25 październik

33 niedziela zwykła Rok C

 

BIBLIJNA JEROZOLIMA. 

Gdy niektórzy mówili o świątyni, że jest przyozdobiona pięknymi kamieniami i darami, Jezus powiedział: „Przyjdzie czas, kiedy z tego, na co patrzycie, nie zostanie kamień na kamieniu, który by nie był zwalony”. Zapytali Go: „Nauczycielu, kiedy to nastąpi? I jaki będzie znak, gdy się to dziać zacznie?”. Jezus odpowiedział: „Strzeżcie się, żeby was nie zwiedziono. Wielu bowiem przyjdzie pod moim imieniem i będą mówić: »Ja jestem« oraz »nadszedł czas«. Nie chodźcie za nimi. I nie trwóżcie się, gdy posłyszycie o wojnach i przewrotach. To najpierw musi się stać, ale nie zaraz nastąpi koniec”. Wtedy mówił do nich: „Powstanie naród przeciw narodowi i królestwo przeciw królestwu. Będą silne trzęsienia ziemi, a miejscami  głód i zaraza; ukażą się straszne zjawiska i wielkie znaki na niebie. Lecz przed tym wszystkim podniosą na was ręce i będą was prześladować. Wydadzą was do synagog i do więzień oraz z powodu mojego imienia wlec was będą do królów i namiestników. Będzie to dla was sposobność do składania świadectwa. Postanówcie sobie w sercu nie obmyślać naprzód swej obrony. Ja bowiem dam wam wymowę i mądrość, której żaden z waszych prześladowców nie będzie się mógł oprzeć ani się sprzeciwić.  A wydawać was będą nawet rodzice i bracia, krewni i przyjaciele i niektórych z was o śmierć przyprawią. I z powodu mojego imienia będziecie w nienawiści u wszystkich. Ale włos z głowy wam nie zginie. Przez swoją wytrwałość ocalicie wasze życie” (Łk 21,5-19).

Jerozolima jest świętym miejscem dla Żydów, chrześcijan i mahometan. Jest ona celem pielgrzymek dla wyznawców tych religii. Etymologicznie nazwa tego miasta znaczy „miasto pokoju”. Pielgrzymując do Ziemi Świętej zatrzymaliśmy się na kilka dni w Jerozolimie – świętym mieście. Racje religijne są zasadniczym powodem nazywania tego miasta świętym. Przez okna autobusu, w nastroju trudnym do opisania, po raz pierwszy oglądaliśmy panoramę Miasta Dawidowego. To tak jakbyśmy przewracali kolejne kartki Pisma świętego, na których objawia się Bóg w swoim słowie. Później jednak przekonaliśmy się jak wielki potrzebny jest duchowy wysiłek, aby przez rozkrzyczane i zabiegane ulice przedrzeć się duchowo do miejsc, które pamiętają dotknięcie samego Boga, i doświadczyć Jego obecności.

Centralnym i najświętszym miejscem biblijnej Jerozolimy była świątynia zbudowana przez króla Salomona, w dziesiątym wieku przed Chrystusem. Świątynia dzieliła losy miasta, była plądrowana, niszczona i popadała w ruinę. Po długich latach niewoli, w roku 165 przed Chrystusem, po powstaniu Judy Machabeusza świątynia została oczyszczona i przywrócona kultowi Jahwe. Po kilkudziesięciu latach wolności w roku 63 przed Chr. Jerozolima ponownie została oblężona i zdobyta przez Rzymian. Herod Wielki został ustanowiony przez Rzymian królem. On to odbudował zniszczone miasto i przebudował świątynię. W tej właśnie rozbudowanej świątyni rozgrywały się wydarzenia związane z życiem Jezusa. Jezus patrząc na tę świątynię przepowiedział jej zburzenie: „Przyjdzie czas, kiedy z tego, na co patrzycie, nie zostanie kamień na kamieniu, który by nie był zwalony”.

Ta przepowiednia ma podwójne znaczenie. Pierwsze. Świątynia Jerozolimska wzniesiona rękami ludzkimi będzie doszczętnie zniszczona. Drugie. W świadomości słuchaczy Jezusa funkcjonowało przekonanie, że zburzenie świątyni jest równoznaczne z końcem świata. Chrystus, zatem zapowiada koniec świata. Kiedy on nastąpi? Nie znajdziemy w Ewangelii odpowiedzi na to pytanie. Spełnienie proroctwa o zburzeniu świątyni będzie tylko potwierdzeniem prawdziwości proroctwa o końcu świata. Zaś na spełnienie proroctwa o zburzeniu świątyni jerozolimskiej nie trzeba było długo czekać. W roku 70 po Chrystusie wódz rzymski Tytus stłumił powstanie żydowskie i zburzył świątynię, tak, że nie pozostał z niej kamień na kamieniu. Tak jest do dziś. Z tamtych czasów pozostała ściana płaczu, miejsce modlitw żydowskich. Potocznie mówi się, ze jest to fragment murów świątynnych, a w rzeczywistości jest to fragment murów oporowych platformy, na której była zbudowana świątynia jerozolimska. Na miejscu świątyni stoi meczet muzułmański, jest on trzecim, co do ważności miejscem pielgrzymkowym mahometan. Mahometanie uważają, że z tego miejsca Mahomet został wzięty do nieba. W tym meczecie jest także miejsce święte dla żydów i chrześcijan; skała, na której Abraham miał złożyć w ofierze swego syna Izaaka.

Cesarz rzymski Julian Apostata był bratankiem Konstantyna Wielkiego, podobnie jak jego wuj nawrócił się i był gorliwym chrześcijaninem. Jednak pod wpływem filozofii neoplatońskiej odstąpił od chrześcijaństwa i stał się jego prześladowca. Aby wykazać nieprawdziwość przepowiedni Chrystusa o zburzeniu świątyni jerozolimskiej nakazał jej odbudowanie. Gdy zaczęto odbudowę, wtedy, według pogańskiego historyka: „Przerażająca kula ognia wydobyła się z ziemi w pobliżu fundamentów, poparzyła robotników i uniemożliwiła prowadzenie robót w pobliże tego miejsca”. Zapewne wiele czynników złożyło się na to, że nie zdołano odbudować tej świątyni. Do dziś pozostaje ona znakiem spełnionego proroctwa Jezusa Chrystusa o zburzeniu świątyni i potwierdzeniem prawdziwości przepowiedni o końcu świata.

Chrystus nie tylko nie podaje konkretnej daty końca świata, co więcej przestrzega przed tymi, którzy w Jego imię precyzyjnie będą ją wyznaczać, tak jak to czynili między innymi wyznawcy Świadków Jehowy. Zapewne celem tego proroctwa nie jest wyznaczenie konkretnej daty końca świata. Raczej jest ono wezwaniem wiernych do przygotowania się na spotkanie z Chrystusem. Koniec świata będzie „dniem pańskim”, dniem spotkania z Chrystusem. Nie wiemy, kiedy to spotkanie nastąpi, stąd też winniśmy być gotowi na nie każdego dnia. (z książki Ku wolności).

 

BLIŻEJ BOGA

Oto nadchodzi dzień palący jak piec, a wszyscy pyszni i wszyscy wyrządzający krzywdę będą słomą, więc spali ich ten nadchodzący dzień, mówi Pan Zastępów, tak że nie pozostawi po nich ani korzenia, ani gałązki. A dla was, czczących moje imię, wzejdzie słońce sprawiedliwości i uzdrowienie w jego promieniach (Ml 3,19-20.1).

Paweł otworzył szafę, z której wyjął niewielkie, pięknie opakowane pudło. Była w nim bardzo droga suknia żony. Kupili ją pięć lat temu, gdy po raz pierwszy przybyli do Nowego Jorku. Ale żona nigdy nie włożyła tej sukni. Zachowywała ją na specjalną okazję. „Sądzę, że dzisiaj jest taka okazja” – ze smutkiem i żalem powiedział Paweł do swojej siostry. Następnie położył suknię na łóżku z innymi ubraniami, które mieli zabrać do domu pogrzebowego. Po czym dotykając delikatnie jedwabnej materii powiedział do siostry: „Nie zachowuj czegokolwiek na specjalną okazję. Każdy dzień, w którym dano ci żyć jest specjalną okazją”.

Siostra pamiętała te słowa w czasie pogrzebu, jak i też w następnych dniach, tak trudnych dla brata, który opłakiwał tragicznie zmarłą żonę. Zapadły one głęboko w jej serce. Sprawiły, że w życiu siostry Pawła zaszły głębokie zmiany, o których tak pisze: „Więcej czytam i rozmyślam, mniej poświęcam czasu na błahe sprawy. Częściej zatrzymuję się w ogrodzie i rozkoszuję się pięknem kwiatów. Więcej czasu spędzam z rodziną i przyjaciółmi, a mniej na służbowych zebraniach. Nie oszczędzam niczego na specjalną okazję. Używam drogiej porcelany i kryształów z okazji małych uroczystości, np. zgubienia jednego kilograma wagi, przepchania zlewu, pojawienie się pierwszego pąka pelargonii. Ubieram się starannie, gdy idę na zakupy. Nie odkładam, nie zachowuję na później, nie oszczędzam czegokolwiek, co może dzisiaj stać się źródłem radości i szczęścia. Gdy rano otwieram oczy, mówię sama do siebie, to jest naprawdę specjalna chwila. Każdy dzień, każda minuta, każdy oddech… jest wielkim darem bożym”.

Świadomość końca życia może być wezwaniem do jego pełniejszego przeżycia i skoncentrowania się na sprawach najbardziej istotnych. W pewnym sensie biblijne przestrogi przed końcem świata, końcem naszego życia zawierają takie przesłanie. Słowa o czasach ostatecznych bardzo często pojawiają się na kartach Starego Testamentu. Prorok Malachiasz pisze: „Oto nadchodzi dzień palący jak piec, a wszyscy pyszni i wszyscy wyrządzający krzywdę będą słomą, więc spali ich ten nadchodzący dzień, mówi Pan Zastępów, tak, że nie pozostawi po nich korzenia, ani gałązki. A dla was, czczących moje imię, wzejdzie słońce sprawiedliwości i uzdrowienie w jego promieniach” (Mal 3, 19-20). Jest to wezwanie dla tych, którzy wynoszą się nad innych, a pycha przesłania im Boga, aby się opamiętali. Aby zrozumieli, że tylko w Bogu jest ich wielkość, bez Niego są jak słoma, którą wrzuca się do ognia i pozostaje po niej popiół, który rozmiata wiatr. Jest to wezwanie skierowane do tych, którzy krzywdzą innych, aby się opamiętali i zrozumieli, że szczęście budowane na ludzkiej krzywdzie ma krótkie nogi. Tak krótkie, że obraca się wiele razy przeciw krzywdzicielom już tutaj na ziemi, nie mówiąc już o wieczności. Czy możemy sobie wyobrazić o ile bardziej człowiek byłby szczęśliwszy na ziemi, żyłby pełniej, gdyby ludzie pyszni i krzywdziciele zdali sobie sprawę, że któregoś dnia staną przed Bogiem i w wyniku tej świadomości zmienili swoje życie?

Chrystus mówiąc o końcu świata nawiązuje do wspaniałej świątyni Jerozolimskiej. Świątynia ta wiele razy była burzona i odbudowywana. Ostatni raz odbudował ją król Herod Wielki przed narodzeniem Jezusa. Prace trwały ponad czterdzieści lat. Była to jedna z najwspanialszych budowli ówczesnego świata. Zachwycała pięknem i majestatem. Był to dom Boga, który wyprowadził swój lud z niewoli egipskiej. Było to serce narodu. Znak potęgi Boga i mocy ludu, który w Nim złożył nadzieję. Niepodobieństwem, a nawet bluźnierstwem wydawała się myśl, że ta świątynia może być zburzona. A jednak Chrystus patrząc na nią mówi, że przyjdzie czas, kiedy to z tej świątyni nie zostanie kamień na kamieniu. Dla słuchających brzmiało to jak zapowiedź końca świata. Jeśli taka wspaniała świątynia legnie w gruzach, któż może się ostać. Nie trzeba było długo czekać na spełnienie tego proroctwa. W roku 70 po narodzeniu Chrystusa wojska rzymskie zdobyły Jerozolimę, a ze Świątyni nie pozostał kamień na kamieniu. W czasie oblężenia Jerozolimy zmarło lub zginęło prawie milion sto tysięcy ludzi, dziewięćdziesiąt tysięcy uprowadzono do niewoli. Rzeczywiście, wyglądało to jak koniec świata. Ale Chrystus mówi, że zanim nastąpi koniec, przyjdą jeszcze przewroty i wojny.

Zapewne ci, którzy patrzyli na płonącą świątynię Jerozolimską w swym niedowierzaniu byli podobni do tych, którzy patrzyli, jak zamieniają się w gruz drapacze chmur World Trade Center na Manhattanie. Niektórzy uważali, że jest to początek końca świata, bo dziś spełniają się słowa Chrystusa o wojnach, o przewrotach, zarazie, głodzie, trzęsieniach ziemi. W księgarniach zaroiło się od książek z przepowiedniami. Niektóre przepowiednie bardzo konkretnie mówiły o zburzonych „bliźniakach”, wiążąc to wydarzenie z nastaniem czasów ostatecznych. I w tym momencie trzeba przypomnieć słowa Chrystusa: „Strzeżcie się, żeby was nie zwiedziono. Wielu, bowiem przyjdzie pod moim imieniem i będą mówić: „To Ja jestem” oraz „Nadszedł czas”.

Biblijne zapowiedzi końca świata nie wyznaczają konkretnej daty. Mówią o znakach, które będą zapowiedzią dni ostatecznych. Te znaki pojawiają się często w dziejach ludzkości, ale nie wiemy czy akurat ten znak jest ostatnim przed końcem świata. Celem tych znaków jest przypomnienie człowiekowi mądrości, która prowadzi do szczęśliwego spotkania z Bogiem. Tak też niektórzy odczytali ostatnie tragiczne wydarzenia. Starają się żyć mądrzej i bliżej Boga.

Używając języka historii przytoczonej na wstępie tych rozważań możemy powiedzieć: nie czekajmy na specjalną okazję, każdy dzień jest darem bożym, wypełnijmy go, zatem obecnością Boga, który jest źródłem wszelkiego dobra i piękna (z książki Nie ma innej Ziemi Obiecanej).

 

BŁOGOSŁAWIONY KS. JERZY POPIEŁUSZKO

Bracia: Sami wiecie, jak należy nas naśladować, bo nie wzbudzaliśmy wśród was niepokoju ani u nikogo nie jedliśmy za darmo chleba, ale pracowaliśmy w trudzie i zmęczeniu, we dnie i w nocy, aby dla nikogo z was nie być ciężarem. Nie jakobyśmy nie mieli do tego prawa, lecz po to, aby dać wam samych siebie za przykład do naśladowania. Albowiem gdy byliśmy u was, nakazywaliśmy wam tak: kto nie chce pracować, niech też nie je. Słyszymy bowiem, że niektórzy wśród was postępują wbrew porządkowi: wcale nie pracują, lecz zajmują się rzeczami niepotrzebnymi. Tym przeto nakazujemy i napominamy ich w Panu Jezusie Chrystusie, aby pracując ze spokojem, własny chleb jedli (2 Tes 3,7-12).

Jednym z najbardziej intrygujących pytań jest pytanie o koniec świata i czas kiedy to nastąpi. Przed tym pytaniem postawiono także Jezusa, który nie wyznacza daty, tylko podaje zjawiska, które będą miały miejsce przed końcem. Jednak podobne zjawiska możemy dostrzec w każdej epoce. Stąd też wniosek, że zapowiedź końca świata jest wezwaniem do przygotowania się na ten moment niezależnie od epoki, w której żyjemy. Pierwsi chrześcijanie, doświadczając prześladowań sądzili, że koniec jest bliski. Jednak była to tylko sposobność dawania świadectwa, że Chrystus jest Panem czasu, którego pełna chwała ukaże się przy końcu dziejów. Świadectwo męczeństwa miało ogromną siłę przekonania i było przygotowaniem na spotkanie z Chrystusem. W dzisiejszych czasach powtarzają się prześladowania ze względu na prawdę Chrystusa. I jest to także sposobność dawania świadectwa. Sługa Boży ksiądz Jerzy Popiełuszko należy do współczesnych męczenników, świadków Chrystusowej prawdy.

W dzień swojej męczeńskiej śmierci 19 października 1984 roku ks. Jerzy Popiełuszko po mszy św. prowadził rozważania różańcowe. W piątej tajemnicy bolesnej powiedział: „Chrześcijaninowi nie może wystarczyć tylko samo potępienie zła, kłamstwa, tchórzostwa, zniewalania, nienawiści, przemocy, ale sam musi być prawdziwym świadkiem, rzecznikiem i obrońcą sprawiedliwości, dobra i prawdy, wolności i miłości. O te wartości musi odważnie upominać się dla sie­bie i dla innych. Aby zło dobrem zwyciężać i zachować godność człowieka, nie wolno walczyć przemocą… Komu nie udało się zwyciężyć sercem i rozumem, usiłuje zwyciężyć przemocą. Każdy przejaw przemocy do­wodzi moralnej niższości… Idea, która jest zdolna do życia, podbija sobą, za nią spontanicznie idą miliony”. Rozważanie zakończył słowami: „Módlmy się, byśmy byli wolni od lęku, zastraszenia, ale przede wszystkim od żądzy odwetu i przemocy”.

Ks. Jerzy urodził się w uroczystość Podwyższenia Krzyża 14 września 1947 roku we wsi Okopy koło Suchowoli na Podlasiu. Uczciwi i pobożni rodzice, Marianna i Władysław prowadzili niewielkie gospodarstwo rolne. Wszczepili oni synowi umiłowanie prawdy chrystusowej, za którą przyjdzie mu zapłacić życiem. A później jako ministrant, w bliskości ołtarza uczył się kochać tę prawdę ponad wszystko. Jerzy uczęszczał do liceum w Suchowoli, po ukończeniu którego, w roku 1965 wstąpił do Wyższego Seminarium Duchownego w Warszawie. O decyzji zostania kapłanem przyznał się na balu maturalnym. Na początku drugiego roku studiów został powołany do wojska. Służbę wojskową odbył w specjalnej jednostce dla kleryków w Bartoszycach, w której wyselekcjonowana kadra oficerska miała skłonić kleryków do porzucenia studiów w Seminarium. Aby to osiągnąć stosowano różnego rodzaju formy nacisku. Kleryk Jerzy Popiełuszko był wyjątkowo odporny na komunistyczną indoktrynację i odważnie bronił swoich poglądów, za co często był szykanowany. Ostre rygory wojskowe i prześladowania nie pozostawały bez wpływu na zdrowie Jerzego, o czym dało ono znać po powrocie do Seminarium. Jerzy ciężko zachorował. Wyleczył się, ale problemy zdrowotne nie opuszczą go aż do męczeńskiej śmierci.

28 maja 1972 r. diakon Jerzy przyjął święcenia kapłańskie z rąk księdza Kardynała Stefana Wyszyńskiego. Na obrazku prymicyjnym umieścił słowa, które będą rysem charakterystycznym jego posługi duszpasterskiej: „Posyła mnie Bóg, abym głosił Ewangelię i leczył rany zbolałych serc”. Po święceniach ks. Jerzy został posłany do parafii Św. Trójcy w Ząbkach. Proboszcz tej parafi Tadeusz Karolak tak mówił się o młodym księdzu: „Przyszedł do nas jako neoprezbiter, ale bardzo szybko zaczął zaznaczać swoją obecność w parafii. Przede wszystkim założył młodzieżowe kółko różańcowe. Co charakterystyczne, nie było to kółko tylko modlitewne. Młodzież Jerzego zbierała dary, które co kilka tygodni zanoszono do zakładu wychowawczego. Jego wizja Kościoła nie ograniczała się do eschatologii. Widział Kościół bardzo konkretnie, w wymiarze ludzkich potrzeb. Miał bardzo silne poczucie obowiązku, które zmuszało go do bezustannego wysiłku, przekraczającego jego wątłe siły”.

Później były parafie: Matki Bożej Królowej Polski w Aninie oraz Dzieciątka Jezus na Żoliborzu. W styczniu 1979 ks. Jerzy zasłabł w czasie odprawiania Mszy św. Po kilkutygodniowym pobycie w szpitalu został skierowany do duszpasterstwa akademickiego. Z końcem roku 1978 ks. Jerzy został mianowany duszpasterzem średniego personelu medycznego. Ostatnim miejscem pracy ks. Jerzego, od 20 maja 1980 r., była parafia św. Stanisława Kostki w Warszawie. Jako rezydent prowadził duszpasterstwo średniego personelu medycznego, a od sierpnia 1980 r. zaangażował się w powstające Duszpasterstwo Ludzi Pracy.

Momentem przełomowym w jego życiu była niedziela 31 sierpnia 1980 r., kiedy to delegacja strajkujących hutników prosiła księdza Kardynała Wyszyńskiego o przybycie księdza do huty. Kapelan księdza Prymasa przyjechał do kościoła św. Stanisława Kostki. W zakrystii zwrócił się z prośbą do ks. Czarnoty, który jednak przygotowywał się do odprawiania Mszy św. Wtedy zgłosił się ks. Popiełuszko. Ks. Jerzy tak wspomina to wydarzenie: „Tego dnia i tej Mszy św. nie zapomnę do końca życia. Szedłem z ogromną tremą. Już sama sytuacja była zupełnie nowa. I wtedy przy bramie przeżyłem pierwsze wielkie zdumienie. Gęsty szpaler ludzi – uśmiechniętych i spłakanych jednocześnie. I oklaski. Myślałem, że ktoś ważny idzie za mną. Ale to były oklaski na powitanie pierwszego w historii tego zakładu księdza przekraczającego jego bramy. Tak sobie wtedy pomyślałem – oklaski dla Kościoła, który przez trzydzieści lat wytrwale pukał do fabrycznych bram. Niepotrzebne były moje obawy – wszystko było przygotowane: ołtarz na środku placu fabrycznego i krzyż, który potem został wkopany przy wejściu, przetrwał ciężkie dni i stoi do dzisiaj otoczony cięgle świeżymi kwiatami, i nawet prowizoryczny konfesjonał. Znaleźli się także lektorzy. Trzeba było słyszeć te męskie głosy, które niejednokrotnie przemawiały niewyszukanymi słówkami, a teraz z namaszczeniem czytały święte teksty”.

Od tego spotkania, co niedziela, o godz. 10-tej ks. Jerzy odprawiał dla nich Mszę św.  Prowadził katechezę, zapraszał specjalistów różnych dziedzin by prowadzili wykłady z historii Polski, literatury, społecznej nauki Kościoła a nawet prawa, ekonomii i technik negocjacyjnych. Po wprowadzeniu stanu wojennego, 13 grudnia 1981 roku, ksiądz Jerzy organizował pomoc  charytatywną, wspomagał ludzi prześladowanych, skrzywdzonych i uciśnionych oraz uczestniczył w procesach, stając w obronie prześladowanych przez komunistyczna władzę. Od 28 lutego 1982r. ksiądz Popiełuszko przejął odpowiedzialność za Msze św. w intencji Ojczyzny, które odbywały się w Kościele św. Stanisława Kostki od października 1980 r. Msze św. gromadząc coraz to więcej wiernych z Warszawy i całej Polski, stały się manifestacją wiary i patriotyzmu Polaków. Kazania księdza Jerzego i programy poetycko-muzyczne w wykonaniu najwybitniejszych artystów stawały się narzędziem głoszenia ewangelicznej prawdy, ukazywania zła, kłamstwa i fałszu, przypominania podstawowych prawd o człowieku i świecie wyrastających z Dobrej Nowiny i nauczania Kościoła. Wierni odnajdywali w czasie tych Mszy umocnienie wiary w zwycięstwo sprawiedliwości i miłości oraz słusznej robotniczej sprawy. I to było powodem, że władze PRL-u zaczęły atakować i zwalczać wszelkimi sposobami ks. Jerzego.

We wrześniu 1983 r. rozpoczął się wyjątkowo ciężki czas w życiu ks. Jerzego. Czas przesłuchań, aresztowań i zastraszania. Jesienią sytuacja ks. Jerzego Popiełuszki była bardzo trudna. Czuł się zmęczony ciągłymi atakami, przeczuwał, że grozi mu śmierć. Ksiądz Prymas, widząc nasilające się kłopoty zdrowotne i prześladowanie przez komunistów zaproponował ks. Jerzemu wyjazd na studia do Rzymu, pozostawiając jednak jemu samemu decyzję w tej sprawie. Ksiądz Jerzy pozostał w Warszawie. Pozostając, zdawał sobie sprawę na co się naraża. Na pięć dni przed śmiercią powiedział prałatowi Uszyńskiemu: „Ja już się nie lękam jestem gotowy na wszystko, na każdą ofiarę”.

Złożył tę ofiarę 19 października 1984 r. wracając z Bydgoszczy do Warszawy.  Niedaleko miejscowości Górsk, samochód księdza Popiełuszki został zatrzymany przez umundurowanych trzech zbrodniarzy SB. Ogłuszyli go silnym uderzeniem w głowę, zakneblowali usta i wrzucili do bagażnika. Kiedy ksiądz Jerzy próbował uwolnić się i zbiec pobito go ponownie pałkami aż do nieprzytomności, związano ręce i nogi, grożono bronią, zakneblowano usta, utrudniając oddychanie. Do nóg przywiązano mu worek z kamieniami, a na szyję założono pętlę. W końcu zbrodniarze wrzucili, prawdopodobnie żyjącego ks. Jerzego do wody przy tamie we Włocławku.

7 sierpnia 1991 r. w homilii wygłoszonej podczas mszy św. we Włocławku, Papież Jan Paweł II powiedział: „Kulturę europejską tworzyli męczennicy trzech pierwszych stuleci. Tworzyli ją także męczennicy na wschód od nas – i u nas – w ostatnich dziesięcioleciach. Tak! Tworzył ją ksiądz Jerzy. On jest patronem naszej obecności w Europie za cenę ofiary życia, tak jak Chrystus” (z książki Wypłynęli na głębię).

 

RADOŚĆ KOŃCA

Pewnego dnia Nicole, po powrocie ze szkoły rzuciła się mamie na szyję i tuląc się do niej zaczęła mówić, jak bardzo ją kocha, jak to dobrze mieć mamę. Uradowana mama zażartowała: „Nicole daj spokój, bo mnie udusisz”. Ale dziewczynka dalej ściskała mamę i mówiła, jak to cudownie mieć przy sobie rodziców, rodzeństwo, wracać do domu, w którym są ludzie których kochamy i oni nas kochają, z którymi możemy dzielić się smutkami i radościami, możemy porozmawiać, przytulić się, gdy jest nam bardzo ciężko, możemy, wspólnie przygotowywać posiłki i razem je spożywać. Z rodzicami, to nawet zadania domowe łatwiej wychodzą. Nicole wymieniała wiele innych powodów dzisiejszej radości. Zauważyła i doceniła w życiu rodzinnym to, co do tej pory jakby uchodziło jej uwagi. To dało się później zauważyć nie tylko w słowach, ale także w czynach. Chętniej pomagała mamie w pracach domowych, czy w odrabianiu zadania domowego młodszej siostrze. A czyniła to z wielką radością. Gdy mama „uwolniła” się z uścisku córeczki, zapytała ją, co jest powodem dzisiejszego zachowania. Nicole posmutniała i przytoczyła opowieść swojej nauczycielki Mari z polskiej szkoły im. Bł. Jana Pawła II.

W przed zaduszkowej atmosferze pani Maria, na lekcji języka polskiego podzieliła się wspomnieniami z rodzinnego domu. Były to cudowne wspomnienia. Maria miała pięcioro rodzeństwa. Nieraz odczuwało się braki materialne, ale to nie miało znaczenia, bo w domu nie brakowało, tego co jest najcenniejsze w życiu rodzinnym, nie brakowało miłości. I to właśnie ta miłość czyniła to miejsce najpiękniejszym na świecie i pozostała dla Marii najcudowniejszym wspomnieniem. Pewnego dnia, cierpienie i ból wtargnęły do jej rodzinnego domu. Maria była wtedy studentką pierwszego roku i mieszkała w akademiku. Tego tragicznego dnia otrzymała wiadomość, że stan chorej mamy znacznie się pogorszył. Maria natychmiast spakowała najpotrzebniejsze rzeczy i pospiesznie wyruszyła do domu. Gdy zobaczyła zapłakane twarze w progu rodzinnego domu, serce jej zamarło. Wiedziała, że przybyła za późno. Już nigdy nie zobaczy roześmianej mamy, witającej ją w progu domu, już nigdy nie wyciągną się kochające ręce matki, aby przygarnąć swoje dziecko. Dla Marii zawalił się cały świat. Stanęła przed długą, bolesną drogą, na której odnajdzie swoją mamę, która jak opiekuńczy anioł z nieba powróci do niej i jej rodziny.

Przez tę smutną opowieść, Nicole zapewne uświadomiła sobie, że to co jest tak piękne i cudowne na ziemi może przeminąć. Ta świadomość sprawiła, że dziewczynka pełniej dostrzegła i bardziej zaczęła cenić dobro i piękno życia rodzinnego. Przez pryzmat tej wzruszającej historii chcę spojrzeć na zapowiedź końca świata, który jest tematem dzisiejszych czytań mszalnych. Kościół przypominając tę smutna prawdę, nie czyni tego dla jakiegoś zastraszenia, ale mobilizacji do piękniejszego przeżycia naszej doczesności. Abyśmy jak Nicole pełniej zauważyli piękno naszych codziennych spraw, ludzi żyjących z nami. Abyśmy zaczęli to jeszcze bardziej cenić i dziękować za to Bogu i ludziom. Abyśmy jeszcze pełniej wykorzystywali swoje talenty w służbie Bogu i ludziom.

Zapowiedzi końca świata odnajdujemy nie tylko na kartach Pisma św., ale również nauka maluje spektakularny jego scenariusz. Te obrazy możemy zobaczyć od czasu do czasu na nocnym niebie, przecinanym smugami spadających meteorytów. Eksplozja meteoru nad Czelabińskiem przypomniała o niszczycielskiej mocy bolidów i asteroid, które w ogromnej liczbie krążą w kosmicznym sąsiedztwie Ziemi. Zagrożeniem dla życia na Ziemi jest także wejście Układu Słonecznego w gęstą chmurę kosmicznego pyłu, który zalega na obrzeżach galaktyki i niekiedy rozciąga¬ się na przestrzeni do 150 lat świetlnych. Dla Ziemi byłby to wyrok śmierci. Pył kosmiczny po wejściu w reakcję z atmosferą, mógłby wydusić wszystkie żywe organizmy. Ponad to pozbawiłby Ziemi światła słonecznego, w wyniku czego Ziemia przemieniłaby się w ciemną i jałową kulę lodu. Bardzo poważnym zagrożeniem dla Ziemi byłoby uderzenie przez strumień promieniowania gamma uwolniony podczas wybuchu supernowej. Oprócz tych zagrożeń nauka wymienia wiele innych, których nie wspominam, bo nas interesuje duchowy wymiar tego wydarzenia.

Prorok Malachiasz w sposób plastyczny i obrazowy maluje koniec świata, który jawi się w formie sądu bożego. Nieprawi i wyrządzający krzywdę znikną jak słoma w płomieniach ognia. Z palącej się słomy nawet popiół nie zostaje. Wszystko rozmiata wiatr. Malachiasz mówi, że po nich nie zostanie ani korzeń, ani gałązka. Spotykam ludzi, którzy oczekują takiego końca świata, gdy widzą wiele nieprawości i zła, wobec którego są bezsilni, bo za tym złem stoją często media, a nawet prawo państwowe. To zło dociera do nas i w takiej formie. Eryka wybrała się ze swoją wnuczką do parku Sokrates w Astorii, do którego licznie przychodzą dzieci i młodzież szkolna. Ku swemu zaskoczeniu zobaczyła obsceniczną rzeźbę aktu seksualnego, którą dyrektor parku zinterpretował dla nowojorskiej gazety: „Człowiek gwałci naturę, a niedźwiedź gwałci człowieka”. O tym wie tylko dyrektor, a dla przeciętnego spacerowicza jest to rzeźba, która w obrzydliwy sposób promuje homoseksualizm, czy nawet zoofilię. Rodzice starają się chronić swoje dzieci przed tą ohydą parkową, jak i też protestują przeciw tej ekspozycji, a niektórzy w swej bezsilności przyzywają sądu bożego. Taki dzień przyjdzie, tylko nie wiemy kiedy. Ten dzień, jak mówi prorok Malachiasz będzie dniem triumfu, dla ludzi prawych, czcicieli Boga. Dla nich wzejdzie słońce sprawiedliwości, w świetle którego odnajdą pełnię życia.

Sąd Boży w wielu tekstach biblijnych jest wiązany z końcem świata. Tak jest w Ewangelii na dzisiejszą niedzielę. W czasie rozmowy na temat Świątyni Jerozolimskiej Jezus powiedział: „Przyjdzie czas, kiedy z tego, na co patrzycie, nie zostanie kamień na kamieniu, który by nie był zwalony”. Dla słuchaczy, zniszczenie świątyni było jednoznaczne z końcem świata. Zaczęli zatem pytać Jezusa, kiedy się to stanie i jakie będą tego znaki. Chrystus dał odpowiedź, ale nie w takiej formie jakiej się spodziewali. Upewnia, że koniec świata nastąpi, ale nie wyznacza jego daty. Mówi o znakach przed końcem świata, ale one nie upoważniają do stwierdzenia, że ten koniec będzie jutro, czy po jutrze. Chrystus mówi o przewrotach, wojnach, głodzie, zarazach, o strasznych zjawiskach i wielkich znakach na niebie, o prześladowaniach, o nienawiści do Jego wyznawców i fałszywych prorokach. Prawdę mówiąc, każdemu pokoleniu towarzyszą takie znaki, a zatem są one nieustannym wezwaniem o przygotowaniu się spotkanie z Chrystusem przy końcu świata, który w pewnym momencie przyjdzie do nas w formie także materialnego unicestwienia. Chrystus mówiąc o tych znakach dodaje: „Będzie to dla was sposobność do składania świadectwa”. Chrystus zapewnia, że obdarzy swoich uczniów mądrością i mocą, aby przejść przez te trudne dni. Trwanie przy Chrystusie w czasie tych doświadczeń, dawanie świadectwa jest najważniejsze, bo daje pewność na drodze zbawienia: „Ale włos z głowy wam nie zginie. Przez swoją wytrwałość ocalicie wasze życie”.

Pięcioletnia Agnieszka, po wieczornej modlitwie z mamą położyła się spać. Mama zauważyła, że jej córeczka nie śpi, tylko patrzy przed siebie i uśmiecha się. Mama zapytała: „Do kogo ty się uśmiechasz?”  „Do Pana Boga” – z rozbrajająca szczerością odpowiedziała Agnieszka. Gdy uwierzymy w Boga, jak to małe dziecko, to wtedy, nawet gdy dostrzeżemy znaki zbliżającego się końca świata, czy nawet sam koniec świata, będziemy spokojnie uśmiechać się do nie tylko do Boga, ale i do świata, który będzie przemijał. (z książki Bóg na drogach naszej codzienności).

 

OCALIĆ SWOJE ŻYCIE

W podręcznym kalendarzu zaznaczamy daty czekających nas zdarzenia, spotkań, prac. Umożliwia to lepsze wykorzystanie czasu i przygotowanie się do nadchodzących wydarzeń, dla których najczęściej wybieramy czas i sposób realizacji. Oprócz tego kalendarza jest inny, do którego wpisujemy różne daty, a czas je weryfikuje i wyznacza moment ich spełnienia, nie licząc się nieraz z naszymi planami. Jest to kalendarz całego naszego życia. W tym kalendarzu jest jeden taki moment, co do którego nie mamy nawet odwagi planować czy wyznaczać daty. Jest to moment ostatniego uderzenia naszego serca. I chociaż nie możemy wypisać tu konkretnej daty, to jednak jest to istotny moment w kalendarzu naszego życia. Jest on niejako jego ukoronowaniem. Edyta Gepert w jednej z piosenek śpiewa: „Jakie życie, taka śmierć”. Patrząc na ten moment przez pryzmat Pisma Świętego możemy powiedzieć: Jakie życie, taka wieczność.

Pod koniec roku czytania biblijne z poszczególnych niedziel przypominają nam o końcu naszego życia. Dla większej dramaturgii Biblia wkomponowuje ten moment w obraz końca świata, który nabiera apokaliptycznego wymiaru. Jest obraz pełen grozy i trwogi. Prorok Micheasz pisze: „Oto nadchodzi dzień palący jak piec, a wszyscy pyszni i wszyscy wyrządzający krzywdę będą słomą, więc spali ich ten nadchodzący dzień”. Jest to dzień trwogi i kary dla nieprawych, wyrządzających krzywdę. Zaś dla sprawiedliwych ostatni dzień życia to dzień radości i triumfu. W imieniu Boga tenże prorok mówi: „A dla was, czczących moje imię, wzejdzie słońce sprawiedliwości i uzdrowienie w jego skrzydłach”. Taką wizję końca, czy raczej początku nowego życia roztacza przed nami Kościół w ostatnie tygodnie roku liturgicznego. W tym momencie nie jest ważne czy nasz osobisty koniec świata zbiegnie się z końcem całego Wszechświata czy też nie. Najważniejsze jest to, abyśmy w tym momencie znaleźli się w gronie sprawiedliwych, w gronie czcicieli prawdziwego Boga.

Ten temat podejmuje Ewangelia. Dla ukazania grozy tego momentu, Chrystus używa obrazu zniszczenia Świątyni Jerozolimskiej. Dla Izraelitów Świątynia, budząca podziw swym ogromem i pięknem była największą świętością. Myśl o jej zburzeniu była dla nich prawie równoznaczna z końcem świata. Chrystus znając myślenie swoich słuchaczy powiedział o Świątyni: „Przyjdzie czas, kiedy z tego, na co patrzycie, nie zostanie kamień na kamieniu, który by nie był zwalony”. Przerażeni słuchacze pytają, kiedy to nastąpi i jakie znaki będą zapowiadać to tragiczne wydarzenie. W odpowiedzi nie pada konkretna data. Chrystus mówi tylko o znakach jakie poprzedzą to wydarzenie. Jest mowa o spadających gwiazdach, słońcu, które straci blask, wojnach, przewrotach, prześladowaniach, nienawiści do uczniów Chrystusa. To wszystko się stanie zanim nastąpi koniec świata. Chrystus mówi, że będzie to czas dawania świadectwa wiary. I tak jak prorok Micheasz przypomina, że dla sprawiedliwych, tych którzy wytrwają przy Nim do końca, będzie to czas ocalenia życia i chwały. „Ale włos z głowy wam nie spadnie. Przez swoją wytrwałość ocalicie wasze życie”.

Jak widzimy Chrystus pomija ludzką ciekawość, co do konkretnej daty końca świata, ale mocno akcentuje konieczność trwania przy Bogu, gdy przyjdzie ten moment. Wyznaczanie konkretnej daty końca świata, powołując się na Biblię i nauczanie Chrystusa nie ma najmniejszego uzasadnienia. Nauczyciel baptystów, założyciel adwentystów William Miller posługując się danymi z Biblii wyznaczył koniec świata na 3 kwietnia 1843 roku. Jego współwyznawcy bardzo na serio potraktowali tę datę. Pozostawiali wszystko i wychodzili na wzgórza oczekując końca i przyjścia Jezusa. Gdy w oznaczonym dniu nie nastąpił koniec świata, Miller wyznaczył następną datę na 22 października 1844 roku. Również i w tym dniu nic się nie wydarzyło. Miller zmarł 20 grudnia 1849 roku, na jego kamiennym nagrobku wygrawerowano słowa: „Czasu naznaczonego koniec będzie”. Ten koniec nastąpi, ale nie do nas należy określanie daty. Naszym zadaniem jest przygotowanie się na tę godzinę.

Czekając tej godziny, winniśmy odczytywać znaki i świadczyć o Chrystusie. Jednym z tych znaków jest ucisk i prześladowanie. Od samych początków chrześcijanie byli prześladowani, poczynając od Szczepana, którego współrodacy ukamienowali, poprzez prześladowania Nerona, reżimy komunistyczne, aż po dzień dzisiejszy. Dzisiejsze prześladowanie uczniów w „cywilizowanych” krajach przybiera trochę inną formę. Pisze o tym Jerzy Robert Nowak w książce „Walka z Kościołem w mediach”. Możemy tam znaleźć setki przykładów prześladowania uczniów Chrystusa. Oto jeden z nich. Brytyjski ateista zoolog Richard Dawkins napisał książkę „Bóg urojony”, która jest stekiem bzdur na temat religii. Trudno się temu dziwić, gdy specjalista od rozmnażania się karaluchów pisze książkę na temat religii. Ksiądz Tomasz Jaklewicz na łamach „Gościa Niedzielnego” napisał: „Autor bez wątpienia zasłużył na wpis do Księgi Rekordów Guinessa za największą ilość bzdur na temat religii, wypowiedzianych przez uczonego w jednej książce. Teza, którą zaciekle broni, jest taka: Boga nie ma, religia jest szkodliwym urojeniem ludzkości, dlatego należy ją zwalczać, jedyny prawdziwy obraz świata daje nauka, a zwłaszcza teoria ewolucji. Kto się z tymi zdaniami nie zgadza, jest tępym obskurantem, zmanipulowanym przez bandę religijnych fanatyków. Dla poparcia tych poglądów autor konstruuje karykaturalną wizję religii, a potem drwi: patrzcie, oto wasz Bóg, oto wasza religia, wstydźcie się i nawróćcie na ateizm!”

Nie dziwi mnie, że znajdzie się jakiś maniak, fanatyk, który ziejąc nienawiścią napisze książkę, która rozmija się z prawdą, ale dziwi mnie z jaką ochotą niektóre polskie media cytują te bzdury i zachęcają do lektury tego „dzieła”. Nie zraża ich jawne rozmijanie się z prawdą, tak jak chociażby stwierdzenie Dawkinsa: „Hitler nigdy nie wyrzekł się katolicyzmu i twórczo kontynuował chrześcijańską tradycję nienawiści do Żydów”. Każdy Polak wie, że Hitler nienawidził katolicyzmu. Polscy kapłani katoliccy, procentowo stanowili najliczniejszą grupę więźniów obozów koncentracyjnych. „Polityka” zaleciła swoim czytelnikom tę lekturę. Przekrój zamieścił wielki artykuł poświęcony tej książce pt. „Bóg, czyli wielkie zło”. Znalazło się tam stwierdzenie Dawkinsa: „Wśród ludzi, którzy w równym stopniu mają dostęp do nauki i wiary w Boga ci, którzy wybrali wiarę, są głupsi”. „Gazeta Wyborcza” wydrukowała spory fragment tej książki. Oczywiście, nie było w tych gazetach miejsca dla tych, którzy wykazali bzdurność stwierdzeń fanatyka z Oxfordu. Dzisiejsze prześladowania uczniów Chrystusa przybierają formę ośmieszania religii i ludzi wierzących. Wielu ulega tej ateistycznej propagandzie, nie zdając sobie nieraz sprawy jakie siły kryją się za tymi mediami.

Aby oprzeć się medialnemu atakowi ateizmu potrzebujemy wiele wytrwałości, roztropności i mocy Chrystusa. Pouczająca jest w tym względzie wypowiedź Irvinga Stone, który poświęcił wiele czasu na napisanie biografii Michała Anioła, Wincentego van Gogha, Zygmunta Freuda i Karola Darwina. Pewnego razu zapytano go, czy znalazł coś wspólnego, co by łączyło te postacie. Stone odpowiedział: „Pisałem o ludziach, którzy w swoim życiu… mieli wizję lub marzenie czegoś wspaniałego… i starali się to zrealizować. W dążeniu do tego celu napotkali różne przeszkody. Dostawali nieraz po głowie, byli poniżani, szkalowani i wydawało się nieraz, że są w sytuacji bez wyjścia. Ale ile razy byli powalani na ziemię, tyle razy podnosili się. A przy końcu swego życia mogli się cieszyć swoim skromnym udziałem w realizacji wspanialej wizji, której poświęcili życie. Chrystus roztacza przed nami wizje wieczności i mówi: „Przez swoją wytrwałość ocalicie wasze życie” (z książki W poszukiwaniu mądrości życia).

 

NAPISZ OTATNI LIST

Ewa, śliczna, delikatna blondyneczka w tym roku rozpoczęła naukę w pierwszej klasie szkoły podstawowej. Podobnie jak w klasie przedszkolnej ma bardzo trudny początek. Po prostu nie chce iść do szkoły. Na naciski dorosłych reaguje płaczem, tak dojmującym, aż się serce kraje. Nie ma jednak wyjścia, do szkoły trzeba iść. Próbowano ją mamić nagrodami. Nie skutkowało. Nauczycielka zasugerowała, że może zamiast nagrody wprowadzić jakąś karę np. ograniczenie dostępu do gier komputerowych. To też nie zadziałało. Minął miesiąc, a Ewa ciągle z płaczem przekracza próg szkoły. Pewnego razu szła z mamą do szkoły i w pewnym momencie powiedziała: „Mamo, tak bardzo mi się chce płakać, ale nie mogę, bo nie mam czym, nie mam łez”. „W takim razie nie płacz, jak nie masz czym płakać”- poradziła jej mama. Nieprzekonana tą radą Ewa, ociągającym się krokiem dreptała z mamą do szkoły. Po drodze spotkały inną dziewczynkę, która płakała w niebogłosy, bo też szkoła się jej nie podobała. Ewa popatrzyła na nią i najpoważniej w świecie powiedziała do mamy: „Nie ma co płakać, to jej nic nie pomoże i tak będzie musiała chodzić do szkoły”.

W naszej wierze bardzo często jesteśmy podobni do małej Ewy. Znamy bardzo dobrze pewne prawdy religijne, jednak nieraz trudno zawierzyć tym prawdom i postępować według nich w naszym codziennym życiu. Szczególnie wtedy, gdy te prawdy dotykają bardzo istotnych spraw naszego życia, o których często nie chcemy myśleć czy mówić o nich. I właśnie te sprawy są poruszane w dzisiejszych czytaniach mszalnych. A mówią one o końcu świata i śmierci. W pierwszym czytaniu słyszymy proroka Malachiasza: „Oto nadchodzi dzień palący jak piec, a wszyscy pyszni i wszyscy czyniący nieprawość będą słomą, więc spali ich ten nadchodzący dzień, mówi Pan Zastępów, tak że nie pozostawi po nich ani korzenia, ani gałązki. A dla was, czczących moje imię, wzejdzie słońce sprawiedliwości i uzdrowienie w jego skrzydłach”. Gdybyśmy mieli pewność, że to nastąpi jutro, to zapewne nawet słowa proroka by nas nie cieszyło: „A dla was, czczących moje imię, wzejdzie słońce sprawiedliwości i uzdrowienie w jego skrzydłach”. A zatem przyjmujemy do wiadomości, że to może kiedyś nastąpić, ale prawdopodobnie nas nie dotknie, a zatem żyjemy tak jakby nas nie dotyczyło.

W Ewangelii Jezus zapowiada zniszczenie świątyni Jerozolimskiej, co dla Żydów brzmiało jak zapowiedź końca świata. Uczniowie pytają, kiedy to się stanie. Jezus nie wyznacza konkretnej daty, tylko mówi o znakach, które będą zapowiadać ten koniec: „Powstanie naród przeciw narodowi” i królestwo przeciw królestwu. Wystąpią silne trzęsienia ziemi, a miejscami głód i zaraza; ukażą się straszne zjawiska i wielkie znaki na niebie. Lecz przed tym wszystkim podniosą na was ręce i będą was prześladować”. Te zapowiedzi są ciągle aktualne, mimo spełnienia się przepowiedni o zniszczeniu świątyni Jerozolimskiej, które nastąpiło czterdzieści lat po wypowiedzeniu tego proroctwa. Dla niektórych zmieszczenie świątyni było końcem świata. Prigent Pierre w książce „Upadek świątyni” pisze: „Żydzi stawiali opór z większą zaciekłością niż zwykle, jak gdyby jedynym szczęściem dla nich było zginąć blisko świątyni i w jej obronie. Lud był ustawiony w przedsionku, rada na stopniach, kapłani w samym sanktuarium. Chociaż byli nieliczni, nie poddawali się aż do chwili, gdy nagle część świątyni stanęła w ogniu. Wtedy jedni rzucali się dobrowolnie na rzymskie miecze, inni zabijali siebie wzajemnie, przebijali się lub skakali w płomienie. Wszyscy, a zwłaszcza ci ostatni uważali, że zginąć razem ze świątynią to nie jest klęska, ale zwycięstwo, zbawienie i szczęście”.

Zapowiedzi końca świata już na nas zbytnio nie działają, bo już przeżyliśmy tak wiele zapowiedzi jego końca. Co więcej, te przepowiednie ekscytują ludzi. Wyszukujemy je i z ciekawością się w nich rozczytujemy. Często czytamy tak jakby nie odnosiły się do nas. Tak jak mała Ewa wiemy, że to się kiedyś na pewno stanie, „trzeba chodzić do szkoły”, ale i tak „płaczemy” to znaczy robimy swoje, jakby to nas nie dotyczyło. Zachowujemy się tak nawet wtedy, gdy koniec świata przybiera kształt naszej śmierci. To tak daleko, że prawie aż nie realne. Dopiero gdy jesteśmy już pewni, że nasz koniec świata przybliża się nieuchronnie, wtedy coś zaczyna drgać w naszym życiu, zaczynamy to traktować bardzo poważnie, to znaczy ma to wpływ na nasze codzienne życie. Znamienny w tym względzie jest artykuł w The New York Times „Pisanie ‘Ostatniego Listu’, kiedy jesteś jeszcze zdrowy”. Oto jego treść.

Starszy mężczyzna, weteran piechoty morskiej był człowiekiem dumnym i hardym, który spoglądał na świat ze stoickim spokojem, był zamknięty w sobie, nieskorym do wyrażania swoich uczuć. Pewnego dnia po zdiagnozowaniu złośliwego raka pozostawiono go w szpitalu na leczenie. Każdego dnia odwiedzała go żona, z którą przeżył w małżeństwie ponad 50 lat. Długie godziny przesiadywała przy jego łóżku, ale niewiele rozmawiali ze sobą. Przebywając z żoną nie przerywał oglądania telewizji. Ona nie mając wyboru oglądała razem z nim. O wiele więcej miał do powiedzenia swojemu lekarzowi, a szczególnie wtedy, gdy jego dni były już policzone. Zwierzał się, że bardzo żałuje, że tak mało spędzał czasu z żoną, którą bardzo kocha. Żałuje, że nie powiedział swojemu synowi, który wstąpił w jego ślady, że jest bardzo dumny z niego i bardzo go kocha. O tym wszystkim lekarz powiedział żonie i synowi. Zaskoczeni nie mogli w to uwierzyć. Bardzo serdecznie podziękowali za to lekarzowi. Wiedzieli, że mąż i ojciec nie jest człowiekiem wylewnym, że nie potrafi wyrażać swoich uczuć, ale nie spodziewali, że jest tak kochającym mężem i ojcem. Następnego dnia rano lekarz zapytał swojego pacjenta, czy mógłby nagrać list do swojej rodziny. Pacjent się zgodził. Lekarz dał nagranie żonie i synowi. W czasie jego słuchania wzruszeni nie mogli powstrzymać szlochu i łez.

To doświadczenie zainspirowało doktora do utworzenia „Projektu Stanford”, który pomaga ludziom, odchodzącym z tego świata napisać ostatni list do rodziny i przyjaciół. Stanford, kierując się sugestiami ciężko chorych i ich rodzin oraz przyjaciół opracował szablon „Ostatniego listu”. Szablon listu ukierunkowuje myśli na najważniejsze sprawy w naszym życiu: Okazanie szacunku i uznania ludziom, którzy w naszym życiu odegrali bardzo ważną rolę, wspomnienie i zapamiętanie najpiękniejszych chwil naszego życia i ludzi, którzy wpisują się w nie, przeprosić tych, których może skrzywdziliśmy, przebaczyć tym, którzy nas zranili i skrzywdzili. Niech zabraknie w tym liście słów: dziękuję, kocham cię i do widzenia.

Mając to wszystko na uwadze winniśmy teraz zabrać się za pisanie „Ostatniego listu”, ale nie dlatego, że koniec świata się zbliża, że śmierć zagląda nam w oczy, ale dlatego, aby jak najpiękniej przeżyć czas ziemskiego pielgrzymowania, aby jak najowocniej przeżyć „dziś”. Bóg darował nam piękny czas ziemskiego życia i obdarzył nas swoją wyjątkową miłością. Ta miłość jest naszym największym dziedzictwem. I to dziedzictwo sprawia, że najważniejszymi darami jakie pozostawiamy po sobie to: współczucie, przebaczenie, miłosierdzie i pocieszenie. Pomyślmy, co chcielibyśmy napisać, aby nasi bliscy przeczytali, gdy nasza ziemska droga dobiegnie końca. A zatem, co chcielibyśmy napisać, niech stanie się treścią naszej codzienności, bo nie wiemy, kiedy przyjdzie ten ostatni dzień. Możemy być tylko pewni, że żyjąc treścią tego listu nasze życie wypięknieje i wypięknieje życie naszych bliskich. A to jest najpiękniejsze przygotowanie na nasze ostateczne dni (Kurier Plus, 2014).

 

NAJWAŻNIEJSZE RECZY W ŻYCIU 

Pewne rzeczy, pewne sprawy są dla nas najważniejsze w życiu. Zdobywanie ich nadaje sens naszej codzienności. One nas uskrzydlają i dają radość życia. Są także wartości, których pożądanie i zdobywanie prowadzi do destrukcji życia, jak butelka wódki dla pijaka. Dla ogromnej rzeszy ludzi Bóg jawi się jako najważniejsza wartość życia, która porządkuje nasze życie i w perspektywie wieczności nadaje mu sens. Dla Izraelitów w czasach Jezusa wiara w Boga była powszechna i była ściśle związana z Świątynią Jerozolimską. Świątynia była jednym z najpiękniejszych i najbardziej bogatych zespołów architektonicznych w całym Imperium Rzymskim. Wnętrze Przybytku kapało od złota. Ze wszystkich stron był on pokryty złotymi płytami, które swoim blaskiem oślepiały patrzących. Ten cały przepych i bogactwo były tylko marną oprawą obecności Boga. Świątynia bowiem była przez modlitwę i składane ofiary miejscem spotkania z wszechpotężnym Bogiem Jahwe. Historyk żydowski, Józef Flawiusz podaje, że w roku 66 na ofiary całopalne spędzono do Jerozolimy dwieście pięćdziesiąt tysięcy sztuk zwierząt. Świątynia była symbolem opieki Boga nad swoim ludem, miejscem, w którym Pan zawsze wysłuchiwał próśb i udzielał pomocy tym, którzy przychodzili do Niego ze swoimi potrzebami.

Chrystus patrząc ze swoimi uczniami na Świątynię powiedział: „Przyjdzie czas kiedy z tego, na co patrzycie, nie zostanie kamień na kamieniu, który by nie był zwalony”. To był szok dla słuchaczy, dla których zniszczenie świątyni znaczyło tyle co koniec świata. Dalsze słowa Jezusa i apostołów wskazują, że rzeczywiście jest to zapowiedź końca świata: „I nie trwóżcie się, gdy posłyszycie o wojnach i przewrotach. To najpierw musi się stać, ale nie zaraz nastąpi koniec”. Chrystus nie podaje daty tego końca, ale nie trudno sobie go wyobrazić. Niekoniecznie muszą to być katastrofy kosmiczne. Człowiek osiągnął taki poziom technologiczny, że wystarczy tylko uruchomić arsenał broni masowego rażenia.

Z lat dzieciństwa pamiętam jak w mojej wsi powtarzano proroctwa Michaldy i dziwiono się, że wszystko tak się sprawdza. Była tam także zapowiedz końca świata. Przepowiednie Michaldy można było nabyć na jarmarkach i odpustach, które zdecydowanie odbiegały od oryginału, który także mówi o końcu świata. Wieszczką była Królową Saby, którą w europejskiej tradycji nazywano Michaldą. Lektura Michaldy wnosiła trochę ekscytacji w monotonną i czasami nudnawą rzeczywistość. Nie przypominam sobie, aby te proroctwa mobilizowały człowieka do lepszego życia i przygotowania na koniec świata, który będzie także spotkaniem z Chrystusem. Ewangelia, mówiąc o końcu świata przestrzega nas przed fałszywymi prorokami i fałszywym odczytywaniem znaków przed jego nadejściem. Zachęca nas do refleksji nad końcem świata, nie w atmosferze paniki lub strachu, ale w atmosferze chrześcijańskiego zaangażowania i chrześcijańskiego zaufania w budowaniu królestwa Bożego na ziemi, które osiągnie pełnię w niebie.

Bardziej pożyteczna jest refleksja nad naszym osobistym końcem świata, którego z pewnością doczekamy niż dywagacja nad apokaliptycznym, którego prawdopodobnie nie doczekamy. I druga ważna sprawa. Gdy przyjdzie nasz osobisty koniec świata i przyjdzie do nas Chrystus, to przy jakiej robocie nas zastanie: budowaniu czy burzeniu Królestw Bożego, które jest królestwem miłości, sprawiedliwości, pokoju, życia. Nie znamy daty, kiedy staniemy przed Chrystusem. Tak jak to było w przypadku znanego artysty lidera zespołu Republika, Grzegorza Ciechowskiego. Tuż przed świętami Bożego Narodzenia, 22 grudnia 2001 roku Ciechowski przeszedł w warszawskiej klinice w operację tętniaka serca, której nie przeżył. Miał wtedy 44 lat. Było bolesne przeżycie dla całej rodziny a szczególnie jego pięcioletniego syna Brunona. Cierpiał. Nie potrafił pojąć, że ojciec już nigdy nie weźmie go na kolana, nie przytuli. Obaj byli bardzo zżyci. Artysta wspomina pierwszy kontakt z synem: „Byłem pierwszą osobą, która widziała główkę mojego syna i muszę przyznać, że to największe przeżycie w moim życiu”. A później darzył go ogromną miłością. Bruno bardzo ciepło wspomina ojca: „Pamiętam, jak kupił mi zabawkę dźwig i bawiliśmy się razem. Ja mówiłem na ten dźwig “dzik. Pielęgnuję pamięć o moim ojcu. Staram się popularyzować jego twórczość i osobę, a przy okazji dużo się uczę. Chciałbym kiedyś być dla swoich dzieci takim ojcem, jakim on był dla mnie. Jestem dumny, że noszę nazwisko Ciechowski”.

Pewnego razu Bruno wspólnie z mamą przeglądał domowe archiwum ojca. W jednej z szuflad znaleźli kilka zapisanych ręcznie zeszytów Grzegorza. Wśród nich był też wiersz „NIE TAK JAK JA” zaadresowany do syna. Bruno ogromnie się wzruszył. Traktuje go jak testament nieżyjącego ojca. Grzegorz Ciechowski świadom, że kiedyś stanie przed Bogiem ze swoimi niedociągnięciami życiowymi wskazuje synowi piękną drogę budowania Królestwa Bożego w sobie i na świecie: „nie będziesz tak jak ja / nie zrobisz tego co / zrobiłem mimo że / już wiedziałem / nie będziesz tak jak ja / nie zrobisz tego co / zrobiłem mimo że / już przeczuwałem / obiecaj mi / że będziesz kochał raz / obiecaj mi / nie powiesz Bogu: pa / obiecaj mi że wszystko co jest we mnie złe / ominie cię i będziesz / inny niż ja przysięgnij mi / że nawet wtedy gdy / zagrożę ci / wygnaniem – to odpowiesz: nie / obiecaj mi / przykryjesz mnie całunem z gwiazd / i odtąd ja / już żadnych / już żadnych błędów więcej / nie będziesz tak jak ja / nie zrobisz tego co / zrobiłem mimo że / już wiedziałem / nie będziesz tak jak ja / nie zrobisz tego co / zrobiłem mimo że / już przeczuwałem… / obiecaj mi… / przysięgnij mi…Do widzenia i odpuszczenia”. Każda biblijna zapowiedz końca świata jest wezwaniem do piękniejszego życia.

Na zakończenie przytoczę eksperyment przeprowadzony przez lekarza, specjalistę od opieki paliatywnej z książki Loriego Ericksona „Musimy porozmawiać o śmierci”. Lekarz zaprosił ochotników do sporządzenia trzech list. Na pierwszej mieli spisać pięć rzeczy, które sprawiły im przyjemność. Na drugiej pięć działań, które dawały im radość. Na trzeciej, pięć osób, które darzą największą miłością. Gdy już listy były gotowe lekarz opowiedział historię kobiety, której życie było wypełnione zwykłymi codziennymi pracami. W czasie rutynowych badań wykryto nowotwór. Zaczęto leczenie: najpierw szczegółowe badania, potem operacja, radioterapia i chemioterapia. Po roku leczenia okazało się, że zabiegi nie działają. Onkolog poradził jej, aby uporządkowała swoje sprawy i tak cały jej świat skurczył się do niewielkiej sypialni w hospicjum.

 W trakcie opowiadania tej historii lekarz przerywał i prosił uczestników, aby zidentyfikowali się z historią tej kobiety i wykreślili z list rzeczy najmniej ważne. Każdy z nich stanął przed wyborem, z czego zrezygnować. W pierwszy rzędzie uczestnicy ankiety wykreślili rzeczy i ulubione działania. Potem nadszedł czas, aby zacząć skreślić ludzi, to było bardzo trudne. Teraz już każdy wiedział do czego zmierzają te pytania i cały ten test. Niektórzy ze łzami w wykreślili bardzo wiele, zostawiając to co mogą zabrać ze sobą na drugą stronę i co tam będzie miało wartość.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *