4 Sty

Niedziela Palmowa Rok C

 

BOŻY PLAN MIŁOŚCI

Starsi ludu, arcykapłani i uczeni w Piśmie powstali i poprowadzili Jezusa przed Piłata. Tam zaczęli oskarżać Go: Stwierdziliśmy, że ten człowiek podburza nasz naród, że odwodzi od płacenia podatków Cezarowi i że siebie podaje za Mesjasza – Króla. Piłat zapytał Go: Czy Ty jesteś królem żydowskim?  Jezus odpowiedział mu: Tak, Ja nim jestem. Piłat więc oświadczył arcykapłanom i tłumom: Nie znajduję żadnej winy w tym człowieku. Lecz oni nastawali i mówili: Podburza lud, szerząc swą naukę po całej Judei, od Galilei, gdzie rozpoczął, aż dotąd. Gdy Piłat to usłyszał, zapytał, czy człowiek ten jest Galilejczykiem. A gdy się upewnił, że jest spod władzy Heroda, odesłał Go do Heroda, który w tych dniach również przebywał w Jerozolimie. Na widok Jezusa Herod bardzo się ucieszył. Od dawna bowiem chciał Go ujrzeć, ponieważ słyszał o Nim i spodziewał się, że zobaczy jaki znak, zdziałany przez Niego. Zasypał Go też wieloma pytaniami, lecz Jezus nic mu nie odpowiedział. Arcykapłani zaś i uczeni w Piśmie stali i gwałtownie Go oskarżali. Wówczas wzgardził Nim Herod wraz ze swoją strażą; na pośmiewisko kazał ubrać Go w lśniący płaszcz i odesłał do Piłata. W tym dniu Herod i Piłat stali się przyjaciółmi. Przedtem bowiem żyli z sobą w nieprzyjaźni. Piłat więc kazał zwołać arcykapłanów, członków Wysokiej Rady oraz lud i rzekł do nich: Przywiedliście mi tego człowieka pod zarzutem, że podburza lud. Otóż ja przesłuchałem Go wobec was i nie znalazłem w Nim żadnej winy w sprawach, o które Go oskarżacie. Ani też Herod, bo odesłał Go do nas; a oto nie popełnił On nic godnego śmierci. Każę Go więc wychłostać i uwolnię. A był obowiązany uwalniać im jednego na święta. Zawołali więc wszyscy razem: Strać Tego, a uwolnij nam Barabasza. Był on wtrącony do więzienia za jakiś rozruch powstały w mieście i za zabójstwo. Piłat, chcąc uwolnić Jezusa, ponownie przemówił do nich. Lecz oni wołali: Ukrzyżuj, ukrzyżuj Go. Zapytał ich po raz trzeci: Cóż On złego uczynił? Nie znalazłem w Nim nic zasługującego na śmierć. Każę Go więc wychłostać i uwolnię. Lecz oni nalegali z wielkim wrzaskiem, domagając się, aby Go ukrzyżowano; i wzmagały się ich krzyki. Piłat więc zawyrokował, żeby ich żądanie zostało spełnione. Uwolnił im tego, którego się domagali, a który za rozruch i zabójstwo był wtrącony do więzienia; Jezusa zaś zdał na ich wolę. Gdy Go wyprowadzili, zatrzymali niejakiego Szymona z Cyreny, który wracał z pola, i włożyli na niego krzyż, aby go niósł za Jezusem. A szło za Nim mnóstwo ludu, także kobiet, które zawodziły i płakały nad Nim. Lecz Jezus zwrócił się do nich i rzekł: Córki jerozolimskie, nie płaczcie nade Mną; płaczcie raczej nad sobą i nad waszymi dziećmi! Oto bowiem przyjdą dni, kiedy mówić będą: Szczęśliwe niepłodne łona, które nie rodziły, i piersi, które nie karmiły. Wtedy zaczną wołać do gór: Padnijcie na nas; a do pagórków: Przykryjcie nas! Bo jeśli z zielonym drzewem to czynią, cóż się stanie z suchym? Prowadzono też dwóch innych, złoczyńców, aby ich z Nim stracić. Gdy przyszli na miejsce, zwane Czaszką, ukrzyżowali tam Jego i złoczyńców, jednego po prawej, drugiego po lewej Jego stronie. Lecz Jezus mówił: + Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią. E. Potem rozdzielili między siebie Jego szaty, rzucając losy. A lud stał i patrzył. Lecz członkowie Wielkiej Rady drwiąco mówili: Innych wybawiał, niechże teraz siebie wybawi, jeśli On jest Mesjaszem, Wybrańcem Bożym. Szydzili z Niego i żołnierze; podchodzili do Niego i podawali Mu ocet, mówiąc: Jeśli Ty jesteś królem żydowskim, wybaw sam siebie. Był także nad Nim napis w języku greckim, łacińskim i hebrajskim: To jest król żydowski. Jeden ze złoczyńców, których tam powieszono, urągał Mu: Czy Ty nie jesteś Mesjaszem? Wybaw więc siebie i nas. Lecz drugi, karcąc go, rzekł: Ty nawet Boga się nie boisz, chociaż tę samą karę ponosisz? My przecież – sprawiedliwie, odbieramy bowiem słuszną karę za nasze uczynki, ale On nic złego nie uczynił. I dodał: Jezu, wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego królestwa. Jezus mu odpowiedział: Zaprawdę powiadam ci: Dziś ze Mną będziesz w raju. Było już około godziny szóstej i mrok ogarnął całą ziemię aż do godziny dziewiątej. Słońce się zaćmiło i zasłona przybytku rozdarła się przez środek. Wtedy Jezus zawołał donośnym głosem: Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego. Po tych słowach wyzionął ducha. Na widok tego, co się działo, setnik oddał chwałę Bogu i mówił: Istotnie, człowiek ten był sprawiedliwy. Wszystkie też tłumy, które zbiegły się na to widowisko, gdy zobaczyły, co się działo, wracały bijąc się w piersi. Wszyscy Jego znajomi stali z daleka; a również niewiasty, które Mu towarzyszyły od Galilei, przypatrywały się temu (Łk 23,1-49).

W kalendarzu liturgicznym Kościoła niektóre niedziele są tak bogate w treść, że jedna nazwa nie jest w stanie jej pomieścić. Do takich należy szósta niedziela Wielkiego Postu. Znana jest jako Niedziela Palmowa, Niedziela Męki Pańskiej, a ludowa, tradycja polska nazywa ją Niedzielą Kwietną, Wierzbową.

Najczęściej, niedziela ta wypada w okresie, gdy wiosenne podmuchy są zbyt słabe, aby na dobre przepędzić odchodzącą zimę. W kościołach dawnej Polski, często nie ogrzewanych, panoszył się jeszcze zimowy chłód. Ale tej niedzieli, w kościele nie czuło się zimy, tylko wiosnę. Każdy trzymał w ręku kolorową palmę, która pachniała budzącą się do życia wiosenną zielenią. Kwietnia Niedziela zamieniała kościół w kolorowy ogród kwiatów. Każdy region Polski miał sobie właściwą formę palmy. Jednym z najważniejszych elementów palmy były wierzbowi witki ze srebrnymi baziami, które przy późnej Wielkanocy pokryte były żółtym pyłkiem. Według tradycji ludowej poświęcone palmy nabierały szczególnej mocy; połknięte bazie- chroniły od chorób gardła i suchot, zatknięte na rogu pola- chroniły rośliny przed szkodnikami, a ustawione w oknie podczas burzy- odwracały pioruny. Po Mszy uderzano się nimi nawzajem, życząc sobie zdrowia, bogactwa i urodzaju.

Prawdziwy sens obrzędu poświęcenia palm wyjaśnia nam liturgia Niedzieli Palmowej. Na wstępie, której kapłan zwraca się do wiernych tymi słowami: „Drodzy bracia i siostry, przez czterdzieści dni przygotowywaliśmy nasze serca przez modlitwę, pokutę i uczynki chrześcijańskiej miłości. W dniu dzisiejszym gromadzimy się, aby z całym Kościołem rozpocząć obchód misterium paschalnego. Dzisiaj Chrystus wjechał do Jerozolimy, aby tam umrzeć i zmartwychwstać. Wspominając to zbawcze wydarzenie, z głęboką wiarą i pobożnością pójdźmy za Panem, abyśmy uczestnicząc w tajemnicy Jego krzyża, dostąpili udziału w zmartwychwstaniu i życiu”.

Następnie, słuchamy fragmentu Ewangelii o triumfalnym wjeździe Jezusa do Jerozolimy. Na drodze przejazdu Jezusa rozścielano płaszcze, zrywano gałązki palm i rzucano pod Jego nogi wołając: „Błogosławiony Król, który przychodzi w imię Pańskie. Pokój w niebie i chwała na wysokościach.” Nasze, polskie palmy podobne do jerozolimskich tylko z nazwy, mają takie samo przeznaczenie jak te sprzed dwóch tysięcy lat. Oddajemy Chrystusowi cześć jako Królowi i Zbawcy. Wiemy jednak więcej niż tłumy wiwatujące na cześć Jezusa przy Jego wjeździe do Jerozolimy; wiemy, że Jezus przez mękę, śmierć dokonał naszego zbawienia i stał się królem naszych serc.

Ewangelia o cierpieniu i śmierci Jezusa jest najważniejszą częścią liturgii słowa na Niedzielę Męki Pańskiej. Rozważanie Męki nie koncentruje się na samym cierpieniu, lecz kieruję naszą uwagę na miłość Boga do człowieka, który z miłości do nas bierze krzyż na swe ramiona i umiera na wzgórzu Golgoty. Różnymi drogami dochodzimy do doświadczenia i zrozumienia tej prawdy. Poniższy przykład jest jedną z wielu dróg.

W kancelarii dyrektora, w jednej ze średnich szkół w Teksasie stał, jakby nie pasujący do całości, stary fotel na biegunach. Martin, dyrektor szkoły, mówiąc na temat tego „antyku” przytoczył historię z lat swego dzieciństwa. Pewnego wieczoru babcia opowiedziała mu historię ukrzyżowania Jezusa. Chłopiec był bardzo poruszony, nie mógł usnąć, całą noc myślał o cierpieniach Jezusa. Wczesnym rankiem wspiął się na krzesło i zdjął ze ściany krzyż i położył na podłodze. Następnie zaczął wyciągać gwoździe z rąk i nóg Jezusa. A gdy nic z tego nie wychodziło zaczął płakać. Płacz usłyszała babcia i przyszła do pokoju chłopca. Zobaczyła krzyż na podłodze. „Co się stało”- pyta. Chłopiec łkając mówi. „Babciu, babciu. Ja chciałem uwolnić Jezusa. Ukrzyżowanie Jego jest niesprawiedliwe. To niesprawiedliwe.” Babcia wzięła go na ręce, usiadła na fotelu, który do dziś jest w kancelarii dyrektora, i zaczęła go pocieszać. Następnie powiedziała: „Kochany, ja wiem, że jesteś za mały, aby zrozumieć powody ukrzyżowania Jezusa. Ale pewnego dnia zrozumiesz wszystko. Przyjdzie dzień, kiedy ukrzyżowanie nie będzie czymś okropnym. Zobaczysz, że jest ono czymś wspaniałym, ponieważ będzie ci przypominać jak bardzo Jezus ukochał ciebie”. „Ten poranek, gdy siedziałem na kolanach babci, w tym fotelu był moim pierwszym krokiem do zrozumienia niezgłębionej miłości Boga w tajemnicy ukrzyżowania.”

Rozważanie Męki Pańskiej kieruje do wiernych potrójne przesłanie miłości. Pierwsze. Bóg umiłował każdego z nas. „Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół”. Drugie. Bóg wzywa nas, abyśmy wzajemnie się miłowali. „To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak ja was umiłowałem”. Trzecie. Prawdziwa miłość wymaga nieraz cierpienia i poświęcenia. „Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech mnie naśladuje” (z książki Ku wolności).

 

ZWYCIĘSTWO PRZEZ CIERPIENIE

Pan Bóg mnie obdarzył językiem wymownym, bym umiał przyjść z pomocą strudzonemu przez słowo krzepiące. Każdego rana pobudza me ucho, bym słuchał jak uczniowie. Pan Bóg otworzył mi ucho, a ja    się nie oparłem ani się nie cofnąłem. Podałem grzbiet mój bijącym i policzki moje rwącym mi brodę. Nie zasłoniłem mej twarzy przed zniewagami i opluciem. Pan Bóg mnie wspomaga, dlatego jestem nieczuły na obelgi, dlatego uczyniłem twarz moją jak głaz i wiem, że wstydu nie doznam (Iz 50,4-7).

Kilka dni przed Niedzielą Palmową tego roku, wraz z ks. prałatem Piotrem odwiedziłem w szpitalu księdza infułata Antoniego Boszko, który od kilku lat zmaga się z nowotworem. Lekarze są już bezradni. Wszystko jest teraz w ręku Boga. Dla księdza Antoniego nie jest to tylko pusty zwrot, który zwykle powtarzamy w takich sytuacjach. On naprawdę czuje, że jest w ręku miłującego Boga. Zapewne dlatego był on najbardziej pogodny i spokojny z nas wszystkich, którzy wypełnialiśmy jego szpitalny pokój. Była przy nim rodzina i wielu przyjaciół. Matka pochyla się nad swym synem i z czułością ociera pot z jego czoła oraz poprawia pościel. Pochyla się tak, jak pochylała się 58 lat temu nad kołyską małego Antosia, aby dotykiem matczynej dłoni uciszyć płacz niemowlęcia. Teraz, ogromna matczyna miłość spada kroplami łez na szpitalne łóżko.

Po pewnym czasie do sali wchodzi młoda kobieta, z którą ksiądz Antoni rozmawia po rosyjsku. Mówi między innymi: „Jeszcze oddycham, żyję. Czekam na spotkanie”. Młoda kobieta nie wytrzymuje, tłumiąc szloch wybiega na korytarz. Jest to ta sama kobieta, która kilka dni wcześniej powiedziała, że była specjalnie w synagodze, aby modlić się w intencji księdza Antoniego. Jest Żydówką. Pracuje jako asystentka lekarki opiekującej się chorym. Ktoś z obecnych powiedział wtedy, że ks. Antoni w swoim cierpieniu zjednał do siebie tak wielu ludzi. Zbliżył ich do Boga. Przez swoje cierpienia pomaga budować jedność ponad wszelkimi podziałami. Potrafi owocnie przeżywać swoje cierpienie.

Przeżywać owocnie swoje cierpienie potrafi ten, kto autentycznie żyje tajemnicami wiary Wielkiego Tygodnia. Niedziela Palmowa rozpoczyna te wielkie i święte dni. Na pamiątkę tryumfalnego wjazdu Jezusa do Jerozolimy trzymamy w ręku kolorowe palmy i słuchamy słów Męki Pańskiej, która tego dnia stanowi centralny punkt liturgii słowa. Męka Pańska w innej wersji ewangelicznej będzie jeszcze czytana w Wielki Piątek, który w języku angielskim jest nazywany „Good Friday”, co znaczy „Dobry Piątek”. Dlaczego nazywamy ten dzień wielkim, dobrym? Przecież w tym dniu Jezus przeżywał straszne męki biczowania, cierniem koronowania, znieważania, drogi krzyżowej i śmierci na krzyżu. Ten dzień wypadałoby raczej nazwać złym piątkiem. Byłaby to właściwa nazwa, gdyby to cierpienie nie prowadziło do triumfu zmartwychwstania.

Miłość Chrystusa sprawia, że dzień Jego męki i śmierci nazywamy wielkim, dobrym. „Nikt nie ma większej miłości niż ten kto oddaje życie za przyjaciół swoich”. Powierzchownie patrząc możemy odnieść wrażenie, że był to dzień klęski Jezusa. W rzeczywistości był to dzień zwycięstwa i chwały. O chwale zmartwychwstania Chrystusa nie możemy mówić w oderwaniu od Jego męki i śmierci. Jest to zwycięstwo dobra nad złem, miłości nad nienawiścią, światła nad ciemnością, życia nad śmiercią. Męka Pańska ukazuje, jak Chrystus odpowiedział na zło skierowane przeciw Niemu. Przyjął je, przemienił i zwrócił w formie miłości i wybaczenia. Było to zwycięstwo miłości nad siłami zła i destrukcji. Nawet wtedy, gdy przybijano Jego ręce i nogi do krzyża modlił się za swoich oprawców: „Ojcze przebacz im, bo nie wiedzą co czynią”.

To nie cierpienie Chrystusa zbawiło świat, ale Jego Miłość. Bóg nie pragnie naszego cierpienia, ale miłości. Cierpienie niesie ze sobą radość, jeżeli cierpimy dla kogoś kogo kochamy. Takie cierpienie niosąc ból, rodzi także radość. W czasie ostatniej pielgrzymki do Włoch jeden z pielgrzymów Józef Szewczyk wspomniał przeżycia związane z chorobą swego syna. Patrząc na jego cierpienia powiedział do niego: „Synu tak bardzo chciałbym wziąć na siebie twoje cierpienia”. „Tata, ale to jest niemożliwe” – odpowiada umierający syn. Staje się to jednak możliwe w Chrystusie. Chrystus bierze na siebie nasze grzechy, cierpienia, śmierć i przemienia je w zmartwychwstanie. Przez to nasze cierpienie nabiera sensu i staje się lżejsze, a może nawet radosne. Ta transformacja dokonuje się zawsze, gdy z miłości do Chrystusa i bliźniego podejmujemy nieuniknione, może nieraz niezrozumiałe cierpienie.

Do takiej zbawiającej mądrości krzyża ciągle trzeba dorastać. I kto ją osiągnie zrozumie życie, w którym tak wiele cierpienia. Mądrość ta może stać się naszym udziałem w młodości, jak w tym wydarzeniu z czasów tzw. powstania bokserów w Chinach w latach 1899-1901. Powstanie było skierowana głównie przeciw obcokrajowcom i chrześcijanom. W czasie tego powstania zginęło 5 biskupów, 39 misjonarzy i misjonarek oraz około 30 tysięcy chrześcijan. Pewnego razu powstańcy otoczyli szkołę misyjną. Zablokowali wszystkie drzwi z wyjątkiem jednych, w których na ziemi położyli krzyż. Każdy kto podeptał krzyż odchodził wolny. Zaś ci, którzy omijali go byli na miejscu zabijani. Pierwszych siedmiu uczniów podeptało krzyż i odeszło wolnymi. Ósma była młoda dziewczyna. Klęknęła przed krzyżem, ucałowała go i następnie z wielkim szacunkiem przeszła obok krzyża. Została natychmiast rozstrzelana. Następni w liczbie ponad stu poszli za jej przykładem. Wszyscy zginęli. Z miłości do Chrystusa przyjęli cierpienie, który przemienił je w zmartwychwstanie i chwałę.

Wielki Tydzień jest sprzyjającym czasem dorastania do mądrości krzyża. „W krzyżu cierpienie, w krzyżu zbawienie, w krzyżu miłości nauka. Kto Ciebie, Boże raz pojąć może, ten nic nie pragnie , ni szuka. Kiedy cierpienie, kiedy zwątpienie serce ci na wskroś przepali. Gdy grom się zbliża, pośpiesz do krzyża, on ciebie wesprze, ocali” (z książki Nie ma innej Ziemi Obiecanej).

 

BŁOGOSŁAWIONA SIOSTRA BERNARDYNA

Chrystus Jezus istniejąc w postaci Bożej, nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi, stawszy się podobnym do ludzi. A w tym co zewnętrzne uznany za człowieka, uniżył samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci, i to śmierci krzyżowej. Dlatego też Bóg wywyższył Go nad wszystko i darował Mu imię ponad wszelkie imię, aby na imię Jezusa zgięło się każde kolano istot niebieskich i ziemskich, i podziemnych, i aby wszelki język wyznał, że Jezus Chrystus jest Panem ku chwale Boga Ojca (Flp 2,6-11).

Siostra Bernardyna umierała w wielkich cierpieniach. Jej ciało pokryły bolesne wrzody. Lekarze robili wszystko, co w ich mocy, aby ulżyć chorej, ale byli bezradni wobec tajemniczych objawów choroby. Po latach spowiednik Siostry Bernardyny, ks. Józef Matlak powiedział, że były to cierpienia wyproszone przez nią samą. „Kiedyś w młodości, w pierwszych latach swego zakonnego życia na widok nędzy przychodzącej do albertyńskiej furty, modliła się do Boga, by na nią zesłał wszelkie cierpienia ciała i duszy, najgorsze, najwyszukańsze, aby tylko ulżyć tej nędzy. A ponieważ najokropniejsze wydawały się jej wrzody, prosiła gorąco, by ją nimi obsypał. Bóg jakby się namyślał wreszcie wysłuchał próśb tej ukochanej duszy. Obsypał ją wrzodami bez liku, jak gdyby bez litości, przez które wyciekło jej życie. Przypomniała sobie w chorobie ową łaskę. Dziwili się wszyscy, patrząc na jej bolesne rany jak na dopust Boży, nie dziwiła się tylko ona, uśmiechając się dziwnie tajemniczo a radośnie, bo Bóg był dla niej tak łaskawy i dobry. Niech mi wybaczy, żem ośmielił się wyjawić przed wami tę tajemnicę, a zarazem zagadkę jej spokoju i zadowolenia”. Sens takiego cierpienia i jego moc zbawczą może pojąć tylko ten, kto zawierzy swoje życie Chrystusowi cierpiącemu, który przez swoją mękę, śmierć i zmartwychwstanie otworzył dla nas bramy wieczności.

Maria Jabłońska przyszła na świat w rodzinie chłopskiej 5 sierpnia 1878 r. w uroczystość Matki Bożej Śnieżnej w Pizunach koło Narola. Okoliczności narodzenia były jakby zapowiedzią jej przyszłej posługi dla najbiedniejszych. Otóż jej matka Maria, czując bóle porodowe, aby innych nie odrywać od pracy żniwnej, udała się do stajni i tam urodziła dziecko, a potem przyniosła je do domu. Na cześć patronki dnia nadano dziecku imię Maria. Maria była dzieckiem bardzo żywiołowym, przedsiębiorczym i samodzielnym. Nie uczęszczała do żadnej szkoły. Rodzice zatrudnili przygodnego nauczyciela, który miał nauczyć dziewczynkę czytania, pisania i rachunków. Wytrzymał on w domu państwa Jabłońskich zaledwie pół roku, gdyż temperament uczennicy, nie dającej się okiełznać nawet przy pomocy rózgi, uniemożliwiały mu wywiązanie się z tego zadania. Maria pobierała więc nauki w domu kuzynostwa, chętnie też korzysta z biblioteki księdza proboszcza. Oczywiście większość jej czasu wypełniała praca w gospodarstwie rodziców. Mimo tak żywiołowej natury Maria lubiła spędzać wiele godzin w samotności, podglądając przyrodę i robiąc kapliczki, przy których się modliła. Szczególnie gorąco modliła się o zdrowie dla chorującej matki. W modlitwie odnajdywała siłę i mądrość także wtedy, gdy jej ukochana matka odeszła do Pana. Dla piętnastoletniej Marii skończył się beztroski czas dzieciństwa.

Ojciec Marii zaledwie w miesiąc później zawarł drugie małżeństwo. Od tego momentu Maria zamknęła się w sobie, unikała towarzystwa, szukała samotności i wyciszenia, podejmowała posty i umartwienia, spędzała długie godziny na modlitwie. Zrodziło się w niej pragnienie życia pustelniczego, na wzór świętych, o których czytała w „Żywotach świętych”. Jednak ojciec postanowił wydać ją za mąż. Maria wezwana w tej sprawie przez proboszcza zdecydowanie przeciwstawiła się tym planom. W konsekwencji, ojciec upomniany przez proboszcza odłożył plany matrymonialne swojej córki. Z myślą wstąpienia do zakonu, 13 czerwca 1896 r. Maria udała się na odpust ku czci św. Antoniego w Horyńcu, z nadzieją, że spotka tam znanego jałmużnika, opiekuna biednych Brata Alberta. Spotkanie z Bratem Albertem było krótkie. Brat Albert nie dowierzał, że ta pełna energii, piękna dziewczyna będzie w stanie wszystko oddać Bogu. Polecił jej, aby z ostateczną decyzją zaczekała kilka miesięcy, aż skończy 18 lat.

13 sierpnia 1896 r. Maria korzystając z nieobecności domowników, potajemnie opuściła dom i udała się Bruśna, do pustelni sióstr posługującym ubogim. Już następnego dnia Brat Albert zawiózł ją do Miejskiego Domu Kalek i Nieuleczalnych w Krakowie. Tu nowicjuszka z przerażeniem odkrywała, że nastąpiła straszna pomyłka. Zamiast grubych murów chroniących przed światem, zamiast oczekiwanej ciszy i pustyni, znalazła się w miejscu, gdzie w ogromnej ciasnocie wegetowały istoty niedorozwinięte, chore umysłowo, często niebezpieczne dla otoczenia i wymagające nieustannej opieki.

W rok później, 3 czerwca, jako jedna z pierwszych siedmiu Albertynek przywdziała habit tercjarski z rąk Brata Alberta w Klasztorze w Bruśnie. Przyjęła też imię Bernarda. Po półrocznym nowicjacie wróciła do Krakowa, gdzie została przydzielona do pracy w znanym już sobie Domu Kalek. Została tam, tęskniąc za życiem pustelniczym. Prawdopodobnie, gdyby nie wsparcie duchowe Brata Alberta, opuściłaby to miejsce. Ze swoimi wątpliwościami przychodziła do Brata Alberta. A ten przekonywał ją słowami, a gdy to nie pomagało, wtedy w oczach Brata Alberta pojawiały się łzy. Maria widząc je mówiła: „Niech Brat Starszy nie płacze, zostanę”. Brat Albert, aby umocnić swoją duchową córkę napisał dla niej heroiczny akt oddania się Bogu, który siostra Bernarda podpisała Wielką Sobotę 1899 r. Oto treść tego aktu: „Oddaję Panu Jezusowi moją duszę, rozum, serce i wszystko co mam. Ofiaruję się na wszystkie wątpliwości, oschłości wewnętrzne, udręczenia i męki duchowe, na wszystkie upokorzenia i wzgardy, na wszystkie boleści ciała i choroby, a za to nic nie chcę, ani teraz, ani po śmierci, ponieważ tak czynię z miłości do samego Pana Jezusa”. Podpisując ten akt, nie wiedziała, że zostanie najbliższą pomocnicą brata Alberta, a zarazem współzałożycielką zgromadzenia sióstr Albertynek.

1 kwietnia 1902 r. brat Albert wyjeżdżając z Krakowa oznajmił Bernardynie, że „będzie Starszą Siostrą”. W wieku 24 lat, po niecałych sześciu latach pobytu w zgromadzeniu, Bernardyna została jego przełożoną. Mimo młodego wieku wykazywała wielki talent organizacyjny. Za jej staraniem zostały powiększone warsztaty pracy w domu krakowskim. Wyrabiano tam kilimy i sukno na habity dla braci i sióstr. Utworzono warsztaty szewskie, stolarskie, kowalskie. Ujawniły się te cechy osobowości Bernardyny, które intuicyjnie rozpoznał Brat Albert. Bernardynę jako przełożoną cechowała roztropność, zdrowy rozsądek, stanowczość połączona z dobrocią i wyrozumiałością. Przez cały czas we wszystkich sprawach zgromadzenia Bernardyna konsultowała się z Bratem Albertem,. Ogromnym ciosem była dla niej śmierć Brata Alberta. Straciła najlepszego opiekuna i ojca duchowego. Teraz na jej barki spadła troska o dalsze losy zgromadzenia. Na życzenie Księcia Arcybiskupa Sapiehy, zatroskanego o los zgromadzenia, które pozostało po śmierci Założyciela bez prawnej stabilizacji i napisanych ustaw, Bernardyna wraz z długoletnim przyjacielem zgromadzenia a równocześnie swoim ówczesnym spowiednikiem spisała „Regułę Brata Alberta”, która zawiera wszystko, co praktycznie zachowują jego duchowe dzieci. Po trzech latach „Reguła” została zwrócona Bernardynie wraz z poleceniem zwołania kapituły generalnej i nakazem opracowania w ciągu jednego roku konstytucji zgromadzenia.

Kapituła, zwołana w 1922 r., już w pierwszym głosowaniu wybrała Bernardynę Starszą zgromadzenia. Było to niewątpliwe wyróżnienie i uznanie dotychczasowej pracy. Podobnie jak brat Albert, siostra Bernardyna rozumiała, że podnoszenie człowieka z upadku dokonuje się przez otwarcie go na Boga pełnego miłosierdzia. Prowadząc ubogich do samodzielności, organizowała miejsca pracy, przekonana, że człowiek przez uczciwą pracę odkrywa swoją godność i wielkość. W chwili jej śmierci w 1940 r. istniało 55 placówek, w których najbiedniejsi znajdowali dach nad głową, chleb, pracę, odkrywali swoją godność. Dom główny znajdował się na Prądniku Czerwonym w Krakowie. Stąd, złożona ciężką chorobą nerek i płuc, kierowała działalnością zgromadzenia rozsianego po całej Polsce. Największy rozwój zgromadzenia przypadł na lata 1933-1939. Liczne miasta Polski zapraszały do siebie siostry albertynki, chcąc powierzyć ich opiece swoich ubogich, kalekich i chorych.

23 września 1940 r. Matka Bernardyna wyczerpana nadmierną pracą w służbie biednym i wyniszczona wieloma chorobami zmarła, kierując ostatnie słowa do sióstr: „Wszystkim dobrze czyńcie”. Siostry przyjęły to jako testament Matki Bernardyny (z książki Wypłynęli na głębię).

 

SPEŁNIONE PROROCTWO

Przed wschodem słońca, wraz z grupą znajomych spacerowałem plażą Waikiki na Hawajach. Nagle na niebie pojawiła się ognista kula, wielkości zachodzącego słońca i zniknęła nad horyzontem bezkresnego oceanu, nim zdążyliśmy wyciągnąć aparaty fotograficzne. Zarówno ja, jak i moi znajomi nigdy czegoś podobnego nie widzieliśmy. Zapewne był to meteoryt. Nie jeden raz oglądamy je nocnym niebie, ale były one tak małe, że nie budziły zdziwienia, były czymś normalnym.  Ale gdy jest tak duży, to może rodzić pewne skojarzenia i refleksje. Staje się znakiem. Tylko znakiem czego? Z pewnością wpisuje się to w coraz częstsze doniesienia o zbliżających się do Ziemi asteroidach, które mogą poczynić wielkie szkody na ziemi, a nawet doprowadzić do zgłady życia na ziemi. W ostatnim czasie mogliśmy się przekonać, że jest to realne zagrożenie. W lutym tego roku w obwodzie czelabińskim w Rosji spadł deszcz meteorytów, powodując wiele szkód. Rosyjski naukowiec, Jurij Zajcew z Akademii Nauk Inżynieryjnych jest zdania, że Ziemia weszła w pas planetoid i innych obiektów kosmicznych, które mogą zagrażać naszej planecie. Niektórzy świadkowie tego wydarzenia myśleli, że to jest koniec świata. Bo właśnie w ten sposób wiele przepowiedni maluje zagładę ziemi.

Zbigniew Kozłowski w książce „Świat objawiony” przytacza wizję św. ojca Pio z 15 stycznia 1957 roku, która mówi o znakach zbliżającego się końca świata. Święty usłyszał głos: „Godzina mego przyjścia jest bliska. Przy tym przyjściu będzie Miłosierdzie, a jednocześnie twarda i straszna kara. Moi Aniołowie powołani do tego zadania będą uzbrojeni w miecze. Uwaga ich będzie zwrócona przeciwko tym, którzy nie wierzą i bluźnią przeciwko objawieniu Bożemu. Z chmur powstaną orkany ognistych strumieni padających na całą ziemię. Niepogody, burze, pioruny, powodzie, trzęsienia ziemi będą jedne po drugich następować w różnych krajach. Nieustannie będzie padać deszcz ognisty. Rozpocznie się to w bardzo mroźną noc. Grzmoty i trzęsienia ziemi będą trwać trzy dni i trzy noce. Będzie to dowodem, że przede wszystkim jest Bóg (…). Wobec krótkiego czasu należy go gorliwie wykorzystać, nie poddawać się złu ani nie ustępować. Waszym zadaniem i obowiązkiem jest wskazać na nadchodzące niebezpieczeństwo, ponieważ nie będzie usprawiedliwienia, że nie wiedzieliście. Niebo długo bowiem czeka i ostrzega, ale ludzie się tym nie przejmują. Gdy będzie za późno, wyłoni się duży głaz z białej mgły poprzez noc – noc bez wypowiedzenia wojny”. Niektórzy uważają, że ta przepowiednia zaczyna się spełniać.

Tak to już jest, że łatwiej nieraz wierzyć w mniej lub bardziej sprawdzone przepowiednie i proroctwa, niż w proroctwa, które już się spełniły. Na wstępie tych rozważań przytoczyłem fragment spełnionego proroctwa Izajasza o cierpiącym Słudze Pańskim. W czterech pieśniach prorok opisuje wybór i powołanie Sługi Pańskiego do głoszenia dobrej nowiny i zawarcia nowego przymierza Boga z ludźmi. To proroctwo spełniło się w Jezusie Chrystusie. Jezus jak Sługa Pański wiernie wypełnia wolę Ojca. Przed męką modli się w Ogrodzie Oliwnym tymi słowami: „Ojcze mój, jeśli to możliwe, niech Mnie ominie ten kielich! Wszakże nie jak Ja chcę, ale jak Ty”. Sługa Pana jest znieważany, prześladowany, męczony. Również psalm responsoryjny mówi o męce Sługi Pańskiego: „Szydzą ze mnie wszyscy, którzy na mnie patrzą, / wykrzywiają wargi i potrząsają głowami: /„Zaufał Panu, niech go Pan wyzwoli,/ niech go ocali, jeśli go miłuje / Sfora psów mnie opadła, / otoczyła mnie zgraja złoczyńców. / Przebodli moje ręce i nogi, / policzyć mogę wszystkie moje kości”. To wszystko brzmi jak dosłowny opis męki Jezusa. Sługa Pański nie załamuję się, bo całkowicie zaufał opiece i mocy Bożej. Chrystus w swej męce nie tylko nie doznał wstydu, jak pisze prorok, lecz przez zmartwychwstanie doznał najwyższej chwały.  Św. Paweł, nawiązując do proroctwa o Słudze Pańskim pisze o Jezusie: „Dlatego też Bóg wywyższył Go nad wszystko i darował Mu imię ponad wszelkie imię, aby na imię Jezusa zgięło się każde kolano istot niebieskich i ziemskich, i podziemnych, i aby wszelki język wyznał, że Jezus Chrystus jest Panem ku chwale Boga Ojca”.

Spełnione proroctwo Izajasza jest naszą nadzieją, bo jeśli Chrystus zmartwychwstał, to i my zmartwychwstaniemy. W drodze do naszej chwały zmartwychwstania potrzebna jest głęboka wiara i ufność Bogu jaką miał Sługa Pański. Nasza droga nieraz przypomina drogę Jezusa, którą ukazuje liturgia Niedzieli Palmowe. Jesteśmy świadkami triumfalnego wjazdu Jezusa do Jerozolimy. Tłumy wiwatują na Jego cześć i witają Go jak króla. Rozścielają płaszcze na drodze, rzucają pod nogi gałęzie palm i wołają: „Błogosławiony Król, który przychodzi w imię Pańskie. Pokój w niebie i chwała na wysokościach”.  W niedługim czasie, prawdopodobnie niektórzy z tego tłumu z nienawiścią będą patrzeć na ubiczowanego i cierniem ukrzyżowanego Jezusa i będą wołać: „Na krzyż z Nim”.

Trzymamy w ręku wiosenne palmy z nabrzmiałymi życiem baziami. To znak budzącej się wiosny, życia, to znak radości. Idziemy za Chrystusem, czując w sercu radość budzącej się pełni życia. Tak by się chciało iść całe życie z kolorową palmą i śpiewać Bogu radosne hymny uwielbienia. A tu po drodze trzeba przejść przez Ogród Oliwny. Klękamy i błagamy Boga, aby oddalił od nas kielich cierpienia. I nieraz po długim zmaganiu dodajemy: Niech się stanie wola Twoja. Po czym bierzemy swój krzyż i idziemy na swoją Golgotę. Nie idziemy jednak sami. Towarzyszy nam moc Chrystusa i nadzieja, która powoli staje się pewnością, że nasze ziemskie golgoty zamieniają się w radosną nadzieję zwycięstwa i zmartwychwstania. Czasami Bóg daje nam szczególne znaki, aby nas upewnić, że jest z nami i że nasze cierpienie połączone z jego cierpieniem ma sens i jest potrzebne. Jednym z takich znaków jest historia opisana przez Luciano Regolo w książeczce „Płakała krwawymi łzami! Historia stygmatyczki Natuzzy Evolo”. O stygmatyczce, zmarłej 3 listopada 2009 roku mówią naoczni świadkowie.

Natuzza Evolo miała stygmaty, przeżywała prorocze wizje, walczyła z diabłem, zapada w transy, podczas których zmarli i aniołowie używali jej głosu, rysowała krwią na chusteczkach przykładanych do jej skóry, przemieszczała się w przestrzeni. Natuzza Evolo miała szczególny udział w męce Chrystusa. Autorka wspomnianej książki pisze: „Przychodziłam do niej, aby jej towarzyszyć, we wszystkie Wielkie Piątki, piątki ‘Męki Pańskiej’. Tak je nazywałam od pierwszego razu w 1950 roku, kiedy to Natuzza powiedziała do mnie: ‘Proszę pani, musimy odbyć Mękę. Czy będzie pani przy mnie blisko?’. Odrzekłam: ‘Proszę mi powiedzieć, co mam robić. A ona: „Pójdźmy na górę i módlmy się razem. Natuzza uczestniczyła w cierpieniach Pana, aby odnawiać wraz z Nim Jego ofiarę miłości. Przez te boleści dusze dostępowały zbawienia. Jezus przyszedł na ziemię, aby pozwolić się ukrzyżować, a później zmartwychwstać, dając możliwość odkupienia całemu rodzajowi ludzkiemu i w ten sposób, wspierając się takimi świętymi duszami jak Natuzza, nadal wypełnia ten wielki plan zbawienia” (z książki Bóg na drogach naszej codzienności).

 

ZBAWIENIE PRZYSZŁO PRZEZ KRZYŻ

Nawet w szczęśliwym i udanym życiu da się słyszeć słowa refrenu psalmu z dzisiejszej niedzieli: „Boże mój, Boże, czemuś mnie opuścił?” Według psalmisty, to ludzka podłość sprawia, że czujemy jakby Boga nie było, jakby On nas opuścił: „Sfora psów mnie opadła, otoczyła mnie zgraja złoczyńców. Przebodli moje ręce i nogi, policzyć mogę wszystkie moje kości”. W liturgii Niedzieli Męki Pańskiej, zwanej także Niedzielą Palmową te słowa odnosimy do umęczonego Chrystusa. Przez pryzmat Jego Męki patrzymy na nasze cierpienie, bo w Nim jest ono tylko chwilą, która wpisuje się diamentem w koronę zmartwychwstania i wiecznej chwały. Chrystus zszedł na dno ludzkiego cierpienia, aby być z nami w naszym opuszczeniu i ciemności oraz dać nadzieję zwycięstwa życia i światła. Święty Paweł w liście do Filipian pisze: „Chrystus Jezus istniejąc w postaci Bożej, nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi, stawszy się podobnym do ludzi”. A uczynił to wszystko po to, aby na imię Jezusa zgięło się każde kolano istot niebieskich i ziemskich, i podziemnych, i aby wszelki język wyznał, że Jezus Chrystus jest Panem ku chwale Boga Ojca”.

W piętnastym wieku święty Patryk udzielał chrztu królowi Agensowi. W czasie ceremonii, święty przez nieuwagę postawił pastorał na stopie króla i mocno się na nim oparł. Po skończonej ceremonii Patryk spojrzał w dół i zobaczył krwawiącą stopę monarchy. Gdy uświadomił sobie, co zrobił zaczął przepraszać króla i prosić o wybaczenie. „Dlaczego królu cierpiałeś nic nie mówiąc”- zapytał. Król odpowiedział: „Myślałem, że jest to cześć obrzędu chrztu świętego”. Parafrazując to zdarzenie możemy powiedzieć, że cierpienie Chrystusa to jeden z elementów w dziele naszego odkupienia. Zaś przywoływanie Męki Chrystusa w liturgii wielkopostnej, to jeden z elementów celebrowania najważniejszej chrześcijańskiej uroczystości, jaką jest Zmartwychwstanie Pańskie. I w końcu nasze osobiste cierpienie to jakby kamyk, który wpisuje się w piękną mozaikę naszego zmartwychwstania.

Słowa Męki Chrystusa brzmią w Niedzielę Palmową tym boleśniej, że przed chwilą słyszeliśmy radosny opis triumfalnego wjazdu Chrystusa do Jerozolimy i odnosi się wrażenie, że głosy wołające: „Na krzyż z Nim” nie tak dawno wołały: „Hosanna Synowi Dawidowemu”.

Liturgia Wielkiego Tygodnia prowadzi nas drogami smutku i cierpienia, na dnie którego pobrzmiewa radość zmartwychwstania. Pamiętam z okresu dzieciństwa, jak przed Niedzielą Palmową udawaliśmy się na poszukiwanie dorodnych polskich palm. Palmami nazywaliśmy gałązki wierzb, które na wiosnę pokrywały się miękkimi baziami. Gdy Wielkanoc wypadała później były one obsypane żółtym pyłkiem, który uświadamiał nam, że wiosna jest już za progiem i lada moment eksploduje zielenią, życiem i rozśpiewaniem ptaków. Ta radość była jakby zamknięta w kolorowo przybranych palmach, przyniesionych do poświecenia. W czerwonym kolorze szat liturgicznych, kolorze męki i słowach pasji przyczajona była radość nabrzmiałych życiem palmowych baź.

„Oswojeni” z cierpieniem w liturgii paschalnej nie rezygnujemy z szukania, na różnych drogach pełniejszego zrozumienia cierpienia. Ponieważ w swojej najgłębszej istocie jest ono tajemnicą, stąd też próbujemy zgłębić tę tajemnicę przez przykłady, porównania. Oto kilka takich prób.

Cierpienie pomaga w dostrzeżeniu wartości życia. Stephen Hawking, astrofizyk z Uniwersytetu w Cambridge, jeden z najinteligentniejszych ludzi na świecie, który po Albercie Einsteinie najbardziej przyczynił się do rozwoju teorii względności zapadł na ALS Syndrom. Choroba ta była powodem jego przedwczesnej śmierci. Kompletnie sparaliżowany stracił także mowę. Komunikował się ze światem za pomocą komputera, który obsługiwał koniuszkiem palca. Magazyn „Omni” pisał: „Jest za słaby, aby pisać, jeść samodzielnie, uczesać się – wszystko musi być zrobione za niego”. Ten tak bardzo uzależniony od innych mężczyzna, nie chciał, aby traktowano go jako inwalidę. Jego osobowość jakby przebijała jasnością poprzez prozę jego trudnego życia”.

Hawking wyznał, że zanim zachorował, życie nie przedstawiało dla niego wielkiej wartości. Uważał je za zbyt nudne i nazywał „bezcelową egzystencją”. Niewiele pracował, ale za to pił dużo alkoholu. Wszystko się zmieniło, gdy dowiedział się, że jest chory na ALS syndrom i że zostało mu tylko dwa lata życia. Wyznał później, że po początkowym szoku, jego życie stało się szczęśliwsze niż poprzednio. Jak to możliwe? Odpowiedź daje sam Hawking: „Kiedy nasze oczekiwania redukują się do zera, wtedy naprawdę cenimy, to co posiadamy, to co możemy zrobić”. Innymi słowy; zadowolenie w życiu jest zdeterminowane tym w czym możemy partycypować. Dla człowieka jak Hawking, który myślał, że szybko umrze, wszystko nabrało znaczenia – wschód słońca, spacer w parku, śmiech dzieci. Nagle najmniejsza przyjemność stała się bardzo cenna. Zaś ci, którzy uważają, że wszystko im się należy od życia, bardzo często są nieszczęśliwi, gdy otrzymują bardzo wiele. (James Dobson, New Man, Październik, 1994).

Cierpienie sprawia, że stajemy się bardziej dojrzali. Wielu z nas widziało na fotografii olbrzymie gniazdo orła na gałęziach wysokiego drzewa lub na skalnym urwisku, ale tylko niektórzy mieli okazje zajrzeć do środka. Orzeł zaczyna budowę gniazda od cierni, złamanych gałęzi, ostrych kamieni i wielu innych rzeczy, które wydają się najmniej odpowiednie na budowę wygodnego gniazda. Gdy zasadnicza konstrukcja gniazda jest gotowa, wtedy orzeł wykłada jego wnętrze grubą warstwą wełny, pierza, sierści z upolowanych zwierząt. Gniazdo staje się wygodne i bezpieczne dla jaj i młodych piskląt. Młode orły zdolne już do latania nie są zbyt skore do opuszczenia wymoszczonego gniazda z dostatkiem jedzenia. Wtedy samica orła zaczyna wyrzucać z gniazda wygodną wykładzinę z wełny i pierza. Na dnie zostają tylko kolczaste gałęzie i ostre kamienie. Gniazdo przestaje być wygodne dla młodych orłów. I to między innym przynagla je do opuszczenie gniazda i do bardziej dojrzałych, samodzielnych zachowań. (Today in the Word, 11 czerwca, 1989).

Przykre doświadczenia pomagają nieraz odkryć swoje powołanie. Angielski pisarz Somerset Maugham w jednej ze swoich książek pisze o zakrystianie w kościele św. Piotra w Londynie. Pewnego dnia parafię objął nowy proboszcz. Gdy dowiedział się, że zakrystianin jest analfabetą wyrzucił go z pracy. Bezrobotny mężczyzna zainwestował swoje marne oszczędności w niewielki sklep, który bardzo dobrze prosperował. Za zarobione pieniądze kupił następny. W końcu został właścicielem całej sieci sklepów wartych miliony dolarów. Pewnego razu pracownik banku powiedział do niego: „Świetnie dajesz sobie radę, mimo, że jesteś analfabetą, a kim ty mógłbyś być gdybyś umiał czytać i pisać?” „Prawdopodobnie zakrystianem w kościele św. Piotra”- odpowiedział mężczyzna.

Te i tym podobne przykłady uchylają rąbka tajemnicy cierpienia. Jednak pełne jego zrozumienie następuje wtedy, gdy złączymy je z tajemnicą krzyża Jezusa Chrystusa (z książki W poszukiwaniu mądrości życia).

 

WYSZYDZONY ZWYCIĘŻA

Ks. kanonika Andrzeja Kurowskiego koledzy kapłani nazywają żartobliwie „żydowskim proboszczem”. A to za sprawą miejsca, w którym pełni posługę duszpasterską. Jest bowiem proboszczem parafii św. Franciszki de Chantal w Borough Park na Brooklynie. Jest to dzielnica w zdecydowanej większości zamieszkała przez ortodoksyjnych Żydów, których możemy „spotkać” na różnych uroczystościach kościelnych. I to dzięki temu „uczestnictwu” niektóre nabożeństwa kościelne nabierają szczególnego kolorytu i znaczenia. Zapewne należy do nich Droga krzyżowa, która jest odprawiana na ulicach tej dzielnicy wieczorem w Wielki Piątek. Bogata i piękna inscenizacja tego nabożeństwa jest wzruszającym przeżyciem, które pomaga wiernym odkrywać głębię bożej Miłości rozpiętej na krzyżu Golgoty. Gdy uczestnicy Drogi krzyżowej idą ulicami towarzyszy im zaciekawione spojrzenie wyznawców religii mojżeszowej. Jedni zatrzymują się na chodniku, inni wyglądają z zaplotu, a jeszcze inni oglądają Drogę krzyżową z okien lub balkonów. Ta niezwykła sceneria przenosi nas do Jerozolimy, gdzie wąskimi uliczkami wspinał się Jezus, dźwigając na ramionach ciężki krzyż.

W tym roku, w czasie wspomnianej Drogi krzyżowej, stacja „Jezus umiera na krzyżu” będzie miała szczególną wymowę. Wiele lat temu szydzono z umierającego Chrystusa. Tłum zgromadzony na Golgocie wołał: „Innych wybawiał, niechże teraz siebie wybawi, jeśli jest Mesjaszem, Bożym Wybrańcem”. Kpili z Niego także żołnierze. Podając mu ocet mówili: „Jeśli Ty jesteś Królem żydowskim, wybaw sam siebie”. Nawet złoczyńca, ukrzyżowany razem z Jezusem bluźnił Mu: „Czyż Ty nie jesteś Mesjaszem? Wybaw więc siebie i nas”. Kpiną był także napis w kilku językach na krzyżu Jezusa: „To jest Król żydowski”. Do grona tych szyderców prawie dwa tysiące lat później dołączył Roman Protas, miejski śmieciarz z Nowego Jorku, który sprzątając okolice kościoła św. Franciszki de Chantal w Borough Park zbezcześcił krzyż i pomnik św. Jana Pawła II. Kamery zanotowały, jak śmieciarz zbierał śmiecie i rzucał na krzyż stojący przed świątynią. Po jakimś czasie ponownie pojawił się przed kościołem, ale tym przyjechał samochodem- śmieciarką. Wyszedł z niego, sforsował bramkę płotu ogradzającego pomnik świętego Jana Pawła II i zaczął wyrwać posadzone tam rośliny, deptać i niszczyć kwiaty oraz znicze zapalane przez wiernych ku czci św. Jana Pawła II. Następnie obrzucił pomnik śmieciami, wsiadł do śmieciarki i odjechał. Wkrótce został schwytany przez policję. W czasie przesłuchania, wyznał, że uczynił to z nienawiści do katolików. Jest to nienawiść do samego Chrystusa. Gdy św. Paweł prześladował Kościół, Chrystus zwalił go z konia, oślepił światłem z nieba i powiedział: „Szawle dlaczego mnie prześladujesz?”

Czyn nowojorskiego śmieciarza może być wymownym symbolem tych wszystkich, którzy w dzisiejszym świecie stoją pod krzyżem i opluwają zbawiającą Miłość. Bluźniercy używają bardzo często zasłony dymnej, która nazywają twórczością literacka. Najczęściej czynią to miernoty artystyczne, dla których jedyną szansą zaistnienia w sferze publicznej jest skandaliczne zachowanie, czy skandaliczne dzieła. Z pewnością należy do nich spektakl „Golgota Picnic”, w którym atakuje się zarówno Jezusa, jak i chrześcijan. Przeciwko spektaklowi w Teatrze Polskim we Wrocławiu w roku 2014 protestowali posłowie PiS-u oraz Ogólnopolski Komitet Obrony przed Sektami i Przemocą, dowodząc, że spektakl dopuszcza się publicznego, wielokrotnego znieważania Jezusa Chrystusa. Przez cały spektakl nagi artysta gra na pianinie, zaś na dużym ekranie wyświetlane są akty seksualne w brutalnej oprawie krwi i przemocy. Podczas jednej ze scen, aktorzy parodiują ukrzyżowanie, wkładają między innymi zwitek banknotów w ranę boku Jezusa. Cały spektakl pełen jest dialogów ubliżających Jezusowi, słyszymy słowa o Chrystusie „był k…ą diabła, mesjasz AIDS, skończył na krzyżu, na który zasłużył, bo każdy tyran zasługuje na karę, chciał zniszczyć ludzi, którzy nie myślą jak on”. Dla zdrowego umysłu jest to oczywiste bluźnierstwo a nie żadna sztuka. Tyko chory umysł może uważać inaczej. Takich chorych umysłów nie brakuje w Prokuraturze Rejonowej we Wrocławiu, która umorzyła proces w sprawie bluźnierczego spektaklu. Podobnych fanatycznych, bluźnierczych spektakli i zachowań w dzisiejszym świecie jest bardzo dużo. Podsycają one nienawiść do Chrystusa i Jego wyznawców i to jest jednym z powodów, że dzisiaj najwięcej katolików jest mordowanych za swoją wiarę.

Nasze przeżycie Niedzieli Palmowej, inaczej Niedzieli Męki Pańskiej byłoby niepełne, gdybyśmy skupili się tylko na bluźniercach pod krzyżem Jezusa. Skierujmy swoje nabożne myśli na Chrystusa, który z miłości do nas umiera na krzyżu. W modlitewnym skupieniu usłyszymy wtedy w sercu słowa pieśni wielkopostnej: „To nie gwoździe Cię przybiły, lecz mój grzech / To nie ludzie Cię skrzywdzili, lecz mój grzech / To nie gwoździe Cię trzymały, lecz mój grzech / Choć tak dawno to się stało, widziałeś mnie”. On nas widzi, gdy stajemy pod Jego krzyżem. Patrzy na nas z miłością, która daje nam siłę do zmierzenia się z własnych grzechem. I odpuszczając je napełni nas duchową mocą i pokojem oraz bezgraniczną miłością, która to uzdolni nas, abyśmy tak jak On modlili się za bluźnierców: „Odpuść im, bo nie wiedzą co czynią”. Chrystus, stając się jednym z nas upewnia nas, że jest to możliwe. Św. Paweł w Liście do Filipian pisze: „Chrystus Jezus, istniejąc w postaci Bożej, nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi, stając się podobnym do ludzi”.

Ostatecznie nad zgrają złoczyńców i bluźnierców zajaśniała chwała zmartwychwstania Chrystusa. Chociaż w chwili konania Jezusa wydawało się, że to bluźniercza ciemność triumfuje. Nie trzeba było czekać zmartwychwstania, a już jeden z bluźnierców został ogarnięty światłem Chrystusa. Był nim setnik rzymski, który patrząc na śmierć Jezusa i zjawiska jej towarzyszące wyznał: „Zaprawdę, ten człowiek był Synem Bożym.” Wyznał to człowiek zaprawiony w boju, oswojony z cierpieniem i śmiercią, dla którego śmierć była prawie codziennym zdarzeniem, jej widok nie robił wielkiego na nim wrażenia. Znalazł się tam, aby dopilnować przebiegu egzekucji i oficjalnie stwierdzić śmierć skazańców. Im prędzej skonali, wcześniej mógł wrócić do domu, dlatego łamano nogi ukrzyżowanym, aby przyśpieszyć ich śmierć. Ten setnik stał się wyznawcą Chrystusa. Także jeden z łotrów na krzyżu został ogarnięty zbawczym światłem Chrystusa. Prosił Zbawcę: „Jezu, wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego królestwa”. Na co usłyszał odpowiedź: „Zaprawdę, powiadam ci: Dziś będziesz ze Mną w raju”. Po zmartwychwstaniu Chrystusa i zesłaniu Ducha św. to światło rozbłyśnie pełnym blaskiem. Niby zorza poranna ogarnie cały świat. Nie zbraknie także ciemności rozkrzyczanych bluźnierców, ale przyszłość należeć będzie do ludzi ogarniętych światłem miłości zmartwychwstania.

Trzymamy kolorowe palmy w ręku i wsłuchujemy w opis Męki Chrystusa. Stajemy z uwielbieniem pod Jego Krzyżem. Może jak ten setnik potrzebujemy autentycznego przeżycia spotkania z Chrystusem, aby wyznać całym sercem, że Jezus jest moim Panem. Może potrzebujemy łaski, jak dobry łotr, aby usłyszeć słowa nadziei, że będziemy z Chrystusem w raju, może nie dziś, ale gdy przyjdzie ku temu czas. Jeśli Mocno zjednoczymy się z Chrystusem ukrzyżowanym i zmartwychwstałym, to będziemy szli jasną stroną życia, odporni na ciemność bluźnierczych złoczyńców (Kurier Plus, 2019).

 

Z PERSPETYWY DOBREGO ŁOTRA

Wielokrotnie nagradzany pisarz religijny i reporter Peter Steinfels w eseju Commonweal tak wyobraża sobie zwierzenia Dobrego Łotra, który obok Chrystusa konał na Golgocie: „Łukasz mógł trochę poprawić gramatykę i styl mojej wypowiedzi. Niemniej jednak, moja historia została przedstawiona poprawnie. Wisząc na krzyżu zaledwie kilka minut wydawało mi się, że minęły wieki do momentu mojej śmierci. Nadal jednak czuję się nieswojo z powodu niezrozumienia tego co się wydarzyło na Golgocie. Nie mówiąc o wszystkich legendach związanych z moimi piętnastoma sekundami sławy. Przechodząc do historii jako ‘Dobry łotr’ byłem przez wielu wybielany, a ja naprawdę byłem złym łotrem, rzezimieszkiem i bandytą, okradałem i mordowałem. Nasz kraj był okupowany, a zatem jako rewolucjonista i wyzwoliciel usprawiedliwiałem wszelką swoją podłość.

A teraz wyobraźcie sobie scenę na Golgocie. Jesteśmy katowani, wyśmiewani, paraliżowani bólem z trudem chwytamy oddech. Ludzie najbardziej szydzą z tego skazańca w środku. Wygląda na to, że nazwał siebie mesjaszem, wybawcą, królem żydowskim, czy kimś tam jeszcze. Umieścili nad Jego głową napis ‘Król żydowski’ i szyderczo wołali, aby udowodnił czynem, że jest Mesjaszem, królem żydowskim. Do tego urągania dołączył się mój kolega, drugi łotr. Mówiąc prawdę, nigdy nie słyszałem o Jezusie. Musiał on jednak wywołać duże zamieszanie, mieć zwolenników i stać się zagrożeniem dla władz. Dlatego skrwawiony w mękach konał między nami. Poza tym nic więcej nie wiedziałem…

Kiedy tłum gapiów, żołnierze a także mój towarzysz zbrodni drwili z tego umierającego mężczyzny, ja chciałem lepiej wykorzystać ostanie minuty mojego życia, a na pewno drwiny w tym by mi nie pomogły. Powiedziałem wtedy: „Jezu, wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego królestwa”. Pomyślałem wtedy, że to Go może pocieszy, zmniejszy ból i rozpacz. Chociaż nie byłem tak do końca tego pewien. Ludzie myśleli, że jest moje wielkie wyznanie wiary w Jezusa. Sądzili, że w tym krótkim czasie dowiedziałem się, co On głosił swoim wyznawcom, jakich wielkich dzieł dokonywał. Ale to w ogóle tak nie było. Przeczytaj uważnie słowa Łukasza i zobaczysz, jak było naprawdę. To nie był akt wiary. To była tylko odrobina przyzwoitości. To jednak otwarło dla mnie bramy raju”.

Jest fikcja literacka, pełną prawdę o wydarzeniach na Golgocie odnajdujemy na kartach Ewangelii. W wersji ewangelicznej jest jednak miejsce na aspekt tego wydarzenia uwypuklony przez Petera Steinfelsa: „Była tylko odrobina przyzwoitości. To jednak otwarło dla mnie bramy raju”. Ten akt zwykłej „przyzwoitości” stał się światłem Bożego miłosierdzia pośród ciemności cierpienia i śmierci, nienawiści i zaślepienia. Aktem, który otwiera bramy raju. „Dobry łotr” zajmuje szczególne miejsce w Ewangelii św. Łukasza. Należy on do ubogich, zmarginalizowanych, lekceważonych ludzi, którzy jednak mają otwarte serca, aby rozpoznać obecną wśród nich miłość i miłosierdzie Boga. Ufając miłosierdziu Bożemu nawraca się i podejmuje dzieło pojednania z Bogiem i ludźmi, stając się solą ziemi i światłem świata. Wyznaje wiarę, że raj to nie tylko sprawa przyszłości, ale jest on ukryty w teraźniejszości. Jezus obiecuje mu „dziś będziesz ze mną w raju”. Bramy raju otwieramy już ty na ziemi przez „odrobinę przyzwoitości”. Dopełnienie tej postawy odnajdujemy w opisie uroczystego wjazdu Jezusa do Jerozolimy.

Zanim rozegrała się scena na Golgocie Jezus uroczyście wjeżdżał do Jerozolimy. Ludzie rzucali palmy i płaszcze. W przeciwieństwie do relacji Mateusza i Marka, Łukasz Ewangelista nie pisze o tłumach, które rzucały gałązki palm na drodze przejazdu Jezusa. Wspomina tylko płaszcze rozścielane przed Jezusem: „Gdy jechał, rozkładali swoje płaszcze na drodze”. Płaszcz to bardzo cenna i konkretna rzecz w czasach Jezusa. Dla wielu płaszcz był najcenniejszą rzeczą jaką posiadali. Większość z nich miała tylko jeden, który był stale cerowany. Dla najbiedniejszych z biednych płaszcz był czymś więcej niż tylko ubraniem: to było ich schronienie ich dom. Płaszcze na drodze przejazdu Jezusa możemy odczytywać symbolicznie. Ci ludzie składali u stóp Jezusa to co mieli najcenniejszego. Do takiej postawy można odnieść słowa z Listu św. Pawła do Filipian z drugiego czytania: „Chrystus Jezus, istniejąc w postaci Bożej, nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi, stając się podobnym do ludzi. A w zewnętrznej postaci uznany za człowieka, uniżył samego siebie, stając się posłusznym aż do śmierci – i to śmierci krzyżowej”.

Rodzi to pytanie, czy jesteśmy w stanie „ogołocić” się z naszej pychy, dumy, grzesznych przywiązań, zazdrości itd., aby stać się naczyniem Bożej miłości i życia w naszych własnych Jerozolimach, podczas naszej drogi Wielkiego Tygodnia. Lub można to ująć inaczej, czy jesteśmy w stanie położyć przed Jezusem najcenniejszą rzecz w naszym życiu. A różne rzeczy cenimy w swoim życiu. Dla wielu najcenniejszą rzeczą może być praca, stabilność materialna, rozwijanie swoich talentów, rodzina, sława, podróże itd. Na wyszukiwarce internetowej wypisałem pytanie: „Co w twoim życiu jest najważniejsze?” Odpowiedzi były różne, ale najczęściej wymieniano takie wartości jak miłość, zdrowie, przyjaźń, Bóg, rodzina, bezpieczeństwo. Prawie wszystkie wartości duchowe stawiane są na pierwszym miejscu. Co to znaczy rzucić je pod stopy Jezusa? Z pewnością nie jest to rezygnacja z nich, ale powierzenie Chrystusowie, aby je opromienił swoją miłością, mądrością i mocą. Wtedy te wartości nabierają innego, głębszego znaczenia wymiaru wieczności. Ot chociażby miłość. Rzucona płaszczem przed Jezusa stanie się najpełniejsza miłością modląca się z krzyża Golgoty za swoich oprawców. Tak jest z innymi ważnymi wartościami w naszym wartościami w życiu. Podniesione do miary Chrystusowej stają się może trudniejsze, bardziej wymagające, ale dają poczucie pełni i spełnienia nie tylko w wymiarze ziemski, ale przede wszystkim w wymiarze wiecznym.

Na wzór św. Teresy od Dzieciątka Jezus, módlmy się do Boga słowami jej „Aktu ofiarowania się miłosiernej miłości”: „Dziękuję Ci, o mój Boże! za wszystkie łaski, jakimi mnie obdarzyłeś, a szczególnie za to, że mnie przeprowadziłeś przez próbę cierpienia. W dniu ostatecznym z radością będę patrzyła na Ciebie trzymającego berło Krzyża; skoro raczyłeś podzielić się ze mną tym drogocennym Krzyżem, ufam, że w Niebie będę podobna do Ciebie i na moim uwielbionym ciele ujrzę jaśniejące chwałą święte stygmaty Twej Męki. Nie chcę jednak zbierać zasług, chcę pracować jedynie z Miłości ku Tobie, tylko w tym celu, by sprawić Ci radość, pocieszać Twoje Najświętsze Serce i ratować dusze, które będą Cię kochać przez całą wieczność. Pod wieczór życia stanę przed Tobą z pustymi rękoma, bo nie proszę Cię, Panie, byś liczył moje uczynki. Pragnę więc przyodziać się Twoją własną Sprawiedliwością i jako dar Twojej Miłości otrzymać wieczne posiadania Ciebie samego” (Kurier Plus, 2019).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *