10 czerwiec

9 niedziela zwykła Rok A

 

NIE WYSTARCZY ZNAJOMOŚĆ SŁÓW CHRYSTUSA. 

Jezus powiedział do swoich uczniów: „Nie każdy, który mi mówi: »Panie, Panie«, wejdzie do królestwa niebieskiego, lecz ten, kto spełnia wolę mojego Ojca, który jest w niebie. Wielu powie mi w owym dniu: »Panie, Panie, czy nie prorokowaliśmy mocą Twego imienia i nie wyrzucaliśmy złych duchów mocą Twego imienia, i nie czyniliśmy wielu cudów mocą Twego imienia?«. Wtedy oświadczę im: »Nigdy was nie znałem. Odejdźcie ode Mnie wy, którzy czynicie nieprawość«. Każdego więc, kto tych słów moich słucha i wypełnia je, można porównać z człowiekiem roztropnym, który dom swój zbudował na skale. Spadł deszcz, wezbrały potoki, zerwały się wichry i uderzyły w ten dom. On jednak nie runął, bo na skale był utwierdzony.  Każdego zaś, kto tych słów moich słucha, a nie wypełnia ich, można porównać z człowiekiem nierozsądnym, który dom swój zbudował na piasku. Spadł deszcz, wezbrały potoki, zerwały się wichry i rzuciły się na ten dom. I runął, a wielki był jego upadek” (Mt 7,21–27).

W czasie swojego chrztu mały Oliver by nadzwyczaj aktywny. Wszędzie szukał zabawek. Podobała mu się moja stuła, naczyńko na wodę, które chciał mi wyrwać z rąk. Jednak najbardziej podobała mu się świeca chrzcielna, którą ojciec zapalił od paschału. Wszystko robił, aby ją uchwycić, a gdy mu się to nie udawało prężył się i płakał. Gdyby tak można było poznać myśli niemowlęcia, to może okazałoby się, że mały Oliver ma za złe ojcu, że nie chce mu dać tak interesującej zabawki. Jednak ojciec wiedział, co dla dziecka jest najlepsze w tym momencie, wiedział jak uchronić dziecko przed sparzeniem się w płomieniu świecy. Gdy mały Oliver będzie dorastał nieraz usłyszy słowa rodziców; to powinieneś zrobić, tego należy unikać. Jeśli usłucha tych słów ma szansę zbudować swoje życie na solidnych fundamentach, bo wszyscy rodzice pragną dobra swego dziecka i wszystko co robią dla niego wypływa z miłości. Zaś słowu wypełnionemu miłością można zaufać. Jeśli słowo rodziców jest inspirowane słowem bożym, to prowadzi w swej mądrości nie tylko ścieżkami doczesności, ale wprowadza na drogę wieczności.

Gdy dorastamy nadal pozostajemy dziećmi tylko, że samego Boga, do którego się zwracamy Ojcze nasz. Bóg kieruje do nas wiele słów, a są to słowa mądrości nadprzyrodzonej wypełnione miłością. Ta miłość nie zna granic. Przekonujemy się o tym, gdy spoglądamy na krzyż, na którym umiera Jezus dla naszego zbawienia. Są to także słowa ogromnej mocy. To one uciszały burze na morzu, uzdrawiały chorych i wskrzeszały umarłych. Jak zatem nie wierzyć tym słowom? Przyjmowanie z wiarą tych słów jest budowaniem swego życia na mocnym fundamencie. „Każdego więc, kto tych moich słów słucha i wypełnia je, można porównać z człowiekiem roztropnym, który dom swój zbudował na skale. Spadł deszcz, wezbrały potoki, zerwały się wichry i uderzyły w ten dom. On jednak nie runął, bo na skale był utwierdzony”. Przyjęcie lub odrzucenie tych słów niesie boże błogosławieństwo lub przekleństwo. W księdze Powtórzonego prawa czytamy: „Widzicie, ja kładę przed wami błogosławieństwo albo przekleństwo. Błogosławieństwo, jeśli usłuchacie poleceń waszego Pana Boga, które ja wam dzisiaj daję; przekleństwo jeśli nie usłuchacie poleceń waszego Pana Boga”.

Czasami człowiek bardziej wierzy sobie lub ludzkim słowom, aniżeli Bogu. Aż przychodzi moment opamiętania. Wszystko zaczyna się walić. Okazuje się, że budowla życia była postawiona na piasku ludzkich złudzeń. Tak było w życiu siostry Margaret Mehren. W wieku 15 lat wstąpiła do hitlerowskiej organizacji młodzieżowej. Podobnie jak dla jej koleżanek i kolegów Hitler był idolem, wzorem postępowania, największym autorytetem. Po pewnym czasie poznała prawdę o obozach koncentracyjnych. Był to dla niej szok. Nagle uświadomiła sobie, że słowa Hitlera były kłamstwem, a on sam nie jest nadzwyczajnym przywódcą narodu, lecz zwykłym mordercą. Przyrzekła sobie wtedy, że nigdy nie będzie wierzyć dorosłym. Zaczęła także wątpić w Boga i skłaniać się ku ateizmowi. Pewnego dnia przełamując wewnętrzne opory zaczęła prosić Boga: „Boże, jeśli istniejesz, daj mi jakiś mały znak”. Nie czekała bezczynnie, lecz sięgnęła po Biblię i przeczytała ją w całości. Nie wywarło to na niej większego wrażenia, dlatego zaczęła czytać ją ponownie, ale z podobnym skutkiem. Biblia powędrowała na półkę. Aż pewnej nocy, coś ja tknęło, sięgnęła po Pismo św. i gdy zaczęła czytać nagle doznała wewnętrznego olśnienia, o którym tak pisze: „Coś się wydarzyło ze mną, gdy czytałam słowa Jezusa. Byłam pewna, że On istnieje. Wiedziałam, że On jest tu, chociaż nie mogłam Go widzieć ani słyszeć. Jezus był dla mnie bardziej realny niż wszystko to, co mnie otaczało- meble, książki, kwiaty. Już nie czułam się samotna, moje życie nie prowadziło mnie w ślepą uliczkę”. Kilka lat później, w wieku 21 lat wstąpiła do zakonu franciszkańskiego. Dzisiaj jest misjonarką w Południowej Afryce, gdzie uczy w jednej ze szkół katolickich. Odnalazła sens życia, gdy zbudowała je na fundamencie bożego słowa, które skutecznie przekazuje innym.

Nie wystarczy jednak tylko słuchanie słów Jezusa. Aby stały się one fundamentem skomplikowanej budowli, jaką jest życie ludzkie konieczne jest wprowadzenie ich w czyn. Kilka lat temu młody człowiek zgłosił się do katolickiej szkoły w Indiach, chcąc w niej pracować, jako nauczyciel. Dyrektor zapytał go czy jest praktykującym katolikiem. „Nie, ja jestem hindusem, ale znam bardzo dobrze katolicyzm. Ukończyłem katolickie szkoły. Jestem gotów przejść wszelkie testy potwierdzające moją przydatność do wykonywania tego zawodu”- odpowiada kandydat na nauczyciela. Dyrektor szkoły wyjaśnił młodemu człowiekowi, że istota katolicyzmu nie leży w znajomości prawd wiary, ale życiu według nich. Wiedza powinna być wprowadzona w czyn. Nie wystarczy być słuchaczem, znawcą słowa bożego, trzeba być „działaczem” słowa bożego. Wielki mistyk kościoła Tomasz A. Kempis napisał: „O wiele ważniejsze jest bycie pokornym niż znać dokładnie definicję czym jest pokora”.

Mówiąc o wprowadzaniu słowa Bożego w czyn, możemy wyróżnić w tym procesie dwa etapy. Słowo powinno być przemodlone. Musimy wziąć je do serca i zastanowić się nad nim i szukać sposobu wprowadzenia go w życie. W duchu modlitewnym zastanawiamy się nad którymś ze wskazań Jezusa. Pytamy siebie, co Jezus by zrobił, gdyby się znalazł w naszej sytuacji. Rozmawiamy z Chrystusem o naszej sytuacji, i w Jego obecności analizujemy ją szczegółowo. Po czym prosimy Jezusa, aby był nam przewodnikiem, obdarzył odwagą i łaską potrzebną do wykonania tego zadania. Na drugim etapie wcielania w życie słów Jezusa staramy się zastosować słowo do naszej konkretnej sytuacji. Nie czekamy, nie ociągamy się tylko natychmiast wprowadzamy je w czyn. Prawdopodobnie, jeśli nie wprowadzimy w czyn słów Chrystusa w pierwszym dniu, prawdopodobnie nigdy tego nie uczynimy. Może się to skończyć na dobrych postanowieniach i wtedy stajemy się podobni do ewangelicznego nierozsądnego człowieka, który dom swój zbudował na piasku. Słuchał on słowa bożego i na tym to się kończyło.

Zakończmy te rozważania modlitwą św. Ignacego, której słowa znalazły wypełnienie w jego życiu, dając mu miejsce w gronie świętych. „Zabierz, Panie całą moja wolność, moje myśli, moje zrozumienie, całą moją wolę. Ty wszystko mi to dałeś. Tobie, Panie to zwracam. Wszystko jest Twoje; czyń z tym według Twojej woli. Daj mi tylko Twoją miłość i Twoją łaskę. To dla mnie wystarczy” (z książki Nie ma innej Ziemi Obiecanej).

 

BUDOWANIE NA SKALE

Mojżesz powiedział do ludu: «Weźcie sobie te moje słowa do serca i duszy. Przywiążcie je sobie jako znak na ręku. Niech one będą wam ozdobą między oczami. Widzicie, ja kładę dziś przed wami błogosławieństwo i przekleństwo. Błogosławieństwo, jeśli usłuchacie poleceń Pana, waszego Boga, które ja wam dzisiaj daję; przekleństwo, jeśli nie usłuchacie poleceń Pana, waszego Boga, jeśli odstąpicie od drogi, którą ja wam dzisiaj wskazuję, a pójdziecie za bogami cudzymi, których nie znacie. Wypełniajcie pilnie wszystkie prawa i nakazy, które ja wam dzisiaj daję» (Pwt 11, 18. 26-28. 32).

Wśród listów, jakie otrzymuję na adres mojej strony internetowej są listy od młodzieży, które nieraz zaskakują mądrym i dojrzałym spojrzeniem na życie. Zachowując anonimowość przytoczę jeden z nich. „Jestem praktykującą katoliczką, przynajmniej staram się nią być. Widzę jednak, że bycie katolikiem często jest bardzo trudne nie tylko w środowisku amerykańskim, ale także polonijnym. Ci, którzy starają się żyć według podstawowych wymagań naszej religii są czasami przedmiotem żartów ze strony ludzi, którzy tylko z nazwy są chrześcijanami. Mają oni na swoje usprawiedliwienie wiele i to nieraz wymyślonych powodów nie uczęszczania na niedzielną Mszę św. Co więcej, uczą tego swoje dzieci, którym i tak brakuje chrześcijańskiego wychowania. Mając kontakt z tymi ludźmi zadaję sobie pytanie: Czy wiara może stać niemodna? Jako nastolatka, której mama jest Polką i katoliczką a tato innego wyznania mam większe trudności w zachowaniu tej wiary. Ale mimo tych przeciwności cenię bardzo swoją wiarę i staram się jej nie zgubić. Myśląc o tym zadaję sobie pytanie: Dlaczego tak wielu ludzi nie ceni sobie naszej polskiej kultury i wiary. Bardzo często odrzucają ją, ucząc swoje dzieci wszystkiego, ale nie języka polskiego i wiary chrześcijańskiej”. Odpowiadając na ten piękny list napisałem między innymi: „Sądzę, że dopóki wśród naszej młodzieży są osoby myślące tak jak Ty, to z pewnością zarówno wartości katolickie jak i polskie będą zachowane. Są to wartości cenne same w sobie niezależnie od tego ile osób wyznaje je i żyje nimi. One ubogacają nas i czynią nasze życie piękniejszym i bardziej sensownym. Mając jednak od Boga wolną wolę możemy je przyjąć lub odrzucić”.

Fragment z Księgi Powtórzonego Prawa mówi, że Bóg nie przymusza nas, ale stawia przed wyborem. Możemy wybrać Jego Prawo lub je odrzucić. Mojżesz powiedział do ludu: „Widzicie, ja kładę dziś przed wami błogosławieństwo albo przekleństwo. Błogosławieństwo, jeśli usłuchacie poleceń waszego Pana Boga, które ja wam dzisiaj daję; przekleństwo, jeśli nie usłuchacie poleceń waszego Pana Boga”. Bóg zawiera ze swoim ludem Przymierze i wyznacza sposób postępowania i życia. Zachowanie Przymierza i przykazań z niego wynikających jest drogą osiągnięcia bożego błogosławieństwa i szczęścia. Jeśli jednak Naród Wybrany odwróci się swego Boga i pójdzie za obcymi bogami ściągnie na siebie przekleństwo, nieszczęście i zgubę. Aby lud pamiętał o przykazaniach Bożych Mojżesz nakazał: „Przywiążcie je sobie jako znak na ręku. Niech one wam będą ozdobą między oczami”. Do dziś wyznawcy religii Mojżeszowej dosłownie zachowują ten nakaz. Kiedyś lecąc samolotem do Izraela zostałem obudzony przez nadzwyczajny ruch w samolocie. To Żydzi o wschodzie słońca przygotowywali się do modlitwy. Nakładli odpowiednie stroje i specjalnym rzemieniami ze skóry koszernego zwierzęcia mocowali na czole i lewym przedramieniu skórzane czarne pudełeczka, w których są wersety Tory, między innymi przykazania. Pudełeczko to nazywa się tefilin lub z języka greckiego filakteria. Tefilin na ręku ma przypominać rękę Boga wyciągniętą do Izraelitów, gdy wyprowadzał ich z Egiptu. Umieszczony po stronie serca jest wezwaniem do podporządkowania Bogu pragnień serca. Tefilin na czole ma przypominać o podporządkowaniu Bogu swoich myśli i zmysłów zgodnie z Jego przykazaniami.

Z doświadczenia wiemy, że nawet najpiękniejsze i najszlachetniejsze praktyki religijne może dotknąć bezduszna rutyna. Nie byli od niej wolni ludzie w czasach Jezusa. A szczególnie ci, których uważano za najpobożniejszych. Mowa tu o faryzeuszach. Chrystus wielokrotnie piętnował ich postępowanie, zarzucając im, że zachowują zewnętrzne znaki pobożności, ale sercem, myślą i czynem są daleko od ducha przykazań bożych. Chrystus patrząc na powierzchowną religijność swoich współziomków powiedział: „Nie każdy, który mi mówi: ‘Panie, Panie’, wejdzie do królestwa niebieskiego, lecz ten, kto spełnia wolę mojego Ojca, który jest w niebie”. Nie wystarczy uwiązać sobie na czole tefilin i bić pokłony, nie wystarczy przesuwać paciorki różańca, aby nasza modlitwa dotarła do Boga. Jest to ważne, tylko wtedy, gdy wypełnione jest szczerą religijnością, która wyraża się w praktykowaniu miłości Boga i bliźniego w naszym codziennym postępowaniu. Chrystus mówi, że poprzestanie tylko na słowie jest podobne do budowania gmachu swojego życia na pisaku. Dom zbudowany na pisaku wygląda pięknie do pierwszej nawałnicy. Wystarczy niewielkie zawirowanie w życiu i cała budowała życia wiary się rozpada. Wiara wyrażająca się w czynie według słowa bożego jest budowaniem domu swego życia na solidnym fundamencie skały. Gdy uderzą w nas burze życiowe, różne nieszczęścia gmach naszego życia nie runie, bo jest mocno osadzony na skale. Budowanie na piasku lub skale ma swoje konsekwencje w wieczności. Chrystus mówi, że w dniu ostatecznym pojawią się ludzie, którzy chcąc dostać się do chwały nieba będą się powoływać, że prorokowali mocą Chrystusa, a nawet czynili cuda i wyrzucali złe duchy. A Chrystus powie do nich: „Nigdy was nie znałem. Odejdźcie ode Mnie wy, którzy czynicie nieprawość”. Słowa wiary i modlitwy bez przełożenia na codzienne postępowanie mogą być poczytane, jako pewnego rodzaju nieprawość.

Chrystus kładzie przed nami także błogosławieństwo i przekleństwo. Wybieramy błogosławieństwo, gdy Jego przykazania stają się treścią naszego życia. Radości tego błogosławieństwa możemy doświadczyć już tu na ziemi, i to w okolicznościach, które po ludzku jawią się jako tragedia i nieszczęście. Jeden z takich przypadków jest opisany w miesięczniku „Różaniec” z lutego 2011r. „Młoda Włoszka, Chiara Badano, podczas gry w tenisa czuje silny ból ramienia, który długo nie przechodzi. Okazuje się, że ma raka kości z przerzutami, jedną z najcięższych i najbardziej bolesnych postaci nowotworów. Wiadomość tę przyjmuje odważnie. Choroba staje się dla niej wyzwaniem. Mimo potwornego bólu kręgosłupa wstaje, by wspierać chorą na depresję i uzależnioną od narkotyków koleżankę. W swoim „Dzienniku” zapisze: ‘Tę chorobę Jezus zesłał mi we właściwym czasie’. Jej rodzice szybko zrozumieli, że to nie oni Chiarę, ale ona ich w tej chorobie wspomaga, podnosi na duchu. Nie przyjmuje morfiny, bo jak pisze: ‘odbiera świadomość, a ja mogę ofiarować Jezusowi jedynie cierpienie. Chcę dzielić z Nim jeszcze Jego Krzyż’. Potem przychodzi paraliż nóg i krwotok. ‘Nie płaczcie nade mną – mówi do przyjaciół. – Ja idę do Jezusa. Na moim pogrzebie nie chcę ludzi płaczących, lecz głośno śpiewających’. Na pytanie, skąd takie światło w jej oczach, odpowiada: ‘staram się kochać Jezusa’. Nie prosi o uzdrowienie: ‘Jeśli chcesz te¬go Ty, Jezu, ja też tego chcę’. Modli się o się o wypełnienia woli Bożej. A umierając, prosi swoją mamę: ‘Bądź szczęśliwa, bo ja jestem szczęśliwa’. Chiara – którą rodzina i przyjaciele nazywali ‘Luce’, czyli światło – to dziewczyna, która w cierpieniu potrafili być światłem”.

Człowiek promieniejący autentyczną wiarą, wyrażająca się w słowie i czynie buduje swoje życie na mocnym fundamencie Jezusa Chrystusa i staje jest światłem dla innych ludzi (z książki Bóg na drogach naszej codzienności).

 

BUDOWANIE NA SKALE 

Bracia: Teraz jawną się stała sprawiedliwość Boża niezależna od Prawa, poświadczona przez Prawo i Proroków. Jest to sprawiedliwość Boża dostępna przez wiarę w Jezusa Chrystusa dla wszystkich, którzy wierzą. Bo nie ma tu różnicy: wszyscy bowiem zgrzeszyli i pozbawieni są chwały Bożej, a dostępują usprawiedliwienia darmo, z Jego łaski, przez odkupienie, które jest w Chrystusie Jezusie. Jego to ustanowił Bóg narzędziem przebłagania dzięki wierze mocą Jego krwi. Sądzimy bowiem, że człowiek osiąga usprawiedliwienie na podstawie wiary, niezależnie od pełnienia uczynków wymaganych przez Prawo (Rz 3, 21-25a. 28).

W czasie pielgrzymek z parafii św. Krzyża do Ziemi Świętej najczęściej korzystamy z Izraelskich Linii Lotniczych. W czasie lotu o wschodzie słońca często jesteśmy świadkami wzmożonej aktywności na pokładzie samolotu. A to za sprawą pobożnych Żydów, którzy o wschodzie słońca odmawiają, prawem nakazane modlitwy. Pewnego razu zostałem wyrwany z porannej drzemki przez Żyda, który przypominał mi o porannej modlitwie. Pokazałem mu swój kapłański brewiarz i powiedziałem, że ja się modlę trochę inaczej. Żydowskiej modlitwie towarzyszy cała obrzędowość. Modlący przykrywa się chustą zwaną talit lub tałes do rogów której przymocowane są frędzle zwane cicit, które przypominają boże przykazania. Nakrycie głowy jest znakiem oddzielenia się od świata i wchodzenia w rzeczywistość Bożych przykazań. Talit ma także wersję do noszenia na co dzień. Ma on kształt krótkiego podkoszulka z frędzlami i węzłami, przypominającymi Boże przykazania. Modlący ma na czole małe pudełeczko. Podobne pudełeczko przymocowuje specjalnymi rzemykami do przedramienia. Te pudełeczka z przymocowaniem nazywane są filakteriami lub tefilinami. Zawierają one cztery małe fragmenty Biblii, w tym także Boże przykazania z góry Synaj. W Księdze Powtórzonego Prawa, której fragment czytamy w czasie liturgii mszalnej dnia dzisiejszego znajdujemy wyjaśnienie tego zwyczaju. W imieniu Boga Mojżesz powiedział do ludu: „Weźcie sobie te moje słowa do serca i do duszy. Przywiążcie je sobie jako znak na ręku. Niech one wam będą ozdobą między oczami”. Izraelici dosłownie zachowują ten nakaz.

Ten modlitewny zwyczaj sięga czasów Jezusa i wcześniejszych. Jezus, który przenikał serce i dusze człowieka widział, że wielu Żydów, a szczególnie faryzeusze pomijali pierwszą cześć wskazania z Księgi Powtórzonego Prawa: „Weźcie sobie te moje słowa do serca i do duszy”, a koncentrowali się na drugiej: „Przywiążcie je sobie jako znak na ręku. Niech one wam będą ozdobą między oczami”. Zarzucał także faryzeuszom, że wydłużają swoje filakterie, aby się podobać ludziom. Chrystus nie potępia zewnętrznych znaków pobożności, ale pod warunkiem, że nie są one pustymi symbolami. Mają one o tyle sens o ile kryje się za nimi nasze serce i nasza dusza. Znajomość Bożych przykazań, powtarzanie ich ma o tyle sens o ile żyjemy nimi na co dzień. Te prawdę Chrystus wyraził w przypowieści o budowaniu, o fundamencie budowli. „Każdego więc, kto tych moich słów słucha i wypełnia je, można porównać z człowiekiem roztropnym, który dom swój zbudował na skale”. Dom zbudowany na skale przetrwa różne burze życiowe. Zaś dom zbudowany na piasku wcześniej czy później legnie w gruzach. „Każdego zaś, kto tych moich słów słucha, a nie wypełnia ich, można porównać z człowiekiem nierozsądnym, który dom swój zbudował na piasku”. Niebezpieczeństwo formalizmu w życiu wiary, znajomość bożych przykazań bez ich praktykowania zagraża wyznawcom wszystkich religii.

Człowiek żyjący Bożym słowem nie tylko sam się uświęca, ale także innych pociąga za sobą, jak w poniższym przykładzie. Znany w mieście proboszcz zapytał swojego parafianina, czy wszystko u niego w porządku, bo już przez kilka niedziel nie widział go w kościele na Mszy św. Zagadnięty mężczyzna odpowiedział, że wszystko w porządku, ale przez ostatnie niedziele był na Mszy św. w niewielkim kościele na obrzeżach miasta. „Naprawdę jestem zaskoczony – powiedział kapłan- znam proboszcza tamtej parafii. Jest on miłym człowiekiem, ale nie tak wykształconym jak ja. Nie jest także tak dobrym mówcą jak ja jestem. Nie może się także równać ze mną w zarządzaniu parafią. Dlatego nie mogę zrozumieć, że wybrałeś do modlitwy tamten kościół”. Parafianin odpowiedział: „To wszystko prawda, ale tamten ksiądz przekazuje także inne wartości. Na przykład, nauczył nas jak czytać w myślach innych. Mogę to zaprezentować. Niech ksiądz pomyśli o czymś bardzo ważnym i skoncentruje się na tym. I odczytam tę myśli. Proboszcz skupił się, a po chwili parafianin powiedział: „Myśli ksiądz o wersecie z psalmu 16: „Stawiam sobie zawsze Pana przed oczy”. Ksiądz zaśmiał się i powiedział: „Jesteś w wielkim błędzie. Wcale o tym nie myślałem”. Na co mężczyzna wzruszył ramionami i powiedział: „Wiem, że o tym ksiądz nie myślał, dlatego nie przychodzę na modlitwę do kościoła, gdzie ksiądz odprawia Mszę św.”. Ta historia odnosi się do każdego z nas. Szczególnie do rodziców, którzy wychowują swoje dzieci. Aby innych prowadzić drogą Bożych przykazań, nie wystarczy tylko nauczać, ale przede wszystkim nimi żyć. Inaczej, budować swoje życie na mocnym fundamencie Bożych przykazań.

Chrystus używając bardzo sugestywnego obrazu poucza nas na jakim fundamencie winniśmy budować życie. Jest nim Boże słowo. Słuchanie go, przyjęcie i najważniejsze; życie według niego. Tę kolejność możemy zilustrować, odwołując się do obrazu fundamentu. Słuchanie słowa bożego, jego znajomość to tak jak gromadzenie materiałów do założenia fundamentów. Nie wystarczy je zebrać. Trzeba je położyć we właściwym miejscu i na nie kłaść kolejne cegiełki życia. Trudno sobie wyobrazić budowniczego, który zebrał materiał na fundament, ale go nie użył, bo po co się dodatkowo trudzić, po prostu zbudował dom bez solidnego fundamentu. Materiał na fundament został z boku. To co wydaje się absurdem w budowaniu domu materialnego, nieraz powtarza się w życiu wiary. Są ludzie, którzy uważając się za wierzących, słuchają słowa bożego, nawet je dobrze znają, ale swoje życie budują na „solidniejszym i pewniejszym fundamencie”. Boże słowo pozostawiają niejako na uboczu. Jedni uważają, że do dobrego ułożenia życia, spełnienia się w życiu najważniejsze jest wykształcenie. Jest to ważne, ale czy wystarczy? Iluż to ludzi z dobrym wykształceniem zmarnowało swoje życie. Jeszcze inni uważają, że jak mamy pieniądze, to wszystko możemy osiągnąć, zrealizować się w swoim życiu. Dobra materialne pomagają wiele osiągnąć, ale nie wystarczą, na założenie zasadniczego fundamentu naszego życia. Możemy przytaczać dziesiątki przykładów bogaczy, którzy stoczyli się na dno ludzkiego życia. A jeszcze inni uważają, że sława, popularność są najważniejsze w życiu, mogą być fundamentem. Wystarczy jednak spojrzeć na sławę wielkich gwiazd filmu, piosenki, aby się przekonać jak człowiek szybko stacza się na dno nędzy nie tylko moralnej, gdy w fundamentach jego życia zabraknie tworzywa, o który mówi dzisiejsza ewangelia. Sława jest czymś dobrym, ale wtedy gdy nie jest celem sama w sobie, ale niejako produktem ubocznym i jest mocno wpisana w Boże prawo. Przykładem takiej sławy może być papież Jan Paweł II. Często słyszymy powiedzenie: Zdrowie jest najważniejsze, jak będziesz je miał, to wszystko osiągniesz i będziesz szczęśliwy. To stwierdzenie nawet w rzeczywistości doczesnej jest tylko po części prawdziwe. A człowiek stworzony jest do wieczności. Można powiedzieć, że człowiek to potężna budowla, sięgająca wieczności. A zatem taka budowla musi mieć fundament, który jest w stanie unieść ciężar wieczności. Tym fundamentem jest Boże słowo. Jeśli to pominiemy w układaniu naszego życia, to wcześniej czy później okaże się, że budowaliśmy na piasku. Taka budowla runie przy pierwszej nawałnicy, nie mówiąc już o nawałnicy jaką jest śmierć.

Moc i mądrość do budowania życia na fundamencie Bożych przykazań odnajdujemy w głębokiej wierze i zaufaniu pokładanym w Chrystusie. Wiara nie chroni nas przed burzami życia, ale daje moc by je przezwyciężyć. Gandhi powiedział: „Człowiek z ziarenkiem autentycznej wiary w Boga, nigdy nie traci nadziei”. Chrystus w przypowieści o budowaniu ukazuje potęgę budowania na wierze, która wyraża się przez zachowanie Bożych przykazań, Bożego słowa (z książki W poszukiwaniu mądrości życia).

 

ŚWIĘTA GENOWEFA

Jeśli człowieka porównamy do budowli, to musimy sobie uświadomić równocześnie, że jest on najbardziej skomplikowaną budowlą na świecie. W porównaniu z nim bajecznie proste wydają się konstrukcje najwyższych nowojorskich budowli. Jeśli jednak zapoznamy się z projektami wieżowców, to zobaczymy tysiące obliczeń odnoszących się do fundamentów. Wystarczy niewielki błąd, aby cała budowla runęła. O ileż, zatem bardziej solidny musi być fundament tak skomplikowanej budowli, jaką jest człowiek. Jesteśmy w tej szczęśliwej sytuacji, że od Boga otrzymujemy „projekt” naszego życia, w którym jest mowa o fundamencie, na którym mamy budować. Jest nim Słowo Boże. Mamy go słuchać i wypełniać w życiu. Życie zbudowane na takim fundamencie przetrwa wszelkie próby i zostanie zwieńczone palmą świętości. Dla ilustracji tej prawdy przytoczę historię życia św. Genowefy. Wybrałem tę Świętą, gdyż jej imię nosiła moja mama, która włożyła wiele serca i wysiłku, abym zbudował swoje życie na wspomnianym fundamencie. Nie znamy zbyt wielu faktów z życia Świętej, ale ten brak pięknie dopisuje legenda i tradycja.

Genowefa urodziła się około roku 422 w Nanterre pod Paryżem. Bogobojni rodzice należeli do bogatszych gospodarzy we wsi. Matka Genowefy była gorliwą czcicielką Maryi i tę pobożność przekazała swojej córce, jak i też uczciwość i pracowitość. Jako mała dziewczynka, Genowefa pomagała rodzicom w pracach gospodarskich, wypasając bydło i owce. To zapewne stało się powodem, że w ikonografii przedstawiana jest jako pasterka. Gdy Genowefa miała 7 lat przez jej rodzinną miejscowość przechodzili św. German z Auxerre i św. Lupus z Troyes, którzy zdążali do Anglii, by zwalczać błędy pelagiańskie. Świętych mężów otoczył zasłuchany tłum mieszkańców Nanterre. Była tam również Genowefa z rodzicami. Jak mówi tradycja, German zwrócił uwagę na pobożną dziewczynkę i przywołał ją siebie. A gdy podeszła, powiedział do jej rodziców: „Szczęśliwiście, że takie dziecię macie, wychowajcie ją starannie, bo z niej będzie miał Bóg chwałę a ludzie zbudowanie”. Następnie pobłogosławił Genowefę i wręczył jej miedziany medalik mówiąc: „Noś to na mają pamiątkę i na pamiątkę, żeś Bogu poświęcona”. Od tego wydarzenia Genowefa jeszcze bardzie przylgnęła do Jezusa, uważając, że powinna poświęcić Jemu całe życie. Za zezwoleniem rodziców oddała się uczynkom pokutnym i dziełom miłosierdzia, pielęgnując chorych i wspierając biednych.

Po śmierci rodziców udała się do Paryża i zamieszkała u swojej chrzestnej. Tam z rąk miejscowego biskupa otrzymała welon dziewicy poślubionej Panu Bogu. Genowefa prowadząc życie ascetyczne, pełne wyrzeczeń i postów przyciągała do siebie ludzi, którzy szukali u niej wsparcia modlitewnego, rady, pociechy. Przychodziły do niej także młode kobiety, które chciały prowadzić podobny styl życia. I tak powstała wspólnota, która prowadziła życie na wzór zakonny. Członkinie tej wspólnoty utrzymywały się z pracy własnych rąk, a wolny czas poświęcały chorym i opuszczonym. Jak mówi tradycja św. Genowefa aż do 50 roku życia jadła tylko dwa razy w tygodniu, spożywając kawałek jęczmiennego chleba i trochę fasoli. Piła tylko wodę. Po pięćdziesiątym roku życia na wyraźny nakaz biskupa zaczęła spożywać trochę ryb i mleka. Święta doświadczała w swoim życiu różnorakich cierpień. Dotknęły ją przykre prześladowania ze strony przewrotnych ludzi. Okrzyczano ją nawet czarownicą i usiłowano spalić. Bóg nie oszczędził jej cierpień duchowych. Dręczyło ją poczucie opuszczenia przez Boga i wewnętrzna oschłość w sprawach religijnych. Genowefa mocując się wewnętrznie z uległością przyjmowała wszystkie cierpienia, ofiarując je w intencji nawrócenia grzeszników. Te wszystkie przejścia zawierzone Chrystusowi stały się źródłem nadzwyczajnych łask, takich jak uniesienia mistyczne, dar jasnowidzenia i przenikania sumień grzeszników.

Święta Genowefa kilkakrotnie stawała się wybawicielką Paryża. W roku 451 najechał Francję głośny z okrucieństwa wódz azjatyckich Hunów, Attyla. Na wieść, że jego dzikie hordy zbliżają się do Paryża w mieście zapanowała panika. Mieszkańcy chcieli opuścić Paryż. Genowefa jednak zachęcała do zachowania spokoju i pozostania w mieście, przepowiadając, że Bóg uchroni miasto, jeśli jego mieszkańcy podejmą modlitwę i post. I sama dała temu przykład, rozpoczynając post i modlitwę w swojej wspólnocie. Dołączyli do nich mieszkańcy Paryża. Ale znaleźli się i tacy, którzy uważali, że Genowefa zwodzi lud, nawołując do pozostania wystawia go na niebezpieczeństwo. Jak się później okazało Attyla ominął Paryż i spustoszył miejsce, gdzie paryżanie zamierzali się schronić przed najeźdźcą. Taki obrót sprawy sprawił, że lud Paryża zaczął uważać Genowefę za prorokinię i zbawczynię. Sława i szacunek dla Świętej wzrosły w czasie głodu, jaki dotknął oblężony Paryż. Genowefa zorganizowała flotyllę rzeczną, która zaopatrywała miasto w żywność zbieraną przez Świętą po całej Francji.

Do ubogiego domku św. Genowefy przychodziły tłumy ludzi, szukając u niej wsparcia duchowego, rady, zachęty w czynieniu dobra. Prosili o modlitwę. Wśród nich byli kapłani, biskupi a nawet królowie Francji. Gdy Święta przybywała do jakiegoś miasta, to wszyscy mieszkańcy wychodzili na jej spotkanie. Każdy chciał widzieć niewiastę, którą uważano za świętą. Genowefa w czasie tych spotkań upominała grzeszników, wzywając do pokuty i nawrócenia. Genowefa nie ustawała w modlitwie, postach i działalności charytatywnej do końca swoich dni. Dożyła osiemdziesięciu lat. Odeszła do Pana dnia 3 stycznia ok. 500 roku. Śmiertelne jej szczątki złożono na podmiejskim cmentarzu, który potem wraz z całym wzgórzem otrzymał jej imię. Wierni przychodzili na jej grób, aby oddać jej cześć jako świętej i prosić o wstawiennictwo przed Bogiem. Król Chlodwik wystawił na jej grobie kaplicę, która stała się ośrodkiem jej kultu. Od XII w. opiekę nad jej kultem sprawowali kanonicy zwani genowefianami. Lud Paryża wierzył, że św. Genowefa z wysokości nieba chroni go przed nieszczęściami. Gdy w roku 1130 zaraza dziesiątkowała Paryż, wierni wzięli z kościoła jej relikwie i obnosili w procesji ulicami miasta. I jak mówi legenda, gdy procesja z relikwiami wracała z powrotem do kościoła i relikwie przekroczyły próg, wtedy wszyscy chorzy ozdrowieli z wyjątkiem trzech niedowiarków.

W 1757 r. rozpoczęto budowę kościoła św. Genowefy, gdzie złożono jej relikwie. W czasie rewolucji francuskiej kościół ten został zmieniony na Panteon, czyli na miejsce wiecznego spoczynku wybitnie zasłużonych osobistości. A w roku 1793 rewolucjoniści Paryża spalili relikwiarz św. Genowefy (z książki Wypłynęli na głębię).

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *