogrom mocy względem nas wierzących (Ef 1,19)” (z książki Bóg na drogach naszej codzienności).

 

 

W MODLITWIE ODPOWIEDŹ

28 stycznia 2006 roku w katowickiej hali targowej w czasie wystawy gołębi runął dach,  zabijając kilkadziesiąt osób. W kolejnych dniach żałoby narodowej odbywały się w różnych miejscach pogrzeby ofiar tej tragedii. Jeden z nich miał miejsce w Polskiej Nowej Wsi. W kościele zgromadziło się około półtora tysiąca ludzi, którzy żegnali Gabrielę i Jana Knosalów oraz ich 7-letniego syna Tomka. Mieszkańcy wioski nie mogli otrząsnąć się z tragedii. Jedna z uczestniczek pogrzebu łamiącym się głosem powiedziała: „W kościele siedzieli zawsze w ławce przede mną. Młodszy syn tak przytulał się do matki. Nie zapomnę tego do końca życia”. Zaś ks. proboszcz infułat Jacek Plota mówił w kazaniu: „Rodzi się pytanie, dlaczego zginęło tylu niewinnych, młodych ludzi. Różne są na to pytanie odpowiedzi. Jedni mówią o wielkich zaniedbaniach osób odpowiedzialnych, inni powątpiewają nawet w istnienie Boga. To są pytania, na które do końca nie można odpowiedzieć. Śmierć i cierpienie są tajemnicą naszej wiary”. Z tą tajemnicą zmagał się także biblijny Hiob, o którym słyszymy w pierwszym czytaniu. Był on zamożnym człowiekiem i szczęśliwym ojcem dziesięciorga dzieci. Przyszedł jednak dzień, kiedy dotarły do niego przerażające wieści o tragicznej śmierci dzieci i utracie majątku. A na koniec sam został dotknięty bolesną chorobą. W swoim bólu kierował myśli do Boga, mówiąc: „Zyskałem miesiące męczarni, przeznaczono mi noce udręki. Położę się, mówiąc do siebie: Kiedyż zaświta i wstanę? Lecz noc wiecznością się staje i boleść mną targa do zmroku. Czas leci jak tkackie czółenko i przemija bez nadziei. Wspomnij, że dni me jak powiew. Ponownie oko me szczęścia nie zazna”. W modlitewnej bliskości Boga szukał światła nadziei i mocy w ciemnościach ziemskiego życia. Przez modlitewne trwanie przy Bogu otrzymał łaskę, której oczekiwał. Znakiem i symbolem łaski duchowej były dobra materialne, które odzyskał i liczna gromada dzieci, którymi Bóg ponownie go obdarzył.

Modlitewne trwanie przy Bogu niesie światło nie tylko w takich tragicznych wydarzeniach, ale także w codzienności naszego życia i jego zawirowaniach. Pozwala nam dostrzec to co w zapędzonym świecie umyka naszej uwadze. Świetnie ilustruje to poniższa opowieść. Wiele lat temu, trzech przyjaciół postanowiło poświecić się pracy dla Boga. Pierwszy zdecydował się pracować na rzecz pokoju. Godzić skłóconych, gasić konflikty, szukać dróg pojednania zwaśnionych stron. Drugi zbudował niewielki dom, gdzie opiekował się chorymi i umierającymi. Trzeci postanowił udać się na pustynię i tam jako mnich poświęcić się modlitwie. Pierwszy pracował niestrudzenie w wygaszaniu konfliktów między ludźmi, jednaniu skłóconych. Nie była to łatwa praca. Nie zawsze też przynosiła oczekiwane owoce.  Zmęczony i sfrustrowany brakiem zadawalających efektów swej pracy postanowił odwiedzić swojego przyjaciela, który opiekował się chorymi. Okazało się, że i ten jest wykończony i zniechęcony do swojej pracy. Postanowili zatem udać się do przyjaciela, który zamieszkał na pustyni. Przybyli do niego i opowiedzieli mu o swoich trudnościach i zniechęceniu oraz poprosili  o radę, co robić w tej sytuacji. Mnich przez chwilę milczał, po czym nalał wody do dużej misy i powiedział przyjaciołom: „Patrzcie w wodę”.  Woda w misie była wzburzona i nic w niej nie było widać. Po kilku minutach mnich poprosił ich, aby ponownie spojrzeli w wodę. Woda była już spokojna i mogli ujrzeć w niej, jak w lustrze swoje zmęczone i sfrustrowane oblicza. Następnie mnich powiedział do nich: „Ciągła gorączkowa aktywność w naszym życiu, liczne, bardzo często powierzchowne kontakty z ludźmi wnoszą zamęt w nasze życie i sprawiają, że nie dostrzegamy własnych grzechów i błędów. Gdy jednak znajdziemy czas na modlitwę, wtedy pokój boży ogarnia naszą duszę i jak w lustrze dostrzegamy nasze mankamenty i niedostatki, które utrudniają, czy wręcz uniemożliwiają skuteczne działanie” (Desert Fathers and Mothers).

Za Jezusem ciągnęły ogromne rzesze ludzkie, bo w Jego bliskości spełniały się niejako słowa psalmu z dzisiejszej niedzieli: „Chwalcie Pana, bo dobrze jest śpiewać psalmy Bogu, słodko jest Go wychwalać. On leczy złamanych na duchu i przewiązuje im rany. On liczy wszystkie gwiazdy i każdej nadaje imię. Nasz Pan jest wielki i potężny, a Jego mądrość niewypowiedziana. Pan dźwiga pokornych, karki grzeszników zgina do ziemi”. To co psalmista wyśpiewywał, w Ewangelii zostało przekute w konkretny czyn: „Z nastaniem wieczora, gdy słońce zaszło, przynosili do Niego wszystkich chorych i opętanych; i całe miasto było zebrane u drzwi. Uzdrowił wielu dotkniętych rozmaitymi chorobami i wiele złych duchów wyrzucił, lecz nie pozwalał złym duchom mówić, ponieważ wiedziały, kim On jest”. Możemy powiedzieć, że Jezus był bardzo zajęty, a mimo to zawsze odnajdywał czas na modlitwę. W Ewangelii czytamy: „Nad ranem, gdy jeszcze było ciemno, wstał, wyszedł i udał się na miejsce pustynne, i tam się modlił”.  Z pewnością modlitwa Jezusa miała trochę inny charakter niż nasza.  Chrystus jako Bóg nie potrzebował wewnętrznego wyciszenia, uspokojenia w zabieganym świecie, aby wszystko dojrzeć klarownie. On wszystko widział i znał najgłębsze tajniki ludzkiego serca. Jego modlitwa przybierała najdoskonalszą formę miłosnego zjednoczenia z Bogiem. My przez modlitewne wyciszenie wtapiamy się niejako w miłosne relacje Boga w Trójcy Jedynego. I patrząc z tej bożej perspektywy dostrzegamy, co w życiu jest najważniejsze.

Poprzez modlitwę, człowiek nawiązuje szczególną więź z Bogiem, staje się narzędziem w ręku Boga, przez które Bóg może czynić cuda. Zapewne wszyscy pamiętamy rozmodloną postać papieża Jana Pawła II. To przez niego Bóg docierał do ogromnych rzesz ludzkich oraz dokonywał cudów. Oto jeden z takich cudów z książki Pawła Zuchniewicza „Cuda Jana Pawła II”.  Mieszkająca w Liverpoolu w Wielkiej Brytanii Kay Kelly dowiedziała się, że jest chora na raka. Miała męża i trójkę dzieci, dla których chciała żyć. Znalazła się szpitalu. Lekarze nie dawali jej stuprocentowej pewności, że wyjdzie z tej choroby. W niedzielę 11 marca 1979 r. po wyjściu ze szpitala uklękła przed figurą Maryi w swoim kościele parafialnym. W czasie modlitwy nabrała głębokiego przekonania, że choroba nie zagraża jej życiu, i że wkrótce spotka się z papieżem. To ostatnie przeświadczenie zaskoczyło ją samą. Nie mniej była zaskoczona, gdy odebrała telefon i usłyszała, że stowarzyszenie Rycerzy Kolumba, za działalność charytatywną uhonorowało ją nagrodą w postaci dwóch biletów do Rzymu. Udało się Kelly dostać na ogólną audiencję z Janem Pawłem II. Pod koniec audiencji Papież podszedł do chorych. David Lowis, rektor Seminarium przedstawił Kay Kelly Ojcu Świętemu. Papież chwilę porozmawiał z nią, objął ją i na zakończenie powiedział: „Jestem z pani bardzo dumny. Jest pani wspaniałą matką”. Kay tak mówi o tym spotkaniu: „Poczułam, że spotkanie z Ojcem Świętym było punktem zwrotnym w mojej chorobie. Jego miłość i zrozumienie tworzyły atmosferę radości, która ogarniała wszystkich i wszystko dookoła. Jego uśmiech odzwierciedlał wewnętrzny spokój i opanowanie”. Po powrocie do domu Kay znowu trafiła do szpitala. Badający ją lekarze przeżyli szok. Rak zniknął! Nie było śladu ani po pierwszym ognisku choroby, ani po przerzutach. Kay Kelly zebrała m.in. dziesiątki tysięcy funtów na wsparcie pracy Matki Teresy, która założyła w Liverpoolu mały klasztor Misjonarek Miłości; zajmowała się także ludźmi umierającymi, którzy prosili, by była przy nich obecna w chwili śmierci. Kay mówi: „Modliłam się za nich, wierząc, że życie nie ma końca, że jest tylko wieczna miłość, gdy idzie się do Boga. Wysłałam też dwoje młodych ludzi do Papieża. Oboje byli chorzy na raka i oboje oddalili się od wiary. Wrócili odmienieni. Przed śmiercią się nawrócili. To jest prawdziwy cud. Ludzie mówią: „Kay, wyzdrowiałaś, to cud”. A ja mówię: „Cud jest wtedy, gdy zmienia się życie”.

Aby te wszystkie sprawy zrozumieć trzeba udać się jak Chrystus na modlitwę: „Nad ranem, gdy jeszcze było ciemno, wstał, wyszedł i udał się na miejsce pustynne, i tam się modlił” (z książki W poszukiwaniu mądrości życia).

 

 

ŚWIĘTY BENEDYKT Z NURSJI

Jezus zawsze był otoczony ludźmi, którzy szukali uzdrowienia duszy i ciała. Byli nieraz tak natarczywi, że Jezus nie miał czasu na posiłek. W tej aktywności Mistrz z Nazaretu zawsze odnajdywał czas na modlitwę. Zacytowany na wstępie fragment Ewangelii mówi jak ważna w życiu Jezusa była modlitwa: „Nad ranem, kiedy było jeszcze ciemno, wstał, wyszedł i udał się na miejsce pustynne, i tam się modlił”. Dla nas, uczniów Chrystusa jest to bardzo ważna wskazówka. Mamy być ludźmi modlitwy. Modlitwa sprawia, że nasza aktywność zewnętrzna nabiera nadprzyrodzonego wymiaru i jest bardziej skuteczna. Szczególnie w życiu świętych widzimy wyraźnie powiązanie modlitwy z aktywnością. Modlitwa stawała się dla nich motorem skutecznego działania. Święty Benedykt organizując wspólnotę zakonną chciał, aby w niej uzupełniały się harmonijnie modlitwa i praca. A znana maksyma zakonna „ora et labora – modlitwa i praca” na pierwszym miejscu stawia modlitwę.

Święty Benedykt urodził się jako bliźniak około roku 480 w Nursji, niewielkim włoskim miasteczku leżącym w pięknym regionie Umbrii. Jego bliźniaczej siostrze nadano imię Scholastyka. Rodzice Świętego pochodzili z możnego rodu Anicjuszów. Pierwsze nauki Benedykt pobierał w rodzinnym mieście, gdzie przy katedrze, codziennie gromadzili się duchowni i świeccy na modlitwę i studiowanie. Benedykt już wtedy dał się poznać jako wybitnie uzdolniony młodzieniec. Św. Grzegorz mówił o nim, że od dziecka miał dojrzałość starca. Na dalszą naukę, 17- letni młodzieniec został wysłany do Rzymu. Nie zabawił jednak tutaj długo. Benedykt z natury wrażliwy na sprawy boże oraz wychowany według surowych zasad moralnych zraził się atmosferą panującą w Wiecznym Mieście, gdzie po upadku cesarstwa Zachodniego, w obliczu zagrożenia najazdu przez barbarzyńców wielu młodych ludzi chciało czerpać z życia jak najwięcej przyjemności. Benedykt postanowili opuścić Rzym i poświęcić się życiu pustelniczemu.

Zatrzymał się w pobliżu ruin dawnej willi Nerona. Zaś mieszkający w tamtych okolicach pustelnik Roman dał mu habit mnicha i wskazał zaciszną grotę w pobliżu Subiaco. Benedykt przez trzy lata żył w odosobnieniu, oddając się pokucie, modlitwie studiowaniu Biblii i pism ojców pustyni. Żywił się ziołami i jagodami leśnymi. W tym czasie stoczył wiele walk z pokusami, na które wystawiał go szatan. Św. Grzegorz opisał między innymi zmaganie się Benedykta z pokusą nieczystości. Aby pokonać żądze ciała, Święty zdjął ubranie i położył się na posłaniu z pokrzyw i cierni. Leżał tak długo, aż całe ciało pokryło się krwią. Odniósł zwycięstwo, o którym św. Grzegorz napisze: „Pokusy cielesne zostały tak ujarzmione, że nigdy już nie odczuwał ich ataku”. Benedykt w swoim odosobnieniu stracił rachubę czasu. Gdy przypadkowo odkryto jego pustelnię, coraz więcej ludzi zaczęło go odwiedzać. Mądrość, pobożność, ascetyczny tryb życia i cuda, jakie przypisywano Benedyktowi rozsławiały jego imię po całej okolicy.

Gdy w pobliskim eremie zmarł przełożony, przysłano do Benedykta delegację z prośbą o objęcie funkcji przełożonego eremu. Benedykt z wielkimi oporami zgodził się ostatecznie pełnić tę funkcję. Jako przełożony, był wymagający wobec siebie jak i też wobec mnichów. To napotkało na opór wspólnoty eremickiej. Tradycja mówi, że próbowano nawet go otruć. Po kilku miesiącach Benedykt wrócił do swojej pustelni w Subiaco, bogatszy w doświadczenia, które później przydadzą się w tworzeniu nowej wspólnoty zakonnej. Zrozumiał jak bardzo potrzebna jest w zakonie reguła i karność oraz że nie można przeszczepić dosłownie starożytnych reguł życia pustelniczego do współczesnych klasztorów.

Do groty w Subiaco zaczęli przybywać mężczyźni, którzy chcieli prowadzić życie poświęcone Bogu i liczyli, że Benedykt pokieruje nimi. Święty pustelnik, przyjmując ich żądał posłuszeństwa, przebywania w obranym klasztorze przez całe życie, udziału w modlitwach liturgicznych oraz pracy fizycznej. Wspólnota bardzo szybko rozrastała się. Benedykt zorganizował ją w dwunastu wspólnotach, wyznaczając każdej z nich przełożonego. Tak powstała cała kolonia pustelnicza. Wszyscy traktowali Benedykta jako swego ojca i opata. Jednak niesprzyjające okoliczności, w tym także prawdopodobnie niechęć miejscowego duchownego zmusiły Benedykta do opuszczenia tego miejsca.

W roku 529 Benedykt przybył na Monte Cassino, gdzie stała dawniej świątynia Jowisza. Po usunięciu śladów pogańskiego kultu, założył klasztor, który dzisiaj jest najsłynniejszym klasztorem zakonu benedyktyńskiego. Do nowego klasztoru licznie zaczęli przybywać nowi kandydaci. Benedykt napisał regułę, która normowała życie w klasztorze. Reguła zbiera długie doświadczenia mnichów starożytnych i ujmuje je w zasady życia wspólnoty w sposób, który pasował do potrzeb tysięcy klasztorów na zachodzie Europy. Stała się ona wzorem dla wielu wspólnot zakonnych. Skorzystali z niej kameduli, cystersi, trapiści, sylwestryni, celestyni, humilianie i inni. Reguła zakonna św. Benedykta uczy miłowania nade wszystko Boga i bliźniego. Bardzo ważnym elementem życia oprócz modlitwy jest praca – najpierw fizyczna, a potem też wszelkiego rodzaju prace umysłowe. Podstawowe obowiązki klasztorne to modlitwa chórowa nocna i dzienna, studium i praca fizyczna. Przez cały czas zakonnikowi ma towarzyszyć myśl o obecności Bożej. Każdy klasztor musiał być samowystarczalny, szkolił swoich rzemieślników różnych specjalności. Benedykt wprowadził w zakonie profesję, czyli prawem zagwarantowaną przynależność do klasztoru i zobowiązanie do pozostania mnicha w nim aż do śmierci.

Sława świętości Benedykta była tak wielka, że nawet wódz barbarzyńskich Gotów, Totila, w drodze do Neapolu wstąpił na Monte Casino, aby spotkać męża Bożego. W czasie tego spotkania, Święty powiedział do wodza: „Uczyniłeś wiele złego, ale już wiele nie uczynisz. Zmień drogę swego życia. Wejdziesz do Rzymu, przejdziesz morze, będziesz panował 9 lat, a w roku 10-tym umrzesz”. Miał także przepowiedzieć najazd Longobardów na Monte Cassino. Wszystkie te przepowiednie sprawdziły się.

Benedykt zmarł 21 marca 547 r. w kilka dni po śmierci swojej siostry, św. Scholastyki, założycielki żeńskiej gałęzi benedyktynów. Jak mówi tradycja Święty przyjął w dniu swej śmierci Komunię i umarł na stojąco w kaplicy klasztornej. Podtrzymywany przez swoich braci śpiewał psalmy. Pochowano go zgodnie z jego życzeniem obok siostry Scholastyki na Monte Cassino w kaplicy św. Jana. Gdy w roku 587 Longobardowie zniszczyli klasztor, mnisi benedyktyńscy z Francji przenieśli relikwie św. Scholastyki do klasztoru w Le Mans a św. Benedykta do klasztoru we Fleur we Francji. W latach późniejszych część relikwii obu świętych oddano opactwu na Monte Cassino. W roku 1964, w czasie Drugiego Soboru Watykańskiego, papież Paweł VI ogłosił św. Benedykta patronem Europy (z książki Wypłynęli na głębię).

 

 

BYĆ ŚWIADKIEM EWANGELII

Od dwóch lata trwa światowa akcja na rzecz uwolnienia Asi Bibi, pakistańskiej chrześcijanki, matki pięciorga dzieci skazanej na karę śmierci przez powieszenie za rzekome bluźnierstwo przeciw islamowi. A w rzeczywistości została skazana za świadectwo wiary w Chrystusa. W książce „Zabierzcie mnie stąd” jest list Asi Bibi, który napisała do rodziny, oczekując na wykonanie wyroku śmierci. Oto jego fragment: „Mój ukochany Ashiq, moje ukochane dzieci, nawet w chwili, gdy wróciłam do celi z informacją, że mam umrzeć, wszystkie moje myśli zwróciły się do Ciebie, mój ukochany Ashiq i do Was, moje ukochane dzieci. Nic nie boli mnie bardziej niż pozostawienie Was samych w całkowitej rozpaczy. Moje dzieci, nie traćcie odwagi czy wiary w Jezusa Chrystusa. Lepsze dni rozpromienią się nad Wami, gdy ja będę w ramionach Pana. Będę się Wami nadal opiekować. Ale proszę Waszą piątkę: bądźcie ostrożni, proszę: nie róbcie niczego, co mogłoby obrazić muzułmanów lub prawa tego kraju. Moje córki, mam nadzieję, że uda Wam się znaleźć takich mężów, jak Wasz ojciec. Ashiq, pokochałam Cię od pierwszego wejrzenia, a 22 lat, które spędziliśmy razem, są tego dowodem. Nigdy nie przestałam dziękować niebu za to, że Cię znalazłam, za małżeństwo, które było oparte na miłości, a nie zaaranżowane, tak jak to zwykle bywa w naszym regionie. Oszczercy zagrodzili nam drogę. Zostajesz sam z owocami naszej miłości: strzeż męstwa i dumy w naszej rodzinie. Moje dzieci … Największym pragnieniem Waszego ojca i mnie było, abyśmy byli szczęśliwi i czynili Was szczęśliwymi, choć życie na co dzień nie jest łatwe. Jesteśmy chrześcijanami i ubogimi, ale nasza rodzina jest światłem. Chciałabym patrzeć, jak rośniecie, wychowywać Was na uczciwych ludzi… I takimi właśnie będziecie! … Wciąż nie wiem, kiedy mnie powieszą, ale pozostańcie w pokoju, moi kochani; pójdę z podniesioną głową, bez lęku, bo będzie ze mną nasz Pan i Dziewica Maryja, którzy wezmą mnie w Swoje ramiona. Mój dobry mężu, wychowuj nasze dzieci tak, jak chciałabym to robić wraz z Tobą. Ashiq, moje ukochane dzieci, opuszczę Was na zawsze, ale będę Was kochać przez całą wieczność. Mama”.

Św. Paweł w liście do Koryntian pisze: „Biada mi, gdybym nie głosił Ewangelii”. Przez swą wytrwałość i gorliwość w głoszeniu Ewangelii stał się „Apostołem Narodów”. Za prawdę Ewangelii oddał swoje życie. W roku 67 został ścięty w Rzymie. Asi Bibi, podobnie jak św. Paweł jest gotowa oddać swoje życie za wiarę w Chrystusa. Proponowano jej przejście na islam, dzięki czemu uratowałby życie, ale ona i jej rodzina nie biorą tego pod uwagę. Za wyznanie wiary w Chrystusa trzeba płacić także inną cenę. Wyznawcy Chrystusa i sam Chrystus są bezkarnie wyśmiewani i znieważani. Zapewne, Asię Bibi, jej rodzinę i wszystkich wierzących chrześcijan ranią szyderstwa z Chrystusa i Jego wyznawców francuskiej gazety Charlie Hebdo, której siedzibę zaatakowali w ostatnim czasie islamscy fanatycy, barbarzyńsko mordując 12 osób. Czasopismo to rozpoczęło swoją działalność w roku 1970. A już w 1971 r. na okładce bożonarodzeniowego numeru tego czasopisma umieszczono rysunek przedstawiający płaczącą postać w żłóbku, mówiącą: „Mały Jezus mówi wam: Gówno!”. W 1972 r. zestawiono Jezusa z Hitlerem. „Jezus powraca” – głosił napis. „Ja także” – mówił wychylający się zza pleców Jezusa dyktator III Rzeszy. Na innym rysunku Benedykt XVI wznosi nad głową prezerwatywę zamiast hostii, mówiąc: „To jest ciało moje”. Podpis: „Papież idzie za daleko”. Na jeszcze innym rysunku widzimy Jezusa siedzącego przy stole, który zwraca się do ludzi z feretronami z Najświętszym Sercem Jezusa i symbolem Ducha Świętego: „Do stołu!”. A pod spodem jest napis: „Kolacja dla palantów”. Jeszcze inny rysunek ukazuje sodomiczny stosunek seksualny Ojca, Syna i Ducha Świętego z napisem „Mgr Vingt-Trois ma trzech tatusiów”. Zaś w jednym z numerów wielkanocnych tego czasopisma przedstawiono Jezusa w koronie cierniowej, który niczym iluzjonista wyjmował królika z kapelusza, zaś podpis brzmiał: „W przyszłym tygodniu zrobię wam numer ze zmartwychwstaniem”. Po zamachu stanęli nie przed iluzorycznym, ale prawdziwym Chrystusem, aby zdać sprawę ze swojego życia.

Narażając się na prześladowania mamy głosić Ewangelię i przemieniać świat na jej miarę, bo inaczej do nas będą odnosić się słowa św. Pawła: „Biada mi, gdybym nie głosił Ewangelii”. Ewangelia to Dobra Nowina, którą psalmista wyśpiewuje słowami: „On leczy złamanych na duchu / i przewiązuje im rany. / On liczy wszystkie gwiazdy / i każdej nadaje imię. / Nasz Pan jest wielki i potężny, / a Jego mądrość niewypowiedziana. / Pan dźwiga pokornych, / karki grzeszników zgina do ziemi”. Ewangelia z niedzieli dzisiejszej ukazuje nam jak w Chrystusie spełniają się słowa psalmisty: „Z nastaniem wieczora, gdy słońce zaszło, przynosili do Niego wszystkich chorych i opętanych; i całe miasto było zebrane u drzwi. Uzdrowił wielu dotkniętych rozmaitymi chorobami i wiele złych duchów wyrzucił”. Uzdrowienie fizyczne było znakiem uzdrowienia duchowego, które jest najważniejsze w perspektywie wiecznej. W Orędziu Wielkanocnym w roku 2005 św. Jan Paweł II mówił: „Żywe Słowo Ojca, naucza nas słów i czynów pokoju: pokoju dla ziemi uświęconej Twoją krwią i przesiąkniętej krwią tylu niewinnych ofiar; pokoju dla krajów Bliskiego Wschodu i Afryki, gdzie nadal przelewa się tyle krwi; pokoju dla całej ludzkości, której wciąż grozi niebezpieczeństwo bratobójczych wojen. Zostań z nami, Chlebie życia wiecznego, łamany i dzielony pomiędzy współbiesiadników: obdarz i nas siłą potrzebną do wielkodusznej solidarności z rzeszami, które jeszcze dzisiaj cierpią i umierają z nędzy i głodu, są dziesiątkowane przez śmiercionośne epidemie, czy padają ofiarą straszliwych klęsk naturalnych. W mocy Twojego Zmartwychwstania niech i oni staną się uczestnikami nowego życia. Potrzebujemy Ciebie, zmartwychwstały Panie,  także i my, ludzie trzeciego tysiąclecia! Zostań z nami teraz i po wszystkie czasy. Spraw, by materialny postęp ludów nigdy nie usunął w cień wartości duchowych, które są duszą ich cywilizacji. Prosimy Cię, wspieraj nas w drodze. W Ciebie wierzymy, w Tobie pokładamy nadzieję, bo Ty jeden masz słowa życia wiecznego”.

W pierwszym czytaniu na dzisiejszą niedzielę słyszymy słowa cierpiącego Joba: „Czas leci jak tkackie czółenko i przemija bez nadziei. Wspomnij, że dni me jak powiew”. Wszystko przemija a zostaje Chrystus, który jest naszą nadzieją i ma słowa życia wiecznego. Odnajdujemy Go coraz pełniej na różnych drogach. Jedną z nich jest także pielgrzymka do Ziemi św. Anna Malinowska z Kanady uczestniczka pielgrzymki do Ziemi św. organizowanej przez Kurier Travel napisała: „Wielkie Bóg zapłać za trud zorganizowania przepięknej pielgrzymki, jedynej w swoim rodzaju pielgrzymki do Ziemi Świętej i Jordanii. Muszę przyznać że jadąc z 10-letnią córeczką nie spodziewałam się że tak to wyjątkowe miejsce jakim jest Ziemia Święta może nie tylko mnie odmienić ale również moje dziecko. Inne wartości zaczęły być ważniejsze; innym okiem patrzymy na nasze życie; nasze życie zarobiło się atrakcyjniejsze, bo wiemy ze KTOŚ ten JEDEN, JEDYNY jest ….I ….istnieje ….I ….opiekuje się nami każdego dnia (Kurier Plus, 2014r.)

 

 

LEKARZ DUSZ

W czasie mojej posługi duszpasterskiej w Polsce miała miejsce zabawna historia, która przydarzyła się mojemu koledze księdzu. Jako świeżo upieczony doktor teologii został posłany do pracy duszpasterskiej w niewielkiej wiejskiej parafii. Niektóre starsze parafianki były wielce ucieszone, że będą miały w parafii lekarza, jako że te dwa pojęcia w potocznym rozumieniu używane są bardzo często zamiennie. Doktor utożsamiany jest z lekarzem. Liczyły, że ksiądz doktor cierpliwie wysłucha zwierzeń o ich dolegliwościach i przypisze odpowiednie leki. Pewnego dnia przyszła starsza pani i zaczęła opowiadać o tym co ją boli. Ksiądz cierpliwie słuchał, jako że często wierni przychodząc do kapłana zwierzają się nie tylko z problemów duchowych, ale także mówią o swoich chorobach. Kapłan odpowiadając na te zwierzenia ukazał wymiar duchowy cierpienia i związek z cierpieniem Jezusa. Zauważył jednak, że kobieta nie jest zadowolona z tej rady i oczekuje czegoś więcej. W końcu powiedziała – „ksiądz doktor zapomniał wypisać mi receptę na leki”. Ukrywając rozbawienie, kolega odpowiedział, że jest doktorem teologii, a nie lekarzem i nie jest upoważniony do wypisywania recept. Kobieta spojrzała na niego podejrzliwie, jakby chciała powiedzieć: Co to za doktor, który nie zna się na chorobach i nie może wypisać recepty. Kapłan wyjaśnił dokładnie sprawę, ale zauważył, że to nie rozwiało wątpliwości kobiety.

To wspomnienie skojarzyłem z dzisiejszym fragmentem Ewangelii. Jezus przychodzi na ziemię jako Zbawiciel świata, ale leczy także cierpiących na różne dolegliwości fizyczne. W synagodze uleczył człowieka opętanego przez ducha nieczystego. Potem odwiedził dom św. Piotra i uleczył z gorączki jego teściową. Przynoszono do Niego chorych i opętanych przez demony, a On uzdrawiał ich z chorób i wypędzał złe duchy. Jednak mimo wielu oczekujących na uzdrowienie, Jezus, skoro świt opuścił miasto i udał się na miejsce pustynne, aby się modlić. W Ewangelii czytamy: „Nad ranem, kiedy było jeszcze ciemno, wstał, wyszedł i udał się na miejsce pustynne, i tam się modlił”. Przez takie postępowanie Jezus ukazuje uczniom sens swojej misji zbawczej, którą realizuje w jedności z Ojcem. jaka jest Jego misja na ziemi. Ta misja jest najważniejsza i ona nadaje sens wszystkim poczynaniom Jezusa. Jest On kimś więcej niż tylko lekarzem, uzdrowicielem ciała. Wygląda na to, że apostołowie nie rozumieją do końca posłannictwa swego Mistrza. Przerywają Mu modlitwę, mówiąc: „Wszyscy Cię szukają.” Może spodziewali się, że Jezus im odpowie: To świetnie, interes dobrze się kręci, gromadzą się coraz większe tłumy chorych. Wracajmy i uzdrawiajmy ich. Zamiast spodziewanej odpowiedzi Jezus mówi: „Pójdźmy gdzie indziej, do sąsiednich miejscowości, abym i tam mógł nauczać, bo po to wyszedłem.”

Jezus świadom swej duchowej misji zbawienia rodzaju ludzkiego odmawia ograniczenia jej do funkcji uzdrowiciela, lekarza. Nie ogranicza jej także do jednego miejsca. Przemierza całą Galileę uzdrawia chorych, ale przede wszystkim głosi Królestwo Boże, którego znakiem nadejścia są między innymi cuda uzdrowienia. W swojej misji Jezus koncentruje się na trzech rzeczach: leczy chorych i cierpiących, modli się i głosi nadejście Królestwa Bożego. Cierpienie zajmuje bardzo ważne miejsce w nauczaniu Jezusa. Pochyla się nad każdym rodzajem cierpienia, które dotyka człowieka. Co więcej, aby ukazać sens tego cierpienia i jego wartość zbawczą, sam podejmuje krzyż i przez Golgotę zdąża ku zwycięstwu, ku zmartwychwstaniu. Mógł nas zbawić w inny sposób, unikając cierpienia, jednak wybrał je, aby okazać nam solidarność w cierpieniu i śmierci, abyśmy w trudnych momentach nie czuli się opuszczeni, abyśmy tak po ludzku czuli Jego obecność, która prowadzi nas do zbawienia przez dolinę cierpienia i śmierci.

W pierwszym czytaniu słyszymy o zmaganiu się z cierpieniem Hioba, który po wielu doświadczeniach życiowych napisał: „Czyż nie do bojowania podobny jest byt człowieka? Dni jego czyż nie są dniami najemnika? Jak sługa wzdycha on do cienia i jak najemnik czeka na zapłatę. Tak moim działem miesiące nicości i wyznaczono mi noce udręki. Położę się, mówiąc do siebie: Kiedyż zaświta i wstanę? Przedłuża się wieczór, a niepokój mnie syci do świtu. Dni moje lecą jak tkackie czółenko i kończą się, bo braknie nici. Wspomnij, że dni me jak powiew. Ponownie oko me szczęścia nie zazna”.

Hiob był bogobojnym człowiekiem, który całe swoje życie zawierzył Bogu, który mu błogosławił, obdarzając go zdrowiem, kochającą żoną, wspaniałymi dziećmi, także pomnażał jego posiadłości. Żył dostatnio, wychwalając Boga. Był człowiekiem szczęśliwym. Biblia mówi, że pewnego dnia Szatan przyszedł do Boga i poddał w wątpliwość wiarę i bogobojność Hioba, mówiąc, że Hiob chwali Boga za to co od Niego otrzymuje. Powiedział, że wystarczy pozbawić go tego, a będzie złorzeczył. Bóg zgodził się na taką próbę. Hiob najpierw utracił swoje bogactwo, potem dzieci. Na koniec został dotknięty bolesną chorobą. Cierpiał i żali się przed Bogiem, ale nigdy nie zwątpił w Niego. Mówił: „Dał Pan i zabrał Pan. Niech będzie imię Pańskie błogosławione!” Niektórzy dziwili się wierności Hioba i radzili mu, aby Mu złorzeczył. Inni mówili, że Bóg zesłał tę karę za jego grzechy. Hiob jednak w tych trudnych zdarzeniach widział coś więcej niż tylko karę za grzechy. I nie mylił się. Cierpienie miało sens, bo nauczyło Hioba wytrwałości, umocniły jego wiarę i nadzieję. Za tę wierność Bóg obdarzył go ponownie dziećmi i jeszcze większymi bogactwami.

Księga Hioba należy do ksiąg dydaktycznych, inaczej mądrościowych, która w bożej perspektywie stara się odpowiedzieć na dwa zasadnicze pytania: Dlaczego niewinni cierpią? Dlaczego Bóg pozwala, by na ziemi istniało zło? Hiob uważany jest za prefigurację, zapowiedź Chrystusa, ponieważ był wiernym i sprawiedliwym czcicielem Boga. Chociaż został poddany ciężkiej próbie nie stracił wiary w Bożą sprawiedliwość. Jest on symbolem cierpienia niezawinionego. Jest zapowiedzią Chrystusa w sposób szczególny w perspektywie cierpienia, które w Chrystusie nabiera właściwego sensu i ma zbawczą wartość. Św. Jan Paweł II mówił: „Aby móc poznać prawdziwą odpowiedź na pytanie ‘dlaczego cierpienie”, musimy skierować nasze spojrzenie na objawienie Bożej miłości, ostatecznego źródła sensu wszystkiego, co istnieje. Miłość jest też najpełniejszym źródłem sensu cierpienia, które pozostaje zawsze tajemnicą: zdajemy sobie sprawę, że wszelkie nasze wyjaśnienia będą zawsze niewystarczające i nieadekwatne. Chrystus pozwala nam wejść w tajemnicę i odkryć ‘dlaczego cierpienie’ o ile jesteśmy zdolni pojąć wzniosłość miłości Bożej. Miłość jest też najpełniejszym źródłem odpowiedzi na pytanie o sens cierpienia. Odpowiedzi tej udzielił Bóg człowiekowi w Krzyżu Jezusa Chrystusa” (Kurier Plus, 2018).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *