4 Sty

6 niedziela wielkanocna . Rok C

 

BOŻY POKÓJ

Jezus powiedział do swoich uczniów: „Jeśli Mnie kto miłuje, będzie zachowywał moją naukę, a Ojciec mój umiłuje go, i przyjdziemy do niego, i będziemy w nim przebywać. Kto Mnie nie miłuje, ten nie zachowuje słów moich. A nauka, którą słyszycie, nie jest moja, ale Tego, który Mnie posłał, Ojca. To wam powiedziałem przebywając wśród was. A Pocieszyciel, Duch Święty, którego Ojciec pośle w moim imieniu, On was wszystkiego nauczy i przypomni wam wszystko, co wam powiedziałem. Pokój zostawiam wam, pokój mój daję wam. Nie tak jak daje świat. Ja wam daję. Niech się nie trwoży serce wasze ani się nie lęka. Słyszeliście, że wam powiedziałem: Odchodzę i przyjdę znów do was. Gdybyście Mnie miłowali, rozradowalibyście się, że idę do Ojca, bo Ojciec większy jest ode Mnie. A teraz powiedziałem wam o tym, zanim to nastąpi, abyście uwierzyli, gdy się to stanie” (J 14,23-29).

Zapowiedź męki Jezusa przeraziła apostołów. W odpowiedzi na tę reakcję Jezus kieruje do nich słowa o pokoju, po czym dodaje: „Niech się nie trwoży serce wasze ani się nie lęka”. Wyjaśnia także apostołom, że tego pokoju, jaki On daje nie może zburzyć nawet największy lęk. Podobnie będzie po zmartwychwstaniu. Przestraszeni apostołowie zamknięci w wieczerniku czekają dalszego ciągu wydarzeń. I wtedy przychodzi do nich Chrystus i mówi: „Pokój wam”. Chrystusowy pokój rodzi się w głębi duszy, gdzie człowiek spotyka swego Boga i jest on odmienny od pokoju światowego, który najczęściej ma charakter powierzchowny i opiera się na równowadze strachu. Duch posłany przez Ojca napełnia pokojem każdego, kto otworzy się na jego działanie.

Charles Swindoll w książce „Flying Closer to the Flame” opisuje tragiczne wydarzenie ze swego życia. Dzięki jednak otwarciu się na działanie Ducha przeszedł ze spokojem te trudne dni. Oto fragment tej książki. „Wiele lat temu, w środku dnia dzwoni telefon. Okazuje się, że moja córka Charissa miała wypadek. (…) Jej nogi i ręce pozostały niewładne, nie mogła ruszyć żadnym palcem. Moja żona Cythia była w tym czasie poza domem, pojechałem, więc do szkoły sam, nie wiedząc, w jakim stanie zobaczę córkę. W czasie drogi zacząłem się głośno modlić. Wołałem Boga jak małe, zagubione dziecko. Prosiłem Go o kilka rzeczy: aby był przy mojej córce, dał jej moc i aby pokierował zbiegami medycznymi. Bliski rozpaczy błagałem Go także o pokój, który uchroni mnie przed paniką. W czasie żarliwej modlitwy odczułem niewiarygodną obecność Boga. Gwałtowny puls, który rozsadzał mi głowę wrócił do normy. Kiedy dotarłem do szkoły to nawet migające światła karetki pogotowia nie zburzyły rodzącego się we mnie spokoju.

Pobiegłem na miejsce zgromadzonego tłumu. Charissie udzielono już pierwszej pomocy medycznej. Uklęknąłem obok niej, pocałowałem w czoło i usłyszałem jak powiedziała: ‘Nic nie czuję niżej ramion. Coś trzasnęło mi w krzyżu poniżej karku’. Mówiła to przez łzy. Normalnie, powinienem krzyczeć z rozpaczy, a jednak zachowałem spokój. (…) Ze spokojem odsunąłem włosy z jej oczu i wyszeptałem: ‘Jestem z tobą, kochana. Jest także nasz Pan. Niezależnie od tego, co się wydarzy przejdziemy to razem. Kocham cię Charissa’. Zamknęła oczy i tylko łzy spłynęły jej po policzkach. (…) Cynthia przyłączyła się do mnie w szpitalu i razem czekaliśmy na wyniki prześwietlenia. Modliliśmy się, powiedziałem jej także o moim odczuciu obecności Ducha Świętego.

Po kilku godzinach dowiedzieliśmy się, że Charissa ma uszkodzony kręg szyjny. Lekarze nie wiedzieli jak wielkie spowodował on uszkodzenie rdzenia kręgowego. Nie wiedzieli także jak długo potrwa kuracja i czy będzie skuteczna. Lekarze byli ostrożni w słowach, do dziś pamiętam jak wielkim bólem napełniło to nasze serca. Nie mieliśmy niczego, co dodawałoby nam otuchy, na czym moglibyśmy się oprzeć z wyjątkiem jednego; Boga, który pozostał z nami w tych trudnych dniach. (…) Duch Święty wypełnił nasze serca, zachował nas od rozpaczy i ostatecznie przyniósł cudowne uzdrowienie Charissy”. Powyższe zdarzenie ukazuje nam, w jaki sposób, pokój dany nam przez Boga przenika nasze codzienne życie.

Bożego pokoju nie są w stanie zburzyć armie wroga, nieprzyjazny człowiek czy wydarzenia układające się nie po naszej myśli. Ten pokój ma swój fundament w głębi duszy człowieka, gdzie człowiek odnajduje Boga. Wrogiem tego pokoju są wartości natury bardziej duchowej, niż materialnej. Mówi o tym poeta Petrarca: „Pięć wielkich wrogów pokoju może wejść do naszego wnętrza; chciwość, nadmierna ambicja, zawiść, złość i pycha. Jeśli wypędzimy tych wrogów, będziemy cieszyć się wiecznym pokojem”. Te negatywne wartości zamykają nasze serce dla Boga i Jego pokoju. I wtedy nasza dusza, nasza rodzina, miejsce naszej pracy stają się piekłem, gdzie każdy walczy z każdym i nie zaznaje spokoju nawet nocą.

Święty Franciszek jeden z najpogodniejszych i najradośniejszych świętych w bardzo trudnych sytuacjach życia potrafił zachować niezmącony pokój. Może warto posłuchać, w jaki sposób przygotowywał się na przyjęcie Bożego pokoju. “Bóg uczynił nas narzędziami Jego pokoju. Gdzie jest nienawiść, siejmy miłość; gdzie jest obraza- wybaczenie; gdzie jest wątpliwość- wiarę; gdzie jest rozpacz- nadzieję; gdzie jest ciemność- światło; gdzie jest smutek tam siejmy radość” (z książki Ku wolności).

 

TWÓJ ANIOŁ

Niektórzy przybysze z Judei nauczali braci w Antiochii: ”Jeżeli się nie poddacie obrzezaniu według zwyczaju Mojżeszowego, nie możecie być zbawieni”. Kiedy doszło do niemałych sporów i zatargów między nimi a Pawłem i Barnabą, postanowiono, że Paweł i Barnaba, i jeszcze kilku spośród nich udadzą się w sprawie tego sporu do Jerozolimy, do Apostołów i starszych. Wtedy Apostołowie i starsi wraz z całym Kościołem postanowili wybrać ludzi przodujących wśród braci: Judę, zwanego Barsabas, i Sylasa i wysłać do Antiochii razem z Barnabą i Pawłem. Posłali przez nich pismo tej treści: ”Apostołowie i starsi bracia przesyłają pozdrowienie braciom pogańskiego pochodzenia w Antiochii, w Syrii i w Cylicji. Ponieważ dowiedzieliśmy się, że niektórzy bez naszego upoważnienia wyszli od nas i zaniepokoili was naukami, siejąc wam zamęt w duszach, postanowiliśmy jednomyślnie wybrać mężów i wysłać razem z naszymi drogimi: Barnabą i Pawłem, którzy dla imienia Pana naszego Jezusa Chrystusa poświęcili swe życie. Wysyłamy więc Judę i Sylasa, którzy powtórzą wam ustnie to samo. Postanowiliśmy bowiem, Duch Święty i my, nie nakładać na was żadnego ciężaru oprócz tego, co konieczne. Powstrzymajcie się od ofiar składanych bożkom, od krwi, od tego, co uduszone i od nierządu. Dobrze uczynicie, jeżeli powstrzymacie się od tego. Bywajcie zdrowi!” (Dz 15,1-2.22-29).

Marcin spotkał Roberta w samolocie, lecącym do Nowego Jorku. Obydwaj po raz pierwszy wybierali się do Stanów Zjednoczonych. Robert zostawił w Polsce żonę i dwójkę dzieci. W Nowym Jorku mieszkała jego siostra z rodziną. Miał zatem gdzie zamieszkać. Zapewne dlatego miał lepszy humor niż Marcin, który leciał tutaj na fikcyjne zaproszenie i miał tylko słowne zapewnienie, dalekiego znajomego, że pomoże mu w załatwieniu mieszkania i pracy. Zdecydował się na ten wyjazd z tych samych powodów jak wielu innych; chciał trochę zarobić i wrócić do żony i syna. W samolocie, po opróżnieniu kilku lotowskich buteleczek z alkoholem stali się weselsi, a na lotnisku rozstawali się jak dobrzy przyjaciele. Na pożegnanie Marcin powiedział: „Może się jeszcze zobaczymy”.

Rzeczywiście po roku, przypadkowo spotkali się na Greenpoincie. Wstąpili do restauracji. Z opowieści Marcina można było wnioskować, że wiedzie mu się wspaniale. Prowadzi bardziej beztroskie i radośniejsze życie niż Robert. Tu poczuł się naprawdę wolny. Zarobione pieniądze wystarczają na życie w miarę dostatnie. Ma wspaniałych kumpli, z którymi coraz częściej zagląda do kieliszka. I co najważniejsze, nikt go nie upomina. Rodzina została daleko w Polsce.  Przez telefon zapewnia, że tęskni za nimi, że nie może doczekać się powrotu do Polski. A w rzeczywistości jest inaczej. Mieszka już z drugą kobietą. Najchętniej zapomniałby o swoich związkach z Polską. Coraz rzadziej wysyła pieniądze dla żony i syna, z coraz większą niechęcią dzwoni do Polski. Robert myśli i postępuje inaczej, nie bez wpływu jest tu baczne oko siostry. Pracuje, odkłada pieniądze, tęskni za rodziną, którą chce sprowadzić do Nowego Jorku.

Po dłuższej rozmowie rozstali się ze słowami: „Do zobaczenia”. Prawdopodobnie te ostatnie słowa nie spełniły się nigdy. W beztroskim życiu Marcina było co raz więcej alkoholu. W pracy coraz krócej zagrzewał miejsce. Kobiety przychodziły i odchodziły. Kumple szukali go wtedy, gdy był przy groszu, ale tego coraz częściej brakowało. W trzy lata po przyjeździe do Stanów, Marcin zamroczony alkoholem usnął w domu z papierosem w ustach. Wrócił do domu, do żony i syna w podwójnej trumnie. Do nadpalonych rąk włożono mu różaniec. Zaś Robert w ciągu tych trzech lat sprowadził do Nowego Jorku swoją rodzinę. Nie jest tu łatwo, ale są wszyscy zadowoleni. Dziś Robert wie lepiej niż wcześniej, że warto było żyć według norm wyniesionych z domu, a których zachowanie związane było z pewnym poświęceniem.

Brzmi to jak wymyślona, umoralniająca historia. Ale ten kto zna z własnego doświadczenia opisywaną rzeczywistość wie, że tak bywa. Może tylko poukładałem te wydarzenia według myśli, która zrodziła się, gdy czytałem zacytowany na wstępie fragment Ewangelii. Daleki jestem od ostatecznego osądzania tych dwóch mężczyzn, ten osąd należy do Boga. Ale szukając mądrości życia nie można nie zważyć związku takich zdarzeń z nauką Ewangelii. W tej perspektywie, tragiczny koniec Marcina był wynikiem niedostatecznego umiłowania Chrystusa. Po raz kolejny dochodzimy do stwierdzenia, że kształt naszego życia zależy od kształtu naszej miłości Boga. Jaki zatem ma kształt miłość do Boga? Chrystus mówi: „Jeśli mnie kto miłuje, będzie zachowywał moją naukę”. A więc nie możemy mieć żadnych wątpliwości, co to znaczy kochać Chrystusa. Kochać, to zachowywać Jego naukę. Z tą miłością związana jest konieczność poznania nauki zawartej w Biblii. Jeśli jej nie znamy, jakże możemy według niej żyć. Według zasad tej nauki możemy zbudować cywilizację miłości i harmonijnego współżycia. Jest to także droga osiągnięcia świata, do którego Chrystus otworzył drzwi przez swoje zmartwychwstanie.

W szukaniu kształtu naszej miłości niepowtarzalne miejsce zajmuje miłość matki. Wspominam o tym, nie tylko ze względów osobistych i związku z tematem rozważań, ale także dlatego, że ta niedziela stoi prawie pośrodku obchodów Dnia Matki w Stanach Zjednoczonych i Polsce. O tej miłości chcę opowiedzieć słowami przypowieści pt. „Twój anioł”.

Chłopiec, oczekując dnia narodzin zwraca się do Boga: „Jutro posyłasz mnie na ziemię, ale jak ja tam będę żył; jestem zbyt mały i bezbronny?”. Bóg odpowiedział: „Z pośród wielu aniołów wybrałem jednego dla ciebie. Twój anioł będzie czekał na ciebie i zaopiekuje się tobą”.

Chłopiec pyta dalej: „Ale powiedz mi, co będę tam robił? Tutaj w niebie nic nie robię, tylko śmieję się i śpiewam ze szczęścia”. Bóg powiedział: „Twój anioł będzie śpiewał dla ciebie i będzie się uśmiechał do ciebie każdego dnia. Będziesz czuł jego miłość, a nieogarnione szczęście wypełni twoje serce”.

Ponownie chłopiec pyta: „Jak ja zrozumiem ludzi, którzy będą mówić do mnie nieznanym językiem?”. Bóg odpowiedział: „Od twego anioła usłyszysz wiele cudownych i serdecznych słów, jakich nigdy nie słyszałeś. Z wielką cierpliwością i troską będzie cię uczył jak je wymawiać”.

„Co powinienem zrobić, gdy zechcę porozmawiać z Tobą?”. Bóg odpowiedział: „Twój anioł złoży twoje rączki i będzie się modlił z tobą”.

„Słyszałem, że na ziemi jest wielu złych ludzi. Kto mnie obroni przed nimi?” Bóg powiedział: „Twój anioł będzie cię bronił, gotowy oddać życie za ciebie”.

„Ale ja zawsze pozostanę smutny, bo nigdy Cię już nie zobaczę”. Bóg powiedział: „Twój anioł zawsze będzie ci mówił o mnie i pokaże ci drogę, którą wrócisz do mnie, chociaż ja i tak zawsze będę przy tobie”.

W niebie zapanowała cisza, a na ziemi dało się słyszeć głosy, i wtedy chłopiec pośpiesznie zapytał: „Boże, jeśli już muszę opuścić niebo, to powiedz mi jakie jest imię mojego anioła?”.

„Jej imię nie jest ważne. Będziesz ją po prostu wołał Mamo” (z książki Nie ma innej Ziemi Obiecanej).

 

ŚWĘTY TOMASZ MORUS

Uniósł mnie anioł w zachwyceniu na górę wielką i wyniosłą, i ukazał mi Miasto Święte, Jeruzalem, zstępujące z nieba od Boga i mające chwałę Boga. Źródło jego światła podobne do kamienia drogocennego, jakby do jaspisu o przejrzystości kryształu: Miało ono mur wielki a wysoki, miało dwanaście bram, a na bramach dwunastu aniołów i wypisane imiona, które są imionami dwunastu pokoleń synów Izraela. Od wschodu trzy bramy i od północy trzy bramy, i od południa trzy bramy, i od zachodu trzy bramy. A mur Miasta ma dwanaście warstw fundamentu, a na nich dwanaście imion dwunastu Apostołów Baranka. A świątyni w nim nie dojrzałem: bo jego świątynią jest Pan Bóg wszechmogący oraz Baranek. I miastu nie trzeba słońca ni księżyca, by mu świeciły, bo chwała Boga je oświetliła, a jego lampą jest Baranek. (Ap 21,10-14.22-23).

5 listopada 2000 roku, w czasie rozważań przed modlitwą Anioł Pański papież Jan Paweł II powiedział: „Przed końcowym błogosławieństwem pragnę podziękować wszystkim, którzy przyczynili się do przygotowania tego jubileuszowego spotkania. Wszystkich raz jeszcze zachęcam, aby starali się pogłębiać i szerzyć wiedzę o świętym Tomaszu Morusie, nowym patronie rządzących i polityków. Wybór tej postaci jest naprawdę niezwykle trafny: Tomasz Morus wyrażał bowiem w pełni swą chrześcijańską tożsamość żyjąc w świecie – jako mąż, przykładny ojciec i światły mąż stanu. Ten człowiek o nieskazitelnej postawie moralnej, aby dochować wierności Bogu i własnemu sumieniu, wyrzekł się wszystkiego: zaszczytów, więzi rodzinnych, nawet samego życia. Zyskał jednak dobro najcenniejsze – Królestwo Niebieskie i stamtąd czuwa nad tymi, którzy służą ofiarnie ludzkiej rodzinie, pracując w instytucjach państwowych i politycznych”.

Słyszałem kiedyś powiedzenie, że dobry polityk to taki, który co innego myśli, co innego mówi i jeszcze co innego robi. Jednym słowem tylko ktoś zakłamany może być dobrym politykiem. Z doświadczenia wiemy, że takich polityków nie brakuje. Co kilka dni świat jest wstrząsany skandalami wywołanymi przez rządzących. Żonglując kłamstwem sprzedają prawdę za judaszowe srebrniki, okradają własne narody, pogrążają w wojnach całe regiony świata. Pod przykrywką szczytnych haseł demokracji zniewalają inne narody. Dlatego potrzebny jest politykom patron, który kieruje się prawym sumieniem nie układa się z diabłem. Takim człowiekiem jest św. Tomasz Morus, z łacińska zwany Morusem. Jego prawość w polityce wyrastała z wierności bożym przykazaniom. Zaś wierność wypływa z umiłowania Boga ponad wszystko.

Tomasz Morus urodził się 7 lutego 1478 r. w Londynie jako syn szanowanego mieszczanina. Kiedy miał 12 lat umieszczono go na dworze kardynała Mortona, który sprawował równocześnie urząd królewskiego kanclerza. Pod naciskiem ojca 16-letni Tomasz zapisał się na studia prawnicze, które otwierały drogę do kariery urzędniczej. Po ukończeniu studiów Tomasz stał się wziętym adwokatem. Wkrótce został wybrany do parlamentu. I tu, na samym początku naraził się królowi Henrykowi VIII, który próbował wymóc na Wysokiej Izbie nałożenie na poddanych dodatkowego podatku. Tomaszowi wydało się to niesłuszne, więc wygłosił mowę, po wysłuchaniu której deputowani odrzucili żądania władcy. Niebawem doświadczył konsekwencji swego sprzeciwu. Otóż król nakazał aresztowanie ojca Morusa. Syn musiał go wykupić za ogromną kwotę, a potem dla pewności zniknąć z oczu monarchy. Nie z lęku, ale z potrzeby duszy zamieszkał w klasztorze kartuzów, prowadząc zakonny styl życia.

Po czterech latach stwierdził, że życie zakonne nie jest jego powołaniem. Wrócił do świata i poślubił siedemnastoletnią Jane Colt. Małżonkowie zamieszkali w wiejskim domku w Bucklersbury pod Londynem. Były to najszczęśliwsze lata w jego życiu. Szczęście nie trwało jednak długo. Zmarła ukochana żona, zostawiając go z czwórką małych dzieci. Ze względu na nie, Tomasz zdecydował się na ponowny ślub z Alicją Middleton, starszą od niego o siedem lat. Alicja była dobrą i zapobiegliwą kobietą, ale zrzędą. Morus zaradził temu swoim poczuciem humoru. Nauczył ją grać na flecie i kilku innych instrumentach, co łagodziło trudny charakter żony. Tomasz bardzo kochał swoje dzieci. W liście z więzienia napisał: „Pocałunków dałem wam wiele, a uderzeń mało. A jeśli was biłem, to ogonem pawia. Dzieci, moje drogie, kocham was nieskończenie więcej niż tylko dlatego, że jesteście dziećmi, które zrodziłem”.

W 1510 roku Tomasz objął urząd sędziego do spraw cywilnych. Zawiedli się na nim ludzie, którzy głosili tezę, że każdego można kupić, trzeba tylko znać cenę. Nie było ceny, za którą Tomasz sprzedałby swoje sumienie. Pewnego razu ktoś przysłał mu wypełnioną złotymi monetami rękawicę, Morus ostentacyjnie wysypał pieniądze na ręce posłańca, a zatrzymał tylko rękawicę. Podobnie postąpił z drogocennym pucharem pełnym wina. Trunek wypił, podziękował i zwrócił naczynie. „Gdyby miał rozsądzić między własnym ojcem a diabłem, a słuszność miałby ten drugi, przyznałby rację diabłu” – mówiono o Tomaszu.  Król Henryk VIII w uznaniu zasług Morusa, w roku 1521 nadał mu tytuł szlachecki. W niedługim czasie mianował go przewodniczącym sądu oraz tajnym radcą. Teraz zaczęły sypać się na Tomasza coraz to nowe wyróżnienia i godności: zarządcy uniwersytetu oksfordzkiego i łowczego królewskiego, wreszcie godność najwyższa w państwie – kanclerza. Była ona marzeniem wielu, ale nie Tomasza, któremu nie zależało na zaszczytach. „Nikt dotąd nie zadał sobie tyle trudu, żeby się na dwór dostać, ile on, żeby tego uniknąć” – pisał Erazm z Rotterdamu. Pod naciskiem króla, Tomasz ostatecznie przyjął tę godność. Kiedy król wręczał mu kanclerski pierścień, Morus powiedział: „Najpierw Bóg, potem król”. Wraz z rządami Morusa skończyły się łapówki i protekcje. Nastał ciężki czas dla karierowiczów. W krótkim czasie Tomasz uporał się z wieloletnimi zaległościami w królewskiej kancelarii. Henryk VIII był pełen uznania dla pracy nowego kanclerza.

Sprawy zaczęły się komplikować, gdy Henryk VIII, nie mogąc się doczekać męskiego potomka, chciał uzyskać w Rzymie orzeczenie, że jego małżeństwo z Katarzyną Aragońską było nieważne. Takiego orzeczenia nie otrzymał. Teraz wypadki potoczyły się szybko. Henryk zerwał z Rzymem, sam ogłosił się głowę Kościoła w Anglii. A zatem sam mógł ustanawiać prawa kościoła. Wszyscy poddani zostali wezwani do złożenia przysięgi na wierność królowi, co równało się deklaracji zmiany wyznania. Prawie wszyscy biskupi, kapłani, szlachta, nie mówiąc o zwykłych podanych taką przysięgę złożyli. Odmówili tylko niektórzy zakonnicy, jeden biskup i jeden człowiek świecki – Tomasz Morus, który na znak protestu zrzekł się urzędu kanclerza. Pomimo nalegań, nie wziął udziału w ślubie ani w koronacji kochanki króla, Anny Boley. Nie podpisał też aktu supremacji ani nie złożył królowi przysięgi jako głowie Kościoła w Anglii. Uznano to za zdradę stanu i aresztowano Tomasza.

Dnia 1 lipca 1535 r. nad aresztowanym odbył się sąd. Tomasz wygłosił płomienną mowę o bezprawności takiego wyroku. Na koniec, kiedy sędziowie zapytali Morusa, czy ma jeszcze coś do powiedzenia, odparł żartobliwie: „Nie mam, moi Panowie, nic więcej do powiedzenia, jak tylko przypomnienie, że chociaż do najżarliwszych wrogów św. Szczepana należał Szaweł, pilnujący szat kamienujących go oprawców, to jednak obaj są ze sobą w zgodzie w niebie. Mam nadzieję, że i my tam się zobaczymy”. Sentencja wyroku sądu brzmiała: „Ma być włóczony po ziemi, potem powieszony, ale odcięty zanim się udusi. Brzuch ma mieć rozpruty, wnętrzności wycięte, następnie ma być poćwiartowany, a części jego ciała powieszone na czterech bramach miasta, głowa zaś na Moście Londyńskim”.

Tomasz Morus nie pragnął męczeństwa. Nie był pewny, czy zdoła je unieść. „Ale jeżeli Bóg mnie ku niemu poprowadzi, ufam, że w swoim miłosierdziu nie odmówi mi swojej pomocy” – napisał w więzieniu. Z wielkim spokojem czekał na wykonanie wyroku, zachowując przy tym poczucie humoru. Kiedy w czasie pobytu w więzieniu wyrosła mu broda i chciano mu ją obciąć przed egzekucją, Morus powiedział: „Broda jest zupełnie niewinna. Przecież urodziła się w więzieniu i nie mogła popełnić przestępstwa”. Egzekucję Tomasza wyznaczono na 6 lipca. Przed śmiercią, w czasie odwiedzin, córka powiedziała do niego: „Nie martw się tato, 6 lipca zostanie ogłoszony świętem św. Tomasza Morusa”. Tak mocno wierzyła w prawdę głoszoną przez ojca. Jej prorocze słowa spełniły się w 1886 r., gdy papież Leon XIII wyniósł Tomasza na ołtarze.

Były kanclerz został ścięty bez tortur, król bowiem, z uwagi na dawną przyjaźń, złagodził wyrok. U stóp rusztowania Tomasz Morus żegnał się z rodziną. Wcześniej jednej z córek oddał włosiennicę, którą zawsze nosił pod bogatym ubraniem. Ukląkł przed nim syn, prosząc o błogosławieństwo. Tomasz położył drżące ręce na jego głowie i uczynił znak krzyża. Egzekucja odbywała w słoneczne popołudnie. Na plac wyległy tłumy mieszczan, by po raz ostatni ujrzeć szanowanego przez nich kanclerza. Tomasz wstępując na szafot powiedział do króla: „Kiedy obejmowałem urząd kanclerza prosiłeś mnie królu, bym wpierw słuchał Boga a potem Ciebie, a dziś ginę za to, że wpierw słuchałem Boga, a potem Ciebie…” Następnie spokojnym wzrokiem spojrzał na zebranych, mówiąc: „Módlcie się, abym umarł wierny wierze katolickiej. I aby król wierny tej wierze umarł”. Kiedy wchodził po stopniach na szafot, poprosił oficera o pomoc. „Z powrotem dam sobie radę sam” – zażartował (z książki Wypłynęli na głębię).

 

ZAMĘT W DUSZACH

Apostołowie mieli jeszcze w pamięci żywy obraz Chrystusa wstępującego do nieba, a już pojawiły się spory między Jego wyznawcami. W Dziejach Apostolskich czytamy. „Ponieważ dowiedzieliśmy się, że niektórzy bez naszego upoważnienia wyszli od nas i zaniepokoili was naukami, siejąc wam zamęt w duszach”. Chrześcijanie tzw. żydujący głosili że poganie przyjmujący chrzest powinni zachować prawo Mojżeszowe, łącznie z obrzezaniem. Inni zaś, w tym Paweł i Barnaba uważali, że nie ma potrzeby takiej potrzeby, ponieważ warunkiem przyjęcia nowej religii nie jest zachowanie Prawa Mojżeszowego, ale osobista wiara w Jezusa. Na tym tle zaczęło dochodzić do sporów i zatargów między zwolennikami jednej i drugiej opinii, a to utrudniało pracę apostolską i podważało wiarygodność Apostołów i głoszonej przez nich nauki. Problem narastał, groził rozłam chrześcijaństwa już w zaraniu jego istnienia.

W związku z zaistniałą sytuacją w antiocheńskiej gminie chrześcijańskiej „postanowiono, że Paweł i Barnaba, i jeszcze kilku spośród nich udadzą się w sprawie tego sporu do Jerozolimy, do Apostołów i starszych”. Św. Łukasz, autor Dziejów Apostolskich mówi o długich dyskusjach na ten temat. Te dyskusje podsumował św. Piotr. Upoważniały go do tego słowa skierowanie do niego przez Chrystusa: „A ja ci powiadam, że ty jesteś Piotr, i na tej opoce zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne nie przemogą go. I dam ci klucze Królestwa Niebios, i cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane i w niebie, a cokolwiek rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane i w niebie”. To między Piotrem a Jezusem miał miejsce ten dialog: „Szymonie, synu Jana, czy miłujesz Mnie?” Odparł Mu: „Tak, Panie, Ty wiesz, że Cię kocham”. Rzekł do niego: „Paś owce moje!”. Nikt nie miał wątpliwości, że Jezus powierzył Piotrowi i jego następcom wyjątkowe miejsce w swoim Kościele. Piotr świadom powierzonej mu władzy przez Chrystusa zakończył ten spór słowami: „Dlaczego teraz Boga wystawiacie na próbę, wkładając na uczniów jarzmo, którego ani ojcowie nasi, ani my sami nie mieliśmy siły dźwigać. Wierzymy przecież, że będziemy zbawieni przez łaskę Pana Jezusa tak samo jak oni”. Słowa św. Piotra były dyktowane przez niewidzialnego „uczestnika” tego zgromadzenia. W Dziejach Apostolskich czytamy: „Postanowiliśmy… Duch Święty i my”. To spotkanie apostołów i uczniów Pańskich w latach 49/50 jest nazywane Soborem Jerozolimskim. Dzięki przyjęciu przez chrześcijan decyzji tego Soboru usunięto zamęt wśród wiernych i ocalono pierwszą wspólnotę wiernych przed rozłamem.

Na początku IV wieku doszło poważnego zamętu w Kościele aleksandryjskim, a to za sprawą Ariusza, miejscowego kapłana, uzdolnionego mówcy, poety. Znanego także z ascetycznego stylu życia. Ariusz odrzucił dogmat Trójcy Świętej, zanegował boskość Chrystusa. Głosił, że Jezus został stworzony przez Ojca, a zatem nie jest odwieczny. Te poglądy nie były zgodne z nauczaniem Kościoła i zostały potępione przez miejscowego biskupa. Ariusz miał duże umiejętności nawiązywania kontaktów z ludźmi i siłę przekonywania, stąd też jego błędy siały zamęt wśród wiernych i stały się zagrożeniem jedności wspólnoty chrześcijańskiej. Aby zapobiec rozszerzaniu się błędnej nauki zwołano w roku 325 Sobór w Nicei, na który przybyło 318 biskupów. Poglądy Ariusza zostały potępione. Jednak Ariusz wraz ze swoimi zwolennikami nie podporządkował się uchwałom Soboru. I tak powstał jeden z pierwszych groźnych rozłamów w Kościele Chrystusowym. A później co raz pojawiali się nowi ludzie, którzy na swój sposób interpretowali nauczanie Chrystusa, pomijając autorytet wiary i władzę powierzoną św. Piotrowi, apostołom i ich następcom. Brak tego odwołania sprawił, że dziś mamy tysiące różnych wyznań, powołujących się na naukę Chrystusa. Nauczanie samozwańczych autorytetów, często jest sprzeczne ze sobą i wprowadza zamęt wśród wyznawców Chrystusa.

W ramach samego Kościoła katolickiego pojawiają się ludzie, którzy przez szerzenie pewnych pism, wprowadzają zamęt wśród wiernych. W dzisiejszych czasach pojawia się wiele książek, pism, które mogą stać się powodem zamętu w naszej duszy. Nie tak dawno wpadła mi do rąk, rozprowadzana wśród wiernych broszura pt. „Dusza dziecka nienarodzonego. Życie pozagrobowe. V stopień czyśćca”. Takich bzdur chyba nigdy nie czytałem. A nauka zawarta w tej broszurze, to czysta herezja. Nie wiem skąd jest wzięta nauka o V stopniu czyśćca dla dusz dzieci nienarodzonych. Aby nadać powagę temu nauczaniu, anonimowy autor wspomnianej broszury odwołuje się na samym początku do duchowego autorytetu: „Ponieważ pewna dusza z V stopnia czyśćca w szybkim czasie skończyła tę książkę, poprosiłam służebnika Bożego, Ojca Pio o napisanie przedmowy do tej książki pt. „Życie pozagrobowe”. Nie brakuje w tej broszurze relacji graniczących z horrorem. Oto fragment opowieści duszy z V stopnia czyśćca: „Już narzędzia zbrodni były przygotowane. Mamusia dostała zastrzyk żeby nie czuła bólu, mnie natomiast lekarz nie dał zastrzyku. Mnie wyrywał kawałkami bez znieczulenia. Ukrywałam się w mamusi łonie, ale nic to nie pomogło. Złapał za rączkę i wyrwał ją…”. Takie książki nie mają nic wspólnego z nauką Kościoła, a tak bardzo poważny problem, jakim jest aborcja po prostu ośmieszają. Dlatego za nim weźmiemy jakąś książkę do ręki, polecimy drugiemu człowiekowi warto wiedzieć o czym ona jest, kto jest autorem, kto wydał książkę, a jeśli książka porusza istotne problemy wiary i moralności winna mieć pozwolenie władzy kościelnej. To pozwolenie często przybiera formę imprimatur (zezwolenie na druk właściwej władzy kościelnej).

W Ewangelii na dzisiejszą niedzielę Chrystus mówi: „Jeśli Mnie kto miłuje, będzie zachowywał moją naukę”. Miłość, to istota Dobrej Nowiny, nauczania Chrystusa. Tę miłość wyrażamy przez postępowanie według nauki Chrystusowej, dlatego tak ważne jest, aby docierała ona do nas bez skażenia ludzkim błędem. Chrystus obiecuje swoim wyznawcom Ducha św., który pouczy o całej prawdzie: „A Pocieszyciel, Duch Święty, którego Ojciec pośle w moim imieniu, On was wszystkiego nauczy i przypomni wam wszystko, co wam powiedziałem”. W mocy Ducha św., który towarzyszył apostołom w czasie Soboru Jerozolimskiego, nie tylko właściwie odczytamy naukę Chrystusa, ale także otrzymamy mądrość, jak przesączyć tą nauką naszą codzienność. (z książki Bóg na drogach naszej codzienności).

 

NAJWAZNIEJSZY POKOÓJ SERCA

Starożytni Rzymianie mówili: „Jeśli chcesz pokoju, szykuj się do wojny”. Ta maksyma ma do dzisiaj wielu zwolenników. Prawie każdy kraj szykuje się do wojny. Odbiera się nieraz umierającym z głodu dzieciom ostatnią kromkę chleba, aby mieć pieniądze na produkcję najnowocześniejszej broni, która będzie wydajniejsza w zabijaniu ludzi. Jednak to szykowanie się do wojny wcale nie gwarantuje pokoju. Każdego dnia świat jest wstrząsany krwawymi konfliktami. Równowaga sił, uzbrojenia, szczególnie atomowego, czy inaczej, równowaga strachu, powstrzymuje nieraz ludzi od wywoływania wojny, ale wcale to nie znaczy, że ludzie żyją w pokoju. Prawdziwy pokój to coś więcej niż brak wojny. Cóż to za pokój, gdy przeciwnicy nie walczą ze sobą, ale boją się wzajemnie. Strach niszczy pokój.

Prawdziwy pokój zaczyna się we wnętrzu człowieka. Mając go w sobie można go budować w zewnętrznym świecie. Pokój wewnętrzny człowieka decyduje o jego szczęściu. Czy zatem wewnętrzny pokój, który czyni nas szczęśliwymi i ogarnia naszych najbliższych może mieć jakikolwiek wpływ na zachowanie pokoju w świecie? Oczywiście, że tak. Budowanie wewnętrznego pokoju jest jakby zapalaniem świeczki we wszechogarniającej nas ciemności. Nie rozświetli ona całego świata, ale rozproszy ciemność w najbliższym otoczeniu. Gdy będzie przybywać tych świeczek, wtedy ciemności niepokoju i zła będzie mniej. Znane są w historii przypadki, kiedy to masowe protesty skutecznie przeciwstawiły się zakusom wojennych oprawców, którzy znaleźli się przy władzy.

Podstawą wszelkiego pokoju na świecie jest pokój naszego wnętrza. Mając go w sobie, możemy obdarzać nim innych. Kto nie ma tego pokoju w sobie a chce go dawać innym jest podobny do człowieka, który rozdaje pieniądze z pustego portfela. A zatem czym jest ten wewnętrzny pokój, gdzie jest jego źródło? Anonimowy autor wymienia czynniki warunkujące pokój serca, umysłu i duszy: 1. Uwolnij się od podejrzeń i urazów. Pielęgnowanie w sobie urazów i zazdrości jest głównym źródłem nieszczęścia. 2. Nie żyj przeszłością. Powracanie i rozważanie dawnych błędów i niepowodzeń prowadzi do depresji. 3. Nie marnuj czasu i energii na walkę z tym czego nie jesteś w stanie zmienić nawet w najmniejszym stopniu. Staraj się współpracować ze światem zamiast uciekać od niego. 4. Nie wycofuj się z życia. Nie ulegaj pokusie ucieczki i odseparowania się od ludzi w czasie emocjonalnego stresu. 5. Unikaj litowania się nad sobą gdy życie jest dla ciebie bardzo trudne. Zauważ, że każdy w życiu doświadcza cierpienia i nieszczęścia. 6. Rozwijaj staromodne cnoty, jak miłość, współczucie i lojalność. 7. Nie oczekuj zbyt wiele dla siebie. Jeśli będzie zbyt wielka rozbieżność między twoimi oczekiwaniami a możliwościami ich realizacji zrodzi to w tobie poczucie niskiej wartości. 8. Uwierz w coś co przewyższa ciebie. Egoistyczne skoncentrowanie się na sobie nigdy nie da ci poczucia szczęścia takiego jakiego oczekujesz.

Powyższe rady mogą być użyteczne, ale nie wystarczające do zbudowania pokoju, „szalom” o jakim mówi Biblia. Ten pokój można zbudować tylko w Bogu. W.H. Griffith w książce „The Power of Peace” wprowadza nas w problem tak pojmowanego pokoju. 1. Istotą tego pokoju jest: a) spokojne sumienie. b) spokojny umysł. c) poddanie się woli Bożej. d) serce pełne nadziei. e) miłość i życzliwość dla bliźniego. 2. Źródłem tego pokoju jest: a) pokój z Bogiem. b) świadomość, że Bóg jest dawcą pokoju. c) świadomość, że Chrystus jest Panem pokoju. 3. Pokój przychodzi do nas przez Chrystusa: „A sam Pan pokoju niech was darzy pokojem zawsze i we wszelaki sposób” (2 Tes 3, 16). 4. Czas trwania pokoju: zawsze obdarzaj nim bliźniego. 5. Sekret pokoju tkwi w Chrystusie: „A sam Pan pokoju niech was darzy pokojem…”. Prawdziwego pokoju możemy doświadczyć w bliskości Boga. Świadomość obecności Boga przy nas daje nam poczucie bezpieczeństwa, wewnętrznego pokoju. Sami jesteśmy nieraz bezradni wobec otaczającej nas rzeczywistości, szczególnie wobec przemijania i śmierci. W bliskości Boga przezwyciężamy te lęki i przygotowujemy miejsce dla bożego pokoju w nas.

Zapewne taki pokój rodził się u Apostołów przebywających w bliskości Chrystusa. Został on jednak w czasie Ostatniej Wieczerzy wystawiony na wielką próbę. Jezus mówił o swoim odejściu. Apostołowie są przerażeni tą perspektywą. A wtedy Jezus powiedział im, aby się nie lękali, bo pośle im Pocieszyciela, Ducha Świętego. Nawiązuje do tego Brat Roger, założyciel Wspólnoty z Taizé w swoim niedokończonym liście napisanym z okazji 28 Europejskiego Spotkania Młodych w Mediolanie. Nie dokończył tego listu, ponieważ został zamordowany. Pisze w nim między innymi: „W małej wiosce w górach, gdzie się urodziłem, obok naszego domu mieszkała liczna, bardzo biedna rodzina. Matka nie żyła. Jeden z chłopców, trochę młodszy ode mnie, często do nas przychodził, kochał moją mamę jak własną. Któregoś dnia dowiedział się, że wyjeżdżają z wioski i zupełnie nie mógł tego zrozumieć. Jak pocieszyć dziecko pięcio – albo sześcioletnie? To było tak, jakby brakowało mu niezbędnego dystansu, żeby wytłumaczyć sobie taką rozłąkę. Krótko przed śmiercią Chrystus obiecał swoim uczniom, że zostaną pocieszeni – pośle im Ducha Świętego, który będzie dla nich wspomożycielem i pocieszycielem i zostanie z nimi na zawsze. W sercu każdego człowieka także dziś mówi cicho: „Nigdy nie zostawię cię samego, poślę ci Ducha Świętego. Nawet kiedy ogarnia cię głęboka rozpacz, Ja jestem przy tobie”.  W mocy Ducha Świętego Apostołowie byli w stanie przyjąć pokój Chrystusa: „Pokój zostawiam wam, pokój mój daję wam. Nie tak jak daje świat. Ja wam daję”.

Szalom, hebrajskie słowo pokój używane w Biblii ma bardzo głębokie i religijne znaczenie. Oznacza ono doskonałą harmonię istnienia, należną tylko Bogu. Przez doskonałą wspólnotę z Bogiem ten pokój staje się naszym udziałem. Chrystus, który stanowi jedność z Ojcem jest dawcą tego pokoju. Ten pokój nie jest zależny od powodzenia materialnego, czy nawet zdrowia. Zasadniczym elementem tego pokoju jest prawość. Bez niej nie ma prawdziwego pokoju. Boży pokój jest owocem miłości, która harmonijnie układa nasze relacje z Bogiem i bliźnimi. A zatem niegodziwi nie mogą go posiąść. Także o własnej mocy nie jesteśmy w stanie go osiągnąć. Pokój jest darem Boga. I jako taki jest dany tym, którzy w Bogu złożyli swoją nadzieję.

Po zmartwychwstaniu Jezus ukazał się Apostołom i powiedział: „Pokój wam”. I wtedy rozpacz Apostołów zmieniła się w nadzieję, smutek w radość. Takiego pokoju nie może dać nam świat, ale też i nie może zabrać. Możemy go doświadczać w świecie rozdzieranym konfliktami, złem i nienawiścią. Ten pokój jest darem Boga dla nas oraz ma być naszym darem dla innych (z książki W poszukiwaniu mądrości życia).

 

DAR POKOJU

Kardynał Joseph Bernardin arcybiskup Chicago, w sierpniu roku 1996 dowiedział się, że nowotwór powrócił i został mu krótki okres życia. I rzeczywiście zmarł po dwóch miesiącach. W czasie tych miesięcy napisał książkę pt. „Dar pokoju”, w której opisuje trzy ostanie lata życia naznaczone walką z nowotworem. Wyznał, że najtrudniejszym przeżyciem minionych trzech lat było oskarżenie go przez młodego człowieka Stevena Cook o molestowanie seksualne, które szeroko rozpowszechniły media. Kardynał tak wspomina ten trudny moment: „Czułem się głęboko upokorzony, dowiadując się z rozmów telefonicznych, że zarzuty przeciwko mnie okrążyły już świat. Moi doradcy nakłaniali mnie do wydania oświadczenia dla prasy i telewizji, gdy tymczasem furgonetki reporterów parkowały coraz gęściej na ulicy, co obserwowałem z okien swojego biura”. W ciągu kilku dni kardynał uczestniczył w 15 konferencjach prasowych, na których powtarzał, że jest niewinny. Jednak te słowa o niewinności nie wystarczyły. Rozpoczął się proces sądowy. Gdy Bernardin nie chciał finansować kosztów wynajęcia adwokatów z kasy archidiecezji, wtedy kilka prestiżowych kancelarii adwokackich zadeklarowało bezpłatną obronę. Oskarżyciele nie dysponowali żadnymi wiarygodnymi dowodami. 28 lutego 1994 r. Cook wycofał akt oskarżenia, co kardynał skomentował słowami: „Wiedziałem, że Steven to zagubiona owca, a ja – jako pasterz – musiałem ją odnaleźć”. Bernardin od początku podejrzewał, że padł ofiarą manipulacji. To adwokat namówił Stevena, przekonując go, że oskarżając duchownego tak wysokiej rangi otrzyma wyże odszkodowanie.

Po zakończeniu procesu kardynał skontaktował się z matką swego oskarżyciela, dowiedział się od niej, że jej syn jest umierający na AIDS i już od dawna chciał z nim porozmawiać. Do spotkania doszło w grudniu 1994 r., w kampusie seminarium św. Karola Boromeusza w Filadelfii. W czasie spotkania Steven prosił o przebaczenie. W czasie spotkania kardynał wręczył mu Biblię ze słowami wybaczenia oraz pokazał kielich, który liczył sobie ponad sto lat. Kielich ofiarował pewien mężczyzna z prośbą, aby kardynał używał go w czasie Mszy św. w intencji Stevena. Kardynał uczynił zadość tej prośbie. Bernardin wspomina, że to spotkanie było najważniejszym i niezapomnianym doświadczeniem pojednania w cały jego kapłańskim życiu. Przyjaźń między Bernardinem a Cookiem trwała aż do śmierci Stevena we wrześniu 1995.  Rok później, 14 listopada 1996 roku odszedł do Pana kardynał. Kilkanaście dni przed śmiercią zanotował: „Kiedy wypełnia nas pokój wewnętrzny, odnajdujemy wolność, by w pełni być sobą, nawet w najtrudniejszych chwilach”. Kilkanaście dni przed śmiercią Bernardin zanotował: „Kiedy wypełnia nas pokój wewnętrzny, odnajdujemy wolność, by w pełni być sobą, nawet w najtrudniejszych chwilach”.

Taki pokój przynosi nam Jezus, który mówi do apostołów: „Pokój zostawiam wam, pokój mój daję wam. Nie tak jak daje świat, Ja wam daję”. A zatem pokój Chrystusowy jest odmienny od światowego. Światowy pokój oparty jest na równowadze strachu. Zasoby broni masowego zniszczenia są tak ogromne, że wystarczyłyby na kilkakrotne unicestwienie ludzkości. Pokój budowany na lęku jest zaprzeczeniem prawdziwego pokoju, który sięga duszy człowieka. Pokój budowany na takim fundamencie jest nietrwały, dlatego co pewien czas cała ludzkość pogrąża się w konflikcie o zasięgu globalnym. Mówi o tym św. Jan Paweł II: „Pokój jest nie tylko pozorną równowagą rozbieżnych interesów materialnych – co stawiałoby go w kategoriach ilości i rzeczy – co raczej, w swej najgłębszej rzeczywistości, dobrem z samej istoty ludzkim, właściwym ludzkim podmiotom, a więc dobrem natury intelektualnej i moralnej, owocem prawdy i cnoty. Jest on wynikiem dynamizmu wolnej woli ludzkiej, kierującej się rozumem, ku dobru wspólnemu, które osiąga się w prawdzie, sprawiedliwości i miłości. Ten porządek intelektualny i moralny opiera się właśnie na decyzji ludzkiego sumienia w poszukiwaniu harmonii we wzajemnych stosunkach, w poszanowaniu powszechnej sprawiedliwości dla wszystkich, a więc w poszanowaniu fundamentalnych praw ludzkich, właściwych każdemu człowiekowi. Nie można zrozumieć, jak ten porządek moralny mógłby pominąć Boga – pierwsze źródło bytu, najistotniejszą prawdę i najwyższe dobro. W tym właśnie sensie pokój pochodzi od Boga, jako swego źródła: jest darem Boga”.

Ewangelia na dzisiejszą niedzielę mówi, że ten dar przynosi świadomość, że Chrystus jest obecny w naszym życiu: „Niech się nie trwoży serce wasze ani się nie lęka. Słyszeliście, że wam powiedziałem: Odchodzę i przyjdę znów do was”. Prawdopodobnie w Piśmie Świętym aż 300 razy padają słowa otuchy, tak jak te: „Nie lękajcie się!”. Tę prawdę Chrystus przybliża nam obrazowo, mówiąc że nawet nasze włosy na głowie są policzone i żaden z nich nie spada bez woli Ojca. Nawet w obliczu śmierci Chrystus przez swoje zmartwychwstanie uwalnia nas od lęku, co staje się źródłem najgłębszego pokoju. Doświadczyła tego św. Teresa z Avilla: „Nic nie powinno cię przestraszać, nic nie ma prawa cię przerażać, wszystko mija. Bóg się nie zmienia. Cierpliwość osiąga wszystko. Kto ma Boga, temu nie brakuje niczego: sam Bóg wystarczy”. Doświadczenie obecności Boga w naszym życiu, sprawia że żaden człowiek nie może nam zadać bólu. Nie lękamy się ludzi, którzy są nam nieprzychylni i uważają się za mocnych, nie do pokonania. Ten wewnętrzny, boży pokój staje się źródłem budowania pokoju i w naszych rodzinach i całym świecie.

Obecność Chrystusa w naszym życiu, według wspomnianej Ewangelii jest obecnością miłości, która przejawia się w zachowaniu Jego przykazań: „Jeśli Mnie kto miłuje, będzie zachowywał moją naukę”. Nawet gdy odejdziemy od tej miłości i utracimy wewnętrzny pokój Chrystus daje nam szansę, mówiąc: „Pokój wam! Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam”. Po czym dodał: „Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane’”. Prawdziwy pokój możemy budować, gdy mamy czyste serce przygotowane na przyjęcie Boga. Św. Jan Paweł II mówi czym jest czyste serce: „Dotykamy w tym miejscu samej istoty człowieka, który dzięki łasce odkupienia przez Chrystusa odzyskał harmonię serca utraconą w raju przez grzech. Mieć serce czyste to być nowym człowiekiem, przywróconym przez odkupieńczą miłość Chrystusa do życia w komunii z Bogiem i z całym stworzeniem — tej komunii, która jest jego pierwotnym przeznaczeniem. Czystość serca jest przede wszystkim darem Boga. Chrystus dając się człowiekowi w sakramentach Kościoła zamieszkuje w sercu człowieka i rozjaśnia to serce ‘blaskiem Prawdy’. Tylko ta Prawda, którą jest Jezus Chrystus zdolna jest oświecić rozum, oczyścić serce i ukształtować ludzką wolność. Bez zrozumienia i przyjęcia Prawdy gaśnie wiara. Człowiek traci widzenie sensu spraw i wydarzeń, a jego serce szuka nasycenia tam, gdzie go znaleźć nie może. Dlatego czystość serca to przede wszystkim czystość wiary’.

A zatem budowanie najprawdziwszego pokoju winniśmy zacząć budować w czystym sercu, wypełnionym miłością, która wylewa się na zewnątrz wypełnianiem przykazaniem miłości w świecie rozdzieranym różnymi konfliktami (Kurier Plus, 2014).

 

„UŚMIECH BOG”

Reżyser Giorgio Capiatani zrealizował przed laty dla włoskiej telewizji publicznej RAI film pt. „Jan Paweł I Uśmiech Boga”. Jest to historia papieża Jana Pawła I. Jego pontyfikat trwał tylko 33 dni. Został on zapamiętany jako papież uśmiechu. Ten pokój i uśmiech był mocno zakotwiczony w Bogu, bo tak po ludzku patrząc, papież miał wiele powodów do zamartwień i smutku. Sama godność papieża była dla niego dużym wezwaniem i obciążeniem. Gdy dobiegł końca pontyfikat Pawła VI, przyszły papież kardynał Luciani pisał do siostrzenicy: „Trudno będzie znaleźć właściwą osobistość, która mogłaby poradzić sobie z licznymi problemami, stanowiącymi naprawdę ciężkie brzemię. Na szczęście mnie nie grozi to niebezpieczeństwo”. A jednak to „nieszczęście” go dotknęło. Kard. Vicente Enrique y Tarancón tak wspomina moment wyboru Lucianiego na papieża: „Wstaliśmy, aby uczcić go aplauzem, ale go nie widzieliśmy. Skulony siedział na swoim krześle, jakby chciał się schować”. W swym pierwszym przemówieniu nowo wybrany następca św. Piotra, Jan Paweł I powiedział: „Wczoraj rano szedłem jeszcze spokojny do Kaplicy Sykstyńskiej, by wziąć udział w wyborach. Nigdy nie umiałem sobie wyobrazić tego, co się stało. Kiedy zaczęło mi to niebezpieczeństwo zagrażać, obaj koledzy siedzący ze mną szeptali mi słowa otuchy: ‘Odwagi, jeśli Bóg nakłada ciężar, da także siłę do jego niesienia’, a drugi dodał: ‘Proszę się nie bać. W całym świecie jest tak dużo ludzi, którzy modlą się za papieża’”.

Zapewne także przepowiednia fatimska i słowa siostry Łucji mogły napawać go pewnym niepokojem. Na tydzień przed śmiercią, papież zanotował w dzienniku niedające mu spokoju wspomnienie. Chodziło o rozmowę, jaką rok wcześniej odbył z siostrą Łucją, jedną z trojga dzieci z Fatimy. Tak to wspomina: „11 lipca 1977 siostra Łucja, która przebywała w klasztorze w Coimbra, chciała się ze mną zobaczyć. Zgodziłem się z oporami. Takie sprawy wywołują u mnie pewne zaniepokojenie. Wciągnęła mnie w rozmowę na dwie długie godziny, gdy uprzednio przewidziałem parę minut, by ją pobłogosławić i odejść. Te godziny minęły mi jak jedna chwila. Potem znieruchomiała na moment w skupieniu. Tak przeszło kilka chwil w milczeniu. Następnie spojrzała mi prosto w oczy i powiedziała słowa, które ewidentnie nie były jej: ‘Co do Was, Monsigniore – Korona Chrystusa i dni Chrystusa’. Zamilkła i ja milczałem bardzo wzruszony. Od tego czasu nie przestaję myśleć o tym każdej nocy. Korona Chrystusa – jest być może tym, co nazywam opresją, dni Chrystusa’ – czy to będą me dni, tygodnie, czy lata… nie wiem. Dziś jest 25. dzień mego pontyfikatu. Nie wiem!”. Później okazało się, że były to dni.

Szczery uśmiech na twarzy papieża Jana Pawła I i pokój w sercu rodził się z pokoju, o którym mówi Chrystus w dzisiejszej Ewangelii: „Pokój zostawiam wam, pokój mój daję wam. Nie tak jak daje świat, Ja wam daję. Niech się nie trwoży serce wasze ani się nie lęka”. Chrystusowy pokój zaczyna się od przemiany serca, jego oczyszczenia z wszelkiego zła, aby było gotowe na przyjęcie radosnej nowiny o zbawieniu, o zwycięstwie dobra nad wszelkim złem, miłości nad nienawiścią, życia nad śmiercią, zwycięstwa, które jest udziałem w zwycięstwie, które dokonało się w Chrystusie. Ten pokój ma swoją cenę. Zdobywa się go ciężką walką, a zachowuje nieustannym czuwaniem. Droga do tego pokoju, to droga miłości, wyrażająca się w zachowaniu bożych przykazań: „Jeśli mnie kto miłuje, będzie zachowywał moją naukę, a Ojciec mój umiłuje go i przyjdziemy do niego i mieszkanie u niego uczynimy”. Miarą miłości do Jezusa jest zachowanie Jego przykazań nie ze strachu czy z konieczności, ale z miłości i z wdzięczności za łaskę zbawienia. Proces ten zaczyna się od wiary w słowo Boże, które głosi: Bóg kocha grzesznika. Jezus życie swoje oddał za każdego z nas. Taka jest miara Jego miłości przebaczającej, dającej życie wieczne. Dopiero w odpowiedzi na Jego miłość będziemy zdolni odpowiedzieć miłością. Wszystko to możemy uczynić w mocy Ducha Świętego, o Którym mówi Chrystus: „A Paraklet, Duch Święty, Którego Ojciec pośle w moim imieniu, On was wszystkiego nauczy i przypomni wam wszystko, co wam powiedziałem”.

Duch Święty działa w życiu kościoła i każdego z nas na różne sposoby. Może przybrać formę języków ognia i szumu wiatru, jak w Wieczerniku i napełnić swoją mocą uczniów Jezusa, dzięki czemu zaczynają oni odważnie głosić orędzie zbawcze Chrystusa wszystkim ludziom. Może też przybrać taką powszednią formę, której ilustracją może być poniższa historia. Trzyletni synek studenckiego małżeństwa został śmiertelnie potrącony przez pijanego kierowcę. Zrozpaczeni rodzice zaprosili przyjaciół do swojego domu. Wśród nich był Phil, który w drodze na spotkanie zastanawiał się co powiedzieć, jak się zachować. „Tak mi przykro z tego powodu” – brzmiało to tak pospolicie. „Modlę się w waszej intencji” – to nie wystarczające wobec tej tragedii. „Jeśli coś mogę dla was zrobić” – brzmiało trochę bezsensownie. Bijąc się z tymi myślami Phil wszedł do mieszkania na drugim piętrze, gdzie było około 30 kolegów z klasy i członków wydziału. Rozmawiali ze sobą, pili kawę. Pogrążony w żałobie ojciec zobaczył Phila i szybko podszedł do niego, aby go powitać. Phil przytulił serdecznie przyjaciela. Chciał coś powiedzieć, ale wszystko wydawało mu się niewłaściwe, nie wystarczające, nie autentyczne. Phil uściskał jeszcze mocniej pogrążonego w smutku przyjaciela i wyszedł. Czuł się okropnie, że nie powiedział słów pociechy, że zawiódł swojego przyjaciela.

Dwa tygodnie później ojciec tragicznie zmarłego syna wrócił na uniwersytet. Po zajęciach podszedł do Phila, chwycił go za rękę i szczerze powiedział. „Phil, chcę ci podziękować za to, co mi powiedziałeś w czasie żałobnej wizyty w moim domu. Nigdy tego nie zapomnę”. Phil nie miał pojęcia, co takiego powiedział. Wkrótce jednak stało się dla niego jasne: sama jego obecność powiedziała najwięcej (opowiadanie Phila Blackwella zamieszczone w The Christian Century).

Kiedykolwiek działamy w duchu miłości i bożych przykazań i znajdziemy się w sytuacji, po ludzku sądząc beznadziejnej wtedy Orędownik, Duch Święty działa wśród nas. Ilekroć obawiamy się, że nie sprostamy zadaniu dotarcia do kogoś potrzebującego, a szczerze chcemy to uczynić, to możemy być pewni, że Duch Święty nas poprowadzi. Tak jak umożliwiał Philowi przekazać zrozpaczonemu przyjacielowi bez ich wypowiedzenia „słów” wsparcia i pociechy. Jeśli otworzymy się na Ducha świętego wtedy w naszym życiu będzie więcej dobra, miłości i piękna, a na naszej twarzy pojawi się uśmiech, który będzie uśmiechem Boga. Św. Jan Paweł II w Warszawie na pl. Zwycięstwa w dniu 2 czerwca 1979 roku mówił: „I wołam, ja, syn polskiej ziemi, a zarazem ja: Jan Paweł II papież, wołam z całej głębi tego tysiąclecia, wołam w przeddzień święta Zesłania, wołam wraz z wami wszystkimi: „Niech zstąpi Duch Twój! / Niech zstąpi Duch Twój! / I odnowi oblicze ziemi. /Tej Ziemi!”. Wtedy prawie nikt nie wyobrażał obalenia komuny w Polsce. A jednak to się stało. Możemy wiele wymieniać powodów tego upadku, a ja wierzę, że to modlitwa św. Jana Pawła II została wysłucha ( Kurier Plus, 2019).

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *