29 Cze

„Będę Cię nosił na rękach”    

 

Dla Pawła i jego rodziców to już trzecie święta Bożego Narodzenia przeżywane za oceanem, z dala od rodzinnego domu. Nie przygnała ich w te strony chęć polepszenia bytu materialnego, jak to bywa najczęściej, ale nadzieja i miłość, która nie znają granic. W świąteczne dni będą wszyscy razem w jednym z pod nowojorskich szpitali. Radość wspólnego świętowania nie będzie wolna od bólu, który da o sobie znać w szczególny sposób, gdy wszyscy wezmą do ręki biały opłatek, z wyjątkiem Pawła. Jego ręce pozostaną bezwładne na szpitalnej kołdrze.

Jednak wbrew wszelkim przeciwnościom życia, na twarzy Pawła można zobaczyć uśmiech nadziei, wdzięczności i radości. Rodzi się to z miłości, którą Paweł kumuluje w sobie i wokół siebie. Jakże wzruszająca jest miłość rodzicielska. Ojciec Pawła- mimo problemów z sercem- ciężko pracuje, aby choć trochę zarobić na pokrycie olbrzymich wydatków związanych z leczeniem syna. A każdą wolną chwilę, w miarę możliwości chciałby z nim dzielić. Zaś matka dniem i nocą pochyla się z czułością nad swoim jedynym dzieckiem. Miłość do syna dodaję jej siły, wiara w Boga przynosi nadzieję. Nieraz, jakby przygniecioną ciężarem cierpienia, z twarzą ukrytą w dłoniach można ją spotkać na modlitwie w kaplicy szpitalnej. I tylko Bóg może zliczyć łzy spadające w samotności. Swoją wiarę chce jak najpełniej dzielić ze swoim dzieckiem.

W ubiegłym roku, tuż przed Świętami Bożego Narodzenia przewieziono Pawła do innego szpitala. W świąteczny dzień Krystyna, matka Pawła była w kościele, nie mogła zabrać ze sobą syna, a tak bardzo chciała, aby przyjął on w tym dniu Komunię św., jednak nie udało się jej znaleźć kogoś, kto by przyszedł do szpitala z Komunią. I wtedy uczyniła to, czego nie przewiduje prawo liturgiczne, a usprawiedliwia ogromna miłość i wiara. Po przyjęciu Komunii św. ułamała kawałek ze swojej hostii i zaniosła swemu dziecku do szpitala.

Paweł czuje tę miłość i odpłaca tym samym, tylko w inny sposób. W tym roku przed Dniem Matki otrzymał prezent. Ucieszył się bardzo, ale tylko dlatego, że będzie mógł go dać swojej mamie. Do tego prezentu dołączył kartkę ze słowami: „Najdroższa Mamo! W dniu Twojego święta życzę ci z całego serca, abyś w zdrowiu i szczęściu żyła 150 lat. Jestem pewien, że to się spełni. Dziękuję Ci za serdeczną opiekę nade mną, za nieustanną pomoc, troskę i miłość. Kiedy wyzdrowieję będę Cię nosił na rękach. Kochający Cię z całego serca Paweł”.

Na moją prośbę, Paweł opowiedział o swojej tragedii i swojej nadziei, a rąk do spisania użyczyła mama. Oto jego słowa: „Mam 16 lat. Moja tragedia wydarzyła się 8 listopada 2000 r. Miałem wtedy ponad 14 lat. Tamtego dnia obudziłem się rano i poczułem, że moja lewa noga dziwnie zdrętwiała. Mama powiedziała mi, że widocznie źle leżałem, że to się zdarza. Poszedłem do szkoły, ale moje samopoczucie ciągle się pogarszało. Wieczorem miałem ból głowy i karku, drętwiały mi nogi i ręce. Pojechaliśmy na pogotowie, gdzie stwierdzono grypę. Nie mogłem już chodzić, miałem zawroty głowy. W nocy zatrzymał się mocz, rano było jeszcze gorzej, już się zataczałem. Lekarz dziecięcy z naszej przychodni skierował mnie natychmiast do szpitala zakaźnego w Mielcu, skąd karetką przewieziono mnie do Szpitala Wojewódzkiego w Rzeszowie na oddział neurologiczny. W Rzeszowie byłem sześć dni i każdego dnia mój stan się pogarszał. Trzeciego dnia pani ordynator Wątrobska powiedziała mojej mamie na osobności, że w każdej chwili mogę umrzeć. Ja dowiedziałem się o tym dopiero niedawno, ale dla moich rodziców był to szok. W piątym dniu pobytu w rzeszowskim szpitalu zostałem zaintubowany, ponieważ zacząłem się dusić, a moja mama, która cały czas była przy mnie, myślała, że umieram. 16 listopada, chyba cudem, znaleźliśmy się w Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie. O przyjęcie mnie do Centrum rodzice prosili Lekarza Dyżurnego Kraju. Przysłano po nas helikopter. W Warszawie zostałem poddany leczeniu sterydami, które w rezultacie nic nie dało, a prawdopodobnie spowodowało różne uszkodzenia mojego organizmu. Po dwóch miesiącach pobytu w Warszawie zostałem odesłany do Mielca z diagnozą: „wysokie uszkodzenie rdzenia kręgowego nieznanej etiologii”. W Mielcu w Szpitalu Powiatowym leczenie polegało na leżeniu i podawaniu mi – Dormicum – środka usypiającego. Straciłem apetyt, schudłem 37 kg. Zaczęły mi się robić odleżyny, byłem niedożywiony. Moi rodzice zaczęli rozpaczliwie szukać ratunku za granicą. Pisali listy do różnych zagranicznych gazet, szukając na tej drodze pomocy.

Zaświtał dla nas promyk nadziei, gdy dr Elżbieta Wirkowski przeczytała w Nowym Dzienniku, gazecie polonijnej ukazującej się w Nowym Jorku, list mojej mamy, w którym prosi o pomoc, o ratunek dla mnie. Dzięki niej otrzymaliśmy zaproszenie ze szpitala Winthrop w Mineoli. Stało się to możliwe dzięki ludziom dobrej woli, którzy zebrali dla nas pieniądze na podróż. Ponieważ w samolocie zamontowano dla mnie specjalne łóżko oraz leciał z nami lekarz, podróż kosztowała nas 5 tys. dolarów. W szpitalu w Winthrop przeszedłem operację rdzenia kręgowego w odcinku piersiowym i okazało się, że była tam woda, wykluczono obecność nowotworu, czego obawiali się lekarze w Winthrop. Mieliśmy bardzo dobrą opiekę, ale po dwóch miesiącach musieliśmy opuścić szpital, gdyż już wszystko, co było możliwe tam do zrobienia, zostało zrobione, a ponad to każdy dzień pobytu w szpitalu kosztował od 1 000 do 1500 dolarów.

Dr Wirkowski załatwiła mi szpital rehabilitacyjny w Walhalli Blythedale. Przebywam tu od 4 września 2001 r. Przyjechałem z Polski wycieńczony, w nerkach utworzyły mi się kamienie. W grudniu 2001 r. zrobiono mi zabieg i przez brzuch wprowadzono rurkę do żołądka, zacząłem być dożywiany wysokokalorycznymi odżywkami. W marcu miałem laserowe rozbijanie kamieni w nerkach. Mój organizm zaczął się odradzać. Od kwietnia tego roku czuję się coraz lepiej. Przytyłem 18 kg, odzyskałem apetyt. Ostatnie miesiące mam bardzo pracowite, jeżdżę na wózku do szkoły, która znajduje się tu, w szpitalu, gdyż nie chciałbym zaniedbywać nauki. W Polsce byłem zawsze dobrym uczniem. Mam także rehabilitację. Ćwiczę oddychanie, bo od dziewiętnastu miesięcy oddycham tylko dzięki respiratorowi.

Bardzo szkoda mi mojej mamy, która przez cały czas mojej choroby jest ze mną, żyje w szpitalu i nie opuszcza mnie ani na chwilę. Dzięki niej jestem taki silny i zadbany. Mama podtrzymuje mnie na duchu, wszystko przy mnie robi, nawet gimnastykę, gdyż była nauczycielką wychowania fizycznego i zna się na tym. Mama mnie także karmi, jest moimi rękami w razie potrzeby. Wiem, że bez niej załamałbym się już dawno. Zostałem tak nagle wyrwany z normalnego życia, nawet podrapać się nie mogę. Byłem silny, wysportowany – aż tu nagle taki cios. Moi koledzy i koleżanki, a także wychowawczyni korespondują ze mną cały czas, ale nie spotkam się już z nimi, bo w tym roku kończą gimnazjum.

Wiem, że mój przypadek jest bardzo ciężki i niespotykany, prawdopodobnie miałem krwawienie do rdzenia kręgowego na odcinku szyjnym i to spowodowało zmiażdżenie rdzenia, po prostu powstała dziura i dlatego nie ma przewodzenia impulsów z mózgu do reszty ciała. Doświadczenia regeneracji rdzenia kręgowego są obecnie przeprowadzane na zwierzętach, może za rok, dwa, pięć lub dziesięć lat będą wykonywane na ludziach. Ja muszę przeczekać ten czas w dobrej formie i być gotowy, może się uda. Bardzo chciałbym być zdrowy, lubię spacerować, lubię sport, a w łóżku życie jest bardzo żałosne i ubogie, tym bardziej, że nie mogę się ruszyć. Jak mnie położą, tak muszę leżeć. Dlatego wierzę mocno, że będę zdrowy, będę chodził. Widocznie Pan Bóg chciał mnie poddać takiej próbie, ale na pewno mnie nie zostawi w takim stanie. Czeka mnie jeszcze bardzo dużo, wiem o tym, dlatego staram się dużo ćwiczyć i pracować nad sobą, żeby być w dobrej formie. Moi rodzice są przy mnie, bardzo mnie kochają i także dla nich muszę wyzdrowieć. Poświęcili dla mnie wszystko-dom, spokój, pracę i przyjaciół. Chciałbym, w imieniu swoim i moich rodziców, podziękować także wszystkim ludziom, którzy mi pomogli i dzięki którym tu jestem i żyję, którzy wspomagali mnie psychicznie i finansowo zarówno w Polsce, jak i tu, w Ameryce.

Paweł Szkutnicki”

A tych ludzi, którym Paweł chce podziękować jest wielu. Na różny sposoby są obecni przy rodzinie Szkutnickich. Czynią to bezinteresownie, nie chcą, aby wymieniać ich nazwiska. Z pewnością- to sposób przeżywania swego cierpienia przez Pawła sprawia, że wyzwala on z ludzkich sercach, to co najszlachetniejsze i najpiękniejsze w życiu. Jakże wzruszające są listy do Pawła od małych dzieci z jednej z parafialnych szkół w Nowym Jorku. Nauczycielka opowiedziała historię Pawła swoim wychowankom. Jak sama mówi, nie mogła powstrzymać łez, widząc reakcję swoich uczniów. I to oni napisali do Pawła wiele listów. Listy mienią się kolorami, przybierają kształty serc, ale najważniejsza jest ich treść. 8 letnia Samanta pisze: „Cześć Paweł ! Mam nadzieję, że czujesz się dobrze. Nasza nauczycielka Miss V powiedziała nam, że jesteś sparaliżowany i masz trudności z oddychaniem. Lekarze będą cię operować i na pewno będziesz mógł dobrze oddychać. W czasie operacji będziemy się za ciebie modlić, na pewno po jej pomyślnym zakończeniu skończą się twoje problemy z oddychaniem. Następnie będziesz miał inną operację, i będziesz mógł chodzić. Jutro, w czwartek wyjeżdżam z rodzicami do Miami na Florydzie, nie martw się, ja będę pamiętać o tobie”. Jeszcze jeden list Natashy: „Drogi Pawle ! Moja nauczycielka Miss V powiedziała nam w szkole o tobie. Czasami ludzie nie zdają sobie sprawy jak są szczęśliwi, że mogą chodzić. Chociaż nie znamy się wzajemnie, chce ci powiedzieć, że masz we mnie zawsze przyjaciela. Ja wiem, że Bóg jest zawsze z tobą. Cieszę się, że mam szansę napisania do ciebie. Będę zawsze pamiętać o tobie w mojej modlitwie. Mam nadzieję, że mój list sprawi ci radość. Jeśli chcesz, żebym pisała do ciebie, to powiedz to Miss V, a ona mi to przekaże”.

Kurier Plus, 2003 r.

Pozostaniesz zawsze z nami

Trzy lata temu na łamach „Kuriera Plus” Paweł Szkutnicki napisał: „Moja tragedia wydarzyła się 8 listopada 2000 r. Miałem wtedy ponad 14 lat. Tamtego dnia obudziłem się rano i poczułem, że moja lewa noga dziwnie zdrętwiała. Mama powiedziała mi, że widocznie źle leżałem, że to się zdarza. Poszedłem do szkoły, ale moje samopoczucie ciągle się pogarszało. Wieczorem miałem ból głowy i karku, drętwiały mi nogi i ręce. Pojechaliśmy na pogotowie, gdzie stwierdzono grypę. Nie mogłem już chodzić, miałem zawroty głowy. W nocy zatrzymał się mocz, rano było jeszcze gorzej, już się zataczałem. Lekarz dziecięcy z naszej przychodni skierował mnie natychmiast do szpitala zakaźnego w Mielcu, skąd karetką przewieziono mnie do Szpitala Wojewódzkiego w Rzeszowie na oddział neurologiczny. W Rzeszowie byłem sześć dni i każdego dnia mój stan się pogarszał. Trzeciego dnia pani ordynator Wątrobska powiedziała mojej mamie na osobności, że w każdej chwili mogę umrzeć”. Stwierdzono uszkodzenie rdzenia kręgowego w okolicy szyi, w efekcie Paweł został całkowicie sparaliżowany. Z dnia na dzień jego stan był coraz gorszy. Zapewne obawy ordynatora szpitala sprawdziłby się, gdyby nie długi łańcuch życzliwych i ofiarnych ludzkich serc.

Dzięki szlachetnym i wspaniałym ludziom udało się sprowadzić Pawła z rodzicami do Stanów Zjednoczonych i tu podjąć leczenie. I znowu wokół Pawła znaleźli się dobrzy ludzie, którzy ofiarowali swoje pieniądze i czas oraz organizowali różnego rodzaju zbiórki funduszy, aby pokryć koszt pobytu i leczenia. Nie mniej ważna od wsparcia materialnego była życzliwa obecność przy chorym i jego rodzicach. Przyjaźnie uśmiechnięte twarze upewniały Pawła i jego rodziców, że nie są sami. Dzięki tym ludziom Paweł żyje, chociaż jest przykuty do wózka inwalidzkiego. Żyje bogatym życiem intelektualnym i duchowym, ma w sobie wiele optymizmu i radości. I tymi wartościami ubogaca innych.

W tym samym numerze „Kuriera Plus” Paweł napisał: „Chciałbym, w imieniu swoim i moich rodziców, podziękować także wszystkim ludziom, którzy mi pomogli i dzięki którym tu jestem i żyję, którzy wspomagali mnie psychicznie i finansowo zarówno w Polsce, jak i tu, w Ameryce”. W październiku tego roku Paweł wraz z rodzicami wraca do ojczyzny. W pierwszą niedzielę października ludzie wielkiego serca organizują pożegnalne spotkanie. Zapewne będzie okazja, aby napełnić się dobrem, bezinteresowną miłością i pięknem duchowym, które Paweł wyzwolił i zgromadził wokół siebie. Będzie także okazja, aby wzajemnie sobie podziękować. Świadomie piszę „wzajemnie”, bo Paweł otrzymując, wiele miał do ofiarowania i wiele ofiarował.

Dziękujemy Ci za to, że pokazałeś, jak można żyć pełnią życia, będąc przykutym do wózka inwalidzkiego i respiratora. Dziękujemy za to, że potrafiłeś się uśmiechać i żartować, gdy nam patrzącym na twoją niemoc fizyczną chciało się płakać. Dziękujemy, że w tylu sercach rozpaliłeś szlachetne uczucia solidarności i uświadomiłeś, że po drugiej stronie życia liczą się tylko te wartości materialne, które ofiarowaliśmy bliźniemu. Pisałeś trzy lata temu: „Bardzo chciałbym być zdrowy, lubię spacerować, lubię sport, a w łóżku jak mnie położą, tak muszę leżeć. Dlatego wierzę mocno, że będę zdrowy, będę chodził. Widocznie Pan Bóg chciał mnie poddać takiej próbie, ale na pewno mnie nie zostawi”. Dziękujemy Ci za piękne świadectwo wiary. Zawierzyłeś Bogu całe swoje życie. Jak wielkiej mocy ducha wymaga wytrwanie w takim zawierzeniu. Napisałeś kiedyś w życzeniach dla mamy: „Kiedy wyzdrowieję będę Cię nosił na rękach”. W tych słowach zawarłeś ogromną miłość do obojga rodziców. Dziękujemy Ci za tak piękny przykład miłości. Dziękujemy także Twoim Rodzicom, którzy z bezgraniczną miłością, dźwigając swój krzyż ocalili to co jest najcenniejsze w naszym życiu.

Będziemy z Tobą na pożegnalnym spotkaniu, Jednak to pożegnanie nie będzie rozstaniem, bo gdziekolwiek zamieszkasz na kuli ziemskiej, w sferze ducha pozostaniesz zawsze z tymi których na różne sposoby duchowo ubogaciłeś.

Kurier Plus, 2006r.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *