17 Lut

7 niedziela zwykła Rok A

 

MIŁOŚĆ NIEPRZYJACIÓŁ.

Jezus powiedział do swoich uczniów: „Słyszeliście, że powiedziano: «Oko za oko i ząb za ząb». A Ja wam powiadam: Nie stawiajcie oporu złemu. Lecz jeśli cię kto uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i drugi. Temu, kto chce prawować się z tobą i wziąć twoją szatę, odstąp i płaszcz. Zmusza cię kto, żeby iść z nim tysiąc kroków, idź dwa tysiące. Daj temu, kto cię prosi i nie odwracaj się od tego, kto chce pożyczyć od ciebie. Słyszeliście, że powiedziano: «Będziesz miłował swego bliźniego», a nieprzyjaciela swego będziesz nienawidził. A Ja wam powiadam: Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują; tak będziecie synami Ojca waszego, który jest w niebie; ponieważ On sprawia, że słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi, i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych.  Jeśli bowiem miłujecie tych, którzy was miłują, cóż za nagrodę mieć będziecie? Czyż i celnicy tego nie czynią? I jeśli pozdrawiacie tylko swych braci, cóż szczególnego czynicie? Czyż i poganie tego nie czynią? Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski” (Mt 5,38-48).

Helena po tragicznej śmierci męża została ze swoim 10 letnim synem Marianem. Przez długi czas nie mogła się wewnętrznie pozbierać. To co dawało jej siłę do życia w tych trudnych dniach była świadomość, że jest potrzebna swemu dziecku. Ma dla kogo żyć. Całą swoją matczyną miłość skupiła na synu. Starała się zaspokoić wszystkie jego potrzeby duchowe i materialne. „Kocham go ze zdwojoną mocą; za siebie i za nieżyjącego męża”- mówiła Helena. Syn wyrósł na dorodnego młodzieńca. I wtedy to dla Heleny rozpoczęła się drogę przez mękę. Marian sięgał po alkohol, wracał do domu pijany. Matka upominała go, błagała, ale nadaremnie. Zamilkła, gdy pijany syn zaczął reagować na upomnienie agresją. Wyzywał ją od najgorszych, a nawet bił. Uciekała wtedy z domu do sąsiadów, którzy mówili, że w wychowaniu Mariana zabrakło twardej męskiej ręki. Helena jednak nadal kochała swoje jedyne dziecko. Płakała i modliła się o opamiętanie syna. Jednak zamiast opamiętania docierały do niej wieści o awanturniczych poczynaniach syna. Kurczyła się coraz bardziej z bólu, a w zapadniętych oczach zabrakło łez. Aż pewnego dnia zjawiła się w domu policja i zaczęła wypytywać o Mariana, okazało się, że jest zamieszany zabójstwo.

Marian znalazł się za kratkami. Helena, mimo że do więzienia było ponad sto kilometrów, każdego tygodnia przyjeżdżała do syna. W czasie widzenia chciała być z nim jak najdłużej, a gdy odchodził do swojej celi, ocierając łzy długo patrzyła za nim. Sąsiedzi widzieli, jak Helena odmawia sobie wielu rzeczy, aby zaoszczędzić na bilet i rzeczy potrzebne synowi. Pewnego razu jeden z nich powiedział: „Twój syn zrujnował ci życie. On się już nigdy nie zmieni. Dlaczego ty nie zapomnisz o nim?” Helena ze smutkiem popatrzyła na niego i powiedziała: „Jak ja bym to mogła uczynić. Nienawidzę czynów, których się dopuścił, ale on jest moim synem i nigdy go nie przestanę kochać”.

Miłość przybiera wiele różnych form wyrazu. Zaś jej prawdziwą wartość widzimy dopiero w perspektywie ewangelicznego wymagania: „Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują”. Im dalej jesteśmy od tego ideału tym bardziej nasza miłość jest niedoskonała. I można odejść tak daleko od tego ideału, że miłość nie zasługuje na nagrodę. „Jeśli bowiem miłujecie tych, którzy was miłują, cóż za nagrodę mieć będziecie?” Miłość tylko tych, którzy nas miłują według ewangelicznej miary jest miłością kupiecką; daję coś, aby w zamian coś otrzymać. Taki czyn przez swoją wymianę jest już nagrodzony w wymiarze ziemskim i nie ma nic, co by zasługiwało na nagrodę wieczności. Takie wyobrażenie miłości prezentował sąsiad, który radził matce, aby zapomniała o swoim synu, bo nie zasługuje na tę miłość. Matczyna miłość daje wszystko, nie spodziewając się nic w zamian. Jest to miłość zasługująca na nagrodę Boga.

Jednak Chrystus wymaga miłości jeszcze doskonalszej. W Księdze Kapłańskiej czytamy: „Będziesz upominał bliźniego, aby nie zaciągnąć winy z jego powodu. Nie będziesz szukał pomsty, nie będziesz żywił urazy do synów twego ludu, ale będziesz kochał bliźniego jak siebie samego”. Z kontekstu wynika, że miłość należy okazywać tym, którzy należą do tego samego ludu. Miłość, do której wzywa Chrystus nie ma względu na przynależność narodową. Kochać mamy każdego. Co więcej, Chrystus mówi, że mamy kochać nawet naszych nieprzyjaciół. Ten wymóg wydaje się ponad nasze siły i jakby wbrew ludzkiej logice. Taka miłość wymaga niesamowitej dojrzałości wewnętrznej, którą człowiek może zdobyć tylko w bliskości Boga. Logika takiej miłości funkcjonuje także w wymiarze doczesnym, na jej owoc nie trzeba czekać wieczności. Abraham Lincoln uwolnił z niewoli żołnierza z armii konfederatów i zatrudnił go w farmie swojej matki. Kobieta, która była zwolenniczką armii unijnej, gdy się dowiedziała o tym poczyniła prezydentowi wyrzuty: „Nie powinien pan zwalniać swoich wrogów, powinien pan ich zniszczyć”. Lincoln odpowiedział jej: „Proszę pani, jeśli ja czynię wroga moim przyjacielem, czyż tym sposobem nie niszczę wroga? I czyż nie wypełniam przez to przykazania Jezusa o miłości nieprzyjaciół?”

Miłość nieprzyjaciół jest naszym zwycięstwem zaś nienawiść do nich jest naszą klęską. Anonimowy autor pisze: „Jeśli nienawidzimy naszych nieprzyjaciół dajemy im władzę nad nami. Władzę nad naszym snem, władzę nad naszym ciśnieniem krwi, władzę nad naszym zdrowiem i szczęściem. Nasi wrogowie będą tańczyć z radości, wiedząc jak bardzo wewnętrznie zżera nas nienawiść. Nasza nienawiść nie rani naszych wrogów, lecz zamienia nasze dnie i noce w piekielny koszmar”. Zaś miłość posunięta aż do miłości nieprzyjaciół sprowadza wewnętrzny pokój, poczucie zwycięstwa, przede wszystkim samego siebie, przysparza przyjaciół, z pokojem duszy kładziemy się spać i z takim samym pokojem rano wstajemy. Historia dostarcza wiele przykładów, kiedy to człowiek zwyciężając miłością nienawiść odmienia siebie i świat. W „The Tablet” z 4 października 1997 r. znajduje się opis zdarzenia z czasów II wojny światowej. Po zwycięstwie Związku Radzieckiego nad nazistowskimi Niemcami zaplanowano w Moskwie marsz ulicami miasta dwudziestu tysięcy niemieckich jeńców wojennych. Na chodnikach zebrały się tysiące ludzi, aby zobaczyć upokorzonych wrogów. Wśród widzów można było zobaczyć wychudzone, wymizerowane, w zniszczonych ubraniach kobiety. Przeżyły one koszmar wojny. Zapewne niektóre z nich pamiętają opętańcze krzyki niemieckich żołnierzy, strzały, bicie i podpalony dom. Zapewne w pamięci nie jednej z nich wpisał się do końca życia obraz niemieckich żołnierzy strzelających do najbliższych z rodziny. Spoglądały one ze złością i nienawiścią w kierunku, gdzie miała się pojawić kolumna niemieckich żołnierzy. Na czele kolumny maszerowali oficerowie. Szli z dumnie podniesionymi głowami. Na ich twarzach widać było butę. Zachowanie wyrażało pogardę dla zgromadzonego tłumu. Kobiety zaczęły krzyczeć, wygrażając im pięściami. Żołnierze i policjanci pilnujący porządku musieli je powstrzymywać, bo chciały zlinczować jeńców. Kilka minut później zachowanie kobiet zmieniło się nie do poznania. Za kolumną elegancko ubranych oficerów niemieckich szli żołnierze w podartych mundurach. Rany owinięte były brudnymi bandażami. Wielu z nich utykało, podpierając się kulami lub szukając oparcia na ramieniu kolegi. Szli ze spuszczonymi głowami.

Jewgeny Jewtuszenko, jeden z uczestników tego wydarzenia napisał: „Tłum zamilkł. Słychać było tylko szuranie butów i stukot kul. Nagle zobaczyłem starszą kobietę w zniszczonych butach. Przedarła się do przodu i rozmawiała z policjantem pilnującym porządku. Musiała mu powiedzieć coś ważnego, bo ten ją przepuścił. Weszła wtedy pomiędzy jeńców. Wyciągnęła zawiniątko spod kufajki. Był to kawałek czerstwego chleba, który wysnuła do kieszeni słaniającego się żołnierza. I wtedy nagle ze wszystkich stron do żołnierzy podbiegły kobiety, wciskając im do rąk chleb, papierosy, cokolwiek miały. Żołnierze nie byli już wrogami, ale ludźmi”.

Miłość nieprzyjaciół przemienia ludzi i społeczeństwa, jakby w ten sposób wynagradza już tu na ziemi tych, którzy przyjęli ją za normę życia. Ale ostateczną nagrodę za taką miłość ujrzymy, gdy staniemy przed Bogiem twarzą w twarz (z książki „Nie ma innej Ziemi Obiecanej”).

 

BĄDŹCIE ŚWIĘTYMI

Pan powiedział do Mojżesza: «Przemów do całej społeczności Izraelitów i powiedz im: Bądźcie świętymi, bo Ja jestem święty, Pan, Bóg wasz! Nie będziesz żywił w sercu nienawiści do brata. Będziesz upominał bliźniego, aby nie ponieść winy z jego powodu. Nie będziesz szukał pomsty, nie będziesz żywił urazy do synów twego ludu, ale będziesz miłował bliźniego jak siebie samego. Ja jestem Pan!» (Kpł 19, 1-2. 17-18)

2 kwietnia 2005 roku około godziny 15.30 papież Jan Paweł II bardzo słabym głosem powiedział: „Pozwólcie mi iść do domu Ojca”. O godzinie 21.37, papieski lekarz Renato Buzzonetti stwierdził zgon papieża. Był to czas Apelu Jasnogórskiego i wigilia Niedzieli Miłosierdzia Bożego, święta ustanowionego przez Jana Pawła II. W uroczystościach pogrzebowych na placu św. Piotra zebrało się tysiące ludzi. Niektórzy trzymali transparenty z włoskim napisem „santo subito” (święty natychmiast). Wierni uważali już wtedy Jana Pawła II za świętego i gdyby od nich zależało papież od razu byłby wyniesiony na ołtarze. Jednak w Kościele obowiązują pewne procedury, które mają zbadać dokładnie heroiczność cnót kandydata na ołtarze oraz stwierdzić cud za jego wstawiennictwem. Zostało zatem czekanie wypełnione modlitwą. Modlitwa została wysłuchana. Potwierdzono cud uzdrowienia za wstawiennictwem Jana Pawła II. Uzdrowiona zakonnica, s. Marie Simon-Pierre Normand powiedziała o papieżu: „Był blisko najmniejszych, najsłabszych. Ileż to razy widziano, jak zbliżał się do osoby niepełnosprawnej czy chorej. Nigdy nie bał się jej objąć, dotknąć. Myślę więc, że jest bardzo blisko nas. Ale jest też bardzo blisko mnie, bardzo obecny w głębi mego serca”. Arcybiskup Sławoj Leszek Głódź z racji ogłoszenia dnia beatyfikacji powiedział między innymi: „Będziemy mieli orędownika w niebie. Jest to decyzja, na którą czekaliśmy i w intencji, której się modliliśmy. Obrazowo mówiąc – przybyły nam ramy do obrazu, bo w świadomości wiernych Jan Paweł II był już uważany za świętego. Ja osobiście bardzo się cieszę, bo byłem świadkiem wyboru Ojca Świętego, potem przeżywaliśmy jego śmierć i uroczystości pogrzebowe w Watykanie, a teraz 1 maja będziemy świadkami narodzin dla nieba Jana Pawła II – takich oficjalnych narodzin”.

Z pewnością każdy z nas odczuwa radość z tego, że mógł być świadkiem świętości Jana Pawła II. Świadczenie o tej świętości jest bardzo ważne, ale najważniejsze jest nasze osobiste wzrastanie w świętości. Do tego, bowiem powołuje nas Bóg. W pierwszym czytaniu biblijnym słyszymy słowa Boga skierowane do Mojżesza: „Mów do całej społeczności synów Izraela i powiedz im: Bądźcie świętymi, bo Ja jestem święty, Pan, Bóg wasz!” Autor biblijny zwraca uwagę na dwa wymiary świętości. Być świętym to odwrócić się od bałwochwalstwa i oddawać cześć jedynemu i prawdziwemu Bogu. To wskazanie, w tamtych czasach było szczególnie aktualne, ponieważ ościenne narody oddawały cześć różnym bożkom. Drugi aspekt świętości ma charakter religijno- moralny. Oddając cześć jedynemu Bogu winniśmy okazywać tak jak On miłość i sprawiedliwość do swego ludu. W Księdze Kapłańskiej mamy konkretne wskazania odnośnie naszej postawy wobec bliźniego: „Nie będziesz żywił w sercu nienawiści do brata. Będziesz upominał bliźniego, aby nie zaciągnąć winy z jego powodu. Ne będziesz szukał pomsty, nie będziesz żywił urazy do synów twego ludu”. Niejako zwieńczeniem tych dwóch aspektów świętości jest nakaz: „Będziesz kochał bliźniego jak siebie samego”. Możemy, zatem powiedzieć, że miłość jest najdoskonalszą drogą do świętości.

Dalaj Lama, duchowy i polityczny przywódca Tybetu, pewnego razu powiedział, że jego bohaterem i przyjacielem jest niewidomy Irlandczyk Richard Moore. W czasie zamieszek w Irlandii Północnej Richard wracał ze szkoły. Nagle jeden z żołnierzy z bardzo bliskiej odległości strzelił mu prosto w twarz. Gumowa kula uderzyła Richarda między oczy w wyniku, czego stracił on wzrok. Tak wspomina to wydarzenie: „Pamiętam, że w jednym momencie ogarnęła mnie ciemność i pustka. To wydarzenie odmieniło całkowicie moje życie”. Ten młody człowiek odbył duchową długą i trudną podróż. Wydarzenie, które mogło stać jego życiową tragedią przemienił w historię wiary, przebaczenia i miłości, która stała się inspiracją dla wielu ludzi w tym dla Dalaj Lamy. Moore aktywnie zaczął działać w organizacji Children in Crossfire, która niesie pomoc dzieciom doświadczającym przemocy i ubóstwa. Sam zaś nie tylko wybaczył żołnierzowi, który strzelił do niego, ale obdarzył go także swoją przyjaźnią. Obecnie Richard regularnie spotyka się z młodzieżą i mówi jak ważne w życiu jest odrzucenie urazy, chęci odwetu i nienawiści. I jak konieczna jest postawa wybaczenia i miłości nawet wobec wroga. Dalaj Lama uważa, że taka postawa zasługuje na nagrodę Nobla, której sam jest laureatem. Zaś niewidomy Richard Moore swoją sytuację życiową komentuje słowami: „Zabrano mi wzrok, ale nie zabrano mi wizji życia”.

O takiej wizji życia mówi dzisiejsza Ewangelia. A jest to wizja miłości posuniętej nawet do miłowania nieprzyjaciół. Chrystus w dzisiejszej Ewangelii mówi: „Słyszeliście, że powiedziano: Będziesz miłował swego bliźniego, a nieprzyjaciela swego będziesz nienawidził. A Ja wam powiadam: Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują; tak będziecie synami Ojca waszego, który jest w niebie”. Według nauczania Chrystusa miłości nie możemy ograniczyć tylko do konkretnej osoby, rodziny, grupy społecznej, czy własnego narodu. Oczywiście miłość do poszczególnych grup ma różny stopień odpowiedzialności i różne formy wyrazu, ale nigdy i nikogo nie wyklucza z kręgu miłości. Każdy człowiek zasługuje na miłość, a to i z tego względu, o którym mówi św. Paweł w drugim czytaniu: „Czyż nie wiecie, że jesteście świątynią Boga i że Duch Boży mieszka w was? Jeżeli ktoś zniszczy świątynię Boga, tego zniszczy Bóg. Świątynia Boga jest święta, a wy nią jesteście”. Winniśmy szanować drugiego człowieka, bo jest on mieszkaniem Ducha Świętego. Nawet świątynię zbrukaną grzechem winniśmy oczyszczać z grzechu a nie niszczyć.

Brutalna agresja, odwet, konfrontacja są obecne w polityce i ekonomii. Jakże często jesteśmy świadkami kłótni polityków, którzy obdarzeni społecznym zaufaniem, postawieni na świeczniku zachowują się i wyrażają jak jakiś wulgarny uliczny chuligan. Widzimy też bezpardonową walkę w dziedzinie gospodarczej. Toczy się walka o każdego dolara. Patrząc na to wzajemne podkopywanie się, szkodzenie sobie, wykorzystywanie innych, odnosi się nieraz wrażenie, że zgłodniała sfora wilków w porównaniu z biznesmenami w eleganckich garniturach to prawdziwy Wersal. Przemoc, zemsta, odwet są obecne w naszym życiu na każdym kroku. Pozwalamy, aby przekroczyły one próg naszego domu. Jakże często filmy o przemocy i zemście zatruwają atmosferą naszego dom. Jakże często małe dzieci z twarzą przyklejoną do monitora masowo mordują swoich wirtualnych wrogów. Jak na ironię tę brutalną, agresywna grę komputerową przyniósł dziecku św. Mikołaj na Boże Narodzenie. Jakże trudno później temu małemu „brutalowi” wychowywanemu przez takie gry powiedzieć o wybaczeniu i miłości nawet nieprzyjaciół. A przecież jest to jedyna droga do zbudowania bardziej ludzkiego i bożego świata.

Chrystus wzywa nas do odrzucenia przekonania i wiary, że agresja, odwet są najlepszą i najłatwiejszą drogą rozwiązania problemów społecznych czy osobistych. Chrystus wzywa nas do budowania mostów między ludźmi. Jest to szczególnie trudne w przypadku ludzi, którzy nas zranili, ale konieczne, aby zachować ludzką godność nie mówiąc już o godności dziecka Bożego. Tego oczekuje od nas Chrystus i daje nam moc do takiego miłowania. Na tej drodze doskonałości nie tylko upodabniamy się do naszego Ojca w niebie, ale mamy także udział w Jego Królestwie: „Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski” (z książki Bóg na drogach naszej codzienności).

 

„KTO KOCHA WIELE, CZYNI WIELE”

Bracia: Czyż nie wiecie, że jesteście świątynią Boga i że Duch Boży mieszka w was? Jeżeli ktoś zniszczy świątynię Boga, tego zniszczy Bóg. Świątynia Boga jest święta, a wy nią jesteście. Niechaj się nikt nie łudzi. Jeśli ktoś spośród was mniema, że jest mądry na tym świecie, niech się stanie głupim, by posiadł mądrość. Mądrość bowiem tego świata jest głupstwem u Boga. Zresztą jest napisane: „On udaremnia zamysły przebiegłych” lub także: „Wie Pan, że próżne są zamysły mędrców” (1 Kor 3,16-20).

Słowa Tomasza a Kempis użyte w tytule tych rozważań mówią o nierozerwalnym związku miłości z owocnością naszego życia. Bez miłości niewiele możemy uczynić. A że całe życie pracujemy na wieczność, stąd też wieczność zależy od kształtu naszej miłości. W pierwszym czytaniu Bóg mówi do Mojżesza: „Bądźcie świętymi, bo Ja jestem święty, Pan, Bóg wasz!” Według Kościoła świętym jest ten, kto został zabawiony, osiągnął życie wieczne. Boże wezwanie do świętości jest równocześnie wezwaniem do miłości. Bezpośrednio po słowach o świętości, Bóg przez Mojżesza mówi: „Nie będziesz żywił w sercu nienawiści do brata. Będziesz upominał bliźniego, aby nie zaciągnąć winy z jego powodu. Ne będziesz szukał pomsty, nie będziesz żywił urazy do synów twego ludu, ale będziesz kochał bliźniego jak siebie samego”. To tylko niektóre wskazania, jak praktycznie wprowadzać miłość w naszą codzienność.  W czasach Starego Testamentu znano bardzo surowe prawo, które wspomina Chrystus w Ewangelii: „Oko za oko i ząb za ząb”. Było to prawo prymitywne, ale w pewnym stopniu służyło człowiekowi, chroniąc go przed nieumiarkowanym odwetem.  Św. Augustyn tak pisze na ten temat: „Czyż nie obserwuje się, że ludzie ledwie zaczepieni gotowi są zabić, łakną krwi i aż trudno im wyszukać takie zło dla wroga, które mogłoby ich nasycić? Któż uderzony pięścią nie idzie do sądu, aby ten ukarał sprawcę? Albo też sam chce mu oddać i jeśli nie chwyta za jaką włócznię, to pastwi się nad winowajcą za pomocą pięści i kopniaków. Aby postawić tamę tej nieumiarkowanej i niesprawiedliwej zemście, sprawiedliwe prawo ustanowiło karę odwetu: aby jakiego kto dopuści się przestępstwa, taką ponosił karę. Zatem zasada oko za oko, ząb za ząb nie była zarzewiem gniewu, ale wyznaczała granice; nie rozbudzała tego, co było w stanie uśpienia, ale nakładała kaganiec na rozszalały żywioł”. W opozycji do prawa odwetu Chrystus stawia miłość, która nie zna granic i jest niezależna od jakichkolwiek okoliczności. Ogarnia ona także naszych wrogów i nieprzyjaciół: „A Ja wam powiadam: Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują”.

Taka miłość ma swoją cenę. Pisze o tym Dick Hills w książce „Love is a Costly Thing”.  „Wychudzona kobieta leżała na ziemi. W ramionach trzymała małe dziecko. Do wyciągniętej ręki włożyłem jej bułkę, zastanawiając się czy przeżyje do następnego ranka. Była całkowicie wyczerpana, ale wyczuła w ręku bułkę. Dałem jej niewiele, bo tylko tyle miałem wtedy. Powoli wzięła do ust niewielki kęs. Żuła go bardzo długo i dokładnie, i następnie przyłożyła swoje usta do ust dziecka i ciepłą papką karmiła swoje maleństwo. Mimo, że sama była wygłodzona, całą bułkę przeznaczyła dla dziecka. Po nakarmieniu niemowlęcia zamknęła oczy, a jej głowa opadła na ziemię. Kilka minut później dziecko zasnęło. Następnego dnia dowiedziałem się, że tej nocy serce ofiarnej matki przestało bić, a jej mała córeczka żyła. Miłość ma swoją cenę. Bóg z miłości do człowieka nas poświęcił Syna, aby powiedzieć nam,  jak bardzo nas kocha. Nasze serce winna ożywiać miłość gotowa do największej ofiary. Rodzice, synowie, córki i misjonarze są gotowi zapłacić najwyższą cenę miłości.  Z miłości do Chrystusa misjonarze, bardzo często oddają wszystko, aby świat poznał Zbawiciela. Jeśli z miłości do Chrystusa płacisz, to możesz być pewien, że razem z Chrystusem możesz osiągnąć wiele. Pamiętaj, miłość to kosztowna rzecz. Czy kochasz wystarczająco?”

Podziwiamy taką miłość i wydaje się nam, że jest to normalne, tak powinno być. Jest jednak miłość, która według naszej ludzkiej miary jest trudniejsza do zrozumienia. Tak jest w przypadku, gdy ktoś oddaje życie za człowieka, który w pewnym sensie jest mu obcy. Przykład takiej miłości przytacza Don Ratzlaff w książce „The Christian Leader”. Rzecz dzieje się w czasie drugiej wojny światowej. Japończycy stworzyli w dżungli obóz jeńców wojennych, których wykorzystywali do budowy torów kolejowych. W obozie panowały potworne warunki. Zabójczy klimat, ciężka praca, brak żywności, okrucieństwo dozorców obozu sprawiały, że to miejsce stało się piekłem na ziemi. Także między jeńcami brakowało solidarności. Brutalna walka o przetrwanie zdominowała ich życie. W tych potwornych i barbarzyńskich warunkach zdarzyło się coś co odmieniło życie jeńców. Wspomniany autor tak opisuje to zdarzenie: „Zginęła łopata. Oficer pilnujący więźniów był wściekły. Ogłosił, że ten kto ukradł łopatę powinien się natychmiast przyznać. Kiedy nikt z oddziału nie ruszył się, wtedy oficer wyciągnął pistolet i zaczął grozić, że po kolei będzie ich zabijał. Dla wszystkich było oczywiste, że oficer spełni swoją groźbę.  W końcu z szeregu wystąpił jeden mężczyzna i przyznał się, że to on ukradł łopatę. Oficer schował pistolet i wziął do rąk łopatę, którą zaczął katować więźnia. Bił go tak długo, aż ten oddał ostatni oddech. Gdy już było po wszystkim współwięźniowie wzięli zakrwawione ciało kolegi i ruszyli na drugi punkt kontrolny. Tu okazało się, że żadna łopata nie zginęła, po prostu pomylono się przy liczeniu na pierwszym punkcie kontrolnym. Ta wiadomość lotem błyskawicy obiegła cały obóz. Niewinny mężczyzna oddał swoje życie, aby uratować innych. To wydarzenie wstrząsnęło jeńcami. Od tego czasu więźniowie zaczęli wzajemnie wspomagać się i żyć jak bracia. Kiedy przybyły wojska alianckie, wyzwoleni jeńcy wyglądali jak chodzące szkielety. Postawiono ich przed niedawnymi oprawcami, spodziewając się, że zechcą wymierzyć sprawiedliwość swoim katom. A ci jednak nie myśleli o zemście tylko mówili: Nigdy więcej nienawiści. Nigdy więcej zabijania. To czego teraz potrzebujemy jest wybaczenie”.

Powyższe zdarzenia wpisują się w wezwanie Chrystusa do miłości, która nie ma granic. W ludzkim wyrachowaniu wydaje się ona nielogiczna. Miłować nieprzyjaciół, to jakby wbrew sobie. Chrystus wzywając do takiej miłości sam wiele razy dawał przykład. Modlił się na krzyżu za swych oprawców, oddał swoje życie za zbawienie wszystkich. Więźniowie wyżej wspomnianego obozu po śmierci bohaterskiego współwięźnia zaczęli się odnosić do siebie jak bracia. Miłość ich odmieniała. Śmierć Chrystusa sprawiała, że wszyscy ludzie włączeni w dzieło zbawcze Chrystusa są dla siebie braćmi i siostrami. Miłość, do której wzywa nas Chrystus czyni naszymi braćmi i siostrami nawet naszych wrogów, bo przecież jednego mamy Ojca w niebie, przed którym kiedyś staniemy. A ten Ojciec jest Ojcem dobrych i złych: „Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują; tak będziecie synami Ojca waszego, który jest w niebie; ponieważ On sprawia, że słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi, i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych”.

Słowo „nieprzyjaciel” użyte w Ewangelii może oznaczać nie tylko wroga wojennego, ale także członka rodziny, znajomego, kolegę, sąsiada, jednym słowem każdego kto utrudnia nasze życie. Ci ludzie ranią nas na różne sposoby. Wzbudzają w nas uczucie zamętu życiowego, lęku, złości, a to tak łatwo przemieniania się w nienawiść. Napełnieni chęcią odwetu, nienawiścią stajemy się w pierwszym rzędzie wrogami samych siebie. Te uczucia zabierają radość i pokój życia. Ten zaklęty krąg nienawiści może przerwać tylko miłość bez granic. Moc do takiego miłowania odnajdujemy w Chrystusie (z książki W poszukaniu mądrości życia).

 

ŚWIĘTY JAN GWALBERT

Można powiedzieć, że panuje powszechna zgoda co do miłości jako normy postępowania i źródła ludzkiego szczęścia. Jednak rozumienie miłości bywa różne. Miłością nazywane jest nieraz postępowanie, które nie ma nic z nią wspólnego. W Chrystusie miłość przybrała najdoskonalszy kształt. Ta miłość sięga wieczności i obejmuje wszystkich bez wyjątku, nawet naszych wrogów i nieprzyjaciół. Słowa o miłości, Chrystus potwierdził swoim życiem. Z miłości do nas umarł na krzyżu. Na tym krzyżu modlił się za swoich oprawców. Jest to miłość trudna, ale w łączności z Chrystusem możliwa. Przykładem może być papież Jan Paweł II, który wybaczył i okazał miłość swemu niedoszłemu zabójcy. Dlatego jego słowa z orędzia na Wielki Post 2001 roku brzmią tak autentycznie: „Jedyną drogą do pokoju jest przebaczenie. Przyjęcie i ofiarowanie przebaczenia przerywa spiralę nienawiści i zemsty, kruszy kajdany zła krępujące serca przeciwników. Miłość do tych, którzy nas skrzywdzili, może przemienić nawet pole bitwy w miejsce solidarnej współpracy”. Takiej miłości możemy się uczyć zgłębiając żywot świętego Jana Gwalberta.

Św. Jan Gwalbert urodził się we Florencji w 995 roku. Pochodził ze szlacheckiego rodu i już od młodości był sposobiony do stanu rycerskiego. Młody Jan poznawał arkana sztuki wojskowej i wojennej, zaniedbując przy tym sprawy wiary i Boga. Stąd też młodzieńca bardziej ciągnęło do świata i jego uciech, niż do kościoła. Bardziej cenił wartości rycerskie jak honor i sława niż chrześcijańską cnotę wybaczenia i pokory. Taka postawa miała zasadniczy wpływ na jego odniesienie do zabójcy ukochanego brata Hugona. Ojciec Jana nie mógł przebaczyć mordercy swego syna. Pałał do niego nienawiścią i żądzą zemsty. Podobnie i Jan, który wyruszył na poszukiwanie mordercy, aby pomścić brata. Dopadł go w Wielki Piątek w wąwozie górskim pod Florencją. Morderca znalazł się potrzasku nie miał szans obrony ani ucieczki.

Jan miał teraz wymarzoną okazję pomszczenia swego brata. Ale nagle, morderca przyparty do muru, padł na kolana i zaczął błagać Jana o litość tymi słowami: „Jeżeli już sam jestem zabójcą, nie bądź że ty nim; jeśli ja uniesiony namiętnością przelałem krew niewinną, to ty pohamuj gniew i wybacz winowajcy przejętemu żalem”. Jan Gwalbert, widząc skruszonego, błagającego o litość wroga, zaczął się wewnętrznie mocować i w końcu pokonał w sobie pierwszy odruch gniewu i zemsty. Następnie odrzucił miecz, podał rękę klęczącemu mordercy i powiedział: „Zakląłeś mnie na Imię Tego, u którego i ja żebrzę odpuszczenia grzechów, nie chcę, przeto mścić się na tobie. Daruję ci życie i nawet przyjaźń swoją”. Wzruszony Jan ucałował mordercę i odszedł, a w duszy czuł głęboki pokój. W jednej chwili doznał wewnętrznej przemiany. Wracając do domu wstąpił do kościoła św. Miniasza i ukląkł przed wizerunkiem ukrzyżowanego Chrystusa. I gdy tak patrzył na Zbawiciela wydawało mu się, że Jezus skłonił głowę i powiedział do niego: „Ponieważ prze-baczyłeś i tobie będzie przebaczone”.

Jan napełniony światłem i pokojem bożym postanowił wstąpić do zakonu i całkowicie poświęcić się Bogu. Z tym postanowieniem zgłosił się do opata klasztoru benedyktyńskiego. Opat był zdumiony prośbą młodego rycerza, ponieważ znał go wcześniej z innej strony . Trudno było mu uwierzyć w tak nagłą wewnętrzna przemianę Jana. Ponadto obawiał się gniewu ojca, który nie byłby zachwycony decyzją syna. Odmawiając przyjęcia w szeregi zakonne opat powiedział: „Trudno ci wejść w butach i z ostrogami w habit i do nieba; mógłbyś się przeliczyć i niezadługo sprzykrzyć sobie samotność i surowość życia zakonnego. Nadto ojciec i krewni nie zbudują się postanowieniem twoim”. Jednak po długich naleganiach opat pozwolił Janowi w świeckim ubraniu uczestniczyć w nabożeństwach zakonnych. Gdy ojciec dowiedział się o decyzji syna udał się do klasztoru, aby siłą zabrać go do domu. Kiedy Jan dowiedział się o przybyciu ojca, szybko zgolił głowę i przywdział stary habit zakonny. Gdy ojciec zobaczył syna w szacie zakonnej i usłyszał opowieść o zdarzeniu w wąwozie pod Florencją zapłakał ze wzruszenia i pozwolił synowi pozostać w zakonie a sam zaniechał zemsty na mordercy Hugona.

Jan Gwalbert z ojcowskim błogosławieństwem został przyjęty do zakonu. Prowadził tam surowe życie, wypełnione gorliwą modlitwą, umartwieniami i pokutą za nieprawości minionych lat. Ożywiony miłością Boga i ludzi był wzorem cnót zakonnych. Po śmierci opata, który przyjął Jana do zakonu pieczę nad wspólnotą powierzono innemu zakonnikowi. Ten jednak niezbyt troszczył się o zachowanie reguły zakonnej. We wspólnocie nastąpiło rozluźnienie. Wobec tego Jan wraz z innym zakonnikiem opuścił klasztor i udał się do Camaldoli do św. Romualda. Za radą świętego mnicha Jan wraz z dwoma świątobliwymi pustelnikami osiadł w Wallombrosie. Prowadzili oni życie na wzór wspólnoty zakonnej. Pobożnością, ascetycznym trybem życia zyskali sobie powszechny szacunek. Do nowej wspólnoty zaczęło się zgłaszać wiele świeckich osób jak i kapłanów. Wspólnota zaczęła się rozrastać stąd też przystąpiono do budowy nowego klasztoru. Jan Gwalbert został wybrany opatem. Nowy zakon przyjął regułę świętego Benedykta w całej pierwotnej surowości. Papież Aleksander II w 1070 roku zatwierdził wspólnotę. I tak powstała nowa rodzina zakonna wallombrozjanów. Wkrótce powstało 12 nowych klasztorów wallombrozjanowskich. Za papieża Innocentego III zakon liczył 60 klasztorów i dał Kościołowi 12 kardynałów, około 40 biskupów, wielu uczonych oraz kilku świętych i błogosławionych. Sam św. Jan Gwalbert prowadził bardzo surowy tryb życia, a kierując się pokorą nie chciał przyjąć nawet niższych święceń. Ludzie odwiedzający klasztor zwykle mówili: „Jeśliś ciekaw wiedzieć, kto jest opatem w Wallombrosie, to uważaj, który z tamtejszych mnichów najpokorniejszy, najcierpliwszy i najpobożniejszy”.

Działalność Jana Gwalberta nie ograniczała się tylko do klasztoru. Zakładał szpitale dla kalek i chorych. Po długim i pracowitym życiu, licząc 88 lat Jan Gwalbert odszedł w opinii świętości do Pana. Papież Celestyn III zaliczył go w 1193 roku do grona świętych (z książki Wypłynęli na głębię).

 

OBY CIE NIE DOSIĘGŁA KLĄTWA

W czasie spotkania rozmowa zeszła na temat klątwy. Jedna z pań zapytała mnie, czy jest możliwe, aby ktoś mógł rzucić klątwę na bliźniego. Pytanie nie było od rzeczy, bo nie raz słyszałem, jak człowiek, którego dotykały różne nieszczęścia pytał: „Czy ktoś mnie przeklął?” Ta rozmowa zainspirowała mnie do poruszenia tego tematu w ramach „Słowa na niedzielę”. W czasie przygotowania tych rozważań znalazłem na stronie internetowej takie ogłoszenie: „Firma ‘EBLIS’ świadczy odpłatnie usługi w sferze działania złych mocy. Firma oferuje rzucanie złych klątw i negatywnych uroków oraz sprowadzanie pecha i nieszczęść na wskazane osoby. Czynności magiczne w firmie „EBLIS” wykonują wykwalifikowane media odmawiające stosowne zaklęcia i wysyłające złe myśli w kierunku wskazanej osoby, co powoduje wokół wskazanej osoby zagęszczenie negatywnej energii i wystąpienie pożądanych negatywnych skutków”. Prawdopodobnie firma ta nie skarży się na brak klientów. Ale zanim ustosunkuję się do tej niejako komercyjnej formy klątwy wspomnę klątwę rzuconą na króla Francji i papieża przez wielkiego mistrza zakonu rycerskiego Templariuszy. Zakon ten powstał w roku 1120.

Kardynał Jakub de Vitry tak pisze o początkach zakonu: „Pewni rycerze, miłowani przez Boga i powołani do Jego służby, wyrzekli się świata i poświęcili Chrystusowi. W uroczystych ślubach złożonych przed patriarchą Jerozolimy zobowiązali się bronić pątników przed zbójcami i porywaczami, chronić drogi i służyć jako rycerze Najwyższemu Królowi. Zachowywali ubóstwo, czystość i posłuszeństwo wedle reguły kanoników regularnych. Król jego rycerze i wielmożny patriarcha przepełnieni współczuciem dla tych szlachetnych mężów, którzy wszystko porzucili, by służyć Chrystusowi, obdarzyli ich pewnymi włościami i beneficjami, aby zaspokoić ich potrzeby, oraz dla zasługi dusz ofiarodawców. A jako że nie mieli na własność kościoła ani siedziby, król umieścił ich w swym pałacu przy Świątyni Pańskiej. Opat i kanonicy regularni z Templum dali im na potrzeby ich służby ziemię w pobliżu pałacu i z tej przyczyny nazwano ich później Templariuszami”. Templariusze byli postrachem dla wojsk mahometańskich i w znacznym stopniu przyczynili się wyzwolenia Ziemi Świętej z ich rąk. W czasie bitwy nigdy nie prosili o litość, nie ubiegali się też o zwolnienie za okupem. Jeśli dostali się do niewoli, czekała ich pewna śmierć. Nie tylko bronili pielgrzymów, ale także stworzyli system finansowy, który dawał pielgrzymom coś w rodzaju czeku podróżnego. Pielgrzymi nie podróżowali z pieniędzmi, a zatem nie byli tak łakomym kąskiem dla rabusiów.

Gdy ostatecznie chrześcijanie zostali wyparci z Ziemi św., Templariusze wrócili do Europy. W Francji mieli główna siedzibę. Była to potężna armia i bogaty zakon. Władcy Europy a szczególnie król Francji Filip IV, który był zadłużony u Templariuszy niechętnie patrzyli na zakon. Król, kierując się interesami materialnym podjął decyzję o likwidacji zakonu. Tę decyzję poparł papież, który wiele zawdzięczał królowi Francji w wyniesieniu go na stolicę Piotrową. W piątek 13 października 1307 król uwięził tysiące Templariuszy, oskarżając ich o zaparcie się Chrystusa, czczenie bożków, plucie na krzyż, homoseksualizm. Zastosowano tak okrutne tortury, że większość z nich przyznała się do zarzucanych czynów. Uczynił to również wielki mistrz zakonu Jacques de Molay. Jednak 18 marca 1314, płonąc przez trzy godziny na stosie odwołał swoje zeznania i rzucił klątwę na Nogareta, króla Francji i papieża. W niecałe dwa miesiące po śmierci Jakuba de Molay’a umarł papież Klemens V, a dziesięć dni później w podejrzanych okolicznościach zginął de Nogaret, kierujący całą akcją likwidacji zakonu. Parę tygodni później podczas polowania przypadkowo zginął król Francji Filip IV Piękny. Kilkanaście lat później wygasła dynastia Filipa.

Wygląda to jak spełniona klątwa. Czy zatem klątwa ma tak potężną moc, wobec której człowiek jest bezradny? Odpowiedź „tak” lub „nie” byłaby dużym uproszczeniem. Na klątwę chcę spojrzeć, przez pryzmat miłości, która jest wiodącym tematem w czytaniach biblijnych na dzisiejszą niedzielę. To człowiek, to my sami otwieramy drzwi dla klątwy. Sami pozwalamy jej, aby miała nad nami taka moc. Dla przekleństwa trzeba stworzyć odpowiednią przestrzeń, a tworzymy ją przez wyparcie z niej miłości. Krzywdziciel, który nie chce myśleć o krzywdzie wyrządzonej bliźniemu, który na wszelkie sposoby szuka usprawiedliwienia swojej nieprawości, nie żałuje za wyrządzoną krzywdę, nie przeprasza skrzywdzonej osoby, nie chce naprawić wyrządzonego zła, to nic innego, jak wyrugowanie miłości ze swego życia. Przestrzeń wolną od miłości zajmuje zło, rządzi w niej diabeł. I to jest przestrzeń, gdzie spełnia się przekleństwo. Ale pod jednym warunkiem, że osoba skrzywdzona także usunie miłość ze swego życia. Nie zdobędzie się na wybaczająca miłość, ale będzie pałać chęcią zemsty i odwetu. Wykreowanie przestrzeni bez miłości przez dwie strony; skrzywdzonego i krzywdziciela już jest spełnieniem przekleństwa. I w tym wypadku nie jest ważne jaką formę ono przybierze, czy strasznej choroby, czy nagłej śmierci. To jest tylko owoc klątwy, której daliśmy miejsce w naszym życiu. A zatem miłość, nawet jednej strony wytrąca klątwie niszczycielską moc.

W pierwszym czytaniu Bóg mówi do swego ludu przez Mojżesza: „Nie będziesz żywił w sercu nienawiści do brata. Będziesz upominał bliźniego, aby nie zaciągnąć winy z jego powodu. Ne będziesz szukał pomsty, nie będziesz żywił urazy do synów twego ludu, ale będziesz kochał bliźniego jak siebie samego”. Jest to doskonalsze prawo niż to, które wspomina Chrystus w Ewangelii: „Słyszeliście, że powiedziano: ‘Oko za oko i ząb za ząb””. Prawo „Oko za oko, ząb za ząb” stawiało pewną zaporę przed nieograniczoną zemstą. Ale było to prawo miłości bardzo niedoskonałe. Prawo Boże objawione przez Mojżesza mówi o miłości wybaczającej.  Zaś Chrystus poucza: „A Ja wam powiadam: Nie stawiajcie oporu złemu”. Trafnie zinterpretuje te słowa św. Paweł w Liście do Rzymian: „Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj”. „Nie stawiaj oporu złu”, znaczy nie odpłacają złem za zło, odpłacaj dobrem. Chrystus mówi: „Temu, kto chce prawować się z tobą i wziąć twoją szatę, odstąp i płaszcz”. Chrystus wiedzie nas na szczyt miłości: „Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują; tak będziecie synami Ojca waszego, który jest w niebie”. I modlił się na Golgocie za swoich oprawców. Jest to bardzo trudna miłość, ale konieczna, aby uniknąć kreowania przestrzeni, gdzie przekleństwo nabiera mocy spełnienia.

W zmaganiu się o kształt najdoskonalszej miłości nie jesteśmy sami. Św. Paweł mówi: „Czyż nie wiecie, że jesteście świątynią Boga i że Duch Boży mieszka w was?” Te słowa mogą się odnosić do całej wspólnoty wierzących, ale także do każdego nas indywidualnie. Gdy napełnimy się Duchem, stajemy się świątynią Boga, gdzie zło nie przystępu do nas i klątwa traci swoją moc (Kurier Plus 2016).

 

NAJBIEDNIEJSZE ISTOTY

Najbardziej prześladowaną religią świata jest chrześcijaństwo. Rocznie około 170 tys. chrześcijan jest mordowanych z powodu swojej wiary. 75 proc. wszystkich prześladowań religijnych na świecie to prześladowania chrześcijan. Średnio co trzy minuty ginie za swoją wiarę jeden chrześcijanin. Stowarzyszenie Głos Prześladowanych Chrześcijan wylicza, że 250 mln wyznawców Chrystusa żyje w krajach, w których za wiarę grożą im prześladowania. Najtrudniejsza jest sytuacja chrześcijan w Korei Północnej, ale najwięcej prześladowanych żyje w krajach muzułmańskich. Z inicjatywy Stanów Zjednoczonych zorganizowano w ONZ globalny szczyt w sprawie wolności religijnej w czasie, którego prezydent Tramp powiedział: „Pilnym obowiązkiem moralnym światowych przywódców jest zaprzestanie zbrodni przeciwko wierze, uwolnienie więźniów sumienia i uchylenie przepisów ograniczających wolność religijną. Dziś jednym głosem Stany Zjednoczone wzywają wszystkie kraje świata do zakończenia prześladowań religijnych”.

Papież Franciszek zwraca się do przywódców Unii Europejskiej: „Do najbardziej prześladowanej grupy religijnej na świecie należą Chrześcijanie, którzy są dziś nękani znacznie bardziej niż w początkach chrześcijaństwa. Z powodu wiary w Chrystusa prześladowanych jest na świecie 200 mln osób. Dlatego wzywam Unię Europejską, która wyrosła przecież na chrześcijańskich korzeniach, do podejmowania skutecznych działań i inicjatyw zapewniających wolność religijną. Wnoszę o wykorzystanie dostępnych instrumentów i środków finansowych na rzecz ochrony mniejszości religijnych, a szczególnie o monitorowanie i zdecydowane reagowanie na prześladowania Chrześcijan”.

W Unii Europejską nie ma krwawych prześladowań jak za czasów Nerona, ale to nie znaczy, że ich nie ma. Są one na porządku dziennym, przybierając różną formę dyskryminacji, poczynając od najwyższych stanowisk w rządzie Europejskim. Katolik, wybitny filozof Rocco Buttiglione nie mógł zostać komisarzem Unii Europejskiej ze względu na swoje przekonania religijne. Przewodniczący Parlamentu Europejskiego Jose Borrell powiedział wprost, że Buttiglione nadaje się tylko „do buraków”, a nie do Komisji Europejskiej. Buttiglione został odwołany także pod naciskiem prezydenta Francji Jacquesa Chiraca, największego wroga chrześcijaństwa w Europie. W Europie dochodzi do coraz częstszych przejawów dyskryminacji chrześcijan. Kilka lat temu okazało się, że we Włoszech nie można wystawiać jasełek – ze względu na polityczną poprawność. Mało tego, matka ucznia jednej ze szkół rzymskich wypowiedziała krucjatę krzyżowi, który jej zdaniem ‘straszy widokiem trupka’. Noszenie łańcuszka z krzyżykiem może być przyczyną utraty pracy w np. Wielkiej Brytanii. Jest powszechne przyzwolenie na nie wybredne żarty z chrześcijaństwa i chrześcijańskich symboli.

Niektórzy sądzą, że wrogowie chrześcijaństwa bezkarnie wykorzystują naukę Chrystusa, ot chociażby Jego słowa z dzisiejszej Ewangelii: „Nie stawiajcie oporu złemu: lecz jeśli cię ktoś uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i drugi”. „Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują”. Na taką bezkarność nie mogą liczyć prześmiewcy islamu. Ot chociażby wydarzenie z 7 stycznia 2015 roku, kiedy to dwóch uzbrojonych napastników wykrzykując „Allahu Akbar” otworzyło ogień w paryskiej redakcji magazynu „Charlie Hebdo” zabijając 12 osób i raniąc 11. Była to zemsta za umieszczanie w magazynie karykatur Mahometa. Podobne rzeczy można czynić bezkarnie wobec chrześcijan. Dlatego nieraz marni artyści w pogoni za sławą, bezkarnie wyśmiewają Chrystusa. Mówi się wtedy o skandalu, który daje marnemu artyście 5 minut sławy. Czegoś podobnego nie odważyłby on uczynić się wobec Mahometa, mając nawet uzasadnienie, że jest to sztuka.

Czy nauka Chrystusa to słabość czy moc? Kilka tygodni temu wspomniałem w rozważaniach abp. Kazimierza Majdańskiego, który po spotkaniu ze swoim oprawcą z obozu koncentracyjnego w Dachau powiedział: „Czy zbrodniarz nie należy do najbiedniejszych istot, jakie nosi ta ziemia?”. W ostatecznym podsumowaniu liczy się miłość, o której mówi Chrystus i to miłość bezgraniczna, dlatego ona ma być drogą naszego życia. Przyjdzie czas, że zbrodniarz, prześladowca okaże się najbiedniejszym z ludzi, i to niekoniecznie trzeba czekać wieczności, kiedy staniemy wobec wszechogarniającej miłości Boga i w jej świetle nasze sumienie osądzi nas i strąci do miejsca dla „najbiedniejszych istot”.

W starciu ze złem Chrystus proponuje drogę, która z naszego, ludzkiego punktu widzenia wydaje się nieżyciowa: „Nie stawiajcie oporu złemu”. Zło prowokuje nas, abyśmy zeszli do jego poziomu, stali się jego sprzymierzeńcem, stosując wobec krzywdzicieli zasadę „Oko za oko i ząb za ząb”. A najlepiej odpłacić z nawiązką – wybić wszystkie zęby i jeszcze do tego połamać szczękę. Taki jest właśnie cel Złego. Wywołać niekończącą się wojnę, walkę, w której na zło odpowiada się jeszcze większym złem. I tak się buduje piekło na ziemi, które przygotowuje w wieczności miejsce dla swoich ziemskich budowniczych. Jezus przez swoje wymagania bezgranicznej miłości, nawet nieprzyjaciół, przestrzega nas, abyśmy nigdy i pod żadnym pozorem nie przeszli na pozycję zła, ale zawsze i wszędzie trwali przy Bogu. Gdyby Chrystus odpowiedział swoim oprawcom zgodnie z zasadą „ząb za ząb”, w wymiarze ludzkim byłby przegrany. Prawdopodobnie nikt by o Nim dzisiaj nie pamiętał. A On umierając na krzyżu modlił się za swoich oprawców. Nie opierał się złu i dziś okazał się prawdziwym zwycięzcą.

Na koniec przytoczę fragmenty listu, w którym zraniona kobieta w piękny sposób realizuje chrystusowe wskazania z dzisiejszej Ewangelii. List napisała kobieta z Minnesoty zaledwie kilka dni po okrutnym i bezsensownym zamordowaniu jej męża. W liście opublikowanym w gazecie czytamy: „W ciągu ostatnich trzech dni mój ogromny smutek i bezgraniczną pustkę złagodziła miłość i wiara tak wielu wspaniałych przyjaciół i krewnych. Pośród tego wewnętrznego zmagania i odzyskiwania spokoju kieruje swoje słowa do ciebie, który pozbawiłeś życia mojego męża. Może czujesz, że jesteś dorosłym, twardym mężczyzną, ale dla mnie jesteś tylko chłopcem jak moi synowie i zastanawiam się, gdzie szukasz pocieszenia, siły i otuchy. Sądzę, że nigdy nie dowiem się, czym kierowałeś się, zabijając mojego męża, co cię popchnęło do tej zbrodni. Jeśli ogarnęła cię panika i pod jej wpływem oddałeś strzały, to bardzo mnie to boli i chciałabym znaleźć jakiś sposób, aby ci ulżyć w twoim cierpieniu. Jeśli z nienawiści pociągnąłeś za spust to będę się modlić, abyś poznał miłość Boga, która wypełnia serce i nie pozostawia miejsca na nienawiść. Jeśli byłeś po wpływem narkotyków, to proszę nie marnuj swojego życia. Zrób to dla mnie i dla siebie. Poproś o pomoc i wyrwij się z tego nałogu. Jeśli w jakimś miejscu napotkasz kościół, wejdź do niego, pozostań w nim sam i przeczytaj to jeszcze raz. Bądź pewien, że Bóg ci wybacza, podobnie jak ja i moja rodzina wybaczamy ci. Nie zmarnuj reszty swojego życia, ale wykorzystaj dla własnego dobra i bliźnich” (Kurier Plus 2020).

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *