4 Gru

Na żniwie Pańskim

Trzydzieści lat temu, 12 czerwca 1977 roku, prowadzony nieskazitelnym błękitem nieba zdążałem wraz z kolegami do lubelskiej katedry. Po przekroczeniu jej progu rozciągało się nad nami niebo wyczarowane pędzlem malarza w niepowtarzalnie barwnych freskach sklepienia i ścian świątynnych. Gdy zagrzmiały organy i śpiew wiernych odbił się potężnym echem wydawało się nam, że do tej muzyki dołączyli ze świątynnych malowideł aniołowie na niebieskich obłokach. Wobec potęgi i piękna nieba leżeliśmy krzyżem, dotykając czołami zimnej posadzki kościoła. Trwając na modlitwie czekaliśmy na dotyk biskupa, który znacząc świętym olejem nasze ręce wycisnął na naszej duszy niezatarte znamię wiecznego kapłaństwa chrystusowego. Staliśmy się sługami nieba, do którego sami zdążając mieliśmy prowadzić innych.

Ten sam błękit nieba prowadził mnie do rodzinnej parafii w Majdanie Sopockim, gdzie miałem odprawić Mszę prymicyjną. Celebrowałem ją w najogromniejszej świątyni, nad którą sam Bóg rozciągnął sklepienie niebieskie. Nieopodal prymicyjnego ołtarza szemrały krystaliczne wody rzeki Sopot. Przed żarem słońca chroniły nas kwitnące lipy. Pachniały bzy, jaśminy i inne kwiaty specjalnie przyniesione na te uroczystości. W piękno natury wpisywały się kolorowe sztandary, ludowe stroje, ministranci w komeżkach, nieskazitelna biel sukienek pierwszokomunijnych i dekoracje prymicyjne. Zaś z głosem organów, śpiewem wiernych i melodiami ludowej kapeli mieszał się brzęk pszczół, uwijających się przy zbiorze lipowego miodu i śpiew ptaków w gałęziach. To wszystko było tylko oprawą najważniejszej tajemnicy naszej wiary. Na słowa kapłana Chrystus stawał się obecny na ołtarzu w eucharystycznej postaci. I to w Jego imieniu wkładałem ręce na wiernych i im błogosławiłem. Ale wcześniej, porosiłem rodziców o ich błogosławieństwo. Klęknąłem przed nimi, a oni wzruszeni i zapłakani błogosławili swego syna. Po raz pierwszy zobaczyłem łzy wzruszenia w oczach mojego taty. Dla mamy, ten dzień był czasem wysłuchanej modlitwy. Kilka dni później powiedziała mi, że czasie ciąży pielgrzymowała do sanktuarium w Krasnobrodzie i przed obrazem Matki Bożej prosiła, jeśli to będzie syn, niech zostanie kapłanem. Dzięki łasce powołania i wysłuchanej modlitwie mamy razem ze swoimi rodakami sprawowałem pierwszą Mszę świętą. Byłem także pierwszym kapłanem z tej parafii.

Z radosnym wspomnieniem tych uroczystości wyruszyłem na żniwo Pańskie. Radość i owocność tej pracy nie zależała od błękitu nieba, ciemnych chmur burzowych, czy żaru lejącego się z nieba. Najważniejsze było niebo w duszy, które kreował i przydawał nieziemskiej jasności Jezus, którego byłem kapłanem. Ono decydowało o owocności żniwowania. Jednak i to niebo zaciągały nieraz ciemne chmury, ale Chrystus je oczyszczał swoją łaską oraz moimi łzami żalu i skruchy. I znowu szedłem w kierunku nieba, stając się czytelniejszym znakiem dla innych. Najdłużej, bo aż 12 lat zatrzymałem się na zielonym chełmskim wzgórzu w Sanktuarium Narodzenia Najświętszej Maryji Panny. Pamiętam wrześniowe odpusty i pątników trwających na modlitwie dzień i noc. I wieńce dożynkowe, które pięknie wkomponowywały się w krajobraz złotej jesieni chełmskiego wzgórza. Wiele razy pieszo wędrowałem z pielgrzymami do Częstochowy. Niezapomniane przeżycia, niezapomniane przemiany ludzkich serc. Liczne oazy z młodzieżą, której żarliwa modlitwa przebijała niebo i rodziła nowe powołania.

Po czternastu latach pracy w Polsce wyruszyłem za ocean. Ze ściśniętym sercem pożegnałem rodzinny dom. Zatrzymałem się w Maspeth w parafii św. Krzyża, która powoli stawała się moim domem i moją rodziną. Wiele ciepła i polskiej gościnności odnalazłem w Polskiej Szkole, której zostałem kapelanem. Wspólnie zaczęliśmy organizować doroczne Festiwale Kultury Polskiej. Są to przedsięwzięcia bardzo pracochłonne, stąd też obecnie w ich przygotowanie włącza się cała parafia. W tym roku już po raz trzynasty gromadzimy na tym święcie polonijnym. Odnalazłem także w tej parafii ducha polskich oaz. Na początku, pod przewodnictwem grupy muzycznej „Te Deum” gromadziliśmy na spotkaniach kilkadziesiąt młodych ludzi, którzy przygotowywali między innymi nocne czuwania. A zrodzona w Polsce potrzeba pielgrzymowania przybrała tu trochę inny charakter. Nie wędrujemy pieszo, ale samolotami i autobusami nawiedzamy miejsca święte w Europie, Azji, Afryce…

Początkowa tęsknota za rodzinnymi stronami stała się impulsem do pisania. Zacząłem publikować na łamach tygodnika „Niedziela” artykuły, które miały nieraz formę jakby listów pisanych do przyjaciół w Polsce. A później, tzn. piętnaście lat temu na stałe zagościłem na łamach „Kuriera Plus”. Zauważyłem, że do Polonii dociera w śladowych ilościach prasa katolicka. Zacząłem się rozglądać za gazetą, gdzie mógłbym pisać o sprawach religijnych. Dzięki życzliwości i otwartości redakcji „Kuriera Plus” a szczególnie redaktorowi naczelnemu Zofii Doktorowicz- Kłopotowskiej tygodnik ten stał się moją drugą amboną, dając możliwość dotarcia ze słowem Bożym do tysięcy czytelników. Życzliwe telefony i listy Czytelników upewniają mnie, że była to słuszna decyzja. Z tego związku zrodził się także pomysł pisania książek. W Polsce wydano już ich kilkanaście, kolejne są w przygotowaniu do druku.

Napisałem, że „Kurier Plus” stał się moją drugą amboną, pierwsza jest w kościele św. Krzyża, gdzie jest proboszczem ks. Prałat Piotr Zendzian, kapłan wielkiego serca, bez reszty oddany służbie Kościołowi i Polonii. Staje na tej ambonie już szesnaście lat. Tutaj też jest najważniejszy ołtarz w moim życiu, ponieważ przy żadnym innym nie stawałem tyle razy do sprawowania Najświętszej Ofiary. Przez te lata odprawiłem na tym ołtarzu prawie sześć tysięcy Mszy świętych. Przy tym ołtarzu, prawie pięćset razy stawałem z uradowanymi rodzicami, aby przez chrzest święty wprowadzać ich dziecko do wspólnoty Kościoła. Ponad dwieście razy błogosławiłem szczęśliwe pary, które Bogu powierzały swoją miłość w sakramencie małżeństwa. Dziesiątki razy przy tym ołtarzu dzieliłem ból rodzin, które żegnały swoich najbliższych. Razem z nimi szukałem nadziei w zmartwychwstałym Chrystusie. Nie wiem, czy Bóg pozwoli mi stanąć przy innym ołtarzu tyle razy, dlatego ten ołtarz, prawdopodobnie zostanie najważniejszym w moim życiu kapłańskim. Dziękując Bogu przy tym ołtarzu za dar kapłaństwa, chcę podziękować za ludzi, którzy przez trzydzieści lat, na różne sposoby wpisywali się w moje kapłańskie życie.

Tygodnik Kurier Plus

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *