2 mar

8 niedziela zwykła Rok C

 

POSZUKUJĄC SZCZĘŚCIA .                                   

Gdy sitem się przesiewa, zostają odpadki, podobnie okazują się błędy człowieka w jego rozumowaniu. Piec wystawia na próbę naczynia garncarza, a sprawdzianem człowieka jest jego wypowiedź. Hodowlę drzewa poznaje się po jego owocach, podobnie serce człowieka po rozumnym słowie. Nie chwal człowieka, zanim poznasz, jak przemawia, to bowiem jest próbą dla ludzi (Syr 27,4-7).

W jednej z amerykańskiej gazet przeprowadzono ankietę na temat ludzkiego szczęścia. Zadano pytanie: Dlaczego jedni ludzie czują się szczęśliwi, a inni nie? Okazało się, że sekret ludzkiego szczęścia i nieszczęścia najczęściej kryje się w samym człowieku. Czynniki zewnętrzne nie odgrywają zasadniczej roli w tej materii. Wyniki badań poparto konkretnymi przykładami. Poczucie szczęścia zależy od naszej dyspozycji umysłowej i nastawienia psychicznego do otaczającej nas rzeczywistości. Szczęśliwi ludzie są nastawieni bardzo pozytywnie i optymistycznie do otaczającego ich świata. Dostrzegają pozytywną i przyjazną stronę otaczającej ich rzeczywistości, zauważają szczególnie pozytywne cechy drugiego człowieka, jego dobro i szlachetność. Zaś nieszczęśliwcy są negatywnie i wrogo nastawieni do otaczającej ich rzeczywistości. W swoich ocenach bliźniego skupiają się na jego negatywnych cechach i wadach. Skłonni są do krytykowania i wytykania błędów bliźniemu. Czepiają się wszystkiego. Nie dostrzegają dobrej strony bliźniego. I prawie nigdy nie pochwalą drugiego człowieka, nawet gdy jego dobro jest oczywiste dla wszystkich. Najczęściej są to chorobliwi zazdrośnicy. To właśnie do tych nieszczęśliwców, w sposób szczególny odnoszą się słowa Jezusa z dzisiejszej Ewangelii: „Czemu to widzisz drzazgę w oku swego brata, a belki we własnym oku nie dostrzegasz? Jak możesz mówić swemu bratu: ‘Bracie, pozwól, że usunę drzazgę, która jest w twoim oku’, gdy sam belki w swoim oku nie widzisz? Obłudniku, wyrzuć najpierw belkę ze swego oka, a wtedy przejrzysz, ażeby usunąć drzazgę z oka swego brata”. Za nim zabierzemy się za robienie porządku w ogródku naszego sąsiada, trzeba wcześniej zrobić go we własnym.

Dużą pomocą w tym porządkowaniu naszego ogródka mogą być wskazania dla anonimowych alkoholików. Bo podobnie jak alkohol, grzech zniewala człowieka. Oto niektóre punkty z tych wskazań 1. Przyznaliśmy, że jesteśmy bezsilni wobec alkoholu, że przestaliśmy kierować własnym życiem. To znaczy dla nas, przyznać się, że grzech ma duży wpływ na nasze postepowanie. 2. Uwierzyliśmy, że Siła Większa od nas samych może przywrócić nam zdrowie. Dla nas tą Siłą jest Jezus Chrystus. On nas uzdrawia z naszej grzesznej choroby, z naszych nałogów. On czeka na nas w konfesjonale. 3. Postanowiliśmy powierzyć naszą wolę i nasze życie opiece Boga, jakkolwiek Go pojmujemy. Chrystus uczy nas modlitwy „Ojcze nasz… bądź wola Twoja”. A zatem trzeba pytać, czy moje postepowanie jest zgodne z wolą Bożą. 4. Zrobiliśmy gruntowny i odważny obrachunek moralny. Zobaczyć zło w swoim życiu i nie szukać dla niego usprawiedliwienia. 5. Wyznaliśmy Bogu, sobie i drugiemu człowiekowi istotę naszych błędów. Konieczne jest wyznanie grzechów przed Bogiem i przyznaniem się do nich przed samym sobą i naszym bliźnim. 6. Staliśmy się całkowicie gotowi, aby Bóg uwolnił nas od wszystkich wad charakteru. Wyzwolenie z grzesznych przyzwyczajeń bywa bardzo trudne, ale możliwe w Bogu. 7. Zwróciliśmy się do Niego w pokorze, aby usunął nasze braki. Tylko człowiek pokorny może przyznać się, się do swoich grzechów i zmienić swoje grzeszne życie. 8. Zrobiliśmy listę osób, które skrzywdziliśmy i staliśmy się gotowi zadośćuczynić im wszystkim. Łatwiej jest wyliczyć listę osób, które nas skrzywdziły, ale dla naszego duchowego rozwoju ważniejsza jest świadomość zła jakie wyrządziliśmy naszym bliźnim. 9. Dążyliśmy poprzez modlitwę i medytację do coraz doskonalszej więzi z Bogiem, jakkolwiek Go pojmujemy, prosząc jedynie o poznanie Jego woli wobec nas, oraz o siłę do jej spełnienia. Te wskazania są drogą wyrwania się z nałogu alkoholizmu, ale jak widzimy mogą być pomocne dla każdego z nas w dążeniu do doskonalszego życia, do świętości.

Idąc drogą powyższych wskazań mamy wielką szansę wyrzucenia z własnego oka belki naszej grzeszności i możemy wtedy spojrzeć na naszego bliźniego, bo to spojrzenie zamiast grzesznego przyćmienia będzie rozjaśnione blaskiem miłości. Wtedy nasze spojrzenie nie będzie bezdusznym osądzaniem przed który przestrzega nas Chrystus: „Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni; nie potępiajcie, a nie będziecie potępieni; odpuszczajcie, a będzie wam odpuszczone”.  Mówienie prawdy, osądzanie bliźniego musi być zawsze podporządkowane miłości i sprawiedliwości. Z pewnością brakuje tego, gdy w mówieniu o bliźnim wyjawiamy powierzone nam tajemnice, obmawiamy, donosimy, niepotrzebnie krytykujemy, gdy posługujemy się kpiną i ironią, aby ośmieszyć wady naszych bliźnich, używamy wulgarnego słownictwa i tak dalej. Mówiąc o bliźnim trzeba mieć świadomość, że każdy człowiek jest święty, gdyż jest obrazem Boga. Grzech plami świętość człowieka, bezcześci, pozbawia blasku, brudzi sumienie. Grzesznik potrzebuje oczyszczenia, aby zajaśniała przez niego świętość. O tej świętości mówią czyny człowieka. Mędrzec biblijny Syrach pisze: „Hodowlę drzewa poznaje się po jego owocach, podobnie serce człowieka po rozumnym słowie”.

Gdy usuniemy belkę ze swego oka i zauważymy drzazgę w oku naszego brata, to nie możemy przegapić, nie zauważyć i pochwalić dobrych czynów naszego brata. Pochwała ma wartość motywującą nie tylko w życiu religijnym, ale także w naszej ziemskiej codzienności. Mówią o tym badania japońskich naukowców.  Zespół uczonych przeprowadził następujący eksperyment – uczestnicy badań mieli przez 30 sekund jak najszybciej pisać tekst na komputerze. Zostali oni podzieleni na trzy grupy. W pierwszej byli oni grupowo chwaleni, że dobrze im idzie, w drugiej indywidualnie po ukończeniu zadania, a w trzeciej wcale. Następnego dnia powtórzono eksperyment już bez pochwał. Okazało się, że osoby z grupy, która otrzymała indywidualne komplementy, wypadły zdecydowanie najlepiej. Powyższe badania potwierdzają konkluzję opowiadania zacytowanego na wstępie tych rozważań. My sami, jak i nasi bliźni byliby szczęśliwsi gdybyśmy w życiu częściej kierowali się uzasadnioną pochwałą, niż destruktywną krytyką. Doświadczył tego jeden z najbardziej utytułowanych pisarzy angielskich Herbert George Wells. Miał on bardzo trudne dzieciństwo. Rzadko słyszał pochwały, a częściej nagany i popędzanie do pracy. Zaczynał prace w sklepie o piątej rano i pracował czternaście godzin, wykonując najgorsze prace. Pewnego dnia zwierzył się matce, że jego życie jest bezwartościowe, nie ma sensu. Myślał nawet o samobójczej śmierci. Na szczęście po tej rozmowie spotkał się ze swoim dawnym nauczyciele, który w czasie rozmowy powiedział, że jest on wartościowym chłopce, ma niesamowity talent, i że jest przed nim wspaniała przyszłość. Ta pochwała zdecydowała o życiu wielkiego pisarza. Został zmotywowany do podejmowania nawet trudnych wezwań na drodze do wspaniałej kariery.

Zakończmy to rozważanie modlitwą: „Boże, nasz Ojcze, daj wrażliwość na słowa Twojego Syna z dzisiejszej Ewangelii. Pomóż nam zrozumieć, że na drogach naszego życia bardziej potrzebujemy kogoś, kto będzie nam przypominał, o dobrych naszych stronach niż kogoś kto będzie ciągle wytykał nasze błędy, mówiąc jak źli jesteśmy. Pozwól nam zrozumieć, że to co nam pomaga w naszym wzroście i wzroście naszych bliźnich nie jest negatywne osądzanie, ale akceptacja i kochające serce (z książki Bóg na drogach naszej codzienności).

 

 

CZEMU NIE DOSTRZEGASZ BELKI WE WŁASNYM OKU?

Czemu widzisz drzazgę w oku swego brata, a nie dostrzegasz belki we własnym oku? Jak możesz mówić swemu bratu: „Bracie, pozwól, że usunę drzazgę, która jest w twoim oku”, podczas gdy sam belki w swoim oku nie widzisz? Obłudniku, usuń najpierw belkę ze swego oka, a wtedy przejrzysz, ażeby usunąć drzazgę z oka brata swego. Nie ma drzewa dobrego, które by wydawało zły owoc, ani też drzewa złego, które by dobry owoc wydawało. Po własnym owocu bowiem poznaje się każde drzewo; nie zrywa się fig z ciernia ani z krzaka jeżyny nie zbiera się winogron. Dobry człowiek z dobrego skarbca swego serca wydobywa dobro, a zły człowiek ze złego skarbca wydobywa zło. Bo z obfitości serca mówią jego usta (Łk 6, 41-45).

Moje najserdeczniejsze wspomnienia Ojczyzny nieodłącznie są związane ze wspomnieniem moich rodziców. Może dlatego, że bliskie mi jest określenie Ojczyzny Edmunda de Amicisa: „Kocham Ojczyznę, bo moja matka się tutaj urodziła, bo czuję Ojczyznę w krwi płynącej w mych żyłach, bo w tej świętej ziemi spoczywają ci wszyscy, których opłakuje matka i czci ojciec, bo moje miasto rodzinne, mowa, książki uczące mnie, bo mój brat, moja siostra, koledzy moi, cały wielki naród, wśród którego żyję, przyroda, co mnie otacza i wszystko, co widzę, co kocham, co podziwiam- jest częścią Ojczyzny”. Takie spojrzenie na Ojczyznę przekazał mi mój ojciec, dlatego w duchu wdzięczności chcę o nim napisać kilka zdań.

Urodził się i żył na terenach, o których Jan Karski pisze: „Na wschodzie widziałem kurne chaty, bez okien. W jednej izbie chłop z żoną i dziećmi, kury konie, krowa i ‘wyrko’ do spania. Okropna nędza”. Z opowieści mojego ojca wyłaniał się trochę inny świat. Był to świat, w którym było wiele dobra i piękną. Ojciec widział także i zło, ale mówił o nim tak, jak matka mówi o błędach swego dziecka. Podziwiam go, że doświadczając tej „nędzy” umiał dostrzec i być dumnym z tego co w Polsce było wielkie i wspaniałe. Dzisiaj wiem, że to autentyczna miłość do Ojczyzny kazała mu tak patrzeć na otaczającą go rzeczywistość. I chroniła go od szukania, w pierwszym rzędzie „Belki w oku swego brata”. Reformę zaczynał od siebie.

Gdy poszedłem do komunistycznych, polskich szkół miałem z ojcem niejeden raz bardzo gorące dyskusje. Programowo, szkoły te miały obowiązek zohydzić w naszych oczach okres międzywojennej historii Polski, jak i też całej historii, której nie kształtowała komunistyczna rzeczywistość. Wytykano wszystkie błędy tego okresu, nie widząc nic pozytywnego. A ja z zaciekłością najeżonego nastolatka atakowałem ojca, powtarzając slogany zasłyszane w szkole. Miałem pretensje o biedę, jak panowała w okresie międzywojennym, a ojciec tłumaczył, że w Rosji Sowieckiej, która 150 lat okupywała Polskę, była jeszcze większa bieda aniżeli w Polsce, która 150 lat była w niewoli. W Hiszpanii, Portugalii było niewiele lepiej niż w Polsce. Dziś wiem, że ojciec miał rację. Gdy zarzucałem mu zacofanie międzywojennej Polski, on przytaczał między innymi przykład budowy portu w Gdyni. Było to niebywałe osiągnięcie dla kraju wyniszczonego niewolą i wojną. I dziś wiem, że on miał rację. Powtarzałem mu, zasłyszane w szkole brednie o niespotykanych napięciach na tle etnicznym i antysemityzmie. Ojciec widział zło i miał odpowiednią jego ocenę, jednak potrafił dostrzec właściwe proporcje tego zjawiska. Jego opowieści o stosunkach polsko- żydowskich pokrywały się mniej więcej z tym co powiedział żydowski profesor Jakub Goldberg, że Żydzi w Europie przed 1939 r. nigdzie nie mieli lepiej niż w Polsce (poza Czechosłowacją, gdzie było ich kilkakrotnie mniej niż w Polsce).

W końcu ojciec zwyciężył, nie tylko dlatego, że ja zmądrzałem, ale dlatego, że jego słowa miały pokrycie w życiu. Każdego dnia okupacyjnej rzeczywistości ryzykował on swoim życiem, walcząc z nazistami w podziemnej armii. Później zaczęła się dla niego, nie mniej okrutna okupacja sowiecka. Nie dał się skusić mariażem współpracy z komunistami. Nie skorzystał z możliwości opuszczenia Ojczyzny, trwał do końca, aż do upadku komuny w Polsce. I to głównie dzięki takim ludziom, którzy pozostali w Polsce nasza Ojczyzna stała się wolnym krajem.

Nie tylko względy sentymentalne skłoniły mnie do powyższych refleksji. Odnoszę wrażenie, jakby przybywało tych, którzy chcą robić „karierę” na wytykaniu błędów naszego narodu, z pominięciem chlubnych jego kart. W tym pisaniu wyczuwa się brak miłości do wartości, które zawierają się w słowie Ojczyzna. Piszący zachowują się jak wyrodne dzieci, które obnoszą się i mówią z satysfakcją o błędach swoich rodziców. Do nich też można zastosować ewangeliczne porównanie, że widzą drzazgę w oku brata, a nie dostrzegają belki w swoim. Oczywiście, trzeba szukać prawdy, wytknąć błąd, ale jak mówi Ewangelia można to czynić wtedy, gdy człowiek w pokorze dostrzeże własną grzeszność. A przez to Bóg napełni go światłem miłości i uczyni go zdolnym do osądzania bliźniego. Bez miłości i pokory osądzanie jest zawsze chybione. I do takiego osądu odnoszą się słowa: Obłudniku, usuń najpierw belkę ze swego oka, a wtedy przejrzysz, ażeby usunąć drzazgę z oka brata swego

Pewnego razu młody zakonnik popełnił poważny błąd. Natychmiast starsi zakonnicy zebrali wspólnotę, aby go osądzić. Nie mogli jednak tego uczynić zanim przyjdzie opat. Posłali zatem po niego. Opat wstał, wziął koszyk, w którym było wiele dziur i napełnił go piaskiem i wyszedł. Oczywiście wzdłuż drogi, którą przemierzał zaznaczała się piaskowa ścieżka. Starsi pytają go co to ma znaczyć. A on odpowiada: „Moje grzechy ciągną się zawsze za mną. Gdziekolwiek idę zostawiam za sobą błędy i czasami przesłaniają one mnie samego, a wy dzisiaj chcecie, abym sądził mojego brata.” Słysząc to starsi zawstydzili się. Zaniechali osądzania i przeprosili go za zbyt pochopna decyzję.

A na koniec przytoczę słowa ks. Piotra Skargi z Kazań sejmowych, które można odnieść do tych, którzy bez miłości piszą i mówią o Ojczyźnie: „Jako najmilszej matki swojej miłować i onej czcić macie, która was urodziła i wychowała, nadała i wyniosła. Bóg matkę czcić rozkazał. Przeklęty, kto zasmuca matkę swoją. A która jest pierwsza i zasłużeńsza matka jako Ojczyzna, od której imię macie i wszystko co macie, od niej jest? Która gniazdem jest matek wszystkich i powinowactw” (z książki Nie ma innej Ziemi Obiecanej).

 

 

WYRZUĆ DRZAZGĘ ZE SWEGO OKA

Bracia: Kiedy już to, co śmiertelne, przyodzieje się w nieśmiertelność, wtedy sprawdzą się słowa, które zostały napisane: «Zwycięstwo pochłonęło śmierć. Gdzież jest, o śmierci, twoje zwycięstwo? Gdzież jest, o śmierci, twój oścień?» Ościeniem zaś śmierci jest grzech, a siłą grzechu Prawo. Bogu niech będą dzięki za to, że dał nam odnieść zwycięstwo przez Pana naszego, Jezusa Chrystusa (1 Kor 15, 54b-58).

Z różnych powodów chcemy mieć jak najlepszą wiedzę o drugim człowieku. Pracodawca chce poznać swego przyszłego pracownika, pracownik zaś swego szefa. Młodzi zauroczeni sobą też pragną poznać się jak najlepiej, jest to konieczne, gdy planują związać się ze sobą na całe życie. W seminarium przełożeni zasięgają opinii różnych ludzi o ewentualnym kandydacie na kapłana. Ta wiedza jest potrzebna, aby nie doszło do jakieś życiowej pomyłki. W poznawaniu i ocenianiu człowieka stosujemy różne kryteria. Biblijny mędrzec Syracydes mówi po czym poznajemy człowieka „Gdy sitem się przesiewa, zostają odpadki, podobnie okazują się błędy człowieka w jego rozumowaniu. Piec wystawia na próbę naczynia garncarza, a sprawdzianem człowieka jest jego wypowiedź. Hodowlę drzewa poznaje się po jego owocach, podobnie serce człowieka po rozumnym słowie. Nie chwal człowieka, zanim poznasz, jak przemawia, to bowiem jest próbą dla ludzi”. Również Chrystus mówi, jak rozpoznać wartość człowieka: „Nie jest dobrym drzewem to, które wydaje zły owoc, ani złym drzewem to, które wydaje dobry owoc. Po owocu bowiem poznaje się każde drzewo: nie zrywa się fig z ciernia ani z krzaka jeżyny nie zbiera się winogron. Dobry człowiek z dobrego skarbca swego serca wydobywa dobro, a zły człowiek ze złego skarbca wydobywa zło”.

Ocenianie człowieka, chociaż wygląda na osądzanie, nim nie jest. Osądzanie w znaczeniu ewangelicznym związane jest z wydaniem wyroku, który utożsamia zły czyn z jego sprawcą i razem je potępia. Zły czyn trzeba bezwzględnie potępić, ale człowiekowi trzeba dać szansę. Historia nas uczy, że nawet najwięksi grzesznicy stawali się świętymi. Ostateczny osąd należy do Boga, bo Bóg najlepiej zna ludzkie serce. Dlatego Chrystus tak ostro przestrzega nas przez osądzaniem człowieka. A jeśli już Chrystus dopuszcza osądzanie, to pod warunkiem, że sami jesteśmy świeci, bez grzechu. Musimy być niejako zanurzeni w Chrystusie, aby przez Jego pryzmat oceniać człowieka. Chrystus mówi: „Obłudniku, wyrzuć najpierw belkę ze swego oka, a wtedy przejrzysz, ażeby usunąć drzazgę z oka swego brata”. A zatem oczyść się z własnych grzechów, które cię zaślepiają w dostrzeżeniu prawdziwej wartości bliźniego.

Grzeszność zawsze uniemożliwia właściwą ocenę i osąd człowieka. Przekupny sędzia nigdy nie wyda sprawiedliwego wyroku. Grzeszny człowiek bliższy jest diabłu niż Bogu, stąd też jego osądzanie bliźniego czynione jest jakby z perspektywy diabelskiej. Jedna z legend mówi, że człowiek może się posunąć w swoich niesprawiedliwych osądach dalej niż diabeł. W muzeum na zamku lubelskim jest stary stół pochodzący sprzed 1578 roku. Widzimy na nim ślad wypalonej dłoni. Podanie, posiadające swe potwierdzenie w dokumentach historycznych mówi o procesie sądowym jaki miał odbyć się w 1638 roku. Proces toczył się o majątek między bogatym magnatem a wdową. Przekupni sędziowie wydali niesprawiedliwy wyrok, krzywdzący wdowę. Wdowa w geście bezsilności i rozpaczy wzniosła ręce do krucyfiksu wiszącego w sali sądowej i zawołała: „Gdyby diabli sądzili wydaliby sprawiedliwszy wyrok!” Legenda mówi, że o północy w sali posiedzeń trybunalskiego sądu w Lublinie pojawili się dziwni na czarno ubrani sędziowie i rozpoczęli proces od nowa. Tym razem sprawiedliwości stało się zadość. Sędziowie wydali wyrok na korzyść wdowy, a jeden z nich złożył szczególną pieczęć pod tym wyrokiem: dotknął stołu i zostawił na nim wypalony ślad dłoni „czarciej łapy”. Przestraszony sekretarz zorientowali się, że był to diabelski sąd.

Chrystusowe ostrzeżenie przed osądzaniem dotyczy przede wszystkim osobistych ocen dokonujących się w sercu człowieka i o tyle dotykają one sal sądowych o ile człowiek w normy prawne wnosi swoje osobiste oceny i osądy. Z osobistymi osądami trzeba być bardzo ostrożnym, gdyż z reguły są zafałszowane. Pisze o tym Bohdan Zawadzki w rozprawie „Wstęp do teorii osobowości”: „Kiedy ktoś inny robi coś długo – jest powolny, ale kiedy ja coś robię długo – jestem sumienny. Kiedy ktoś inny nie robi czegoś – jest zbyt leniwy, jeśli ja nie robię tego – jestem zbyt zajęty. Kiedy ktoś inny robi postępy i czyni coś czego mu nie kazano – przekracza swoje kompetencje, ale kiedy ja to robię – to jest inicjatywa. Kiedy ktoś inny przekroczy jakieś zasady etykiety – jest niegrzeczny, ale kiedy ja pominę parę tych zasad – jestem oryginalny. Kiedy ktoś inny robi coś co dogadza szefowi – jest lizusem, natomiast kiedy ja robię to samo – to współpracuję. Kiedy ktoś inny osiąga sukcesy – z pewnością miał szczęście, lecz gdy ja coś osiągam – Boże! Jak ciężko musiałem się napracować”.

Jedną z najważniejszych cnót świętego życia jest pokora, która winna być obecna w ocenie naszego bliźniego. Człowiek pokorny dostrzega swoją wartość jako dziecka bożego, swoje talenty, które traktuje jako dar boży, ale to wszystko nie jest powodem wynoszenia się nad innych. Człowiek pokorny widzi także swoje słabości. Świadomość tych słabości nie pozwala im wynosić się ponad innych i z tej pozycji ich oceniać. Święty Josemaria Escriva daje bardzo trafna wskazówkę, jak rozpoznać prawdziwą pokorę: „Nie jesteś pokornym wtedy, gdy się sam upokarzasz, lecz wówczas, gdy ciebie upokarzają, a ty to znosisz dla Chrystusa”. Fałszywy pokorny mówi o swojej małości, ale równocześnie chciwie nadstawia uszy na głos tych którzy zaprzeczają temu, co mówi o sobie. Pokora się kończy, gdy inni zaczynają potwierdzać, co rzekomy pokorny mówi o swojej małości.

Błogosławiony ks. Bronisław Markiewicz, który z wielką pokorą służył potrzebującym pisał: „Idźmy w ślady Chrystusowe. Przede wszystkim uczmy się od Niego, iż jest cichy i pokornego serca, w sposób niedościgniony. Będąc Panem nieba i ziemi, i najwyższą doskonałością, w całym swoim ziemskim życiu nie wysuwa się naprzód przed ludzi, nie wyróżnia się niczym, nie oddziela się od tłumu i nie przybiera żadnych oznak swojej wielkości. Przeciwnie, zabiega o ostatnie miejsce, ukrywa się i zataja, przyjmując na Siebie skrajne ubóstwo, najmniejsze prace i posługi oraz najbardziej uniżone posłuszeństwo. I tak oddaje swojemu Ojcu Niebieskiemu wszelką cześć i chwałę w sposób najdoskonalszy. Pokora jest jedyną drogą do wielkości prawdziwej, jedyną bezpieczną podstawą wszelkiej cnoty chrześcijańskiej, niezawodną miarą wielkości człowieka, pierwszym zadatkiem łask i darów Bożych, głównym i niezawodnym warunkiem skutecznego udziału w wielkiej sprawie odkupienia rodzaju ludzkiego, a zatem pierwszą potęgą w dziedzinie duchowej oraz w sprawach doczesnych. Pokora poskramia naszego ducha, aby zbytnio nie polegał na własnych siłach i nie wynosił się zbytnio ponad siebie, ale przeświadczony o własnej słabości i skłonności do grzechu, wszelkie dobro przypisywał Panu Bogu, a mało sobie ważył siebie samego. Dopiero tak usposobionemu człowiekowi Pan Bóg daje łaski i dokonuje przez niego wielkich rzeczy, a moc Chrystusowa objawia się w nim w całym blasku”.

Uzbrojeni w cnotę pokory możemy osądzać bliźniego, a wtedy zamiast osądu bliźniego osądzimy samych siebie jako niżej stojących od bliźnich i wtedy nasz osąd będzie sprawiedliwy i nie skrzywdzi bliźniego (z książki W poszukiwaniu mądrości życia).

 

 

BŁOGOSŁAWIONY MIKOŁAJ GROSS

Wezwani jesteśmy przez Boga do owocnego życia. Różnorodność naszego owocowania powinna zmierzać do wydania ostatecznego owocu, który w Kościele nazywamy świętością. Niezależnie od okoliczności i warunków, w których żyjemy Bóg daje nam łaskę i moc do wydania takiego owocu. Owoc świętości Mikołaja Grossa dorastał i dojrzewał w zewnętrznym świecie, gdzie wydawało się, że moce zła przekreślają wszelkie odruchy dobra, piękna i miłości. Tym miejscem były hitlerowskie Niemcy opanowane przez szatańską ideologię nazizmu.

Mikołaj Gross urodził się 30 września 1898 roku w Niederwenigern, małej miejscowości w Zagłębiu Ruhry w Niemczech. Ojciec Mikołaja pracował w kopalni, zapewniając rodzinie skromne utrzymanie. Rodzice nie dali dzieciom wielu bogactw materialnych, ale przekazali im coś znacznie ważniejszego, a mianowicie wartości religijne, umiłowanie prawdy i uczciwość. W tym systemie wartości umocniła Mikołaja katolicka szkoła podstawowa, do której uczęszczał. Dosyć wcześnie, bo wieku 14 lat, po ukończeni szkoły rozpoczął pracę w walcowni blachy, potem pracował jako rębacz w kopalni węgla. Mikołaj ze względów finansowych nie mogąc kształcić się szkołach dziennych, pogłębiał swoją wiedzę na różnego rodzaju kursach wieczorowych. Błogosławiony dostrzegał problem niesprawiedliwości społecznej i uważał, że może być on rozwiązany tylko w duchu międzyludzkiej solidarności. Z myślą o tym zapisał się w roku 1917 do Związku Górników Chrześcijańskich, a dwa lata później do Stowarzyszenia Górników i Robotników św. Antoniego. Bardzo szybko dostrzeżono jego społecznikowskie zdolności. W roku 1920 został sekretarzem chrześcijańskiego Związku Młodzieży, a rok później rozpoczął pracę w redakcji chrześcijańskiego czasopisma, „Górnik”. Od 1922 r. przewodniczył Stowarzyszeniu Górników Chrześcijańskich, najpierw na Dolnym Śląsku, potem w Saksonii i Ruhrze.

W roku 1923 Mikołaj ożenił się ze szkolną koleżanką, Elżbietą Koch. W szczęśliwym i przykładnym małżeństwie przyszło siedmioro dzieci, którym małżonkowie poświęcali wiele czasu. Mikołaj w tomiku „Siedmioro wokół jednego stołu”, pisze: „Wielkie troski krążą nieustannie wokół tych siedmiorga, którzy moją stać się zdatnymi, uczciwymi i wielkodusznymi ludźmi”. Błogosławiony, poświęcając wiele troski swojej rodzinie nie rezygnował z zaangażowania się w sprawy społeczne, na które patrzył przez pryzmat wartości chrześcijańskich ze szczególnym uwzględnieniem miłości. Napisał: „Większość wielkich osiągnięć powstaje wskutek codziennego spełniania obowiązku w małych rzeczach dnia powszedniego. Nasza szczególna miłość dotyczy przy tym zawsze biednych i chorych”. W roku 1927 Mikołaj został redaktorem naczelnym Zachodnioniemieckiej Gazety Robotniczej, organu Katolickiego Ruchu Robotniczego. Na łamach tej gazety starał się uświadomić czytelnikom, że wszelkie poczynania polityczne mają wymiar etyczny, który powinien być brany pod uwagę w polityce oraz że nie sposób poprawnie ułożyć stosunki społeczne bez odpowiedniej podbudowy duchowej. Takie poglądy zapowiadały nieunikniony konflikt z ideologią socjalizmu narodowego w Niemczech.

Gdy w roku 1929 Mikołaj wraz z rodziną przeniósł się do Kolonii miał już jasno skrystalizowaną ocenę narodowego socjalizmu. Zgodnie z myślą przewodnią biskupa Kettelera nazywa nazistów „śmiertelnymi wrogami dzisiejszego państwa”. Będąc redaktorem Zachodnioniemieckiej Gazety Robotniczej, 14 września 1930 roku napisał: „Jako katoliccy robotnicy stanowczo i jednoznacznie odrzucamy socjalizm narodowy nie tylko z powodów politycznych i gospodarczych, lecz również zdecydowanie z racji naszego religijnego i kulturowego stanowiska”. Co można było przewidzieć, już kilka miesięcy po objęciu władzy przez Hitlera w roku 1933, Robert Ley, przywódca Niemieckiego Frontu Pracy nazwał Zachodnioniemiecką Gazetę Robotniczą „antypaństwową”, co było zapowiedzią jej likwidacji. Gross nie zrezygnował z głoszenia swoich poglądów, ale dla ratowania gazety przekazywał je między wierszami. Zmieniono także tytuł gazety na „Warta Kettelera”. Jednak nie uratowało to gazety. W listopadzie 1938 roku ostatecznie zakazano jej wydawania.

Mikołaj Gross nie był wielkim mówcą, przemawiał jednak z głębi serca z wielką siłą przekonania i tym zdobywał słuchaczy. Stał się jedną z czołowych postaci niemieckiego ruchu oporu. W narastającym konflikcie z ideologią nazistowską kierował się chrześcijańską zasadą: „Bogu należy być bardziej posłusznym niż człowiekowi. Jeśli wymaga się od nas czegoś, co godzi w Boga lub wiarę, to nie tylko wolno nam, lecz nawet jesteśmy zobowiązani odmówić posłuszeństwa (człowiekowi)”. Po zamknięciu gazety związkowej Gross opublikował wiele pism, w których wykładał swoje poglądy. Przez swoją działalność naraził się na śmiertelne niebezpieczeństwo ze strony władz nazistowskich. Był tego świadomy i gotowy zapłacić najwyższą cenę. W roku 1943 zapisał: „Czasami serce mi ciąży, a zadanie wydaje się być nierozwiązalnym, gdy mierzę własną ludzką niedoskonałość i nieudolność z ogromem zobowiązania i ciężarem odpowiedzialności. Jeżeli jedna generacja musi opłacić jej krótkie życie ceną najwyższą, śmiercią, odpowiedzi na pytania szukamy tedy na próżno u siebie. Znajdziemy ją tylko u Tego, w ręku którego jesteśmy bezpieczni — za życia i w obliczu śmierci. Nie wiemy nigdy, z jakimi problemami będzie konfrontowana siła i moc naszych dusz. Drogi ludzkie pogrążone są w ciemności. Lecz i ciemność nie jest bez światła. Nadzieja i wiara, które zawsze wytyczają nam szlak, zawczasu przeczuwają ponad ciemnością nadejście nowej jutrzenki. Jeśli wiemy, że to, co w nas najlepsze— dusza — jest nieśmiertelne, to wiemy również, że kiedyś się znów zobaczymy”.

Gotowość na śmierć męczeńską Mikołaja potwierdza także w swoim pamiętniku ks. prałat Caspara Schulte z Paderborn. Pisze on: „W moich licznych rozmowach, zwłaszcza z Mikołajem Grossem i prezesem związku Ottonem Müllerem, poznałem i podziwiałem moralną wielką również w gotowości wzięcia na siebie męczeńskiej śmierci — a wszystko z myślą o wolności. W dzień przed zamachem powiedziałem do Mikołaja Grossa: ‘Panie Gross, niech Pan pomyśli o tym, że ma Pan siedmioro dzieci. Ja nie mam rodziny, za którą byłbym odpowiedzialny. Chodzi tutaj o Pańskie życie’. W odpowiedzi na to Gross skierował do mnie te doprawdy wielkie słowa: ‘Jeżeli dziś nie narazimy naszego życia, jak chcemy ostać się kiedyś przed Bogiem i naszym narodem?”. Gross złożył głęboką ufność w Bogu i w tej ufności nigdy się nie zachwiał.

Po nieudanym zamachu na Hitlera 20 lipca 1944 roku, Mikołaj, mimo że nie brał udziału w nim został aresztowany i umieszczony najpierw w więzieniu w Ravensbrück, później w więzieniu karnym w Berlinie-Tegel. Żona, która odwiedziła w więzieniu Mikołaja dwa razy, opowiadała później o wyraźnych śladach tortur na dłoniach i ramionach męża. W więzieniu Mikołaj, zachowując żywą łączność z Bogiem trwał na nieustannej modlitwie i przez nią czuł się złączony z rodziną. Modlił się za rodzinę i sam prosił ich o modlitwę za siebie. Za działalność inspirowaną duchem Ewangelii, 15 stycznia 1945 roku Mikołaj został skazany na karę śmierci. Dwa dni później jego żona uzyskała zezwolenie na 15-minutowe odwiedziny. Powiedział wtedy do niej: „Do zobaczenia w lepszym świecie. W niebie będę mógł zrobić więcej dla ciebie i dla dzieci niż na tym świecie”. 23 stycznia 1945 r. został powieszony w więzieniu w Berlinie-Plötzensee a jego ciało spalono. Ksiądz Buchholz, który z ukrycia pobłogosławił skazanego na śmierć na jego ostatniej drodze, powiedział: „Gross podczas błogosławieństwa pochylił ze spokojem głowę. Jego twarz wydaje się być już rozjaśniona światłością, do której miał właśnie przejść”.

7 października 2001 roku papież Jan Paweł II zaliczył Mikołaja do grona błogosławionych (z książki Wypłynęli na głębię).

 

 

ROZPOZNAĆ CHRYSTUSA

Poniższa historia choć wymyślona, to jednak w świetle czytań biblijnych na dzisiejszą niedzielę może wyglądać na jak najbardziej prawdziwą. Jurek miał piękny uroczysty pogrzeb. Kapłan wspominał go jako wspaniałego parafianina, z czym zgadzali się uczestnicy pogrzebu. Jurek, niewidzialny uczestnik pogrzebu z wielką nadzieją i radością zdążał przed trybunał Najwyższego. Wcześniej musiał zameldować się u św. Piotra, który zaczął wertować swoje niebieskie rejestry. Po długim szukaniu powiedział: „Nie mogę znaleźć twojego nazwiska w spisie uczniów Chrystusa. Czy rzeczywiście jesteś Jego wyznawcą?” „Oczywiście” – odpowiedział Jurek- „mogę to udowodnić”.  Piotr zaczekał na dowody. „Oto moja metryka chrztu” – powiedział Jurek. Piotr głębiej pochylił się nad księgą i powiedział: „Rzeczywiście odnotowano twój chrzest, ale to nie twoja zasługa. To jest za mało, aby dostać się do nieba”.

Jurek zaczął nerwowo grzebać w kieszeniach i z radością wyciągnął obrazek z Pierwszej Komunii św. i powiedział: „Pamiętam, jak cieszyłem się z tego wydarzenia”. „Bądź uczciwy i przyznaj, że bardziej cieszyłeś się z roweru, jaki otrzymałeś w prezencie z tej okazji niż z tego, że Jezus zagościł w twoim sercu”. „To prawda” – zgodził się zrezygnowany Jurek, ale zaraz dodał: „Na pewno jest tam odnotowane moje bierzmowanie, mogę pokazać nawet zaświadczenie. Pamiętam, jaki byłem dumny z tego, że jestem uczniem Chrystusa. Pragnąłem służyć Chrystusowi, a nawet oddać za Niego życie”. „Rzeczywiście tak było. A czy pamiętasz, co było po miesiącu? Zapomniałeś o tym wydarzeniu i swoich przyrzeczeniach”. Jurek posmutniał i musiał się z tym zgodzić. Zrezygnował z udowadniania swojej przynależności do Chrystusa różnego rodzaju zaświadczeniami. Nagle twarz Jurka rozjaśniła się radością i powiedział: „To na pewno zostało zapisane, że dałem najwięcej pieniędzy na remont kościoła”. „Na pewno ma to wartość w oczach bożych. Jednak Bóg patrzy w nasze serce i zauważa nasze intencje. Przyznaj, że dając tak sporą sumę chciałeś, aby inni to zauważyli i żeby nie mówi, że jesteś najbogatszy we wsi a taki skąpy” – odpowiedział Piotr. Do strapionego Jurka Piotr powiedział: „Zaczekaj, widzę zdarzenie, które mówi o tym, że jesteś uczniem Chrystusa. Pamiętasz, jak spotkałeś żebraka. Jego historia tak cię poruszyła, że wsparłeś go finansowo i pomogłeś mu znaleźć pracę. Nie oczekiwałeś wtedy nic w zamian. Ten czyn bezinteresownej miłości otwiera dla ciebie bramy nieba.

Deklaracja słowna, a nawet czyn w imię Chrystusa może być niezbyt klarownym znakiem naszej przynależności do Chrystusa. Były gubernator stanu Nowy Jork Mario Cumo w roku 1984 roku, goszcząc na katolickim uniwersytecie Notre Dame powiedział: „Możemy być w pełni katolikami; dumnymi, całkowicie zgodnymi ze sobą, ludźmi żyjącymi na tym świecie i zmieniającymi go. Światłem dla tego narodu. Wyciągając z naszych obywateli najlepsze, a nie najgorsze cechy. Przekonywać, nie przymuszać. Prowadzić ludzi do prawdy przez miłość. A jednak przez cały czas szanując i ciesząc się naszą wyjątkową pluralistyczną demokracją. I możemy to zrobić nawet jako politycy”. Mario Cuomo deklaruje się jako katolik, podobnie jak jego syn Andrew Cuomo, który jest obecnie gubernatorem. Jak ta katolickość wygląda w światle słów Chrystusa z dzisiejszej Ewangelii: „Po własnym owocu bowiem poznaje się każde drzewo; nie zrywa się fig z ciernia ani z krzaka jeżyny nie zbiera się winogron”. Żadną miarą katolickości, przynależności do Chrystusa nie może być ustawa jaką on podpisał w ostatnim czasie.

Ustawa zliberalizowała prawo aborcyjne zezwalając na aborcję do szóstego miesiąca na życzenie oraz do momentu narodzin dziecka, gdy jest ono poważnie chore albo poród zagraża życiu lub zdrowiu matki. Nawet w czasie porodu można zabić dziecko. Pod pojęciem zagrożenia zdrowia kryje się właściwie wszystko: od nowotworów złośliwych, po stres i złe samopoczucie kobiety. Nowa ustawa wyłącza aborcję spośród przestępstw i umieszcza w kategorii chorób, które podlegają profilaktyce zdrowotnej. Oznacza to w praktyce, że wrzód na ciele i ciąża, podlegają pod te same kategorie zdrowotne i jako komplikacje natury fizycznej, mogą być usunięte przez wykfalifikowyany do tego personel medyczny. Ustawa została zatwierdzona 22 stycznia, dokładnie wtedy, kiedy w Panamie rozpoczynały się Światowe Dni Młodzieży. Andrei Miller, przewodnicząca Narodowego Instytutu Zdrowia Reprodukcyjnego powiedziała: „Przez 45 lat walczyliśmy o to i zwyciężyliśmy. Zapraszamy wszystkie kobiety, które chcą dokonać aborcji do Nowego Jorku. Mamy nadzieje, że już wkrótce, wszystkie pozostałe Stany pójdą w nasze ślady”. Biskup Albany, Edward Schonferberger skierował takie słowa do gubernatora: „Promując agresywną aborcję, występuje pan przeciw nauczaniu Kościoła i papieża. Powiedział pan już kiedyś, że nie ma w Nowym Jorku miejsca dla osób pro-life, a teraz chce pan doprowadzić do tego, że stanowisko za życiem będzie któregoś dnia przestępstwem w Nowym Jorku”.

Karolina ma dzisiaj 18 lat. Jest piękną i bardzo mądrą dziewczyną. Matka jest wdzięczna Bogu za tak wspaniałą córkę, która wspiera swoją mamę i pomaga w wychowaniu młodszego rodzeństwa. A mogła skończyć życie za nim ujrzałby cudowny piękny świat i najpiękniejszą twarz na świecie, radosną i uśmiechniętą twarz mamy. Karolina zawdzięcza swoje życie Teresie, która stała przed kliniką aborcyjną w Nowym Jorku, rozdawała ulotki, modliła się i rozmawiała w miarę możliwości z kobietami udającymi się na zabieg aborcji. Rozmawiała także z Magdą, matką Karoliny, która zaszła w ciążę ze swoim pracodawcą. Pracodawca nakłaniał ją do aborcji. Samotna, zastraszona, nie mająca z znikąd wsparcia Magda zdecydowała się na aborcję. Po rozmowie z Teresą zmieniła zdanie, postanowiła urodzić dziecko. Teresa zapewniła ją, że nigdy nie zostawi jej samej, pomoże w wychowaniu dziecka. I rzeczywiście Teresa dla Karoliny jest mama. Dba, aby Karolina zdobyła dobre wyksztalcenie i miała w miarę dobre warunki mieszkaniowe. Teresę można spotkać i dzisiaj przed kliniką aborcyjną. Ze spokojem znosi słowne ataki najbardziej agresywnych zwolenników aborcji. Zapewne są dla niej umocnieniem słowa św. Pawła z dzisiejszych z czytań mszalnych: „Przeto, bracia moi najmilsi, bądźcie wytrwali i niezachwiani, zajęci zawsze ofiarnie dziełem Pańskim, pamiętając, że trud wasz nie pozostaje daremny w Panu”. Większość kobiet udających na aborcje jest wdzięczna za rozmowę, za modlitwę. Teresa nie afiszuje się swoją katolickością, ale wszyscy wiedzą, że kieruje się ona nauką Chrystusa i przynależy do Niego. Owoce jej życia mówią o tej przynależności: „Po własnym owocu bowiem poznaje się każde drzewo; nie zrywa się fig z ciernia ani z krzaka jeżyny nie zbiera się winogron”.

Aby wydawać dobre owoce trzeba wcześniej w naszej duszy „wykarczować” zło naszych czynów, „przeorać i uprawiać” glebę naszej duszy plugiem bożych przykazań, w tym najważniejszym przykazaniem miłości i „zasilać” dobrym pokarmem, którym jest sam Jezus Chrystus obecny w swoim słowie i sakramentach. To gwarantuje dobre owocowanie, bo tylko w Nim możemy wydać owoc wieczności (Kurier Plus 2019).

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *