5 Lut

6 niedziela zwykła Rok C

NAUKA Z GÓRY BŁOGOSŁAWIEŃSTW .                                     

Jezus zeszedł z nimi na dół i zatrzymał się na równinie. Był tam duży poczet Jego uczniów i wielkie mnóstwo ludu z całej Judei i Jerozolimy oraz z wybrzeża Tyru i Sydonu; A On podniósł oczy na swoich uczniów i mówił: Błogosławieni jesteście wy, ubodzy, albowiem do was należy królestwo Boże. Błogosławieni wy, którzy teraz głodujecie, albowiem będziecie nasyceni. Błogosławieni wy, którzy teraz płaczecie, albowiem śmiać się będziecie. Błogosławieni będziecie, gdy ludzie was znienawidzą, i gdy was wyłączą spośród siebie, gdy zelżą was i z powodu Syna Człowieczego podadzą w pogardę wasze imię jako niecne: cieszcie się i radujcie w owym dniu, bo wielka jest wasza nagroda w niebie. Tak samo bowiem przodkowie ich czynili prorokom. Natomiast biada wam, bogaczom, bo odebraliście już pociechę waszą. Biada wam, którzy teraz jesteście syci, albowiem głód cierpieć będziecie. Biada wam, którzy się teraz śmiejecie, albowiem smucić się i płakać będziecie. Biada wam, gdy wszyscy ludzie chwalić was będą. Tak samo bowiem przodkowie ich czynili fałszywym prorokom (Łk 6,17.20-26).

Lord Irwin, były wicekról Indii z ramienia Anglii, po powrocie z Konferencji Okrągłego Stołu w Londynie odwiedził Mahatma Gandhiego, późniejszego, wybitnego przywódcę narodu hinduskiego. W czasie spotkania Irwin zadał Gandhiemu pytanie: „Mahatma powiedz mi, jako mężczyzna mężczyźnie, jakie widzisz rozwiązanie problemów mojego i twojego kraju?” W odpowiedzi, Gandhi powoli i z uwagą sięgnął po książkę leżącą na stoliku. Była to Ewangelia wg Mateusza, otworzył ją na 5 rozdziale i powiedział: „Kiedy twój kraj i mój razem wprowadzą w życie naukę Chrystusa z Góry Błogosławieństw, rozwiążemy nie tylko problemy naszych krajów, ale całego świata.” Słowa te wypowiedział człowiek, który nie był chrześcijaninem.

Święty Mateusz ewangelista w rozdziale 5 zanotował 8 błogosławieństw wygłoszonych przez Jezusa. Zaś Święty Łukasz, którego cytuję na wstępie tych rozważań, wymienia tylko cztery. Nie jest to wynik jakiegoś nieporozumienia. Cztery wersje Ewangelii wg św. Mateusza, św. Marka, św. Łukasza i św. Jana wzajemnie się uzupełniają. Ewangeliści patrząc na to samo wydarzenie opisywali je, nadając im własne piętno. Podobnie jak świadkowie tego samego wydarzenia będą go różnie opisywać; jeden zapamięta ten, a drugi inny szczegół.

Kazanie na Górze Błogosławieństw uważane jest za najwznioślejszy i najpiękniejszy fragment Dobrej Nowiny. Pielgrzymując po Ziemi Świętej zatrzymaliśmy się na tej Górze. Stoi tam dzisiaj mały, ale bardzo uroczy Kościół Błogosławieństw. Wchodzimy do jego wnętrza. Sprawowana jest w tym czasie Msza św. przez pielgrzymów z Japonii. W ciszy i skupieniu zatrzymujemy się na chwilę. Następnie wychodzimy na zewnątrz i tutaj ks. Andrzej czyta fragment Ewangelii zacytowany na wstępie tych rozważań.

Świadomość, że w takiej scenerii Jezus wygłaszał kazanie, i cisza wokoło nadawały tym słowom szczególnej autentyczności. Piękno Kazania na Górze było wkomponowane w piękno otaczającej rzeczywistości. Z tego wzgórza rozciąga się urzekająca panorama Galilei. Widzimy zielone doliny i wzgórza, a w dalekiej perspektywie skalne masywy górskie. A wszystko to obija się w błękitnych wodach Jeziora Galilejskiego, które rozciąga się u podnóża Góry Błogosławieństw.

Słowo „błogosławiony” może być zastąpione słowem „szczęśliwy”. A zatem jak rozumieć ewangeliczne błogosławieństwa dzisiaj, gdy myślenie wielu jest bliskie słowom, jakie napisał Mea West: „Byłem biednym, i byłem bogatym. Wierzcie mi, bogactwo jest lepsze”. Aby pełniej zrozumieć sens Jezusowych błogosławieństw odwołajmy się do mentalności ludzi, do których Jezus przemawiał. W ówczesnej kulturze inaczej rozumiano pojęcia „bogactwa” i „ubóstwa” niż dziś. Znaczenie tych pojęć było bardziej socjologiczne niż ekonomiczne. Bogatym był ten, kto był wystarczająco silny, aby obronić swoje własne bogactwo, a także zabrać je słabszym. W odwrotnym podobieństwie, za biednego uważano kogoś, kto był słaby i nie był w stanie, nie tylko zdobyć nowych bogactw, ale nawet obronić tych, które posiadał. Dlatego też wdowa, która byłaby nawet bardzo bogata, a nie miała syna lub kogoś, kto by ją bronił, w Ewangelii będzie nazwana „biedną wdową”. Stąd też ewangeliczne znaczenie słowa „bogaty” ma raczej znaczenie „chciwy”. „Biedny” znaczy raczej „nieszczęśliwy”- sensie braku powodzenia materialnego. W starożytności, większość doświadczała ubóstwa. Najczęściej było ono wynikiem chciwości niewielkiej grupy ludzi opływających w bogactwa. Stąd też w dalszej części Ewangelii znajdą się słowa potępienia skierowane do bogatych ( chciwych) „biada wam”.

Błogosławieństwa, obiecując nagrodę Królestwa Bożego, nie są tylko doraźnym pocieszeniem dla biednych i uciemiężonych. Mówią one o godności człowieka, której gwarantem jest sam Bóg. Godność ta niezależna od stanowiska i zasobności materialnej. Człowiek, który oprze swą godność na mądrości Bożej może być szczęśliwy niezależnie od tego, jakie koleje będzie przechodził na ziemi. Biedny człowiek, doświadczany na ziemi może być szczęśliwy. Tak jak bogacz, zżerany chciwością, może być nieszczęśliwy. Jest tutaj coś z myśli filozofa greckiego Sokratesa: „Lepiej być nieszczęśliwym mędrcem niż szczęśliwym głupcem”. Także głód i płacz mogą być wykorzystane jak znak sprzeciwu wobec niesprawiedliwości i krzywdzie. Ci, którzy tego doświadczają mogą mieć satysfakcję, że przez „głód” i „płacz” budują lepszy świat. Ta satysfakcja jest oparta na zapewnieniu Chrystusa, że ci którzy w tym duchu podejmują te udręki życia, budują Królestwo Boże i będą jego dziedzicami. A zatem błogosławieństwa mówią budowaniu szczęścia niezależnie od uwarunkowań materialnych, a nawet wbrew przeciwnościom tego świata.

Propozycja błogosławieństw może wydawać nierealna w naszym życiu. Czy można na tej drodze osiągnąć szczęście? W odpowiedzi na te wątpliwości przytoczę legendę o indiańskim chłopcu, który znalazł jajko orła i położył je do gniazda kury, wysiadającej kurczęta. Po wykluciu z jajka, mały orzeł wychowywał się razem z kurczętami i zachowywał się tak jak one. Razem z nimi grzebał w ziemi, gdakał jak kura, jak kura próbował latać, nisko nad ziemią. Pewnego dnia mały orzeł zobaczył na błękitnym niebie majestatycznie szybujące ptaki. Ten widok oszołomił go. Podekscytowany pyta starej kury:, „Co to za ptaki”. „To są orły”, odparła kura. „Ale zapomnij o tym. Ty nigdy nie będziesz szybował tak jak one”.

Bóg dał człowiekowi duchowe „skrzydła orła”, aby szybował swobodnie po niebieskich przestworzach. Dotykał i doświadczał świata gdzie jest tylko błękit i światło, wolność i wieczność. Ale czasami, człowiek nawet nie spojrzy w niebo, tylko grzebie w ziemi, jak te kury z indiańskiej legendy. A do tych, co czują w sobie chęć szybowania po boskich przestworzach mówią: „daj sobie spokój, to nie dla ciebie, to nie na dzisiejsze czasy”.

Błogosławieństwa Jezusa są zaproszenie do najwyższego lotu, do radości szybowania i zbawiającego dotknięcia Boga (z książki Ku wolności).

 

MODLITEWNE ZATRZYMANIE

Skoro umarli nie zmartwychwstają, to i Chrystus nie zmartwychwstał. A jeżeli Chrystus nie zmartwychwstał, daremna jest wasza wiara i aż dotąd pozostajecie w swoich grzechach. Tak więc i ci, co pomarli w Chrystusie, poszli na zatracenie. Jeżeli tylko w tym życiu w Chrystusie nadzieję pokładamy, jesteśmy bardziej od wszystkich ludzi godni politowania. Tymczasem jednak Chrystus zmartwychwstał jako pierwszy spośród tych, co pomarli (1 Kor 15,16-20).

Barry Lopez w magazynie Outdoor World przytoczył wspomnienie związane ze swoim dziadkiem. Pewnego poranka, przed śniadaniem Barry wyszedł do pobliskiego lasu. Spacerując uroczymi ścieżkami pośród sosen i cedrów wrócił wspomnieniami do lat dzieciństwa. Oczyma wyobraźni zobaczył poranek sprzed wielu lat. Jego dziadek miał zwyczaj przed śniadaniem wychodzić na spacer. Pewnego razu mały Barry zapytał go gdzie był i co robił. Dziadek uśmiechnął się, przygnał go do siebie i powiedział: „Jutro ci pokażę”. Następnego ranka Barry wyszedł z dziadkiem do pobliskiego lasu. Pachniało żywicą i świeżą zielenią. Poprzez wysokie drzewa przebijały promyki słońca. Na trawie perliły się krople porannej rosy, a w gałęziach drzew słychać był śpiew porannych ptaków. Było cudownie. Bary patrzył zdziwiony jak dziadek pochyla się ku ziemi i wyciągniętymi rękami obejmuje wilgotną ziemię. Po chwili ciszy i zjednoczenia z przyrodą dziadek powstał i wypełniony wewnętrznym pokojem oraz nową energią wracał do domu. Barry przypomniał sobie słowa, które usłyszał wtedy od niego: „Kiedykolwiek będziesz czuł się samotny, wewnętrznie rozbity, niespokojny idź na spacer do lasu, jeśli odczujesz taką potrzebę, to uklęknij i otwórz się na piękno przyrody, ciszę i spokój a zobaczysz, że nadzwyczajna energia wypełni twoje serce”. W dorosłym życiu Barry usłuchał rady dziadka i zawsze po takim leśnym spacerze wracał odnowiony i umocniony wewnętrznie. Babcia Barrego powiedział mu, że była to dla jego dziadka pewna forma modlitwy. Modlitwą dla niego były także spacery nad oceanem, w czasie których zatrzymywał się i w milczeniu wpatrywał się w nieogarnione wodne przestrzenie i słuchał szumu morskich fal.

Modlitwa w obliczu dzieł stworzonych niejako automatycznie kieruje naszą uwagę na Stwórcę tego piękna. W pierwszym czytaniu z Księgi proroka Jeremiasza słyszymy słowa: „Błogosławiony mąż, który pokłada ufność w Panu, i Pan jest jego nadzieją. Jest on podobny do drzewa zasadzonego nad wodą, co swe korzenie puszcza ku strumieniowi. Nie obawia się, skoro przyjdzie upał, bo utrzyma zielone liście. Także w roku posuchy nie doznaje niepokoju i nie przestaje wydawać owoców”. Poprzez modlitwę zbliżamy się do Boga, stajemy się jak drzewo, którego korzenie sięgają samego Źródła. Zakorzenieni w Bogu zachowamy wewnętrzy pokój i radość nawet gdy przyjdzie życiowy upał, posucha, burza, czy ciemność. Wiele jest dróg „zakorzeniania” się w Bogu. Jedną z nich, i to bardzo ważną jest modlitwa. Na modlitwie ogarnia nas piękno samego Boga, tak jak piękno przyrody ogarniało Barrego i jego dziadka. I wtedy otrzymujemy moc, która daje nam pewność i pokój nawet wobec ciemności śmierci. Św. Paweł w zacytowanym na wstępie Liście do Koryntian pisze o lęku, który przemienia się w pokój w modlitewnej bliskości Chrystusa zmartwychwstałego: „Tymczasem jednak Chrystus zmartwychwstał jako pierwszy spośród tych, co pomarli”. Aby tego doświadczyć musimy mieć czas na modlitewne zatrzymanie, o którym mówi jedna z piosenek: „Szumią łany zboża, gra wiatr na jeziorze, / Śpiewa ptak radośnie Bogu, co go stworzył. / Zatrzymaj się na chwilę, / Odetchnij pięknem świata! / Zatrzymaj się na chwilę, / Zauważ swego brata / Zatrzymaj się na chwilę / Nad tym, co w sercu kryjesz! / Zatrzymaj się na chwilę / I pomyśl po co żyjesz! / Jedną małą chwilę zawsze znaleźć możesz, / Odejść z gwaru życia, spojrzeć w Serce Boże”.

Modlitwa jest niejako zakotwiczeniem w niezmiennym i wiecznym Bogu. To zakotwiczenie zatrzymuje nasz zapędzony świat i pozwala ujrzeć nasze miejsce w świecie i cel naszego życia. Możemy użyć porównania z pędzącym pociągiem za oknem którego migają rozmazane obrazy mijanego krajobrazu. Gdy pociąg się zatrzyma, wszystko za oknem staje się klarowne. Oto jeszcze inny obraz, który przybliża nam modlitwę w tym aspekcie. Brytyjskie okręty w przypadku zbliżającego się niebezpieczeństwa mają specjalny sygnał zwany „The Still”. Oznacza on: Przestań pracować. Zastanów się chwilę. Oceń sytuację w jakiej jesteś. Pomyśl jaką czynność dyktuje ci twój rozsądek. Czas wyznaczony tym sygnałem daje marynarzom szansę na właściwą ocenę sytuacji i podjęcie najwłaściwszej decyzji. Dzięki temu tysiące brytyjskich marynarzy ocaliło swoje życie, a brytyjska gospodarka zaoszczędziła miliony funtów. Nasze życie ciągle jest narażone na różne niebezpieczeństwa. Musimy ciągle podejmować decyzje. Nie da się tego zrobić bez zatrzymania się i refleksji. Każda decyzja dnia codziennego ma wymiar wieczny i nadprzyrodzony, dlatego powinna być podejmowana w obliczu Boga. Św. Jan Paweł II w Liście do młodych pisał: „Chrześcijaństwo uczy nas rozumienia doczesności z perspektywy królestwa Bożego, z perspektywy życia wiecznego. Bez tej perspektywy doczesność, choćby najbogatsza, choćby najwszechstronniej ukształtowana, nie przynosi człowiekowi na końcu niczego innego, jak tylko: konieczność śmierci”.

Jezus, będąc Bogiem daje nam wiele przykładów modlitewnego zatrzymania. W Ewangelii św. Marka czytamy: „Nad ranem, gdy jeszcze było ciemno, wstał, wyszedł i udał się na miejsce pustynne, i tam się modlił”. „Gdy rozstał się z nimi, odszedł na górę, aby się modlić. Wieczór zapadł, łódź była na środku jeziora, a On sam jeden na lądzie”. Zachęca także do tego swoich uczniów: „Po swojej pracy apostołowie zebrali się u Jezusa i opowiedzieli Mu wszystko, co zdziałali i czego nauczali. A On rzekł do nich: ‘Pójdźcie wy sami osobno na miejsce pustynne i wypocznijcie nieco’. Tak wielu bowiem przychodziło i odchodziło, że nawet na posiłek nie mieli czasu. Odpłynęli więc łodzią na miejsce pustynne osobno”. Jezus zabierał także swoich uczniów i słuchaczy na miejsca, gdzie sprawy tego świata schodziły na daleki plan wobec nadprzyrodzonej rzeczywistości. Wszystko wtedy w bliskości Boga stawało się modlitwą. Ewangelia z dzisiejszej niedzieli mówi o takim spotkaniu na Górze Błogosławieństw nad Jeziorem Galilejskim. Tu Jezus wygłosił słowa, które są sercem Ewangelii. Powiedział wtedy: Błogosławieni, czyli szczęśliwi ubodzy, głodujący, płaczący, znienawidzeni, pogardzani… A to wszystko podejmowane ze względu na Królestwo Boże staje się źródłem największego szczęścia, szczęścia sięgającego wieczności.

Doświadczył tego św. Tomasz Morus, który za wiarę został skazany na śmierć. Przed śmiercią napisał modlitwę, w której słyszymy echo ewangelicznych błogosławieństw:  „Wszechmogący Boże, zabierz ode mnie wszelkie pyszne myśli, wszelkie pragnienia mojej własnej chwały, wszelką zazdrość, wszelką chciwość, obżarstwo, lenistwo i lubieżność, wszelkie uczucia gniewu, wszelką żądzę zemsty, wszelkie pragnienie albo radość z nieszczęścia innych, wszelką przyjemność z doprowadzania ich do złości i gniewu, wszelkie zadowolenie z zarzutów lub ze znieważania kogokolwiek będącego w nieszczęściu i niedoli. A we wszystkich moich czynach i we wszystkich moich słowach, i we wszystkich moich myślach obdarz mnie, dobry Boże, sercem pokornym, skromnym, cichym, zgodnym, cierpliwym, miłosiernym, łaskawym, czułym i litościwym, tak abym zakosztował Ducha Świętego. Daj mi, dobry Boże, prawdziwą wiarę, mocną nadzieję i żarliwą miłość; taką miłość do Ciebie, dobry Boże, która przewyższałaby nieporównanie miłość siebie samego, abym nie kochał niczego co mogłoby Ci się nie podobać, lecz wszystko co kocham, abym kochał w Tobie” (z książki Bóg na drogach naszej codzienności).

 

BŁOGOSŁAWIENI JESTEŚCIE UBODZY           

Tak mówi Pan: «Przeklęty mąż, który pokłada nadzieję w człowieku i który w ciele upatruje swą siłę, a od Pana odwraca swe serce. Jest on podobny do dzikiego krzewu na stepie, nie dostrzega, gdy przychodzi szczęście; wybiera miejsca spalone na pustyni, ziemię słoną i bezludną. Błogosławiony mąż, który pokłada ufność w Panu, i Pan jest jego nadzieją. Jest on podobny do drzewa zasadzonego nad wodą, co swe korzenie puszcza ku strumieniowi; nie obawia się, gdy nadejdzie upał, bo zachowa zielone liście; także w roku posuchy nie doznaje niepokoju i nie przestaje wydawać owoców» (Jr 17, 5-8).

W czasie wizyt duszpasterskich tzw. kolędy, w okresie Bożego Narodzenia odwiedzam wiele rodzin w różnych dzielnicach Nowego Jorku. W tym roku, kolędowe szlaki zaprowadziły mnie także do Forest Hills. Mówią, że tę dzielnicę zamieszkują bogatsi mieszkańcy tego miasta. Znalazłem się tam późnym wieczorem. Szukam domu, który mam odwiedzić. Nie przychodzi mi to łatwo. Słabo oświetlone i wyludnione ulice. Nie ma kogo zapytać. Na całej ulicy znalazłem tylko jeden dom, na którym mogłem odczytać jego numer. Ale to nic nie zmieniło, bo nadal nie wiedziałem, w którą stronę numery maleją. Zaparkowałem samochód na ulicy i z latarką w ręku wyruszyłem na poszukiwanie domu, który miałem poświecić. Zatrzymałem się przy tablicy, która informowała, że jest to prywatna ulica i parkować mogą tylko jej mieszkańcy i ich goście. Wypisane były także sankcje karne dla tych, którzy nie zastosują się do tych regulacji. Nocą dzielnica wywiera przygnębiające wrażenie. Brak radości i życia na ulicach. Wymarłe, smutne i nieprzyjazne miasto. Spoglądając na bogate domy w głębi ogrodów myślałem w ilu z nich powtarza się historia, którą opisuje amerykańska pisarka Maya Angelu.

Jej ciocia Carmin służyła u zamożnego małżeństwa w Kalifornii. Małżonkowie żyli w bardzo bogatym domu liczącym czternaście sypialni. Głównym zajęciem Carmin było gotowanie. Codziennie przygotowywała dla swym pracodawców śniadanie, lunch i bardzo wystawną kolację, na której często bywali goście. Z upływem lat małżonkowie, starzejąc się coraz mniej korzystali z rozrywek. Na kolację, najczęściej spożywali trochę jajecznicy, grzankę i bardzo słabą herbatę. W czasie posiłku milczeli i tępo wpatrywali się w stół.

W sobotnie wieczory służąca zapraszała do swego pokoju w suterynie przyjaciół. Spożywali prosty posiłek, wypijali trochę alkoholu, słuchali muzyki z płyt, tańczyli, w końcu zasiedli do kart. Opowiadali dowcipy. Pokój był wypełniony radością i śmiechem.  Pewnej soboty, w środku tej zabawy otworzyły się drzwi a w nich stanęli gospodarze domu, którzy dali jej znak, aby wyszła na zewnątrz. W holu żona powiedziała do niej: „Nie myśl, że chcemy ci przeszkadzać. Widzę, że się świetnie bawicie. W każdą sobotę słyszę z mężem jak ty wraz z przyjaciółmi radośnie spędzasz czas. Chcielibyśmy tylko popatrzeć na was. Nie chcemy wam przeszkadzać. W ciszy chcemy tylko patrzeć na waszą radość”. A mąż dodaje: „Jeśli zostawisz trochę uchylone drzwi, twoi przyjaciele nic o tym nie będą wiedzieć. Będziemy zachowywać ciszę”. Carmin zgodziła się. I wtedy uświadomiła sobie, że jej pracodawcy mają prawie wszystko; wielki dom, basen, trzy samochody, wiele drzew palmowych, ale nie mają najważniejszego, nie mają radości.

Kiedy opowiedziałem tę historię w gronie znajomych, wtedy jedna z pań zaśmiała się w głos. Dla niej to wydarzenie było zbyt naiwne. Sadzę, że nie jeden myśli tak jak ona. Mieć bogactwo, a zazdrościć biednym szczęścia to absurd. Jednak ta historia jest prawdziwa. Uświadamia nam ona, że radość, szczęście, udane życie nie zależą ostatecznie od bogactwa, jakie posiadamy. Mogą być one pomocne w jego osiągnięciu, ale stają się zgubą, gdy człowiek pokłada w nich całkowitą nadzieję i przesłaniają mu one Boga i bliźniego. Tak może być w życiu osobistym jak i społecznym. Różne są przyczyny krwawych rewolucji i pogromów. Jedną z nich jest chciwość jakiejś grupy społecznej, która wykorzystując swoje zdolności i pozycję zachłannie przywłaszczała dobra tej ziemi, nie bacząc na to, że dzieje się to kosztem bliźniego, który przymiera głodem. Ci bogacze pokładali ufność w sobie i swoich bogactwach, odwracając się tym samym od miłości zstępującej z nieba.

Dlatego prorok Jeremiasz w imieniu Boga mówi: „Przeklęty mąż, który pokłada nadzieje w człowieku i który w ciele upatruje swoją siłę, a od Pana odwraca swe serce. Jest on podobny do dzikiego krzaku na stepie. Nie dostrzega, gdy przychodzi szczęście”. A o tych, którzy zaufali Panu Jeremiasz napisze: „Błogosławiony mąż, który pokłada ufność w Panu, i Pan jest jego nadzieją. Jest on podobny do drzewa zasadzanego nad wodą, co swe korzenie puszcza ku strumieniowi”. To błogosławieństwo jest jakby cieniem błogosławieństw, przekazanych nam przez Jezusa w Kazaniu na górze. Te błogosławieństwa uważane są za serce Ewangelii.

Słowo błogosławieni wywodzi się od łacińskich słów: beatitudo- ogłoszenie szczęśliwości; beati sunt- są szczęśliwi. W oczach świata bogaci są postrzegani jako błogosławieni, czyli szczęśliwi. Chrystus zaś mówi, że szczęście należeć będzie do ubogich. Ewangeliczne pojecie bogactwa nie jest ujmowane w kategoriach ilościowych. Ilość to aspekt drugorzędny. Istotny jest nasz stosunek do bogactwa. Świetnie ilustruje to scena, jaką opisuje święta Teresa od Dzieciątka Jezus. Pewnego razu jedna z sióstr chciała pożyczyć od innej zakonnicy igłę, ale ta odmówiła. A wtedy święta Terasa powiedziała do siostry: „O jak siostra jest bogata”. Bogacz to człowiek przywiązany do swego bogactwa tak mocno, że przesłania mu ono bliźniego.

A zatem cały problem błogosławieństw sprowadza się do tego, w czym lub kim pokładamy swoją nadzieję, przez co lub w kim wyglądamy swego zbawienia. Niektórzy pokładają swoje nadzieje w bogactwach i bogatych przyjaciołach. Możemy cytować dziesiątki przykładów, które potwierdzają złudność tych nadziei, nawet w doczesności, nie mówiąc już o wieczności. Co więcej przesłaniają one niejeden raz Boga i bliźniego. I jaki mówi prorok Jeremiasz człowiek taki „Podobny jest on dzikiego krzaka na stepie. Nie dostrzega, gdy przychodzi szczęście”. Tylko ten, kto w Bogu pokłada swoje nadzieje, może mieć pewność, że buduje na właściwym fundamencie.

Polskie słowo ubogi określa człowieka, który może materialnie jest biedny, ale jest bogaty przed Bogiem. I takim to Chrystus obiecuje szczęście: „Błogosławieni jesteście wy, ubodzy, albowiem do was należy Królestwo Boże”. Ubogi to ten, który w Bogu złożył swoją nadzieję, a bogactwa materialne, jakie mogą stać się jego udziałem służą mu do pełniejszej realizacji przykazania miłości Boga i bliźniego (z książki Nie ma innej Ziemi Obiecanej).

 

BŁOGOSŁAWIENI CZYLI SZCZĘŚLIWI

Za Chrystusem ciągnęły tłumy ludzi spragnionych słów pełnych mądrości, w mocy których dokonywały się cuda. Zapewne ci ludzie na swój sposób byli szczęśliwi. Potrafili się cieszyć tym co posiadali. Jednak, to szczęście im nie wystarczało. Pragnęli czegoś więcej. Gdy usłyszeli o Chrystusie, zostawili wszystko i poszli za Nim. Za nic mieli głód i pragnienie. Ale i to zatroszczył się Chrystus. U podnóża góry, którą dziś nazywamy Górą Błogosławieństw rozmnożył dla nich chleb i ryby. Byli szczęśliwi, chcieli Go obwołać królem. Ale On był innym królem i mówił o innym szczęściu, jak to, którego namiastkę znaleźć możemy w rzeczywistości ziemskiej. W poszukiwaniu tego innego szczęścia poprowadził ich na górę u podnóża, której rozmnożył chleb. Wszyscy usiedli jak przed rozmnożeniem chleba, ale tym razem Chrystus karmił ich innym pokarmem. Pokarmem duchowych. Wskazywał na wartości, które mogą dać szczęście nieprzemijające. Mówił do nich „błogosławieni”, co znaczy „szczęśliwi”. Słowa pokarmu duchowego trafiały do słuchaczy w niesamowitej scenerii. Nad głowami nieskazitelny błękit nieba. Naokoło różnobarwne kwiaty, dojrzewające owoce, soczysta zieleń, śpiew ptaków w gałęziach drzew. W dole błękitno-zielone Jezioro Galilejskie z obfitością ryb wszelkiego rodzaju. Słuchacze czuli, że powtarza się scena biblijnego raju, po którym przechadza się Bóg, Bóg który w Chrystusie przybrał ludzką postać. Chrystus mówił o drodze prowadzącej do prawdziwego raju, gdzie nie będzie bólu, narzekania i płaczu, tylko uszczęśliwiająca obecność Boga. A jest to droga błogosławieństw, całkowitego zaufania i zawierzenia Bogu, nawet wbrew ludzkiej logice.

Wiele lat wcześniej o tym zaufaniu Bogu pisał prorok Jeremiasz: „Błogosławiony mąż, który pokłada ufność w Panu, i Pan jest jego nadzieją. Jest on podobny do drzewa zasadzonego nad wodą, co swe korzenie puszcza ku strumieniowi. Nie obawia się, skoro przyjdzie upał, bo utrzyma zielone liście”. Zaś o tych, którzy całą nadzieję złożyli w człowieku, pisze: „Przeklęty mąż, który pokłada nadzieję w człowieku i który w ciele upatruje swą siłę, a od Pana odwraca swe serce. Jest on podobny do dzikiego krzaka na stepie. Nie dostrzega, gdy przychodzi szczęście”. To o czym mówi prorok potwierdza doświadczenie życiowe. Nie spotkałem człowieka, który u schyłku swych lat żałowałby zmarnowanego życia z powodu zaufania Bogu i zdążania drogą Jego przykazań. I przeciwnie, nie byłbym w stanie zliczyć ludzi, którzy żałowali zmarnowanego życia z powodu odwrócenia się od Boga i złożenia całej nadziei w sobie, drugim człowieku lub bogactwach. Chrystus nazywa błogosławionymi, czyli szczęśliwymi, tych którzy całkowitą nadzieję złożyli w Bogu. Ufali Mu nawet wtedy, gdy cały świat mówił inaczej. O tych zaś, którzy złożyli nadzieje w człowieku i swoich bogactwach Chrystus mówi: „Natomiast biada wam, bogaczom, bo odebraliście już pociechę waszą. Biada wam, którzy teraz jesteście syci, albowiem głód cierpieć będziecie. Biada wam, którzy się teraz śmiejecie, albowiem smucić się i płakać będziecie. Biada wam, gdy wszyscy ludzie chwalić was będą. Tak samo bowiem ojcowie ich czynili fałszywym prorokom”.

Przed laty kręcono film „Quo Vadis”, w którym grała Deborah Kerr. Po nakręceniu groźnej sceny z lwami na arenie cyrkowej, jeden z reporterów zapytał ją: „Nie bałaś się gdy na arenie cyrkowej lew zmierzał w twoim kierunku?” Deborah odpowiedziała: „Absolutnie nie. Czytałam scenariusz i wiedziałam, że będę uratowana”. Dla każdego z nas Bóg napisał scenariusz zbawienia. Trzeba się z nim zapoznać i uwierzyć, wtedy będziemy mieć pewność, że nic nam nie grozi. Będziemy mieli siłę do odważnego przeciwstawiania się różnym przeciwnościom życiowym oraz odwagę pójścia za bożym wezwaniem, nawet gdy one są tak wzniosłe i wymagające jak ewangeliczne błogosławieństwa. Z objawień siostry Faustyny wiemy, że wielu rezygnuje z drogi bożych przykazań, drogi błogosławieństw. W jej „Dzienniczku” czytamy: „W pewnym dniu ujrzałam dwie drogi: jedna droga szeroka, wysypana piaskiem i kwiatami, pełna radości i muzyki, i różnych przyjemności. Ludzie szli tą drogą, tańcząc i bawiąc się – dochodzili do końca, nie spostrzegając, że to już koniec. Ale na końcu tej drogi była straszna przepaść, czyli otchłań piekielna. Dusze te na oślep wpadały w tę przepaść; jak szły, tak i wpadały. A była ich tak wielka liczba, że nie można było ich zliczyć. I widziałam drugą drogę, a raczej ścieżkę, bo była wąska i zasłana cierniami i kamieniami, a ludzie, którzy nią szli, mieli łzy w oczach i różne boleści były ich udziałem. Jedni padali na te kamienie, ale zaraz powstawali i szli dalej. A w końcu drogi był wspaniały ogród, przepełniony wszelkim rodzajem szczęścia i wchodziły tam te wszystkie dusze. Zaraz w pierwszym momencie zapominały o swych cierpieniach”.

W czasie jubileuszowej pielgrzymki do Ziemi Świętej, na Górze Błogosławieństw Jan Paweł II mówił do młodzieży: „Wy młodzi ludzie jesteście świadomi innego głosu w was samych i wokół was: głosu przeciwnego błogosławieństwom Jezusa. Ten głos mówi: „błogosławieni pyszni i brutalni, ci którzy dążą do sukcesu za wszelką cenę, którzy nie mają skrupułów, są pozbawieni litości, bezwstydni, którzy dążą do wojny zamiast do pokoju i którzy prześladują tych, którzy stanowią przeszkodę na ich drodze”. Ten głos wydaje się mieć sens w świecie, w którym często brutalni jakby triumfują a bezwstydni cieszą się powodzeniem. ‘Tak’, mówi głos zła – ‘ci są zwycięzcami, ci są prawdziwie błogosławieni i szczęśliwi!’ Jezus proponuje zupełnie inne orędzie. Jego wezwanie zawsze stawiało wobec wyboru między dwoma głosami rywalizującymi między sobą w walce o wasze serce, również teraz, na tym miejscu. Jest to wybór między dobrem i złem, między życiem i śmiercią. Za którym z tych głosów pójdą młodzi XXI wieku? Złożyć ufność w Jezusie oznacza wybrać wiarę w to, co On mówi, niezależnie od tego, czy wydaje się to dziwne, niezrozumiałe i zdecydować się nie ulegać powabom zła, nawet gdyby wydawały się bardzo pociągające”.

Na drodze błogosławieństw osiągamy duchową doskonałość, zbliżamy się do ideału. Ludziom ożywionym tymi ideałami łatwiej osiągnąć szczęście tu na ziemi i szczęście, o którym mówią ewangeliczne błogosławieństwa. Jednak pracę nad tym trzeba zacząć od siebie. Niech poniższa historia będzie tego ilustracją. Starzy przyjaciele spotkali się po latach i usiedli w kawiarni na chwilę rozmowy. „Jak to jest, że do tej pory się jeszcze nie ożeniłeś”- pyta jeden z nich. „Będę z tobą szczery – odpowiada drugi. – Przez lata szukałem idealnej kobiety. W Barcelonie spotkałem prześliczną i bardzo inteligentną dziewczynę. Przez krótki czas myślałem, że znalazłem idealną narzeczoną. Ale wkrótce odkryłem, że jest niesamowicie próżna i zarozumiała. Następnie w Bostonie, spotkałem kobietę otwartą i wspaniałomyślną. To jest idealna kobieta – myślałem. Wkrótce jednak przekonałem się, że jest bezmyślna i nieodpowiedzialna. Mimo tych doświadczeń dalej szukałem. Aż w końcu spotkałem ją w Montrealu. Była wspaniała. Piękna, inteligentna, uprzejma, życzliwa, miała poczucie humoru. Po prostu idealna kobieta”. „Dlaczego w takim razie nie poślubiłeś jej”- zapytał przyjaciel. Stukając palcami o szklankę mężczyzna cicho odpowiedział: „Ponieważ ona szukała idealnego mężczyzny” (z książki W poszukiwaniu mądrości życia).

 

BŁOGOSŁAWIONA TERESA Z KALKUTY

Błogosławiony znaczy szczęśliwy. Ewangeliczne błogosławieństwa nie pomijają ulotnych chwil szczęścia jakie przynosi nam doczesność, jednak główny ich cel kieruje naszą uwagę szczęście wieczne. To szczęście jest udziałem świętych. Do świętości powołany jest każdy, a drogę do niej wyznaczają ewangeliczne błogosławieństwa. Matka Teresa z Kalkuty, niejako na naszych oczach zdążała radosną droga błogosławieństw do chwały nieba. Stolica Apostolska postanowiła, w przypadku Matki Teresy, zmarłej 5 września 1997 r. odstąpić od dotychczas stosowanych zasad podejmowania procesu kanonizacyjnego nie wcześniej niż pięć lat po śmierci. Po przeprowadzeniu procesu beatyfikacyjnego, 19 października 2003 roku papież Jan Paweł II włączył ją w poczet błogosławionych, czyli szczęśliwych. Podążajmy zatem śladami życia Matki Teresy z Kalkuty, odnajdując w nich ciągłe echo kazania wygłoszonego przez Jezusa na Górze Błogosławieństw.

Matka Teresa urodziła się 27 sierpnia 1910 roku w macedońskim mieście Skopie, które pozostawało wówczas pod władzą turecką. Większość mieszkańców mówiła po albańsku i czuła się Albańczykami. Rodzice Matki Teresy również byli Albańczykami. Prawdziwe nazwisko Matki Teresy brzmi: Agnes Gonxha Bojaxhiu. Ojciec był kupcem i aktywnym politykiem, zmarł, gdy Agnes miała zaledwie dziewięć lat. Prawdopodobnie został otruty przez tajną policję Jugosławii, gdyż był zaangażowany na rzeczy przyłączenia Kosowa do Albanii. Matka Agnes była osobą głęboko wierzącą i otwartą na potrzeby bliźnich. Z trójką swoich dzieci odwiedzała i wspomagała najbiedniejsze rodziny w mieście. Mała Agnes lubiła te wyprawy. Nawet sama, gdy wracała ze szkoły odwiedzała ubogie rodziny. To była pierwsza szkoła w służbie potrzebującym. Matka dbała także o wychowanie religijne dzieci. „Matka uczyła nas modlić się i pomagać ludziom, którym jest trudno” – wspominała Matka Teresa. Po śmierci ojca do ich domu zajrzała bieda. Mimo to, jak mówi Matka Teresa: „Dom był wspaniałą szkołą modlitwy i pracy”.

Agnes bardzo aktywnie działała w swojej parafii, prowadzonej przez księży jezuitów. Pewnego dnia Agnes wysłuchała kazanie misjonarza z Indii. Jego opowieści o pracy w Indiach głęboko poruszyły serce młodej dziewczyny. Zwierzyła się misjonarzowi, że chciałby zostać misjonarką, a ten jej odpowiedział: „Módl się abyś poznała wolę Bożą”. A zatem modliła się i zapoznawała się z pracą misyjną w Indiach. W wieku osiemnastu lat postanowiła poświęcić się pracy misyjnej w Bengalu. Pracowały tam siostry ze Zgromadzenia Matki Bożej Loretańskiej, dlatego Agnes udała się do klasztoru tego zgromadzenia w Irlandii. Po blisko roku spędzonym w Dublinie młoda dziewczyna została wysłana do Darjeeling w północnych Indiach. Tutaj, jako nowicjuszka, kontynuowała naukę. W maju 1931 roku złożyła pierwsze śluby zakonne, przybierając imię Teresa. Sześć lat później złożyła śluby wieczyste. Teresa została nauczycielką, a później dyrektorką szkoły prowadzonej przez Zgromadzenie Loretańskie w Kalkucie.

Z klasztornych okien Matka Teresa miała widok na slumsy. Widziała ogromną nędzę materialną ludzi tam zamieszkujących, ale uważała, że nie mniej tragiczna jest nędza duchowa. Ubodzy poza murami byli jak owce bez pasterza, mało kto troszczył się o ich potrzeby duchowe. Tak rodziło się w niej nowe powołanie do służby najbardziej potrzebującym, najuboższym. Chciała wyjść na ulice i pracować wśród nędzarzy. Szukała rady u księdza, do którego miała zaufanie, ojca Juliena Henry’ego. On to rozmawiał na ten temat z arcybiskupem Perier. Arcybiskup nie był zachwycony tym pomysłem. Zalecili Teresie „rok na zastanowienie”. W tym czasie arcybiskup poważnie zachorował. Teresa wysłała do niego list, w którym napisała, że będzie się za niego modlić. Po odzyskaniu zdrowia arcybiskup przychylnym okiem spoglądał na poczynania Teresy. Za pozwoleniem Stolicy Apostolskiej otrzymała zgodę na opuszczenie Zgromadzenia Loretańskiego, lecz pozostała zakonnicą i nadal obowiązywały ją śluby. Odtąd przełożonym Teresy został arcybiskup Kalkuty. Pierwsze o co zapytała swego nowego zwierzchnika, to czy może zaraz iść do slumsów.

Teresa zdjęła tradycyjny czarno-biały habit loretański. Ubrała się teraz w proste bawełniane, białe sari, ozdobione trzema niebieskimi paskami. Do lewego ramienia przypięła mały krzyżyk. Po krótkim nabożeństwie pożegnała się ze swoimi najbliższymi. Wyszła przez małą furtkę w klasztornym murze na tyłach posiadłości. Gdy drzwi się za nią zatrzasnęły, znalazła się sama w ciasnym zaułku, z pustymi rękami, lecz była pewna, że idzie za głosem swego powołania. Miała puste ręce, ale była bogata przed Bogiem. Zaufała ewangelicznemu błogosławieństwu: „Błogosławieni jesteście wy, ubodzy”. Matka Teresa powiedziała, że najtrudniejsze było dla niej pożegnanie ze Zgromadzeniem Loretańskim i szkolną wspólnotą, to była największa ofiara. „Zakon był dla mnie wszystkim”. Gotowa była jednak ponieść wszelkie ofiary, czuła bowiem, że sam Chrystus ją wzywa.

Teraz miejscem jej życia była dzielnica slumsów, którą oglądała z okien klasztoru Zgromadzenia Loretanek. Nie było tu ani szpitala, ani szkoły. Ludzie umierali na ulicy z nędzy i głodu, nikt się nimi nie interesował. Podobny los spotykał bezdomne dzieci. Matka Teresa założyła pierwszą szkołę. Dziwna była to szkoła. Wychudzone dzieci zgromadzone na niewielkim placyku, a wśród nich nauczycielka, która patykiem pisze na błotnistej powierzchni litery bengalskiego alfabetu. Mimo tak prymitywnych warunków rosła liczba uczniów. Ktoś później ofiarował krzesła, jakiś stół i szkoła stawała się coraz bardziej podobna do szkoły. Matka Teresa uczyła także higieny. Niektóre z jej podopiecznych były myte po raz pierwszy w życiu.

Po zajęciach szkolnych Matka Teresa odwiedzała z dziećmi najbardziej opuszczonych i biednych. Pewnego razu znalazła na śmietniku pokąsaną przez myszy i mrówki półżywą kobietę, jak się później okazało wyrzucił ją na śmietnisko własny syn. Matka Teresa zaniosła ją do szpitala, a gdy jej nie chciano przyjąć, powiedziała, że zostanie tam tak długo, dopóki nie znajdzie się miejsce dla chorej. Dla wielu nędzarzy było za późno na pomoc medyczną, wtedy Matka Teresa przygarniała ich, aby mogli z godnością i po ludzku umrzeć. Jeden z nich, wyciągnięty z rynsztoka powiedział: „Całe życie żyłem na ulicy jak zwierzę, ale umrę jak anioł, kochany i zadbany”. Ofiarna praca była dla Matki Teresy źródłem radości. W swoich notatkach zapisze: „Kiedy pracuję, patrząc na setki cierpiących biedaków, myślę tylko o nich i jestem naprawdę bardzo szczęśliwa”. Dzieliła także niedogodności życia najbiedniejszych. W jej zapiskach czytamy: „Dziś dostałam dobrą lekcję. Nędza ubogich musi być dla nich straszna. Szukając domu, chodziłam długo, aż rozbolały mnie ręce i nogi. Pomyślałam, jak bardzo ich muszą boleć zarówno ciała, jak i dusze, kiedy szukają schronienia, żywności i ratunku dla zdrowia”. Oddała się całkowicie służbie biednym, bo widziała w nich cierpiącego Chrystusa: „Gdy dotykam cuchnących ciał wiem, że dotykam Ciała Chrystusa, takiego jakim go przyjmuję w Komunii św. pod postacią chleba. To z tego przekonania czerpię siłę i odwagę. Z pewnością bym tego nie robiła, gdybym nie była pewna i przekonana, że w tym trędowatym ciele opiekuję się Jezusem”.

Po pewnym czasie Matka Teresa znalazła skromne mieszkanie dla siebie w domu Michaela Gomesa przy Greek Lane. Przeprowadziła się tam 28 lutego 1949 r. Był to pierwszy własny klasztor. Prawie całe dnie spędzała wśród chorych i nędzarzy. Chodziła po urzędach i odwiedzała bogatszych mieszkańców miasta, żebrząc dla swoich podopiecznych. Sama nieraz przymierała głodem. Często wracała do domu zmęczona i głodna. Nieraz zostawiała kartkę z prośbą: „Panie Gomes, nie mam co jeść. Czy mógłby mi pan coś dać?

Powoli Matka Teresa stawała się coraz bardziej znana jako anioł dobroci. Zyskiwała coraz to nowych współpracowników i ofiarodawców. W jednym z wywiadów powiedziała znanemu brytyjskiemu dziennikarzowi Malcolmowi Muggeridge: „Na początku miałam tylko pięć rupii. Powoli jednak, gdy ludzie dowiadywali się, co robię, przynosili różne rzeczy, a także pieniądze. O wszystko Bóg się zatroszczył, bo ja, od samego początku, nigdy nie pytałam o pieniądze”. W tym wywiadzie wspomniana także o pierwszych współpracownikach, którzy pojawili się w 1949 roku: „Pierwszą osobą, który przyłączyła się była siostra Agnes. Teraz jest moją asystentką. Pierwsze dziesięć dziewcząt to były studentki, które uczyłam w szkole. Jedna po drugiej oddawały się Bogu, by służyć najbiedniejszym z biednych”. Takie były początki Zgromadzenia Misjonarek Miłości, które niosą światło miłości do najbardziej zapomnianych i pogardzanych (z książki Wypłynęli na głębię).

 

ODKRYĆ NA NOWO ŚWIAT WARTOŚCI

Po wejściu na jej stronę internetową czytamy: „Nazywam się Kate Bowler. Jestem profesorem na Uniwersytecie Duke, pisarką i nieuleczalną optymistką”. Jest ona między innymi autorką książki „Everything Happens for a Reason”, co można przetłumaczyć „Wszystko dzieje się dla jakiejś przyczyny”. Książka ta znalazła się na liście bestselerów New York Timesa. 35-letnia Kate Bowler jest profesorem w Duke Divinity School. W swojej książce opowiada historię nagłej i nieoczekiwanej konfrontacji ze swoją śmiertelnością. Pisze o szukaniu nadziei w bardzo trudnym momencie swojego życia. Kate będąc szczęśliwą żona pragnęła zostać matką. Okazało się jednak, że ma problemy w zajściu w ciążę. Jednak po wielu wizytach u lekarzy Bóg im pobłogosławił. Razem z mężem czekała na dziecko. Urodziła cudownego chłopca, Zacha. Ogromną radość rodzinną mąciły potęgujące się bóle Kate. W czasie wizyty lekarskiej zdiagnozowano u niej raka w czwartym stadium. Po pierwszym szoku, zaczęła przewartościowywać swoje życie, szukając jego sensu. Podjęła leczenie, wierząc, że się uda, brała jednak także pod uwagę możliwość przegrania z rakiem. Jej życie skurczyło się o przyszłość, skoncentrowała się zatem na teraźniejszości. W miarę postępu choroby słowo „nadzieja” stawało się nie do zniesienia. Najtrudniej było się pogodzić z tym, że jej synek i mąż zostaną sami.  

Tak wspomina swoje duchowe zmagania: „Przygotowując się do powitania Nowego Roku myślałam, jak odnaleźć nadzieję w życiu, które skurczyło się o przyszłość. Skoncentrowałam się na teraźniejszości. Szukałem inspiracji w codziennych zdarzeniach, zajęciach. I tak odkryłam piękno przyjaźni w listach, na które teraz zamierzałam odpisać, bo wcześniej nie miałam na to czasu. Odkrywałam radość w przygotowaniu zapiekanek z tuńczykiem dla swoje rodziny i przyjaciół. Znalazłam czas na wspólną zabawę z Zachem. To był cudownie wykorzystany czas. Odbywałam radość oglądając fotografie od swoich przyjaciół. Ktoś namalował obraz, na którym trzymam na kolanach uśmiechniętego synka. Ta scena dawała mi poczucie sensu życia, którego przyszłość była niepewna. Ta zwykła codzienność, miłość najbliższych nie tylko odkrywały przede mną najgłębszy sens życia i radość, ale przesłaniały rurki, którymi płyny chemoterapii sączyły się do mojego ciała. Pozytywnym darem tej strasznej choroby, było to, że nauczyłam się żyć i cenić chwilę obecną. Lepiej wykorzystuję każdy darowany mi dzień. Gdy tracisz niejako przyszłość, teraźniejszość nawet w drobnych emanuje pięknem oraz radością i rodzi nadzieję. To co kocham, co powinnam kochać stają się bardziej wyraziste, jaśniejsze.

Kiedy w teraźniejszości spotyka się przeszłość z niepewną przyszłością dostrzegam świt wieczności. Jest to nadprzyrodzone doświadczenie nadziei. Świadoma tej rzeczywistości, zamiast noworocznych postanowień sporządziłam na rok 2019 listę wydarzeń, które minęły. Przygotowując ją doświadczyłam wielu cudownych wzruszeń. Minione wydarzenia nadawały sens mojemu życiu i rodziły nadzieję. Pośród tych cudownych zdarzeń i ludzi jest mój synek Zach, który z miłością i podziwem patrzy na moje zmagania z chorobą, pielęgniarka na wydziale onkologii, która stała przyjacielem. I najważniejsze, w szpitalu doświadczyłam ogromnej miłości Boga. To są moje małe cuda rozrzucone jak okruchy chleba na mojej obecnej drodze, która staje się moją drogę przyszłości.

Zdarzenia, perspektywa czasowa i kierunek spojrzenia przewróciły do góry nogami życie Kate Bowle. Wartość i piękno życia nie rodzą się z wydarzeń, które mogą zdarzyć się w przyszłości. To wszystko realizuje się dzisiaj, w zwykłych codziennych czynnościach, zdarzeniach, które w czasie darowanym nam przez Boga możemy uczynić pięknymi cudami na naszej drodze życia.

Ewangelia na dzisiejszą niedzielę, wzywając nas do kroczenia drogą błogosławieństw przewraca niejako do góry nogami nasze życie w perspektywie władzy, bogactwa, radości, spełnienia. Kazanie Jezusa na Górze Błogosławieństw ukazuje nowe wartości, nową wizję życia, gdzie możemy odnaleźć pełne i wieczne szczęście. Szczęśliwy, to znaczy błogosławiony. Błogosławieństwo zaczyna się na ziemi, a pełnię osiąga w wieczności. Ewangeliczne błogosławieństwa wbrew pozorom nie przeszkadzają, wręcz przeciwnie pomagają w odnajdywaniu szczęścia także w wymiarze doczesnym.

W Hongkongu opracowano przeprowadzono badania na temat poczucia szczęścia wśród narodów azjatyckich. Okazało się, że Japończycy są najsmutniejszym narodem, krajem, w którym najwięcej ludzi popełnia samobójstwa. Tu warto dodać, że w tej niechlubnej samobójczej statyce po Japonii plasuje się kolejno: Francja, USA, Niemcy, Kanada, Wielka Brytania oraz Włochy. Jak na ironię, Filipińczycy, w tych badaniach jawią się jako jeden z najszczęśliwszych narodów. Filipiny zamieszkuje ponad 99 milionów ludzi, z czego blisko 33% żyje poniżej granicy ubóstwa. Brak pracy, opieki medycznej i dostępu do szkolnictwa. Szacuje się, że na Filipinach żyje ponad 1,5 miliona bezdomnych dzieci. Oczywiście te dane statystyczne mogą być różnie interpretowane, ale z pewnością udowadniają, że do bycia szczęśliwym, inaczej błogosławionym nie wystarczają dobra materialne, nawet w tym wymiarze doczesnym nie mówiąc o wiecznym.

Papież Franciszek tak mówił o drodze błogosławieństw: Drodzy bracia i siostry, to jest droga do świętości i jest to zarazem droga do szczęścia. Tę drogę przebył Jezus, więcej – to On sam jest tą Drogą: kto idzie z Nim i przez Niego przechodzi, wchodzi do życia, do życia wiecznego. Prośmy Pana o łaskę, abyśmy byli osobami prostymi i pokornymi, łaskę, byśmy umieli płakać, łaskę bycia łagodnymi, łaskę działania na rzecz sprawiedliwości i pokoju, a przede wszystkim łaskę pozwolenia Bogu, aby nam przebaczył, abyśmy stali się narzędziami Jego miłosierdzia. Tak czynili święci, którzy odeszli przed nami do niebieskiej ojczyzny. Oni nam towarzyszą w naszej ziemskiej pielgrzymce, zachęcając, byśmy szli naprzód. Niech ich wstawiennictwo pomoże nam kroczyć na drodze Jezusa i wyjedna szczęście wieczne dla zmarłych braci i sióstr, za których ofiarowujemy tę Mszę św. Niech się tak stanie”.

Prorok Jeremiasz w pierwszym czytaniu niejako przygotowuje grunt pod najdoskonalszą drogę do Królestwa Niebieskiego, przypominając słowa Pana: „Przeklęty mąż, który pokłada nadzieję w człowieku i który w ciele upatruje swą siłę, a od Pana odwraca swe serce. Jest on podobny do dzikiego krzewu na stepie, nie dostrzega, gdy przychodzi szczęście; wybiera miejsca spalone na pustyni, ziemię słoną i bezludną. Błogosławiony mąż, który pokłada ufność w Panu, i Pan jest jego nadzieją. Jest on podobny do drzewa zasadzonego nad wodą, co swe korzenie puszcza ku strumieniowi; nie obawia się, gdy nadejdzie upał, bo zachowa zielone liście; także w roku posuchy nie doznaje niepokoju i nie przestaje wydawać owoców” (Kurier Plus 2019).

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *