28 Cze

9 niedziela zwykła Rok C

 

NIEZAPOMNIANE SŁOWA

Gdy Jezus dokończył swoich mów do ludu, który się przysłuchiwał, wszedł do Kafarnaum. Sługa pewnego setnika, szczególnie przez niego ceniony, chorował i bliski był śmierci. Skoro setnik posłyszał o Jezusie, wysłał do Niego starszyznę żydowską z prośbą, żeby przyszedł i uzdrowił mu sługę. Ci zjawili się u Jezusa i prosili Go usilnie: „Godzien jest, żebyś mu to wyświadczył, mówili, kocha bowiem nasz naród i sam zbudował nam synagogę”. Jezus przeto wybrał się z nimi. A gdy był już niedaleko domu, setnik wysłał do Niego przyjaciół z prośbą: « Panie, nie trudź się, bo nie jestem godzien, abyś wszedł pod dach mój. I dlatego ja sam nie uważałem się za godnego przyjść do Ciebie. Lecz powiedz słowo, a mój sługa będzie uzdrowiony. Bo i ja, choć podlegam władzy, mam pod sobą żołnierzy. Mówię temu: «Idź», a idzie; drugiemu: «Chodź», a przychodzi; a mojemu słudze: «Zrób to», a robi”. Gdy Jezus to usłyszał, zadziwił się i zwracając się do tłumu, który szedł za Nim, rzekł: „Powiadam wam: Tak wielkiej wiary nie znalazłem nawet w Izraelu”. A gdy wysłani wrócili do domu, zastali sługę zdrowego (Łk 7,1-10).

Jedna z opowieści mówi, że w starożytnym Rzymie za czasów cesarza Tyberiusza żył człowiek imieniem Lucjusz, który miał dwóch synów. Jeden syn był żołnierzem i został posłany do jednej z odległych prowincji rzymskich. Drugi syn był ulubionym poetą ludu rzymskiego. Pewnej nocy Lucjusz miał sen. Ukazał mu się anioł i powiedział, że słowa jednego z jego synów będą znane na całym świecie i powtarzane z pokolenia na pokolenie. Lucjusz obudził się z poczuciem dumy.

W niedługim czasie od tego snu Lucjusz, ratując dzieci tnące we wzburzonych wodach Tybru sam utonął. Poszedł prosto do nieba, gdzie spotkał anioła, który ukazał mu się we śnie. „Jesteś dobrym człowiekiem, możesz prosić, o co chcesz, a ja to spełnię”- powiedział anioł. Ucieszony tą propozycją Lucjusz powiedział: „W czasie snu powiedziałeś mi, że słowa mojego syna- poety będą powtarzane przez pokolenia. Ja nie chcę nic dla siebie. Tylko chciałbym zobaczyć, jak spełni się twoje proroctwo o moim synu.

Anioł spełniając życzenie Lucjusz odbył z nim podróż w przyszłość. Byli otoczeni milionami ludzi, którzy w różnych językach powtarzali słowa jego syna. Lucjusz wzruszył się do łez. Nie przypuszczał, że jego syn będzie tak sławny. Tylu ludzi recytuje słowa jego poezji. “Ja wiem, że poezja mojego syna jest nieśmiertelna” – przez łzy mówi wzruszony ojciec- „Ale powiedz mi, który z tych poematów ludzie będą powtarzać najczęściej?” „Wiersze twojego syna były bardzo popularne w Rzymie” – powiedział anioł- „Każdy z przyjemnością je czytał, ale kiedy królowanie Tyberiusza dobiegło końca, zapomniano o poezji twojego syna. Te słowa, które słysz wypowiadane przez ludzi w różnych językach są słowami twojego syna- żołnierza”. Lucjusz z niedowierzaniem patrzy na anioła, który mówi dalej: „Twój syn został posłany do odległej prowincji Rzymskiej, gdzie został setnikiem. Był on podobnie jak ty dobrym i sprawiedliwym człowiekiem. Pewnego dnia jego sługa ciężko zachorował, był umierający. Twój syn słyszał o świętym mężu, który miał moc uzdrawiania. Wybrał się, zatem do niego, prosząc o uzdrowienie swego sługi. Święty mąż był gotowy przyjść do domu twojego syna i uzdrowić sługę, lecz wtedy twój syn wypowiedział słowa, które nigdy nie będą zapomniane: „Panie, nie trudź się, bo nie jestem godzien, abyś wszedł pod dach mój. I dlatego ja sam nie uważam się za godnego przyjść do Ciebie. Lecz powiedz słowo, a mój sługa odzyska zdrowie”.

Już prawie dwa tysiące lat, miliony ludzi wypowiada słowa setnika zanotowane przez ewangelistę. Wypowiadamy je, gdy stajemy przy ołtarzu, aby sprawować Eucharystię. Podobnie jak setnika, nas również prowadzą do Jezusa najgłębsze pragnienia naszych serc. Kapłan podnosi do góry kawałek białego chleba i mówi: „Oto Baranek Boży, który gładzi grzechy świata. Błogosławieni, którzy zostali wezwani na ucztę Baranka”. A wtedy wierni powtarzają słowa: „Panie nie jestem godzien abyś przyszedł do mnie, ale powiedz tylko słowa a będzie uzdrowiona dusza moja”. Chrystus ma moc nie tylko uzdrowienia ciała, ale przede wszystkim duszy. Ileż to ran zadaje nam życie. Taką nie gojącą się raną jest przemijanie i perspektywa śmierci. Takim ranami są różnego rodzaju cierpienia fizyczne i duchowe. Taką raną jest grzech, który zamazuje w nas prawdziwe człowieczeństwo. Potrzebujemy balsamu dla naszego zbolałego ciała i naszej duszy. Chrystus staje się takim balsamem dla tych, którzy zdobędą się na wyznanie wiary setnika. Chrystus pochwalił setnika za to wyznanie: „Powiadam wam: Tak wielkiej wiary nie znalazłem nawet w Izraelu”. Wyznanie wiary setnika wyrastało niejako z jego ludzkiej dobroci i szlachetności.

Setnik był rzymskim oficerem odpowiedzialnym za 100 osobowy odział żołnierzy. Rzymski historyk Polybius pisze, że potęga i skuteczność armii rzymskiej opierała się na setnikach. „Kiedy byli atakowani musieli być gotowi bronić się do ostatka lub zginąć na posterunku”. Ewangeliczny setnik oprócz tych cech prezentuje jeszcze inne wartość. W tym czasie wielu Rzymian gardziło Żydami, odnosiło się do nich lekceważąco. Zaś ewangeliczny setnik ceni każdego człowieka, nie zwracając uwagi na narodowość. Żydzi wstawiają się za nim do Jezusa mówiąc: „Godzien jest, żebyś mu to wyświadczył, mówili, kocha, bowiem nasz naród i sam zbudował nam synagogę”. Ewangeliczny setnik ma także inny stosunek do niewolników. Rzymianie mieli w służbie całe zastępy niewolników. Niewolnik nie miał żadnych praw. Pan jego mógł go zabić, mógł nim poniewierać. I tak często bywało. Rzymska władza radziła, aby ze starymi, chorymi niewolnikami postępować tak, jak ze zużytymi lub zniszczonymi narzędziami, po prostu wyrzucić je. Ewangeliczny setnik jest na wskroś ludzki. Wybiera się w drogę, aby prosić o zdrowie dla swego niewolnika. Setnik, będąc rzymskim panem jest pełen pokory. Do Galilejskiego Nauczyciela mówi z pozycji uniżenia. Mówi, że nie jest godny, aby Jezus wszedł do jego domu. Ponadto był on człowiekiem wrażliwym na bożą prawdę. Zbudował synagogę, a w Chrystusie rozpoznał moc bożą.

W jednym ze sklepów w Baltimore umieszczono napis: „Za pieniądze możesz kupić szczęście, tylko musisz wiedzieć, gdzie kupować’. Rzeczywiście za pieniądze można kupić prawie wszystko. Ale czy można kupić szczęście? Jedni powiedzą, że tak. Czy mają rację? Czasami pieniądze mogą być źródłem ulotnego szczęścia. A przecież człowiek stworzony jest do wieczności i prawdziwe szczęście musi mieć wymiar wieczności, a moc pieniądza tak daleko nie sięga. Dlatego tylko ten, kto jak setnik wyzna wiarę ma otwartą drogę do takiego szczęścia i może powtarzać za psalmistą:

„Chwalcie Pana wszystkie narody,

wysławiajcie Go wszystkie ludy,

bo potężna nad nami Jego łaska,

a wierność Pana trwa na wieki” (z książki Ku wolności).

 

ŚWIĄTYNIA MIEJSCEM UMOCNIENIA WIARY

Po poświęceniu świątyni Salomon tak się modlił: „Cudzoziemca, który nie jest z Twego ludu, Izraela, a jednak przyjdzie z dalekiego kraju przez wzgląd na Twe imię (bo będzie słychać o Twoim wielkim imieniu i o Twojej mocnej ręce i wyciągniętym ramieniu), gdy przyjdzie i będzie się modlić w tej świątyni, Ty w niebie, miejscu Twego przebywania, wysłuchaj i uczyń to wszystko, o co ten cudzoziemiec będzie do Ciebie wołać. Niech wszystkie narody ziemi poznają Twe imię dla nabrania bojaźni przed Tobą za przykładem Twego ludu, Izraela. Niech też wiedzą, że Twoje imię zostało wezwane nad tą świątynią, którą zbudowałem” (1 Krl 8,41-43).

Pierwszą świątynię w Jerozolimie wybudował król Salomon w latach 970-930 przed Chr. Po jej uroczystym poświęceniu modlił się: „Cudzoziemca, który nie jest z Twego ludu, Izraela, a jednak przyjdzie z dalekiego kraju przez wzgląd na Twe imię, gdy przyjdzie i będzie się modlić w tej świątyni, Ty w niebie, miejscu Twego przebywania, wysłuchaj i uczyń to wszystko, o co ten cudzoziemiec będzie do Ciebie wołać”. Świątynia Jerozolimska, która stanowiła centrum życia religijnego i narodowego Izraelitów była otwarta nawet dla cudzoziemców, jako miejsce spotkania z Bogiem. Świątynia został zburzona w 587 r. przed Chr. przez króla babilońskiego Nabuchodonozora. Po powrocie z wygnania Izraelici odbudowali świątynię, jednak nie dorównywała ona wielkością i pięknem Pierwszej Świątyni. Król Herod, chcąc pozyskać Żydów postanowił ją rozbudować. Prace ukończono po śmierci Heroda w 10 roku po Chr. W roku 70 Świątynia została kompletnie zniszczona przez wojska rzymskie pod wodzą Tytusa. Świątynię próbowano odbudować, ale bezskutecznie. Dziś na miejscu Świątyni stoi meczet Omara, inaczej Kopuła Skały, a w południowej części terenu świątynnego – meczet Al-Aqsa. W tym miejscu wznoszą się do Boga tylko modlitwy muzułmańskie. Miejsce to zostało zamknięte dla cudzoziemców, za którymi prosił król Salomon. Nie wszyscy pogodzili się z utratą Świątyni Jerozolimskiej. Trwają przygotowania do jej odbudowy. Ortodoksyjne grupy żydowskie przygotowują szaty, naczynia świątynne. Wszystkim tym działaniom patronuje powołany w tym celu Instytut Świątynny w Jerozolimie.

Świątynia Jerozolimska była jednym miejsce składania ofiar Bogu przez Naród Wybrany i przez tę jedyność stawała niejako się symbolem i znakiem Jedynego Boga. W tej Świątyni, Jezus po wypędzeniu kupczących zapowiedział inną świątynię, świątynię duchową. Św. Paweł w Liście do Koryntian pisze: „Czyż nie wiecie, żeście świątynią Boga i że Duch Boży mieszka w was?”. Każda świątynia zbudowana rękami ludzkimi jest obrazem naszej duchowej świątyni w której mieszka Duch Święty. Stąd też każda świątynia jest miejsce szczególnym, gdzie Bóg wzywa nas do oczyszczenia naszej świątyni duchowej, która czasami staje się „targowiskiem” gdzie człowiek sprzedaje swoją godność za poniżające czyny, a spokój sumienia za parę marnych groszy. W świątyni zbudowanej ludzkim rękami odnajdujemy moc oczyszczenia i przyozdobienia świątyni duchowej. To w niej Bóg czeka na nas w zbawiającej mocy sakramentów Kościoła. Świątynie te są miejscem rodzenia i umacniania wiary w Boga. Dlatego tak ważne są dla nas rodzinne kościoły, gdzie przyjęliśmy chrzest, narodziliśmy się duchowo. Ewangelia na dzisiejszą niedzielę ukazuje cud Chrystusa. Jezus uzdrawia sługę setnika rzymskiego. Za setnikiem wstawiają się Żydzi, mówiąc: „Godzien jest, żebyś mu to wyświadczył, mówili, kocha bowiem nasz naród i sam zbudował nam synagogę”. Proszący uważają, że zbudowanie synagogi jest ważnym argumentem w prośbie o cud. Zapewne ta argumentacja miała wpływ na decyzję Jezusa, który wyruszył do domu setnika, ale uzdrowienie związane było z wiarą celnika, o której Jezus powiedział: „Tak wielkiej wiary nie znalazłem nawet w Izraelu”.

Pośród wielu bliskich mi kościołów ważne miejsce zajmuje lubelska katedra, gdzie przyjąłem święcenia kapłańskie. Katedra jest najważniejszym kościołem w diecezji, jest matką wszystkich kościołów w diecezji. Z racji rocznicy święceń kapłańskich napisałem artykuł. Oto jego fragment: „Trzydzieści lat temu, 12 czerwca 1977 roku, prowadzony nieskazitelnym błękitem nieba zdążałem wraz z kolegami do lubelskiej katedry. Po przekroczeniu jej progu rozciągało się nad nami niebo wyczarowane pędzlem malarza w niepowtarzalnie barwnych freskach sklepienia i ścian świątynnych. Gdy zagrzmiały organy i śpiew wiernych odbił się potężnym echem wydawało się nam, że do tej muzyki dołączyli ze świątynnych malowideł aniołowie na niebieskich obłokach. Wobec potęgi i piękna nieba leżeliśmy krzyżem, dotykając czołami zimnej posadzki kościoła. Trwając na modlitwie czekaliśmy na dotyk biskupa, który znacząc świętym olejem nasze ręce wycisnął na naszej duszy niezatarte znamię wiecznego kapłaństwa chrystusowego. Staliśmy się sługami nieba, do którego sami zdążając mieliśmy prowadzić innych”.

Ta katedra, jak każda inna świątynia jest szczególnym miejscem umacniania w wierze. Lubelska katedra przez cudowny obraz Matki Bożej Plączącej w bardzo trudnym okresie dla narodu polskiego, jaki był okres stalinizmu stała się szczególnym miejscem rodzenia się nadziei i umacniania wiary. Cofnijmy się zatem do tamtych lat. Jedna z ulic Lublina na Kalinowszczyźnie nosi imię bohatera tamtych czasów: Ulica Tumidajskiego. Po wkroczeniu na Lubelszczyznę Armii Czerwonej rozpoczął się czerwony terror. Kazimierz Tumidajski, pułkownik Armii Krajowej został w sierpniu 1944 r. aresztowany i osadzony w sowieckim obozie w Diagilewie, gdzie został zamordowany. W drugą rocznicę śmierci Kazimierza Tumidajskiego jego żona Janina zamówiła w lubelskiej katedrze mszę św. w intencji męża oraz wszystkich poległych i zamordowanych żołnierzy lubelskiego okręgu AK. 3 lipca 1949 r. na mszy św. w lubelskiej katedrze, poza żoną i córką zamordowanego oficera Armii Krajowej, pojawiła się tylko garstka osób. Nie przyszli z obawy przed ubeckim represjami.

Tego samego dnia w czasie sumy w katedrze lubelskiej odnowiono akt poświęcenia diecezji Niepokalanemu Sercu Maryi. Zaś około godz. 15.00 pracująca w katedrze siostra Barbara zobaczyła krwawe łzy na twarzy Matki Bożej Częstochowskiej. Wezwany chwilę później ks. Tadeusz Malec potwierdził „posuwające się z prawego oka ciemne krople, spływające po policzku ku bliznom”.

Cud w katedrze widzieli zgromadzeni ludzie. Wiadomość o cudzie rozeszła się po Lublinie lotem błyskawicy. Katedra zapełniła się ludźmi, których stale przybywało. O godz. 22.00 zamknięto drzwi wejściowe, a zebranych wypuszczano przez zakrystię. Jednak ludzie pozostali na placu. Przez całą noc śpiewali pieśni religijne. Rano przed katedrą ustawiła się długa kolejka, która ciągnęła się przez całe Stare Miasto, przechodziła obok więzienia na Zamku i sięgała mostu na Bystrzycy. Liczba ludzi rosła z godziny na godzinę. Do Lublina zaczęli przybywać pielgrzymi najpierw z najbliższej okolicy, a następnie z całej Polski. Mimo propagandy komunistycznej, wyśmiewającej te cud oraz prześladowań katedra lubelska z płaczącym obrazem stała się miejsce umacniania wiary w trudnym okresie komunistycznego terroru.

Św. Jan Paweł II z okazji konsekracji sanktuarium Matki Bożej Płaczącej w Syrakuzach wspomniał również lubelski cud: „W tym też czasie płakał obraz Matki Bożej Częstochowskiej w Lublinie, ale to wydarzenie jest mało znane poza Polską. Te łzy Maryi należą do porządku znaków. Świadczą one o obecności Matki w Kościele i świecie. Matka płacze wówczas, kiedy dzieciom zagraża jakiekolwiek zło, duchowe czy też fizyczne. Łzy Maryi są zawsze uczestnictwem w płaczu Chrystusa nad Jerozolimą, czy też na drodze krzyżowej, czy wreszcie przy grobie Łazarza…” (z książki Bóg na drogach naszej codzienności).

 

NIEZAPOMNIANE SŁOWA

Paweł, apostoł nie z ludzkiego ustanowienia czy zlecenia, lecz z ustanowienia Jezusa Chrystusa i Boga Ojca, który Go wskrzesił z martwych, oraz wszyscy bracia, którzy są ze mną – do Kościołów Galacji: Nadziwić się nie mogę, że od Tego, który was łaską Chrystusa powołał, tak szybko chcecie przejść do innej Ewangelii. Innej jednak Ewangelii nie ma: są tylko jacyś ludzie, którzy sieją wśród was zamęt i którzy chcieliby przekręcić Ewangelię Chrystusową. Ale gdybyśmy nawet my lub anioł z nieba głosił wam Ewangelię różną od tej, którą wam głosiliśmy – niech będzie przeklęty! Już to przedtem powiedzieliśmy, a teraz jeszcze mówię: Gdyby wam ktoś głosił Ewangelię różną od tej, którą od nas otrzymaliście – niech będzie przeklęty! A zatem teraz: czy zabiegam o względy ludzi, czy raczej Boga? Czy ludziom staram się przypodobać? Gdybym jeszcze ludziom chciał się przypodobać, nie byłbym sługą Chrystusa (Ga 1, 1-2. 6-10).

Jedna z opowieści mówi, że w starożytnym Rzymie za czasów cesarza Tyberiusza żył człowiek imieniem Lucjusz, który miał dwóch synów. Jeden syn był żołnierzem i został posłany do jednej z odległych prowincji rzymskich. Drugi syn był ulubionym poetą ludu rzymskiego. Pewnej nocy Lucjusz miał sen. Ukazał mu się anioł i powiedział, że słowa jednego z jego synów będą znane na całym świecie i powtarzane z pokolenia na pokolenie. Lucjusz obudził się z poczuciem dumy.

W niedługim czasie od tego snu Lucjusz, ratując dzieci tnące we wzburzonych wodach Tybru sam utonął. Poszedł prosto do nieba, gdzie spotkał anioła, który ukazał mu się we śnie. „Jesteś dobrym człowiekiem, możesz prosić, o co chcesz, a ja to spełnię”- powiedział anioł. Ucieszony tą propozycją Lucjusz powiedział: „W czasie snu powiedziałeś mi, że słowa mojego syna- poety będą powtarzane przez pokolenia. Ja nie chcę nic dla siebie. Tylko chciałbym zobaczyć, jak spełni się twoje proroctwo o moim synu.

Anioł spełniając życzenie Lucjusz odbył z nim podróż w przyszłość. Byli otoczeni milionami ludzi, którzy w różnych językach powtarzali słowa jego syna. Lucjusz wzruszył się do łez. Nie przypuszczał, że jego syn będzie tak sławny. Tylu ludzi recytuje słowa jego poezji. “Ja wiem, że poezja mojego syna jest nieśmiertelna” – przez łzy mówi wzruszony ojciec- „Ale powiedz mi, który z tych poematów ludzie będą powtarzać najczęściej?” „Wiersze twojego syna były bardzo popularne w Rzymie” – powiedział anioł- „Każdy z przyjemnością je czytał, ale kiedy królowanie Tyberiusza dobiegło końca, zapomniano o poezji twojego syna. Te słowa, które słysz wypowiadane przez ludzi w różnych językach są słowami twojego syna- żołnierza”. Lucjusz z niedowierzaniem patrzy na anioła, który mówi dalej: „Twój syn został posłany do odległej prowincji Rzymskiej, gdzie został setnikiem. Był on podobnie jak ty dobrym i sprawiedliwym człowiekiem. Pewnego dnia jego sługa ciężko zachorował, był umierający. Twój syn słyszał o świętym mężu, który miał moc uzdrawiania. Wybrał się, zatem do niego, prosząc o uzdrowienie swego sługi. Święty mąż był gotowy przyjść do domu twojego syna i uzdrowić sługę, lecz wtedy twój syn wypowiedział słowa, które nigdy nie będą zapomniane: „Panie, nie trudź się, bo nie jestem godzien, abyś wszedł pod dach mój. I dlatego ja sam nie uważam się za godnego przyjść do Ciebie. Lecz powiedz słowo, a mój sługa odzyska zdrowie”.

Już prawie dwa tysiące lat, miliony ludzi wypowiada słowa setnika zanotowane przez ewangelistę. Wypowiadamy je, gdy stajemy przy ołtarzu, aby sprawować Eucharystię. Podobnie jak setnika, nas również prowadzą do Jezusa najgłębsze pragnienia naszych serc. Kapłan podnosi do góry kawałek białego chleba i mówi: „Oto Baranek Boży, który gładzi grzechy świata. Błogosławieni, którzy zostali wezwani na ucztę Baranka”. A wtedy wierni powtarzają słowa: „Panie nie jestem godzien abyś przyszedł do mnie, ale powiedz tylko słowa a będzie uzdrowiona dusza moja”. Chrystus ma moc nie tylko uzdrowienia ciała, ale przede wszystkim duszy. Ileż to ran zadaje nam życie. Taką nie gojącą się raną jest przemijanie i perspektywa śmierci. Takim ranami są różnego rodzaju cierpienia fizyczne i duchowe. Taką raną jest grzech, który zamazuje w nas prawdziwe człowieczeństwo. Potrzebujemy balsamu dla naszego zbolałego ciała i naszej duszy. Chrystus staje się takim balsamem dla tych, którzy zdobędą się na wyznanie wiary setnika. Chrystus pochwalił setnika za to wyznanie: „Powiadam wam: Tak wielkiej wiary nie znalazłem nawet w Izraelu”. Wyznanie wiary setnika wyrastało niejako z jego ludzkiej dobroci i szlachetności.

Setnik był rzymskim oficerem odpowiedzialnym za 100 osobowy odział żołnierzy. Rzymski historyk Polybius pisze, że potęga i skuteczność armii rzymskiej opierała się na setnikach. „Kiedy byli atakowani musieli być gotowi bronić się do ostatka lub zginąć na posterunku”. Ewangeliczny setnik oprócz tych cech prezentuje jeszcze inne wartość. W tym czasie wielu Rzymian gardziło Żydami, odnosiło się do nich lekceważąco. Zaś ewangeliczny setnik ceni każdego człowieka, nie zwracając uwagi na narodowość. Żydzi wstawiają się za nim do Jezusa mówiąc: „Godzien jest, żebyś mu to wyświadczył, mówili, kocha, bowiem nasz naród i sam zbudował nam synagogę”. Ewangeliczny setnik ma także inny stosunek do niewolników. Rzymianie mieli w służbie całe zastępy niewolników. Niewolnik nie miał żadnych praw. Pan jego mógł go zabić, mógł nim poniewierać. I tak często bywało. Rzymska władza radziła, aby ze starymi, chorymi niewolnikami postępować tak, jak ze zużytymi lub zniszczonymi narzędziami, po prostu wyrzucić je. Ewangeliczny setnik jest na wskroś ludzki. Wybiera się w drogę, aby prosić o zdrowie dla swego niewolnika. Setnik, będąc rzymskim panem jest pełen pokory. Do Galilejskiego Nauczyciela mówi z pozycji uniżenia. Mówi, że nie jest godny, aby Jezus wszedł do jego domu. Ponadto był on człowiekiem wrażliwym na bożą prawdę. Zbudował synagogę, a w Chrystusie rozpoznał moc bożą.

W jednym ze sklepów w Baltimore umieszczono napis: „Za pieniądze możesz kupić szczęście, tylko musisz wiedzieć, gdzie kupować’. Rzeczywiście za pieniądze można kupić prawie wszystko. Ale czy można kupić szczęście? Jedni powiedzą, że tak. Czy mają rację? Czasami pieniądze mogą być źródłem ulotnego szczęścia. A przecież człowiek stworzony jest do wieczności i prawdziwe szczęście musi mieć wymiar wieczności, a moc pieniądza tak daleko nie sięga. Dlatego tylko ten, kto jak setnik wyzna wiarę ma otwartą drogę do takiego szczęścia i może powtarzać za psalmistą:

„Chwalcie Pana wszystkie narody,

wysławiajcie Go wszystkie ludy,

bo potężna nad nami Jego łaska,

a wierność Pana trwa na wieki” (z książki Nie ma innej Ziemi Obiecanej).

 

WIARA CZYNI CUDA

Często najpiękniejsze wspomnienia związane są z okresem wczesnego dzieciństwa. Mimo braków materialnych był to czas beztroskiej radości. W dużej mierze był on kreowany przez wiarę. Bezgranicznie wierzyliśmy i ufali rodzicom. Z tatą było bezpiecznie nawet w największej ciemności, którą dziecięca wyobraźnia zapełniała różnymi poczwarami i strachami. Podobnie było z mamą. Wystarczyło głęboko się wtulić w jej ramiona, aby poczuć się najbezpieczniej na świecie. Świat nie miał wtedy dla nas żadnych tajemnic. Na każde pytanie rodzice mieli odpowiedź, która nie budziła żadnych wątpliwości, bo przecież rodzice wiedzieli wszystko najlepiej. Nawet w sytuacjach, które jakby przerastały naszych rodziców, jak śmiertelna choroba, śmierć nie było strasznie, bo rodzice wskazywali wtedy na Chrystusa, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych. On jest wszechmocny w słowie i czynie. On uzdrawiał i wskrzeszał umarłych. Wierzyliśmy Chrystusowi, a nasza wiara zasadzała się na zaufaniu jakie pokładaliśmy w rodzicach. Jeśli rodzice powiedzieli, że Chrystus wszystko może, to musi tak być. Dzięki tej wierze świat nawet od tej trudnej, bolesnej strony nie był straszny. 

 Gdy ten świat dziecięcej wiary zaczął się chwiać, wtedy znikała beztroska i pojawiało się więcej lęków. Braliśmy życie we własne ręce, a więc i wiarę. Oparcie w innych było ważne, ale zasadnicze i ostateczne decyzje musieliśmy podejmować sami. Wtedy trzeba było wziąć odpowiedzialność za swoją własną wiarę. Osobiście i bezpośrednio w oparciu o Chrystusa trzeba było budować harmonijny i bezpieczny świat. Przykład i wsparcie innych były ważne, ale w umacnianiu wiary najważniejszy był nasz osobisty wysiłek. W tym umacnianiu wiary odkrywamy pewną zależność. Nasz wewnętrzny pokój i radość były proporcjonalne do stopnia ufności pokładanej w Chrystusie. W tym procesie wzrastania w wierze zauważamy, że wiara w Chrystusa czyni duchowe cuda. Ale nie tylko duchowe. Ewangelia mówi o cudach fizycznych, jak chociażby uzdrowienia sługi setnika. Sługa odzyskał zdrowie dzięki ogromnej wierze swego pana, który wyraził zaufanie Chrystusowi w słowach: „Panie, nie trudź się, bo nie jestem godzien, abyś wszedł pod dach mój. I dlatego ja sam nie uważam się za godnego przyjść do Ciebie. Lecz powiedz słowo, a mój sługa odzyska zdrowie”. Wiara innych może wypraszać u Boga łaski nam potrzebne, ale ostatecznie chodzi o nasze osobiste zawierzenie Chrystusowi.

Król Salomon zbudował wspaniałą świątynię, w której złożono Arkę Przymierza, a w niej tablice Dziesięciu Przykazań z góry Synaj. Były to największe świętości Izraelitów i znak zawierzenia Bogu. Mądry król Salomon modlił się, aby w tej świątyni Bóg wysłuchiwał także cudzoziemców: „Cudzoziemca, który nie jest z Twego ludu, Izraela, a jednak przyjdzie z dalekiego kraju (…) i będzie się modlić w tej świątyni, Ty w niebie, miejscu Twego przebywania, wysłuchaj i uczyń to wszystko, o co ten cudzoziemiec będzie do Ciebie wołać”. Słuchając tych słów rodzi się skojarzenie z Chrystusem, który mówił o „świątyni swego ciała”. To do tej świątyni przyszedł niejako setnik, poganin i z wiarą prosił Chrystusa i został wysłuchany. Psalmista pisze, że każdy kto z wiarą zbliża się do Boga może dostąpić łaski wysłuchania: „Chwalcie Pana wszystkie narody, wysławiajcie Go wszystkie ludy, bo potężna nad nami Jego łaska, a wierność Pana trwa na wieki”. Od naszej wiary zależy nasz wewnętrzny pokój, radość, zbawienie a nawet cuda w sferze fizycznej, które pełnią rolę znaków wprowadzających nas w nadprzyrodzoną rzeczywistość.

Wiara nie polega tylko na uznaniu za prawdę tego, co Kościół podaje do wierzenia. Jest to potrzebne jako wstępny etap do tego, aby swoim życiem i postępowaniem potwierdzać to, co wyznajemy ustami. Gdy tego zabraknie możemy mówić o wierze martwej, z której nie ma wielkiego pożytku. Dla ilustracji tej prawdy posłużę się następującym przykładem. Mężczyzna cierpiący na ból głowy poszedł do szafki i wyciągnął pudełko tabletek. Przeczytał uważnie wskazania lekarskie i powiedział: „Wierzę we wszystko co jest tam napisane. Zresztą w ogóle wierzę wskazaniom medycznym. I jestem pewien, że jeśli zażyję te tabletki, to mogą mi pomóc na ból głowy. Jednak nie spożył ich, tylko położył z powrotem na dawne miejsce. Od tej wiary w skuteczność tabletek ból nie minął. Możemy się zachwycać piękną nauką Ewangelii i wierzyć, że według jej zasad można wspaniale ułożyć swoje życie i świat. Jednak nigdy nie doświadczymy tego piękna, gdy nie zaczniemy żyć jej zasadami.

Nasza wiara, aby zaowocowała winna być bardzo ściśle związana w wykorzystaniem naszych ludzkich możliwości i zdolności. Ukazuje to poniższy przykład. Misjonarz Hudson Taylor udał się statkiem do Chin. W czasie podróży w pobliżu Sumatry usłyszał natarczywe stukanie do drzwi swojej kajuty. Otworzył je i zobaczył kapitana statku, który powiedział do niego: „Proszę ojca, ustał wiatr i żaglowiec dryfuje w kierunku wyspy zamieszkałej przez pogan, którzy są prawdopodobnie ludożercami”. „Co ja mogę zrobić?” – zapytał misjonarz. „Wiem, że ojciec mocno wierzy w Boga, chcę, aby ojciec modlił się o wiatr” – powiedział kapitan. „W porządku kapitanie, ja będę się modlił, a pan niech wyciągnie żagle na maszt” – powiedział misjonarz. „Ale to jest bez sensu, nie ma nawet najmniejszego podmuchu wiatru. A ponad to marynarze pomyślą, że dostałem pomieszania zmysłów” – odpowiedział kapitan. W końcu jednak kapitan uległ naleganiom misjonarza. Po godzinie wrócił i zobaczył misjonarza na klęczkach. „Może ojciec przestać się modlić” – powiedział kapitan- Wiatr jest silniejszy niż potrzebujemy”.

Na zakończenie przytoczę jeszcze jeden przykład, który mówi o wierze, która wymaga od nas postępowania jakby wbrew ludzkiemu rozsądkowi. Keith Miller and Bruce Larson w książce „The Edge of Adventure” pisze: Wśród piasków newadzkiej pustyni, na rzadko używanej pompie ktoś zamieścił tabliczkę z napisem: „Ta pompa działa od czerwca 1932 roku. Wymieniłem w niej zawory i powinna pracować przez pięć lat. Jednak skórzane elementy wysychają i pompa nie działa. Stąd też pod białym kamieniem zakopałem butelkę wody. Wlej wodę do pompy, odczekaj chwile i zacznij pompować. Będziesz miał wody pod dostatkiem. Pompa nie zacznie pracować na sucho. Wierz mi. Kiedy już nabierzesz wody, napełnij butelkę i schowaj ją w tym samym miejscu, aby następny wędrowiec mógł z niej skorzystać. (podpisał) Desert Pete. P. S. Nie pij wody pierwszy, najpierw wlej ją do pompy a będziesz miał wody pod dostatkiem”.

Wiara wymaga nieraz od nas, abyśmy nasze osobiste pragnienia postawili na drugim miejscu, a to tylko po to byśmy mieli pod dostatkiem „wody żywej” (z książki W poszukiwaniu mądrości życia).

 

ŚWIĘTA FILOMENA

Cuda były znakiem miłości Chrystusa do ludzi dotkniętych nieszczęściem. Jednak ten wymiar cudu jest drugorzędny. Na pierwsze miejsce wysuwa się wiara, której cud się domaga i ją rodzi. Przez wiarę zyskujemy udział w życiu wiecznym. Ważne jest życie doczesne, ale w ostatecznej perspektywie człowieka ważniejsza jest wieczność. Święci to ludzie bezgranicznej wiary, dlatego przez nich Bóg dokonuje wiele cudów, które stają się źródłem wiary dla innych. Święta Filomena należy do najbardziej znanych cudotwórczyń w Kościele. A że żyła w odległych czasach, na przełomie III i IV wieku a jej życie nie jest dokładnie udokumentowane, stąd też wiele tych cudów dopisywała wiara ludu. Ale nawet te „dopisane” cuda były znakiem wiary i przyczyniały się do umocnienia braci w wierze. Z tych też względów opowieść o Filomenie brzmieć będzie jak legenda. Jednak udokumentowane cuda, które dokonały się za wstawiennictwem Świętej wiele wieków później upewniają nas, że legenda o świętej Filomenie w swej najgłębszej warstwie jest jak najbardziej prawdziwa.

Filomena była córką wysokiego dostojnika greckiego. Bezdzietni rodzice długi czas błagali pogańskich bogów o potomstwo. Modlitwy te zostawały bez odpowiedzi. Widząc to domowy lekarz Publiusz, gorliwy chrześcijanin opowiadał im o Chrystusie, który był mocny w słowie i czynie. Został ukrzyżowany, ale trzeciego dnia zmartwychwstał i teraz żyje w swoim Kościele. I dla tych, którzy przez chrzest stają się Jego wyznawcami jest źródłem ogromnej mocy. On wysłuchuje naszych modlitw. Po wielu takich naukach rodzice uwierzyli Chrystusowi i poprosili o chrzest. I tak jak dawniej, tak i teraz prosili o potomstwo, tylko tym razem modły zanosili do Chrystusa. Zostali wysłuchani. Bóg obdarzył ich córką, której nadali imię Filomena, co znaczy w języku greckim „Umiłowana”. Rodzice wraz z Publiuszem starali się przekazać Filomenie wiarę w Chrystusa. Wyproszona u Boga dziewczynka mocno przylgnęła do Jezusa tak że w wieku 11 lat, przez ślub czystości zawierzyła Mu całe swoje życie.

Trzynastoletnia Filomena przybyła ze swymi rodzicami do Rzymu. Tam została dostrzeżona przez cesarza Dioklecjana, który zauroczony jej urodą chciał ją mieć dla siebie i obiecał uczynić cesarzową. Rodzice czuli się zaszczyceni i bez wahania zgodzili się na to. Ich wiara w Chrystusa, którą przekazali córce, jak się okazało nie była tak mocna. Byli gotowi oddać swoje dziecko pogańskiemu władcy. Rodzice sądzili, że z taką samą radością przyjmie ofertę cesarza także ich córka. Jednak Filomena ku zaskoczeniu wszystkich odmówiła, tłumacząc, że jest już zaślubiona Chrystusowi. Cesarz a także rodzice Filomeny starali się wszystkimi sposobami nakłonić ją do zmiany decyzji. Gdy dobre słowo i obietnice nie skutkowały cesarz zaczął grozić torturami i śmiercią. Filomena nieugięcie trwała przy Chrystusie.

Cesarz owładnięty gniewem kazał ją zakuć w kajdany i uwięzić w lochu, znajdującym się pod pałacem cesarskim. Przez czterdzieści dni Święta była nękana na przemian obietnicami i groźbami. Trzydziestego siódmego dnia ukazała się Matka Boża i zapowiedziała Filomenie nadchodzące męczeństwo. Obiecała także Świętej przysłanie anioła Gabriela, który umocni ją w chwili największej próby i doprowadzi do zwycięstwa. Pokrzepiona tą wizją Święta z większą żarliwością odmawiała żądaniom cesarza. Aż w końcu rozgniewany władca kazał ją ubiczować. Ledwie żywą, z krwawiącymi ranami wrzucono z powrotem do lochu więziennego. Następnego ranka, ku zaskoczeniu wszystkich na ciele Filomeny nie było widać żadnej rany. Bóg bowiem zesłał dwóch aniołów, którzy namaszczając jej rany niebiańskim balsamem, całkowicie przywrócili ją do zdrowia i sił. Nie wzruszyło to jednak cesarza, który uważał, że Święta zawdzięcza swe uzdrowienie bożkowi pogańskiemu Jowiszowi. Na co Święta odpowiedziała, że bożek pogański jest tylko bezużytecznym martwych kamieniem, a prawdziwym uzdrowicielem jest Jezus Chrystus. On jest także Panem życia i śmierci.

Rozgniewany cesarz nakazał przywiązać Świętej do szyi ciężką kotwicę i utopić w Tybrze. Gdy wykonano rozkaz, zebrani usłyszeli dziwny szum zstępujący z nieba i jasność, która ogarnęła Świętą. Z tej jasności wyłonił się anioł, który uwolnił Męczennicę od kotwicy i przeniósł bezpiecznie na brzeg rzeki. Wielu z zebranych, widząc to nieziemskie zjawisko uwierzyło w Chrystusa. Zaś cesarz uznał, że są to czarodziejskie sztuczki Filomeny i kazał ją włóczyć ulicami Rzymu. Zbryzganą krwią i okrytą ranami Filomenę ponownie wtrącono do lochu. I tym razem, gdy obudziła się rano była uzdrowiona na całym ciele. Nie zmieniło to jednak nastawienia cesarza. Zatwardziały w swym uporze nakazał przywiązać Świętą do słupa i przeszyć rozpalonymi strzałami. Strzały jednak odbijały się od Świętej i rykoszetem uderzały łuczników, śmiertelnie ich raniąc. Przypatrujący się tłum sławił Boga, w którego wierzyła Filomena. Dioklecjan widząc reakcję tłumu i trwałość w wierze Filomeny wydał rozkaz ścięcia jej. Ciało Męczennicy pochowali chrześcijanie w Katakumbach Pryscyllijskich w Rzymie, które nazwano jej imieniem. Wkrótce Święta zasłynęła jako orędowniczka niezliczonych łask. 10 sierpnia 1805 roku relikwie świętej Filomeny przeniesiono do Mugnano, miasta położonego na wzgórzu niedaleko Neapolu i złożono w kaplicy jej poświęconej. Kaplica ta stała się miejscem pielgrzymkowym, gdzie wierni doświadczali wielu cudów.

Święta Filomena miała wielu oddanych czcicieli. Należał do nich święty proboszcz z Ars Jan Maria Vianney. Wybudował on w kościele parafialnym kaplicę ku czci Świętej, przed figurą, której płonęły dzień i noc oliwne lampki. Wierni używając tego oleju doznawali wielu uzdrowień i innych łask. Inną czcicielką Filomeny była Sługa Boża Paulina Jaricot. Przyczyniła się ona do rozpowszechnienia nabożeństwa do młodej Cudotwórczyni. A początki były takie. Paulina przeżywała różne rozterki życiowe, a przy tym ciężko zachorowała na serce. W marcu 1835 r., gdy wydawało się, że śmierć zbliża się nieuchronnie, Paulina wyruszyła do Rzymu. Pragnęła zobaczyć Ojca Świętego i otrzymać jego błogosławieństwo. Następnie zamierzała udać się do Mugnano koło Neapolu, by u relikwii męczenniczki Filomeny prosić o cud uzdrowienia. Ojciec Święty Grzegorz XVI, świadomy ciężkiego stanu Pauliny jak również wielkich zasług dla Kościoła, przyjął ją na prywatnej audiencji. Podziękował jej za dzieło wsparcia misji i błogosławił z całego serca. Przypuszczając, że Paulina ma już niewiele dni życia papież porosił ją, aby modliła się za niego, gdy będzie w niebie.

Jednak /Paulina zanim udała się do nieba, nawiedziła sanktuarium św. Filomeny w Mugnano. Po dotarciu na miejsce, podczas porannej Mszy świętej, gdy przyjmowała Komunię świętą ogarnął ją tak wielki ból, że omal nie zemdlała. Towarzyszące jej osoby chciały ją wynieść z kościoła, lecz Paulina znakami pokazała, by posadzono ją przy relikwiach Filomeny. Po kilku chwilach odczuła wielkie gorąco i miała wrażenie, że umiera, lecz nie był to żar przynoszący śmierć, ale uzdrowienie. Nie dało się tego ukryć. Zaczęły bić dzwony kościelne, oznajmiając światu kolejny cud dokonany za wstawiennictwem świętej Filomeny. Po kilku dniach Paulina wróciła do Rzymu z relikwiami Świętej. Zdumiony nagłym uzdrowieniem papież Grzegorz XVI zezwolił jej na wybudowanie kaplicy ku czci Filomeny (z książki Wypłynęli na głębię).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *