9 Lip

15 niedziela zwykła Rok C

 

BĘDZIESZ MIŁOWAŁ PANA, BOGA SWEGO

Powstał jakiś uczony w Prawie i wystawiając Jezusa na próbę, zapytał: „Nauczycielu, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne?”. Jezus mu odpowiedział: „Co jest napisane w Prawie? Jak czytasz?”. On rzekł: „Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą, całą swoją mocą i całym swoim umysłem; a swego bliźniego jak siebie samego”. Jezus rzekł do niego: „Dobrześ odpowiedział. To czyń, a będziesz żył”. Lecz on, chcąc się usprawiedliwić, zapytał Jezusa: „A kto jest moim bliźnim?”. Jezus, nawiązując do tego, rzekł: „Pewien człowiek schodził z Jerozolimy do Jerycha i wpadł w ręce zbójców. Ci nie tylko go obdarli, lecz jeszcze rany mu zadali i zostawiwszy na półumarłego, odeszli. Przypadkiem przechodził tą drogą pewien kapłan; zobaczył go i minął. Tak samo lewita, gdy przyszedł na to miejsce i zobaczył go, minął. Pewien zaś Samarytanin, będąc w podróży, przechodził również obok niego. Gdy go zobaczył, wzruszył się głęboko: podszedł do niego i opatrzył mu rany, zalewając je oliwą i winem; potem wsadził go na swoje bydlę, zawiózł do gospody i pielęgnował go. Następnego zaś dnia wyjął dwa denary, dał gospodarzowi i rzekł: »Miej o nim staranie, a jeśli co więcej wydasz, ja oddam tobie, gdy będę wracał«. Któryż z tych trzech okazał się, według twego zdania, bliźnim tego, który wpadł w ręce zbójców?”. On odpowiedział: „Ten, który mu okazał miłosierdzie”. Jezus mu rzekł: „Idź, i ty czyń podobnie” (Łk 10,25-37).

Lary Skutnik, lat 28 był skromnym urzędnikiem państwowym Waszyngtonie. 13 stycznia 1982 r. po południu nad miastem rozszalała się burza śnieżna. Lary, wracając z pracy do domu utknął w korku drogowym na jednym z mostów na rzece Potomac. Szybko się zorientował, że samolot z 78 osobami na pokładzie spadł do rzeki. Wysiadł z samochodu i zobaczył trzech pasażerów wspinających się na ogon samolotu, który powoli zanurzał się w wodzie. Helikopter zabrał dwóch z nich, zaś trzeci wpadł do lodowatej wody i zaczął tonąć. Lary nie zastanawiając się zdjął buty i marynarkę i skoczył do wody, ratując życie tonącej kobiecie. Po jej uratowaniu chciał natychmiast wracać do domu. Pozwolono mu na to dopiero po krótkim przebadaniu w szpitalu.

Cała ta scena bohaterskiego czynu była transmitowana przez telewizję. Następnego dnia po obudzeniu się Lary zauważył, że o tym czynie głośno było w prasie, radiu i telewizji. Okrzyknięto go bohaterem narodowym. „Czułem się skrępowany, słysząc, jak mnie nazywano bohaterem- powiedział później- Ja zareagowałem na to instynktownie. I to tylko tyle”. Według Larego był to zwykły, normalny ludzki odruch, a nie bohaterski czyn.

Nawiązując do tego zdarzenia wrócę jeszcze do bardzo osobistych wspomnień związanych z moim tatą. W swoich opowiadaniach tata często wracał do lat swojej młodości, które spędził w leśnych oddziałach AK. Nigdy jednak nie mówił o zdarzeniu, które usłyszałem z ust jego kolegi w czasie pogrzebu taty. Pewnego razu natknęli się oni na spory odział niemieckich żołnierzy, jednym ratunkiem w tej sytuacji była ucieczka, w czasie, której kolega taty padł ranny na ziemię. Tata, nie zważając na niemieckie kule zawrócił, zdjął swoją koszulę, którą pośpiesznie opatrzył rany kolegi i pomógł w dalszej ucieczce. Cóż w tym nadzwyczajnego? Podobne sytuacje w czasie wojny zdarzają się często. Oczywiście, że tak, ale to, co mnie najbardziej uderzyło było potraktowanie tego wydarzenia przez tatę, jako coś normalnego, naturalnego, nad czym nie warto się rozwodzić. Nie jest to żaden czyn bohaterski. Jest to po prostu norma życia.

Do takiej normy życia Bóg powołuje człowieka: „Będziesz miłował (…) twego bliźniego jak siebie samego”. Miarą miłości bliźniego ma być miłość samego siebie. Dostrzegamy wielkość tego wymagania, gdy uświadomimy sobie, jak wiele jesteśmy gotowi uczynić dla samych siebie. I właśnie ta gotowość ma być miarą miłości bliźniego. Jeśli dzisiejszy świat nazywa bohaterstwem czyny, które powinny być normalnym sposobem życia i postępowania ucznia Chrystusa, to świadczy tylko o tym, jak daleko jesteśmy od ideału miłości według zamysłu bożego. Jest to miłość doskonała, ale zarazem trudna, prawie niemożliwa w realizacji, gdy zabraknie mocy i perspektywy bożej.

Dlatego miłość Boga postawiona jest na pierwszym miejscu: „Będziesz miłował Pana Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją duszą, całą swoją mocą, a twego bliźniego jak siebie samego”. Nie jest to konkurencja miłości. Miłość Boga pozwala poprawnie ułożyć relacje miłości międzyludzkiej. Chroni człowieka przed nazywaniem miłością własnego egoizmu i bezduszności. Niektóre kraje uchwalają ustawy o eutanazji, pozwalające na zabicie człowieka, który nie znajdując oparcia w cierpieniu i nie widząc jego sensu decyduje się na śmierć. Jest to najłatwiejsze wyjście dla społeczeństw, które zapomniały o prawdziwej miłości, która wymaga ofiary. Człowiek, który wie, że jest kochany, że najbliżsi chcą by pozostał z nimi jak najdłużej, że są gotowi ponieść dla niego ofiary będzie miał siłę do godnego przeżycia ostatnich dni, nawet wypełnionych po brzegi cierpieniem. A ponadto spojrzenie na krzyż Chrystusa przypomina o zbawczej wartości cierpienia. Przed patologicznym rozumieniem miłości i humanizmu chroni człowieka boże przykazanie; nie zabijaj. Zachowanie bożych przykazań jest wyrazem naszej miłości Boga.

Mojżesz przekazuje Izraelitom słowa Boga: „Będziesz słuchał głosu Pana Boga swego, przestrzegając Jego poleceń i postanowień zapisanych w księdze tego Prawa; wrócisz do Pana Boga swego z całego swego serca i z całej twej duszy. Gdyż polecenie to, które ja ci dzisiaj daję, nie przekracza twych możliwości i nie jest poza twoim zasięgiem”. Każdy Izraelita, tak jak każdy chrześcijanin wiedział i wie, że miłość Boga to postępowanie według Jego woli, którą odkrywamy w bożych przykazaniach.

Uczony w Prawie znał doskonale przykazanie miłości zawarte w Prawie. Wątpliwości mogły się pojawić w odpowiedzi na pytanie, kto jest moim bliźnim. Ponieważ w tradycji rabinistycznej znane były także poglądy niektórych, że bliźnim może być tylko ktoś z własnego narodu. Dlatego Chrystus, odpowiadając uczonemu w Prawie na zadane pytanie o miłość każe mu zacytować słowa ze Starego Testamentu, zaś w odpowiedzi na pytanie, kto jest bliźnim przytacza przypowieść o dobrym Samarytaninie. Pewien człowiek szedł z Jerozolimy do Jerycha. Możemy się domyślać, że był to Żyd. Został w drodze napadnięty. Zabrano mu pieniądze, pobito i na wpół żywego zostawiono na drodze. Drogą przechodził kapłan, który minął obojętnie rannego. Podobnie uczynił lewita. Zaś pewien Samarytanin zatrzymał się i udzielił pierwszej pomocy. Zabrał ze sobą rannego, zawiózł go do gospody i zapłacił za jego leczenie. Przy tym trzeba zauważyć, że Żydzi i Samarytanie byli wrogami. Po przytoczeniu tej przypowieści, Chrystus pyta uczonego w Prawie: Kto według ciebie zachował się jak bliźni. Samarytanin- pada odpowiedź.

Naszym bliźnim jest każdy człowiek. A zatem miłością, która przybiera różne formy mamy ogarniać każdego człowieka.

Pytanie uczonego w Prawie o życie wieczne znajduje swą odpowiedź w przykazaniu: „Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją duszą, całą swoją mocą, a twego bliźniego jak siebie samego” (z książki Nie ma innej Ziemi Obiecanej).

 

IDŹ I TY CZYŃ PODOBNIE

Mojżesz powiedział do ludu: «Będziesz słuchał głosu Pana, Boga swego, przestrzegając Jego poleceń i postanowień zapisanych w księdze tego Prawa; wrócisz do Pana, Boga swego, z całego swego serca i z całej swej duszy. Polecenie to bowiem, które Ja ci dzisiaj daję, nie przekracza twych możliwości i nie jest poza twoim zasięgiem. Nie jest w niebiosach, by można było powiedzieć: „Któż dla nas wstąpi do nieba i przyniesie je nam, a będziemy słuchać i wypełnimy je”. I nie jest za morzem, aby można było powiedzieć: „Któż dla nas uda się za morze i przyniesie je nam, a będziemy słuchać i wypełnimy je”. Słowo to bowiem jest bardzo blisko ciebie: w twych ustach i w twoim sercu, byś je mógł wypełnić» (Pwt 30, 10-14).

Przypowieść o dobrym samarytaninie opowiedział Jezus zebranym tłumom prawie dwa tysiące lat temu. Gdyby dzisiaj mówił na ten temat mógłby użyć jednej z wielu prawdziwych historii opisanych w prasie. Ot choćby to wydarzenie zamieszczone kilka lat temu na łamach „Chicago Tribune”. Jedenastoletni chłopiec wraz z młodszym bratem został potrącony przez samochód. Kierowca zbiegł z miejsca wypadku, zostawiając umierających chłopców na drodze. W międzyczasie przejechało kilkanaście samochodów, żaden się nie zatrzymał. „Nie mogę uwierzyć. Jestem zaszokowany tym wszystkim. Nie mogę uwierzyć, że nikt nie zatrzymał się przed nami. Co więcej, kierowcy trąbili na nas i mówili abyśmy zepchnęli umierających chłopców z drogi, ponieważ nie mogą oni przejechać. To jest okropne”. Tak mówi dzisiejszy samarytanin- kierowca, który zatrzymał się, aby udzielić pomocy poszkodowanym.

W przypowieści o dobrym samarytaninie nie udzielił pomocy potrzebującemu kapłan, od którego wymaga się, i słusznie, więcej serca. Zapewne kapłan mógłby znaleźć coś na swoje usprawiedliwienie. Mógł myśleć, że ten człowiek jest martwy, a dotykając martwego ściągał na siebie rytualną nieczystość, a to w konsekwencji wykluczało go czasowo ze służby świątynnej. Wolał nie ryzykować. Lecz to nie mogło być usprawiedliwieniem takiej postawy. Rannego ominął Lewita, człowiek także związany ze świątynią. Można porównać go do diakona w dzisiejszym kościele. Nie znamy, jakimi racjami kierował się Lewita. Ale jakiekolwiek by one były to i tak nie znalazły usprawiedliwienia w oczach Jezusa. Dopiero Samarytanin, który był wykluczony ze świątyni, od którego nie przyjmowano ofiar na świątynię, i którego świadectwo nie było brane pod uwagę w sądzie, zatrzymał się i udzielił pomocy. Jezus pochwalił dobrego Samarytanina, a do zebranych powiedział: „Idź, i ty czyń podobnie”.

Nie znamy motywów postępowania nieczułych kierowców, którzy mijali rannych na drodze. Ale czy naprawdę nie znamy? Wystarczy myślą cofnąć się w przeszłość i przypomnieć sobie sytuacje, kiedy spotkaliśmy potrzebującego i nie udzieliliśmy tej pomocy. Tłumaczenia były rożne. Nie mam czasu. Sam też potrzebuję. Są od tego różnego rodzaju instytucje społeczne. Ten człowiek nie zasługuje na pomoc. Dobrze mu tak. Od tego są inni itd. Jednak żadne tłumaczenie nie usprawiedliwia, w oczach bożych, naszego odwrócenia się od potrzebującego.

Nasz miłosierny czyn, a nie tytuły czy majątek, decydują o naszej wartości wobec Bożego majestatu (z książki Ku wolności).

 

DROGĄ MIłOŚCI DO WIECZNOŚCI

Chrystus Jezus jest obrazem Boga niewidzialnego – Pierworodnym wobec każdego stworzenia, bo w Nim zostało wszystko stworzone: i to, co w niebiosach, i to, co na ziemi, byty widzialne i niewidzialne, czy to Trony, czy Panowania, czy Zwierzchności, czy Władze. Wszystko przez Niego i dla Niego zostało stworzone. On jest przed wszystkim i wszystko w Nim ma istnienie. I On jest Głową Ciała – Kościoła. On jest Początkiem. Pierworodnym spośród umarłych, aby sam zyskał pierwszeństwo we wszystkim (Kol 1, 15-18).

W książce „Lot Wrony” czytamy: „To był wyjątkowy dzień, choć rankiem nic tego nie zapowiadało. Niczego nie planowałem, poza tradycyjną wizytą na grobach bliskich. Był przecież 1 listopada. Kiedy szedłem na cmentarz zapalić znicze, pasażerowie lotu nr LO016 z Newark do Warszawy byli już w powietrzu. Tylko kapitan i drugi pilot wiedzieli, że ten lot nie będzie rutynowy. I że jego finał jest trudny do przewidzenia. A potem ruszyła machina, która zmieniła życie wielu osób”. Zaś kapitan tego samolotu Tadeusz Wrona w książce „Ja kapitan” pisze: „Gdy wyruszaliśmy z hotelu na lotnisko, wszystko wskazywało, że to będzie kolejny, spokojny lot przez Atlantyk. Który? Nie wiem, nigdy tego nie liczyłem. Podczas końcowej fazy lotu nie miałem zbyt wiele czasu na rozpatrywanie czarnych scenariuszy, ale w głowie wciąż miałem obraz przełamującego się samolotu i trawionego przez ogień kadłuba. Pochylam się w kierunku drugiego pilota i wyciągnąłem rękę. ‘Jurek, później już może nie być okazji – głos na chwilę uwiązł mi w gardle – dziękuję Ci za współpracę’. Mocny uścisk dłoni i życzenia powodzenia przy lądowaniu. Będzie nam potrzebne”. Wśród pasażerów tego samolotu, który lądował na Okęciu bez wypuszczonego podwozia był także ojciec redemptorysta Piotr Chyła, który dla Radia Maryja powiedział: „Naprawdę nie wierzę, że można było ten lot przeżyć luźno, spokojnie, bez jakiejś refleksji. Nie mogę wypowiadać się za innych pasażerów, ale osobiście przeżyłem go bardzo mocno, bo to jest sytuacja, która stawia człowieka, przy całym pozytywnym nastawieniu i przekonaniu, że wszystko będzie dobrze, w obliczu konieczności – powiedzmy sobie szczerze – podliczenia życia i przygotowania się na stanięcie przed Bogiem”. „Miałem przy sobie relikwie dwóch świętych osób – kosmyk włosów błogosławionego Ojca Świętego Jana Pawła II oraz kawałek ubrania św. Joanny Beretty Molli. To są moje osobiste relikwie, które zawsze mam ze sobą. Każdego dnia dotykam tych relikwii i przez wstawiennictwo tych świętych polecam moje życie, tak było również 1 listopada”.

Dzisiejszy człowiek patrzy często na życie przez pryzmat ekonomii i hedonizmu. W takiej perspektywie pytanie o wieczność jest odbierane co najmniej jako nietakt. Dopiero takie sytuacje, jak wyżej opisana rodzą refleksje o życiu w perspektywie wieczności. Za czasów Jezusa życie wieczne dla mieszkańców Palestyny było czymś oczywistym. Wiara w życie wieczne była powszechna. Jeśli rodziły się jakieś pytania w tej materii, to dotyczyły one sposobu jego osiągnięcia. Każdy Izraelita wiedział, że drogą do wieczności są przykazania boże, z najważniejszym przykazaniem miłości Boga i bliźniego. Przykazanie miłości było zapisane w Prawie. W Księdze Powtórzonego Prawa czytamy: „Będziesz więc miłował Pana, Boga twojego z całego swego serca, z całej duszy swojej, że wszystkich swych sił”, zaś Księga Kapłańska mówi o miłości bliźniego: „Nie będziesz szukał pomsty, nie będziesz żywił urazy do synów twego ludu, ale będziesz miłował bliźniego jak siebie samego”. Uczony w Prawie zadał pytanie o drogę do wieczności, aby wystawić Jezusa na próbę. Może sądził, że Jezus powie coś sprzecznego z nauką Prawa i byłby to powód, aby Go oskarżyć. Jezus, nie zważając na te złe intencje pyta go: „Co jest napisane w Prawie? Jak czytasz?”. Ten odpowiedział: „Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą, całą swoją mocą i całym swoim umysłem; a swego bliźniego jak siebie samego”. W odpowiedzi usłyszał słowa Jezusa: „Dobrześ odpowiedział. To czyń, a będziesz żył”. Chrystus wskazuje pewną drogę ku wieczności: Miłość Boga i bliźniego.

Chińskie przysłowie mówi: „Kto pyta, jest głupcem przez pięć minut; kto nie pyta, pozostaje nim do końca”. A zatem, aby nie pozostać głupcem do końca, trzeba zadawać pytania także o wieczność, tak jak uczony w Prawie, tylko z inna intencją. Uczony w Prawie zadaje kolejny pytanie Jezusowi: Kto jest naszym bliźnim? Tu rzeczywiście uczony w Prawie mógł mieć wątpliwości. W Księdze Kapłańskiej brak jest konkretnego określenia kim jest bliźni. Bardzo często, odwołując się do tego fragmentu Pisma św. uważano, że bliźnim jest Izraelita, syn Abrahama, ktoś należący do Narodu Wybranego. Jednak była to tylko jedna z interpretacji tego przykazania. Brak precyzyjnego określenia bliźniego w Księdze Kapłańskiej był przyczyną dyskusji i sporów, do których nawiązywał uczony w Prawie, zadając Jezusowi pytanie: „Kto jest moim bliźnim?” Chrystus, odpowiadając pomija wszelkie rabinistyczne dyskusje i przytacza przypowieść o miłosiernym Samarytaninie.

„Pewien człowiek schodził z Jerozolimy do Jerycha i wpadł w ręce zbójców. Ci nie tylko go obdarli, lecz jeszcze rany mu zadali i zostawiwszy na półumarłego, odeszli. Przypadkiem przechodził tą drogą pewien kapłan; zobaczył go i minął. Tak samo lewita, gdy przyszedł na to miejsce i zobaczył go, minął’. Pewien zaś Samarytanin, będąc w podróży, przechodził również obok niego. Gdy go zobaczył, wzruszył się głęboko: podszedł do niego i opatrzył mu rany, zalewając je oliwą i winem; potem wsadził go na swoje bydlę, zawiózł do gospody i pielęgnował go”. Żydzi uważali Samarytan za wrogów, tych którzy sprzeniewierzyli się prawdziwej wiarze. Nienawidzili ich i pogardzali nimi. Samarytanie odpłacali Izraelitom tym samym. I oto, wbrew wzajemnej niechęci, Samarytanin pomaga Żydowi. Ta przypowieść była szokująca dla słuchaczy. Oto kapłan, lewita nie udzielają pomocy swojemu rodakowi, tylko ten, który powinien go nienawidzić, pochyla się nad nim i udziela pomocy. Tak to Chrystus przygotowuje swoich uczniów do miłości nawet swoich nieprzyjaciół. Taka miłość jest najprostszą i najpewniejszą drogą do życia wiecznego.

Miłosierny Samarytanin jest wzorem prawdziwego chrześcijanina, który w każdym człowieku widzi bliźniego, bez względu na jego religię, narodowość przynależność, obyczaje. Prawdziwy uczeń Chrystusa widzi bliźniego także w swoim wrogu, nieprzyjacielu czy krzywdzicielu. Oczywiście nie jest to zgoda na zło jakie czyni drugi człowiek. Zło trzeba potępić, ale grzesznikowi trzeba dać szansę nawrócenia. A na zakończenie wysłuchajmy słów św. Jan Paweł II, który głosił taką miłość, szedł drogą takiej miłości i osiągnął życie wieczne na tej drodze. W Liście Apostolskim „Salvifici Dolores” pisze: „Przypowieść o miłosiernym Samarytaninie wskazuje, jaki winien być stosunek każdego z nas do cierpiących bliźnich. Nie wolno nam ich ‘mijać’, przechodzić mimo z obojętnością, ale winniśmy przy nich ‘zatrzymywać się’. Miłosiernym Samarytaninem jest każdy człowiek, który zatrzymuje się przy cierpieniu drugiego człowieka, jakiekolwiek by ono było. Owo zatrzymanie się nie oznacza ciekawości, ale gotowość. Jest to otwarcie jakiejś wewnętrznej dyspozycji serca, które ma także swój wyraz uczuciowy” (z książki Bóg na drogach naszej codzienności).

 

NAJPEWNIEJSZA DROGA DO WIECZNOŚCI

W mediolańskiej katedrze są trzy wejścia. Jedno z nich jest ozdobione pięknymi kwiatami wyrzeźbionymi w marmurze, którym towarzyszy napis: „Rzeczy, które nas cieszą są tylko czasowe”. Nad drugimi drzwiami jest krzyż i wypisane słowa: „Rzeczy, które są źródłem naszego cierpienie są tylko czasowe”. Zaś nad centralnym wejściem umieszczona jest sentencja: „Wieczność jest najważniejsza”. Od niepamiętnych czasów, wieczność była dla człowieka najważniejszą rzeczywistością. Cała doczesność była niejako jej podporządkowana. Nawet ludzie opływający we wszelkie ziemskie dostatki, jak egipscy faraonowie, poświęcali wiele czasu i zabiegów, aby być przygotowanym na wejście do wieczności. Jak tylko daleko sięga pamięć ludzka, śmierć była postrzegana jako kres ziemskiej egzystencji i brama przez którą przechodzimy do wieczności. Różnie wyobrażano sobie tę bramę i na różne sposoby starano się ją przekroczyć.

Dla współczesnego człowieka życie wieczne stanowi także istotną wartość. Chociaż dzisiaj musi się on zmagać z tendencjami zamykania go w granicach doczesnych. Doczesność ma tak wiele człowiekowi do zaoferowania. Przemijające wartości, które proponuje nieraz przesłaniają wieczność. Człowiek unika myślenia o bramie śmierci, przez którą wchodzi do wieczności. Jola z Częstochowy na stronie internetowej „Blogi Tezeusza” pisze: „Oczywiście żyję bardzo ziemsko. Zajmuję się wybitnie ziemskimi sprawami. Właśnie wróciłam z pracy i jestem w trakcie pisania referatu na konferencję w sprawie wczesnego wspomagania rozwoju. Jak osiągnąć rozwój i spełnienie, jak przezwyciężyć trudności, jak rozwiązać problemy życiowe tu i teraz, na ziemi. W takim nastawieniu dopadł mnie i skłonił do głębszej refleksji komentarz Darka: Pytam się dzisiaj samego siebie, czy aż tak bardzo pragnę dowiedzieć się, jak osiągnąć życie wieczne? Czy mi na nim zależy? A może jest to kategoria, z którą w ogóle już się nie liczę, bądź tylko od czasu do czasu? Bo dla wielu ludzi właśnie życie doczesne wydaje się być pełnią, ponad którą już nic nie da się osiągnąć. Kiedy zaczynasz rozmawiać z innymi o śmierci, o tym, co będzie za zasłoną, pojawia się konsternacja, zakłopotanie, niepokój. Niewygodny temat. Powiem szczerze – nieczęsto zdarza mi się myśleć o mojej wiecznej przyszłości, jakoś nie potrafię sobie nawet wyobrazić tego szczęścia, które tam mogłoby być moim udziałem, gdybym już na ziemi poszukała do niego drogi. Więc szukam niezwykle opieszale. Ciągle coś staje na przeszkodzie tym moim poszukiwaniom. A to zakupy, a to fajny film, spotkanie towarzyskie, praca… Mijają lata, a ja wciąż nie wiem gdzie jest ta droga do nieba. Tkwię po uszy w doczesności, omijam prawdziwe perły. A przecież wiem jak nikt, że życie doczesne w czasie nie zaspokaja człowieka (…). I tak mija czas, a my wciąż pragniemy jakoś urządzić się tu i zapominamy o prawdziwej ojczyźnie”.

Myśląc o tych sprawach, jak ewangeliczny uczony w prawie kierujemy swe myśli i pytania ku Chrystusowi, który powiedział o sobie, że jest bramą prowadząca do życia wiecznego. Jest to brama miłości. Z miłości do człowieka Bóg posłał swego Syna. Z miłości do człowieka Syn umarł na krzyżu i trzeciego dnia zmartwychwstał, aby pokazać, że miłość jest silniejsza aniżeli śmierć. A zatem droga miłości jest jedyną droga prowadzącą do wieczności. Chrystus nie mówi, że uczony w prawie musi rozmyślać o życiu wiecznym, zastanawiać się jak ono wygląda, czytać jakieś księgi na ten temat. Nie wspomina także o wyrzeczeniach, umartwieniach, o śmierci i jej koniczności. O przygotowaniu się do niej. Mówi: żyj jak najpełniej, jak najpiękniej, a wieczność sama stanie się twoim udziałem. Tym co czyni życie najpiękniejszym i najpełniejszym jest miłość. Można spotkać ludzi bogatych i nieszczęśliwych, można spotkać ludzi sławnych, którzy chcą utopić swoje nieszczęście w alkoholu lub narkotykach. Trudno byłoby nam spotkać człowieka nieszczęśliwego, którego życie wypełnione jest prawdziwą miłością.

Chrystus mówi do uczonego w prawie: kochaj Boga, kochaj bliźniego a zyskasz wieczność. A zatem wieczność zaczyna się już na ziemi dla tych, którzy kroczą drogą miłości Boga i bliźniego. Zapewne ewangeliczny uczony w prawie znał słowa Mojżesza skierowane do ludu: „Będziesz słuchał głosu Pana Boga swego, przestrzegając Jego poleceń i postanowień zapisanych w księdze tego Prawa; wrócisz do Pana Boga swego z całego swego serca i z całej swej duszy”. Wiedział zatem, że miłość Boga wyrażamy przez zachowanie Jego przykazań. Miłować Boga to unikać grzechu. To szukać Jego bliskości w modlitwie. Wiedział, że boże przykazanie mówi także o miłości bliźniego. Miał jednak wątpliwości, kto jest bliźnim, bo niektórzy uważali, że miłość winniśmy tylko swoim ziomkom. Na te wątpliwości Chrystus odpowiada piękną przypowieścią o dobrym Samarytaninie. Otóż Izraelita został napadnięty przez zbójców, którzy obrabowali go i ledwie żywego zostawili na drodze. Obok umierającego przechodzili jego ziomkowie, przechodził także kapłan. Minęli go obojętnie. Dopiero Samarytanin zainteresował się rannym. Opatrzył jego rany i na własny koszt umieścił go w pobliskiej gospodzie. A trzeba zauważyć, że Izraelici i Samarytanie traktowali się wzajemnie jako wrogowie. Chrystus zapytał, który zatem z tych ludzi okazał się bliźnim. Uczony odpowiedział: „Ten, który mu okazał miłosierdzie”. Wtedy Jezus mu rzekł: „Idź, i ty czyń podobnie”. A zatem każdy człowiek jest naszym bliźnim, któremu jesteśmy winni miłość.

Przykładem takiej miłości było wydarzenie, które miało miejsce w czerwcu 2001 roku w Ziemi Jezusa. W czasie starć między wojskami izraelskimi a Palestyńczykami, we wschodniej Jerozolimie został zastrzelony 34-letni Palestyńczyk Mazen Djulani. Rodzina zabitego zdobyła się na gest, w który trudno uwierzyć. Ojciec zabitego ofiarował organy syna do przeszczepów dla Izraelczyka. David Cohen, któremu przeszczepiono te organy powiedział, że był niesamowicie zaskoczony tym gestem. „Taki gest, w czasie gdy relacje między Izraelczykami i Palestyńczykami są tak napięte jest ogromnie wzruszający. Ta szlachetna rodzina uczy nas i przypomina, że jest możliwe na innej drodze osiągnięcie pokoju, zgody i porozumienia”. Możemy dodać, że na takiej drodze możliwe jest osiągnięcie pokoju wiecznego.

Przykładem praktykowania miłości prowadzącej do zbawienia wiecznego może być Adam Chmielowski, późniejszy św. Brat Albert. Dobrze zapowiadający się artysta malarz zrezygnował z kariery artystycznej i poświęcił się działalności charytatywnej na terenie miasta Krakowa. Do tej działalności chciał wciągnąć także władze miasta. Na jednym z posiedzeń rady miasta była poruszona ta sprawa. Jednak radni nie okazywali większego zainteresowania. Wtedy przemówił jeden z nich, Juda Birnbaum: „Panowie radni! Kiedyśmy usłyszeli z ust tego dobrodzieja o nieszczęsnej doli ubogich, którymi się gmina krakowska opiekuje, to doprawdy wstyd mnie ogarnął i zapewne obecnych tu panów, żeśmy zaniedbali wglądnąć poprzednio, czy wszystko jest w porządku i czy jaka krzywda ubogim się nie dzieje. Jeżeli zaś ów dobrodziej chce miastu i ubogim przyjść z pomocą i poprawić złe stosunki w ogrzewalni i to tanim kosztem, to doprawdy nie ma powodu nad tym zastanawiać się dłużej, tylko wypadałoby ręce temu dobrodziejowi ucałować z wdzięczności i szczerze powiedzieć: bardzo o to prosimy”.

O taką miłość prosi bliźni w potrzebie i taka miłość jest drogą zdobywania wieczności.  (z książki W poszukiwaniu mądrości życia)

 

BŁOGOSŁAWIONY EDMUND BOJANOWSKI

Marzenie o wieczności towarzyszy człowiekowi od zarania jego dziejów. Odpowiedzi na pytanie, jak można zrealizować to marzenie były w historii różne. Uczony w Prawie zapytał Jezusa, co robić, aby osiągnąć życie wieczne. Otrzymał bardzo jasną odpowiedź: miłuj Boga i bliźniego. Święci są przykładem jak na drodze miłości zdobywać wieczność. Czytamy ich życiorysy, słuchamy ich wypowiedzi i odnajdujemy odpowiedź jak w konkretnych warunkach można realizować to przykazanie. Przypatrzmy się życiu błogosławionego Edmunda Bojanowskiego, który może być dla nas inspiracją i umocnieniem na naszej drodze życiowej, zdążającej ku wieczności.

Edmund Bojanowski urodził się 14 listopada 1814 roku, w małej wiosce Grabonóg w Wielkopolsce. Jego życie przypadło na czas, gdy Ojczyzna nasza była podzielona między trzy zaborcze mocarstwa. W tej trudnej sytuacji, rodzina Bojanowskich pielęgnowała tradycje patriotyczne i religijne. Ojciec Edmunda – Walenty, przypłacił swój udział w powstaniu listopadowym konfiskatą ojcowizny. Matka – Teresa z domu Umińska była siostrą generała Jana Nepomucena Umińskiego, bohatera wojen napoleońskich, a później powstania listopadowego z 1831 roku. Była to kobieta głębokiej pobożności, która potrafiła przekazać swoim dzieciom miłość bliźniego, a przed wszystkim trzeźwą pobożność.

Czteroletni Edmund ciężko zachorował. Lekarze nie dawali mu już żadnej szansy. Przyszedł taki moment, że dziecko nie dawało żadnych oznak życia. „Nawet na przyłożonym do jego ust zwierciadle nie występowała najmniejsza para oddechu. Natenczas w żalu nieutulona matka, z osobliwszą jeszcze ufnością klęka i gorące zanosi modły do Matki Boskiej Bolesnej Gostyńskiej, o wskrzeszenie gasnącego dziecięcia”. Błaganie zostało wysłuchane. Z wdzięczności za to cudowne uzdrowienie ofiarowała ona dla kościoła srebrne wotum – Oko Opatrzności, do dziś tam przechowywane. Edmund znał tę historię z ust matki, dlatego też przez całe życie zachował gorące nabożeństwo do swojej Uzdrowicielki.

Około roku 1826 rodzina Bojanowskich przeniosła się do Płaczkowa, oddalonego o 7 km od miasta Dubina. Piękno tamtejszych okolic mocno odbiło się na wrażliwej duszy Edmunda i znalazło wyraz w jego późniejszej twórczości literackiej. Pierwsze nauki Edmund pobierał w domu. Ważną rolę w tej edukacji odegrał ks. Jan Siwicki, gorliwy kapłan i gorący patriota. Gdy wybuchło powstanie listopadowe, ojciec wraz z bratem przyrodnim Teofilem przyłączyli się do powstania. Edmund ze względu na słaby stan zdrowia pozostał w domu. Postanowił wtedy, że będzie służył Ojczyźnie solidną pracą, zdolnościami i swoim majątkiem. Aby to zrealizować wyjechał niebawem na studia do Wrocławia.

W okresie wakacji w roku 1834 przyjechał do Grabonoga. Spędził wtedy wiele czasu przy łożu umierającej matki. Na studia do Wrocławia wrócił z początkiem 1835 roku. Po pomyślnym zakończeniu dwóch semestrów zmuszony był ponownie udać się w rodzinne strony z powodu spraw majątkowych. W tym czasie, dnia 23 marca 1836 roku zmarł w Kołaczkowicach jego ojciec. Po pogrzebie Bojanowski wrócił do Wrocławia, ale nie na długo, bo dalsze studia postanowił kontynuować w Berlinie. Jednak ze względów zdrowotnych przerywał berlińskie studia i po odbyciu dwukrotnej kuracji w Dusznikach wrócił do Księstwa Poznańskiego i zamieszkał ze swym przyrodnim bratem Teofilem Wilkońskim w Grabonogu. W rodzinnych stronach Edmund podjął aktywną działalność społeczną. Prowadził działalność charytatywną. Zajmował się badaniem folkloru wielkopolskiego. W swojej działalności widział konieczność szerzenia oświaty i wychowania moralnego wśród najniższych warstw narodu polskiego i wskazywał, że środkiem osiągnięcia tego celu są czytelnie przy wiejskich szkołach podstawowych, gdzie mieszkańcy mogliby za darmo wypożyczać książki. Bojanowski wypożyczał także książki ze swojej prywatnej biblioteki.

Edmund zdawał sobie sprawę, że lud, a szczególnie dzieci oprócz oświaty potrzebują wychowania moralnego. W tym celu zorganizował w roku 1845 Ochronkę przy Kasynie w Gostyniu. Owocna praca Ochronki została przerwana decyzją władz pruskich. Edmund Bojanowski odczytał to jako znak przynaglający do podjęcia jeszcze innych form działalności. Ożywiony miłością Chrystusa, ofiarnie szedł z pomocą mieszkańcom Wielkiego Księstwa Poznańskiego, które w tamtym czasie doświadczało wielu klęsk. Między innymi region ten nawiedziła epidemia cholery. Edmund poświęcił wszystkie siły, służąc dniem i nocą dotkniętym zarazą. Przynosił im leki, pielęgnował, pocieszał, sprowadzał kapłanów do umierających. Ks. Gieburowski powiedział o nim: „Tam, gdzie nie zdołał wyrwać śmierci ciała, wyrywał przynajmniej duszę z piekła”.

W to wielkie dzieło miłosierdzia Bojanowski chciał zaangażować jak najwięcej ludzi. W tym celu nawiązał kontakt z niektórymi członkami byłego Kasyna i razem powzięli decyzję, żeby budynek Kasyna przeznaczyć na Dom Miłosierdzia i zorganizować tam szpital dla ubogich oraz sierociniec. W celu sprawnego funkcjonowania tej instytucji powołano specjalny Komitet, którego Edmund został sekretarzem. Do Gostynia sprowadzono siostry miłosierdzia, które włączyły się w dzieło zainicjowane przez Bojanowskiego. I tak 21 sierpnia 1849 otwarto Dom Miłosierdzia. Bojanowski napisał statut dla Domu, który nazywał Instytutem. Celem Instytutu była troska o chorych, wychowanie sierot i dzieci z miejskiego przedszkola. Innym zadaniem Instytutu było zawodowe przygotowanie dziewcząt, które ukończywszy 14 lat, do opieki nad chorymi i do funkcji przyszłych wychowawczyń w Ochronkach. Bojanowski widział także niesprawiedliwość społeczną i bolał nad tym. W Dzienniku, 20 listopada 1854 napisał: „Mój Boże, jakże to ci biedacy często z nędzy marnieją, a my myślimy o fetach, imieninach, polowaniach, tylko nie o biednych bliźnich”.

Aby jeszcze skuteczniej pomagać biednym Bojanowski nosił się z zamiarem założenia zgromadzenia zakonnego, które zajęłoby się prowadzeniem ochronek. Pomysł został zrealizowany 3 maja 1850. Powstało wtedy Bractwo Ochronkowe. Pierwsze ochroniarki, nazwane później służebniczkami, nie tworzyły jeszcze zgromadzenia zakonnego, ale były jego zalążkiem. Ochroniarki prowadziły życie wspólnotowe, angażując się w działalność charytatywną, jak wychowanie dzieci oraz posługę chorym i ubogim. Aby jednak ochronki nie stanowiły dla nikogo ciężaru, Bojanowski wprowadził obowiązek pracy służebniczek w posiadłościach właścicieli majątków ziemskich, co stanowiło pierwsze źródło ich utrzymania. Kilka lat później Edmund nadał tej wspólnocie charakter zgromadzenia zakonnego, które później przyjęło nazwę Służebniczek. Według Reguły napisanej przez założyciela, podstawowym celem Zgromadzenia jest „osobiste uświęcenie Służebniczek oraz ich całkowite poświęcenie się Panu. Dla osiągnięcia tego celu Służebniczki służą dzieciom, ubogim i chorym z miłości do Chrystusa, który uniżył samego siebie, postać sługi przyjmując”.

Dzieło Edmunda Bojanowskiego dynamicznie się rozwijało. Za tym kryło się wiele wyrzeczeń i cierpień Błogosławionego. Nie dość, że był słabego zdrowia, to spadały jeszcze na niego przykrości ze strony niektórych duchownych, którzy nie mogli mu darować, że będąc człowiekiem świeckim zakłada zgromadzenie zakonne, pisze regułę dla sióstr zakonnych. Dlatego przyjaciele przekonywali go, że kapłaństwo podniosłoby jego prestiż i oszczędziło mu wielu niepowodzeń w środowisku klerykalnym. Stąd w wieku 55 lat za specjalnym zezwoleniem abpa Mieczysława Ledóchowskiego wstąpił do seminarium duchownego w Gnieźnie. Jednak stale pogarszający się stan zdrowia zmusił go do przerwania studiów. Zapewne spełniały się prorocze słowa abpa Ledóchowskiego o Bojanowskim: „Mam mocne przekonanie, że Bóg tego świętego człowieka chce uświęcić w stanie świeckim”.

W ostatnim okresie życia Edmund Bojanowski stał się bezdomnym. Rodzinna posiadłość została sprzedana z powodu bankructwa. Świecki stan nie pozwalał mu szukać schronienia u sióstr Zgromadzenia, które założył. Wobec tego zamieszkał u swego przyjaciela, ks. Gieburowskiego, proboszcza w Górce Duchownej. Tam też pozostał do końca życia. Na łożu śmierci powiedział księdzu Gieburowskiemu: „Teraz rozumiem, że Bóg chciał, abym w stanie świeckim umierał”. 7 sierpnia 1871 roku na kilka godzin przed śmiercią, gdy przebudził się ze snu zapytano go, czy wezwać księdza z Komunią św. Odpowiedział wtedy: „W tej chwili był Pan Jezus u mnie”. I z uśmiechem dodał „Siostry, ja już jutro nie pójdę do Komunii św., ja już dziś pójdę do Jezusa”. Poprosił je, by odmówiły litanię do św. Józefa i modlitwę o szczęśliwą śmierć. Zmarł w godzinie Apelu Jasnogórskiego. (z książki Wypłynęli na głębię).

 

MIŁOŚĆ DROGĄ DO WIECZNOŚCI

Na Hawajskim Festynie, oczywiście w Nowym Jorku, a nie na Hawajach, jak sugeruje nazwa zrobiłem fotografię jednej z pań. Po niewielkich retuszach na photoshopie posłałem jej fotografię, sądząc, że będzie zadowolona, bo prezentowała się na niej bardzo dobrze. Jakże byłem zaskoczony, gdy w odpowiedzi usłyszałem: „Niech ksiądz coś zrobi na photoshopie, albo wykasuje to zdjęcie”. „Co się stało?” – pytam. Okazało się, że fotografia jest za wyraźna, widać na niej trochę zmarszczek i innych oznak mijającego czasu. Nie lubimy przemijania i jego znaków na naszym ciele. Nie lubimy słyszeć o zbliżającej się starości, uciekamy przed nią na różne sposoby. Stosujemy diety odmładzające, naciągamy skórę w operacjach plastycznych, szprycujemy się różnymi podskórnymi wypełniaczami, które likwidują zmarszczki, farbujemy włosy, zakładamy sztucznie wyglądające peruki. To wszystko jest w porządku, tylko aby w tym nie przesadzić i się wygłupić, jak to niektórzy mówią z przodu muzeum a z tyłu liceum. A najważniejsze to zaakceptować swój wiek, bo każdy okres w naszym życiu może być piękny. Trzeba umieć dziękować Bogu za piękne dzieciństwo, bo niektórzy mieli je bardzo krótkie, umieć dziękować za młodzieńcze lata i porywy młodego serca, pamiętając, że niektórzy tego nie doczekali, umieć dziękować za jesień życia, bo jest ona dopełnieniem całej naszej ziemskiej pielgrzymki. Potrafimy zachwycać się owocami dojrzewającymi jesienią, złotymi liśćmi, które spadają z drzew, a tak trudno nieraz cieszyć się jesienią naszego życia. A przecież Bóg darował nam piękny kwiat wiosny, radość latem dojrzewającego owocu oraz jesień spełnionego plonu i spadającego liścia. Gdy jesienią, jak zloty liść spadać będziemy z drzewa ziemskiego życia, to nie po to, aby zbutwieć na wilgotnej ziemi, ale zmartwychwstać do życia, które przekracza wszelkie wyobrażenie. I to jest piękna symfonia całego naszego życia. Jeśli ktoś chciałby grać tylko wiosenne akordy nigdy nie zazna najgłębszego pokoju i poczucia spełnionego życia.

Gdy mówimy o przemijaniu i dyskomforcie jakie niesie wiek dojrzały, to gdzieś tam w tle czai się lęk przed śmiercią, z którą człowiek musi się zmierzyć, aby cieszyć się pięknem stworzonego świata, nad którym nie unosi się nierozwikłane fatum śmierci. Nie jest to problem tylko wieku podeszłego. Jest to problem całego naszego życia. Tylko człowiek naiwny i głupi sądzi, że to nie jest jego problem. Sadzę, że moja mama uśmiechnie się z wysokości nieba, gdy wspomnę naszą rozmowę, w ogrodzie szpitalnym, kiedy toczyła śmiertelną walkę z nowotworem. Przeczuwając zbliżający się koniec powiedziała mi, że, gdy była młoda w ogólnie nie odnosiła do siebie myśli o swojej śmierci, umierali sąsiedzi zza płotu, starsi z rodziny lub ktoś inny. W ogrodzie szpitalnym dojrzewała myśl o wieczności. Martwiła się, że chudnę, towarzysząc jej w chorobie, do siostry powiedziała, aby spakowała dla mnie pościel, kołdrę, którą zrobiła z myślą o mnie. Jej ostanie dni były posumowaniem życia i przygotowaniem do wieczności. Kolejkę do wieczności, najczęściej ustalamy według metryki urodzenia. Ale to kto inny ustawia tę kolejkę i wcale nie bierze pod uwagę naszych metrykalnych zapisów, aby się o tym przekonać wystarczy pospacerować cmentarnymi alejkami. Jak jesienny liść spadając z drzewa doświadczymy tajemnicy, o której w poetycki sposób pisał ks. Jan Twardowski: „Przygasnę przy ołtarzu iskierka przy iskierce / zostaną tylko buty jak przydeptane serce / Lampka wieczna jak lizak czerwony / lub policzek żołnierza, który gra na trąbce / Msza się dzieje. Matka Boska mnie trzyma / jak niezdarną bańkę na słomce”.

Może będziemy jak ta „niezdarna bańka na słomce”, ale gdy tę „niezdarność” zawierzymy Bogu, wtedy On obdarzy nas mocą przekuwania doczesności w wieczność. On ze swoją mocą jest zawsze przy nas. Trzeba Go tylko zauważyć. Pięknie pisze o tym polski poeta Leopold Staff: „Wyszedłem szukać Ciebie o świcie i w trwodze / Nie znajdując myślałem, żem szedł drogą kłamną; / I spotkałem Cię, kiedym odwrócił się w drodze, / Bowiem przez całe życie krok w krok szedłeś za mną. / Wędrowałem dzień cały pod cienia ciężarem, / W chłodziem południe minął, by oto u końca / Płonąć Tobą, o zmierzchu mym, czerwonym żarem, / Jako wieczorna rzeka o zachodzie słońca”. Wystarczy się obejrzeć wokoło, aby dostrzec i usłyszeć Tego, który ukazując drogę do wieczności mówi do nas przez Mojżesza: „Będziesz słuchał głosu Pana, Boga swego, przestrzegając Jego poleceń i postanowień zapisanych w księdze tego Prawa; wrócisz do Pana, Boga swego, z całego swego serca i z całej swej duszy”. Jezus rzuca nowe światło na tę prawdę, odpowiadając na pytanie uczonego w Prawie: „Nauczycielu, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne?” Kolejne pytanie, Jezus tak stawia, że uczony w Prawie sam sobie odpowiada: „Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją duszą, całą swoją mocą i całym swoim umysłem; a swego bliźniego jak siebie samego”. Co Jezus podsumował słowami: „Dobrze odpowiedziałeś. To czyń, a będziesz żył”.

Miłość Boga nie budziła żadnych wątpliwości. Problem zaczynał się, gdy była mowa o bliźnim: „A kto jest moim bliźnim?”- zapytał uczony w Prawie. Pytanie to możemy sformułować inaczej: „Kogo mam kochać?” Jezus odpowiada, że wszystkich, a czyni to przez przypowieść o dobrym Samarytaninie. Przy drodze leżał obrabowany i poraniony przez zbójców Żyd. Błagał o pomoc. Minęli go wszyscy, którzy powinni udzielić pomocy. Obojętnie minęli go jego rodacy, kapłani… . Pomocy zaś udzielił Samarytanin. A trzeba wiedzieć, że Samarytanie i Żydzi gardzili sobą. I to jest miara miłości, którą stawia przed nami Chrystus. Jest to miłość wymagająca, od której człowiek się wykręca nieraz mówiąc, że ten człowiek nie zasługuje na naszą miłość. Miłość to coś więcej niż uczucie, często zredukowanie do przyjemnych stanów emocjonalnych. Miłości towarzyszy przyjemne uczucie, ale to nie oznacza, że miłość jest samym uczuciem, które niesie tylko przyjemność. Prawdziwa miłość, której każdy z nas chciałby doświadczyć na własnej skórze, to troska o drugiego człowieka, każdego człowieka. Oczywiście ta troska przybiera różną formę w zależności od naszej odpowiedzialności za drugiego człowieka. Inaczej ona się wyraża w miłości własnego dziecka, a jeszcze inaczej do bezdomnego na ulicy. Inaczej, ale nie wyklucza nikogo, bo każdy jest naszym bliźnim. Kochać to tak być obecnym w życiu bliźniego, tak postępować wobec niego, aby to służyło jego rozwojowi, by wprowadzało go w świat dobra, prawdy i piękna. Miłość wyraża się poprzez konkretne działanie. Miłość zaczyna się we wnętrzu człowieka, w jego sposobie bycia i prowadzi do słów i do czynów, które przybierają konkretny kształt w naszej codzienności.

Droga miłości Boga i bliźniego jest źródłem wewnętrznego pokoju i radości, nawet wtedy, gdy na podobieństwo jesiennego liścia, w tanecznym korowodzie spadać będziemy z drzewa ziemskiego życia. Doświadczył tego św. Alojzy Gonzaga, który przed swoją śmiercią pisał do matki: „Zresztą nasza rozłąka nie będzie długa. W niebie zobaczymy się znowu. Złączeni na wieki z naszym Zbawicielem, rozradowani szczęściem wiecznym, ze wszystkich sił będziemy Go chwalić i na wieki sławić Jego miłosierdzie. Bóg odbiera nam swój dar tylko po to, aby umieścić go w pewniejszym i bezpieczniejszym miejscu, a ofiarować nam to, czego sami zapragniemy. Wszystko to piszę, ponieważ gorąco pragnę, abyś Ty, Dostojna Pani, i cała w ogóle rodzina, uważała moją śmierć za radosne wydarzenie, abyś towarzyszyła mi matczynym błogosławieństwem wtedy, gdy będę przemierzał ową drogę, aż dojdę do brzegu, gdzie się mieszczą wszystkie moje nadzieje. Piszę to tym chętniej, iż niczym innym nie zdołam okazać bardziej miłości, którą winienem Tobie jako syn wobec matki” (Kurier Plus, 2014).

 

MIŁOŚĆ DROGĄ DO WIECZNOŚCI

Jezus odpowiadając na pytanie uczonego w Prawie odnośnie bliźniego opowiedział przypowieść o dobrym Samarytaninie”. Pewien człowiek schodził z Jerozolimy do Jerycha i wpadł w ręce zbójców. Ci nie tylko że go obdarli, lecz jeszcze rany mu zadali i zostawiwszy na półumarłego, odeszli. Przypadkiem przechodził tą drogą pewien kapłan; zobaczył go i minął. Tak samo lewita, gdy przyszedł na to miejsce i zobaczył go, minął. Pewien zaś Samarytanin, będąc w podróży, przechodził również obok niego. Gdy go zobaczył, wzruszył się głęboko: podszedł do niego i opatrzył mu rany, zalewając je oliwą i winem; potem wsadził go na swoje bydlę, zawiózł do gospody i pielęgnował go (…). Któryż z trzech okazał się według twego zdania bliźnim tego, który wpadł w ręce zbójców? On odpowiedział: ‘Ten, który mu okazał miłosierdzie’. Jezus mu rzekł: ‘Idź i ty czyń podobnie!’”

A oto inna prawdziwa historia o dobrym Samarytaninie, która miała miejsce w dzisiejszych czasach. Opisał ją Nicholas Kristof na łamach New York Times. Teresa Todd jest samotną matką, wychowującą dwóch nastoletnich synów. Pracuje jako prawnik w zachodnim Teksasie. Pewnej zimowej nocy, jadąc do domu Teresa zauważyła przy autostradzie trójkę zdesperowanych młodych ludzi z Ameryki Południowej, którzy gorączkowo machali rękami, starając się zatrzymać przejeżdżający samochód. Jednak żaden z nich się nie zatrzymał. Teresa kierując się współczuciem przezwyciężyła strach zatrzymała się. Było to rodzeństwo: dwóch braci w wieku 20 i 22 lat oraz ich 18-letnia siostra Esmeralda. Uciekali oni przed przemocą w swoim rodzinnym Salwadorze, a następnie w Gwatemali, gdzie zamordowano ich przyjaciół, a przywódca gangu chciał, aby Esmeralda była jego kochanką.

Teresa zaprosiła ich do samochodu, aby się rozgrzali. Byli głodni i odwodnieni. Esmeralda miała problemy z nerkami i to odwodnienie było dla niej śmiertelnym zagrożeniem. Teresa zaczęła gorączkowo wysyłać SMS-y do znajomych, aby uzyskać poradę, jak uzyskać opiekę medyczną dla Esmeraldy. W czasie tej czynności zastępca szeryfa i oficer Straży Granicznej zatrzymali się za jej samochodem. Po kontroli aresztowali Teresę i na trzy godziny zatrzymali w celi, a jej mienie skonfiskowali. Esmeralda została przewieziona do szpitala, gdzie spędziła cztery dni. Obecnie ona i jej rodzeństwo są w areszcie.

Teresa narażając się udzieliła pomocy, która uratowała życie chorej Esmeraldy, ale za to szlachetne i współczujące serce została aresztowana. Nie jest także pewna, czy będzie w stanie zapłacić kary za udzielenie pomocy nielegalnym emigrantom. Jednak Teresa nie żałuje swego czynu: „Jestem matką i zobaczyłam młodego mężczyznę, który wyglądał tak samo jak mój nastoletni syn. Jeśli mój syn byłby w podobnej sytuacji, na poboczu drogi, chciałbym, żeby ktoś mu pomógł. To wydarzenie ma jakiś surrealistyczny wymiar, ponieważ uczyniłam to, czego uczyli mnie moi rodzice, oraz kościół i za to zostałam ukarana. Uważam za słuszne pomaganie bliźniemu niezalenie od jego sytuacji prawnej. Siedzę w celi, bo trudno było mi zamknąć oczy na cierpienie bliźniego. Jestem po prostu matką, która widzi dziecko w potrzebie i zatrzymałam się, aby pomoc…”.

Dobrzy Samarytanie żyją wśród nas. Możemy ich rozpoznać po czynach bezinteresownej miłości i dobroci, które nieraz wiążą się z ryzykiem osobistej utraty, tak jak w przypadku Teresy; więzienie i wysokie kary materialne. Bezduszne prawa, etykiety, stereotypy nie przeszkadzają dobrym Samarytanom rozpoznać w człowieku doświadczającym różnych trudności dziecka bożego w potrzebie. Wierzą oni, że Bóg ich wzywa, aby przekraczali wszelkie przeszkody w niesieniu pomocy bliźniemu, tak jak Ewangeliczny Samarytanin, który jest uosobieniem ewangelicznej miłości, ucieleśnieniem ewangelicznej wizji ludzkości jako bożej wspólnoty braci i sióstr, dzielących tę samą świętą godność dzieci bożych.

Miłość samarytańska nie tylko karmi głodnych, ale także wynosi na ołtarze świętości, jak to było w przypadku Darwina Ramosa. Chłopiec nie chodził do szkoły, lecz wraz ze swą młodszą siostrą zbierał na ulicach i sprzedawał plastikowe odpady, pomagając w ten sposób rodzicom w utrzymaniu rodziny. Gdy choroba Duchenne’a – dystrofia mięśniowa, powodująca osłabienie, a w końcu zanik mięśni – uniemożliwiła mu tę pracę, ojciec zanosił go na pobliską stację metra Libertad, by żebrał o jałmużnę. Za zebrane przez syna pieniądze ojciec często kupował alkohol. Gdy miał 12 lat, żebrzący Darwin został zauważony przez wolontariuszy fundacji Anak-Tulay ng Kabataan, która od 1998 r., z inicjatywy francuskiego misjonarza o. Matthieu Daucheza opiekuje się dziećmi ulicy w Manili. Chłopiec został umieszczony w ośrodku fundacji w Quezon City i tam „odkrył miłosierną miłość Boga”. Przyjął chrzest, bierzmowanie i pierwszą komunię. Od tej pory wiara stała się jego siłą w znoszeniu choroby, którą nazywał swą misją. Jego koledzy, dzieci ulicy wspominają, że najczęściej słyszeli od niego: „Dziękuję” i „Kocham Cię”. Nieustannie powierzał się Jezusowi.

Ostatni tydzień jego życia, spędzony w szpitalu dziecięcym w Quezon, był naznaczony ogromnym bólem fizycznym. Jego agonia była duchową walką. Jednocześnie nie przestawał mówić o pokoju danym przez Boga i dziękować tym, którzy się nim opiekowali. Zmarł w niedzielę 23 września 2012 r., zanim skończył 18 lat. Ordynariusz diecezji Cubao – Honesto Ongtioco wszczął starania o rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego na prośbę Stowarzyszenia Przyjaciół Darwina Ramosa. Darwin, będąc dzieckiem ulicy, chorym na miopatię, był ściśle zjednoczony z Chrystusem w swoich cierpieniach i radościach – podkreśla hierarcha, którego diecezja obejmuje wschodnie przedmieścia Manili. Kongregacja Spraw Kanonizacyjnych wyraziła zgodę na rozpoczęcie przez filipińską diecezję Cubao procesu beatyfikacyjnego Darwina Ramosa, dziecka ulicy, żyjącego w slumsach Pasay w Manili.

O taką samarytańska miłość módlmy się wraz z siostrą Faustyną: „Dopomóż mi, Panie, aby oczy moje były miłosierne, bym nigdy nie podejrzewała i nie sądziła według zewnętrznych pozorów, ale upatrywała to, co piękne w duszach bliźnich i przychodziła im z pomocą. Dopomóż mi, Panie, aby słuch mój był miłosierny, bym skłaniała się do potrzeb bliźnich, by uszy moje nie były obojętne na bóle i jęki bliźnich. Dopomóż mi, Panie, aby język mój był miłosierny, bym nigdy nie mówiła ujemnie o bliźnich, ale dla każdego miała słowo pociechy i przebaczenia. Dopomóż mi, Panie, aby ręce moje były miłosierne i pełne dobrych uczynków, bym tylko umiała czynić dobrze bliźniemu, przyjmować na siebie cięższe i mozolniejsze prace. Dopomóż mi, Panie, aby nogi moje były miłosierne, bym zawsze spieszyła z pomocą bliźnim, opanowując swoje własne znużenie i zmęczenie. (…) Dopomóż mi, Panie, aby serce moje było miłosierne, bym czuła ze wszystkimi cierpieniami bliźnich. O Panie, pragnę się cała przemienić w miłosierdzie Twoje i być żywym odbiciem Ciebie. Niech ten największy przymiot Boga, to jest niezgłębione miłosierdzie, przejdzie przez serce i duszę moją do bliźnich. (…). Niech odpocznie miłosierdzie Twoje we mnie, o Panie mój” (Kurier Plus, 2019).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *