26 Cze

„Mamusiu, czy ten samolot uderzy w nasz dom?”

„Mamusiu, czy ten samolot uderzy w nasz dom?”

„11 września, 2001 r. wszystko uległo zmianie. Już nic nie będzie tak, jak było. To już jest inna Ameryka”- mówi Henryk Ciborowski, nowojorski policjant. Te słowa dyktuje mu obraz tragedii na Manhattanie, którą ciągle ogląda własnymi oczyma. Będzie jeszcze patrzył na to przez długie miesiące, bo tyle będzie trwało usuwanie ruin po zburzonych „bliźniakach.” Przerażający obraz zgliszcz ze szczątkami ludzkich ciał sprawia, że ludzie pracujący przy wywożeniu gruzów z miejsca tragedii nie wytrzymują psychicznie. „To, co się tam widzi na miejscu nie jest w stanie przekazać ani telewizja, ani prasa. Ogrom tragedii przerasta ludzką wyobraźnię i wytrzymałość”- dodaje Henryk. Zmienił się także świat dla tych, którzy nie odczuli żaru płonących wieżowców bezpośrednio na swojej twarzy.

W sobotę, 22 września zmienił się kierunek wiatru, w związku z tym samoloty zmieniły kierunek startu. Nisko, z ogromnym hukiem przelatują one nad moją dzielnicą. W pierwszym odruchu podchodzę do okna i wpatruję się w bezchmurne niebo, a moje myśl są przy płonących drapaczach chmur. Dawniej huk samolotów przelatujących na miejscem mojego zamieszkania przywodził najpiękniejsze wspomnienia. Podróże do ciekawych zakątków świata, pielgrzymki do świętych miejsc i niezapomniane spotkania z ojczystą ziemią. Kiedy wrócą te skojarzenia? Nie wiem. Wiem tylko, że łatwiej mi będzie poradzić sobie z nimi, niż małemu Grzesiowi, które słysząc przelatujący samolot- z przerażeniem pyta swojej mamy: „Mamusiu, czy ten samolot uderzy w nasz dom?”

A cóż mówić o tych, którzy z nadzieją ciągle czekają na powrót zaginionych. Mają nadzieję wbrew wszelkiej nadziei. Tydzień po tragedii w telewizji mówiono, że w zasadzie wszystkich zaginionych można uznać za zmarłych. Ale rodziny ciągle czekają i drżą z bólu na myśl, że ich najbliżsi już nigdy nie wrócą. Wśród czekających jest rodzina Skibów. Czeka ona na 23 letnią Jennifer, która była na 102 piętrze, gdy samolot uderzył w wieżowiec. Takich rodzin jest prawie sześć tysięcy. Nie zobaczą już oni swoich ukochanych, nawet martwych. Eksplozja i ogień pozbawiły ich tego ostatniego, smutnego pożegnania. Dla nich świat uległ diametralnej przemianie. Kiedy wróci do nich, i czy w ogóle wróci utracona radość życia?

Z pewnością zmienił się także świat pasażerów, którzy opuścili samolot amerykańskich linii lotniczych, gdy wsiadło do niego dwóch mężczyzn o arabskim wyglądzie. Pasażerowie wrócili z powrotem, gdy arabowie wyszli i odlecieli innym samolotem. Nie wiem, co czuli młodzi arabscy chłopcy, którzy obryzgani cuchnącą cieczą wsiedli do nowojorskiego autobusu. Był to odwet. Domyślam się, czym kierowali się ludzie, którzy demolowali arabski sklep. Ale najboleśniejsze w tym wszystkim jest to, że nie zadawali sobie sprawy, że jedni i drudzy stali się ofiarami zła, które ktoś inny zasiał.

 Ktoś ciągle sieje ziarna: fanatyzmu wszelkiego rodzaju, przewrotnej polityki, faworyzującej jedne narody a dyskryminujące drugie, zachłanności materialnej, skazującej nieraz całe społeczności na śmierć głodową, uwspółcześnionego kolonializmu i niewolnictwa, wyzyskującego ekonomicznie narody biedniejsze, sprzedajności polityków, którzy zamiast słuchać swego sumienia, słuchają silnego lobby, demoralizacji, bezbożności, diabelskiego podszeptu, że wszystkie problemy można rozwiązać na drodze militarnej, lekceważenia życia poprzez ustawy o aborcji i eutanazji. Ileż jeszcze mógłbym wymienić tych ziaren? Dopóki będą one padać na ziemię, dotąd przerażone dzieci będą pytać: „Mamusiu czy ten samolot, czy ta rakieta uderzy w nasz dom, nasz namiot?”

Tygodnik „Niedziela”, 2001 r.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *