22 marzec

Niedziela Palmowa Rok B .

 

„NA KRZYŻ Z NIM”.  

Gdy się zbliżali do Jerozolimy, do Betfage i Betanii na Górze Oliwnej, Jezus posłał dwóch spośród swoich uczniów i rzekł im: „Idźcie do wsi, która jest przed wami, a zaraz przy wejściu do niej znajdziecie oślę uwiązane, na którym jeszcze nikt z ludzi nie siedział. Odwiążcie je i przyprowadźcie tutaj. A gdyby was kto pytał, dlaczego to robicie, powiedzcie: «Pan go potrzebuje i zaraz odeśle je tu z powrotem»”. Poszli i znaleźli oślę przywiązane do drzwi z zewnątrz, na ulicy. Odwiązali je, a niektórzy ze stojących tam pytali ich: „Co to ma znaczyć, że odwiązujecie oślę?” Oni zaś odpowiedzieli im tak, jak Jezus polecił. I pozwolili im. Przyprowadzili więc oślę do Jezusa i zarzucili na nie swe płaszcze, a On wsiadł na nie. Wielu zaś słało swe płaszcze na drodze, a inni gałązki zielone ścięte na polach. A ci, którzy Go poprzedzali i którzy szli za Nim, wołali: „Hosanna. Błogosławiony, który przychodzi w imię Pańskie. Błogosławione królestwo ojca naszego Dawida, które przychodzi. Hosanna na wysokościach” (Mk 11,1-10).

Skowronek odrywa się od ziemi i czarnym punktem zatrzymuje się na błękitnym niebie. I z tej wysokości radosnym śpiewem budzi świat z zimowej ospałości. Wiosenny wiatr łagodnym podmuchem roznosi wszędzie radość budzącego się życia. Wierzbina, uprzedzając zielone liście pokrywa się miękkimi baziami, ukazując światu piękno wiosennej pory. Wierzbinowe gałązki zerwane na użytek kościelny stają się palmami, mimo że z wyglądu nie mają nic wspólnego z tymi, które rosną w tropikach. Nazwy użycza im podobne przeznaczenie. Kościoły wypełnione ludzką ciżbą mienią się kolorami palm, których zapach miesza się z dymem kadzidła Niedzieli Palmowej. Tak jest na polskiej ziemi w okresie Wielkiego Postu i Wielkanocny.

W tym samym czasie, w innej części globu, tam gdzie stopy Jezusa dotykały ziemi, słońce mocniej przygrzewa. Naokoło zieleń a migdałowe sady toną w powodzi bladoróżowych kwiatów. Drzewa oliwne nabrzmiewają pękami. W sadach dojrzewają owoce cytrusowe. Nad całym pejzażem królują wyniosłe palmy. Prawie dwa tysiące lat temu jedną z dróg, wpisaną w ten krajobraz wjeżdżał do Jerozolimy Jezus. Witały Go tłumy ludzi. Zrywali zielone gałązki, a wśród nich najbardziej okazałe gałęzie palm, rzucali pod nogi Jezusa i wołali: „Hosanna. Błogosławiony, który przychodzi w imię Pańskie. Błogosławione królestwo ojca naszego Dawida, które przychodzi”.

Tłum podziwiał Jezusa za mądrość nauki i cuda jakich dokonał. Gdy byli głodni rozmnożył chleb i ryby, wszyscy mogli najeść się do sytości. Przynosili do Niego chorych, a On kładł na nich ręce i wracali zdrowi do domu. Umarłym kazał wyjść z grobu i wychodzili.  Patrząc na te dzieła chcieli Go obwołać królem. Dobrze mieć takiego króla. Zapomnieli, że Chrystus wiele razy mówił im, że królestwo Jego jest z innego świata. Ale oni nie chcieli tego słuchać może sądzili, że jest to przejęzyczenie. Rzucali więc gałęzie pod nogi Jezusa, widząc w Nim potęgę i zapowiedź przyszłego królestwa, które zrealizuje się w ziemskiej rzeczywistości.

Prawdopodobnie wielu z tego tłumu będzie krzyczeć w niedługim czasie: „Na krzyż z Nim”. Zobaczą Chrystusa sponiewieranego, w cierniowej koronie i szyderczym berłem w ręku. Zawiedzione nadzieje, tyle się po Nim spodziewali. Nawet najbliżsi byli zaskoczeni takim obrotem sprawy. Tłum wrzeszczący: „Na krzyż z Nim” zapomni o rozmnożonym chlebie, o uzdrowieniach i wskrzeszeniach. Nie potrafili dojrzeć wielkości Chrystusa w momencie, gdy On stał pozbawiony wszelkich atrybutów ziemskiej potęgi.

Zastanawiające i pouczające jest zachowanie tego tłumu. Niewiele się ono różni jednak od zachowania się współczesnego człowieka. Wielcy tego świata otaczani są przez tabuny pochlebców. Wyśpiewują oni na ich cześć różnego rodzaju pochwały. Korzystają z tej sławy, karmią się przy stole obfitości i liczą, że zyskają jeszcze więcej. Wystarczy jednak, że wychwalany straci fortunę, straci władzę, wtedy pochlebcy umykają, co więcej, przypominają sobie i powtarzają historie obciążające niedawnego wybrańca losu.

Taka postawa jest wynikiem pewnej wizji życia; człowiek patrzy na drugiego przez pryzmat wartości wyłącznie materialnych. Oceniania drugiego według stanu jego posiadania, a nie według tego kim on jest. Stąd też spotykamy w życiu cenionych bogatych głupców i niedocenianych biednych mędrców. W tej sytuacji niewielki wpływ na życie ma mądre powiedzenie starożytnego filozofa: „Lepiej być biednym mędrcem aniżeli bogatym głupcem”.

Polem realizacji mądrości bożej jest doczesność i wieczność, stąd też logika tej mądrości bywa czasami odmienna od mądrości ludzkiej zredukowanej tylko do doczesności. Święty Paweł będzie głosił naukę krzyża, która jest „głupstwem dla pogan”, ale dla wiernych jest mądrością zbawienia. Ta odmienność sprawia nieraz, że to co w oczach ludzkich wydaje się być bardzo cenne w oczach bożych może nie mieć żadnego znaczenia.  Tłum krzyczący „Na krzyż z Nim” zamknął się na mądrość Bożego planu zbawienia. Zbyt ufał swoim wyobrażeniom Mesjasza. Nie do przyjęcia był Mesjasz cierpiący. W reakcji tłumu, skazującego Chrystusa na śmierć zabrakło mądrości bożej, która przewidziała, że cierpienie i śmierć w Chrystusie prowadzą do zmartwychwstania ( z książki Ku wolności).

 

W KRZYŻU CIERPIENIE, W KRZYŻU

Pan Bóg mnie obdarzył językiem wymownym, bym umiał przyjść z pomocą strudzonemu przez słowo krzepiące. Każdego rana pobudza me ucho, bym słuchał jak uczniowie. Pan Bóg otworzył mi ucho, a ja się nie oparłem ani się nie cofnąłem. Podałem grzbiet mój bijącym i policzki moje rwącym mi brodę. Nie zasłoniłem mej twarzy przed zniewagami i opluciem. Pan Bóg mnie wspomaga, dlatego jestem nieczuły na obelgi, dlatego uczyniłem twarz moją jak głaz i wiem, że wstydu nie doznam (Iz 50,4-7).

W dniach przeżywania Męki Pana Naszego Jezusa Chrystusa docierają do nas za pośrednictwem mediów przerażające wojenne obrazy. Te przekazy są potrzebne, aby ludzkość przejęła się słowami papieża Jana Pawła II, który mówi, że każda wojna jest klęską ludzkości. Patrząc na ogrom wojennego cierpienia, tylko człowiek bez serca z kamienną duszą może cieszyć się zwycięstwem. Najtragiczniejsze są obrazy cierpienia najbardziej niewinnych. Gdy o tym piszę widzę w Iraku w samochodzie zwęgloną trójkę małych dzieci, które ze swoją mamą udawały się na zakupy. Zapewne nie zdążyły ucieszyć się kupionymi zabawkami, bo w drodze dopadła ich rakieta. Nigdy chyba nie zapomnę obrazu zniszczonego przez bombę szpitala i rozszarpanych ciał małych irackich dzieci. Zanim śmierć zajrzała im w oczy, doświadczyły tylko biedy, a ostatnim akordem ich życia było śmiertelne przerażenie, które wchłonęła rozdzierająca niebo eksplozja. Na fotografii, która obiegła cały świat widzimy małego chłopca, któremu tym razem udało się wyrwać z objęć śmierci. Na głowie i rękach bandaże a w oczach łzy, rozpacz i przerażenie. Łzy osuszy pustynny wiatr, a przerażenie zostanie do końca życia. Na innej fotografii żołnierz amerykański trzyma na rękach niemowlę, którego matka została śmiertelnie ugodzona. To dziecko nigdy nie doświadczy jej ciepła i miłości. I jeszcze jedna fotografia; mała zapłakana amerykańska dziewczynka trzyma w ręku portret swego taty, żołnierza, który zginął na wojnie. Powiedzą jej, że tatuś to bohater, może być z niego dumna. Ale to nigdy nie zastąpi jej wtulenia się w ramiona tatusia. Pozostanie na zawsze bolesna tęsknota. 

W tych dniach klęski, stając w obliczu ogromnego cierpienia niewinnych przywołuje na pamięć zdarzenie opisane przez Elie Wiesela, który był świadkiem egzekucji w obozie koncentracyjnym. Wśród grupy skazanych na szubienicę znalazł się mały chłopiec. Był jednak tak wychudzony, że nawet pętla nie zacisnęła się na jego szyi. Więźniowie patrzyli na powolne konanie chłopca. A jeden z nich zapytał: „Gdzie jest Bóg? Gdzie jest Bóg?” A wtedy Wiesel usłyszał wewnętrzny głos: „Gdzie jest? On jest tutaj. On wisi na szubienicy…” Być może, że Wiesel w tym momencie o tym nie myślał, ale rzeczywiście Bóg zawisł na szubienicy krzyża, abyśmy w jego bliskości mogli się napełnić mądrością i mocą, która z mroku cierpienia i śmierci może nas wydźwignąć do światła, radości i życia. Niedziela Palmowa zwana także Niedzielą Męki Pańskiej prowadzi nas pod krzyż, u stóp którego śpiewamy: „W krzyżu cierpienie, w krzyżu zbawienie, w krzyżu miłości nauka. Kto Ciebie Boże, raz pojąc może, ten nic nie pragnie, ni szuka. Kiedy cierpienie, kiedy zwątpienie serce ci na wskroś przepali; gdy grom się zbliża, pospiesz do krzyża, on ciebie wesprze, ocali”.

Zbliżamy się do krzyża z palmami w ręku, na przypomnienie triumfalnego wjazdu do Jerozolimy. Jezus ze swymi uczniami przybywa do świętego miasta na uroczystości Paschy. Przechodzi przez Betanię, tam, gdzie wskrzesił Łazarza. Zapewne wśród towarzyszącego Mu tłumu są ludzie, którzy pamiętają cudowne wskrzeszenie. Jezusowi towarzyszy niezwykły entuzjazm tłumu. Rozścielają przed, jadącym na osiołku Jezusem swoje płaszcze, obcinają gałązki plam i rzucają je pod nogi osiołka, wołając: „Hosanna! Błogosławiony Ten, który przychodzi w imię Pańskie. Błogosławione królestwo ojca naszego, Dawida, które nadchodzi. Hosanna na wysokościach!”. Zapewne wielu widziało w Nim chwałę króla w wymiarze ziemskim. Lecz Chrystus zdążał ku innej chwale. Królestwa ziemskie przemijają, zaś królestwo Boże, które przynosi Chrystus trwać będzie wiecznie. Prawem tego Królestwa jest miłość, która obejmuje nawet wrogów. Wyrazem jej są słowa wypowiedziane na krzyżu: „Ojcze, wybacz im bo nie wiedzą co czynią”. Cierpienie Chrystusa jest językiem miłości, która nie zna żadnych granic i uwarunkowań. Ukoronowaniem i uwiarygodnieniem sensu takiej miłości jest zwycięstwo zmartwychwstania. Kto zawierzy takiej miłości jest w stanie budować bardziej ludzki świat. Ma także siłę wzięcia na ramiona własnego cierpienia, które znajdzie swe spełnienie w zmartwychwstaniu Pana.

Jezus, aby być jak najbliżej cierpiących sam doświadczył różnego rodzaju cierpień.  Cierpiał, gdy w Ogrodzie Oliwnym pocił się krwawym potem na myśl o czekającej Go męce. Cierpiał, gdy Judasz Go zdradził a Piotr się zaparł. W wywiadzie dla magazynu „Parade” 15 letni chłopiec mówi: „Nigdy nie miałem prawdziwej rodziny. Nigdy nie widziałem mojego ojca. Jestem zawsze samotny… Czuje zawsze, jakby coś było złego ze mną… Muszę być zły. Czuję się jakbym nie istniał, ponieważ nikt mnie nie kocha”. Później, w Chrystusie cierpiącym znalazł oparcie, które zmieniło jego myślenie. W Nim odkrył miłość, która jest w stanie zmierzyć się z jego cierpieniem.

Jezus doświadczył cierpienia fizycznego, kiedy był biczowany, cierniem koronowany i krzyżowany. Duchowa więź z Chrystusem cierpiącym była mocą dla dr Sheili Cassidy, która w czasie rozruchów w Chile w latach siedemdziesiątych udzielała pomocy medycznej protestującym przeciw rządowi. Zastała aresztowana przez policję i torturowana. Rozciągnięta jak Jezus na krzyżu cierpiała przez cztery dni ból fizyczny. Wspominając te cierpienia napisała: „W niewielkim stopniu doświadczyłam cierpień, które znosił Jezus. W czasie tortur czułam, że On jest ze mną, i prosiłam Go, aby mi pomógł przetrwać”. W tej łączności odnalazła sens swoich cierpień i moc niesienia swego krzyża.

Jezus doświadczył także cierpień duchowych. Przykładem tego mogą być słowa wypowiedziane na krzyżu: „Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?” Amerykański ksiądz Walter Ciszek 23 lata spędził w rosyjskich łagrach. Potworne warunki obozowe doprowadziły go do załamania, serce jego pogrążyło się w bezgranicznej rozpaczy. W tym krytycznym momencie spoglądał na krzyż i prowadził dialog z Bogiem: Powiedziałem Bogu, że nie mam już siły, jestem kompletnym bankrutem, a jedyną moją nadzieją jest On sam. Czuję się całkowicie opuszczony. Chciałbym umrzeć. To doświadczenie pomogło mu pełniej zrozumieć słowa Chrystusa: „Ojcze w ręce Twoje powierzam ducha Mojego”. Ks. Ciszek wspomina, że te rozmowy z Chrystusem ukrzyżowanym pomogły mu przetrwać katorgę obozową i włączyć swoje cierpienia w strumień łaski prowadzącej ku zmartwychwstaniu.

Zapewne w tych rozważaniach nie znaleźliśmy gotowej wykładni na temat cierpienia, a szczególnie cierpienia niewinnych. To rodzi się w nas na miarę naszego osobistego wnikania w tajemnicę cierpienia Chrystusa. Ten osobisty wysiłek wprowadza nas w jasność zmartwychwstania. Rosyjska poetka Irina Ratuszynska spędziła wiele lata w sowieckich obozach pracy. Wspominając te lata napisała: „Najskuteczniejszą drogą zachowania swego człowieczeństwa w koszmarnych warunkach obozowych było zwracanie uwagi bardziej na cierpienie bliźniego, niż na własne”. Poprzez pewną analogię możemy powiedzieć, że najlepszym sposobem zachowania naszego człowieczeństwa i zyskania wieczności jest zgłębianie tajemnicy męki i zmartwychwstania Chrystusa /Nie ma innej Ziemi Obiecanej/.

 

NIE ULEC CIERPIENIU

Chrystus Jezus istniejąc w postaci Bożej, nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi, stawszy się podobnym do ludzi. A w tym co zewnętrzne uznany za człowieka, uniżył samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci, i to śmierci krzyżowej. Dlatego też Bóg wywyższył Go nad wszystko i darował Mu imię ponad wszelkie imię, aby na imię Jezusa zgięło się każde kolano istot niebieskich i ziemskich, i podziemnych, i aby wszelki język wyznał, że Jezus Chrystus jest Panem ku chwale Boga Ojca. Flp 2,6-11

Przed kilkunastu dniami wróciliśmy z pielgrzymki do Ziemi św. Mając świeże obrazy nawiedzanych miejsc inaczej przeżywamy liturgię najważniejszego tygodnia w roku liturgicznym, zwanym Wielkim Tygodniem, a w języku angielskim Świętym Tygodniem. Rozpoczyna go Niedziela Palmowa, zwana Niedzielą Męki Pańskiej. Myśląc o ostatniej pielgrzymce, wspominam zdarzenie, które miało miejsce w czasie pielgrzymki jubileuszowej w roku 2000, na tydzień przed przyjazdem do Ziemi św. bł. Jana Pawła II. Większość z nas udawała się tam po raz pierwszy. Podobnie jak Regina, jedna z uczestniczek pielgrzymi cieszyliśmy się na samą myśl, że będziemy chodzić tymi samymi drogami, którymi chodził Jezus, dotykać kamieni, których dotykał nasz Zbawiciel. Pierwszym nawiedzonym przez nas miejscem był Ogród Oliwny i Bazylika Getsemanii. Regina wysiadając z autobusu niefortunnie postawiła nogę na ziemi. Poczuła ogromny ból. Przezwyciężając go jednak doszła do Bazyliki Getsemanii, gdzie uczestniczyła we Mszy św.. Jednak z każdą godziną ból się nasilał. Regina  nie poddawała się, przezwyciężając go, razem z grupą pielgrzymowała dalej. Wieczorem ból stał się nie do wytrzymania. Reginę przewieziono do szpitala. Okazało się, że ma złamaną nogę. Założono gips, a o dalszej podróży nie było mowy. Musiała wracać do domu w Nowym Jorku. Regina wyznał, że siedziała w szpitalu i płakała, ale nie z bólu, tylko z żalu, że będzie mogła przejść śladami Chrystusa. Po pewnym czasie sięgnęła po książkę, którą zabrała ze sobą. Natrafiła w niej na słowa, które odmieniły jej spojrzenie na to co się stało. Były to słowa Jezusa: „Potrzebuję twojego cierpienia, aby zbawiać świat”. Regina odniosła te słowa do siebie. Tamto cierpienie, jak i późniejsze nabrały dla niej szczególnego znaczenia. 

Dwanaście lat później, przed wyjazdem do Ziemi św., w pierwszy piątek miesiąca odwiedziłem Reginę z Komunię świętą i udzieliłem sakramentu Namaszczenia Chorych. Od trzech lat Regina zmaga się nowotworem. Przeszła już wiele wyczerpujących chemoterapii. Obecnie jest bardzo osłabiona. Nie może się już obejść bez butli tlenowej. Mówi, że w tym ogromnym cierpieniu, mimo głębokiej wiary trudno nieraz zachować wewnętrzny pokój i radość. Jednak w łączności z Chrystusem udaje się jej nadać sens swemu cierpieniu i odnaleźć wytchnienie. Jak sama mówi, nauczyła się tego w czasie pielgrzymki do Ziemi św. Tam zrozumiała sens cierpienia. Od tamtego czasu nie prosiła Boga, aby oddalił od niej cierpienie, ale tak jak Chrystus w Ogrójcu powtarzała: „Ojcze oddal ode mnie ten kielich, ale nie moja, ale Twoja wola nich się stanie”. Pewnego razu w modlitwie powiedziała: „Chryste, jeśli moje cierpienie jest potrzebne do nawrócenia grzeszników, zbawienia ludzi, to ześlij je na mnie”. Na wysłuchanie modlitwy nie trzeba było długo czekać. Następnego dnia, w wypadku doznała złamania ręki. I to ją jeszcze bardziej umocniło w przekonaniu, że każde cierpienie w Chrystusie nabiera sensu i w łączności z Nim wysługuje zbawienie. Dzisiaj, Regina z wielką pokorą i oddaniem przyjmuje ogromne cierpienie swojej choroby i mówi, że coraz bardziej jest pewna, że to cierpienie ofiarowane za zbawienie świata jest ważniejsze niż modlitwa, a nawet czyny. Ta historia życiem pisana jest wystarczającym komentarzem do dzisiejszych czytań liturgicznych, a szczególnie Męki Pańskiej. Jednak zwróćmy jeszcze uwagę na inne aspekty bogatej liturgii Niedzieli Męki Pańskiej.

W tym dniu trzymamy w ręku kolorowe polskie palmy lub naturalne gałęzie drzew palmowych. Przypominają one triumfalny wjazd Jezusa do Jerozolimy i tłumy wiwatujące na cześć Chrystusa: „Hosanna. Błogosławiony, który przychodzi w imię Pańskie”. Chrystus wjeżdżał do Jerozolimy, jak król, który miał objąć tron jemu należny. Jednak Jego królowanie odstawało od wyobrażeń królowania wiwatującego tłumu. Droga na tron Chrystusa Króla prowadzić będzie przez cierpienie, śmierć na krzyżu i zmartwychwstanie. Będzie to wieczne królowanie, a nie ulotne, ludzkie, na miarę wiwatującego tłumu. Niektórzy z tego tłumu, wkrótce będą krzyczeć: „Na krzyż z Nim”, a na kpinę umieszczą napis na krzyżu Chrystusa: „Jezus nazarejczyk król żydowski”. Jednak to nie śmierć będzie miała ostatnie słowo, ale życie. Przypominają nam o tym także polskie plamy wykonane z wierzbowych witek, których bazie zapowiadają nadejście wiosny, życia. W dzieciństwie odnajdywałem je w lasach puszczy Solskiej. Nieraz na ziemi śnieg trzymał jak w kleszczach wszelkie przejawy budzącego się życia w przyrodzie, tylko pewien rodzaj wierzby, którą nazywaliśmy po prostu palmą wyłamywał się spod tego dyktatu. Rozkwitające wierzbowe bazie mówiły o budzącym się życiu i oddawały atmosferę zbliżających się świąt.  Oto z zimnej ciemności grzechu, cierpienia i śmierci wyłaniała się promienista jutrzenka zmartwychwstania i życia.

Zacytowany na wstępie prorok Izajasz zapowiada tajemnicę Niedzieli Palmowej słowami: „Podałem grzbiet mój bijącym i policzki moje rwącym mi brodę. Nie zasłoniłem mej twarzy przed zniewagami i opluciem”.  Prorok mówi o Słudze Jahwe, którego my widzimy w Jezusie Chrystusie. Sługa Jahwe ma moc stawienia czoła tym wszystkim zniewagom, bo bezgranicznie zaufał Bogu. Wierzy, że sprawa, której służy i za którą cierpi zwycięży a jego ofiara nie będzie daremna. Sługa doznaje największego upokorzenia, czego wyrazem jest oplucie, które w oczach Żydów uchodziło z największą zniewagę. W czasie naszych pielgrzymek do Ziemi świętej odprawiamy drogę krzyżową, idąc śladami Jezusa dźwigającego krzyż na Golgotę. Idziemy rozkrzyczaną ulicą, czasami słyszymy obelżywe słowa i widzimy drwiące gesty, a czasami zdarza się, że fanatyk żydowski pluje na krzyż. Jednak nikomu, z odprawiających drogę krzyżową nie przychodzi nawet do głowy, aby tym samym odpłacić. W skupieniu zdążamy na Kalwarię, gdzie zostały wypowiedziane słowa Chrystusa: „Wybacz im, bo nie wiedzą co czynią”. Chrystus ogarnia miłością nawet swoich oprawców. To nie cierpienie jest najistotniejszym elementem liturgii Niedzieli Palmowej, ale miłość, która gotowa jest do największych poświęceń, nawet śmierci krzyżowej. Taka miłość ma być zasadą życia dla tych, którzy z grzechu i śmierci zdążają do zmartwychwstania i życia.

Jest to czasami droga bardzo trudna, zostawiająca nas z pytaniami bez odpowiedzi, jak w historii opowiedzianej przez Briana Doyle w książce „Grace Notes”. „Moja żona prowadzi zajęcia plastyczne dla dzieci poważnie chorych. Lubi swoja pracę, która niesie wiele radości, ale także i bólu. Obecnie pracuje z dziewczynką, której stan pogarsza się z dnia na dzień. Jej życie wypełnione jest morzem bólu. Pewnego razu po powrocie do domu zastałem żonę pogrążoną w ogromnym smutku. Zapytałem ją co się stało. To co usłyszałem do dziś pamiętam bardzo dobrze: ‘Ona jest codziennie krzyżowana. Zastrzyki i inne zabiegi medyczne zadają jej ogromny ból. Matki, które patrzą na to nie mogą powstrzymać łez. A ta mała dziewczynka akceptu i przyjmuje to codzienne krzyżowanie. Nigdy nie narzeka. Wszystkie te małe dzieci są krzyżowane. Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego tak się dzieje?’ Nic nie powiedziałem, bo nic nie miałem do powiedzenia. Następnego dnia żona poszła do pracy, aby być z tymi cierpiącymi dziećmi i wnosić w ich życie odrobinę radości”.

Odpowiedź na te pytania przychodzi, gdy razem z Chrystusem bierzemy swój krzyż i razem z Nim zdążamy na naszą Golgotę, z której możemy dostrzec jasność zmartwychwstania, która wystarczy za odpowiedź nawet na najtragiczniejsze pytanie (z książki Bóg na drogach naszej codzienności).

 

PRZEZ UMIERANIE DO PEŁNI ŻYCIA

Pielgrzymując do sanktuarium Matki Bożej w Gwadelupie w Meksyku mamy także okazję poznać cywilizacje starożytnych Indian, między innymi Majów i Azteków. W ich życiu bardzo ważne miejsce odgrywała wiara w liczne bóstwa. Można powiedzieć, że to ona nadawała kształt ich życiu społecznemu i indywidualnemu. Nawet wojny, zwane „kwietnymi” były prowadzone z inspiracji religijnej. Wojna dostarczała jeńców na ofiary składane bogom. W Chichen Itza na szczycie Świątyni Wojowników znajduje się kamienny posąg półleżącego Chaca Moola, posłańca, pośrednika między bogami a ludźmi. Trzyma on misę na serca ludzi, których Majowie składali w ofierze bogom. Innym świadectwem krwawych ofiar jest Tzompantli, czyli platforma czaszek. Do tej platformy przylega boisko do rytualnej gry w piłkę. Gracze, odbijając gumową piłkę łokciami, kolanami, pośladkami i biodrami mieli ją umieścić w kamiennym pierścieniu. W grze brały udział dwa zespoły, liczące od trzech do pięciu zawodników. Piłka, symbol słońca nie mogła dotknąć ziemi. Drużyna, która do tego dopuściła przegrywała.  Przegranych zawodników, którzy przerwali bieg słońca składano bogom w krwawej ofierze. Idąc śladem krwawych ofiar przechodzimy do Świętej Studni, gdzie czczono Chaca, boga deszczu. Dla jego ubłagania wrzucano do studni cenne wyroby z nefrytu i złota oraz ludzi, w tym małe dzieci. W Mexico City, na miejscu azteckiej Templo Mayor możemy oglądać tysiące czaszek ludzi złożonych bożkom w ofierze. 50 km na północ od Mexico City znajduje się Teotihuacan, centrum kultowe Azteków, ze znanymi piramidami Słońca i Księżyca oraz ołtarzami, na których w ciągu kilku dni składano w krwawej ofierze nawet po kilka tysięcy niewolników.

Wzdrygamy się na myśl takich form oddawania czci bogom. W czasie rozmowy na ten temat, jeden z moich rozmówców powiedział, że i w chrześcijaństwie w cenie jest ofiara męczeństwa i oddanie życia w imię Boga. Dla mnie takie zestawienie zabrzmiało trochę jak bluźnierstwo. A to z dwóch powodów. Po pierwsze, chrześcijanie składają ofiarę Jedynemu i Prawdziwemu Bogu, a nie bóstwom wymyślonym na kształt ludzkich pragnień i słabości. Pewnym usprawiedliwieniem, jeśli takie może być, jest to, że Indianie nie znając objawienia zawartego na kartach Biblii szukali Boga niejako po omacku, a szukając nieraz błądzili. Po drugie, istnieje zasadnicza różnica w idei ofiary. W religiach pogańskich krwawa ofiara dokonywała się a atmosferze nienawiści, egoizmu. Ofiarujący nie składał siebie w ofierze, ale najczęściej swego wroga. Można powiedzieć, że była to ofiara nienawiści. W chrześcijaństwie ofiara męczeństwa, oddania życia jest ofiarą miłości. W imię której rezygnuję z jednej wartości by zyskać wartość doskonalszą.  Bóg sam daje przykład takiej ofiary. Tak bowiem umiłował człowieka, że dla jego zbawienia wydal swego Syna na ukrzyżowanie. W drugim czytaniu na Niedzielę Palmową z Listu do Filipian słyszymy słowa: „Chrystus Jezus istniejąc w postaci Bożej, nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi, stawszy się podobnym do ludzi. A w zewnętrznym przejawie, uznany za człowieka, uniżył samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci – i to śmierci krzyżowej”. Tę ofiarę miłości Chrystusa zapowiada w Starym Testamencie prorok Izajasz: „Pan Bóg otworzył Mi ucho, a Ja się nie oparłem ani się cofnąłem. Podałem grzbiet mój bijącym i policzki moje rwącym Mi brodę. Nie zasłoniłem mojej twarzy przed zniewagami i opluciem. Pan Bóg Mnie wspomaga, dlatego jestem nieczuły na obelgi, dlatego uczyniłem twarz moją jak głaz i wiem, że wstydu nie doznam”.

W roku 1999 zmarł Kardynał Basil Hume przewodniczący episkopatu Anglii i Walii. Gazety londyńskie pisały o nim z wielkim uznaniem. Nazywano go duchowym przywódcą narodu. Podkreślano osobistą świętość i benedyktyńską duchowość. Zasłynął jako świetny mówca. Tak wspomina on jedno ze swoich kazań o kochającym Bogu:  „Pewnego razu głosząc kazanie w jednym z kościołów parafialnych, zauważałem nagle młodą kobietę z dzieckiem. Między nimi można było zobaczyć ogromną miłość. Miałem wielką pokusę powiedzieć zgromadzonym: ‘Zapomnijcie wszystko co wam powiedziałem, a spójrzcie na tę kobietę z dzieckiem, a zobaczycie co znaczy miłość Boga’”. Za tym pięknym obrazem miłości Boga, kryje się gotowość do największej ofiary, której spełnienie ukazuje nam  przejmujący opis Męki Pana Naszego Jezusa Chrystusa, czytany w Niedzielę Palmą, zwaną także Niedzielą Męki Pańskiej. Bóg mógł nas zbawić na innej drodze, a jeśli wybrał taką, to zapewne dlatego, że w naszym ludzkim rozumieniu nie ma większej miłości, jak ta, gdy ktoś oddaje swoje życie za drugiego. Znakiem najdoskonalszej miłości stał się krzyż, który stanął na Golgocie. Przejmujące słowa Jezusa na krzyżu: „Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?”, mówią, że Jezus w całej pełni doświadczył okrucieństwa śmierci. Szczyt tej ofiary był zarazem początkiem chwalebnego zmartwychwstania, które zaczęło owocować na Golgocie. W Ewangelii słyszymy słowa: „A zasłona przybytku rozdarła się na dwoje, z góry na dół. Setnik zaś, który stał naprzeciw, widząc, że w ten sposób oddał ducha, rzekł: Prawdziwie, ten człowiek był Synem Bożym”. Znak na Golgocie jest tak święty i ważny dla uczniów Chrystusa, że w jego obronie gotowi są oddać życie. W średniowieczu, gdy Golgota i inne święte miejsca dla chrześcijan znalazły się w rękach mahometan, tysiące chrześcijan było gotowych oddać swoje życie, aby je odzyskać. Liczni chrześcijanie wyruszali na wyprawy krzyżowe. Różnie możemy oceniać te wyprawy, ale gdy przyjrzymy się bliżej szeregowym jej uczestnikom, to zobaczymy ogromną miłość i autentyczną wiarę. Gotowi byli oni bronić tych świętych miejsc za cenę swego życia. Przed wyruszeniem na wyprawę każdy otrzymywał poświęcony krzyż i ślubował, że jest gotowy na największą ofiarę, ofiarę życia. Krzyżowcy wierzyli, że gdy zginą Chrystus przyjmie ich do swojej chwały.

Jest to piękne świadectwo wiary. Jednak Chrystus z krzyża wzywa swych uczniów do czegoś więcej niż obrona znaków naszej wiary i gotowości oddania życia za nie. Mamy Chrystusa naśladować: „Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje”. A to naśladowanie żąda nieraz największej ofiary. Nie wahał się jej złożyć św. Maksymilian Kolbe. Z bloku ojca Kolbego uciekł jeden z więźniów. Wściekły komendant nakazał zwołać na plac cały blok i co dziesiątego więźnia skazał na śmierć w bunkrze głodowym. Wśród wyznaczonych na śmierć znalazł się Franciszek Gajowniczek, który tak mówi o tym zdarzeniu: „Zdrętwiałem cały i jak mi koledzy później powiedzieli, straszliwie jęknąłem, że mi jest żal żony i dzieci. Wtedy z szeregu wyszedł jakiś więzień przed Lagerführera i po niemiecku powiedział, że on chce za mnie pójść na śmierć do bunkra i na mnie wskazał ręką. Poznałem, że tym więźniem jest Ojciec Kolbe. Lagerführer zadał o. Kolbemu kilka pytań i zgodził się na tę zamianę. Wyszedłem z grupy dziesięciu skazanych i wróciłem do szeregu, a o. Kolbe zajął wśród nich moje miejsce”. Najczęściej nasze oddawanie życia dla innego człowieka składa się z małych ofiar rozłożonych na cale lata. Dobrze o tym wiedzą kochający rodzice. Ile poświęcenia, wyrzeczeń kryje się w miłości rodzicielskiej. Te wyrzeczenia są pewną formą obumieranie, które jednak niesie radość spełnionego życia.

Niedziela Palmowa to także wspomnienie triumfalnego wjazdu Jezusa do Jerozolimy i radosnego wołania: „Hosanna! Błogosławiony, który przychodzi w imię Pańskie Hosanna”. Łatwiej i radośniej iść w za Chrystusem w triumfalnej procesji, trzeba jednak pamiętać, że w procesji z krzyżem na ramionach Jezus prowadzi nas ku zmartwychwstaniu. Nie może nas w tej procesji zabraknąć. Jeśli wydaje się to nam za trudne, to wczytujmy się w krzyż Chrystusa, o którym św. Augustyn powiedział: „Krzyż jest najpiękniejszą Księgą Bożej Mądrości” (z książki w Poszukiwaniu mądrości życia).

 

ŚWIĘTA HELENA, CESARZOWA

W Niedzielę Palmową, trzymając w ręku palmy przypominające triumfalny wjazd Jezusa do Jerozolimy wsłuchujemy się w przejmujący opis Męki Pańskiej. Jest ona dominującym tematem tej niedzieli. Odnosi się wrażenie, że kształt krzyża wypełnia całą świątynię. Ten krzyż jest ważnym symbolem chrześcijaństwa. Jest on nie tylko znakiem męki i śmierci Chrystusa, ale przede wszystkim miłości i zmartwychwstania.

Ewangeliści piszą, że ciało Jezusa zdjęto z krzyża i złożono w grobie. Nie wspominają jednak, co stało się z krzyżem. Zapewne święte drzewo, na którym umarł Jezus, razem z krzyżami dwóch łotrów wrzucono do szczeliny skalnej na stokach Golgoty. Rzymianie przysypali to miejsce ziemią, wznosząc tam ołtarze dla Jowisza i Wenery. Jednak o tym świętym miejscu pamiętali pierwsi chrześcijanie. Kiedy cesarz Konstantym Wielki dał wolność chrześcijanom, rozpoczęto poszukiwanie drzewa krzyża świętego. Wielką rolę w jego odnalezieniu odegrała św. Helena, matka Konstantyna.

Święta Helena urodziła się około roku 250, prawdopodobnie w Depanum w Bitynii (Azja Mniejsza). W późniejszych czasach jej syn zmienił nazwę tego miasta ku czci swojej matki na Helenopolis. Helena była córką właściciela oberży. Pewnego razu zatrzymał się tam z odziałem wojska oficer rzymski, Konstancjusz Chlorus, który od pierwszego wejrzenia zakochał się w córce oberżysty. Prawo rzymskie zabraniało związków małżeńskich wyższych wojskowych z kobietami niskiego pochodzenia, zapewne stąd też Konstancjusz wziął Helenę jako konkubinę. Z tego związku narodził się około roku 275 r. syn Konstantyn.

Starzejący się cesarz Dioklecjan, aby lepiej zabezpieczyć granice imperium rzymskiego przed naciskającymi barbarzyńcami podzielił władzę pomiędzy trzech współcesarzy. Jednym z nich został wyróżniający się wódz Konstancjusz Chlorus. Przypadła mu w rządzeniu najbardziej zagrożona część imperium, a mianowicie Galia, Brytania i część Germanii. Jednym z warunków postawionych Konstancjuszowi przed objęciem władzy było odsunięcie od siebie Heleny i poślubienia Teodory, pasierbicy współcesarza Maksymiliana Herakliusza. Dla Heleny i jej syna nastały trudne czasy. Pozostała na dworze cesarskim w Trewirze, gdzie była ledwie tolerowana.

W roku 306 zmarł cesarz Konstancjusz, a legiony rzymskie na jego miejsce obwołały cesarzem Konstantyna. Po tym wyniesieniu Konstantyn wezwał swoją matkę do siebie i ogłosił ją cesarzową. Chciał jej w ten sposób wynagrodzić krzywdy, jakich wcześniej doznała. Całe życie okazywał jej wielki szacunek, wyrazem tego było wybicie monety z wizerunkiem Heleny. Z czasem wywiązały się walki między rywalami do tronu rzymskiego. Jak mówi tradycja, przed bitwą z Maksencjuszem przy Moście Mulwijskim w roku 312, Konstantyn w czasie snu ujrzał krzyż i napis; „W tym znaku zwyciężysz”. Zainspirowany tym snem kazał na sztandarach umieścić znak krzyża i pod tym znakiem ruszył do boju. Odniósł wspaniale zwycięstwo. Maksencjusz zginął w czasie bitwy. I tak Konstantym stał się jedynym władcą Cesarstwa Rzymskiego. Po tym wydarzeniu wszyscy wojownicy w armii Konstantyna mieli krzyże na tarczach i zbrojach. W roku 313 cesarz Konstantyn wydał edykt tolerancyjny dla wyznawców Chrystusa. Odtąd chrześcijaństwo mogło się swobodnie rozwijać w Cesarstwie Rzymskim. Jeszcze przed wydaniem edyktu mediolańskiego, cesarz okazywał przychylność chrześcijanom. I tak za radą biskupa Hozjusza z Kordoby w roku 312 r. napisał do Maksymina Daji, by zaniechał prześladowania chrześcijan, a do Anullinusza, prefekta Afryki, by zwrócił chrześcijanom zagarniętą własność kościelną.

Helena przyjęła chrzest prawdopodobnie około 315 roku, a jej syn Konstantym dopiero na łożu śmierci. Po wpływem Heleny, Konstantyn Wieki otaczał się chrześcijanami i obdarzał ich różnymi godnościami. Zakazał kary śmierci na krzyżu, kapłanów chrześcijańskich zwolnił z podatków i służby wojskowej, wprowadził niedzielę jako dzień święty, wolny od pracy dla chrześcijan. Unormował w duchu chrześcijańskim prawo małżeńskie, zakazujące między innymi trzymania konkubin oraz ograniczające rozwody. Biskupom oddał sądownictwo chrześcijan nawet w sprawach świeckich. Helena aktywnie uczestniczyła w życiu społecznym oraz poświęcała wiele czasu i pieniędzy na dzieła charytatywne. Rozdawała jałmużny ubogim, uwalniała więźniów, pomagała banitom w powrocie do ojczyzny. Wpłynęła także na syna, aby wydał ustawy biorące w opiekę wdowy, sieroty, porzucone dzieci, jeńców i niewolników. Fundowała nowe kościoły. Helena, mimo tak wysokiej godności uczestniczyła razem ze swymi poddanymi we Mszy św.

W roku 326 Helena udała się do Ziemi Świętej na pielgrzymkę. Owocem tej pielgrzymki było wybudowanie świątyń: Bożego Narodzenia w Betlejem, Świętego Krzyża oraz Zmartwychwstania Pańskiego na Golgocie w Jerozolimie, Wniebowstąpienia Pańskiego na Górze Oliwnej. Święta wiele uwagi poświeciła wznoszeniu świątyni na Golgocie, mając nadzieję, że odnajdzie tam Drzewo Krzyża Chrystusowego. W czasie prac budowlanych znaleziono trzy krzyże, obok jednego z nich leżała tabliczka z napisem i śladami gwoździ. Uznano, że najprawdopodobniej jest to krzyż Jezusa. Zaś inna tradycja mówi, że cud wskazał, który z tych trzech krzyży jest krzyżem Chrystusowym. Otóż biskup Jerozolimy Makary nakazał podać kolejno każdy z trzech krzyży pewnej ciężko chorej kobiecie. Gdy dotknęła pierwszego – nic się nie stało. Podobnie przy drugim. Kiedy jednak dotknęła trzeciego krzyża odzyskała siły i doznała nagłego uzdrowienia. Dla wszystkich był to niezawodny znak, że po tym drzewie krzyża spływała najświętsza Krew Zbawiciela. Św. Helena podzieliła krzyż Chrystusa na trzy części, aby ofiarować je głównym ówczesnym ośrodkom chrześcijaństwa: Jerozolimie, Rzymowi i Konstantynopolowi. Z czasem krzyż podzielono na wiele drobnych części, aby każda znaczniejsza świątynia w Europie mogła mieć, chociaż małą cząstkę tej relikwii.

Niektórzy biografowie św. Heleny wspominają o jej niechęci do przyrodnich braci Konstantyna, zrodzonych z Teodory. Prawdopodobnie źródłem tego były obawy dynastyczne. Helena lękała się, że sięgną oni po władzę, zagrażając jej synowi i chrześcijaństwu. Jeśli przyjąć teorię niektórych historyków, że Konstantyn Wielki został otruty przez swoich przyrodnich braci, to obawy Heleny były całkiem uzasadnione. Konstantym mimo tak wielkich zasług dla chrześcijaństwa i pobożnego życia nie został zaliczony w kościele katolickim do świętych, a to zapewne z powodu nie do końca wyjaśnionego wyroku śmierci wydanego przez niego na swego syna Kryspusa i żonę, Faustę.

Święta Helena zmarła około roku 327 w Nikomedii, gdzie się chwilowo zatrzymała. Ciało jej przewieziono do Rzymu i pochowano w pobliżu bazyliki św. Piotra i św. Marcelina w specjalnie zbudowanym przez Konstantyna mauzoleum. Kościół od samych początków oddawał Helenie cześć jako świętej (z książki Wypłynęli na głębię).

 

„W TOBIE ZAUFAŁEM…”

Tytuł tych rozważań zaczerpnąłem z wczesnochrześcijańskiego hymnu modlitewnego Te Deum laudamus – Ciebie Boga wysławiamy. Tradycja przypisuje ten hymn świętemu Ambrożemu i świętemu Augustynowi. Według niej pieśń została napisana z okazji chrztu św. Augustyna, którego udzielił mu w 387 roku św. Ambroży. Dzisiaj uważa się, że jego autorem był bp Nikita z Remegiany w Dacji (Rumunia). Hymn ten śpiewany jest w najbardziej uroczystych momentach życia Kościoła, jak wybór papieża, msza rezurekcyjna, czy odpust parafialny. Ze szczególną radością śpiewaliśmy go z racji beatyfikacji, a później kanonizacji św. Jana Pawła II. Hymn składa się z trzech części. Pierwsza ukazuje mieszkańców nieba, pielgrzymów ziemi i całe stworzenie uwielbiające wszechmocnego Boga, Stworzyciela i Ojca. W drugiej nasze uwielbienie kierujemy ku Chrystusowi, Synowi Bożemu, za dzieło odkupienia, którego dokonał przez tajemnicę Wcielenia. Ostatnia część hymnu ma charakter błagalny. Prosimy w niej Boga o najważniejsze dary, o dopuszczenie grzechów, o umocnienie w dobrym, o obronę przed złem. Każdą z tych łask otrzymujemy w mocy Ducha Świętego. Dlatego radośnie śpiewamy: „Tobie, Panie, zaufałem – nie zawstydzę się na wieki”.

Jednak bezpośrednim impulsem takiego tytułu była książka ks. abp. Stanisława Wielgusa „Tobie, Panie, zaufałem, nie zawstydzę się na wieki. Historia mojego życia”, wydana nakładem Wydawnictwa Sióstr Loretanek. Książka została prawie kompletnie przemilczana przez media, z wyjątkiem „Naszego Dziennika”. Jest to o tyle dziwne, że nie tak dawno, na przełomie 2006 i 2007 roku sprawa abp. Wielgusa była obecna we wszystkich mediach. Jak zapewne pamiętamy ks. abp Wielgus został mianowany przez papieża Benedykta XVI pasterzem archidiecezji warszawskiej. I wtedy rozpoczęła prawdziwa histeria w mediach oraz pewnych kręgach władzy i kościoła. Domagano się rezygnacji ks. abp Wielgusa z przyjęcia tej godności, zarzucając mu rzekomą współpracę z esbekami. Rozpowszechniano fałszywe opinie, że tej rezygnacji domagał się ojciec święty. Na stronie Katolickiej Agencji Informacyjnej 12 stycznia 2007 roku pojawiła się informacja: „Nuncjusz Apostolski w Polsce, arcybiskup Józef Kowalczyk w wywiadzie dla KAI przyznaje, że abp Stanisław Wielgus zataił przed Ojcem Świętym fakt swej współpracy ze służbą bezpieczeństwa PRL”. Było to kłamstwo. Ponadto w prasie ukazywały się oświadczenia, o których ks. abp Wielgus dowiadywał się z mediów. Takich fałszywych informacji było wiele.

Utkwiła mi w pamięci scena z katedry warszawskiej, kiedy to abp Wielgus sponiewierany i opluty przez media, i nie tylko media ogłosił rezygnację. Prezydent Rzeczpospolitej Polski z nieukrywana radością pierwszy zaczął bić brawa. Dziś, gdy stanął na sądzie bożym, wspominając to wydarzenie nie mógłby zapewne powiedzieć: „Tobie, Panie, zaufałem, nie zawstydzę się na wieki’. Tamte wydarzenia kojarzą się mi ze słowami psalmu, który śpiewamy w Niedzielę Męki Pańskiej i odnosimy je do cierpiącego Chrystusa: „Sfora psów mnie opadła, otoczyła mnie zgraja złoczyńców’. A jakże one pasują do Jego sługi ks. abp Stanisława. Dzisiaj ta „zgraja złoczyńców” milczy wobec prawdy zawartej w książce ks. abp Wielgusa. Warto przeczytać tę książkę, aby wiedzieć, dlaczego milczy. Ks. abp Wielgusa znam osobiście i bardzo cenię go za jego prawość, ducha bożego, inteligencję, erudycję, błyskotliwość, elokwencję, wyrazistość poglądów i oddanie Kościołowi. Taka jest opinia ludzi dobrze znających tę sprawę i tych którym naprawdę dobro kościoła jest drogie. Ks. abp Wielgus upatruje przyczyn tej nagonki w zakulisowym działaniu masonerii i innych środowisk, którym nie odpowiadał hierarcha o tak jednoznacznych i wyrazistych przekonaniach, otwarty sympatyk Radia Maryja. Był on nie do strawienia dla lewicowych salonów, polityków obozu postmagdalenkowego, czy kościelnych liberałów. Teraz gdy ucichła ta wrzawa i został w tej sprawie jeszcze tylko sąd Boży, arcybiskup spokojnie może napisać: „Tobie, Panie, zaufałem, nie zawstydzę się na wieki”. Zaś „zgraja złoczyńców” ma jeszcze czas nawrócenia, aby pieśń z tytułu tych rozważań uczynić pieśnią swojego życia.

W Niedzielę Męki Pańskiej trzymamy w ręku przepiękne polskie palmy i słuchamy Ewangelii o uroczystym wjeździe Jezusa do Jerozolimy. Ci, którzy chociaż raz odbyli pielgrzymkę do Ziemi świętej, słysząc tę Ewangelie wracają myślą do niewielkiego kościółka w Betfage, na zboczu Góry Oliwnej i widzą w nim kamień, na którym, według tradycji Jezus postawił swoją stopę, dosiadając osiołka. A potem tłumy zdążały za Jezusem, wspinając się na szczyt Góry Oliwnej, z której rozciągała się przepiękna panorama Jerozolimy, w której wybijała się majestatyczna budowa Świątyni Jerozolimskiej. To do niej zdążał Jezus. Schodził z Góry Oliwnej i przez Dolinę Cedron zdążał ku Złotej Bramie, zwaną także Brama Mesjasza. Dzisiaj ta brama jest zamurowana. Według tradycji żydowskiej tą bramą ma wjechać oczekiwany Mesjasz, który z najstarszego cmentarza żydowskiego na Górze Oliwnej oraz z Doliny Cedronu poprowadzi w dniu ostatecznym zmartwychwstałych do Świętego Miasta. Według niektórych tradycji chrześcijańskich, Chrystus powtórnie wjedzie tą bramą do świętego miasta. Muzułmanie grzebią swoich bliskich w pobliżu Bramy Złotej, wierząc, że właśnie tutaj będzie miał miejsce Sąd Ostateczny. W roku 1967, premier Izraela zwiedzający Plac Świątynny polecił otworzyć wewnętrzne portale Złotej Bramy, mówiąc: „Tę stronę możemy otworzyć my, tę drugą może otworzyć tylko Mesjasz!”.

Dla nas, chrześcijan ta druga strona bramy została już otwarta. Chrystus stał się otwartą bramą zbawienia. Wiwatujące tłumy przy wjeździe do Jerozolimy wskazują na Chrystusa jako Mesjasza. Ewangelia mówi, że ludzie rozścielali przed Jezusem swoje płaszcze i rzucali pod Jego nogi zielone gałązki wołając: „Hosanna. Błogosławiony, który przychodzi w imię Pańskie. Błogosławione królestwo ojca naszego Dawida, które przychodzi. Hosanna na wysokościach”. Jednak prawdziwa godność królewska i mesjańska Jezusa objawi się w innych okolicznościach. Ten wiwatujący tłum w niedługim czasie będzie żądał Jego śmierci. W Ewangelii o Męce Pańskiej czytamy: „Piłat ponownie ich zapytał: Cóż więc mam uczynić z Tym, którego nazywacie królem żydowskim? Odpowiedzieli mu krzykiem: Ukrzyżuj Go! Piłat odparł: Co więc złego uczynił? Lecz oni jeszcze głośniej krzyczeli: Ukrzyżuj Go! Wtedy Piłat, chcąc zadowolić tłum, uwolnił im Barabasza, Jezusa zaś kazał ubiczować i wydał na ukrzyżowanie”. Tłum nie był w stanie powiedzieć za co Chrystus ma być ukrzyżowany, jedynym argumentem tłumu była nienawiść i niechęć. Postawią nawet fałszywych świadków, aby skazać Jezusa. Jezus umierając na krzyżu powiedział: „Ojcze, w Twoje ręce, powierzam ducha mego”. Te słowa odbijają się echem w pieśni, którą z wiarą śpiewamy: „Tobie, Panie, zaufałem, nie zawstydzę się na wieki”. Męka Chrystusa, nie tylko mówi o wielkiej miłości Boga do nas, ale także stała się niesamowitym tłem kontrastującym z niewyobrażalną chwałę zmartwychwstałego Chrystusa.

W życiu spotkamy złych, zawistnych ludzi, doświadczymy bardzo trudnych sytuacji życiowych, dotka nas choroba lub inne nieszczęście, stajemy w perspektywie śmierci. To wszystko, w mocy Chrystusa zmartwychwstałego możemy przekuć na zwycięstwo. Aby tego doświadczyć, słowa hymnu: „Tobie, Panie, zaufałem, nie zawstydzę się na wieki” winny się stać pieśnią naszego życia (Kurier Plus, 2014).

 

SZUKANIE WIECZNOŚCI I PIĘKNA

Wiele lat temu stałem, nie z nabożności, ale ciekawości na Placu Czerwonym w Moskwie w długiej kolejce do mauzoleum „wiecznie żywego”, ale zabalsamowanego Lenina. Kilka tygodni temu wraz z podróżnikami z Nowojorskiego Klubu Podróżnika stałem na placu Ba Dì nh w Hanoi w jeszcze dłuższej kolejce do mauzoleum zbudowanego na wzór moskiewskiego z typowymi elementami wietnamskiej architektury. Spoczywa w nim zabalsamowany komunistyczny przywódca Wietnamu Ho Chí Minh. Na frontonie mauzoleum umieszczono olbrzymi napis: „Ho Chí Minh wiecznie pozostanie żywy w naszych sercach”. Budowla liczy 21,6 m wysokości i 41,2 m szerokości. Plac przed mauzoleum podzielony jest na 240 zielonych kwadratów, w których rośnie prawie 250 gatunków roślin i kwiatów, które pochodzą z różnych regionów Wietnamu.

Zabalsamowane ciało przywódcy spoczywa w centralnej sali budynku, przy którym wartę pełni straż honorowa. Ciało leży w szklanym sarkofagu z przyćmionymi światłami. Aby wejść do mauzoleum trzeba mieć zakryte ramiona i nogi, nie można robić zdjęć, rozmawiać, wskazywać palcem, a nawet mieć odpowiednio złożone ręce. Jednej z uczestniczek naszej wycieczki, strażnik pomagali w odpowiednim ułożeniu rąk. A najlepiej to zachować smutną twarz i ronić łzy, jak to czynią niektórzy z odwiedzających. Chyba w żadnej świątyni świata nie ma tak wymuszonej nabożnej powagi, jak w tym mauzoleum.

Dla wielu Wietnamczyków mauzoleum jest pewnego rodzaju świątynią, gdzie spoczywa „wiecznie żywy w ich sercach” przywódca narodu nazywany często wujkiem. Stał się on symbolem wyzwolenia i szczęśliwego życia, które ma spełnić ludzkie pragnienia szczęśliwej wieczności. Zapytałem przewodnika, czy rzeczywiście Wietnamczycy są szczęśliwi w komunistycznym państwie. Bez wahania odpowiedział, że tak. Mają kawałek pola, mogą produkować żywność, nie są głodni, mają się w co ubrać. I jak tu nie być szczęśliwym. Niektórzy w tych komunistycznych celebracjach odnajdują namiastkę religii, coś co przekracza szarzyznę życia. Chociażby te podniosłe skoncentrowane wokół mauzoleum Ho Chí Minha ceremonie. Mauzoleum odwiedzają ogromne rzesze Wietnamczyków. Dominująca grupą wśród odwiedzających są dzieci. Wystrojone w szkole mundurki z nabożną czcią procesjonalnie nawiedzają mauzoleum. Później uczestniczą w sesjach zdjęciowych i poczęstunku, który ma wiele wspólnego z odpustowym rozgardiaszem.

Także celebrowanie wspomnień wojny z Amerykanami i ich sojusznikami stało się pewnego rodzaju religią. Wspomnienie tamtych wydarzeń pielęgnowane jest z niebywałą pieczołowitością. Oczywiście cała ta wojenna historia przedstawiona jest jako zmaganie się sil szatańskich, tzn. amerykańskich z siłami dobra, które prezentują komuniści z Ho Chí Minhem na czele. W muzeach przedstawiane jest okrucieństwo żołnierzy amerykańskich i niewyobrażalne cierpienie narodu wietnamskiego, ze szczególnym uwypukleniem cierpienia niewinnych dzieci. W jednej z licznych ekspozycji wojennych można dopatrzeć się ewangelicznej nuty: „Wszyscy, którzy za miecz chwytają, od miecza giną”. Jest nią sala przedstawiająca pułapki jakie zastawiano w dżungli na amerykańskich żołnierzy. Na samą myśl, że można wpaść do takiej pułapki dreszcz przenika ciało. Żołnierz wpadając do tej pułapki nie ginął od razu, ale jego ciało przeszywały różnego rodzaju metalowe szpikulce, które bardzo często były wykonywane z bomb, jakie Amerykanie zrzucali na wioski i miasta wietnamskie. Amerykanie nadziewali się na metal, który sami „dostarczali” Wietnamczykom. Odnosiłem wrażenie, że te celebracje są wyrazem szukania piękniejszego świata, który ma wypełnić pragnienie człowieka za szczęśliwym życiem wiecznym.

W czasie tego samego wyjazdu do Wietnamu odwiedziliśmy także miejsce, które wskazuje na trudną, ale prawdziwą drogę spełnienia naszych snów o szczęśliwej wieczności. Celebrowaliśmy Mszę św. i odprawialiśmy Drogę Krzyżową w Sajgonie w kościele pod wezwaniem wietnamskich męczenników św. Andrzeja Dung-Lac i 116 towarzyszy. 18 czerwca w 1988 roku, podczas uroczystej Mszy św. sprawowanej przed bazyliką św. Piotra w Rzymie, św. Jan Paweł II wyniósł ich na ołtarze. Umierali oni w swojej Ojczyźnie w latach 1773-1862 za to, że publicznie wyznawali swoją wiarę w Jezusa Chrystusa. Obok misjonarzy przybyłych z Europy i miejscowych kapłanów ginęli także katechiści i ludzie świeccy, m. in. Agnieszka Le Thi Than, matka sześciorga dzieci. Woleli oni raczej umrzeć aniżeli wyprzeć się Chrystusa. W świątyni są relikwie męczenników, a w głównym ołtarzu wisi ogromny krzyż, u stóp którego jest olbrzymia rzeźba przedstawiająca świętych męczenników wietnamskich. Scena z ołtarza świetnie ilustruje słowa z dzisiejszej Ewangelii: „Kto chciałby Mi służyć, niech idzie za Mną, a gdzie Ja jestem, tam będzie i mój sługa”. Męczennicy wietnamscy służyli Chrystusowi do ostatniego tchnienia i na tej drodze osiągnęli wieczną chwałę, otrzymali życie wieczne. W nich spełniły się słowa z dzisiejszej Ewangelii: „Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: jeśli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemie nie obumrze, zostanie samo jedno, ale jeśli obumrze, przynosi plon obfity”. Tym obfitym plonem jest chwała zbawionych. Autor Listu do Hebrajczyków w drugim czytaniu upewnia nas, że Chrystus przez cierpienie i śmierć prowadzi ku szczęśliwej wieczności: „Chrystus z głośnym wołaniem i płaczem, za swych dni doczesnych, zanosił gorące prośby i błagania do Tego, który mógł Go wybawić od śmierci, i został wysłuchany dzięki swej uległości. I chociaż był Synem, nauczył się posłuszeństwa przez to, co wycierpiał. A gdy wszystko wykonał, stał się sprawcą zbawienia wiecznego dla wszystkich, którzy Go słuchają”.

Jeśli jesteśmy otwarci na światło spływające z nieba wtedy nasze, nawet trudne ziemskie doświadczenia upewniają nas o życiu wiecznym a Chrystus staje się niezawodną drogą prowadzącą do zbawiennej wieczności (Kurier Plus, 2018 r.).

 

URZECZYWISTNIENIE LEGENDY 

Niedzielą Palmową rozpoczynamy Wielki tydzień. Staniemy w obliczu największych tajemnic naszej wiary: Ustanowienie Eucharystii, Męka i śmierć Jezusa oraz zmartwychwstanie. Niedziela Palmowa przez radość triumfalnego wjazdu Jezusa prowadzi na nas Golgotę śmierci Jezusa. Każde cierpienie jest do końca niezrozumiałe, tak jak jest niezrozumiale do końca cierpienie Chrystusa, dopiero w świetle zmartwychwstania dostrzegamy sens wszystkiego. Zdając sobie sprawę z tego, że cierpienie przewyższa nasze pojmowanie uciekamy się do różnych przenośni, legend opowieści, które w pewnym stopniu kierują nasze myślenie na pewne koleiny zrozumienie. Należy do nich chińska legenda o bambusie, który jest najcenniejszym roślinnym bogactwem i ma niemal nieograniczone zastosowanie w życiu Chińczyków.

Także symbolika bambusa w chińskiej tradycji jest bardzo bogata. Jest on elastyczny i w wytrwały we wzroście, ma mocne korzenie i szybko pnie się ku górze. Ideałem dla nas byłoby szybko piąć się w górę, ale mieć stabilne korzenie, być elastycznym i wytrwałym w dążeniu do celu do celu, nie dać się złamać i zawsze wracać do właściwej pozycji nawet nie wykluczając lekkich zachwiań, ostatecznie nie dać się złamać mieć silny kręgosłup moralny. Z takiego spojrzenia na bambusa wyrasta legenda, która w sensie przenośnym mówi o ofiarności tej trawy, tak trawy, bo bambus należy do rodziny traw, a dokładniej wiechlinowatych, tej samej co nasza pszenica, z mąki której pieczemy chleb Eucharystyczny.

Na początku, kiedy powstał ziemski ogród. Bambus był najpiękniejszą i najszlachetniejszą rośliną tego ogrodu i szczególnym oblubieńcem Pana tego ogrodu, bo był piękny, skromny i bardzo użyteczny. Pewnego dnia do Ogrodu przybył jego Pan i zapytał Bambusa, czy mógłby coś dla niego zrobić. Uradowany bambus powiedział: „Panie jestem gotowy, możesz ze mną zrobić co chcesz”. „Ale wcześniej muszę cię ściąć” – powiedział Pan ogrodu. Zaskoczony i oszołomiony Bambus zapytał: „Panie, chcesz mnie ściąć? Czy nie mogę ci służyć w obecnym kształcie?” „Umiłowany mój, nie mogę cię użyć, jeśli cię nie zetnę”. Bambus ze smutkiem pochylił głowę i powiedział: „Panie, jeśli to jest konieczne, to zrób ze mną co chcesz”. Muszę jeszcze odciąć ci gałęzie i pozbawić liści”. Bambus błagał: „Czy musisz zabrać moje piękne gałęzie i liście?” „Umiłowany Bambusie, jeśli tego nie zrobię, nie będę mógł cię wykorzystać”. W ogrodzie zapanowała cisza, wiatr wstrzymał swój oddech, słońce zasłoniło swoją twarz.  Bambus zadrżał, po czym wyszeptał: „Panie jestem gotowy, możesz mnie ściąć”.

Pan ogrodu z miłością spojrzał na bambusa i ściął go. Zerwał liście i poobcinał gałęzie. Następnie przeciął go wraz z drgającym jeszcze sercem na pół. Następnie Pan Ogrodu delikatnie zaniósł Bambusa do źródła słodkiej wody i zbudował z niego kanał wodny, przez który krystaliczna woda zaczęła spływać na pola, na których rolnicy zasadzili ryż. Po upływie dni przyszedł czas żniwa, rolnicy z radością zbierali plon. Jeszcze z większą radością zasiadali do stołu i spożywali ryż, który zaspakajał ich głód. Byli wdzięczni za ryż, za pola ryżowe, za wodę nawadniającą pola i Bambusa, dzięki któremu docierała na ich pola, dostarczającego pokarm na ich stoły. Ta radość była także radością Bambusa, który kierował swoje dziękczynienie do Pana Ogrodu, że przez cierpienie i trudy tak pięknie może służyć Panu Ogrodu i ludziom.

Piękna legenda i gdyby nie to, że wyrosła z chińskiej tradycji, to moglibyśmy pomyśleć, że napisał ją ktoś z myślą o Jezusie Chrystusie i to na dzisiejszą niedzielę, Niedzielę Męki Pańskiej. Możemy także powiedzieć, że ta piękna legenda została urzeczywistniona w pewnym sensie w Jezusie Chrystusie, którego Bóg Ojciec, Pan rajskiego ogrodu posłał na ziemię swojego Umiłowanego Syna, aby przez mękę i krzyż stał się dla nas Eucharystią, naszym zbawiającym pokarmem w drodze ku wieczności.

Trzymamy dzisiaj w rękach piękne polskie palmy, są one inne niż te, które rzucano pod nogi Jezusowi, gdy wjeżdżał triumfalnie do Jerozolimy. Tam odmienność wnosi w świętowanie Niedzieli całe piękno polskiej tradycji. Oto kilka przekazów polskiej palmy. W palmie każda roślina, każdy kolor ma symboliczne znaczenie i nawiązują do Biblii. Zapewne pamiętamy pewien rodzaj wierzby pokrywający się wiosna baziami, a nazywaliśmy je porostu palma. Jest ona symbolem budzącego się życia. Do witek wierzbowych dodawano suszony trzcinniki piaskowy, który jest to symbolem władzy Jezusa, gdy mu przed męką na pośmiewisko wręczono berło z trzciny.  przez żołnierzy. Drugą suszona roślina są źdźbła lnu symbolizującego tunikę, którą był miał na sobie Jezus w czasie męki. Jałowiec i sosna to symbol gwoździ, którymi przybito Jezusa do krzyża. Zaś kolce na gałęzi głogu przypominają o cierniowej koronie. Brzozowe witki umieszcza się w palmie na pamiątkę biczowania. Leszczyna, uważana za krzew Matki Bożej, to symbol nadziei i zwiastun wiosny. O budzącej się do życia przyrodzie przypomina bukszpan, barwinek lub krzew borówki brusznicy. Dereń poprzez swój kolor, nawiązuje do przelanej krwi Jezusa. Tradycyjną palmę przystrajamy paskami kolorowej bibuły i bibułkowymi kwiatami. Kolor wstążek nawiązuje do symboliki kolorów chrześcijaństwa, żółty – Jezusa, mądrości; niebieski – Maryi; czerwony- męczeństwa i miłości; biały – niewinności, czystości, radości; zielony – nadziei, fioletowy- pokory.

Trzymając takie lub inne palmy napełnieni ich symboliką w ręku wołamy jak tłumy Jerozolimskie Hosanna Synowi Dawidowemu! A później słuchając opisu Męki Jezusa jak uczniowie Jezusa zasiadamy przy stole ostatniej Wieczerzy i stajemy pod Jego krzyżem i warto wtedy zapytać, do którego z uczniów jestem podobny, bo oni zachowali się różnie. Ulegają pokusie. Jeden wychodzi z wieczerzy, aby zdradzić Jezusa za 30 srebrników. Inni, nawet w tym najbardziej uroczystym momencie, wciąż martwią się o prestiż i to, kto z nich powinien być uważany za najważniejszego. Piotr, skała wybrana do zbudowania Kościoła, gorliwie zapewnia, że nigdy nie zdradzi Jezusa, ale tego samego wieczoru uczyni to trzy razy. Jeden z nich chce załatwić sprawę mieczem i obcina ucho jednemu z oprawców. Inni stoją do końca pod krzyżem Jezusa. Która z tych postaci pasuje do naszego życia.

Czy jestem jak Judasz, który udaje miłość, a potem całuje Mistrza, aby go wydać, zdradzić? Słyszeliśmy też inne imiona: uczniowie, którzy nic nie rozumieją, zasnęli, gdy Pan cierpiał. Moje życie zasnęło? Czy też jestem jak uczniowie, którzy nie zdawali sobie sprawy, co to znaczy zdradzić Jezusa? Albo jak ten inny uczeń, który chciał wszystko załatwić mieczem? Czy ja je lubię? Czy jestem podobny do tych, którzy są u władzy, którzy pospiesznie zwołują trybunał i szukają fałszywych świadków: czy mi się podobają?

Najlepiej jak Maryja i Jan stać z miłością i serdecznym współczuciem pod krzyżem Jezusa i naszego bliźniego. Dobrze też gorzko zapłakać nad swoją zdradą i prosić o przebaczenie jak Piotr to uczynił po swoim zaparciu. Dobrze odzyskać nadzieję po czasie zwątpienia w Chrystusa i naszych bliźnich. Nigdy nie możemy być Judaszem, który zdradził, zwątpił w Boże i wybrał wieczne zatracenie.

A na koniec jeszcze jedno ważne pytanie: Ile czasu i serca poświęcę na przygotowanie się do przeżycia Wielkiego Tygodnia, i jaki będzie miał on wpływ na przyjcie świąt Zmartwychwstania Pańskiego, moje życie religijne moje codzienne życie (Kurier Plus, 2020).

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *