3 Gru

Kolędowe spotkania

W większości parafii polonijnych metropolii nowojorskiej, podobnie jak w Polsce w okresie Bożego Narodzenia kapłani odwiedzają swoich parafian, chodząc po kolędzie. Pamiętam moje pierwsze kolędowanie w Nowym Jorku sprzed dziesięciu lat. Odwiedzaliśmy wszystkich naszych parafian według kartoteki, ogłaszając w biuletynie parafialnym, jakie regiony będą wizytowane w danym dniu.

Najczęściej parafie polonijne mają charakter personalny i należą do nich ci, którzy się formalnie zapiszą. Z tych powodów mamy parafian rozrzuconych po różnych dzielnicach Nowego Jorku, a nawet poza nim. Większość naszych parafian to Polacy i Amerykanie polskiego pochodzenia, ale są także rodziny innych narodowości. Gdy odwiedzałem te ostatnie po raz pierwszy, byli zaskoczeni, witając mnie pytaniem: Co ksiądz tu robi? Zaczynałem od tłumaczenia polskiej tradycji kolędowania. Spotykało się to ze zrozumieniem, bo po poświęceniu domu, modlitwie i rozmowie zapraszano mnie na rok następny.

Od kilku lat wysyłamy do naszych parafian karty kolędowe, na których mogą zaprosić księdza oraz zaproponować czas odwiedzin. Ci zaś, którzy nie należą formalnie do naszej parafii, mogą wziąć karty z kościoła i także zaprosić księdza po kolędzie. Ten system pozwolił nam uniknąć różnych kolędowych niespodzianek i sprawił, że wierni są bardziej przygotowani na to spotkanie.

W zasadzie odwiedzamy od kilku do kilkunastu rodzin jednego popołudnia lub wieczoru. Bywa i tak, że umawiamy się z rodziną na dłuższą kolędę – w przypadku większej odległości albo wtedy, gdy rodzina przygotowała obiad czy chce dłużej porozmawiać z księdzem. Jeśli nam czas pozwala, korzystamy z takich zaproszeń.

10 stycznia br. byłem na takiej dłuższej kolędzie u rodziny Jolanty i Bogdana Kowalskich w Bayside – w Nowym Jorku. Na spotkanie kolędowe przyjechał również ich syn Marcin, który jest lekarzem w szpitalu św. Łukasza na Manhattanie i za kilka miesięcy wyjeżdża do Detroit, aby tam doskonalić się w swoim zawodzie i prowadzić dalsze badania naukowe. W czasie kolędy był czas na modlitwę i rozmowy duszpasterskie. Nie sposób było też uniknąć rozmów o Marcinie, który nie tylko jest dumą rodziców, ale przysparza także dobrego imienia całej Polonii amerykańskiej.

Marcin mimo młodego wieku (29 lat) ma już na swoim koncie badania naukowe na temat zwiększonej arytmii serca po zamachu 11 września 2001 r., które zna świat lekarski całej Ameryki i nie tylko. Pisały o nich bardzo wpływowe gazety, jak: New York Times, Newsday, Newsweek, Denver Post, a także gazety japońskie. Michał miał wiele odczytów na ten temat. Ostatnio w szpitalu św. Łukasza na Manhattanie został szefem 158 stażystów, których wprowadza w arkana sztuki lekarskiej, uczy, jak diagnozować, leczyć oraz dostrzegać w pacjencie pełny wymiar człowieczeństwa, z uwzględnieniem sfery duchowej.

Marcin urodził się na Żoliborzu w Warszawie. Przez trzy lata był wychowywany przez babcię Annę Kulik, która mieszka w Warszawie przy ulicy Złotej. Pani Anna wspomina, jak podczas spacerów dwuletni Marcin ciągnął ją pod figurę Matki Bożej, stojącą na podwórku między blokami, klękał przed figurą i składał rączki do modlitwy. Dla wzruszonej babci był to znak, że jej wnuczek ma powołanie kapłańskie. I o to powołanie prosiła Boga. Gdy Marcin został ministrantem w kościele św. Kantego na Żoliborzu, pani Annie wydawało się, że Bóg wysłuchuje jej prośby. Utwierdzała ją w tym przekonaniu postawa Marcina, który był aktywny, bardzo dobrze się uczył i miał dobre serce dla innych. Dzisiaj pani Anna mówi, że Marcin miał powołanie, tylko że nie kapłańskie, ale lekarskie. „Lekarz z powołania” – tak mówią nie tylko babcia Marcina i jego rodzice, ale także jego pacjenci i ich rodziny. W kategoriach powołania na zawód lekarza patrzy także Marcin. Ojciec Marcina wspomina, jak pewnego razu w okresie świątecznym Marcin telefonicznie kontaktował się z lekarzami w sprawie dyżurów. Zdenerwował się, gdy to szukanie przeciągało się. Pan Bogdan powiedział do syna, że to święta, że lekarz to też człowiek… A wtedy Marcin uciął krótko: „Tak, są ludźmi, ale są lekarzami, a to jest powołanie do służby drugiemu człowiekowi, bez względu na okoliczności i czas”. Bogdan przyznał w duchu synowi rację i nic już nie powiedział.

W wieku jedenastu lat Marcin wraz z matką opuścił Polskę i przybył do Ameryki, gdzie od kilku lat mieszkał jego ojciec. Rodzice zapisali Marcina do katolickiej szkoły przy parafii św. Krzyża w Maspeth. Jolanta zaczęła pracę jako nauczycielka w polskiej szkole przy tej parafii i do dziś jest lektorem w parafii pw. św. Krzyża. W dwa lata po przyjeździe do USA Jolanta uległa wypadkowi, w którym doznała bardzo skomplikowanego złamania nogi, lekarze brali pod uwagę nawet możliwość amputacji. By uratować kończynę, musieli zrobić przeszczep kawałka kości z biodra. Marcin spędził wiele czasu w szpitalu przy łóżku mamy. Najlepiej z rodziny znał język angielski, dlatego często służył jako tłumacz. I właśnie wtedy zrodziło się postanowienie zostania lekarzem.

Po ukończeniu szkoły średniej Marcin próbował dostać się do The Sophie Davis School of Biomedical Education. Na 70 miejsc było 5 tys. aplikacji. Marcin znalazł się w gronie najlepszych. Po 5 latach nauki w Sophie Davis dwa ostatnie lata Marcin skończył w New York Medical College w Valhalla. Po ukończeniu szkoły dostał się na 3-letni staż internistyczny do St. Luke’s/Roosevelt Hospital. Tu zaczął blisko współpracować z dr. Jonathanem Steinbergiem, elektrofizjologiem serca i szefem oddziału kardiologii.

Badania naukowe, które przyniosły Marcinowi rozgłos i uznanie, związane są z zamachem terrorystycznym w Nowym Jorku 11 września 2001 r. Po zamachu Marcin od razu pojechał na miejsce tragedii. Po oddaniu krwi zaczął pomagać ludziom. Obmywał oczy, zszywał i opatrywał rany. Wspomina, że nigdy nie zapomni przerażenia, rozpaczy i lęku ludzi, którzy w jakikolwiek sposób zetknęli się z tą tragedią. „Wszyscy, także strażacy i policjanci, przeżywali ogromny stres” – dodaje Marcin. Skomplikowane badania, zainicjowane przez Marcina, wykazały, że przez cały miesiąc po 11 września testowane osoby miały 2,5 raza większą arytmię serca niż przed tragedią. Długość trwania tego zjawiska wyjaśniono tym, że w przypadku 11 września stres trwał dłużej, wciąż bowiem pokazywano zdjęcia z tego dnia oraz mówiono o nowych zagrożeniach terrorystycznych. Odległość nie grała tu żadnej roli, niektórzy pacjenci mieszkali czasem nawet 160 km od Nowego Jorku. Lęk ogarnął wszystkich Amerykanów.

Dr Marcin Kowalski prowadzi kolejne badania. Za kilka miesięcy rozpocznie 3-letnią specjalizację z kardiologii w Henry Ford Hospital Center, znajdującym się w Detroit. Zdecydował się na ten wyjazd, ponieważ ośrodek w Detroit prezentuje wysoki poziom. Marcin zdaje sobie sprawę z tego, że badania naukowe są bardzo ważne i mogą dawać wiele satysfakcji, ale bezpośredni kontakt z pacjentem pozwala najpełniej spełnić się lekarzowi, który swój zawód traktuje jako powołanie.

Tygodnik Niedziela, 2004 r.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *