10 Gru

Najsmutniejsze święta 

W czwartek, tydzień przed Wigilią Bożego Narodzenia tego roku, 6-letni Grzesio z radością i w podskokach szedł z mamą do przedszkola. Bo jak tu się nie cieszyć. Na ulicach, w przydomowych ogródkach, w domach widać kolorowe bożonarodzeniowe dekoracje. Naokoło magiczny cudowny świat. A i w domu Grzesia z dnia na dzień robiło coraz bardziej odświętnie. A na myśl, że za kilka dni do pięknie wystrojonego domu przyjdzie św. Mikołaj z prezentami Grzesio zachłystywał się radością. Z podobną radością wracał w czwartek do domu, chociaż spodziewał się, że to mama odbierze go z przedszkola. Zrobili to znajomi. Po powrocie do domu zobaczyli mamę Grzesia  w kałuży krwi.

Nie udało się uchronić małego dziecka przed tym widokiem. Mama Grzesia zginęła od strzału w głowę. W sobotę przyszła do mnie Monika, siostra Grzesia. Jest uczennicą ostatniej klasy szkoły średniej. W zasadzie zostali oboje. Nie mają bliższej rodziny. Monika od trzech dni prawie nic nie jadła. Sama przeżywając tę ogromną tragedię, robiła wszystko, aby chronić swojego brata przed tym co się stało. Grzesio mówi, że ma mamusię w sercu i w niebie. Monika ze swoim kolegą poprosiła mnie o podwiezienie do rodziny, która zaopiekowała się Grzesiem, aby go stamtąd zabrać. Chciała go mieć przy sobie, bo do niej jest on najbardziej przywiązany. Liczy, że przy niej łatwiej będzie mu przeżyć te trudne dni. Wyruszyliśmy w drogę. Tej nocy całe miasto było sparaliżowane przez ogromną śnieżycę. Momentami traciłem nadzieję, że uda nam się dotrzeć do celu. A wtedy Monika mówiła: „Mama dopomoże”. W czasie drogi gdy Monika milkła pytałem: „Czy dobrze się czujesz?” Za każdym razem słyszałem niezmienną odpowiedź: „Dobrze. Tylko tak mi bardzo smutno”.

Po długim zmaganiu się z zaspami śnieżnym dotarliśmy do domu, gdzie był Grzesio. Po wyjściu z domu chłopiec szalał z radości, widząc tyle śniegu. W końcu udało się go nam namówić, aby zostawił śnieg i wsiadł do samochodu. Markotniał i po pewnym czasie zaczął płakać. Pytaliśmy: „Grzesiu dlaczego płaczesz?” Nic nie odpowiadał. Bo jak można odpowiedzieć na tak bezsensowne pytanie. Jak tu nie płakać. To się samo płacze. W czwartek ostatni raz Grzesia umyła mama i do tej pory nie pozwala się umyć. Czy tak chce uchronić i zachować ostatni dotyk mamy? Podobnie nie pozwala zdjąć z siebie ubrań, w które ubrała go mama. Grzesio staje się spokojniejszy, gdy Monika tuli go do siebie i mówi o miłości i mamie, która nigdy ich nie opuści. Grzesio to wie. Często powtarza: „Mamusia była u mnie. Przytulała mnie”. Nie wątpię, że Grzesio mówi prawdę.

W sylwestrowy dzień, radosnymi i rozświetlanymi ulicami Nowego Jorku jechaliśmy w kondukcie pogrzebowym. A jedynym światłem była nadzieja rodząca się w stajence betlejemskiej, którą Monika pięknie wyraża słowami: „Mamusia jest z nami. Ona nam dopomoże. Ona nas kocha”.

2009 r.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *