4 Gru

.„Miej w opiece dzieci swe”

Ania i Wojtek Żmujdzin przyjechali do Stanów Zjednoczonych w październiku ubiegłego roku. W lutym tego roku przeżywali radość z narodzin pierwszego dziecka. Zaraz po przyjeździe aktywnie włączyli się do grupy oazowej działającej przy parafii św. Krzyża w Nowym Jorku. Swoim rozmodleniem, śpiewaniem i graniem wnieśli nieocenione wartości do naszej wspólnoty parafialnej. Wraz z całą grupą muzyczną „Te Deum”, przygotowywali w każdą sobotę wieczorną Mszę św. dla młodzieży.

Tydzień po chrzcie Piotrusia, jak zwykle Ania i Wojtek wraz z całą grupą młodzieżową aktywnie uczestniczyli w sobotniej Mszy św. Po ostatniej pieśni na zakończenie, ktoś z grupy spontanicznie zaproponował: zaśpiewajmy jeszcze „Maryjo, śliczna Pani”. Popłynęły słowa: „Maryja, Ave Maryja. U Boga nam wybłagaj zdroje łask. By świat lepszy był, by w miłości żył. O Maryjo, miej w opiece dzieci swe”. Spontanicznie wykonana pieśń dopiero dziś po tragedii, jaka miała miejsce niedaleko naszego kościoła nabrała dla Ani i Wojtka innego znaczenia. Są przekonani, że wymodlili za wstawiennictwem Maryi łaskę ocalenia.

Następnego dnia, w niedzielę wieczorem Wojtek i Ania wraz z Piotrusiem wyszli na chwilę do sąsiadów. Nagle gaśnie światło. Sąsiad Jerzy Myrcha otwiera drzwi na korytarz, nie zdążył już ich zamknąć, dym i płomienie wtargnęły do mieszkania. Została tylko jedna droga ucieczki; okna na wysokości 3 piętra. Wojtek chwycił Piotrusia i pobiegł do okna. Trzymając maleństwo na rękach nie miał odwagi rzucić dzieciaka na betonowy chodnik: obawiał się, że Piotruś nie przeżyje upadku. Czekając na pomoc, wyciągnął ręce z Piotrusiem poza okno, aby uchronić maleństwo przed ogniem i dymem. Ogień podchodził coraz bliżej, parzył w plecy, a dym dławił krtań. Wojtek się nie poddawał, wymiotując trzymał mocno Piotrusia. Przyszła pomoc. Sąsiedzi rozłożyli na chodniku materace. Piotruś bezpiecznie na nich wylądował. Za nim wyskoczyła Ania i Wojtek. Wojtek później powiedział, że to aniołowie bezpiecznie znieśli dziecko na ziemię.

Pozostali mieszkańcy również wyskakiwali w panice przez okna. Upadki na materac i twardy chodnik kończyły się tragicznie. Potłuczenia, połamane kości. Po kilku dniach wszyscy wrócili ze szpitala z wyjątkiem Jerzego Myrchy i jego żony Ireny, której stan jest nadal krytyczny. Nie wszyscy zdążyli wyskoczyć przez okna. W płomieniach zginęło czterech Polaków. Jan K. z przemyskiego zdążył chwycić dokumenty i owinąć się w dywan, ale to nie pomogło, uległ śmiertelnemu zaczadzeniu. Jego zwłoki odesłano do Polski, gdzie czekała na niego matka. W niedopalone ręce włożono różaniec. Pozostali mieszkali w suterenie, zakratowane okna sprawiły, że nie było wyjścia, dwóch z nich, Kazimierz C. i Janusz K. pozostawiło w Polsce żony z dziećmi. Czwarty z nich mieszkał z rodziną na stałe w Stanach Zjednoczonych.

Na drugi dzień po pożarze, ktoś przyniósł dla Ani i Wojtka fotografię znalezioną w zgliszczach. Wyglądają na niej szczęśliwi; Ania trzyma Piotrusia a Wojtek przygrywa na gitarze. Są szczęśliwi i wdzięczni Bogu i Matce Bożej za doświadczenie cudownego ocalenia. W pożarze stracili cały swój skromny dobytek, w tym wszystkie pieniądze, jakie ofiarowali im goście obecni na chrzcie Piotrusia. Ale to, co ogień pochłonął, ludzka życzliwość wynagradza im stokrotnie. Wojtek mówi: ” Czym się ludziom odwdzięczę za tyle życzliwości, a po chwili dodaje- chyba modlitwą.

Już w następną sobotę na wieczornej Mszy św. Wojtek grał na gitarze, a Ania z nogą w gipsie śpiewała wraz z grupą młodzieżową. Wyśpiewywali Bogu i Matce Bożej swoje dziękczynienie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *