23 Lip

18 niedziela zwykła Rok C

 

STRZEŻCIE SIĘ WSZELKIEJ CHCIWOŚCI

Ktoś z tłumu powiedział do Jezusa: „Nauczycielu, powiedz mojemu bratu, żeby się podzielił ze mną spadkiem”. Lecz On mu odpowiedział: „Człowieku, któż Mię ustanowił sędzią albo rozjemcą nad wami?”. Powiedział też do nich: „Uważajcie i strzeżcie się wszelkiej chciwości, bo nawet gdy ktoś opływa we wszystko, życie jego nie jest zależne od jego mienia”. I powiedział im przypowieść: „Pewnemu zamożnemu człowiekowi dobrze obrodziło pole. I rozważał sam w sobie: »Co tu począć? Nie mam gdzie pomieścić moich zbiorów «. I rzekł: »Tak zrobię: zburzę moje spichlerze, a pobuduję większe i tam zgromadzę wszystko zboże i moje dobra. I powiem sobie: Masz wielkie zasoby dóbr, na długie lata złożone; odpoczywaj, jedz, pij i używaj«”. Lecz Bóg rzekł do niego: „Głupcze, jeszcze tej nocy zażądają twojej duszy od ciebie; komu więc przypadnie to, coś przygotował?”. Tak dzieje się z każdym, kto skarby gromadzi dla siebie, a nie jest bogaty przed Bogiem (Łk 12,13-21).

Biblijny mędrzec Kohelet stawia pytanie, jaka jest droga do prawdziwego szczęścia. Odwołując się do własnych przeżyć stwierdza, że prawdziwego szczęścia nie przynoszą ani bogactwa, ani sława, ani nieograniczone używanie rozkoszy, ani też tak bardzo wysławiana mądrość. Jak refren w całej jego księdze powtarzają się słowa: „Marność nad marnościami, powiada Kohelet, marność nad marnościami- wszystko marność”. Mimo to Kohelet nie popada w beznadziejny pesymizm. W dobrach materialnych widzi dary boże, które mogą być źródłem radości. Radzi jednak korzystać z nich roztropnie, mając przy tym na uwadze, że ze wszystkiego trzeba będzie kiedyś zdać sprawę Bogu.

Prawie trzysta lat później jeden ze słuchaczy prosi Chrystusa, aby rozstrzygnął jego spór majątkowy z bratem. Takie spory często mają podtekst chciwości. A że Chrystus czytał w sercu i myśli człowieka, dlatego w odpowiedzi nie rozstrzyga rodzinnego sporu o majątek, ale poucza, jaki powinien być stosunek człowieka do dóbr materialnych oraz na jakie niebezpieczeństwo wystawia się człowiek przez niewłaściwy stosunek do rzeczy materialnych. Mówi o tym w sposób bardzo obrazowy przez przypowieść, która w zasadzie nie wymaga komentarza, mimo że od tamtego czasu minęło już prawie dwa tysiące lat.

A zatem zamiast komentarza przytoczę historię, która brzmi jak przypowieść, ale nią nie jest. Jest to prawdziwa historia z naszego polonijnego życia. Zapewne wielu będzie mogło odnieść ją do życia swoich znajomych tak jak to bywało z poprzednimi historiami, jakie opisywałem w ramach „Słowa na niedzielę”.

Mariusz wyglądał na najpracowitszego człowieka na świecie i najbardziej oszczędnego, czy raczej skąpego. Przyjechał do Nowego Jorku z Polski kilkanaście lat temu. Może się wydawać, że wszystko w porządku. Pracowitość to pozytywna cecha, a ze skąpstwem da się żyć. Oczywiście dałoby się z tym wszystkim żyć, gdyby to nie było podszyte nadmierną chciwością. Mariusz pracował od świtu do nocy. Zaniedbał życie towarzyskie. Chyba w ogólnie w tym czasie nie miał w ręku książki. Gazety tak, ale czytał je tylko na stronie z ogłoszeniami o pracę. Zasypiał zmęczony przy włączonym telewizorze. Oszczędzał na wszystkim, na czym się dało. Także na jedzeniu, co miało negatywny wpływ na jego zdrowie. Do kościoła uczęszczał do czasu znalezienia dodatkowej, dobrze płatnej pracy w niedzielę. Chyba jedyną jego radością było ciągle powiększające się konto w banku. W niedługim czasie kupił jeden dom, później drugi i trzeci. W zasadzie mógłby już utrzymać się z tych inwestycji. Cieszyć się życiem. Ale nie, Mariusz uważał, że musi jeszcze wiele odłożyć, a wtedy dopiero będzie miał czas na korzystanie z życia i na ewentualne odmawianie „różańców”. Na jedno i na drugie zabrakło mu czasu. Pewnego ranka znaleziono martwego Mariusza w fotelu, przy włączonym telewizorze z niedopitą butelką piwa. W jego życiu spełniły się słowa ewangelicznej przypowieści: „Głupcze, jeszcze tej nocy zażądają twojej duszy od ciebie; komu więc przypadnie to, coś przygotował?”.

Zapewne w oparciu o takie obserwacje wielki pisarz rosyjski Tołstoj napisał opowiadanie o rolniku, który pałał żądzą posiadania ziemi. Za oszczędzone pieniądze kupił jej 20 hektarów. Był szczęśliwy. Ale niedługo. Pragnął jeszcze więcej. Nadarzyła się taka okazja. Sprzedał posiadaną ziemię i w innym regionie, za te pieniądze kupił 40 hektarów. Niedługo był jednak szczęśliwy. Pragnął jeszcze więcej. Pewnego razu odwiedził go nieznajomy i powiedział, że w górskiej krainie żyje plemię, u którego można kupić dużo ziemi za niewielką sumę. Już następnego dnia zjawił się ów rolnik u szefa tego plemienia, który powiedział, że za 1000 rubli otrzyma tyle ziemi, ile jest w stanie obejść w ciągu dnia. Jednak przed zachodem słońca powinien znaleźć się w punkcie wyjścia. Podekscytowany rolnik nie mógł spać. A gdy ukazało się słońce wyruszył w drogę. Prawie biegł, zapomniał o czasie, chciał zatoczyć jak największy krąg. Aż nagle, ku swemu przerażeniu spostrzegł, że słońce chyli się ku zachodowi. Ostatkiem sił zaczął biec, aby dotrzeć do punktu wyjścia. Aż w końcu padł twarzą ku ziemi. „Gratuluję” – powiedział szef plemienia- nikt przed tobą nie potrafił obejść tyle ziemi.” Rolnik jednak milczał. Odwrócono go na wznak. Był martwy.

Zarówno według mędrca Koheleta jak i Jezusa dobra materialne są pożyteczne, lecz chciwość rzeczy materialnych sprawia, że obracają się one przeciw człowiekowi. Zasłaniają wymiar duchowy człowieka i przesłaniają Boga, w którym człowiek odnajduje swoją pełnię. Jeśli zredukujemy życie człowieka do wymiaru jego posiadłości i pozycji społecznej, wtedy czynimy go uboższym o wartości, dla których warto żyć. Wartości takich jak: Bóg, miłość, przyjaźń, dobro sąsiedztwo, nadzieja przyszłości pomimo śmierci. Redukcja człowieka do wymiaru materialnego jest zaprzeczeniem jego istotnej wartości. Wartość człowieka nie może być mierzona wielkością konta bankowego.

Pracujemy, aby żyć, ale praca nie jest istotą naszego życia. Potrzebujemy pieniędzy, ale one nie mogą się stać celem naszego życia. Jeśli praca, pieniądze, nasza pozycja społeczna stają się ważniejsze niż rodzina, przyjaciele, nasze życie duchowe, religijne możemy być pewni, że jesteśmy na złej drodze, u kresu, której możemy usłyszeć słowa: „Głupcze, jeszcze tej nocy…” Bo tak się dzieje z tymi, którzy nie są bogaci przed Bogiem (z książki Nie ma innej Ziemi Obiecanej).

 

BOGACI PRZED BOGIEM

Marność nad marnościami, powiada Kohelet, marność nad marnościami – wszystko jest marnością. Jest nieraz człowiek, który w swej pracy odznacza się mądrością, wiedzą i dzielnością, a udział swój musi on oddać człowiekowi, który nie włożył w nią trudu. To także jest marność i wielkie zło. Cóż bowiem ma człowiek z wszelkiego swego trudu i z pracy ducha swego, którą mozoli się pod słońcem? Bo wszystkie dni jego są cierpieniem, a zajęcia jego utrapieniem. Nawet w nocy serce jego nie zazna spokoju. To także jest marność (Koh 1, 2; 2, 21-23).

Ktoś z tłumu poprosił Jezusa o mediacje w sporze majątkowym. Lecz Jezus nie chce brać w nim udziału. Wykorzystuje jednak tę sytuację, aby pouczyć zebranych, że człowiek żyje także dla innych wartości niż majątek i pieniądze. Przestrzega również przed niebezpieczeństwem, jakie niesie chciwość -nadmierne pragnienie bogactwa. Bogactwo nie decyduje o istotnej jakości życia.

Następnie Jezus przytacza przypowieść o człowieku, który gromadził bogactwa myśląc sobie, że gdy wiele zgromadzi wtedy będzie mógł powiedzieć: „Masz wszelkie zasoby dóbr, na długie lata złożone; odpoczywaj, jedz, pij i używaj”. Przypowieść kończy się ostrzeżeniem. “Lecz Bóg rzekł do niego: Głupcze jeszcze tej nocy zażądają twojej duszy od ciebie; komu więc przypadnie to, coś przygotował. Tak dzieje się z każdym, kto skarby gromadzi dla siebie, a nie jest bogaty przed Bogiem”.

W roku 1923 w Chicago, w hotelu Edgewater Beach odbyło się bardzo ważne spotkanie. Brali w nim udział: prezes największych zakładów metalowych, prezes największe firmy komunalnej, prezes największej firmy gazowej, prezes nowojorskiej giełdy akcyjnej i wielu innych, najbogatszych ludzi ówczesnych czasów. Jaki był ich los po 25 latach? Prezes największych zakładów metalowych Charles Schwab zmarł jako bankrut. Prezes największej firmy komunalnej Samuel Insull umarł bez grosza w kieszeni. Prezes największej firmy gazowej Howard Hobson zakończył swe życie w obłędzie. Prezes nowojorskiej giełdy akcyjnej Richard Whitney zakończył swą działalność w więzieniu. Prezes banku Leon Fraser popełnił samobójstwo. Prezes największych monopoli Ivar Kruegar popełnił samobójstwo. Nie jest to koniec tej tragicznej listy. Wystarczy to jednak, aby uświadomić sobie jak bardzo aktualne jest także dzisiaj ostrzeżenie Jezusa przed nadmiernym pokładaniu ufności w bogactwach.

Bardzo osobiście doświadczają tej prawdy ci, którzy w czasie wizyty u lekarza słyszą: jest to złośliwy nowotwór, zostało panu tylko trzy miesiące życia. Taka diagnoza jest tragiczna dla każdego. Jednak dla człowieka, który całkowicie pokładał swoją ufność w bogactwach nie ma już żadnej nadziei. A ten, który jest bogaty przed Bogiem, przez wielki ból przedziera się tam, gdzie rodzi się nadzieja, za która kryje się nowa rzeczywistość, ponieważ dla tych, którzy przed Bogiem są bogaci życie zmienia się, ale się nie kończy (z książki Ku wolności).

 

BYĆ BOGATYM PRZED BOGIEM

Ewa po nieudanym i stresującym dniu, aby poprawić sobie humor często wybiera się na zakupy. Kupuje bez pamięci. W czasie kupowania zapomina o wszystkich problemach. Cieszy ją samo kupowane. Gdy wraca do domu, często stwierdza, że większość rzeczy, które kupiła, prawdę mówiąc nie jest jej potrzebna. Ale to nie problem. Można je oddać i znowu razem wyruszyć na zakupy. Tej historii nie wymyśliłem, opowiedziała mi ją jedna z pań. Jest to zjawisko dosyć często spotykane w dzisiejszym świecie. Zakupy, bogactwo traktowane są jako antidotum na nasze problemy. Co gorsze, usiłujemy na tej drodze zaspokoić potrzeby duchowe lub rozwiązać problemy tej samej natury. Pustki duchowej, utraty sensu życia, poczucia osamotnienia, braku miłości nie rozwiążą zakupy, chociażby najokazalsze, nie rozwiąże gromadzenie dóbr materialnych. Najwyżej można na chwilę od nich uciec, zapomnieć, ciesząc się nabytą rzeczą, zabawką. Ale po chwili problemy powrócą ze zdwojoną mocą. Można je rozwiązać tylko przez nabywanie bogactw, które mają wartość w oczach Boga.

Te sprawy porusza w swojej książce pt. „Sen” wybitny pisarz angielski Herbert G. Wells. Opisuje on utopijną społeczność ludzką, żyjącą w szczęściu i pokoju. Autor pisze, że działo się to wiele lat temu, ale tak naprawdę jest to historia o człowieku współczesnym. Na ulicy pełnej sklepów, których witryny wystawowe kuszą najrozmaitszymi towarami dostrzega przyjaciół, o których pisze: „Aż trudno sobie wyobrazić, jak ważną rzeczą w życiu tych ludzi jest kupowanie. W ich domach znajdziesz ogromne ilości bezużytecznych rzeczy, które zaśmiecają dom. Kupiono je tylko dla samego kupowania. Ci ludzie spędzają całe godziny, kupując niepotrzebne ubrania, bezużyteczne przedmioty na stół, na podłogę, na ścianę. Ta mania kupowania traktowana jest jako wyznacznik sukcesu życiowego. Miarą spełnienia życiowego jest dla nich możliwość nabywania coraz to nowych rzeczy. Daje to im poczucie własnej wartości”. Wizja Wellsa pozostaje nadal aktualna. Wielu uważa, że miarą spełnienia życiowego jest możliwość nabywania jak najwięcej dóbr materialnych. Kupowanie jest pewną formą terapii. Wyprawy na zakupy wyglądają nieraz jak religijne pielgrzymki. Niedzielne zakupy zastępują niektórym kościoły. Ale w tych sklepach nie znajdziemy dobór, które zaspakajają najgłębsze potrzeby ludzkiego ducha. Te potrzeby zaspokaja Ktoś inny i w innym miejscu.

Jest to problem, który przewija się wielokrotnie na kartach Biblii. Kohelet, mędrzec biblijny doświadczył w swoim życiu zaszczytów, sławy i bogactw. A gdy przyszło mu podsumować życie napisał o tym wszystkim: „Marność nad marnościami, powiada Kohelet, marność nad marnościami, wszystko marność”. Po wielu doświadczeniach życiowych stwierdza, że świat daje człowiekowi bardzo wiele, ale gdy on zasklepi się w świecie rzeczy materialnych, to wtedy wszystko staje się marnością. W zakończeniu swej księgi Kohelet daje taką radę: „Boga się bój i przykazań Jego przestrzegaj, bo cały w tym człowiek”. I tak pośrednio Kohelet dotyka istoty bogactwa i biedy. Biedny to ten, który całą swoją nadzieję złożył w dobrach materialnych, które, gdy przyszło podsumować życie okazały się marnością. Stał się biedakiem, który całe życie gonił za nicością. Zaś ten, kto w Bogu złożył nadzieję i w duchu Jego przekazań wykorzystywał dobra materialne stał się bogaty przed Bogiem. Mówi o tym zacytowana na wstępie Ewangelia. Zamożnemu człowiekowi obrodziło pole. Poczuł się bogaty, pewny siebie. Postanowił zbudować dodatkowe spichlerze i złożyć w nich swoje bogactwa, aby korzystać z nich przez długie lata. A wtedy Bóg powiedział do niego: „Głupcze, jeszcze tej nocy zażądają twojej duszy od ciebie; komu więc przypadnie to, coś przygotował?” A Chrystus dodał: „Tak dzieje się z każdym, kto skarby gromadzi dla siebie, a nie jest bogaty u Boga”. Ewangeliczny bogacz stał się biedny i nazwany głupcem, bo myślał tylko o sobie, gromadził skarby tylko dla siebie. A gdyby wzniósł myśl do Boga, dziękując za otrzymane dary zrozumiałby, że te dobra nie należą tylko do niego. I byłby to początek bogacenia się przed Bogiem.

Dla ilustracji powyższych rozważań, bez intencji ostatecznego osądzania przypomnę historię Johna G. Wendela i jego sześciu sióstr. Byli oni uważani za jednych z najbardziej skąpych mieszkańców Nowego Jorku. Po rodzicach odziedziczyli olbrzymi majątek. Wydawali bardzo mało. Skąpili na wszystkim. Przez pięćdziesiąt lat nie słyszano o jakiejkolwiek ich działalności charytatywnej. Cały swój majątek zachowali dla siebie. Pod wpływem brata, który kierował się wyrachowaniem, siostry nigdy nie wyszły za mąż. Przez pięćdziesiąt lat żyli w jednym mieszkaniu w Nowym Jorku. W roku 1931 zmarła ostatnia siostra. Jej majątek oszacowano 100 milionów dolarów. Jak na tamte czasy była to zawrotna suma. Jak się okazało, zmarła miała tylko jedną sukienkę przez siebie uszytą, którą używała przez dwadzieścia pięć lat. Jakże ubogie było ich życie podporządkowane materialnym bogactwom. W tym miejscu trudno się powstrzymać od zacytowania słów Chrystusa: „Tak dzieje się z każdym, kto skarby gromadzi dla siebie, a nie jest bogaty u Boga”.

Gromadzenie skarbów przed Bogiem, to nie tylko wychodzenie naprzeciw ludziom w biedzie materialnej. Jest bieda innego rodzaju, o której mówi błogosławiona Matka Teresa z Kalkuty. Przed laty przyjechała ona do Stanów Zjednoczonych, aby założyć misyjne centrum swojego Zgromadzenia. W czasie jej pobytu ktoś ją zapylał, jak postrzega Stany Zjednoczone. Powiedziała wtedy, że jest zaskoczona wielką liczbą udręczonych i nieszczęśliwych, zamieszkujących ten kraj. Nie wszystkim podobała się ta wypowiedź. Stąd też Matka Teresa pośpieszyła z wyjaśnieniem: „Mieszkańcy Indii cierpią biedę materialną. Brakuje im do życia chleba, ryżu. Umierają z głodu. Zaś w Stanach Zjednoczonych, niedostatki są innego rodzaju. Jest nim ubóstwo duchowe. Spotkałam bowiem wielu ludzi bezdomnych, samotnych, których nikt nie odwiedza w domach opieki społecznej, ludzi kupujących rzeczy, których nie potrzebują, a które mają im zastąpić brak miłości. To jest najgorszy rodzaj ubóstwa i biedy”.

Zakończę te rozważania słowami anonimowego autora: „Miarą naszego bogactwa nie są rzeczy mierzone sumą pieniędzy, ale wartości, których nie możemy sprzedać za pieniądze”. Skarby gromadzone przed Bogiem są nie wymienialne na pieniądze. (z książki W poszukiwaniu mądrości życia).

 

ŚWIĘTA MAŁGORZATA Z KORTONY

Dobra materialne i przyjemności tego świata mają przemożny wpływ na życie człowieka. Pismo święte nie potępia ani jednego ani drugiego. Ostrzega tylko przed zdominowaniem naszego życia przez te wartości. Człowiek stworzony jest na obraz Boży, a ostatecznym celem jego życia jest chwała wieczna. Ten cel przesłania człowiekowi nieopanowana żądza posiadania dóbr materialnych i nieumiarkowana pogoń za przyjemnościami. Te wartości winny być wprzęgnięte w dążenie człowieka do celu wyznaczonego przez Boga. Doświadczenie śmierci jest nieraz zimnym kubłem wody na rozgorączkowaną różnymi żądzami głowę. Dobrze nieraz usłyszeć: „Głupcze, jeszcze tej nocy zażądają twojej duszy od ciebie”. Świadomość śmierci nieraz w dramatyczny sposób staje na drodze przemiany grzesznika w świętego. Tak było w życiu św. Małgorzaty z Kortony.

Święta była córką biednego toskańskiego wieśniaka we Włoszech. Przyszła na świat w roku 1247. Ubodzy rodzice żyli pobożnie i uczciwie i te wartości starali się przekazać swojej córce. Gdy Małgorzata miała 7 lat zmarła jej matka. Ojciec ożenił się powtórnie. I wtedy zaczęły problemy z macochą, która nie akceptowała pasierbicy. Problem narastał z latami. Małgorzata czuła się w domu coraz gorzej i szukała sposobności, aby się z niego wyrwać. Niepospolita uroda młodej dziewczyny przysparzała jej wielu adoratorów. Jednym z nich był bogaty kupiec z miasta Montepulziano. Perspektywa zostania wielką panią w bogatym domu i boku kochanego człowieka spowodowały, że w wieku szesnastu lat, zapominając o Bogu i dobrej sławie opuściła potajemnie dom rodzicielski i zamieszkała w domu kupca. Nie mogąc zostać jego żoną, ku zgorszeniu całej okolicy została jego kochanką.

Taka sytuacja trwała 9 lat. Aż przyszedł dzień, który na zawsze odmienił życie młodej i pięknej kobiety. Owego dnia, zaniepokojona Małgorzata wyruszyła na poszukiwanie swego kochanka, gdy ten nie wracał z podróży w spodziewanym czasie. Niedaleko za miastem podbiegł do niej pies kupca, chwycił ją za spódnicę i wyjąc zaprowadził ją do sterty gałęzi, które usiłował rozgrzebać. Małgorzata zaczęła gorączkowo zrzucać gałęzie i wtedy ku swemu przerażeniu zobaczyła rozkładające się zwłoki swego kochanka. Przestrach, przerażenie i rozpacz wypełniły jej serce. Jak skamieniała wpatrywała się w zwłoki, a w sercu słyszała głos, który jej mówił: „Ach! Jakże to się kończy rozkosz ziemska. Oto, Małgorzato, przypatrz się ulubionemu, kochaj go teraz, jeśli możesz, kochaj teraz te rozkładające się zwłoki, dla których wzgardziłaś Bogiem i ojcem. Gdzież jest teraz jego dusza, która siebie kochała więcej, aniżeli Boga? Czemuż i ja nie pokutuję z nim razem w takim samym ogniu? Najlitościwszy Boże rozumiem głos łaski Twojej! Ty mi udzielasz czasu do pokuty, z której też nie omieszkam się skorzystać”.

Po tym tragicznym zdarzeniu, Małgorzata rozdała ubogim wszystkie swoje kosztowności. Po czym wróciła do rodzinnego domu, rzuciła się ojcu na szyje i błagała o przebaczenie. Ojciec wszystko wybaczył swemu dziecku, zaś macocha z jeszcze większą nienawiścią odnosiła się do skruszonej grzesznicy. Małgorzata w duchu pokuty, z wielką pokorą znosiła wszystkie złośliwości macochy. Jednak czuła, że te upokorzenia, to za mało, aby odpokutować za swoje grzech. Zadość czyniąc zgorszeniu jakie wywołała w swoim mieście, pewnej niedzieli uwiązała sobie sznur na szyi i uklęknąwszy w drzwiach kościelnych błagała przechodzących o wybaczenie. Tego było już za wiele nie tylko dla macochy, ale także dla ojca. Małgorzata tego samego wieczoru została wypędzona z domu.

W czasie nocy spędzonej w ogrodzie uświadomiła sobie, że jej wszystkie starania zmierzające do przemiany życia i czyny pokutne zostały odrzucone przez ludzi. Rodziła się wtedy pokusa powrotu do poprzedniego stylu życia. Zachowała jeszcze urodę i miała wielu adoratorów. Jednak o jej przyszłości zadecydował stanowczy głos, który usłyszała wtedy w swej duszy: „Nie bój się, idź do Kortony i wstąp do III Zakonu św. Franciszka, a ja o tobie radzić będę”. Posłuszna temu głosowi udała się do wskazanego miasta, gdzie podjęła pracę służącej. Po ciężkim dniu, wieczorami biczowała się, a długie nocne godziny spędzała na modlitwie. Sypiała bardzo krótko i to na gołej podłodze. Praktykowała posty, jedząc niewiele chleba i jarzyn, pijąc tylko wodę. W pracy ciągle się modliła, rozważając często Mękę Pańską.

Po trzech latach otrzymała szaty zakonne. Po odbyciu generalnej spowiedzi, do której przygotowywała się przez cały tydzień, żal jej był tak szczery, że jak mówi tradycja, płakała krwawymi łzami. Dręcząca ją obawa przed wiecznym potępieniem znikła. Za zgodą spowiednika Małgorzata zdecydował się na powrót do rodzinnego miasta i tak kilka lat wcześniej tak i teraz z powrozem na szyi błagała przechodzących o wybaczenie za dane zgorszenie. To upokorzenie tak poruszyło jedną z bogatych pań imieniem Manentetessa, że zbudowała klasztor, w którym zamieszkała razem z Małgorzatą.

Małgorzata do końca swych dni prowadziła pokutniczy tryb życia. Nazywano ją „Magdaleną zakonu franciszkańskiego”. Święta przykładem swojego życia i nawoływaniem do pokuty miała tak ogromny wpływ na ludzi. Ciągnęli do niej grzesznicy nie tylko z Włoch, ale także z Francji i Hiszpanii. Bóg obdarzył ją także głębokim życiem mistycznym. Z tych mistycznych przeżyć rodziły się słowa: „Panie! Dobrze wiesz, że gdzie Ty jesteś, tam jest prawdziwa i doskonała radość. Panie! Naucz mnie takiej czystej miłości ku Tobie, jakiej jeszcze nikt nie mógł nigdy mieć, jeżeli nie otrzymał jej od Ciebie, Źródła wszelkiego dobra. Panie! Błagam Twój majestat, abyś raczył mnie oświecić, bym nigdy nie zabłądziła; podtrzymywać, bym nie upadła; poprawiać, bym nie obrażała i prowadzić do Ciebie, mojego przewodnika, bym nie ustała. Panie, proszę Cię o zbawienie wszystkich, za których chcesz, abym się modliła”. Bóg wysłuchiwał jej próśb, obdarzając licznymi łaskami ją i tych, którzy za jej pomocą w ciemności grzechu szukali jasności Boga.

Po dwudziestu czterech latach pokutniczego życia, 22 lutego 1297 roku Małgorzata odeszła po nagrodę do swego Pana. Grób świętej wkrótce zasłynął cudami, a kiedy go otworzono 400 lat później ciało jej było nienaruszone. Papież Benedykt XIII zaliczył ją w roku 1728 do grona świętych (z książki Wypłynęli na głębię).

 

„MARNOŚĆ NA MARNOŚCIAMI”

Wakacyjne fotografie na Facebooku aż tryskają radością życia. Docieramy do najdalszych i najpiękniejszych zakątków świata, doświadczamy piękna i radości życia. Chcemy te chwile szczęścia zatrzymać w pamięci i fotografii. Świat jest piękny i życie jest piękne, aby to zauważyć nie trzeba wyjeżdżać daleko. Jedna z pań zmieściła na Facebooku fotografię niewielkiego drewnianego domku otoczonego ogródkiem, ale żebyście widzieli co to za ogródek. Istna poezja, zaczarowany świat, a w nim pośród polskich malw uśmiechnięta i szczęśliwa właściciela tego ogrodu. Gdybyśmy tak dalej zdążali w tym kierunku, to byśmy okryli w sobie cudowne ogrody, z najpiękniejszymi kwiatami całego świata i nieba, tak nieba, bo byłyby to kwiaty duchowe, z pewnością taki ogród wyczarował w sobie św. Franciszek z Asyżu. Boso, w podartym habicie, nieraz z pustym żołądkiem wyśpiewywał najradośniejszą pieśń świata.

Przezwyciężając urlopowe rozleniwienie prawdopodobnie wybierzemy się do kościoła na niedzielną Mszę św., w czasie której usłyszymy w pierwszym czytaniu słowa mędrca biblijnego Koheleta: „Marność nad marnościami, powiada Kohelet, marność nad marnościami – wszystko jest marnością. Jest nieraz człowiek, który w swej pracy odznacza się mądrością, wiedzą i dzielnością, a udział swój musi on oddać człowiekowi, który nie włożył w nią trudu. To także jest marność i wielkie zło. Cóż bowiem ma człowiek z wszelkiego swego trudu i z pracy ducha swego, którą mozoli się pod słońcem?” Słuchając tych słów możemy poczuć pewien dyskomfort. Te piękne krajobrazy, złociste plaże, błękit morza dotykający nieba, ośnieżone szczyty gór, magia przydomowych ogródków i rzeczywistość, którą przywodzi na pamięć tekst piosenki, którą śpiewa Stan Borys: „Plaża, dzika plaża, morze dookoła… / Z wysokiego brzegu wieczór mewy woła… / Twarz przy twarzy, dłonie w dłoniach… / Przytuleni, zamyśleni, zakochani / idą brzegiem ku jesieni”, czy to wszystko jest marnością, którą trzeba pominąć, zrezygnować z niej, zdążając ku czemuś ważniejszemu?

Szukając odpowiedzi na to pytanie sięgnijmy do Ewangelii na dzisiejszą niedzielę. Ktoś z tłumu zawołał do Jezusa: „Nauczycielu, powiedz mojemu bratu, żeby się podzielił ze mną spadkiem”. Jezus wiedział, że miłość braterską, która mogła uczynić braci szczęśliwymi zabijała chciwość, wrogość wobec siebie. Może z własnego doświadczenia wiemy jak chciwość, walka o spadek, zamienia rodzinę w istne piekło. A Jezus przyszedł na ziemię, aby siać ziarno ewangelicznej miłości, ziarno Królestwa Bożego, którego pełni doświadczymy w niebie. Dlatego na to wołanie z tłumu odpowiedział: „Uważajcie i strzeżcie się wszelkiej chciwości, bo nawet gdy ktoś ma wszystkiego w nadmiarze, to życie jego nie zależy od jego mienia”. A następnie opowiedział historię, która jest obrazem chybionego, niedopełnionego życia. Pewnemu bogatemu rolnikowi obrodziło pole. Postanowił zatem pobudować większe spichlerze na zabrane plony, myśląc sobie: „Masz wielkie dobra, na długie lata złożone; odpoczywaj, jedz, pij i używaj!” Jezus konkluduje tę przypowieść słowami: „Głupcze, jeszcze tej nocy zażądają twojej duszy od ciebie; komu więc przypadnie to, co przygotowałeś? Tak dzieje się z każdym, kto skarby gromadzi dla siebie, a nie jest bogaty u Boga”.

Gromadzenie bogactw, zachłanne korzystanie z piękna i bogactwa materialnego świata może tak pochłonąć uwagę człowieka, że zapomina o swojej duszy, zapomina o miłości Boga i bliźniego i wtedy, jak najbardziej są na miejscu słowa Koheleta: „Marność nad marnościami, powiada Kohelet, marność nad marnościami – wszystko jest marnością”. Jednak ta „marność” jest czymś pięknym i wspaniałym, gdy służy pogłębieniu naszego życia duchowego, ubogaca naszą duszę, ubogaca nasze człowieczeństwo, innymi słowy czyni nas bogatymi przed Bogiem. Pieniądze nie są marnością, gdy służą nam i rodzinie oraz wprzęgamy je w służbę bliźnieniem, piękne egzotyczne kraje które odwiedzamy nie są marnością, gdy za ich pięknem dostrzegamy ich Stwórcę, nawet wylegiwanie się na złocistej plaży nie jest marnością, gdzie regenerujemy siły fizyczne oraz psychiczne i wracając zrelaksowani do domu nie jesteśmy tacy jędzowaci dla innych. Ta „marność” przestaje być marnością, gdy nie korzystamy z niej dla niej samej, lecz wprzęgamy w służbę wartości nieprzemijających. Co św. Paweł w Liście do Kolosan ujmuje w słowach: „Dążcie do tego, co w górze, nie do tego, co na ziemi”. Idąc tą drogą nie będziemy się lękać słów Jezusa z dzisiejszej Ewangelii: „Głupcze, jeszcze tej nocy zażądają twojej duszy od ciebie; komu więc przypadnie to, co przygotowałeś?”

Aby to nauczanie osadzić głębiej w konkretnej rzeczywistości przytoczę historię opublikowaną w The Huffington Post. Dla dzieci czas letnich wakacji, to czas wycieczek, wyjazdów, odpoczynku, ale nie dla dziewięcioletniego Tristiana. Podobnie wiele innych dzieci w okresie wakacyjnym chciał trochę zarobić, sprzedając zimne napoje. To co go wyróżniało spośród innych małych „przedsiębiorców”, to był cel na jaki zbierał pieniądze. Pieniądze były potrzebne na jego adopcję. Tristan został opuszczony przez matkę, gdy miał cztery lata. Matka była uzależniona od narkotyków i alkoholu. Pieniądze na te używki zdobywała, przyjmując u siebie przygodnych mężczyzn. W tym czasie Tristan był w drugim pokoju, ale ze wszystkiego zdawał sobie sprawę. Cała ta sytuacja wpędziła małego chłopca w depresję i stała się powodem zaburzeń emocjonalnych. Trudną sytuację chłopca zauważyła Donnie Davis i jej mąż. Przez ostanie pięć lat wspierali chłopca na różne sposoby. Pragnęli go także zaadoptować. Jednak na przeszkodzie stanęły sprawy finansowe. Proces adopcyjny kosztowałby około 10 tysięcy dolarów, a taką sumą małżonkowie nie dysponowali. Aby zdobyć te pieniądze Tristan zaczął sprzedawać zimne napoje. Gdy rozeszła się wieść na jaki cel zbiera pieniądze, jago biznes zaczął bardzo dobrze prosperować. W niedługim czasie Tristan zarobił prawie 7 tysięcy dolarów. Sprawa została nagłośniona w Internecie i na konto chłopca wpłynęło kolejne 9 tysięcy dolarów. Ale jeszcze przed otwarciem „biznesu” przez Tristiana państwo Davis, zaczęli oszczędzać pieniądze na ten cel. Anulowali wyjazd na wakacje, wybrali tańsze usługi telefoniczne i Internetowe. Donnie zrezygnowała z usług fryzjera i manikiurzystki. Donnie mówi, że „Tristan jest w moim sercu i na zawsze pozostanie naszym synem. Widzimy jakie wiele to znaczy dla Tristiana, daje mu nadzieję i radość, że jest zaakceptowany, że należy do naszej rodziny i będzie nosił nasze nazwisko. Chcemy jednak, aby formalnościom adopcyjnym stało się zadość. Pieniądze w tym momencie są o tyle dla nas ważnie, że dzięki nim możemy w całej rozciągłości przyjąć Tristiana do naszej rodziny. To jest ważniejsze niż pieniądze”.

Ta historia uświadamia nam, że w naszym życiu nie są najważniejsze luksusowe wakacje, markowe ciuchy, przyzwoite konta, szafy i strychy pełne cennych rzeczy. Prawdziwym skarbem życia jest bezinteresowna miłość Boga i bliźniego, która ubogaca nas i podnosi standard naszego życia na wyższy poziom. Ona wytycza drogę do pełni naszego życia i daje moc, aby „marność” tego świata, przekuwać w piękno sięgające nieba (Kurier Plus, 2014).

 

„UWAŻAJCIE I STRZERZCIE SIĘ”

Nawet, gdy wszystko w naszym życiu układa się pomyślnie, to i tak przychodzą momenty, kiedy słowa Koheleta z pierwszego czytania na dzisiejszą niedzielę staja się nam bardzo bliskie: „Marność nad marnościami, powiada Kohelet, marność nad marnościami – wszystko jest marnością”. Kohelet doświadczył w swoim życiu wielu przyjemności jakie niesie sława, bogactwo, władza, alkohol, rozkosze miłości. Żadna z tych rzeczy nie przyniosła mu jednak szczęścia, jakiego pragnął. Po doświadczeniu każdej z nich powtarza: „Marność nad marnościami”. Nawet zdobywanie mądrości, ostatecznie okazuje się marnością, bo tak samo umiera głupi jak i mądry. Nie dają także ostatecznej radości szczęśliwe wydarzenia jak narodziny czy miłość, ponieważ mają swoje przeciwieństwa. W chwili narodzenia na progu naszego domu przysiada się śmierć. Ostatecznie Kohelet odnajduje sens i radość życia w oddawaniu chwały Bogu oraz radowaniu się z tego co określa marnością, tak aby ta marność nie przesłoniła w naszym życiu chwały Boga.

Poznanie tej mądrości życiowej zajęło Koheletowi prawie całe życie, jednak można doświadczyć szczególnej łaski bożej i poznać tę prawdę w ciągu „trzech sekund”, jak to miało miejsce w życiu poczytnej pisarki Marii Vallejo-Nágera. Przyszła na świat w 1964 roku w Madrycie, w niezbyt religijnej rodzinie katolickiej. Religijna atmosfera, czy raczej jej brak przerodziła się w obojętność na sprawy Boże, a potem odrzuceniem wiary. Chlubiła się tym, że nie ulega „zabobonom”, jak nazywała religię. W wieku 35 lat miała w zasadzie wszystko czego pragnęła: szczęśliwe życie rodzinne, urodę modelki oraz sławę powieściopisarki. Później okazało się, że najważniejsze było przed nią.

W roku 1999 Maria spotkała się z dwiema przyjaciółkami, które powiedziały jej: „Jest coś ważnego i nadprzyrodzonego, o czym chcemy się z tobą podzielić… To fascynująca sprawa, związana z katolicyzmem”. Przy spotkaniu okazało się, że owa intrygująca sprawa miała związek z niedawną podróżą przyjaciółek do Medugorje. Opowiadały one o niesamowitych przeżyciach związanych z nawiedzeniem miejsca objawień Matki Bożej. Na zakończenie jedna z przyjaciółek Kristina powiedziała: „Pojedziesz, bo to jest wasza Maryja, was, katolików; Maryja, Matka Boża, czeka tam na ciebie…”. Rozczarowana Maria zaczęła przekonywać, że ta cała historia została wymyślona przez franciszkanów, aby zarabiać na pielgrzymach. Ale w pewnym momencie stało się coś niezwykłego. Maria tak to opisuje: „Coś nieznanego kiełkowało w moim wnętrzu, otulone dziwnym, a zarazem jasnym światłem poznania… Było to coś, co przypominało poruszenie miłości, które niczym koncentryczne fale zaczęło zajmować mój umysł, szukając schronienia w inteligencji, rozumie i emocjach. Roztaczało poświatę nieskończonej czułości, która wzrastającą falą miłości pomnażała moje zdumienie i zmieszanie. Wówczas, w mgnieniu oka, zauważyłam, iż coś lub ktoś obcy mojej osobie owocnie wchodzi w relację z najgłębszymi pokładami mojej duszy. Usłyszałam jasno brzmiące i łagodne słowa: ‘Moja córko, dlaczego się Mnie lękasz? Przyjdź: czekam tu na ciebie’. Skamieniałam. To był kobiecy głos”. Poruszona tym przeżyciem Maria powiedziała do Kristiny: „Cóż… Nie wiem, dlaczego ci to mówię, ale pojadę z wami do Bośni. Załatwcie mi bilet”.

Parę miesięcy później, w lipcu 2000 roku, Maria przybyła z grupą pielgrzymów do Medugorje. Pierwsze dni pielgrzymki nie wskazywały, że może nastąpić jakaś wewnętrzna przemiana. Nie odczuwała potrzeby uczestnictwa w Maszach świętych, a tym bardziej skorzystania z sakramentu pojednania. Bóg jednak czekał na nią i miał wobec niej swoje plany, które zaczęły się wypełniać w drodze na spotkanie z widzącymi z Medugorje. Nagle Maria poczuła ogromną miłość Boga. Straciła poczucie czasu i przestrzeni. Świat ziemski przestał dla niej istnieć. Wspomina: „Była to miłość przeogromna i nieogarniona, rzeka występującego z brzegów uczucia, absolutnego i doskonałego, tak wspaniałego w swej świetlistości, że w żadnym języku nie ma ludzkich słów mogących je opisać. Nie można go było porównać z żadnym rodzajem czułości, której doświadczyłam wcześniej: pozostawiało ono daleko w tyle ogromną miłość, którą odczuwałam w stosunku do męża i dzieci”. Po chwili usłyszała głos: „Córko moja, tak właśnie Ciebie kocham. Tak kocham wszystkich ludzi na tym świecie, lecz nikt nie odpowiada Mi wzajemnością”. Maria zobaczyła w prawdzie całe swoje życie. Przed jej oczami przewinęły się jak w filmie najważniejsze chwile jej życia oraz wszystkie niewierności, jakimi zraniła Boga i ludzi. Doświadczenie to, jak określa pisarka trwało dokładnie trzy sekundy. Po tych trzech sekundach Maria nie miała wątpliwości, że miłosierny Bóg wszystko widzi i że najważniejsza dla Niego jest miłość. Dziś Maria dzieli się z innymi odnalezionym skarbem wiary i radością, którą niesie odnalezienie w Chrystusie mądrości życia podczas prelekcji wygłaszanych na całym świecie, jak i w swoich książkach, które szybko stały się bestsellerami. O ile wcześniej znana była jako autorka antyklerykalnej powieści, nominowanej do prestiżowej nagrody literackiej w Hiszpanii, to teraz jej talent pisarski służy do głoszenia prawdy o Bożej miłości, ogarniającej każdego człowieka.

Słowa Chrystusa z dzisiejszej Ewangelii „Głupcze, jeszcze tej nocy zażądają twojej duszy od ciebie; komu więc przypadnie to, coś przygotował?” Tak dzieje się z każdym, kto skarby gromadzi dla siebie, a nie jest bogaty u Boga” są ostrzeżeniem, ale także wezwaniem, aby korzystać z dóbr materialnych rozsądnie, tak by nie przesłoniły nam najważniejszego celu. Chrystus w sposób szczególny zwraca uwagę na chciwość: „Uważajcie i strzeżcie się wszelkiej chciwości, bo nawet gdy ktoś opływa we wszystko, życie jego nie jest zależne od jego mienia”. Papież Franciszek w nawiązaniu do zacytowanego na wstępie fragmentu Ewangelii mówił: „To jest codzienny problem. Ileż widzimy rodzin rozbitych z powodu pieniędzy: brat przeciw bratu, ojciec przeciw synowi… To pierwsza rzecz, której dokonuje przywiązanie do pieniędzy: zniszczenie. Gdy ktoś jest łasy na pieniądze, niszczy sam siebie i rodzinę. Pieniądze służą do tak wielu dobrych rzeczy, licznych dzieł na rzecz rozwoju ludzkości, jednak, jeśli twoje serce jest do nich przywiązane, wtedy cię niszczą. Posiadać więcej i więcej… To cię prowadzi do bałwochwalstwa, niszczy ci relacje z innymi. I nie chodzi tu o pieniądze, ale o postawę, którą nazywamy chciwością. Ta chciwość cię zaraża, bo każe ci myśleć o wszystkim jedynie w odniesieniu do pieniędzy. To jest jak choroba. A na koniec, i to jest najważniejsze, chciwość jest narzędziem bałwochwalstwa, bo idzie drogą przeciwną tej, którą Bóg przemierzył z nami. A ta Boża droga jest taka: pokora, uniżenie, aby służyć. Tymczasem chciwość prowadzi w drugą stronę: ty, który jesteś biedakiem, czynisz się bogiem dla marności. Oto bałwochwalstwo!” (Kurier Plus, 2019).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *