5 Lut

5 niedziela zwykła Rok C

 

APOSTOŁOWIE BOŻEJ PRAWDY .                             

Zdarzyło się raz, gdy tłum cisnął się do Jezusa, aby słuchać słowa Bożego, a On stał nad jeziorem Genezaret, że zobaczył dwie łodzie, stojące przy brzegu, rybacy zaś wyszli z nich i płukali sieci. Wszedłszy do jednej łodzi, która należała do Szymona, poprosił go, żeby nieco odbił od brzegu. Potem usiadł i z łodzi nauczał tłumy. Gdy przestał mówić, rzekł do Szymona: „Wypłyń na głębię i zarzućcie sieci na połów”. A Szymon odpowiedział: „Mistrzu, przez całą noc pracowaliśmy i niceśmy nie ułowili. Lecz na Twoje słowo zarzucę sieci”. Skoro to uczynili, zagarnęli tak wielkie mnóstwo ryb, że sieci ich zaczynały się rwać. Skinęli więc na wspólników w drugiej łodzi, żeby im przyszli z pomocą. Ci podpłynęli i napełnili obie łodzie, tak że się prawie zanurzały. Widząc to, Szymon Piotr przypadł Jezusowi do kolan i rzekł: „Odejdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiek grzeszny”. I jego bowiem, i wszystkich jego towarzyszy w zdumienie wprawił połów ryb, jakiego dokonali; jak również Jakuba i Jana, synów Zebedeusza, którzy byli wspólnikami Szymona. Lecz Jezus rzekł do Szymona: „Nie bój się, odtąd ludzi będziesz łowił”. I przyciągnąwszy łodzie do brzegu, zostawili wszystko i poszli za Nim (Łk 5,1-11).

Oliver w tragicznym wypadku stracił żonę. Tragedia ta zmieniła jego życie. Odizolował się od przyjaciół, którzy chcieli mu pomóc. Zaś upływ czasu, który zwykle leczy rany, sprawiał, że Oliver popadał w coraz większą depresję. Ostatecznie doktor zalecił wyjazd z granicę. Ale to również nie przyniosło zmiany. Przebywając we Włoszech, pewnego dnia wyszedł w góry. Opanowany myślą samobójczą stanął nad przepaścią. Gdy tak stał, gotowy do samobójczego skoku, usłyszał nagle muzykę. Zaczął się rozglądać dookoła; skąd ta muzyka? To co zobaczył poruszyło go wewnętrznie. Przed wejściem do skalnej groty stał bosy chłopiec i grał na ustnej harmonijce. Ten widok i muzyka głęboko zapadły do zbolałego serca Olivera. Urzeczony tym pięknem inaczej spojrzał na otaczającą go rzeczywistość. Dostrzegł nagle piękno i wspaniałość otaczającej go rzeczywistości. I uświadomił sobie jak nierozsądne było izolowanie się od świata i przyjaciół. Przez to zamknięcie zagubił piękno dni wspólnie spędzonych z żoną i stracił nadzieję, że to piękno może mieć swą kontynuację w Bogu. Po wielu miesiącach Oliver wyznał, że ten bosy chłopiec, grający na harmonijce był darem zesłanym przez Boga. Przez niego Bóg głębiej wszedł w życie Olivera, przemienił je i przywrócił jego sens. Jest to jedna z wielu historii o Bogu, który wchodzi w życie człowieka i przemienia je; a czyni to najczęściej przez innych ludzi.

W wyżej opisanej historii można dopatrzyć się wielu podobieństw z wydarzeniem, jakie miało miejsce, prawie dwa tysiące lat temu nad Jeziorem Galilejskim- jednym z najpiękniejszych miejsc w Ziemi Świętej. Jezioro Galilejskie w Ewangelii znane jest także pod nazwą Jezioro Tyberiadzkie lub Jezioro Genezaret. Wiele scen ewangelicznych rozgrywało się nad tym jeziorem albo w jego okolicach. Jest to jezioro, jak na tamte warunki, stosunkowo duże. Liczy około 22 km długości i 11 km szerokości. W czasach Jezusa było ono źródłem utrzymania okolicznych mieszkańców. Dzisiaj również przynosi zyski. Można tam spotkać wielu turystów i pielgrzymów, którzy m. in. mają okazję skosztować ryby, zwanej rybą św. Piotra. Zapewne jest to ten sam gatunek ryb, które łowił Szymon Piotr z wspólnikami.

Noc była najlepszym czasem na połowy, ale to też nie dawało pewności pełnej sieci. Scena z Ewangelii, którą zacytowałem na wstępie jest tego przykładem. Szymon Piotr wraca z nieudanego, nocnego połowu i na brzegu spotyka Jezusa, który każe mu zarzucić sieć w jezioro. Szymon Piotr czyni to z niedowierzaniem; jeśli nocą nic nie złowili to tym bardziej dniem nie ma szans. A jednak połów okazał się nader obfity, tak obfity, że jedynym wyjaśnieniem tego nadzwyczajnego zjawiska było odwołanie się do nadprzyrodzoności. Piotr i jego wspólnicy odczytali to jako cud. Za tym cudem stoi Jezus, a więc on ma moc nadprzyrodzoną, jest Bogiem. Piotr, po uświadomieniu sobie tej prawdy woła z przerażeniem: „Odejdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiek grzeszny”. W obliczu Bożej prawdy zobaczył swoją niedoskonałość i małość. Pierwszym odruchem było pragnienie ucieczki. Prawda o sobie odkryta wobec Boga była także wezwaniem do przemiany życia. Zaś każda przemiana wiąże się z wysiłkiem, którego człowiek nieraz obawia się podjąć. Jezus znał dobrze impulsywną naturę Piotra i nie zraził się jego pierwszą reakcją, tylko mówi: „Nie bój się, odtąd ludzi będziesz łowił”. Gdy opadły pierwsze emocje, Piotr podejmuje decyzję przemiany życia. Ta przemiana dokona się w sferze ducha, ale będzie miała wymiar zewnętrzny. Piotr wraz z innymi rybakami porzuci swe rzemiosło i pójdzie za Jezusem. Staną się oni apostołami bożej prawdy. Poniosą w świat Dobrą Nowinę, która będzie przemieniać ludzi i pozyskiwać ich dla Boga.

Wydarzenie znad jeziora Tyberiadzkiego znalazło swe konsekwencje w życiu Olivera, który przez bosego grajka doświadczył pełniejszego spotkania z Bogiem i inaczej spojrzał na świat. Tego chłopca można potraktować jako przedstawiciela ludzi, którzy nieświadomie przybliżają światu Boga przez rozsiewanie wokół siebie dobra i piękna. Jednak o wiele bardziej wymowne i skuteczne jest świadome przyjęcie posłannictwa Chrystusa i konsekwentne jego realizowanie, tak jak apostołowie. Dzisiaj apostolstwo Chrystusa wierni realizują na różne sposoby. Wielu z nas jest pod wrażeniem osobowości Matki Teresy z Kalkuty. Oto jeden z epizodów jej życia, który mówi jak skuteczne realizowała boże posłannictwo. „Pewnego dnia przyszli do mnie w odwiedziny moi przyjaciele. Przynieśli ze sobą wielką sumę pieniędzy z przeznaczeniem na żywność dla biednych. Zapytałam ich, „gdzie zdobyliście tyle pieniędzy?” Odpowiedzieli: „Dwa dni temu pobraliśmy się, ale zdecydowaliśmy, że nie będziemy urządzać wielkiego przyjęcia, a zaoszczędzone pieniądze przyniesiemy do Matki Teresy jako dowód naszej wzajemnej miłości (…). Następnie zapytałam ich: „Dlaczego zrobiliście to?” Oni odpowiedzieli: „Kochamy się bardzo mocno i chcieliśmy dzielić naszą miłość z innymi ludźmi, a szczególnie z tymi, którym Siostra służy” (Mother Teresa: „In the heart of the world”).

Miłość wyzwala miłość. Bóg jest miłością. Kto w Nim się zanurzy znajdzie tam najpotężniejszą siłę do przemiany siebie, bliźniego i całego świata. Apostolstwo Chrystusa jest apostolstwem miłości. Do takiego apostolstwa powołał Jezus pierwszych uczniów nad jeziorem Galilejskim. Do takiego apostolstwa wzywa także każdego z nas (z książki Ku wolności).

 

 

W BEZPIECZNYCH RĘKACH

W roku śmierci króla Ozjasza ujrzałem Pana, siedzącego na wysokim i wyniosłym tronie, a tren Jego szaty wypełniał świątynię. Serafiny stały ponad Nim; każdy z nich miał po sześć skrzydeł. I wołał jeden do drugiego: „Święty, Święty, Święty jest Pan Zastępów. Cała ziemia pełna jest Jego chwały”. Od głosu tego, który wołał, zadrgały futryny drzwi, a świątynia napełniła się dymem. I powiedziałem: „Biada mi! Jestem zgubiony! Wszak jestem mężem o nieczystych wargach i mieszkam pośród ludu o nieczystych wargach, a oczy moje oglądały Króla, Pana Zastępów”. Wówczas przyleciał do mnie jeden z serafinów, trzymając w ręce węgiel, który kleszczami wziął z ołtarza. Dotknął nim ust moich i rzekł: „Oto dotknęło to twoich warg: twoja wina jest zmazana, zgładzony twój grzech”. I usłyszałem głos Pana mówiącego: „Kogo mam posłać? Kto by Nam poszedł?”. Odpowiedziałem: „Oto ja, poślij mnie!” (Iz 6, 1-2a.3-8).

Pewnego dnia Dorota Mefford kupiła doniczkową gardenię i postawiła ją w pokoju. Dbała o nią, mając nadzieję, że wkrótce liście nabiorą żywszej zieleni, a pąki przemienią się w piękne kwiaty. Stało się jednak inaczej. Pąki, nie wiadomo z jakiej przyczyny zaczęły stopniowo obumierać. Przez sześć tygodni Dorota z wielką uwagą pielęgnowała roślinę, licząc, że może chociaż ostatni pąk zakwitnie. Ale i ten opadł martwy na podłogę. Zniechęcona Dorota wystawiła gardenie na zewnątrz domu, żałując zmarnowanych pieniędzy i czasu poświęconego na pielęgnacje.

Dni mijały. Dorotę dopadły poważne problemy; choroba w rodzinie, trudności finansowe i niezrozumienie ze strony przyjaciół. Wszystko, jak gdyby sprzysięgło się przeciw niej. Nic jej nie wychodziło. Zaczęła się nad sobą litować. Pewnego dnia, gdy depresja wróciła ze zmożoną siłą, Dorota zebrała brudną bieliznę wrzuciła do kosza i postanowiła zrobić pranie. Wyszła na zewnątrz i schodząc po schodach nagle poczuła bardzo intensywny, przyjemny zapach… To co zobaczyła wprawiło ją w zdumienie. Gardenia, którą kiedyś wyrzuciła, teraz była pokryta wspaniałymi kwiatami i rozsiewała tę cudowną woń. Poprzednia troska; podlewanie, nawożenie nie wystarczyły, aby gardenia zakwitła. Potrzebowała ona pełnego światła słonecznego.

Myśl jaką ta sytuacja zrodziła się w głowie Doroty stała punktem zwrotnym w jej życiu. To co wydarzyło się z gardenią odniosła do siebie samej. Włożyła tak wiele wysiłku i energii, aby uporać się z trudnościami, które teraz stały się jej udziałem. To wszystko było konieczne, ale nie wystarczało do ostatecznego rozwiązania dręczących ją problemów. Uświadomiła sobie nagle, że potrzebuje Boga, tak jak gardenia potrzebowała słońca. Od tego momentu inaczej spojrzała na życie i trudności, z którymi się zmagała. Ustawiła je we właściwej perspektywie. Mogła teraz spokojnie zmierzyć się z nimi. Nie wszystko ułożyło się po jej myśli, ale czuła, że jest w bezpiecznych rękach Boga. Ta świadomość niosła pokój, radość i siłę.

Św. Szymon Piotr z towarzyszami całą noc łowił ryby w jeziorze. Noc była najlepszą porą na połów. Pracowali najlepiej jak mogli, a jednak nic nie złowili. Rankiem, zrezygnowani i smutni płukali sieci w jeziorze. I wtedy, ku ich zdziwieniu Jezus każe im wypłynąć na głębię i zarzucić sieci. W tej sytuacji można zrozumieć słowa Piotra: „Mistrzu, całą noc pracowaliśmy i niceśmy nie ułowili”. Byli dobrymi rybakami i wiedzieli jak i kiedy łowić ryby, dlatego bez entuzjazmu przyjęli słowa Jezusa. Jednak, jak gdyby wbrew swemu rozsądkowi wypłynęli na jezioro.  „Lecz na Twoje słowo zarzucę sieci”. Połów był tak obfity, że wprowadził wszystkich w zdumienie. Był to owoc ludzkiego wysiłku i bożej obecności. To co nie wychodziło utrudzonym rybakom, stało się możliwe dzięki mocy bożej. Nie można jednak wyciągać pochopnych wniosków, że zaproszenie Chrystusa automatycznie zaowocuje wymiernymi, materialnymi korzyściami.  Może tak się stać, ale nie musi. Ważniejsza jest wewnętrzna moc, prawość, radość, poczucie sensu i jasna wizja przyszłości. Rodzi się to, gdy zaufamy Bogu i powierzymy Mu swoje sprawy. Ale i to nie jest najważniejszym owocem zaproszenia Boga do naszego życia.

Obfity połów ryb był dla wszystkich ewidentnym cudem, który swym wymiarem przekracza perspektywę ziemską i otwiera na rzeczywistość nadprzyrodzoną.  A zatem najważniejszym owocem jaki rodzi się ze spotkania człowieka z Bogiem jest zbawienie i wieczność. Ta świadomość zmienia także perspektywę ziemskiego patrzenia. Dla ilustracji można użyć obrazu żeglowania po wzburzonym morzu. Gdy znamy kierunek naszego żeglowania i towarzyszy nam świadomość, że jest ktoś kto daje nam absolutną pełność, że ten port osiągniemy, niezależnie od wysokości fal jakie nas zalewają, wtedy nawet pośród nawałnicy można zachować spokój i radość.

Szymon Piotr poprzez to cudowne wydarzenie pełniej odkrywa prawdę o Chrystusie. A wtedy Chrystus powierza mu misję niesienia tej prawdy innym: „Nie bój się, odtąd ludzi będziesz łowił.” Piotr porzuca swoje rybackie zajęcie i idzie za Chrystusem. Będzie głosił Ewangelię aż po krzyż, na którym zawiśnie w Rzymie w czasie prześladowań chrześcijan. Jest to misja tak wielka i odpowiedzialna, że nieraz człowiek czuje się niegodny i zbyt słaby, aby sprostać temu zadaniu.  Piotr woła: „Odejdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiek grzeszny”. Podobnie prorok Izajasz z lękiem odpowiada na Boże wezwanie: „Biada mi! Jestem zgubiony! Wszak jestem mężem o nieczystych wargach i mieszkam pośród ludu o nieczystych wargach, a oczy moje oglądały Króla, Pana Zastępów!” A wtedy jeden z serafinów wziął rozważony węgiel dotknął jego ust i powiedział: „Oto dotknęło to twoich warg; twoja wina jest zmazana, zgładzony twój grzech”.  Zaś święty Paweł powie o sobie: „Jestem bowiem najmniejszy ze wszystkich apostołów i nie godzien zwać się apostołem, bo prześladowałem Kościół Boży. Lecz za łaską Boga jestem tym czym jestem, a dana mi łaska Jego nie okazała się daremna.” Za łaską bożą możemy dokonać wielkich rzeczy.

David J. Wolpe opowiada taką historię. Przed Bogiem stoi załamany człowiek z powodu zła i niesprawiedliwości na świecie. Woła on do Boga: „Drogi Boże, Ty widzisz, ile na świecie jest zła, cierpienia, beznadziei, niesprawiedliwości i nienawiści. Dlaczego nie przysyłasz nam pomocy, aby to wszystko przemienić”. Bóg odpowiada: „Ja już posłałem pomoc, posłałem ciebie”.

Każdy kto doświadczył autentycznego spotkania z Bogiem zapewne poznał bogactwo wewnętrznych przeżyć jakie ono niesie. Rzeczywistość tego spotkania staje się zarazem wezwaniem do głoszenia światu tej prawdy słowem i czynem. Jak w historii Wolpea, Bóg nas posyła do ludzi (z książki Nie ma innej Ziemi Obiecanej).

 

 

BUDOWANIE „NOWEJ ZIEMI”          

Paweł i Barnaba wrócili do Listry, do Ikonium i do Antiochii, umacniając dusze uczniów, zachęcając do wytrwania w wierze, bo przez wiele ucisków trzeba nam wejść do królestwa Bożego. Kiedy w każdym Kościele wśród modlitw i postów ustanowili im starszych, polecili ich Panu, w którego uwierzyli. Potem przeszli przez Pizydię i przybyli do Pamfilii. Nauczali w Perge, zeszli do Attalii, a stąd odpłynęli do Antiochii, gdzie za łaską Bożą zostali przeznaczeni do dzieła, które wykonali. Kiedy przybyli i zebrali miejscowy Kościół, opowiedzieli, jak wiele Bóg przez nich zdziałał i jak otworzył poganom podwoje wiary (Dz 14,21-27)

Najczęściej przyjeżdżamy do Ameryki w poszukiwaniu lepszego życia. Problem jednak w tym, że co jest dla jednego jest dobre, to dla drugiego dobrem być nie musi. Większość Polaków za nic w świecie nie opuściłoby rodzinnych stron. Także różne ośrodki badawcze ogłaszają listę krajów, gdzie się żyje najlepiej. Według brytyjskiego ośrodka badawczego Legatum najlepiej się żyje w Norwegii, Danii i Szwecji. Stany Zjednoczone poza pierwszą dziesiątką. Na przykład w Szwecji wszyscy mają prawo do takich świadczeń, jak opieka lekarska, renty i emerytury podstawowe, zasiłki rodzinne, dodatki mieszkaniowe itp. Nawet gospodynie domowe traktuje się jako pracowników i przyznaje się im prawo do zasiłków chorobowych. Zasiłki mogą otrzymywać dzieci, których rodzice się rozwiedli oraz osoby zmieniające miejsce zamieszkania dla podjęcia pracy. Materialne zabezpieczenie, dostatek i luksus. Można powiedzieć, że ludziom w Szwecji żyje się jak w raju. Byłby to może i raj, gdyby nie jeden brak, o którym mówi poniższe wydarzenie.

W marcu 2011 roku, w szwedzkim mieście Tumba, przypadkowo, podczas prac remontowych pracownicy odnaleźli ciało starszego mężczyzny. Przedstawiciel firmy remontowej Thomas Martinsson powiedział: „Dwóch moich ludzi weszło do mieszkania i znaleźli martwego człowieka. Zadzwonili do mnie i odkryliśmy, że leżał tam już od dłuższego czasu”. Policjanci przypuszczają, że zmarł on trzy lata temu. Znaleziono nieodczytany mail z 2007 roku, a jedzenie w lodówce było datowane na początek 2008 roku. Zniknięcia mężczyzny nie zauważyli sąsiedzi, a może zauważyli, ale nie obchodziło ich, co się z nim dzieje. Pławili się we własnym dobrobycie. Zmarły miał także rodzinę. Miał syna, który przez trzy lata nie zainteresował, co się dzieje z jego ojcem. Zmarły miał wszystko. Wystarczającą emeryturę, świadczenia socjalne, pełna lodówkę. Nie miał tylko najważniejszego. Zabrakło miłości, bez której zbudowanie „raju” jest niemożliwe.

Dla dopełnienia tej sytuacji przytoczę dwie wypowiedzi ze strony internetowej: kormoran-przyjaciele-poezja.blog.onet.pl. Jaga napisał: „W dużych, wygodnych metrażach, w okrzykniętym szwedzkim raju, w dobrobycie, żyją samotni ludzie, starzy w nicości bez Boga, bez marzeń, w nicości dogasa ich płomyk życia. Państwo dobrobytu, państwo opiekuńcze, czy państwo pomyślności, jak to się ma do tych samotnych opuszczonych niby z opieką – ale chłodną, nieczułą, bez bliskich niby w luksusie – ale nie jeden wolałby skromniej biedniej, ale wśród swoich z miłym słowem i gestem”. Jeszcze jedna wypowiedź: „Każdy dobrobyt pojmuje inaczej. Dla jednych będzie to brak głodu dla innych dobra materialne. Przychodzi jednak taki moment w życiu człowieka, że to wszystko staję się niczym. Pan Bóg nigdy nie opuszcza swojego stworzenia. To raczej człowiek porzuca swojego Stwórcę. Jeśli ktoś się modli, Pan Bóg w nim oddycha – pisał Jan Twardowski. Modlitwa nie zmienia postanowień Boga, ale zmienia tego, kto się modli. I chyba w tej ostatniej godzinie dotrze to do ludzi, ale może być już za późno”.

Aby ten bezduszny świat stał się bardziej boży, bardziej ludzki potrzebujemy go odnowić. W drugim czytaniu z Apokalipsy słyszymy słowa św. Jana Apostoła: „Ja, Jan, ujrzałem niebo nowe i ziemię nową, bo pierwsze niebo i pierwsza ziemia przeminęły i morza już nie ma”. W tym nowym świecie Bóg stanie wyjątkowo bliski człowiekowi, będzie „Bogiem z nimi”.  „I otrze z ich oczu wszelką łzę, a śmierci już odtąd nie będzie. Ani żałoby, ni krzyku, ni trudu już odtąd nie będzie, bo pierwsze rzeczy przeminęły”. Nie można budować nowej ziemi, nowego nieba jeśli zasady naszego życia pozostaną stare: „oko za oko, ząb za ząb” lub „bliźniego będziesz miłował, a nieprzyjaciela swego będziesz nienawidził”. Budowanie tego nowego świata rozpoczyna się już tu na ziemi. Normą, zasadą, konstytucją nowej ziemi ma być miłość i to miłość ogarniająca także naszych nieprzyjaciół. Jezus powiedział do swoich uczniów: „Daję wam przykazanie nowe, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem; żebyście i wy tak się miłowali wzajemnie”. Te słowa zostały wypowiedziane w bardzo ważnym momencie, podczas Ostatniej Wieczerzy, przed śmiercią Jezusa. Mają one wagę testamentu. W takich momentach wypowiadamy najważniejsze słowa. Zostały wypowiedziane po wyjściu Judasza z Wieczernika. Jezu wiedział, że jest on zdrajcą. Wiedział, że odrzucając miłość wybiera drzewo i wisielczy sznur. A zatem te słowa są także ostrzeżeniem, dla tych którzy pogardzają miłością.

Emmanuel d’Alzon napisał: „Ludzkie serce musi coś kochać. Kiedy mniej kocha rzeczy ziemskie, wtedy bardziej kocha rzeczy niebieskie”. Jeśli człowiek zbyt bardzo pokocha ziemskie sprawy, rzeczy zapomina wtedy o rzeczach niebiskich, bożych, a to jest także zapomnieniem o bliźnim. Bo przecież naszą miłość do Boga wyrażamy przede wszystkim przez miłość bliźniego. Jezus powiedział: „Zaprawdę powiadam wam: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili”.  A św. Jan Apostoł napisze: „Jeśliby ktoś mówił: ‘Miłuję Boga’, a brata swego nienawidził, jest kłamcą, albowiem kto nie miłuje brata swego, którego widzi, nie może miłować Boga, którego nie widzi”. Tę myśl przypomniał nam również bł. Jan Paweł II: „Jak można kochać Boga, który jest niewidzialny nie kochając człowieka, który jest obok nas”. Dobrze, że wyrażamy swoją miłość do Boga w szczerej modlitwie, przesuwając paciorki różańca, uczestnicząc we Mszy św. i różnych nabożeństwach, czytając Pismo św. Jeśli to jednak nie ma pozytywnego wpływu na nasze odniesienie do bliźniego, jeśli nie potęguje naszej miłości do bliźniego, to coś jest nie tak z naszą wiarą. Dotyka nas schizofreniczne rozdarcie wiary, brak harmonii między wiarą a czynem. W takiej kondycji duchowej nowej ziemi.

Kinga na stronie internetowej „tezeusz.pl” napisała: „Miłość jest dla mnie dowodem na istnienie Boga. Taka prawdziwa, bezwarunkowa. Na pewno istnieje. Jest więc czymś pewnym. Ja bardzo kocham rodziców i widzę jak oni mnie kochają. To jest dla mnie cud. Tak więc miłość to cud. Człowiek jest miłością. Nie wszyscy się kochamy zatem miłość jest również niewykorzystanym potencjałem. Gdy się na niej skupimy wkraczamy w inny świat. Jesteśmy prawdziwi. Miłość z natury jest niewinna. Ma dla mnie wymiar duchowy. Właśnie ta miłość do Boga, odwzajemniona”. O wyznawcach Kościoła w pierwszych wiekach mówiono: „Popatrzcie jak oni się miłują”. W tych słowach był nie tylko podziw, ale otwarcie na Chrystusa zmartwychwstałego i wezwanie do wiary w Niego. To dzięki takiej miłości autor Dziejów Apostolskich mógł napisać o misji apostolskiej Barnaby i Pawła: „Kiedy przybyli i zebrali miejscowy Kościół, opowiedzieli, jak wiele Bóg przez nich zdziałał i jak otworzył poganom podwoje wiary” (z książki Bóg na drogach naszej codzienności).

 

 

ŻYĆ PEŁNIĄ ŻYCIA

Wiatr w żaglach, spieniony kilwater, słońce odbijające się w wodzie są nieodłącznymi elementami żeglarskich wspomnień. Intensywność przeżyć w głównej mierze jest uwarunkowana akwenami wodnymi po których żeglujemy. Najspokojniej i najbezpieczniej pływa się w niewielkich, zamkniętych zatokach. Jednak kto się ograniczy tylko do takich akwenów, nigdy nie zazna smaku i radości prawdziwego żeglowania. Trzeba wypłynąć na głębię, na pełne morze, aby tego doświadczyć. Wymaga to większego wysiłku, jest bardziej niebezpieczne, ale konieczne, aby spełniły się żeglarskie pragnienia.

Powyższe refleksje zrodziły się w czasie lektury zacytowanego na wstępie fragmentu Ewangelii ze szczególnym uwzględnieniem słów Chrystusa skierowanych do apostołów: „Wypłyń na głębię”. Z pozoru takie polecenie nie było czymś nadzwyczajnym. Apostołowie całą noc trudzili się połowem ryb i nic nie złowili. Rankiem, kiedy według rybaków galilejskich ryba nie bierze, Chrystus każe im wypłynąć na głębię i zarzucić sieci. Wbrew rybackiemu doświadczeniu, zaufali, uwierzyli Chrystusowi. To zaufanie i wiara ukazują drugie, najważniejsze znaczenie słów: „Wypłyń na głębię”. Chodzi tu o niezgłębione przestrzenie wiary i rzeczywistości nadprzyrodzonej. Cudowny połów ryb potwierdza, że o taką głębię chodzi.

Cudowny połów ryb jest wydarzeniem historycznym, które ma swoją kontynuację dzisiaj. Chrystus żyje w swoim Kościele i mówi do swoich wyznawców: „Wypłyń na głębię”. Czynimy zadość temu wezwaniu na różne sposoby. Jednym z nich jest pełne wykorzystanie darów i zdolności otrzymanych od Boga. Ilustracją tego może być epizod z życia jednego z największych śpiewaków świata Luciano Pavarottiego. Na drodze swojej kariery musiał on pokonać wiele przeszkód. Rodzice byli zbyt biedni, aby zapewnić uzdolnionemu synowi wykształcenie muzyczne. Jednak młody chłopiec nie poddał się. Aby zdobyć pieniądze na pokrycie szkoły, podejmował się różnych prac, dawał także koncerty. Jednak zmaganie się z codziennymi trudnościami dało o sobie znać. Zmęczony i zniechęcony, bez większych sukcesów artystycznych postanowił zrezygnować z kariery śpiewaczej. Zwierzył się narzeczonej, że da jeszcze jeden koncert i zrezygnuje z kariery artystycznej. Pavarotti, świadom, że jest to jego ostatni koncert uwolnił się od wewnętrznego stresu i puścił wodze swojego głosu, serca, talentu. Pod koniec okazało się, że był to najlepszy koncert w jego życiu. Słuchacze byli zachwyceni. Ten moment zadecydował o światowej karierze młodego artysty. Był on dla niego wezwaniem wypłynięcia na „głębsze wody”. Pavarotti uwierzył, że warto za cenę wielkiego poświęcenia rozwijać dar otrzymany od Boga.

Każdy z nas otrzymał od Boga jakiś talent, zadanie do wykonania. Nie możemy się zatrzymać w zatoce naszego przyziemnego, wygodnego ogródka. Jesteśmy wezwani do wypłynięcia na głębię, gdzie nasze talenty i zdolności mają szansę najpełniejszego rozwoju. Wykorzystane zaś zgodnie z bożym planem pozwalają nam dotrzeć na obszary, gdzie możemy doświadczyć obecności Boga. W naszej ziemskiej wędrówce Bóg powołuje niektórych ludzi, aby w sposób szczególny podjęli trud żeglowania na bożych głębinach i pociągali innych do pełni życia w Bogu. Wśród nich jest prorok Izajasz. Na początku opierał się wezwaniu, tłumacząc, że jest słabym człowiekiem i nie podoła temu zadaniu. „I powiedziałem: ‘Biada mi! Jestem zgubiony! Wszak jestem mężem o nieczystych wargach i mieszkam pośród ludu o nieczystych wargach, a oczy moje oglądały Króla, Pana Zastępów’. Wówczas przyleciał do mnie jeden z serafinów, trzymając w ręce węgiel, który kleszczami wziął z ołtarza. Dotknął nim ust moich i rzekł: ‘Oto dotknęło to twoich warg: twoja wina jest zmazana, zgładzony twój grzech’. I usłyszałem głos Pana mówiącego: ‘Kogo mam posłać? Kto by Nam poszedł?”. Izajasz poszedł za głosem powołania. Upominał błądzących, wzywał do nawrócenia, ukazywał niezgłębioną wielkość i dobroć Boga. Za swoją bezkompromisowość nieraz przyszło mu cierpieć. Bóg dał mu jednak moc do wypełnienia tej misji. Prorok żyjąc pełnią życia bożego wielu pociągnął za sobą.

Kilkaset lat później Chrystus wezwał Piotra: „Wypłyń na głębię i zarzućcie sieci na połów”. Gdy Piotr usłuchał Pana stał się cud, który go zatrwożył: „Widząc to Szymon Piotr przypadł Jezusowi do kolan i rzekł: odejdź ode mnie Panie, bo jestem człowiek grzeszny”. A Chrystus w odpowiedzi na to wyznanie wiary powiedział: „Nie bój się, odtąd ludzi będziesz łowił. I przyciągnąwszy łodzie do brzegu, zostawili wszystko i poszli za Nim”. I tak już od ponad dwóch tysięcy lat Chrystus staje na brzegu i wzywa swoich wybranych do wypłynięcia na głębiny wiary, aby swoim życiem i słowem pociągali innych do Boga. Pięknie mówi o tym ulubiona piosenka papieża Jana Pawła II. „Pan kiedyś stanął nad brzegiem. Szukał ludzi gotowych pójść za Nim, By łowić serca słów Bożych prawdą. O Panie, to Ty na mnie spojrzałeś, Twoje usta dziś wyrzekły me imię. Swoją barkę pozostawiam na brzegu, razem z Tobą nowy zacznę dziś łów. Ty potrzebujesz mych dłoni, Mego serca młodego zapałem, Mych kropli potu i samotności. Dziś wypłyniemy już razem Łowić serca na morzach dusz ludzkich Twej prawdy siecią i słowem życia”.

Młody krakowski student, który świetnie spełniał się jako literat, artysta i aktor usłyszał wezwanie: „Wypłyń na głębię”. Pozostawił wszystko i wstąpił do seminarium duchownego. Jak młody kapłan zdobywał dusze ludzkie i odkrywał przed nimi niezgłębioną mądrość bożą. Czynił to także w czasie wakacyjnych wypraw kajakowych. Na jednej z nich dotarło do niego wezwanie do wypłynięcia na jeszcze głębsze wody. Ksiądz Karol Wojtyła został wezwany do prymasa Stefana Wyszyńskiego, który poinformował go o nominacji na biskupa. W książce „Wstańcie, Chodźmy!”, papież napisał: „Kiedy wszedłem do gabinetu ks. Prymasa, usłyszałem od niego, że Ojciec Święty mianował mnie biskupem pomocniczym arcybiskupa Krakowa (…). Słysząc słowa Księdza Prymasa zwiastujące mi decyzję Stolicy Apostolskiej, powiedziałem: ‘Eminencjo, ja jestem za młody, mam dopiero 38 lat. Ale Prymas na to: ‘To jest taka słabość, z której się szybko leczymy. Proszę się nie sprzeciwiać woli Ojca Świętego’. Więc powiedziałem jedno słowo: ‘Przyjmuję’(…) Po zakończeniu tej tak ważnej w moim życiu audiencji zrozumiałem, że nie mogę w tej chwili wracać do przyjaciół na kajaki; musiałem naprzód pojechać do Krakowa i zawiadomić księdza arcybiskupa Eugeniusza Baziaka, mojego ordynariusza (…). Następnego dnia zgłosiłem się zatem do księdza arcybiskupa na ulicę Franciszkańską 3 i wręczyłem mu list od Księdza Prymasa. Pamiętam jak dziś, że Arcybiskup wziął mnie pod rękę i wyprowadził do poczekalni, gdzie siedzieli księża, i powiedział: Habemus papam”. W świetle późniejszych wydarzeń można powiedzieć, że były to słowa prorocze.

Te słowa spełniły się 16 października 1978 i stały się kolejnym wezwaniem wypłynięcia na najgłębsze wody życia wiary. Jan Paweł II był największym bożym rybakiem naszych czasów. Pociągał za sobą ogromne rzesze ludzi, otwierając przed nimi niezgłębione tajemnice bożego miłosierdzia (z książki W poszukiwaniu mądrości życia).

 

 

ŚWIĘTY PIOTR

Jednym z najbardziej malowniczych regionów Palestyny są okolice jeziora Galilejskiego. W czasach Chrystusa, czyste wody tego akwenu obfitowały w różnego rodzaju ryby, stając się głównym źródłem utrzymania okolicznej ludności. Dzisiaj w nabrzeżnych restauracjach można zamówić tzw. rybę św. Piotra, w której jest więcej ości niż smacznego mięsa. Mimo to, żaden pielgrzym lub turysta nie przepuści okazji skosztowania tej ryby, ponieważ przypomina ona jednego z najsłynniejszych rybaków tej okolicy. Jest nim Szymon, któremu Jezus zmienił imię na Piotr. W pobliskim Kafarnaum jest kościół pod wezwaniem św. Piotra, w podziemiach którego można oglądać pozostałości domu, w którym mieszkał Święty.

O życiu św. Piotra przed powołaniem przez Chrystusa nie wiele wiemy.  Urodził się w rodzinie trudniącej się połowem ryb. Jego ojciec miał na imię Jan. Ze swoim bratem Andrzejem pomagał on ojcu w połowach. Ewangelia zanotowała cud uzdrowienia teściowej Piotra przez Jezusa, to wskazuje, że Piotr był żonaty. Tradycja zaś podaje, że jego córką była św. Petronela.  Św. Piotr wychowywał się w rodzinie, gdzie żywa była nadzieja przyjścia Mesjasza. To sprawiło, że znalazł się on wraz ze swoim bratem w gronie uczniów Jana Chrzciciela, który nad brzegiem Jordanu wzywał do przygotowania się na przyjście Mesjasza i udzielał chrztu nawrócenia. Niektórzy sądzili, że to Jan Chrzciciel jest obiecanym Mesjaszem. Lecz Jan kategorycznie temu zaprzeczył, wskazując na Chrystusa jako Mesjasza. Zapewne ta wskazówka odegrała ważną rolę w odnalezieniu Mesjasza przez św. Piotra.

Andrzej, brat Piotra pierwszy spotkał Jezusa. Pewnego razu Jan Chrzciciel, widząc przechodzącego Jezusa powiedział do zgromadzonych: „Oto Baranek Boży” i wtedy dwóch z jego uczniów poszło za Jezusem. Jednym z nich był Andrzej. Jezus widząc ich zapytał: „Czego szukacie?” A oni odpowiedzieli pytaniem na pytanie: „Mistrzu, gdzie mieszkasz?” „Chodźcie i zobaczcie”- padła odpowiedź. Poszli za Chrystusem. A następnego ranka Andrzej wrócił do domu i powiedział do swego brata Szymona: „Znaleźliśmy Mesjasza”. Po czym zaprowadził go do Jezusa. Po tym spotkaniu nie porzucił wszystkiego, ale nadal trudnił się swoim rzemiosłem. Dopiero po cudownym połowie ryb, który opisuje zacytowany na wstępie fragment Ewangelii Piotr wraz z bratem Andrzejem ostatecznie został przy Chrystusie. Piotr zdumiony i zalękniony cudem mówi: „Odejdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiek grzeszny”. A wtedy Jezus wypowiada słowa, które zaważą na całym życiu Piotra: „Nie bój się, odtąd ludzi będziesz łowił”. Wtedy Piotr zostawił wszystko i poszedł za Jezusem.

Inne bardzo ważne wydarzenie miało miejsce w okolicach Cezarei Filipowej. Jezus zapytał swoich uczniów, za kogo uważają Go ludzie. Apostołowie przytaczali różne odpowiedzi. Po wysłuchaniu ich, Chrystus zapytał uczniów za kogo oni sami uważają Go. Szymon odpowiedział: „Ty jesteś Mesjasz Syn Boga żywego”. A wtedy Chrystus zmieniając mu imię obiecał władzę prymatu nad swoim Kościołem: „Błogosławiony jesteś, Szymonie, synu Jana. Albowiem ciało i krew nie objawiły ci tego, lecz Ojciec mój, który jest w niebie. Otóż i Ja tobie powiadam: Ty jesteś Piotr (czyli Skała), i Ja na tej Skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą. I tobie dam klucze królestwa niebieskiego: cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie; a cokolwiek rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie”.

To wydarzenie jest jednym z wielu, które wskazuje, że Jezus stawia zawsze św. Piotra na pierwszym miejscu wśród apostołów. Piotr wraz z Janem i Jakubem był świadkiem wskrzeszenia córki Jaira, przemienienia Pańskiego na górze Tabor i krwawego potu w Getsemani. Na to pierwszeństwo wskazuje wyróżnianie Piotra w różnych okolicznościach. I tak Jezus uratował Piotra, kiedy ten tonął w Jeziorze Genezaret. Polecił Piotrowi zapłacić podatek monetą, znalezioną w pysku ryby. Od Piotra rozpoczął Jezus umywanie w wieczerniku nóg apostołom. W czasie Ostatniej Wieczerzy wyznaczył mu miejsce przy sobie. Po swoim zmartwychwstaniu, a przed wstąpieniem do nieba Jezus przekazał Piotrowi obiecany prymat nad swoim Kościołem. Gdy spożywali śniadanie Jezus zapytał Szymona Piotra: „Szymonie, synu Jana, czy miłujesz Mnie więcej aniżeli ci?” Piotr odpowiedział: „Tak, Panie, Ty wiesz, że Cię kocham”. A wtedy Jezus powiedział do niego: „Paś baranki moje”. Ten dialog powtórzył się trzykrotnie i brzmiał on jak echo trzykrotnego zaparcia się św. Piotra w czasie męki Chrystusa.

Piotr otrzymał władzę prymatu w kościele Chrystusowym i rzeczywiście ją sprawował przez całe swoje życie. Wskazują na to następujące wydarzenia: Św. Piotr proponuje Apostołom wybór w miejsce Judasza nowego Apostoła, który by wypełnił symboliczną liczbę 12. Piotr pierwszy przemówił do tłumu w dzień Zesłania Ducha Świętego i pozyskał tego dnia dla Chrystusa około 3000 neofitów. On uzdrowił chromego od urodzenia przy świątyni jerozolimskiej, z tej okazji ponownie przemówił do tłumu i nawrócił 5000 ludzi. On założył w Jerozolimie pierwszą gminę chrześcijańską i sprawował nad nią władzę. On zaproponował Apostołom wybór 7 diakonów dla zastąpienia ich w rozdzielaniu jałmużny ubogim Kościoła. W tajemniczym widzeniu Pan Jezus pouczył go, że ma prawo także przyjmować pogan do wiary świętej. Na soborze apostolskim w Jerozolimie Piotr pierwszy przemówił i zadecydował, że św. Paweł z Barnabą dobrze uczynili, że dla Chrystusa pozyskali także sporą liczbę pogan. Zwolnił też nawróconych z pogaństwa od wypełniania przepisów prawa mojżeszowego.

Piotr kierując gminą chrześcijańską w Jerozolimie stał się celem ataków żydowskich. Został aresztowany i osadzony w więzieniu. Przed niechybną śmiercią uratował go anioł. Po cudownym uwolnieniu z więzienia św. Piotr udał się do Antiochii, stamtąd do Małej Azji, potem do Koryntu, wreszcie na stałe osiadł w Rzymie, by skuteczniej kierować Kościołem, bowiem Rzym w tamtym czasie był niekwestionowanym centrum świata. Św. Piotr kierował kościołem rzymskim w czasie okrutnych prześladowań. Tradycja mówi, aby uniknąć prześladowań, zamierzał opuścić Rzym i powierzoną mu owczarnią. Przeszkodziło temu jednak nieoczekiwane spotkanie Chrystusa. Dzisiaj na miejscu tego spotkania stoi kościół pod wezwaniem „Quo vadis”, a w nim jest kamień z odciśniętymi stopami. Jak podaje tradycja są to ślady stóp Jezusa. Do tej tradycji nawiązuje Henryk Sienkiewicz w książce „Quo vadis”. Wczesnym rankiem Piotr opuścił Rzym. Na drodze prowadzące do Wiecznego Miasta spotykał Jezusa i zaskoczony zapytał: „Quo vadis Domine?”, co znaczy „Dokąd idziesz Panie?”. Wtedy Chrystus powiedział do niego: „Ponieważ ty opuszczasz moją owczarnię, Ja idę do Rzymu, aby być z moim ludem i ponownie za nich umrzeć”. Zawstydzony i skruszony Piotr powrócił do Rzymu i do końca pozostał z owczarnią jemu powierzoną. W roku 64, podczas okrutnych prześladowań chrześcijan przez cesarza Nerona, Piotr został pojmany i skazany na śmierć krzyżową. Tradycja mówi, że przed śmiercią prosił oprawców, aby go ukrzyżowali głową do dołu, bo czuł się niegodny umierać tak jak Chrystus. Tak też uczyniono.

Najstarsze źródła tradycji chrześcijańskiej podają jako miejsce śmierci św. Piotra ogrody cesarskie, które rodzina Augusta Oktawiana założyła na brzegu Tybru naprzeciw właściwego miasta, a które nazywano polami watykańskimi. Tam cesarze rzymscy założyli stadiony sportowe i cyrki. Na tych stadionach poniosło śmierć męczeńską wielu chrześcijan. Tam też miał umrzeć właśnie św. Piotr. W tym miejscu około roku 330 cesarz Konstantyn Wielki postawił bazylikę, która przetrwała ponad 1150 lat. Obecna bazylika św. Piotra powstała w tym samym miejscu w latach 1506-1667. W czasie prac archeologicznych prowadzonych w latach 1940-1956 znaleziono pod ołtarzem głównym grób św. Piotra wraz z jego relikwiami. Papież Paweł VI w 1968r. uznał te relikwie za autentyczne (z książki Wypłynęli na głębię).

 

 

UWIERZYĆ NA PRÓŻNO

Półtoraroczny pobyt św. Pawła w Koryncie zaowocował założeniem gminy chrześcijańskiej. Do niej to skierował on list, którego fragment zacytowałem na wstępie. Paweł zamieszkał w domu Pryscylli i Akwili i wraz z nimi trudnił się wyrobem namiotów. Na początku Paweł nauczał w synagodze, przekonując Żydów i Greków, że Jezus jest oczekiwanym Mesjaszem. Wielu Koryntian uwierzyło i przyjęło chrzest. Wśród nich był przełożony synagogi niejaki Kryspus. Działalność św. Pawła napotkała na opory nie tylko ze strony pewnych kręgów żydowskich, ale także ze strony innych mieszkańców tego wielokulturowego miasta. Korynt, leżący na skrzyżowaniu ważnych dróg handlowych, znany był, jako miasto dobrobytu. Liczył wtedy około 500 000 mieszkańców. Była to przede wszystkim ludność napływowa o zróżnicowanym statusie społecznym i różnych wierzeniach. Miasto znane było także z rozwiązłości moralnej. Do dziś funkcjonuje określenie prostytutek „córy Koryntu”. Ta różnorodność wierzeń i postaw moralnych miała wpływ na życie korynckich chrześcijan. Po opuszczeniu Koryntu przez św. Pawła doszło nawet do rozłamu w Kościele. Wspólnota założona przez Pawła zaczęła oddalać się od ewangelicznej nauki. Chrześcijanie tylko z nazwy zaczęli zastępować mądrość krzyża mądrością ludzką. Nazywając się chrześcijanami poddawali w wątpliwość zmartwychwstanie, fundament wiary w Chrystusa. To do nich św. Paweł kieruje słowa: „Jeżeli zatem głosi się, że Chrystus zmartwychwstał, to dlaczego twierdzą niektórzy spośród was, że nie ma zmartwychwstania? A jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, daremne jest nasze nauczanie i próżna jest także wasza wiara”. Taka wiara nic nie znaczy, co św. Paweł ujmuje w słowach: „Chyba żebyście uwierzyli na próżno”. A zatem można przyznawać się do Chrystusa i wierzyć na próżno. Dzieje się to w przypadku, gdy religia jest dla nas supermarketem, gdzie wybieramy sobie prawdy do wierzenia, które nam odpowiadają. Prawdziwa wiara to pełne zaufanie Chrystusowi nawet w sprawach, które wydają się nam trudne do przyjęcia.

Problem głębokiej wiary porusza Ewangelia na dzisiejszą niedzielę. Za Jezusem ciągnęły tłumy ludzi zgłodniałych słowa Bożego. Zachwycały ich pełne mądrości słowa Jezusa. Jednak najważniejsza była moc z jaką te słowa były wypowiadane. Ta moc przybierała formę cudów, które potwierdzały naukę Jezusa. Pewnego razu Jezus nauczał nad Jeziorem Galilejskim. Z powodu ścisku Jezus wsiadł do łodzi, należącej do Szymona, któremu Jezus nadał imię Piotr i z niej zaczął nauczać. Gdy zakończył nauczanie powiedział do Szymona: „Wypłyń na głębię i zarzućcie sieci na połów”. Na co Szymon odpowiedział: „Mistrzu, przez całą noc pracowaliśmy i niceśmy nie ułowili”. Szymon, doświadczony rybak wiedział, że o tej porze dnia bez sensu jest zarzucanie sieci. Jednak wbrew rybackiemu doświadczeniu, niejako wbrew sobie na słowa Jezusa wypłynął na głębię i zarzucił sieci. Połów był tak obfity, że wywołał zdumienie świadków tego wydarzenia. To był cud. Szymon rozpoznał w Chrystusie Wysłannika nieba. Padł na kolana i zawołał: „Odejdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiek grzeszny”. Po tym wyznaniu Chrystus powołał go do grona swoich apostołów: „Nie bój się, odtąd ludzi będziesz łowił”. Szymon i jego wspólnicy zostawili wszystko i poszli za Jezusem.

Szymon usłuchał Jezusa i wypłynął na głębię Jeziora Galilejskiego, a połów był ogromny. Zawierzył także Chrystusowi, gdy Ten wezwał go do wypłynięcia na głębię ewangelicznej mądrości i miłości. Ten połów zadziwia do dziś, i to nie tylko historyków, którzy mówiąc o nadzwyczajnym rozprzestrzenianiu się Kościoła w pierwszych wiekach wymieniają różne przyczyny. Jednak nie są one wystraczającym wyjaśnieniem tego fenomenu. W pierwszych wiekach, mimo okrutnych prześladowań chrześcijanie byli obecni w najdalszych zakątkach cesarstwa rzymskiego. Za tym nadzwyczajnym rozwojem Kościoła, „duchowym połowem” stała moc Boża. Cudowny połów ryb w Jeziorze Galilejskim, jak i słowa Jezusa skierowane do Szymona „ludzi będziesz łowił” są zapowiedzią wyżej wspomnianego dynamicznego rozwoju Kościoła. W dniu zesłania Ducha Świętego Bóg w łasce swojej wylał na niewielką 120 osobową wspólnotę w Jerozolimie Ducha Św. Od tego czasu mimo różnych trudności i problemów wspólnota ta gwałtownie rozrastała się. Ewangelista Łukasz wzrost ten przypisuje przede wszystkim Chrystusowi: „Pan zaś codziennie pomnażał liczbę tych, którzy mieli być zbawieni”.

Najczęściej to wypływanie na głębię ewangelicznej miłości nie jest znaczone cudownym wydarzeniem, lecz przybiera formę pielgrzymowania na spotkanie Boga. Symbolem takiego pielgrzymowania może być pielgrzymka do grobu św. Jakuba w Santiago de Compostela. To właśnie tam, każdego roku wędrują z całego świata setki tysięcy pielgrzymów, którzy mierząc się ze swoją słabością, dają się porwać słynnej maksymie: „Najważniejsze nie jest to, żeby pokonać drogę, ale żeby droga pokonała ciebie”. Gdy droga nas pokonuje wtedy odkrywamy co w naszym życiu jest najważniejsze i doświadczymy obecności Boga w naszym życiu oraz zrozumiemy, że wszystko ku Niemu zmierza i w Nim nabiera sensu. Motyw tej pielgrzymki stał się treścią filmu pt. „Droga życia” w reżyserii Emilio Esteveza przy współpracy jego ojca Martina Sheena. Ukazuje on pielgrzymkę do Santiago de Compostela Toma, amerykańskiego lekarza, który nie może się pogodzić z tragiczną śmiercią syna. Daniel zginął w Pirenejach, pielgrzymując do Camino de Santiago. Tom jedzie do Europy po prochy syna. Na miejscu postanawia jednak przejść cały szlak, od początku do końca, aby uczcić pamięć Daniela. W czasie pielgrzymki dołącza do niego kilka osób, które są na zakręcie życiowym. W czasie pielgrzymowania widzimy jak „pokonuje ich droga”, powoli odkrywają najważniejsze wartości, które mogą zmierzyć się nawet z ponurym widmem śmierci.

Martin Sheen, który wcielił się w rolę Toma jest jedną z wielu znanych postaci w USA, która przeżyła nawrócenie. Hollywoodzki aktor tak to wspomina: „Powróciłem do Kościoła po 15 latach bycia daleko od Boga. W tym czasie byłem człowiekiem bez potrzeb, bez miłości, bez respektu. Jednak wtedy ponownie doświadczyłem wiary. I wiedziałem, że jestem w domu”. Przeżył swoje nawrócenie podczas tworzenia swojej życiowej kreacji w kultowym filmie Francisa Forda Coppoli „Czas Apokalipsy”. W jednym z wywiadów powiedział: „Jeśli Watykan by jutro zbankrutował i zniknął, to ja i tak pozostałbym katolikiem. Kocham wiarę”. To wyznanie ma przełożenie na jego codzienne życie. Jego wypłynięcie na głębię prawdy Chrystusowej jest świadectwem wiary dla innych i owocuje dobrem. Słynny aktor angażuje się w różne akcje charytatywne między innymi sam dostarcza żywność ubogim rodzinom na „Święta Dziękczynienia”, odwiedza chorych w klinikach i zmywa naczynia w hospicjach. Udzielając się charytatywnie mówi: „Nie czekaj na Boga, gdy sąsiad umiera i nie chwal się tym, co robisz”. Są to piękne słowa a w nich chrystusowe przesłanie. Jednym zdaniem Martin Sheen, usłuchał Chrystusa i wypłynął na głębię, a „połów jego życia” jest zadziwiający. Jego wiara nie jest próżna.

Przed każdym z nas staje Chrystus i mówi: „Wypłyń na głębię”. Gdy Go usłuchamy połów naszego życia będzie obfity, a nasza wiara nie będzie nadaremna (Kurier Plus, 2014r.).

 

 

WEZWANI PRZEZ BOGA

Do chóru parafialnego zapisał się mężczyzna, którego głównym atutem była chęć śpiewania. Jednak dla kierownika chóru i niektórych członków to było za mało. Narzekali, że mężczyzna nie ma dobrego głosu i do tego jeszcze fałszuje. Kierownik chóru zasugerował mu, aby zrezygnował ze śpiewania. Jednak niektórzy członkowie chóru sądzili, że trzeba mu dać więcej czasu, aby popracował nad swoim głosem. Podobnie uważał sam zainteresowany. W końcu dyrektor chóru postanowił porozmawiać na ten temat z proboszczem. Powiedział do niego: „Ksiądz zachęcił tego mężczyznę do zapisania się do choru i jeśli teraz nie usunie go ksiądz, to ja rezygnuję”. Proboszcz spotkał się z mężczyzną i powiedział do niego: „Sądzę, że powinieneś zrezygnować ze śpiewania”. „A niby dlaczego? -zapytał mężczyzna. „No dobrze” – odpowiedział ksiądz- „cztery czy pięć osób powiedziało mi, że nie umiesz śpiewać”. „To nic, czterdzieści a może pięćdziesiąt osób powiedziało mi, że ksiądz nie umie głosić kazań” – odpowiedział mężczyzna. Obruszony proboszcz pomyślał, że coś w tym jest, ale z głoszenia kazań nie zrezygnował, zresztą chyba nawet biskup nie pozwoliłby na to. A to dlatego, że misja wynikająca z powołania przez Chrystusa ma o wiele głębszy wymiar, niż piękne głoszenie kazań, chociaż to także jest bardzo ważne.

Przez pryzmat anegdoty o świni i kurze szukajmy głębszego wymiaru powołania, o którym mówią czytania na dzisiejszą niedzielę. Otóż kura i świnia prowadziły spór kto z nich jest bardziej użyteczny, bardziej oddany ludzkości. Zaczęła kura, mówiąc: „Codziennie dostarczam tysiące jaj na rynek, które ludzie przyrządzają na różne sposoby. Trudno sobie wyobrazić jadłospis człowieka bez jajek. A zatem mój dar dla ludzkości jest ważniejszy”. Obrażona świnia odparła: „Ja więcej daję dla ludzkości. Poświęcam dla niej całe swoje życie. Dzięki mnie ludzie mogą delektować się pysznym boczkiem, szynką, kiełbasą”. Spór toczył się bardzo długo, a strony sporu uparcie trwały przy swoim zdaniu.

Każdy z nas jest powołany przez Chrystusa. Słysząc o powołaniu, jakby automatycznie rodzi skojarzenie z powołaniem apostołów i ich następców, biskupów oraz kapłanów współpracowników biskupa, czy też innych form powołania do stanu duchownego. A gdy zaczyna się mówić o powołaniu do stanu świeckiego, to wtedy pojawia się nieraz wartościowanie, które z tych powołań jest ważniejsze. I czasami rodzi się pokusa, aby powołanie do stanu duchownego uznać za ważniejsze w oczach bożych, wartościowsze. Nie jest to myślenie w pełni uzasadnione, gdyż wszyscy mamy wspólne najważniejsze powołanie, powołanie do świętości, o którym św. Jan Paweł II mówił: „Do was wszystkich ´przez Boga umiłowanych, powołanych świętych (…): łaska wam i pokój od Boga, Ojca naszego, i Pana Jezusa Chrystusa! ´. Te słowa Apostoła Pawła do chrześcijan Rzymu wprowadzają nas w temat najbliższego Światowego Dnia Modlitw o Powołania: ´Powołanie do świętości´. Świętość! Oto łaska i cel każdego wierzącego, jak przypomina Księga Kapłańska: ´Bądźcie świętymi, bo Ja jestem święty, Pan, Bóg wasz!’

Powołanie do świętości, które realizujemy na różnych drogach naszego życia. Św. Jan Paweł II zwraca szczególną uwagę na powołanie do świętości realizowanej na drodze kapłańskiej: „Powołanie kapłańskie jest zasadniczo wezwaniem do świętości w tej formie, która wypływa z sakramentu kapłaństwa. Świętość jest zażyłością z Bogiem, jest naśladowaniem Chrystusa ubogiego, czystego i pokornego; jest bezgranicznym umiłowaniem ludzi i oddaniem się ich prawdziwemu dobru; jest miłością Kościoła, który jest święty i pragnie, byśmy i my byli święci, bo taka jest misja, jaką powierzył mu Chrystus. Jezus powołuje apostołów, aby Mu towarzyszyli w sposób szczególny. Nie tylko czyni ich uczestnikami tajemnic Królestwa Niebieskiego, lecz także oczekuje od nich większej wierności, jakiej wymaga posługa apostolska, do której ich powołuje

Świętość realizujemy na drodze autentycznej pobożności. Św. Franciszek Salezy pisze: „Otóż nie, moja Filoteo: pobożność, jeżeli jest prawdziwa i szczera, niczego nie rujnuje, ale wszystko udoskonala i dopełnia. Kiedy zaś przeszkadza i sprzeciwia się prawowitemu powołaniu lub stanowi, z pewnością jest fałszywa. Pszczoła tak zbiera miód z kwiatów, iż nie doznają one żadnej szkody. Pozostawia je nienaruszone i świeże, tak jak je zastała. Otóż prawdziwa pobożność czyni więcej: nie tylko nie przeszkadza żadnemu powołaniu, żadnemu zajęciu, ale przeciwnie, wszystko doskonali i ozdabia.  Podobnie jak szlachetne kamienie wrzucone do miodu nabierają większego blasku jaśniejąc zgodnie ze swą barwą, tak też powołanie każdego człowieka doskonali się i staje się pożyteczniejsze, gdy łączy się z nim pobożność. Pobożność sprawia, iż kierowanie rodziną staje się pełne pokoju, że bardziej szczera staje się miłość małżonków, a posłuszeństwo należne władzy pełniejsze, że wszelkie inne zajęcia stają się przyjemniejsze i bardziej powabne. Błędem jest zatem, nieomal herezją, usuwanie pobożności z wojskowych koszar, z rzemieślniczych warsztatów, z dworu książąt, z mieszkań małżonków”.

Chrystus powołując nas wzywa do wypłynięcia na głębię, głębię nauki Ewangelicznej, która w naszym życiu codziennym może przybrać formę jak w poniższej historii opisanej przez Helen Stapinski w The New York Times: „Miłość 15-letniej córki może głęboko ranić serce. Mała dziewczynka, którą przez 15 lat pielęgnowałam, karmiłam, pomagałam w odrabianiu lekcji, trzymałam za rękę, przechodząc przez ulicę, zaplatałam włosy, nagle jakby znika z mojego życia. Jest zajęta szkołą, klubem realizacją swoich planów, a wolny czas, woli spędzać z przyjaciółmi. Z jej pokoju na piętrze słyszę odgłosy jej życia, rozmowy i śmiech, ulubione piosenki. Czułam, że ją tracę”.

Pewnego dnia Helen odwiedziła Maddie, przyjaciółkę jej starszego syna. Po rozmowie o szkole Maddie zapytała: „Jak się ma Paulina?” „Dobrze, uwielbia fotografię. Nie lubi swojego nauczyciela matematyki”. Wtedy Maddie spytała: „Czy widziałaś jej na Instagramie?” Helen spanikowała, bo wiedziała, co tam się nieraz dzieje. „Nie, a czemu pytasz?” – odpowiedziała. „To niesamowite” – powiedziała Maddie – „ona jest świetnym fotografem. Ma tysiące fanów”. Mama Pauliny była zaszokowana. Jeszcze tego samego wieczoru Helen zapytała córkę, czy mogą razem obejrzeć jej fotografie na Instagramie. Matka była zauroczona fotografiami córki. Napisała: „Poprzez jej fotografię udało mi się wejść w świat córki, stanąć obok niej nie jako rodzic- policjant, ale przyjaciel”.

Matka Pauliny ostrożnie i z miłością wkracza na „głęboką wodę” mediów społecznościowych i ponownie nawiązuje kontakt z córką. Jezus wzywa nas abyśmy odważnie wypłynęli na głębię Jego nauki, a wtedy nasz połów naszego życia będzie obfity (Kurier Plus, 2019).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *